banner daniela marszałka

Pian della Mussa & Lago di Malciaussa

Autor: admin o czwartek 17. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/394354384

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/394354378

Czwartek zapowiadał się ponuro. Sprawdziłem prognozy dla wszystkich czterech rejonów, które pozostały nam jeszcze do odwiedzenia. W każdym z nich miało być chłodno i deszczowo. Miało mocno lać przynajmniej do wczesnego popołudnia. Dopiero później mogły się pojawić pierwsze przejaśnienia. Darek po mokrej „robocie” w Valle di Susa zapowiedział, że jeśli ta pesymistyczna przepowiednia się potwierdzi to on nie wychyli nosa z domu. Nazajutrz powitała nas ulewa, więc Dario nie miał najmniejszych powodów by zmienić swą decyzję. Ja nie chciałem marnować całego dnia na siedzenie pod dachem. Nie miałem wielkich nadziei na przychylność niebios i nagłą zmianę pogody. Od środowego wieczora rozmyślałem gdzie mógłbym pojechać przy tak kiepskiej pogodzie. Wycieczki na dwutysięczniki typu Colle del Nivolet czy Colle delle Finestre nie wchodziły w grę przy tak marnej aurze. Do wyboru pozostały mi dwie opcje. Pierwszą była wycieczka na zachód ku długim podjazdom na Pian della Mussa (1750 m. n.p.m.) i pod Lago di Malciaussa (1804 m. n.p.m.). Drugą wypad na północ ku krótszym, lecz bardziej stromym wspinaczkom na Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe di Buri (1525 m. n.p.m.). Wiedziałem, że ta druga para będzie bardziej odpowiadać Darkowi, który lubi podjazdy konkretne czyli strome i bez wypłaszczeń w drodze na szczyt. Dlatego jako dobry kolega postanowiłem się poświęcić i zaserwować sobie na czwartek ten pierwszy duet. Przy najgorszym scenariuszu mogłem mieć do przejechania w deszczu nawet 90 kilometrów. Pomiędzy Valle di Susa na południu a Valle di Locana na północy we włoskich Alpach Graickich znajdują się trzy inne doliny tzn. Valle di Viu, Valle di Ala i w końcu Valle Grande. Ta ostatnia mnie nie interesowała, gdyż jest zbyt płaska. Kończy się ona we wiosce Forno Alpi Graie na marnej wysokości 1219 m. n.p.m. Natomiast do kresu dwóch pozostałych prowadzą podjazdy o długości 20-25 kilometrów i przewyższeniu przynajmniej tysiąca metrów. Postanowiłem zacząć od trudniejszego z nich. Wzniesienie to mogłem sobie przedłużyć o przeszło dwa kilometry dojeżdżając do Rifugio Citta di Cirie na wysokość 1847 metrów n.p.m.

Na ściągniętym z sieci profilu ów podjazd rozpoczyna się w miejscowości Lanzo Torinese. Tym niemniej ja wolałem wystartować z miejsca, w którym zaczyna się on na dobre. Dlatego postanowiłem dojechać samochodem do Pessinetto. Wyjechałem z San Mauro Torinese około dziesiątej. Na drogę zabrałem dwa komplety kolarskich strojów. Liczyłem się z tym, że po pierwszej górze będę musiał wskoczyć w zupełnie nowe (suche) ciuchy. Na dojeździe miałem do pokonania autem 45 kilometrów. Tym razem z obwodnicy Turynu musiałem zjechać na wysokości Venaria Reale czyli w pobliżu dawnej rezydencji królewskiej dynastii Sabaudzkiej. Potem krótki odcinek po drodze SP501 i znacznie dłuższy na SP1. Jadąc pod prąd potoku Stura di Lanzo przemknąłem koło Cirie i Nole rodzinnych miejscowości aż trzech kolarskich mistrzów. W tym pierwszym miasteczku urodzili się Giovanni Brunero zwycięzca Giro di Italia z lat 1921-22 i 1926 oraz Giuseppe Enrici triumfator wyścigu Dookoła Włoch z roku 1924. Z kolei w tym drugim przyszedł na świat Franco Balmamion czyli kolarz który wygrał Giro w latach 1962-63, choć osobliwie nie triumfował na żadnym z odcinków obu tych edycji. Do Pessinetto dojechałem przed jedenastą i zatrzymałem się na miejskim parkingu jakieś 150 merów przed centrum tej miejscowości. Miałem z niego widok na linię kolejową kończącą się w pobliskim Ceres. Szosa była mokra, chmury schodziły nisko, ale chwilowo nie padało. Ubrałem się stosownie do okoliczności ładując do pseudo-bidonu jak i kieszonek na plecach ciuchy na czarną godzinę. Wystartowałem o godzinie 11:04 z wysokości niespełna 580 metrów n.p.m. Miałem do pokonania 26-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 4,8% i przewyższeniu 1257 metrów. Maksymalna stromizna na zasadniczej części tego podjazdu miała wynieść 12%, lecz na ostatni metrach przed wspomnianym schroniskiem mogła sięgnąć aż 17%. Tym niemniej początek był łatwy. Po przejechaniu 1700 metrów minąłem zjazd na drogę SP33 wiodącą w głąb Valle Grande. Półtora kilometra dalej szerokim łukiem ominąłem dworzec na końcu linii kolejowej. Nieco dalej wziąłem zaś zakręt w lewo i po niespełna 4 kilometrach od startu dotarłem do centrum Ceres. Ten wstęp o średnim nachyleniu 3% przejechałem w tempie 20,6 km/h. Tu kierując się znakami skręciłem w lewo wjeżdżając na Via Ala.

