banner daniela marszałka

Erbe-Val di Funes & Pinei

Autor: admin o czwartek 20. Sierpień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376586417

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376586369

Ten czwartek zapowiadał się na bodaj najciekawszy dzień całej wyprawy do włoskiej części Tyrolu. Dla większości naszej ekipy etap ósmy miał być zarazem królewskim odcinkiem na szosach Alto-Adige. Po pierwsze tego dnia musieliśmy się przenieść z południa na północ prowincji Bolzano. To znaczy opuścić nasze lokum w Coronie nad Cortaccią na rzecz dwóch nowych przystani w San Stefano i San Martino nieopodal San Lorenzo di Sebato. Mniej więcej na półmetku tego przeszło 100-kilometrowego transferu zaplanowaliśmy sobie postój w Ponte Gardena, skąd mieliśmy ruszyć na spotkanie z kolejną kolarską przygodą. Szóstce kolegów (wszystkim poza Adamem) podsunąłem pomysł na przejechanie kultowej trasy wokół masywu Sella. Na etapie długości 103 kilometrów mieli pokonać kolejno przełęcze: Gardena (2121 m. n.p.m.), Campolongo (1875 m. n.p.m.), Pordoi (2239 m. n.p.m.) i Sella (2244 m. n.p.m.) bądź też Sella, Pordoi, Campolongo i Gardena – kolejność dowolna i zależna od decyzji, którą musieli podjąć najpóźniej na Pian de Gralba (1871 m. n.p.m.) po 25 kilometrach od startu. Tak czy owak czekała ich jazda szlakiem wielu edycji Giro d’Italia. Mieli zdobyć legendarne przełęcze wielokrotnie wykorzystane w wyścigu Dookoła Włoch. Pordoi i Sella po raz pierwszy pojawiły się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1940 roku. Natomiast Campolongo i Gardena zadebiutowały w sezonie 1949. W ostatnim półwieczu peleton Giro przejechał przez Gardenę dwanaście razy, zaś przez Sellę i Campolongo o jeden raz więcej. Niemniej prawdziwą rekordzistką pośród wszystkich włoskich przełęczy jest Passo Pordoi. W całej historii Giro kolarze przemknęli przez nią aż 37 razy, z czego 27 wizyt miało miejsce w okresie ostatnich 50 lat. Trzynaście razy była ona najwyższym punktem na trasie wyścigu, więc wyznaczano na niej premię górską Cima Coppi. Poza tym czterokrotnie kończyły się tu etapy Giro. W 1990 roku triumfował Francuz Charly Mottet, zaś w latach 1991 i 1996 Włosi: Franco Chioccioli i Enrico Zaina. Natomiast w 2001 roku do mety na tej górze jako pierwszy dotarł Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio.

Oczywiście bardzo wysoko cenię sobie piękno tej części Dolomitów jak i przebogatą kolarską historię tych gór. Tym niemniej motywem przewodnim moich górskich wojaży od dłuższego czasu jest chęć poznania kolejnych czyli zupełnie nowych podjazdów. Tymczasem miałem już na swym koncie trzy pełne rundki wokół masywu Sella. Pierwszą w 2003 roku przejechałem w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego. Drugą rok później zrobiłem wraz z Jarkiem Chojnackim. Natomiast w 2007 roku razem z Piotrkiem Mrówczyńskim zaliczyłem kolejną Sellarondę startując w Maratona dles Dolimites. Trasa tej wielce prestiżowej imprezy dla amatorów „leci” przez każdą ze wspomnianych przełęczy, zaś Campolongo „zalicza” nawet dwukrotnie. Na dodatek w 2010 roku wspólnie z Darkiem przejechałem całą trasę od Ponte Gardena do Passo della Gardena. Z tych powodów na czwartkowe popołudnie musiałem sobie poszukać innych wyzwań. W zasadzie miałem do wyboru trzy wzniesienia. Przełęcze Erbe (2004 m. n.p.m.) i Pinei (1437 m. np.m.) na wschodnim brzegu Isarco lub jedną z dwóch opcji podjazdu do znajdującej się po zachodniej stronie doliny gospody Gasserhutte (1752 m. n.p.m.). Wybrałem wspinaczki ku obu przełęczom by poznać kolejne drogi przetestowane już na wyścigu Dookoła Włoch. Na moje szczęście Adam podczas swych długich alpejskich wakacji zdążył zaliczyć trasę Sellaronda i to zapewne nie raz. Dlatego dał się przekonać do dwójkowej wyprawy na Passo delle Erbe oraz Passo Pinei. Aby dojechać do naszej bazy wypadowej w Ponte Gardena musieliśmy pokonać samochodowy odcinek o długości 59 kilometrów. Trasa tego dojazdu była nam dobrze znana z wypadów do Prato all’Isarco, Cardano i Bolzano w końcówce ubiegłego tygodnia. To znaczy kierunek ten sam, droga czyli SS12 ta sama i tylko dystans nieco większy. Gdy późnym przedpołudniem rozbiliśmy swój obóz startowy na parkingu przy Via Paese (niem. Dorfstrasse) zapowiadał się piękny dzień na rowerową eskapadę. Temperatura 25 stopni i niebo błękitne, niemal bezchmurne. Wespół z Adamem jako pierwsi zebraliśmy się do drogi. W przeciwieństwie do naszych kolegów do podnóża swego pierwszego podjazdu mieliśmy solidny dojazd, to znaczy nie jak oni kilkaset metrów lecz kilkanaście kilometrów.

