banner daniela marszałka

Colle dei Morti (Fauniera) & Vallone del Preit

Autor: admin o poniedziałek 14. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/392276299

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/392276288

Naszym najtrudniejszym wyzwaniem na terenie prowincji Cuneo miał być pojedynek z olbrzymią Faunierą. Od wjazdu do Piemontu czekaliśmy na dzień, w którym natura pozwoli nam na zapoznanie się z tą przełęczą przy korzystnej aurze. Co prawda nie dotyczył nas „extreme weather protocol”, lecz w górach warto zachować zdrowy rozsądek. To znaczy na ryzyko decydować się jedynie w ostateczności. Przeszło 20-kilometrowy wjazd w deszczu i przy temperaturze bliskiej zeru na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. byłby wątpliwą przyjemnością. Jeszcze gorzej byłoby zjeżdżać w takich warunkach. Poza tym wiedziałem, że to góra rzadkiej urody więc chciałem ją odpowiednio uwiecznić na zdjęciach. Wiadomo wszak, że im lepsza pogoda, tym lepsze zdjęcia. Dlatego cierpliwie czekaliśmy na dobrą okazję. W czwartek i piątek było pochmurno. Sobota była lepsza, acz wciąż nie dość pewna. Za to w niedzielę dopadł nas pogodowy dołek, gdyż prawie cały czas padało. Pozostał nam już tylko poniedziałek i na szczęście tym razem niebo nad Borgo San Dalmazzo było błękitne. Decyzja była prosta jedziemy ku Valle Maira. Fauniera czy raczej Colle dei Morti (Przełęcz Umarłych) to pod względem geograficznym góra zupełnie wyjątkowa w kolarskim światku. W Europie jest kilkaset wzniesień z przewyższeniem powyżej 1000 metrów. Kilkadziesiąt spośród nich ma amplitudę ponad 1500 metrów. Nieliczne przełęcze stwarzają okazję do zrobienia jednego dnia dwóch podjazdów, z których każdy zmusza do pokonania półtora tysiąca metrów w pionie. Niemniej bodaj tylko jedna Fauniera miłośnikom górskich wspinaczek może zaproponować trzy alternatywne drogi na szczyt o przewyższeniach przeszło 1500 metrów każda! Nawet mityczne Passo dello Stelvio nie spełnia tych bardzo wygórowanych kryteriów, albowiem szlak północny (szwajcarski) jest na to zbyt skromny. Tymczasem warunki fizyczne Fauniery wręcz porażają. Na Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.) można dotrzeć na trzy sposoby. Podjazd południowy zaczyna się w Demonte (Valle Stura), wschodni w Pradleves (Val Grana), zaś północny w Ponte Marmora (Valle Maira). Ten pierwszy ma długość 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1700 metrów, brutto nawet 1711. Drugi to z kolei 21,9 kilometra o średniej 7,6% i amplitudzie 1658 metrów. Natomiast trzeci ma wymiary 22,3 kilometry na 6,9% z przewyższeniem 1536, a brutto 1544 metrów. Jednym zdaniem to premia górska najwyższej kategorii od której strony by nie spojrzeć.

