banner daniela marszałka

Monte Giovo & Cauria

Autor: admin o poniedziałek 17. Sierpień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584953

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584926

W niedzielę zamknęliśmy rozdział z wycieczkami w okolicach Bolzano. Począwszy od nowego tygodnia obraliśmy kurs na Merano czyli góry w zachodniej części sub-regionu Sud Tirol. Oznaczało to dłuższe niż dotąd dojazdy samochodowe. W poniedziałek naszą baza wypadową do górskiej wspinaczki miało być San Leonardo in Passiria. A może raczej St. Leonhard in Passeier zważywszy, że 98 % mieszkańców tej gminy za ojczysty uważa język niemiecki. Miasteczko to położone jest 21 kilometrów na północ od Meran. Co jednak najważniejsze tuż przed nim rozchodzą się drogi na dwie wysokie przełęcze. W lewo czyli na zachód odbija droga SS44bis prowadząca ku granicy z Austrią na Passo del Rombo vel Timmelsjoch (2474 metrów n.p.m.). Z kolei w prawo ku centrum miasta i dalej na północ biegnie szosa SS44 na Passo di Monte Giovo alias Jaufenpass (2099 metrów n.p.m.). Według „cyclingcols” podjazd na pierwszą z w/w przełęczy liczy sobie aż 29 kilometrów o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniem aż 1793 metrów czyli niewiele mniejszym niż na legendarnym Stelvio. Drugie ze wspomnianych wzniesień jest mniejsze i krótsze, lecz też może się pochwalić niezłymi wymiarami. Aby na nie wjechać trzeba bowiem pokonać 19,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 1418 metrów. Tym samym śmiałek, który chciałby jednego dnia zdobyć obie te przełęcze musiałby przejechać 97 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3211 metrów! Wyzwanie leżące w zasięgu naszych możliwości przy odpowiedniej dawce wolnego czasu. Niemniej z uwagi na długie transfery nie braliśmy tej hardcorowej opcji pod uwagę. Już aby dotrzeć do San Leonardo musieliśmy przejechać samochodem odcinek 76 kilometrów, który w teorii powinien był nam zabrać godzinę i 15 minut. W praktyce zajęło to nam ponad półtorej godziny, po tym jak zjechawszy z drogi krajowej SS38 utknęliśmy w korkach na ulicach Merano.

Jeszcze przed wyruszeniem z Graun mieliśmy skonkretyzowane plany. Podzieliliśmy się zadaniami. Ci, którzy nigdy dotąd nie byli w tych stronach czyli piątka: Artur, Daniel, Rafał, Romek i Tomek mieli ruszyć na Rombo. Pozostała trójka czyli: Adam, Dario i ja miała już na rozkładzie wschodni podjazd pod tą przełęcz. Dodam, że ja wraz z Darkiem zdobyłem Rombo przed dziewięcioma laty. Dokładnie zaś 3 lipca 2006 roku, dzień po tym jak wspólnie zdobyliśmy też północne Monte Giovo, które dla mojego przyjaciela było pierwszym w życiu podjazdem z prawdziwego zdarzenia. Dla odmiany Adam miał Rombo świeżo w pamięci. Pierwszą część swych dwumiesięcznych alpejskich wakacji spędził w Tyrolu pomieszkując w dolinie Oetz. Dzięki temu 24 czerwca pokusił się o nie lada wyczyn czyli przejechanie Timmelsjoch od obu stron w ramach 142-kilometrowego etapu ze startem i metą w Langenfeld. Żaden z nas nie miał za to okazji do obejrzenia Jaufenpass od południowej strony. Dlatego to właśnie ten podjazd stał się naszym celem na poniedziałkowe popołudnie. Nasze Monte Giovo jak dotąd trzykrotnie zostało wypróbowane na trasie Giro d’Italia. Tym niemniej za każdym razem w nieco łatwiejszej wersji północnej ze startem w Casateia koło Vipiteno, która ma długość „tylko” 15 kilometrów o średniej 7,5 % i przewyższeniu 1124 metrów. Za pierwszym razem w 1961 roku na etapie do Bormio pierwszy na tej górze był Belg Rik Van Looy. Ówczesny król klasyków na tym wyścigu miał ambicje powalczenia o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej Giro. Skończyło się na siódmej pozycji. Następnie w latach 1994 i 1995 na etapach do Merano i Kurzas / Maso Corto premie górskie na tej przełęczy wygrywali Szwajcar Pascal Richard (późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty) oraz Kolumbijczyk Nelson Rodriguez (znany najlepiej z wygranego etapu do Val Thorens na TdF 1994). Co ciekawe żadnemu ze zdobywców tej góry nie było dane było potem cieszyć się z etapowego sukcesu. Wygrali je bowiem: Luksemburczyk Charly Gaul, Włoch Marco Pantani i Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Legendarny „Il Pirata” dzięki ryzyku podjętemu na mokrym zjeździe z Monte Giovo do Merano wygrał swój pierwszy w karierze etap Wielkiego Touru.

