banner daniela marszałka

Ciabra & Sampeyre N

Autor: admin o piątek 11. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/390044605

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/390044611

Piątek nie przyniósł nam znaczącej poprawy jeśli chodzi o warunki pogodowe. Temperatura w okolicach 20 stopni i niebo raczej pochmurne. Niemniej jak śpiewał Eric Idle w „Żywocie Briana” trzeba spoglądać na jasną stronę życia. Dla nas takim plusem był już brak deszczu. Wyspaliśmy się do woli, zjedliśmy śniadanie i przed jedenastą ruszyliśmy w drogę. Kolejny raz pojechaliśmy na północ. Tym razem ku Valle Varaita. W dolinie tej byłem już wcześniej dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku gdy wraz z Piorkiem Mrówczyńskim wybraliśmy się na Colle dell’Agnello i dwa dni później gdy obaj ścigaliśmy się w blisko 250-kilometrowym Gran Fondo Fausto Coppi. Po pięciu latach wróciłem w te strony w zacnym towarzystwie: Piotra, Darka, Adama Kowalskiego i Romka Abramczyka. Naszą bazą noclegową po ósmym etapie Route de Grandes Alpes była bowiem wioska Borgata Villar położona cztery kilometry na zachód od miasteczka Sampeyre. W ostatnim ćwierćwieczu profesjonalny peleton przemierzał tą dolinę ośmiokrotnie. Począwszy od roku 1993 Giro d’Italia złożyło w tej okolicy w sumie sześć wizyt. Trzy przy okazji transgranicznych etapów do Briancon lub Les Deux Alpes, zaś trzy kolejne gdy mety górskich odcinków świadomie lub z konieczności (przy gorszej pogodzie) wyznaczano w Chianale. Tour de France zajrzał w te strony dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku zjechał tędy na etapie z Embrun do Pratonevoso, zaś trzy lata później podjechał ku przełęczy Anioła na odcinku prowadzącym z Pinerolo na Col du Galibier. Ponieważ Colle dell’Agnello mieliśmy już zaliczone nie planowaliśmy kolejnej wspinaczki na to najwyższe przejście graniczne w całych Alpach. Zawczasu przygotowałem dla nas inne atrakcje. To znaczy dwie wspinaczki o przewyższeniu ponad tysiąca metrów, w tym jedną na wysokość niemal 2300 metrów n.p.m. Na pierwsze danie mieliśmy „połknąć” Colle della Ciabra (1723 m. n.p.m.), zaś na drugie „zjeść” Colle di Sampeyre (2284 m. n.p.m.). To powinno było zaspokoić nasz głód górskich przygód. Aczkolwiek przyznam, iż w głowie świtał mi jeszcze pomysł na lekkostrawny deser czyli niespełna 10-kilometrowy podjazd z Casteldelfino do Sant’Anna di Bellino (1842 m. n.p.m.). Jako, że szósty etap mieliśmy zacząć od wjazdu na przełęcz Ciabra w ramach zwyczajowego transferu samochodowego musieliśmy dojechać do Brossasco. Tym razem z drogi krajowej SS589 przyszło nam zjechać na wysokości Costigliole Saluzzo. Po chwili byliśmy już w Piasco gdzie wjechaliśmy na drogę SP8 wiodącą w głąb Valle Varaita.