Droga południowa prowadząca przez pośrednią przełęcz Valcavera (2416 m. n.p.m.) jest przy tym w pełni unikalna, zaś dwa pozostałe szlaki mają wspólny jedynie krótki odcinek finałowy o długości 1400 metrów. Gdyby jakiś śmiałek o mężnym sercu, żelaznych płucach i mocnych nogach chciał jednego dnia zdobyć tą górę od każdej możliwej strony to musiałby przejechać dystans 137,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 4913 metrów. Ja rozpracowywałem ją latami. Po raz pierwszy miałem wjechać na tą przełęcz od strony północnej w czerwcu 2008 roku podczas GF Fausto Coppi. Niemniej na skutek osuwisk po wiosennych ulewach droga z Ponte Marmora na pośrednią przełęcz Colle dell’Esischie (2370 m. n.p.m.) stała się nieprzejezdna wobec czego Fauniera „wyleciała” z tej edycji wyścigu. Do Piemontu ponownie przyjechałem w lipcu 2010 roku i wtedy też zacząłem zwiedzać Colle dei Morti od najtrudniejszej ze stron czyli szlakiem rozpoczynającym się w Pradleves. Według autorów bazy kolarskich podjazdów „archivio salite” ów wariant wschodni wart jest 1511 punktów. Dodam, że południowy uzyskał wynik 1388 pkt, zaś północny tylko 1247. Dla porównania najtrudniejszy z trzech podjazdów pod Stelvio wyceniono na 1411 punktów. Potem południowy podjazd pod Faunierę wrzuciłem do programu Route des Grandes Alpes, którą w towarzystwie Adama, Darka, Piotra i Romka przejechałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku. Na trasie ósmego etapu tej wspaniałej przygody czyli odcinku z Borgo San Dalmazzo do Borgata Villar pokonaliśmy go w pakiecie z południowo-zachodnim podjazdem na przełęcz Sampeyre. Do zaliczenia pozostał mi zatem już tylko podjazd północny z Ponte Marmora via Colle dell’Esischie. Darkowi do kompletu brakowało dwóch wersji tego wzniesienia. Dlatego zdecydował, że po wjechaniu na przełęcz szlakiem północnym zjedzie następnie ku Pradleves i na dobicie zdobędzie ją również od strony wschodniej. Ja mogłem sobie darować podobne ekscesy. Tym bardziej, że na drugie danie miałem upatrzone inne, bardzo ciekawe wzniesienie. Zjechawszy na wysokość niespełna 1200 metrów n.p.m. mogłem odbić w lewo ku wiosce Canosio i tam pokonać podjazd do kresu Vallone del Preit (2083 m. n.p.m.). To wzniesienie, acz w pełnej jego wersji z poziomu Ponte Marmora wyceniono na 1028 punktów czyli o 15 oczek wyżej niż wschodni podjazd pod legendarny Col du Tourmalet.

Colle dei Morti alias Fauniera została odkryta dla Giro d’Italia dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku. To samo można zresztą powiedzieć o innych gigantach z prowincji Cuneo takich jak: Monviso (1991), Agnello (1994) czy Sampeyre (1995). Dotychczas organizatorzy „La Corsa Rosa” trzykrotnie wstawili tą przełęcz do programu swego wyścigu. Za każdym razem kolarze mieli się na nią wspinać od strony wschodniej czyli przez Valle Grana. W 1999 roku pojawiła się ona na trasie odcinka czternastego z Bra do Borgo San Dalmazzo. Jako pierwsi wjechali na nią trzej zawodnicy z ucieczki. Najszybszym z nich był Włoch Gabriele Missaglia, który obecnie jest jednym z dyrektorów sportowych ekipy CCC-Sprandi. Z topniejącego peletoniku wyskoczył Marco Pantani i jako czwarty zameldował się na szczycie. Niemniej losy tego etapu rozstrzygnęły się na wzniesieniu Madonna del Coletto, gdzie skutecznie zaatakował inny Włoch Paolo Savoldelli. „Sokół” wygrał z przewagą aż 1:47 nad Pantanim, Hiszpanem Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Niemniej to „Pirat” został wtedy nowym liderem wyścigu odbierając „maglia rosa” Francuzowi Laurentowi Jalabertowi. Dwa lata później ten sam podjazd miał być pokonany na odcinku osiemnastym z Imperii do Sant’Anna di Vinadio. Jednak po wieczornym „nalocie” policji na hotele w San Remo samo dokończenie wyścigu stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie skończyło się „tylko” na anulowaniu kolejnego etapu. Na nieszczęście dla kibiców był to akurat ten z Faunierą. Akcja służb antydopingowych przeprowadzona w trakcie Giro 2001 wykazała, iż zwyczaje w zawodowym peletonie niewiele zmieniły się od czasu afery Festiny (1998). Niemniej ona sama też nie oczyściła środowiska. Dość powiedzieć, że gdy w 2003 roku peleton Giro znów zawitał w te strony to po sukces etapowy na odcinku (znów osiemnastym) z Santuario di Vicoforte do Chianale sięgnął Dario Frigo. Zawodnik, który dwa lata wcześniej musiał wycofać się z Giro po tym jak policjanci odkryli jego bogatą „aptekę”. Tym razem jechano z Val Grana na północ, więc kolarze nie mogli dotrzeć na Colle dei Morti. Musieli zjechać ku Valle Maira i tym samym premię górską wyznaczono na Colle d’Esischie. Wygrał ją Kolumbijczyk Fredy Gonzalez. W 13-osobowej ucieczce uczestniczył Darek Baranowski z CCC-Polsat walczący w tej imprezie o czołową „10-tkę”. Ostateczną selekcję zrobił podjazd pod Sampeyre. Po czym na zjeździe z tej drugiej przełęczy leżeli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Natomiast na finałowym wzniesieniu Frigo wyprzedził prowadzącego w wyścigu Simoniego o 10 sekund oraz Austriaka Georga Totschniga o 2:38. „Ryba” był trzynasty ze stratą 6:59.

