banner daniela marszałka

Iseran

Autor: admin o czwartek 14. Lipiec 2005

Na deser w upalny, świąteczny czwartek 14 lipca zostawiliśmy sobie z Piotrem Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) czyli drugą najwyższą przełęcz drogową we Francji. Jeszcze przed półwieczem był to dach kolarskiej Europy o kilkanaście metrów wyższy niż włoskie Stelvio. Przerosła ją dopiero wojskowa droga przez Col de la Bonette, po tym gdy z inicjatywy tamtejszych mieszkańców do klasycznej drogi przez przełęcz (2715 m. n.p.m.) dodanego odcinek wokół wierzchołka Cime de la Bonette wprowadzając szosę na poziom 2802 metrów. Iseran tymczasem jest bardziej naturalnym wynalazkiem. My zabraliśmy się za ów podjazd od jego północnej strony, albowiem do bazy wypadowej w Bourg-Saint-Maurice z naszego Macot mieliśmy ledwie siedemnaście kilometrów. Mimo tego do podnóża góry postanowiliśmy dotrzeć samochodem, a to z uwagi na wielki dystans samego wzniesienia. Podjazd pod Iseran rozpoczynany w samym Bourg-Saint-Maurice liczy sobie bowiem aż 49 kilometrów i niemal 2000 metrów przewyższenia! Daje to z pozoru skromne średnie nachylenie rzędu 4 %.

Tak naprawdę jednak dystans ten składa się z czterech wyraźnie oddzielonych od siebie odcinków. Na początek niemal płaskie 9 kilometrów do Viclaire. Potem 15 kilometrów podjazdu do tamy na sztucznym Lec du Chevril, po której przechodzi droga do znanej stacji narciarskiej Tignes. Ten odcinek ma średnie nachylenie 5,8 %. Po czym kolejne 9-kilometrowe „falsopiano” do stacji Val d’Isere, w której kończyła się przeszło 30-kilometrowa górska czasówka Tour de France 1996 wygrana przez Rosjanina Jewgienija Bierzina. Przed tym słynnym górskim kurortem trzeba było pokonać szereg ciemnych i mokrych tuneli, dość niebezpiecznych szczególnie w drodze powrotnej. W końcu po wylocie ze stacji mamy kolejnych 15 kilometrów wspinaczki, tym razem o średnim nachyleniu 5,9 %. Początek dość prosty wśród wysokogórskich łąk, lecz po paru kilometrach droga przeskakuje nad potokiem i wbije się krętą drogą w zbocze góry z paroma bardziej stromymi odcinkami. Droga z Val d’Isere na przełęcz Iseran jest pięknie opisana za pomocą drewnianych tablic podając strudzonemu turyscie takie informacje jak: wysokość bezwzględna (aktualna i końcowa), odległość do szczytu i średnie nachylenie następnego kilometra. Tego dnia martwiąc się o pogodę na niebotycznej przełęczy ubrałem się zbyt grubo. Okazało się, że wystarczyło zabrać rękawki zamiast koszuli z długim rękawem ubranej pod koszulę z krótkim rękawem. Pomimo pewnego „przegrzania” udało mi się pokonać te 50 kilometrów w tempie 19,98 km/h. Piotr dotarł niespełna trzy minuty po mnie i też spokojnie przekroczył średnią 19,5 km/h. Oznacza to, iż dobrą formę zachowaliśmy do samego końca naszej wyprawy.

Nasza pierwsza wspólna wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Dla mnie była najpiękniejszą i najwszechstronniejszą z dotychczasowych. Udało nam się zrealizować wszystkie zasadnicze cele. Zrobiliśmy sześć „prywatnych” treningów i zaliczyliśmy start w być może najtrudniejszym z europejskich wyścigów dla amatorów kolarstwa. Zgodnie z danymi altymetru na liczniku Piotra na tegorocznej trasie La Marmotte było przeszło 4800 metrów przewyższeń. Tymczasem na trasie najtrudniejszego z tegorocznych etapów Tour de France czyli piętnastego do Saint-Lary-Soulan zaledwie 4100 metrów. W sumie podczas siedmiu rowerowych dni zdobyliśmy dziesięć alpejskich szczytów, w tym trzy najwyższe we francuskich Alpach: Bonette, Iseran i Galibier, jeśli pominąć graniczną przełęcz Agnel. Każdy podjazd z naszej dziesiątki bywał używany na „Wielkiej Pętli” mając co najmniej pierwszą kategorię, a według mego rozeznania sześć lub siedem z nich rangę HC czyli najwyższej kategorii. Do tego udało się nam obejrzeć z bliska dwa etapy Touru i to na dwa całkiem różne sposoby tzn. dziesiąty z punktu widzenia przydrożnego kibica oraz jedenasty okiem gościa z „obsługi” tej wielkiej imprezy. Po prostu rewelacja.

Za rok bogatsi o te doświadczenia czyli lepszą znajomość swoich możliwości fizycznych oraz wiedzę na temat wymaganego w tym terenie sprzętu być może raz jeszcze zmierzymy się z morderczym „Świstakiem” lub dla odmiany pojedziemy L’Etap d’Tour – jeśli tylko po latach przerwy zawita on w Alpy. Piotr miał nawet okazję zasugerować pewne ułatwienia w sposobie rejestracji do tej imprezy napotkanemu w Briancon redaktorowi naczelnemu „Velo Magazine”, ale czy te uwagi Francuzi wezmą sobie do serca? Jak na razie przynajmniej wyprawa w Pireneje wydaje mi się strasznie długa i choć w samochodzie „od pawia aviomarin wybawia” to przyznam bez cienia przesady, że wielogodzinna jazda samochodem męczy mnie bardziej niż jazda rowerem po wysokich górach. Poza tym zostało nam jeszcze w samych Alpach niemało do zobaczenia. Czekają na nas chociażby: Mont Ventoux, Madeleine, Val Thorens czy Joux-Plane by wymienić tylko kilka.