Naszą trójkową wspinaczkę pod Jaufenpass zaczęliśmy o godzinie 12:40. Parę chwilę wcześniej nieco liczniejszy oddział naszego „wojska” wyruszył na pojedynek z Timmelsjoch. Dodam, że „cyclingcols” wycenił wschodnie Rombo na 1327 punktów, zaś południowe Monte Giovo na 1033 punkty. Dla porównaniu powszechnie znane L’Alpe d’Huez zasłużyło tu sobie na 1039 punktów. Pierwsze półtora kilometra naszej wspinaczki wiodło przez ulice San Leonardo. Potem wjechaliśmy na pierwszy leśny odcinek, który poprzez pięć serpentyn doprowadził nas do końca szóstego kilometra. Wcześniej na czwartym wirażu minęliśmy Gasthof Schlossberg (5 km). Ciekawostką jest, że droga na Monte Giovo powstała w roku 1912 czyli jeszcze za korony z budżetu Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego. Niemniej już siedem lat później na mocy traktatu z Saint-Germain przeszła w zarząd Królestwa Włoch. Adam i Darek choć ruszyli całkiem ochoczo wkrótce zluzowali. Parę razy odjechałem im na kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów bez szczególnego przyśpieszenia. Następnie zwalniałem sądząc, że jednak nabiorą ochoty do nieco szybszej jazdy. Ostatecznie w połowie piątego kilometra uznałem, że nie ma co rwać tempa. Postanowiłem jechać swoje czyli sprawdzić na co mnie w tym dniu stać. Po przejechaniu 7,3 kilometra wyjechałem z lasu, zaś na początku dziewiątego kilometra przebiłem się przez jedyny na całym szlaku tunel. Na półmetku wzniesienia minąłem wioskę Walten / Valtina (9,6 km), zaś niespełna dwa kilometry dalej dotarłem do wirażu nr 6 tuż za gospodą Innerwalten we wiosce Bach (11,2 km). Tu zaczął się drugi leśny odcinek, kończący się pod koniec siedemnastego kilometra. W jego początkowej fazie minąłem osadę Trotter (12,5 km), zaś już po wyjechaniu między alpejskie hale gospodę Jaufenalm (17,2 km) znajdującą się na wysokości 1875 metrów n.p.m. Stąd do szczytu pozostały jeszcze trzy kilometry. Najpierw długi odcinek ku ostatniemu wirażowi na tej górze (18,5 km). Potem jeszcze dłuższy kawałek zboczem góry już do samej przełęczy. Cała wspinaczka od rozdroża miała 20,2 kilometra, które przejechałem w czasie 1h 30:10. Natomiast na stravie zmierzono nam czasy z ostatnich 19 kilometrów. Ten segment pokonałem w czasie 1h 27:10 (avs. 13,1 km/h) z VAM 978 m/h co daje mi 167 miejsce na 916 zdobywców tej góry. Na przełęczy wiał zimny wiatr, więc ubrałem się cieplej czekając na przyjazd Adama i Darka. Moi kompani jechali spokojnie rozprawiając o kolarskiej kuchni. Ostatecznie dojechali na szczyt z wynikiem 1h 39:05.