Wyruszyliśmy z bazy o wpół do jedenastej. Na dojeździe do Ponte Marmora musieliśmy pokonać ponad 45 kilometrów. Poruszaliśmy się niemal wyłącznie prowincjonalnymi szosami (SP23 i SP422), więc przejechanie odcinka przez Caraglio, Dronero i Stroppo zajęło nam m/w godzinę. Sporo czasu zmarnowaliśmy już na miejscu. Trzy kwadranse zbieraliśmy się do drogi. Dario długo nie mógł się zdecydować jaką odzież zabrać z sobą na tak długą i wysoką przejażdżkę. Ostatecznie w górę SP113 ruszyliśmy dopiero o godzinie 12:28. Wystartowałem znacznie szybciej od Darka i już na pierwszym kilometrze nadrobiłem nad swym kolegą blisko minutę. Drugi kilometr był stosunkowo łatwy, zaś na przełomie trzeciego i czwartego trzeba było pokonać galerię chroniącą przed lawinami i ciemny tunel wykuty w skale. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem skręt ku Canosio, na którym jakieś trzy godziny później miałem zacząć podjazd ku Vallone del Preit. Pół kilometra i trzy wiraże dalej przejechałem obok wioski Vernetti (4,4 km). Rzuciłem na nią okiem biorąc zakręt w lewo i uznałem, że warto będzie bliżej się jej przyjrzeć w trakcie zjazdu. Na trudnym szóstym kilometrze o średniej 8,8% droga minąłem boczne drogi do Brieis i Reinero. Na siódmym kilometrze mogłem nieco odpocząć, bowiem nachylenie na dojeździe do Arata (7,1 km) wynosi ledwie 2,1%. Dopiero za tą osadą zaczyna się szlak przez Vallone di Marmora. Wkrótce minąłem skręt ku Urzio / Vaglia (8,3 km) i dojechałem do wioski Tolosano (9,3 km). Byłem już prawie na półmetku podjazdu pod Colle d’Esischie i zastanawiałem się co czeka na mnie w górnej połowie tego wzniesienia. W pamięci miałem nasz zjazd z 2013 roku gdy po wjechaniu na Colle dei Morti od południowej strony musieliśmy zjechać ku Ponte Marmora. Tuż przed przełęczą Esischie powitała nas wtedy olbrzymia zaspa, która w zamyśle drogowców miała powstrzymać kierowców przed ruszeniem w dół doliny Marmora. Wszystko zaś dlatego, że w dwóch czy trzech miejscach odcinek asfaltu został zmyty i ten kawałek terenu trzeba było pokonać na pieszo. Na szczęście tym razem nie musiałem zsiadać z roweru. Co prawda w tych paru newralgicznych miejscach nie wylano jeszcze nowego asfaltu, lecz przynajmniej utwardzono ją na tyle, że przejazd stał się możliwy po krótkich szutrowych odcinkach. Gorzej, że kamyczków nie brakowało też na stromych ściankach, które pojawiały tu i ówdzie począwszy od dwunastego kilometra. O stromiźnie kolejnych odcinków zaczęły informować przydrożne tabliczki w kolorze brązowym. Dodam, że maksymalne nachylenie na tej górze znajduje się tuż za ósmym wirażem (11,8 km) i sięga 15%.

