banner daniela marszałka

Val d’Ultimo

Autor: admin o środa 19. Sierpień 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/376586391

W środę zamierzaliśmy zdobyć dwa wzniesienia pomiędzy Bolzano a Merano. Oryginalny plan zakładał przejazd samochodem do miasteczka Lana. Z tego miejsca ja miałem się udać na zachód czyli w długą podróż ku krańcom doliny Ultimo. Natomiast reszta ekipy z tego samego miejsca miała ruszyć na południe i zdobyć bywałą na Giro d’Italia przełęcz Palade. Następnie w drodze powrotnej do naszej bazy noclegowej mieliśmy się zatrzymać w Terlano i pokonać bardzo trudny podjazd pod Il Salto (1449 m. n.p.m.) drogą przez Frassineto. Niestety tego dnia pogoda była bardzo podejrzana wobec czego realizacja drugiej części tego programu od samego początku stała pod znakiem zapytania. Do Lany było nam znacznie bliżej niż do poniedziałkowego San Leonardo in Passiria czy wtorkowych „miejscówek” w Coldrano i Prato allo Stelvio. Szlakiem przez Strada del Vino mieliśmy do pokonania ledwie 44 kilometry, których przejechanie miało nam zabrać ze trzy kwadranse. Na ulicach Lany od tego samego ronda przy Via Max Vilier rozpoczynają się dwa solidne podjazdy. Bardziej znanym jest wjazd od północnej strony na Passo delle Palade vel Gampenjoch (1512 m. n.p.m.). Liczy on sobie 18,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6 % i max. 10,8 %. To wzniesienie ma 1195 metrów przewyższenia i na trasie wielkiego Giro zostało wypróbowane po raz pierwszy już w 1940 roku na etapie z Ortisei do Trento. Na premii górskiej pierwszy był wówczas słynny Gino Bartali, choć sam etap padł łupem jego rodaka Glauco Servadei. W późniejszych dekadach wyścig Dookoła Włoch przejechał przez tą przełęcz jeszcze sześciokrotnie, z czego trzy razy od „naszej” północnej strony. Po raz drugi podczas edycji z roku 1962 gdy pierwszy na górze był kolejny Włoch Armando Pellegrini. Po raz trzeci w sezonie 1978 gdy na premii górskiej najwyżej zapunktował Szwajcar Ueli Sutter i w końcu przy czwartej okazji w 2010 roku gdy na etapie do Peio Terme wygranym przez Francuza Damiena Monier najszybszy był tu Hiszpan Daniel Moreno. Jednym słowem jest to wzniesienie o niemałych walorach fizycznych, ale też ciekawej karcie w dziejach naszego sportu.

Pomimo takich atutów pominąłem to wzniesienie w swym programie na Sud Tirol 2015, albowiem poznałem je podczas jednej ze swych wcześniejszych wypraw do Italii. Zdobyłem je w trakcie wiosennej wycieczki do regionu Trentino-Alto Adige z roku 2010. Wówczas też nie miałem tu szczęścia do pogody. Tym niemniej na przekór deszczowej aurze zaliczyłem wtedy Palade w pakiecie z podjazdem do Falzeben / Merano 2000. Przyjeżdżając ponownie do Lany miałem na oku drugie z miejscowych wzniesień. Co prawda nieznane kolarskim wyścigom elity, lecz pod względem sportowym będące jeszcze większym wyzwaniem. Miał to być 37-kilometrowy podjazd ku Lago di Fontana Bianca (niem. Weissbrunnsee). To sztuczne jezioro powstało pod koniec lat pięćdziesiątych u kresu Val Ultimo (niem. Ultental). Leży ono na wysokości 1872 metrów n.p.m. w cieniu szczytów górskiej grupy Ortles-Cevedale, na południowo-wschodnim skraju Parco Nazionale dello Stelvio. Prowadząca ku niemu droga dociera nieco wyżej, bo na wysokość 1880 metrów n.p.m. Według „cyclingcols” wzniesienie to liczy sobie 36,6 kilometra o średnim nachyleniu 4,3 % i przewyższeniu netto 1565 metrów. Brutto czyli z odzyskiwaniem wysokości po niewielkich zjazdach amplituda wynosi nawet 1660 metrów. Cieszyłem się na spotkanie z tak sporym wyzwaniem. Żałowałem tylko, że owo przewyższenie nie jest zbite w jakiś konkretny 20- czy 25-kilometrowy dystans o stałym nachyleniu. Wiedziałem, że będę musiał na nim pokonać dłuższe odcinki w niemal płaskim terenie, na których trzeba będzie wrzucić łańcuch na dużą tarczę. Na załączonym profilu widać przynajmniej dwa odcinki, zasługujące co najwyżej na miano „falsopiano”. Niechaj jednak wszelakich śmiałków nie zwiodą suche liczby. Już sam przeszło 30-kilometrowy dystans potrafi zmęczyć nogi. Na domiar złego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia jest ostatnie sześć kilometrów, na których stromizna momentami przekracza 13 %. Na stronie „cyclingcols” ten bardzo długi i nierówny podjazd wyceniono aż na 1117 punktów czyli wyżej niż Val Martello (1062) i Monte Giovo (1033), nie mówiąc już o pobliskim Palade (805).