Wystartowaliśmy o godzinie 12:05 i na samym początku popełniliśmy falstart. Zamiast ruszyć z parkingu w prawo zrazu odbiliśmy w lewo. Na skutek tego już po kilkuset metrach jazdy wyrosła przed nami góra. Nadzialiśmy się na alternatywny podjazd ku Ortisei w dolinie Val Gardena czyli drogę SP82 łączącą się ze szlakiem wybranym naszych kolegów na wysokości Pontives. Szybko zorientowałem się w naszej pomyłce, więc już na drugim wirażu zawróciliśmy. Tym samym po przejechaniu 1600 metrów wróciliśmy do punktu wyjścia. Wkrótce przejechaliśmy przez most nad Isarco i nie chcąc wjeżdżać na drogę krajową SS12 postanowiliśmy przetestować fragment słynnej ścieżki rowerowej ciągnącej się wzdłuż Valle d’Isarco od Bolzano aż po przełęcz Brenner. Wytrzymaliśmy na niej przez ponad 7 kilometrów. Pod koniec tego odcinka przejechaliśmy przez Chiusę (niem. Klausen). Po wyjechaniu z tego miasteczka wbiliśmy się w końcu na krajówkę by przejechać po niej trzy następne kilometry. W końcu mając już na licznikach 12,4 kilometra skręciliśmy o 180 stopni na równoległą do autostrady szosę SP27. Przejechaliśmy na wschodni brzeg rio Isarco i czterysta metrów dalej skończył się nasz 13-kilometrowy dojazd do podnóża Passo delle Erbe – kolarskiej góry o wielu obliczach i imionach. Dróg prowadzących na tą przełęcz jest aż pięć! Trzy od strony zachodniej i dwie od flanki wschodniej. To znaczy wariant północno-zachodni z Bresanonne przez Luson, zachodni z Bresanonne przez Eores oraz południowo-zachodni czyli ten, który mieliśmy właśnie wypróbować od drogi SS12 przez Val di Funes. Wszystkie one łączą się z sobą w końcowej fazie długiej wspinaczki. Podobnie po wschodniej stronie można zacząć podjazd od północnego-wschodu w miejscowości Longega lub od południowego-wschodu w Piccolino. Te dwie wschodnie opcje łączą się z sobą na około sześć kilometrów przed szczytem. Z kolei na drogowych tablicach znajdziemy trzy różne nazwy tej przełęczy. Włoska to oczywiście Passo delle Erbe, niemiecka (tyrolska) to Wurzjoch, w końcu zwie się ją również Ju de Borz w romańskim języku miejscowych górali znanym jako ladino. Jak by tego było mało nie ma też jasności w kwestii jej wysokości. Rozpiętość danych sięga kilkunastu metrów tzn. od 1987 do 2004 metry n.p.m.

