banner daniela marszałka

Barbara Lowrie & Vaccera

Autor: admin o wtorek 15. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/393004255

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/393004263

We wtorek czekał nas drugi transfer czyli przenosiny z Borgo San Dalmazzo w okolice Turynu. Podczas każdego z sześciu ostatnich etapów tej wyprawy mieliśmy kręcić na drogach prowincji Torino. Dlatego na te kilka dni i nocy musiałem znaleźć nocleg w stolicy Piemontu lub jej bliskim sąsiedztwie. Od środy do niedzieli czekały nas wycieczki wyłącznie w kierunku zachodnim i północno-zachodnim. Dlatego początkowo szukałem lokalu w pobliżu turyńskiej obwodnicy. Najlepiej na odcinku między Rivoli i Venaria Reale. W tak zawężonej lokalizacji znalazłem tylko hotelowy pokój w miejscowości Pianezza. Zabukowałem go aby mieć coś pewnego przed wyruszeniem do Italii, acz hotel nie do końca pasował do naszej koncepcji. Na tego typu wyprawy znacznie lepiej nadają się apartamenty czyli lokale z dostępem do własnej kuchni. W domu PierAngelo internetowe łącze działało bez zarzutu, dzięki czemu podczas wieczornego serfowania po sieci mogłem poświęcić nieco czasu na przeglądanie najnowszych ofert serwisu booking.com. Szczęśliwie udało mi się znaleźć coś znacznie lepszego niż mały pokoik w Hotelu Galia. To znaczy całe mieszkanie w miasteczku San Mauro Torinese wystawione do wynajmu pod nazwą Apartamento Mercedes. W dodatku za skromne 50 Euro za dobę. Przy wszystkich atutach tego lokalu nie miało większego znaczenia, że sama miejscowość znajdowała się na wschód od Turynu. Tym bardziej, że oddalona była ledwie kilka kilometrów od najbliższego wjazdu na turyńską obwodnicę. Wspomniany transfer bynajmniej nie oznaczał dla nas dnia wolnego od roweru. Gdzieś po drodze z punktu A do B czyli jeszcze na południe od Turynu trzeba było sobie znaleźć odcinki specjalne na dziesiąty etap naszego wrześniowego Giro. Potrzebowaliśmy dwóch wymagających wzniesień o przewyższeniu około tysiąca metrów każde. Oczywistym kandydatem był superstromy podjazd pod Rifugio Barbara Lowrie (1753 m. n.p.m.). Swego rodzaju piemoncki Zoncolan. Nawet wysokość góry niemal zgadzała się ze słynnym oryginałem. Po takim wyborze przesądzone było, iż na szlaku z Borgo San Dalmazzo do San Mauro Torinese skręcimy ku Val Pellice. Szczęśliwie w tej samej dolinie znalazłem jeszcze jeden podjazd wart naszej uwagi czyli drogę na Colle Vaccera (1461 m. n.p.m.).

B&B Il Melograno opuściliśmy dopiero około jedenastej. Pierwszy przystanek mieliśmy mieć w miejscowości Bobbio Pellice. Dojazd trasą przez Cuneo, Saluzzo i Cavour o długości 83 kilometrów zajął nam półtorej godziny. Na wysokości Ponte di Bibiana wjechaliśmy na drogę SP161 prowadzącą w górę Val Pellice. Gdy już dojechaliśmy do Bobbio okazało się, że podjazd do schroniska nie zaczyna się w centrum tej miejscowości. Musieliśmy się cofnąć jakiś kilometr, po czym skręcić w prawo i przejechać na południowy brzeg potoku Pellice. Zatrzymaliśmy się tuż za mostem, choć do początku wzniesienia brakowało jeszcze czterystu metrów. Wedle posiadanego profilu podjazdu zacząć się on miał przy osadzie Giorna, która to na mapach google widnieje pod nazwą Perla. Po mini-rozgrzewce na drodze równoległej do SP161 zatrzymaliśmy się na zakręcie w lewo pod znakami drogowymi na Comba Carbonieri i Colle Barant. Mieliśmy przed sobą wzniesienie, które ze wszechmiar zasługuje na miano kolarskiej wspinaczki. Szczegółowe dane ze stron zanibike.net, cyclingcols.com czy massimoperlabici.eu nieco różnią się między sobą, ale dają obraz tego jak trudne to wyzwanie. Według profilu z „archivio salite” mieliśmy pokonać podjazd długości 9,3 kilometra ze średnim nachyleniem 11,3% i przewyższeniem 1045 metrów. Górę na której maksymalne nachylenie sięga 22%, zaś najtrudniejszy piąty kilometr trzyma na średnim poziomie 15,1%. Tym niemniej tak jak na każdej innej miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 34×27. Dario miał w zanadrzu tryb 29 oraz swój ultralekki Simplon ważący mniej niż UCI nakazuje. Poza tym sam waży niewiele ponad 60 kilogramów. Dlatego pomny przebiegu naszej sierpniowej rywalizacji wzniesieniach typu Prati di Kohl czy Cauria spodziewałem się, że tym razem to ja będę w defensywie. Wystartowaliśmy o godzinie 12:35. Pierwsze 160 metrów łagodne. Na sam początek krótka prosta, delikatny łuk w lewo i przejazd między domostwami wspomnianej osady. Jednak już po chwili na widok znaku wskazującego, że do Rifugio Barbara pozostaje 9 kilometrów należało skręcić w prawo nieco mocniej pod górę. Samo schronisko ma ciekawą historię. Budynek powstał w roku 1928 za sprawą amerykańskiego małżeństwa Waltera i Barbary Lowrie jako ich dom myśliwski. Trzy lata później podarowali go oni stowarzyszeniu Club Alpino Italiano, które przerobiło go na schronisko.