Do Lany dotarliśmy wczesnym popołudniem. Niestety wtorkowe problemy żołądkowe na tyle osłabiły Daniela, że nie czuł się on na siłach by stanąć na starcie „wyścigu” pod Passo delle Palade. Z kolei u Tomka nie było już śladu po wczorajszym kryzysie zdrowotnym. „Bury” stał się wkrótce jednym z głównych rozgrywających podczas zaciętej rywalizacji na Gampenjoch. Wystartowałem kilka minut przed kolegami rozpoczynając swą długą solówkę na drodze SP9 o godzinie 12:35. Pierwsze 2100 metrów prowadziło krętym szlakiem między winnicami z pięcioma serpentynami i widokiem na Val d’Adige. Tak długi podjazd podzieliłem sobie w głowie na mniejsze kawałki za kolejne cele biorąc poszczególne miejscowości na mojej drodze. Zmagając się z pierwszymi kilometrami tego wzniesienia wolałem nie pamiętać, że do końca wspinaczki zostało ich jeszcze ze trzydzieści. Tymczasem początek podjazdu do Lago di Fontana Bianca wcale nie należał do łatwych. Do połowy siódmego kilometra nachylenie było całkiem solidne, zaś na czwartym wynosiło średnio 9,5 %. Potem góra zupełnie odpuściła i to niemal do końca dziesiątego kilometra. W zasadzie na odcinku ponad trzech kilometrów straciłem tu 55 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Po przejechaniu 9,6 kilometra dojechałem do San Pancrazio (niem. St. Pankraz), miejscowości która może się pochwalić najstarszym kościołem w całej tej dolinie. Na początku dwunastego kilometra rozpoczęła się druga faza podjazdu czyli ponad 7-kilometrowy odcinek pomiędzy 11,3 a 18,6 kilometra od startu. Jechałem cały czas wzdłuż rzeczki Valsura (niem. Falschauer). Po przejechaniu 15,6 kilometra minąłem odchodzącą w lewo drogę SP88 wiodącą na Passo Castrin (1785 m. n.p.m.). Ta przełęcz omal nie zadebiutowała na Giro d’Italia w 2013 roku gdy organizatorzy „La Corsa Rosa” szukali ad hoc awaryjnej drogi z Ponte di Legno do Val Martello. To znaczy szlaku z pominięciem zasypanych wówczas śniegiem Gavii i Stelvio. Trzy kilometry dalej byłem już w Santa Valburga (niem. St. Walburg), liczącej 2200 mieszkańców największej miejscowości Val d’Ultimo. Jechałem już 64 minuty pokonawszy w tym czasie 18,6 kilometra. Tymczasem byłem dopiero na półmetku wzniesienia.