Giro d’Italia zmierzyło się z tą przełęczą tylko trzykrotnie, acz za każdym razem z innej strony. W 1993 roku na etapie z Asiago co Corvary pojechali naszym tegorocznym południowo-zachodnim szlakiem przez dolinę Funes. Pierwszy na premii górskiej był Andrew Hampsten, znakomity amerykański góral rodem z Colorado. Rok później na odcinku z austriackiego Lienz do Merano wspinano się od strony północno-wschodniej, zaś pierwszy na przełęcz dotarł Szwajcar Pascal Richard. Natomiast w 2005 roku podczas etapu z Mezzocorony do Ortisei jechano od południowego-wschodu i wówczas najwyżej zapunktował hiszpański Bask Juan Manuel Garate. Ja jak dotąd zdobyłem tą przełęcz tylko raz w maju 2010 roku od strony zachodniej czyli ze startem w Bresanonne (niem. Brixen) i przejazdem przez Eores di Sopra. Wówczas wraz z Darkiem miał do pokonania 29,9 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu netto 1427, zaś brutto aż 1626 metrów. Teraz do spółki z Adamem musieliśmy „przerobić” dystans 26,1 kilometra o średniej stromiźnie 5,5 % i max. niemal 16 %. Od tej strony góra ma amplitudę netto 1441 metrów, zaś łącznie trzeba pokonać w pionie 1526 metrów. Cyclingcols ten wariant podjazdu wycenia na 1042 punkty. Ruszyliśmy o godzinie 12:39 przy temperaturze 31 stopni. Po przejechaniu 1,7 kilometra minęliśmy tartak przy bocznej drodze do Gudon (niem. Gufidaun). Na pierwszych kilometrach podjazd trzymał na równym poziomie 6-7 %, by dopiero na szóstym postawić nam nieco twardsze warunki. W tej okolicy przejechaliśmy przez wioskę Pradel. Trzy następne kilometry były stosunkowo łatwe. Doliną rzeczki Funes przejechaliśmy w sumie 8,6 kilometra. Według stravy ten fragment wzniesienia pokonaliśmy w 36 minut z przeciętną prędkością 13,9 km/h. Następnie odbiliśmy w lewo zjeżdżając z drogi SP27 na SP163. Przed nami był teraz najtrudniejszy fragment całego wzniesienia czyli 6 kilometrów o średniej 8,9 %. Niemal każdy kilometr na poziomie 9-10 % i liczne ścianki na poziomie od 12 do 14 %. Już sam dojazd do San Pietro (9,1 km) zwiastował niezłą zabawę. W centrum tej wioski trzeba było pokonać ciasny wiraż przy Albergo Kabis, a potem stromy fragment drogi za miejscowym kościołem.

Podjazd trzymał mocno niemal do końca piętnastego kilometra i odpuścił tylko na krótko przy przejeździe przez Colle (12,2 km). W tym momencie jadący z tyłu Adam stanął na około trzy i pół minuty. Zanim ponownie obejrzałem się za siebie straciłem z nim kontakt wzrokowy. Ta różnica utrzymała się między nami do końca środkowej części podjazdu. Natomiast na ostatniej tercji wzniesienia straciłem połowę podarowanej zaliczki. Z początkiem siedemnastego kilometra droga wkroczyła do lasu, by po przebyciu 17,6 kilometra połączyć się z szosą SP29 rozpoczynającą się w Bresanonne. Tym samym ostatnie 8,5 kilometra mogłem przejechać po szlaku znanym mi sprzed pięciu lat. Kolejne 3700 metrów z przejazdem obok schroniska Edelweiss (19,9 km) było dość łagodną wspinaczką, chwilowo kończącą się na poziomie Passo Eores (1863 m. n.p.m.) po przejechaniu 21,3 kilometra. Potem 1600 metrów zjazdu do zbiegu wspomnianej drogi z Luson. Na tym odcinku straciliśmy 79 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Z tego miejsca do szczytu pozostało już tylko 3200 metrów kilometra, z czego 1200 metrów na długiej prostej po ostatnim na tej górze wirażu. Na przełęczy było całkiem tłoczno i gwarno. Zajechałem do restauracji z górskim hotelu Utia de Borz i już po chwili zjawił się tam również Adam. W sumie dystans 26,1 kilometra pokonałem w czasie h 46:20 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem nasze wyniki z całej góry wyliczone segmencie równo 26-kilometrowym. Mój czas to 1h 46:11, zaś Adama 1h 48:01 acz samej jazdy 1h 44:10. Mój wynik jest 33-tym pośród 157 zarejestrowanych czasów. Wartość VAM wyszła teoretycznie skromna bo 825 m/h, ale wobec profilu podjazdu nie dziwi. Dodać można, że jedynie lider i wicelider tego zestawienia złamali tu „tysiaka” z czasami około 20 minut lepszymi od naszych. Na górze było tylko 15 stopni. Mimo to spędziliśmy tam około 40 minut głównie przy stole na ciastku i kawie. Dopiero ciemniejące chmury na niebie wygoniły nas stamtąd. Na zjeździe Adam pojechał swoje, zaś ja wykonałem zwyczajową foto-robotę. Umówiliśmy się, że poczeka na mnie na dole jakiś 15-20 minut. Tak się też stało dzięki czemu następne 11 kilometrów mogłem przejechać na jego kółku.