Kilometry trzynasty i czternasty były kręte i strome. Trzeba było na nich pokonać w sumie sześć wiraży i średnie nachylenie na poziomie 8,9% i 8,1%. Kolejne trzy kilometry prowadziły ku polanie, na której stoi gospodarstwo rolne czyli Malga. Można w nim nabyć mleko, masło i sery pochodzące od miejscowych krów. Funkcjonuje ono na wysokości 2094 metrów n.p.m. w odległości 17 kilometrów od Ponte Marmora. Szosa po szerokim łuku skręca tu w kierunku wschodnim, zaś na południe odbija stary szutrowy szlak na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). Do końca całej wspinaczki zostaje stąd blisko pięć kilometrów, zaś do Colle d’Esischie ledwie 3400 metrów. Pierwsza połowa tego odcinka ma średnie nachylenie 6,9%, zaś druga już 8,4%. Na pierwszą z pośrednich przełęczy dotarłem po przejechaniu 20,4 kilometra. Od szosy z Pradleves dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów zjazdu. Finałowy odcinek zaczyna się z poziomu 2362 metrów n.p.m. Trzeba na nim pokonać 1400 metrów o średniej 8,4%. Gdy tylko skręciłem w prawo nadziałem się na bardzo silny tego dnia południowy wiatr. Po przejechaniu kilometra minąłem pośrednią przełęcz „numero due” czyli Colle Vallonetto (2447 m. n.p.m.). Jeszcze tylko czterysta metrów i po raz trzeci w życiu dotarłem na Colle dei Morti. Przełęcz ta znajduje się na zakręcie w prawo. Dalej droga wiedzie już lekko w dół ku Colle Valcavera i dalej bardziej śmiało poprzez Vallone d’Arma ku Demonte w dolinie Stura. Przełęcz wzięła swą nazwę za sprawą XVII-wiecznej bitwy jaką mieszkańcy Piemontu stoczyli tu z wojskami francuskimi idącymi szlakiem z Valle Maira. Miejscowi zaskoczyli najeźdźców z Zachodu i dali im strasznego łupnia. W światku kolarskim przyjęła się jednak nazwa Fauniera, która de facto oznacza wierzchołek górski (2515 m. n.p.m.) znajdujący się na lewo od zakrętu tuż za pomnikiem Marco Pantaniego. Na szczyt dotarłem po przejechaniu 21,9 kilometra w czasie 1h 35:11 (avs. 13,8 km/h i VAM 969 m/h). O dziwo na stravie nie można znaleźć wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy zmierzony segment to odcinek 15,7 kilometra od skrętu na Canosio do przełęczy Esischie. Ten kawał drogi o przewyższeniu 1137 metrów przejechałem w 1h 10:00 (avs. 13,5 km/h i VAM 974 m/h) co daje mi 22 miejsce pośród 279 osób.