Po dotarciu do upatrzonego wcześniej miasteczka zatrzymaliśmy się na pustym parkingu przed miejscowym motelem. Podobnie jak dzień wcześniej wystartowaliśmy po południu, acz tym razem o całą godzinę szybciej niż w czwartek bo o 12:10. Jakby nie patrzeć był to jakiś organizacyjny postęp. Szybko okazało się, że nasz pierwszy podjazd nie zaczyna się w samym Brossasco, lecz niespełna trzy kilometry dalej na zachód w miejscu zwanym Ponte Valcurta. Tym samym w ramach niezamierzonej rozgrzewki przejechaliśmy odcinek 2600 metrów o przewyższeniu 40 metrów. Zaraz za wspomniany mostem skręciliśmy w prawo ku bocznej dolinie Valmala. Jej nazwę można sobie przetłumaczyć jako „Zła Dolina”. W dawnych wiekach cieszyła się ona złą sławą, albowiem jej niedostępne tereny były siedzibą lokalnych zbójów. Pewne wydarzenie z pierwszej połowy XIX wieku odmieniło jej losy. W sierpniu i wrześniu 1834 roku miejscowym pasterzom miała się tu wielokrotnie objawić Matka Boska. Rozpoczęły się pielgrzymki do miejsca owego widzenia, zaś w 1851 roku powstało okazałe Il Santuario Diocesio della Madre della Misericordia (Sanktuarium Diecezjalne Matki Boskiej Miłosierdzia). Leży ono na wysokości 1379 metrów n.p.m., więc aby do niego dotrzeć pieszo czy też rowerem trzeba się najpierw „fizycznie umartwić” na przeszło 9-kilometrowej górskiej trasie. Tym niemniej z naszego punktu widzenia ów szlak pielgrzymkowy był tylko częścią większej całości, niejako lotną premią na drodze do mety. Według „PVB – Piemonte 2” podjazd pod Colle delle Ciabra wiedzie na wysokość 1689 metrów n.p.m. i liczy 16 kilometrów o średnim nachyleniu 6,7% i max. 13%. Przewyższenie netto to 1043 metry, acz de facto do pokonania w pionie jest 1070. Tym niemniej niektóre źródła jak choćby strona www.massimoperlabici.eu czy też tablica drogowa u kresu wspinaczki sugerują, iż przełęcz ta leży na wysokości 1723 metrów n.p.m. Pierwszy kilometr wspinaczki na drodze SP109 ma „tylko” 5,3 %, ale już dwa kolejne trzymają na średnim poziomie 7,1%. Po przejechaniu 1300 metrów mija się most nad potokiem Valmala, zaś nieco wyżej osadę Borgata Mulino (1,7 km). Po trzech kilometrach dojeżdża się do Valmali, wsi leżącej na wysokości 841 metrów n.p.m. Niegdyś zamieszkanej przez ponad 800 mieszkańców, lecz dziś mającej ich ledwie kilkudziesięciu.

Czułem się dobrze. Mogłem jechać na relatywnie twardym przełożeniu. Poza tym potrafiłem pokonać długie odcinki stojąc w pedałach. Ten podjazd ma swoje ostre kawałki. Na czwartym, piątym i ósmym kilometrze średnie nachylenie wynosi co najmniej 9%, zaś na ostatnich trzystu metrach przed Sanktuarium stromizna sięga 11%. W niejednym miejscu na przydrożnych skałach wierni ustawili figurki Matki Boskiej. To zapewne pielgrzymkowe przystanki. Niestety niezbyt uważnie zapoznałem się ze swoją książkową lekturą, bowiem wydawało mi się, że w drodze na szczyt trzeba minąć Santuario di Valmala. Zdziwiłem się zatem gdy dojechawszy do niego nie widziałem przed sobą dalszej drogi pod górę. Zacząłem jej szukać po okolicy. Wkrótce nadjechał Darek. Razem sprawdziliśmy najbliższą boczną drogę, ale okazała się ślepa. Na szczęście Dario wspomniał, że nieco niżej jest jeszcze jedna tego typu ścieżka. Przyznam, że podczas swej wspinaczki nawet jej nie spostrzegłem. Tymczasem jakieś 100 metrów przed świątynnym parkingiem należało wziąć ciasny zakręt w lewo o 180 stopni i wjechać na węższą szosę w kierunku Pian Pietro. Na tych poszukiwaniach straciłem w sumie siedem minut. Gdy już wjechaliśmy na właściwy szlak to kolejne 1300 metrów okazało się delikatnym zjazdem. Druga faza wspinaczki rozpoczęła się od kolejnego ciasnego zakrętu, tym razem w prawo. Od Piotrowej Polany do szczytu brakowało jeszcze 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 7%. Ostatnie kilometry prowadziły po bardzo wąskim pasku asfaltu wciśniętym między bujną roślinność. Poza tym wjechaliśmy w gęste chmury, więc widoczność była mocno ograniczona. Finałowy kilometr okazał się być niemal zupełnie płaski, zaś ostatnie 200 metrów przed przełęczą prowadziło po drodze szutrowej. Moja wycieczka z Brossasco na przełęcz Ciabra miała 19,6 kilometra, które przejechałem w czasie netto 1h 18:12 (avs. 15,1 km/h). Ze względu na błądzenie pod Sanktuarium tak długość jak i czas swej wspinaczki mogłem jedynie oszacować. Wyszło mi 15,9 km w czasie 1h 04:29 (avs. 14,8 km/h). Według stravy 9-kilometrowy segment do poziomu Santuario di Valmala przejechałem w czasie 40:52 (avs. 13,3 km/h i VAM 1038 m/h) co daje mi 139 miejsce pośród 490 osób. Natomiast finałowy odcinek 4,7 kilometra powyżej Pian Pietro pokonałem w czasie 21:01 (avs. 13,6 km/h i VAM 1022 m/h) uzyskując szósty wynik wśród 116 zarejestrowanych. Wychodzi więc na to, że bardzo dobrze „finiszowałem”. Darek oba te wspinaczkowe segmenty przejechał odpowiednio w 43:12 oraz 24:15. Na górze było tylko 10 stopni i widoczność prawie żadna. Można się było zastanawiać jakie warunki zastaną nas na znacznie wyższej przełęczy Sampeyre.