Na parking w Ponte Gardena wróciliśmy około 16:35. Niespodziewanie spotkaliśmy tam Artura i Rafała. Od nich usłyszeliśmy pierwszą część opowieści rodem z „krainy deszczowców”. Długo szykowali się do jazdy, po czym ruszyli na krótko przed wpół do pierwszą. Zdecydowali się objechać masyw Sella jadąc w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. To znaczy po przejechaniu 25 kilometrów skierowali się na Passo di Sella wybrawszy trudniejszą z dostępnych końcówek swego pierwszego podjazdu. Jechali spokojnie, chcąc przejechać jak najdłuższy odcinek w komplecie. Niestety eufemistycznie mówiąc nie mieli szczęścia do pogody. Słońce towarzyszyło im tylko przez pierwsze kilkanaście kilometrów. Powyżej Ortisei, gdzie przed dziesięciu laty triumfował na Giro Kolumbijczyk Ivan Parra, zaczęło się chmurzyć. Jechali dalej mijając Santa Cristinę i znaną z alpejskich zawodów o Puchar Świata Selvę di Val Gardena, zaś nad ich głowami robiło się coraz ciemniej. Apropos Selvy warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie XX wieku aż trzy razy gościła uczestników Giro. Wygrywali na jej ulicach Włosi: Massimiliano Lelli (1991), Giuseppe Guerini (1998) oraz Hiszpan Jose Luis Rubiera (2000). Dojechawszy na Pian de Gralba trzymali się dalej drogi SS242 tzn. odbili w prawo kierując się na południe. Tu na ostatnich 6 kilometrach wspinaczki zaczęło padać, a im bliżej przełęczy tym mocniej. Na przełęcz Sella dotarli o godzinie 14:50 po przejechan 31 kilometrów. Według oficjalnych danych to wzniesienie miało długość 30,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 % i przewyższeniu aż 1777 metrów. Niebo nad całym masywem Sella było stalowoszare. Widoki na rychłą poprawę pogody mizerne. Pomimo tego większość tej ekipy czyli: Daniel, Darek, Romek i Tomek postanowiła kontynuować swoje zmagania z aurą i naturą na trasie królewskiego etapu. Co więcej zjazdu z Selli nie zamienili czym prędzej na górną część wspinaczki pod Pordoi, lecz wydłużyli sobie wcześniejszy plan o kilkanaście kilometrów. Dario namówił swych trzech kompanów na zjazd do Canazei. Chciał bowiem pokonać cały zachodni podjazd pod Passo Pordoi czyli 12 kilometrów przy średniej 6,6 % z przewyższeniem 785 metrów. Na szczęście dla dalszych losów czterech wspomnianych śmiałków, Artur i Rafał postanowili nie igrać z kapryśną górską pogodą. Po wspólnym pobycie na Selli zawrócili do naszego parku maszynowego w Ponte Gardena.