20150914_142826

20150914_143507

20150914_144011

Darek ten sam segment pokonał w 1h 24:52. Dzięki czemu jest tu sklasyfikowany na 89 miejscu. Wydaje mi się, że pojechał to wzniesienie z pewną rezerwą mając przed sobą jeszcze trudniejszy „orzech do zgryzienia”. Na przełęczy wiatr tak dokazywał, iż dla bezpieczeństwa lepiej było nie opierać roweru o barierki, skały czy wspomniany monument. Należało go położyć na ziemi, gdyż wtedy mógł nim co najwyżej szurać po podłożu. Po opróżnieniu kieszonek swej kolarskiej koszuli przekonałem się o różnicy ciśnień między doliną a przełęczą, gdy tylko ujrzałem jak bardzo napęczniało hermetyczne opakowanie ciastka zabranego ze śniadania. Swój zjazd na spodziewany bufet we wiosce Vernetti rozpocząłem dokładnie o 14:30. Mogłem się nie śpieszyć. Na górze Dario potwierdził, że zjeździe do Pradleves by późnym południem raz jeszcze pojawić się na Colle dei Morti. To oznaczało, że będzie miał do przejechania przeszło 20 kilometrów więcej niż ja. Turlałem się zatem spokojnie zatrzymując się przy byle okazji. Najpierw na wysokości Colle Vallonetto, potem nieco dłużej na Colle d’Esischie. Następnie wszędzie tam gdzie jakiś ładny widok przypadł mi do gustu i uznałem, że warto będzie zapisać na karcie telefonu. W górnej partii zjazdu spotkałem więcej świstaków niż na sobotniej Maddalenie. Jednego z tych gryzoni udało mi się nawet złapać na zdjęciu jak przystanął sobie na skałkach nieopodal wspomnianego gospodarstwa. Nie był to jednak koniec spotkań z miejscową fauną. Zanim dojechałem do Tolosano spotkałem na swej drodze najpierw dwa osły, zaś nieco niżej konia korzystającego z przydrożnego wodopoju. Z kolei na wysokości wspomnianej wioski nie dane mi było zrobić zdjęcia, bowiem za bardzo się mną zainteresowały psy z pewnego obejścia. Z niektórych wiraży miałem ładny widok na oddalony o kilkadziesiąt kilometrów szczyt Monte Viso (3841 m. n.p.m.). Do Vernetti zjechałem dopiero kwadrans przed szesnastą. Wjechałem pomiędzy wiekowe domy z kamienia i znalazłem sobie przyjemny przystanek na przy ławie przed lokalem zwanym Locanda Ceaglio. W poczuciu dobrze wykonanego zadania i celem posilenia się przed drugim wyzwaniem zamówiłem sobie kawkę i ciastko. Słonko ładnie przygrzewało. Takie luksusy potrafią człowieka rozleniwić. Nie specjalnie chciało mi się z tego miejsca ruszać. Ostatecznie opuściłem to przyjazne miejsce po około 20 minutach. Postój wykorzystałem też na „odchudzenie” swego stroju przed kolejną wspinaczką.