Kilkanaście następnych kilometrów okazało się najłatwiejszym i tym samym najszybszym odcinkiem tego podjazdu. Najpierw pięć zupełnie płaskich kilometrów, w większej części prowadzących wzdłuż sztucznego jeziora Lago di Zoccolo alias Zoggler Stausee. Następnie niespełna osiem kilometrów delikatnego wzniesienia o średniej około 3%. Na tym segmencie przejechałem przez wioskę San Nicolo (26,8 km). Kolejne kilometry płynęły szybko, ale do czasu. W końcu po przebyciu 31,3 kilometra skończyła się sielanka. Teraz trzeba było pokonać odcinek 900 metrów o średniej 8% z przejazdem przez wioskę Santa Geltrude d’Ultimo (niem. Sankt Gertraud). Nagła zmiana terenu, a zatem rytmu jazdy potrafi podciąć nogi. Jednak z tym krótkim odcinkiem jakoś sobie poradziłem. Tym niemniej po przejechaniu 32,2 kilometra dotarłem do rozjazdu, na którym miałem małą zagadkę którędy dalej mam jechać. Trochę czasu tu niepotrzebnie straciłem, ale czym że to jest w skali przeszło dwóch godzin jakie potrzebowałem na zdobycie całego wzniesienia. Ostatecznie dokonałem prawidłowego wyboru kierując się w prawo ku widzianej w oddali stromiźnie. Do szczytu brakowało już tylko kilku kilometrów, lecz dopiero tu zaczynał się najbardziej stromy fragment całej wspinaczki czyli 5,2 kilometra o średniej 8,1 %. Jak widać na załączonym obrazku zdecydowanie najtrudniejszy był tu czwarty kilometr od końca, z maximum powyżej 13 %. Szczególnie dłużył mi się dojazd do pierwszego z czterech wiraży. W połowie 34-tego kilometra wjechałem do lasu, gdzie podjazd trzymał jeszcze przez dobre trzy kilometry. Pod koniec 37-mego na krótkim zjeździe mogłem złapać oddech na ostatnie trzysta metrów wspinaczki. Poprzestałem na dojechaniu do najwyższego punktu tej drogi rezygnując z dotarcia do schroniska na przeciwległym brzegu jeziora. Według danych z Garmina przejechałem dystans 37,4 kilometra w czasie 2h 08:17 (avs. 17,5 km/h). Na stravie znalazłem wyniki segmentu o długości 36,5 kilometra. Ten dystans pokonałem w czasie netto 2h 06:48 (avs. 17,2 km/h). Przy tak łagodnym profilu góry VAM wyszedł skromny tzn. ledwie 738 m/h. Na górze spędziłem niespełna kwadrans. Nie spodziewałem się, że największe wyzwanie dopiero przede mną. Już po kilkuset metrach zjazdu złapała mnie ostra ulewa. Stromy odcinek do Św. Gertrudy dosłownie przepłynąłem z nurtem strumieni tworzących się na asfalcie. Teoretycznie poniżej tej wsi mogłem się rozgrzać kręcąc na płaskich odcinkach, ale na to byłem już zbyt zziębnięty i przemoczony do suchej nitki. Poza tym od czasu do czasu zatrzymywałem się chcąc uwiecznić ten podjazd na zdjęciach. Do kolegów czekających na mnie od godziny piętnastej dotarłem dopiero około 16:30.

Z zainteresowaniem wysłuchałem relacji Darka z przebiegu rywalizacji na Palade. Wystartowali w niewielkich odstępach czasu, by niebawem zjechać się po tym gdy część ekipy stanęła przy drodze w wiadomym celu. Po neutralizacji jako pierwszy zaatakował Dario. Po kilku kilometrach dojechali do niego Romek i Tomek, biorąc na siebie ciężar prowadzenia. Zdaniem Darka o wyniku ich trójkowej rywalizacji zadecydowała „zmasowana akcja dezinformacji”. Tomek z regularnością szwajcarskiego zegarka przypominał kolegom, iż trzeba zachować siły na rzekomo trudny finałowy kilometr o średnim nachyleniu 11%. Zwiedziony tą informacją Darek nie zareagował na przyśpieszenie Romka około sześciu kilometrów przed końcem podjazdu. Postanowił spokojnie dokończyć konsumowany właśnie posiłek. Ufny w swoją moc na najbardziej stromych odcinkach pozwolił kolegom na zdobycie 20-30 sekundowej przewagi. Wierzył bowiem, że na zapowiadanej końcówce odrobi owe straty, może nawet z nawiązką. Bliżej szczytu zorientował się po danych ze swego licznika, iż zabraknie tu metrów przewyższenia na zapowiadany stromy finał. Przeszedł do kontrataku, lecz okazał się on spóźniony. Na przełęczy do dwójki liderów zabrakło mu ledwie 6 sekund. Nie wdając się w zbyt szczegółowe analizy niepewnych danych ze stravy dodam tylko, że tercet Dario-Romano-Tomasso pokonał ten podjazd w czasie około 1h i 17 minut. Jadący na czwartej pozycji Arturro potrzebował na to 1h i 24 minut, zaś zamykający stawkę Adam i Rafał z grubsza 1h i 31 minut. Ta minimalna porażka nie dała Darkowi spokoju. Do końca wyprawy szukał dobrej okazji do rewanżu. Na to musiał trochę poczekać, albowiem tego dnia z uwagi na stosunkowo późną porę i niepewne warunki pogodowe zrezygnowaliśmy z drugiego podjazdu. Decyzja była jednogłośna, tym bardziej że każdy z nas zmókł na swym zjeździe. Zaoszczędzony czas wykorzystaliśmy wszyscy na wizytę w sklepie rowerowym pod Appiano. Poza tym ja wraz z Danielem i Darkiem wpadłem jeszcze do dwóch winiarskich kantyn w okolicy Termeno (niem. Tramin). Na zakupy szlachetnych trunków była już bowiem niemal ostatnia okazja. Nazajutrz mieliśmy opuścić te strony by po przejechaniu trasy ósmego etapu przenieść się do nowych baz noclegowych w pobliżu Brunico.

Palade_1

Palade_2