banner daniela marszałka

Fort de la Revere (via Col d’Eze)

Autor: admin o czwartek 10. Wrzesień 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Nice (M2564)

Wysokość: 692 metry n.p.m.

Przewyższenie: 678 metrów

Długość: 13 kilometrów

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 9,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Czwartek był naszym ostatnim dniem w pobliżu Lazurowego Wybrzeża. Nazajutrz mieliśmy zmienić bazę noclegową i odtąd pomieszkiwać już z dala od Morza Śródziemnego. Podczas kilkudniowego pobytu w rejonie Nicei nie mogło zabraknąć wizyty na Col d’Eze. Z mojego punktu widzenia przeoczenie tego niedużego, acz słynnego wzniesienia byłoby „zbrodnią” na kolarskiej tradycji lub co najmniej „występkiem”. Na szczęście na piątym etapie wyprawy mogliśmy tą przełęcz łatwo połączyć z wcześniejszym wypadem na Mont Agel. Miałem tylko pewien problem z wielkością podjazdu prowadzącego do Eze (507 m. n.p.m.). W trakcie swych podróży nie zwykłem testować wspinaczki o przewyższeniu mniejszym niż 500 metrów. Tymczasem to kolarskie wzniesienie prowadzące drogą M2564 ma ciut mniejszą amplitudę. Pomiędzy punktem startu we wschodniej Nicei na Boulevard Bischoffsheim a samą przełęczą różnica poziomów wynosi tylko 492 metry. Przyjrzałem się jednak bliżej tej okolicy i odkryłem, że tradycyjny podjazd można sobie wydłużyć o blisko 3 kilometry dojazdem na parking przed Fort de la Revere, który to wzniesiono na wysokości 696 metrów n.p.m. Takie wzniesienie w pełni spełniało już moje poznawcze standardy. Jednym zdaniem mogłem „zjeść ciastko i nadal mieć ciastko”. To znaczy zaliczyć Col d’Eze i zarazem zapisać na swe konto kolejną górę solidnej wielkości. Wspomniana warownia czyli Fort Anselme powstała w latach 1882-85 i wybudowana została w parku leśnym Grande Corniche. Stacjonował tu garnizon złożony z 429 osób. Wojskowi mieli do swej dyspozycji 13 armat i 4 moździerze, następnie uzupełnione o baterie: la Calanca, la Forna i Samboules. Podczas II Wojny Światowej kolaborujące z Niemcami władze z Vichy przetrzymywały tu alianckich jeńców, głównie brytyjskich lotników. Niemniej kroniki milczą czy przebywali tu Carstairs & Fairfax, znani z serialu „Allo, allo”. Następnie do roku 1957 była tu główna stacja radarowa, a potem jeszcze koszary dla poborowych przeznaczonych do Sił Powietrznych.

Współcześnie warownia ta jest celem wycieczek, zaś teren wokół niej można zwiedzać codziennie od 7:30 do 20:00. Tyle o mecie naszej wspinaczki. Głównym magnesem była wszak Col d’Eze. Przełęcz legenda na trasach marcowego Paryż – Nicea. W historii „Wyścigu ku Słońcu” aż 30 razy wyznaczano na niej mety etapów i zazwyczaj też finał całej imprezy. Niemal wszystkie te etapy były około 10-kilometrową jazdą indywidualną jazdą na czas, rozpoczynaną krótkim i płaskim odcinkiem na ulicach Nicei. Sama trasa z metropolii na przełęcz liczy sobie 10 kilometrów. Niemniej pierwsze 8 kilometrów to podjazd o przeciętnym nachyleniu 6%, zaś ostatnie 2 kilometry to już niemal płaski teren. Najtrudniejszy jest drugi kilometr o średniej 8,3%, zaś maksymalna stromizna na tej górze wynosi 9%. Przez ostatnie pół wieku historia P-N była nierozerwalnie związana z Col d’Eze, acz ostatnimi czasy ten związek uległ pewnemu rozluźnieniu. Pierwszą z ogółem 29 czasówek zorganizowano tu w sezonie 1969 i wygrał ją wielki Eddy Merckx. W drugiej, z roku 1972 roku zwyciężył Francuz Raymond Poulidor. Potem najlepiej na tej górze wiodło się Holendrom. Joop Zoetemelk wygrywał tą górską próbę czterokrotnie w sezonach 1973-75 i 1979, zaś jego rodak Gerrie Knetemann w latach 1978 i 80. Jednak ich sukcesy przyćmione zostały wyczynami dwóch Irlandczyków w kolejnej dekadzie. Stephen Roche wygrywał ten etap prawdy w sezonach 1981, 1985, 1987 i 1989, zaś Sean Kelly w latach 1982-84, 1986 i 1988. Czyli na spółkę zwyciężali tu przez dziewięć lat z rzędu. Poza tym Roche wygrał cały ów wyścig w 1981 roku, zaś Kelly jego siedem kolejnych edycji! Na początku lat. 90 po dwa zwycięstwa na tej trasie sięgnęli: Francuz Jean-Francois Bernard (1990 i 1992) oraz Szwajcar Tony Rominger (1991 i 1994). Natomiast na początku XXI wieku dublet zaliczył Włoch Dario Frigo, który w 2001 roku wygrał czasówkę, zaś rok później jedyny etap ze startu wspólnego z finałem na tej górze.