Z Vernetti do skrętu na Canosio miałem ledwie pół kilometra. Zastanawiałem się jeszcze na zjazdem do Ponte Marmora i zrobieniem podjazdu pod Vallone del Preit w pełnej wersji. Do dziennego przebiegu dodałbym sobie osiem kilometrów, w tym cztery pod górę o średnim nachyleniu 6,2%. Dzięki temu miałbym w swej kolekcji kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad tysiąca metrów. Niemniej w przeciwieństwie do nieustraszonego Darka, który zdecydował się na taki manewr w sobotę i to w dłuższej wersji, jakoś nie mam weny do męczenia się dwa razy jednego dnia na tym samym szlaku. O czekającym mnie teraz podjeździe po raz pierwszy usłyszałem, a w zasadzie przeczytałem we wrześniowym numerze Bicisport z roku 2009. W magazynie tym znalazłem reportaż z wyścigu Giro delle Valli Cuneesi, w którym najwięcej miejsca poświęcono na etap kończący się właśnie w tym miejscu. Wygrał go zaledwie 19-letni Fabio Felline, dziś kolarz z worldtourowej ekipy Trek-Segafredo. W sezonie 2013 uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu ponownie. Tym razem wygrał Gianfranco Zilioli, który tej zimy zamienił trykot Androni Giocattoli na barwy ekipy Nippo-Fantini. Ten podjazd w szosowej wersji kończy się obecnie na poziomie 2086 metrów n.p.m. To znaczy na wysokości powstałej w 1991 roku Azienda Agrituristica La Meja. Ostatni ponad 2-kilometrowy i najbardziej stromy kawałek asfaltu położono tu zapewne w roku 2008, albowiem gdy GdVC zawitała w te strony w roku 2007 etap zakończono we wiosce Preit (1540 m. n.p.m.). Wydana w lutym 2003 roku książka „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2” wspomina, iż droga asfaltowa kończyła się wówczas na wysokości 1817 metrów n.p.m. przy osadzie Servino. Podjazd ten w jego skróconej wersji można podzielić na cztery części. Pierwsza to kilometrowy wstęp na dojeździe do Canosio. Dość łatwy odcinek o średnim nachyleniu 4,7%. Drugi segment to fragment z Canosio do Preit liczący 3,4 kilometra przy średniej 8,4 %, który zawiera m.in. 300-metrowy odcinek o nachyleniu 14% pod koniec trzeciego kilometra od rozjazdu. Trzeci fragment to przestrzeń między Preit i Servino o długości 3,5 kilometra i średniej 7,9%. Na dobicie pozostaje zaś finałowy odcinek 2,2 kilometra o niebagatelnej stromiźnie 12,1 %, który kończy się przy wspomnianym gospodarstwie rolnym na Altopiano della Gardetta.

Wystartowałem o godzinie 16:11. Ze stravy wynika, iż dosłownie minutę wcześniej Dario zaczął swą znacznie dłuższą od mojej wspinaczkę wschodnim szlakiem na Colle dei Morti. Czyżbyśmy po siedmiu latach wspólnych wypraw nabyli łączność telepatyczną? Dojazd do Canosio zgodnie z oczekiwaniami okazał się łatwy. Na polanie po prawej stronie drogi dojrzałem dziesięć wigwamów, lecz nie kręcili się wśród nich żadni Indianie. Z kolei po lewej stronie szosy Tak na wjeździe jak i wylocie z wioski przy szosie stały ludziki z napoleońskich kapeluszach. Tuż za Canosio droga znacząco się zwęziła. Po przejechaniu 2 kilometrów minąłem skręt na Colle San Giovanni (1621 m. n.p.m.). Gdybym skręcił tu w prawo to dotarłbym na to wzniesienie po przejechaniu 3,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4%. Jednak na wprost przed sobą miałem ciekawszy cel. Na trzecim kilometrze wspinaczki trzeba było się już bardziej wysilić. Najpierw 700 metrów o średniej 8,3%, a potem wspomniana już 300-metrowa stromizna. Pod koniec czwartego kilometra dwa pierwsze wiraże na wysokości Pian Preit. W połowie piątego kilometra byłem już we wiosce o tej samej nazwie. Odcinek czterystu metrów bezpośrednio za tą miejscowością był ostatnim miejscem na złapanie głębszego oddechu. Na 3-kilometrowym dojeździe do Servino droga trzyma bowiem już niemal cały czas na poziomie 8,6-8,9%. Na 5 kilometrów przed szczytem minąłem dużą tablicę, z którą bliżej zapoznałem się dopiero na zjeździe. Wynika z niej, że w każdy lipcowy i sierpniowy weekend oraz w pierwsze dwie niedziele września na tym finałowym odcinku asfaltowej drogi obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Po przejechaniu 6,3 kilometra przejechałem obok miejsca zwanego Grange Salvest, zaś niedługo potem minąłem kolejne dwa wiraże przy Grange Pratolungo (6,7 km). Najgorsze miało się zacząć dopiero na dziewiątym kilometrze. Tam pokonałem dwie pary wiraży pod tytułem w prawo i w lewo. Jednak zdecydowanie najtrudniejszy okazał się kilometr dziesiąty. Czekała tu na mnie najpierw prosta o długości 600 metrów, a potem dwa wiraże, zaś wszystko na stałym poziomie kilkunastu procent. Na ostatnich trzystu metrach minąłem polanę, na której trawkę skubały trzy górskie mustangi. W sumie przejechałem 10,3 kilometra w czasie netto 52:13. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 10,2 kilometra, który pokonałem w 51:22 (avs. 12,0 km/h i VAM 991 m/h). To jedenasty wynik na 97 dotychczas odnotowanych, a przy tym najlepszy ze wszystkich w sezonie 2015. Widać żaden as z Garminem w tym roku tu nie zaglądał. Co ciekawe 6 z 7 najlepszych czasów pochodzi z 29 lipca 2013 roku czyli ze wspomnianego etapu Giro delle Valli Cuneesi.