Spoglądając na profil wzniesienia czerwony kolor aż raził po oczach. Dlatego niemożliwie stromych ścianek spodziewaliśmy się niemal od startu. Tymczasem pierwsze trzy kilometry nieco nas rozczarowały. Jakkolwiek nie brakowało na nich stromych kawałków to jednak nie było to jeszcze jakieś ekstremum. Poza tym trudniejsze fragmenty podjazdu były przedzielone nieco łatwiejszymi, a nawet krótkimi chwilami zjazdów. Mijaliśmy kolejne opuszczone osady powstałe niegdyś wzdłuż potoku Gicciard. Najpierw Arnaud (1,8 km), potem Giraudin (2,4 km) i w końcu Raymond (3 km). W tym czasie zdołałem już nieznacznie odjechać Darkowi, ale spodziewałem się przed końcem wspinaczki i tak zostanę dogoniony. Czwarty kilometr był już bardzo trudny, zaś piąty jeszcze trudniejszy. Między połową czwartego a szóstego kilometra aż osiem razy chwilowa stromizna sięgnęła przynajmniej 20%! Niekończąca się prosta z widokiem na przydrożne głazy skończyła się na mostku przed Pralapi (5,4 km). Niemniej nie od razu można było odpocząć. Trzeba było jeszcze pokonać stromy i kręty odcinek z czterema wirażami, na którym minąłem pasterza ze stadem krów. Łatwiej zrobiło się dopiero na wysokości osady Cialancie (6,7 km), ale tylko na jakieś pół kilometra. Od mostku w pobliżu Le Selle (7,1 km) do mety pozostało jeszcze dwa i pół kilometra. Pod koniec ósmego kilometra minąłem dwa kolejne wiraże. Tym razem z widokiem na osadę Ponset. Potem długa prosta i następne dwa zakręty na zakończenie dziewiątego kilometra wspinaczki. Darka od czasu widziałem w dole, ale w bezpiecznej dla siebie odległości. Wyglądało na to, że jednak dotrę na szczyt jako pierwszy. Być może mój kolega czuł w nogach ciężar podwójnej Fauniery z dnia poprzedniego? Po przejechaniu 9,4 kilometra dotarłem do rozdroża na wysokości kolejnego okazałego głazu. Tablice i znaki drogowe nie pozostawiały wątpliwości. Po lichym asfalcie w lewo prosimy na Rifugio Barbara, zaś po szutrze w prawo zapraszamy na Colle Barant (2373 m. n.p.m.). Jadąc na rowerze górskim i wybierając tą drugą opcję moglibyśmy sobie dodać jeszcze jakieś 5,6 kilometra podjazdu o typowym dla tych stron nachyleniu 11,1%. Jednak dla nas szosowców był to już niemal koniec męczarni. Do pokonania pozostała jeszcze tylko niespełna dwustumetrowa stromizna i znacznie łatwiejsza finałowa setka do mostku na wysokości osady Grange de Pis. W tym miejscu zaczekałem na Darka, po czym już po szutrze dokręciliśmy ostatnie metry do tarasu przed schroniskiem.