20150911_135414

Po około dwudziestu minutach rozpocząłem spokojny zjazd i kilka minut po piętnastej dotarłem do samochodu. Darek zjechał do Brossasco bez przystanków, więc czekał już tam na mnie od przeszło 30 minut. Załadowaliśmy się do auta aby podjechać do podnóża drugiej premii górskiej czyli położonego 17 kilometrów dalej na zachód Sampeyre. Wjechaliśmy do centrum tego miasteczka. Przejechaliśmy przez olbrzymi jak na rozmiar samej miejscowości plac Piazza della Vittoria. W końcu zjechaliśmy zaś ku szosie SP8 aby ostatecznie zatrzymać się na sporym parkingu po drugiej stronie głównej ulicy. Colle di Sampeyre to kolarskie wzniesienie najwyższej klasy i to w każdym z trzech wydań. Na przełęcz prowadzą dwie drogi południowe i jedna północna. Te rozpoczynające się w Valle Maira łączą się z sobą na cztery kilometry przed szczytem. Każdy z trzech podjazdów ma przewyższenie powyżej 1300 metrów. Według cyclingcols najtrudniejszy jest wariant południowo-zachodni prowadzący przez Vallone di Elva, który wyceniono na 1210 punktów. Pokonałem go na ósmym etapie naszego Route des Grandes Alpes. Natomiast wartą 1178 punktów opcję południowo-wschodnią z początkiem w Stroppo „zaliczyłem” jeszcze wcześniej uczestnicząc w GF Fausto Coppi 2008. Pozostał mi więc do przejechania tylko „najłatwiejszy” szlak północny, który dostał od Michiela 1125 punktów. Przymiotnik celowo wziąłem w cudzysłów zważywszy, że ten podjazd liczy sobie 16,3 kilometra o średnim nachyleniu 8% przy max. 13%. Trzeba na nim pokonać 1318 metrów w pionie i to de facto na dystansie 15,8 kilometra. Peleton Giro d’Italia wjeżdżał na przełęcz Sampeyre dwukrotnie. Tak w 1995 jak i 2003 roku od strony południowej. Oba górskie odcinki zakończyły się w Chianale u podnóża stromej części podjazdu Colle dell’Agnello. Za pierwszym razem premię górską na Sampeyre wygrał Kolumbijczyk Nelson Rodriguez, zaś etap Szwajcar Pascal Richard. Przy drugiej okazji na wyścigu rządzili Włosi. Na przełęczy najwyżej punktował Gilberto Simoni, zaś ze zwycięstwa na mecie cieszył się „niesławny” Dario Frigo. Ponieważ tak w trakcie wyścigu jak i podczas śmiałej wyprawy z 2013 roku zjeżdżałem ku Sampeyre to zdążyłem już wcześniej poznać tą drogę. Tym niemniej doświadczenie zjazdowe niewiele mogło nam pomóc, bo przecież dwa lata wcześniej obejrzeliśmy ją sobie z zupełnie innej czyli szybszej i łatwiejszej perspektywy.

