banner daniela marszałka

Powrót w Dolomity

Autor: admin o wtorek 27. Lipiec 2004

Skoro już dałem się namówić swemu przyjacielowi Jurkowi Pliethowi na zrobienie nowej strony  internetowej tematycznie skupionej wokół tematu moich górskich przygód w różnych zakątkach Europy  nie mogłem poprzestać na zwykłym przerzuceniu materiałów wciąż dostępnych na starej stronce: www.kolarstwo-szosowe.gda.pl/komentarze . To musiała być „nowa jakość” warta czasu spędzonego nad realizacją tego pomysłu. Dzięki nieocenionej pomocy Tomka Kwiatkowskiego nauczyłem się małe co-nie-co o tworzeniu  strony internetowej dostosowanej do własnych potrzeb, w tym „sztuki” tworzenia galerii zdjęciowych. A było z czego wybierać, wszak przez sześć lat uzbierało się na twardym dysku komputera ponad tysiąc zdjęć pstrykniętych między Tatrami a Pirenejami.

Jednak największym problemem może być zwieńczenie tego dzieła czyli stworzenie  po kilku latach od opisywanych wydarzeń, artykułów na temat dwóch pierwszych wypraw  z lat 2003-2004. Mam nadzieję, że moja pamięć osobista nie zatarła się zbytnio i posiłkując  się zgromadzonymi zdjęciami oraz profilami podjazdów uda mi się również i te rozdziały wypełnić sensowną treścią. Na pierwszy ogień idzie dolomicka wycieczka z końca lipca 2004 roku. Pierwsza przebyta na mym wiernym Treku  🙂

Ad rem – Po dość niespodziewanej dla mnie pierwszej wyprawie alpejskiej z lipca 2003 roku zakochałem się we włoskich Dolomitach. Zapragnąłem wrócić w te przepiękne góry za rok. Ponieważ w owym czasie nie byłem zmotoryzowany warunkiem koniecznym owego powrotu było namówienie na tego rodzaju eskapadę jednego ze swych rowerowych kolegów, będącego przy tym właścicielem pojazdu czterokołowego. Udało mi się zachęcić do tej podróży Jarka Chojnackiego z gdyńskich Karwin. Jarek miał już na swym koncie rowerowe wcześniejsze wypady na Baleary (stąd środowiskowy przydomek „Majorka”) oraz na początku 2004 roku wizytę na Teneryfie w towarzystwie Łukasza Talagi, z którym dane mi było zwiedzać środkową i wschodnią Szwajcarię w sierpniu 2008 roku. Ja w owym czasie (czyli przed pięcioma laty) nie kręciłem jeszcze tak intensywnie jak obecnie. W całym sezonie 2004 przejechałem 7.200 km podczas gdy przed rokiem było to już ponad 11.000 km na samym rowerze szosowym i kilkaset dalszych na „góralu”. Niemniej wiosną 2004 roku sporo się działo w moim „parku maszynowym”. Przygotowania zacząłem od trenażera (standardowy TACX Force One, żadne cudo), na który od początku lutego do połowy marca wsiadłem ze 30 razy. Niemniej nie czerpiąc wielkiej przyjemności z jazdy w czterech ścianach wytrzymywałem na nim jedynie po kilkadziesiąt minut.

W drugiej połowie marca zrobiłem pierwsze 450 kilometrów na świeżym powietrzu, korzystając jeszcze ze swego starego roweru, który służył mi podczas wycieczki do Austrii i Włoch z 2003 roku. Na początku kwietnia kupiłem swoją pierwsza w życiu nowa ramę czyli aluminiowego Treka 1500 SL z karbonowym przednim widelcem, który miał mi potem służyć przez cztery kolejne sezony. W kwietniu i maju zrobiłem na nim w sumie 1850 kilometrów, jeżdżąc jednak jeszcze w starych pedałach SPD VP-105. Po koniec maja poczyniłem kolejne zakupy i czerwiec powitałem już w butach Sidi przypiętych do pedałów SPD-SL. Z tej zgranej pary korzystam do dnia dzisiejszego. Wówczas tzn. od czerwca do czwartego tygodnia lipca zrobiłem w nich pierwsze 2.020 kilometrów czyli w sumie od początku roku przed wypadem w Alpy przejechałem ponad 4.300 km pomijając trening „na sucho”. Z dzisiejszej perspektywy nieco śmieszny wydaje mi się fakt, iż podczas czterech miesięcy przygotowań tylko sześć razy wybrałem się w trasę dłuższą niż 100 kilometrów, zaś mój dzienny max. wyniósł 130 km.

Akurat ten wyjazd w Alpy z uwagi na zawodowe obowiązki Jarka nieco nam się opóźniał. Ostatecznie doszedł do skutku pod sam koniec lipca co sprawiło, że wtedy jeszcze dane mi obejrzeć cały – niezbyt zresztą ciekawy – Tour de France w domowym fotelu. W kolejnych latach na ogół nie było mi to już dane, aczkolwiek nieraz ścieżki moje i moich kolegów zbiegały się z przebiegiem „Wielkiej Pętli” co pozwalało na zdobycie nowych, niesamowitych doświadczeń – szczególnie w 2005 roku. Do udziału w naszej imprezie Jarek zaprosił swych wieloletnich przyjaciół. Swego księgowego Marka z Trójmiasta oraz kolegę z rodzinnych stron tzn. Mariusza z Zielonej Góry, który w podróż do Włoch zabrał swego syna. Podróż zaczęliśmy w składzie 3-osobowym w poniedziałek 26 lipca późnym popołudniem. Jadąc przez Żukowo, Kościerzynę, Chojnice, Wałcz i Gorzów Wielkopolski dotarliśmy do Zielonej Góry przed północą. Tam przesiedliśmy się z samochodu Marka do Renault Kangoo Mariusza montując nasze dwa rowery na klapie z tyłu samochodu. Do Niemiec wjechaliśmy dość nietypowo jak na historię moich wypraw Alpy tzn. przez małe przejście graniczne Łęknica / Bad Muskau.

Nocna podróż przed Niemcy w trzema kierowcami na pokładzie przebiegła szybko i bez problemowo. Potem wjechaliśmy do Austrii i dalej przez Insbruck dotarliśmy do Włoch wielokrotnie przecieranym później szlakiem przez przełęcz Brenner. We Włoszech nie było już wielu kilometrów do pokonania. Najpierw w dół do Vipiteno (Sterzing) i Bressanone (Brixen) aż do miejscowości Chiusa (Klausen) skąd odbiliśmy na wschód by przez Val Gardena i passo Sella dotrzeć do znanego mi już sprzed roku Canazei. To górskie miasteczko leżące w regionie Trentino miało być naszą bazą noclegową i wypadową na cały 5-dniowy pobyt we Włoszech. Ponieważ zeszłoroczny apartament był tym razem zajęty trzeba było poszukać spokojnej przystani w innym miejscu. Udało mi się znaleźć dwa wolne pokoje w domu agroturystycznym Cesa Planber.