20150915_135642

Licznik wyłączyłem na wspomnianym mostku po przejechaniu 9,68 kilometra w czasie 56:34 (avs. 10,3 km/h). Kręciłem ze średnią kadencją 60 rpm co dobrze obrazuje ile było tu przepychania pomimo miękkiego przełożenia. Na stravie znalazłem segment „Cronoscalata del Barbara” o długości 9,4 kilometra i przewyższeniu 1009 metrów. Ten odcinek pokonałem w czasie 55:50 ze średnią prędkością 10,2 km/h i VAM na poziomie 1084 m/h. Dario uzyskał czas 57:16 (avs. 9,9 km/h i VAM 1057 m/h). To dało nam odpowiednio 33. i 37. miejsce pośród 153 osób, które przetrwały starcie z tą morderczą górą. Nieco korzystniej wypadliśmy na górnym segmencie obejmującym ostatnie 5,5 kilometra powyżej osady Poutas. Ten odcinek o średnim nachyleniu 13% ja przejechałem w 37:36 (avs. 8,9 km/h i VAM 1146 m/h) co daje 24 miejsce wśród 189 osób. Natomiast Darek z czasem 38:48 (avs. 8,6 km/h i VAM 1111 m/h) jest 30. na tej nieco dłuższej liście. Jeśli chodzi o wyniki z pełnego podjazdu to 21 z 50 najlepszych, w tym aż 8 czasów z czołowej „10-tki” pochodzi z soboty 12 września 2015 roku! Z tego co zdołałem się dowiedzieć na podstawie wikipedii od roku 2007 na tej górze organizowana jest cronoscalata dla ambitnych „ciclo-amatori”. Trzykrotnie imprezę tą wygrał Tommaso Tomaino, acz rekord trasy czyli 40:08 należy do zwycięzcy z sezonu 2013 niejakiego Pietro Castellino. Sądząc po wynikach na stravie kolejna odsłona tych zawodów odbyła się na trzy dni przed naszą wtorkową wizytą. Co ciekawe aktualnym „Królem Gór” wg. stravy jest na tym wzniesieniu 23-letnia Erica Magnaldi z pół-profesjonalnej ekipy Team De Rosa Santini, która wykręciła tu czas 46:50. Jednym słowem dołożyła mi 9 minut. Niemal minutę na każdym kilometrze. Ciekaw jestem ile na pokonanie tego szlaku dla kolarskich kozic potrzebowałyby nasze mistrzynie: Kasia Niewiadoma i Maja Włoszczowska. Na górze pogoda była całkiem przyjazna. Temperatura około 18 stopni. Słońce potrafiło się jeszcze przebić przez gęstniejące powoli chmury. Okolica z kamiennymi domami na soczyście zielonej polanie bardzo przypadła mi do gustu. Miło byłoby sobie dłużej posiedzieć w tak ładnych okolicznościach przyrody. Niemniej po około 20 minutach ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadowolony ze swej postawy na podjeździe zjeżdżałem w dobrym nastroju. Tu i ówdzie przystanąłem by uwiecznić zarówno piękno okolicy jak i srogość szosowego szlaku, który udało nam się pokonać. Ostatecznie do samochodu zjechałem o 14:35. Można więc powiedzieć, że wizyta u Barbary zabrała nam równo dwie godziny.