Ruszyliśmy razem o godzinie 16:05. Pierwsze trzysta metrów od zjazdu z szosy SP8 prowadzi w dół ku potokowi Varaita. Kolejne dwieście to zaledwie „falsopiano”. Za to pozostałe 15,8 kilometra to już bardzo regularny podjazd na wysokim poziomie. Najłatwiejszy kilometrowy odcinek ma tu średnio 7,4%. Ani chwili odpoczynku. Dario z rozpędu ruszył pod górę. Ja zatrzymałem się jeszcze na moście by strzelić dwie fotki. Dlatego na pierwszym kilometrze wspinaczki odrabiałem 30-sekundową stratę do lidera. Potem niemal cały podjazd przejechaliśmy razem. Darek jechał w swoim stylu często przyśpieszając po stanięciu w pedałach. Byłem w stanie przetrzymać te zrywy. Po chwili mój kompan łapał głębszy oddech jadąc w siodle i zostawał na chwilę w tyle. Potem łapał ze mną kontakt i ponownie „dokładał do pieca”. Taki rytm jazdy stał się normą. Widziałem, że jestem minimalnie mocniejszy, ale z respektu do góry jak i szacunku dla ambicji swego wspólnika jechałem z odrobiną rezerwy. Im wyżej tym widoczność była gorsza. W górnej partii wzniesienia przebijaliśmy się już przez białą zasłonę chmur. Największą osadą po drodze jest Sant Anna (5,6 km), skąd startuje górny odcinek wyciągu narciarskiego Varisella. Na całym szlaku jest ledwie osiem wiraży, ostatni po przejechaniu 12,6 kilometra od wspomnianego mostu. W końcówce wspinaczki Dario zaczął częściej niż zwykle spoglądać na licznik i rzucił hasło, że mamy szansę wykręcić VAM na poziomie 1000 m/h. Dlatego na ostatnim kilometrze każdy z nas finiszował już na swój sposób czyli kto ile miał jeszcze mocy pod nogą. Ja przejechałem w sumie 15,8 kilometra w czasie 1h 18:03 (avs. 12,2 km/h) dojeżdżając na przełęcz z 20-sekundową przewagą nad Darkiem. Na stravie znalazłem segment, którego długość oceniono na 15,4 kilometra. Ten odcinek pokonałem w 1h 17:55 (avs. 11,9 km/h i VAM 1008 m/h) co jest obecnie 31 wynikiem pośród 368 zarejestrowanych. Dario uzyskał czas 1h 18:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 998 m/h) co daje mu 35 miejsce na tej liście. Na górze było tylko 8 stopni. Niemniej i tak cieplej niż można było się spodziewać. Przebraliśmy się na zjazd przekładając mokre podkoszulki na wierzch odzienia. Wykonaliśmy po kilka zdjęć. Dario nakręcił krótki filmik. Po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy zjazd, na którym ze względu na warunki pogodowe zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu dotarłem o 18:25. Do zmroku pozostała nam godzina z małym hakiem co skłoniło mnie do rezygnacji z trzeciej wspinaczki. W sumie na szóstym etapie przejechałem 70 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2526 metrów. Ruszyliśmy zatem w drogę powrotną do bazy, ale po drodze zatrzymaliśmy się w Busce by zjeść pizze w tamtejszej Ristorante Capri.

20150911_173920