20150914_171555

Miejsce do którego dotarłem wygląda jak kawałek górskiego raju. Płaskowyż otoczony szczytami, z których najwyższa jest Rocca La Meja (2830 m. n.p.m.). Kamienista droga leci stąd jeszcze dalej w dwóch kierunkach: na wprost i w prawo. Ta druga pnie się do góry jeszcze przez cztery kilometry z hakiem. Gdybym dojechał tu na góralu lub choć na przełajówce mógłbym kontynuować wspinaczkę i dotrzeć do Rifugio Gardetta (2335 m. n.p.m.), a nawet na Passo della Gardetta (2437 m. n.p.m.). Jednak tego dnia w pełni zadowolił mnie kolejny zdobyty „dwutysięcznik”. Dodam, że góra ta miała średnie nachylenie 8,7 % i przewyższenie 891 metrów. Taki finał poprzedzony podjazdem pod Colle dell’Esischie od Pradleves lub wspinaczką pod Colle delle Morti od Demonte byłby godny królewskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej ze względów logistycznych tak się chyba nigdy nie stanie. Niestety za mało tu miejsca na rozlokowanie karawany wielkiego wyścigu. Może to i lepiej. Pewnych skarbów natury warto nie zadeptywać. Po trwającym godzinę zjeździe do samochodu w Ponte Marmora dotarłem kwadrans po osiemnastej. Na przyjazd Darka czekałem przeszło godzinę. Nie bez przyczyny. Mój kolega miał znacznie trudniejsze zadanie do wykonania. Jak wspomniałem aby wrócić na Colle dei Morti musiał pokonać 21,9 kilometra o średniej stromiźnie 7,6 % i amplitudzie 1658 metrów. Ale to jeszcze nic. Ostatnie 15 kilometrów tego wzniesienia, powyżej wioski Campomolino trzyma tam na średnim poziomie 9 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 14%. Dodam, że na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów obejmujących kilkaset wzniesień ta góra zajmuje siódme miejsce. Najciekawszym dla oka miejscem na szlaku Darka było znajdujące się na wysokości 1761 metrów n.p.m. Santuario di Santo Magno. Pomimo zmęczenia pierwszą wspinaczką Dario trzymał fason. Całą górę pokonał w czasie 1h 48:25. Na pierwszych kilometrach jechał z rezerwą, gdy zrobiło się stromo depnął już mocniej. Według stravy przeszło 14-kilometrowy segment pomiędzy Campomolino a Colle dei Morti pokonał w czasie 1h 22:12 przy średniej prędkości 10,6 km/h i VAM 936 m/h. Dało mu to 195 miejsce pośród 945 osób. Mój kolega na obu zboczach Fauniery przejechał w sumie 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3200 metrów. W porównaniu z nim miałem stosunkowo luźny dzień. Mój licznik zatrzymał się po 64 kilometrach. Przy tym w pionie pokonałem „tylko” 2419 metrów.