20150817_150327

20150817_151446

20150817_154028

Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt w Edelweisshutte. Nie śpieszyło nam się na dół. Wszak nasi koledzy mieli do przejechania o blisko dziesięć kilometrów więcej w każdą stronę, a sam wjazd na Rombo musiał im zająć co najmniej dwie godziny. To wielkie wzniesienie tylko raz pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Włoch. To znaczy podczas szesnastego etapu Giro z roku 1988 prowadzącego z Merano do Innsbrucku. Premię górską na tej granicznej przełęczy wygrał Szwajcar Daniel Gisiger, lecz w stolicy Tyrolu ze zwycięstwa etapowego cieszył się Włoch Franco Vona. Rombo znana jest przede wszystkim jako ostatnia góra na trasie Oetztaler Radmarathon – jednego z najtrudniejszych górskich wyścigów typu Gran Fondo. Podczas tej sierpniowej imprezy amatorzy kolarstwa na austriacko-włoskiej trasie długości 238 kilometrów mają do pokonania cztery solidne wzniesienia z łącznym przewyższeniem rzędu 5500 metrów! Gdy my siedzieliśmy przy cieście za stołem wspomnianej gospody nasi koledzy dopiero kończyli swą maratońską wspinaczkę. Dość niespodziewanie najmocniejszy w ich gronie – na przekór niedoborom treningu i bolącym plecom – okazał się Daniel. Na stravie najdłuższy segment z tej góry ma 26,5 kilometra i obejmuje odcinek niemal od początku wzniesienia do kiosku przed tunelem na wysokości około 2400 metrów n.p.m. Daniele pokonał ten dystans w czasie 2h 00:35 (avs. 13,2 km/h i VAM 871 m/h). Nad Romkiem i Tomkiem zyskał tu kilka, zaś nad Rafałem kilkanaście minut. Czasy tej trójki to odpowiednio: 2h 06:19, 2h 06:36 i 2h 14:06. Ciężkie chwile przeżywał na tej górze Artur, któremu pokonanie tego segmentu zajęło aż 2h 31:40. Niestety żaden z nich nie mógł zbyt długo cieszyć się swym sukcesem jakim niezależnie od czasu wjazdu pozostaje samo pokonanie takiego wzniesienia. Na tej przełęczy pogoda była znacznie gorsza niż na Monte Giovo. Ledwie 4 stopnie plus wilgoć z nisko położonych chmur. Na domiar złego wichura na tyle mocna, że trudniej im się jechało pod wiatr na falsopiano niż z wiatrem pod najgorszą stromiznę. W obliczu takich warunków czym prędzej zarządzili odwrót ku dolinie. Na zjeździe Daniel dał czadu. Według stravy odcinek 26,2 kilometra pokonał w 31:04 (avs. 50,8 km/h). To dało mu drugi wynik pośród 134 zarejestrowanych osób. Tomek był niewiele wolniejszy i z czasem 32:53 uplasował się w tym zestawieniu na szóstej pozycji.

Do samochodów zaparkowanych przy tablicy informacyjnej naprzeciw hotelu Wiesenhof dotarliśmy około szesnastej. Ponieważ na swojej przełęczy spędziliśmy kilkadziesiąt minut nie byliśmy pierwsi na dole. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musieliśmy jeszcze poczekać na bezpieczny powrót Artura. Wiedzieliśmy już, że przejazd w rejon bazy noclegowej zająć nam może nawet półtorej godziny. Tymczasem naszym drugim podjazdem tego dnia miał być wjazd z poziomu Val d’Adige po drodze SP129 do położonej na wysokości 1320 metrów n.p.m. wioski Cauria (niem. Gfrill). Wspinaczka do niej zaczyna się w Salorno (niem. Salurn) – najdalej na południe położonej miejscowości w całym Południowym Tyrolu. Bliżej stąd do Trento niż Bolzano. Nie dziwi więc, że to jedna z pięciu gmin na terenie Alto-Adige, gdzie większość mieszkańców mówi po włosku, a nie niemiecku. Podczas samochodowego transferu dowiedzieliśmy się od kolegów z Moto-2 i Moto-3, że oni rezygnują z podjazdu pod Caurię. Jednak nie wszyscy pożegnali się z rowerem do dnia następnego. Adam z Rafałem zrobili sobie jeszcze przeszło 10-kilometrową przejażdżkę z Termeno do Corony. Przy tej okazji zaliczając nasz 6-kilometrowy podjazd do domu, na którym liderem ze stravy jest Moreno Moser. Tym niemniej do Salorno pojechaliśmy tylko we trójkę. Daniel dowiózł nas na miejsce przeznaczenia, lecz wzorem pozostałych kolegów darował sobie ponowne wsiadanie na rower. Miał ku temu dobry powód czyli niemal 30 kilometrów wspinaczki w nogach. Ja i Darek „przerobiliśmy” ich jak na razie tylko 20, stąd dla równego rachunku wypadało nam coś dokręcić. Stanęliśmy więc na starcie kolejnego wyzwania i to nie byle jakiego. Jeśli pominiemy łagodny początek czyli pierwsze 1600 metrów od drogi krajowej SS12 podjazd z Salorno do Caurii liczy sobie 11,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,7 % i max. 15 % przy przewyższeniu 1100 metrów. Dojechawszy do tego miasteczka zaparkowaliśmy na miejscowym rynku. Z miejsca startu mieliśmy widok na kościół i ratusz, za którymi piętrzyły się zalesione góry, w które wkrótce mieliśmy podążyć. W końcu tuż przed wpół do siódmą Darek i ja ruszyliśmy do boju, zaś Daniel poszedł w miasto na zasłużoną obiadokolację. Po chwili delikatnego podjazdu wzdłuż Piazza Municipio zaraz za kościołem skręciliśmy w lewo pokonując płaski kilometr ulicami: Via Loreto i Via Molino.