Tu ich spotkaliśmy. Dwójkę naszych „nawróconych” kolegów udało mi się namówić na podjazd z towarzystwie moim i Adama pod Passo Pinei vel Panider Sattel. To przełęcz, która jak dotąd dwukrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Najpierw w 1991 roku wjechano tu od wschodu na początku etapu z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi. Pierwszy na tej górze zameldował się wówczas hiszpański Bask Inaki Gaston. Natomiast w sezonie 1997 podjeżdżano pod tą przełęcz od naszej zachodniej strony kiedy to na etapie z Predazzo do Falzes na premii górskiej najwyżej zapunktował Kolumbijczyk Chepe Gonzalez. W teorii czekał nas podjazd o długości 15,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,3 % i przewyższeniem 968 / 989 metrów. Prawdziwej wspinaczki było tu co najmniej o kilometr mniej. Niestety zanim około 17:10 ruszyliśmy na spotkanie z tą górą wspomniane chmury znad Val Gardena zeszły już i do naszej doliny Isarco. Ledwie ruszyliśmy, a zaczęło padać. Tego było już za wiele dla Artura i Rafał, którzy mieli przecież za sobą bardzo długi i w dużej mierze deszczowy zjazd z Selli. Zawrócili do samochodów zanim jeszcze na dobre wystartowaliśmy. Można zatem powiedzieć, że opatrzność jednak czuwała nad naszymi czterema kolegami. Tymczasem deszcz jeszcze się wzmógł i po chwili również Adam spasował. Ja postanowiłem dać tej górze szanse. Stwierdziłem, że przejadę pierwsze trzy kilometry i jak nadal będzie lało to najwyżej zawrócę. Na moje szczęściu już po kilkuset metrach czyli po wyjechaniu z pierwszego tunelu padało jakby słabiej, zaś na trzecim kilometrze deszcz zupełnie ustał. Pierwsze 1800 metrów było łatwe i szybkie. Pod koniec trzeciego kilometra droga zmieniała kierunek z południowego na wschodni. Z czasem zaczęło mi się ciężej jechać, więc zastanawiałem się czy długa Erbe nie wyssała ze mnie zbyt wielu sił. Tym niemniej jeśli spojrzymy na profil tego podjazdu miałem prawo czuć większy opór pod nogą. Średnie nachylenie pięciu kolejnych kilometrów wynosi tu niemal 9,9 %. Dwa z nich mają średnio po 11,5 i 10,5 %. Zatem było co jechać. Przejechawszy 5,1 kilometra minąłem skręt ku wiosce Tisana, zaś dwieście metrów dalej raz jeszcze skręciłem na południe.

Po przebyciu 6,4 kilometra dojechałem do szerokiego wirażu, przy którym stały znaki wskazujące dwa kierunki jazdy: w lewo do Casterotto (Kastelruth) i w prawo do Alpe di Siusi (Seiser Alm). Tej jesieni ogłoszono, że na piętnastym etapie przyszłorocznego Giro d’Italia owe miasteczko i stację narciarską połączy trasa niespełna 11-kilometrowej górskiej czasówki. Alpe di Siusi gościło już zresztą Giro w 2009 roku, gdy na piątym etapie triumfował przyszły zwycięzca całego wyścigu Rosjanin Denis Mienszow. Ja wspólnie z Darkiem wjechałem do stacji w maju 2010 roku innym szlakiem od Prato all’Isarco. Tymczasem na rozdrożu zastanawiałem się chwilę jak mam dalej jechać w kierunku Passo Pinei. Ostatecznie zjechałem z drogi SP24 chcąc jak najszybciej dotrzeć do Castelrotto. Tym samym skróciłem sobie podjazd znany z profilu o 1300 metrów i zarazem wydatnie „podrasowałem” średnie nachylenie tego wzniesienia. Po przejechaniu 7,3 kilometra byłem już w centrum tej miejscowości, z powrotem na głównym szlaku ku przełęczy, którą w tym miejscu wiedzie już pod drodze SP64. Teraz do końca ósmego kilometra czekały mnie tylko krótkie zjazdy i odcinki płaskiego terenu. Jednak już po przebyciu 8,3 kilometra trzeba było się zmierzyć ze ścianką o stromiźnie sięgającej 16 %. W drugiej części jedenastego kilometra znów zrobiło się spokojniej, po czym musiałem się jeszcze sprężyć na ostatnie 2300 metrów. Niespełna dwa kilometry przed szczytem minąłem wioskę San Michele vel Sankt Michael (11,5 km). Ostatecznie moja wersja tego podjazdu miała 13,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 %. Wjechałem na przełęcz w czasie 1h 03:40 (avs. 12,7 km/h). Na stravie najdłuższy segment, który znalazłem obejmował odcinek 5,4 kilometra od wyjazdu z Casterotto do samej przełęczy. Ten fragment trasy pokonałem w 24:43 przy średniej prędkości 13,3 km/h i VAM ledwie 924 m/h. Na górze o zrobienie pamiątkowego zdjęcia poprosiłem pieszych turystów. Po około dziesięciu minutach rozpocząłem zjazd. Kilka kilometrów przed Ponte Gardena napotkałem jadącego z naprzeciwka Adama. Ten opowiedział mi dalszą część mokrych przygód naszych „muszkieterów” z Sellaronda. Drużyna Dariusza utknęła w Arabbie, więc Artur i Rafał wsiedli do samochodów ruszając im na ratunek.