Później już tylko trzy razy kończono ten wyścig czasówką pod Col d’Eze. Za każdym razem wygrywał ją triumfator całej imprezy. W 2012 roku był to Brytyjczyk Bradley Wiggins, zaś w latach 2013 i 2015 pochodzący z Tasmanii Richie Porte. Na czasówce z sezonu 2015 piąte miejsce zajął Michał Kwiatkowski, który do Australijczyka stracił 29 sekund. „Kwiato” zajął w tym wyścigu drugie miejsce o włos wyprzedzając Słoweńca Simona Spilaka i Portugalczyka Rui Alberto Costę. Tour de France rzadko zaglądał na tą górę. Dwa razy w odległej przeszłości i po raz trzeci w tym roku, na drugim czyli górzystym etapie wokół Nicei. W roku 1919 jako pierwszy na tą górę wjechał Honore Barthelemy, zaś w 1953 Joseph Mirando. W minionym sezonie podjazd ten był premią górską drugiej kategorii zlokalizowaną na 33 kilometry przed metą w Nicei. Wygrał ją Nicolas Roche (syn Stephena), który najwyraźniej chciał nawiązać do rodzinnej tradycji. Potem jeszcze niepełną wersję tego podjazdu powtórzono wjazdem na Col des Quatre Chemins (328 m. n.p.m.), gdzie wyznaczono premię bonusową wygraną przez Anglika Adama Yatesa. Dzień należał jednak do Francuza Juliana Alaphilippe’a, który na finiszu wyprzedził Szwajcara Marca Hirschiego. Warto jeszcze dodać, iż w 2020 roku na Col d’Eze zakończył się drugi etap lutowego Tour des Alpes-Maritimes et du Var. Ten odcinek zdecydowanie wygrał Kolumbijczyk Nairo Quintana. La Turbie od Col d’Eze dzieli ledwie 6 kilometrów. Dlatego zdecydowaliśmy się zostawić nasz samochód na parkingu przed Fort de la Revere, by podobnie jak przed południem zacząć rowerowy odcinek wycieczki od zjazdu. Ruszyliśmy w dół około trzynastej. Nadal było pochmurnie, a momentami siąpił nawet drobny deszcz. Tym niemniej do temperatury nie można było mieć zastrzeżeń. Na starcie mieliśmy 27 stopni, minimalnie 22, zaś u podnóża góry nawet 29. Po blisko trzech kwadransach spokojnego zjazdu przerywanego foto-przystankami dotarliśmy do miasta.

Nie wybraliśmy się na wycieczkę po ulicach miasta, gdyż musielibyśmy założyć maseczki. Pozostało nam tylko zawrócić, by śladami kolarskich mistrzów ruszyć pod górę. Początek tego wzniesienia prowadzi w kierunku północnym i jest dość trudny. Na pierwszych dwóch kilometrach utrzymuje się nachylenie od 7,5 do 8,5%. Stromizna odpuściła dopiero pod koniec trzeciego, gdy skręciliśmy na wschód. Wkrótce szosa zawróciła na południe i po przejechaniu 5,4 kilometra w czasie 20:03 (avs. 16,3 km/h) zameldowaliśmy się na Col des Quatre Chemins. Kolejne trzy kilometry były już nieco łatwiejsze, więc pokonaliśmy je nieco szybciej. To jest w niespełna 10 minut z prędkością 18,4 km/h. Przy drodze co kilometr widzieliśmy charakterystyczne niebieskie tablice, zaś w górnej partii podjazdu wymalowane na szosie napisy: Bardet, Tibo Pinot i Julian, zagrzewające do ataku francuskich asów. Na Col d’Eze udało mi się wjechać razem z Adrianem. Według stravy segment o długości 9,77 kilometra i przewyższeniu 505 metrów pokonałem w 34:14 (avs. 17,1 km/h z VAM 885 m/h). Na przełęczy minęliśmy efektowną instalację w formie dużego roweru o konstrukcji stalowo-drewnianej i pognaliśmy dalej na wschód Aleją Niebieskich Diabłów (Avenue des Diables Bleus). Po przejechaniu 10 kilometrów tuż przed Maison du Col d’Eze skręciliśmy w lewo, by rozpocząć finałowy segment wspinaczki. Pozostało nam jeszcze do przejechania 2,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,4%. Ta droga była węższa i wiodła najpierw na północ, a potem na wschód. Jakby równolegle do szosy łączącej Eze z La Turbie, lecz o piętro wyżej. Na niespełna dwa kilometry przed szczytem nie wytrzymałem tempa kolegi. Niemniej do końca starałem się jechać mocno. Na tym szlaku przejechaliśmy cztery wiraże, ostatni z nich 800 metrów przed finałem, przy ścieżce do obserwatorium Astrorama. Całą górę pokonałem w 45:15 (avs. 16,972 km/h) tracąc do Adka tylko 22 sekundy. Piąty etap był krótki i stosunkowo łatwy, więc zachowaliśmy sporo sił na tą końcówkę. Na niespełna 3-kilometrowej drodze do fortu Adrian wykręcił VAM 1081 m/h, zaś ja 1044 m/h. Po wszystkim wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer wzdłuż murów warowni.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4041098282

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4041098282

ZDJĘCIA

IMG_20200910_030

FILM