Prawdziwy podjazd zaczął się po wyjechaniu z miasteczka, tuż za znakiem drogowym straszącym nachyleniem o wartości 14 %. Niemal do końca trzeciego kilometra jechaliśmy po stromej drodze wśród winnic. Pierwsze 2700 metrów tej góry ma średnie nachylenie na poziomie 10,4 %. Darek z wolna się rozgrzewał, więc na pierwszych kilometrach musiałem kilkakrotnie zwalniać byśmy nadal mogli jechać razem. Końcówka trzeciego i cały czwarty kilometr pozwolił mu złapać głębszy oddech na znacznie łatwym dojeździe do Pochi vel Buchholz (4,2 km). W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do lasu, gdzie szosa już wkrótce ponownie się wypiętrzyła. Najbardziej strome na tej górze są kilometry szósty i ósmy, na których średnie nachylenie sięga niemal 12 %. Dystans biegł powoli, a mi sił jakby szybciej ubywało. Od połowy wzniesienia to Darek zaczął dyktować tempo, zaś ja spadałem z jego koła. Niemniej mając w pamięci moją koleżeńską taktykę z pierwszych kilometrów tego wzniesienia tym razem to Dario zaczął się oglądać i lekko zwalniać gdy było trzeba. Po doświadczeniach z Passo Pampeago i Prati di Kohl ukuliśmy teorię, że na tego rodzaju stromych podjazdach „prawo ciążenia” dopada mnie po przejechaniu siedmiu kilometrów. Przemęczyłem jakoś te trzy najgorsze dla mnie kilometry, zaś na finałowym zapewne zmobilizowany bliskim końcem tego cierpienia nieco odżyłem. Na ostatnich 800 metrach podjazd prowadził drogą przez łąkę będącą wysepką pośród tego gęstego górskiego lasu. Na samym końcu asfaltowej drogi znajduje się Cauria (niem. Gfrill). Wioska licząca sobie ledwie 50 mieszkańców i kilkanaście domostw wokół gotyckiego kościółka pod wezwaniem św. Małgorzaty. Przejechaliśmy przez wieś po kostce i zatrzymaliśmy się na jej końcu, tuż przed wjazdem na prowadzący dalej szutrowy dukt. W sumie przejechaliśmy 11,5 kilometra w 1h 06:20 (avs. 10,5 km/h). Gdyby nie wzajemna solidarność zapewne każdy z nas mógłby z tego czasu urwać jakąś minutę. Tym niemniej bardziej sobie cenię ten fajny przykład sportowej współpracy. Na stravie zmierzono nam czas 1h 05:59 na dystansie 11,1 kilometra (avs. 10,1 km/h i VAM 999 m/h). Po przymusowo krótkim pobycie na szczycie pozostało nam tylko bezpiecznie zjechać przed zapadnięciem zmierzchu. Nie było czasu ani warunków to zrobienia dokumentacji zdjęciowej. Dojechałem na rynek około 20:20. Byliśmy zmęczeni i głodni. Dlatego przed powrotem do Haus Belutti podjechaliśmy wszyscy do restauracji, którą Daniel odkrył podczas swego spaceru po Salorno.

20150817_193847

20150817_200633