Okazało się, że nasi kompani po niespełna 20-minutowym zjeździe do Canazei od razu pognali na Passo Pordoi chcąc się rozgrzać na tym 12-kilometrowym podjeździe. Zadbał o to Romano, który przez całą górę dyktował mocne równe tempo zmuszając pozostałych do sporego wysiłku. Niestety w górnych partiach gór cały czas padało. Poza tym o ile na Selli było jeszcze 16 stopni to na Pordoi już tylko 10. Dlatego ledwie na chwilę stanęli przy dolnej stacji kolejki linowej na Sass Pordoi (2950 m. n.p.m.), po czym ruszyli na wenecki szlak po wschodniej stronie tej przełęczy. Chcieli czym prędzej dotrzeć do Arabby licząc, że zastaną tam lepszą pogodę. Niestety ten 9-kilometrowy zjazd okazał się dla nich traumatycznym przeżyciem. Zziębnięci, przemoczeni i roztrzęsieni zjeżdżali znacznie wolniej niż miałoby to miejsce w normalnych warunkach. Gdy dotarli na dół mieli już dość dalszej jazdy. Schronili się po dachem pewnej pizzerii, gdzie rozweseliły ich acz nie ogrzały piękne widoki rodem z Afryki. W sumie swe pierwsze w życiu podejście pod Sellarondę skończyli na przejechaniu 63,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2459 metrów. Zrobili dystans podobny do tego jaki przejechali Artur i Rafał, acz pod względem przewyższenia wykonali aż 3/4 z założonego sobie planu. Wszystko wskazuje na to, iż okazję do rewanżu nadarzy się już w przyszłym roku. Na szóstym etapie naszego Giro del Trentino planowanego na sierpień 2016 roku mają w programie dużą rundę ze startem i metą w Canazei oraz podjazdami pod Sellę, Gardenę, Campolongo oraz Fedaia-Marmolada. Wcześniej będą mogli obejrzeć większość z tych wzniesień w Eurosporcie podczas relacji z czternastego etapu Giro 2016 (Alpago – Corvara). Ewakuacja z Arabby przebiegła sprawnie. Artur zabrał Romka i pojechali prosto do San Lorenzo di Sebato szlakiem przez Passo di Campolongo i dalej w dół Val di Badia. Natomiast Rafał zgarnął Darka, Tomka oraz Daniela (wraz z kluczykami od Citroena) i zawrócił na parking w Ponte Gardena. Dla mnie był to zdecydowanie najdłuższy etap tej podróży. Przejechałem w sumie 103 kilometry o łącznym przewyższeniu 2938 metrów. Zjechawszy na dół „zadekowałem się” w pobliskim barze. Po około godzinie dołączył do mnie Adam, któremu nie udało się dotrzeć na Alpe di Siusi przed zmierzchem. Rafał przywiózł naszych „rozbitków” około 21:30. Przepakowaliśmy się do dwóch aut i ruszyliśmy w 50-kilometrową drogę po SS12 i SS49 ku naszym nowym noclegom. Ja wraz z Danielem, Darkiem, Arturem i Romkiem miałem zarezerwowany lokal we wiosce Santo Stefano. Natomiast Adam, Rafał i Tomek zamieszkali w równie uroczej okolicy San Martino in Badia. Magnesem, który przywiódł nas w te strony był słynny Kronplatz, z którym umówiliśmy się na sobotnią ustawkę.

Sella_1

Sella_2

Pordoi_1