Darek po zjeździe był w kiepskim nastroju. Narzekał, że podczas zjazdu mocno go wytrzęsło na nierównej nawierzchni. Przez pewien czas zastanawiał się nawet czy chce mu się podjąć kolejne wyzwanie czyli zdobyć drugie z zaplanowanych na wtorek wzniesień. Od podnóża Colle Vaccera dzieliło nas niespełna 9 kilometrów. Zatem sam dojazd w to miejsce zajął nam ledwie kwadrans. Zainteresowałem się tą nieznaną mi wcześniej górą przeglądając zasoby „archivio salite”. Spostrzegłem, że ma ona nie tylko dogodną lokalizację, ale też przewyższenie m/w tysiąca metrów. Według profilu z portalu „zanibike.net” podjazd miał mieć długość 15,9 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3%, aczkolwiek przy założeniu że rozpoczniemy tą wspinaczkę na poziomie 460 metrów n.p.m. w miejscowości Luserna San Giovanni. Wiedziałem jednak, że droga na szczyt prowadzi przez wioskę Angrogna. Dlatego po minięciu Torre Pellice, a jeszcze przed Luserną gdy tylko dojrzałem pierwszy znak drogowy na Angrognę skręciłem w boczną uliczkę wytyczoną wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Po przejechaniu trzystu metrów zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za pierwszym zakrętem naszego górskiego szlaku. Dario ostatecznie dał się namówić na kolejną wspinaczkę. Niemniej mój kolega nie był w bojowym nastroju i założył sobie jazdę umiarkowanym tempem. Dłużej też zbierał się do ponownego wskoczenia na rower. Dlatego ruszyłem jako pierwszy. Najpierw jednak zjechałem do wspomnianej już drogi SP161, aby rozpocząć jazdę z małego placu przy głównej drodze. To miejsce wydawało mi się naturalnym początkiem owego wzniesienia, acz jak się później okazało położone było kilkadziesiąt metrów wyżej niż start zaznaczony na znanym mi profilu. Wystartowałem o godzinie 15:37. Po niespełna minucie jazdy minąłem miejsce naszego postoju i skręciłem w prawo. Szybko zdałem sobie sprawę, że wystartowałem z innego miejsca niż planowałem. Tuż za kolejnym zakrętem (tym razem w lewo) ujrzałem przed sobą stromą ściankę, a przy niej tablicę straszącą 15%-ową stromizną. Po przejechaniu 900 metrów na Strada del Palas wjechałem na nieco szerszą SP163. Następnie gdy na liczniku miałem już 2,3 kilometra musiałem podjąć szybką decyzję: jechać prosto czy skręcić w prawo szosą idącą mocniej w górę? Po zerknięciu na przydrożną tablicę wybrałem to drugie rozwiązanie. Tym samym na swoim szlaku ominąłem Angrognę czyniąc drugie odstępstwo od trasy widniejącej na znanym nam profilu.

Dla odmiany jadący kilkanaście minut później Darek pojechał tu prosto, więc niejako wspólnymi siłami rozpracowaliśmy oba warianty tego wzniesienia. Po niespełna czterech kilometrach rozłąki obie drogi połączyły się z sobą na wysokości około 940 metrów n.p.m. Mój segment miał średnie nachylenie 7,7% i wiódł krętym szlakiem przez szereg wiosek oznaczonych brązowymi dwujęzycznymi tablicami. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Ciava Inferiore (alias Chava w lokalnym dialekcie) docierając na wysokość 1000 metrów n.p.m. Na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra można było nieco odpocząć na łatwiejszym odcinku przed Seitoreite (8,6 km). Im wyżej jechałem tym mniej przed sobą widziałem ze względu na niski pułap chmur. Jakieś trzy kilometry przed finałem wyprzedziłem dość żwawo jadącego górala. Tuż przed ostatnim wirażem minąłem jeszcze kolorowy budynek schroniska Jumarre (13,5 km). Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu niespełna 14,3 kilometra w czasie 57:16 (avs. 15,0 km/h). Na stravie znalazłem 11-kilometrowy segment o przewyższeniu 789 metrów rozpoczynający się na rozjeździe z trzeciego kilometra. Ten odcinek pokonałem w 48:03 (avs. 13,8 kmh/ i VAM 985 m/h) co dało mi 10 miejsce wśród 114 osób. Po kilku minutach nadjechał wspomniany amator MTB, którego poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia pod tablicą. Chwilę porozmawialiśmy. Okazało się, że ma on w planach zjazd na drugą stronę góry. Dysponując rowerem o grubszych oponach można się bowiem dotrzeć tu także 9-kilometrowym północnym szlakiem zaczynającym się w miejscowości San Germano Chisone (nieopodal Pinerolo). Rozpocząłem zjazd nie czekając na Darka, który swoje 14,4 kilometra przejechał w czasie 1h 15:00. Zjeżdżałem momentami w pozycji stojącej co prawie mnie zgubiło. W pewnym zacienionym miejscu podbiło mi tylne koło na tyle mocno iż prawie poleciałem do przodu. Widziałem się już z nosem na asfalcie, ale na szczęście skończyło się tylko na strachu. Cało i zdrowo dotarliśmy do samochodu. Około godziny osiemnastej ruszyliśmy w dalszą drogę do San Mauro Torinese. Gdybyśmy trzymali się twardo autostrady A55 to ten dojazd zabrałby nam około godziny. Niemniej chcieliśmy jeszcze zrobić zakupy. Szukając marketu lub choćby sklepu spożywczego wjechaliśmy do Turynu. Popołudniowe korki w stolicy Piemontu znacznie wydłużyły nam tą podróż. Sam przejazd przez tą metropolię był nieco stresującym, acz przyznam, że dla mnie jako kierowcy ciekawym doświadczeniem.

20150915_171142