Niebawem minąłem wioski: Voragno (5,5 km) i Bracchiello (7,1 km), zaś na początku dziesiątego kilometra wjechałem już do gminy Ala di Stura (9,2 km). Nieco wyżej przejechałem pod króciutkim, acz efektownie wyglądającym tunelem. Następnie po przejechaniu 11,8 kilometra byłem już w miejscowości Ala di Stura. Segment 7,6 kilometra o średniej 5% pomiędzy Ceres i Alą pokonałem ze średnią prędkością 18,4 km/h. Na brak wrażeń turystycznych nie mogłem narzekać. Niemal każda mijana miejscowość miała swój górski klimat. Gorzej, że na łatwym odcinku za wioską Cresta (13 km) wzmógł się deszcz i zacząłem się zmagać z prawdziwą ulewą. Na szesnastym kilometrze pokonałem trudniejsze kilkaset metrów na wysokości Mondrone (15,8 km) czyli odcinek z max. 14%. Przez kolejne półtora kilometra droga trzymała na solidnym poziomie, a łatwiej zrobiło się dopiero za Molette (17,3 km). Czterysta metrów dalej po raz pierwszy przeskoczyłem na prawy brzeg Stura di Ala. Niemniej jeszcze przed końcem 19. kilometra ponownie znalazłem się po północnej stronie tego potoku. Tu podjazd ponownie stał się trudniejszy jeszcze przed dojazdem do Balme (19,7 km). Tymczasem odcinek 7,5 kilometra o średniej 5% między Alą i Balme przejechałem ze średnią 17,6 km/h. Niestety znów zaczęło lać. Po opuszczeniu Balme miałem do pokonania trzy najtrudniejsze kilometry na stałym poziomie od 8,5 do 9,5%, z max. do 16%. Do walki z własną słabością zagrzewały mnie napisy na szosie „non mollare campione”. Żaden ze mnie mistrz, ale tekst wziąłem do siebie i nie zamierzałem odpuszczać. Ten leśny odcinek z dziesięcioma wirażami ozdabiały widoki górskich wodospadów, szczególnie obfitych w tych mokrych warunkach atmosferycznych. Gdy na liczniku miałem już 23,3 kilometra po raz drugi przejechałem na południowy brzeg Stura di Ala i znalazłem się już na Pian della Mussa. Niespełna 4-kilometrowy odcinek za Balme pokonałem z prędkością 13,2 km/h i VAM o wartości 1080 m/h. Teoretycznie byłem już u celu swej pierwszej wspinaczki. Tym niemniej szosa uparcie ciągnęła się w głąb płaskowyżu. Mimo rzęsistego deszczu postanowiłem brnąć przed siebie do kresu doliny. Gdybym się zatrzymał to pewnie nie miałbym już ochoty ruszyć dalej. Kolejne dwa kilometry z hakiem były zupełnie płaskie. Minąłem osadę Grange della Mussa (24,4 km) i kilka pojedynczych budynków tzn. bary, trattorie i kościółki. Na sam deser pozostał mi stromy dojazd do Rifugio Citta di Cirie czyli odcinek 400 metrów z maksimum na poziomie 17%. Pragnąc się schować przed deszczem z rozpędu przejechałem przez restauracyjny ogródek i zatrzymałem się dopiero na ganku.

Pech chciał, że akurat tego dnia schronisko było zamknięte. W końcu kto normalny zwiedzałby te strony w takiej ulewie! Piszący te słowa desperat na dotarcie w to miejsce potrzebował 1h 29:06. Wzniesienie miało długość przeszło 25,9 kilometra, co oznacza że jechałem ze średnią prędkością 17,5 km/h. Na stravie nie znalazłem segmentu obejmującego cały ów podjazd. Najdłuższy odcinek to 16,3 kilometra pomiędzy Ceres a Balme, które przejechałem w czasie 54:33 (avs. 18,0 km/h i VAM 848 m/h). Dało mi to 39 miejsce pośród 307 osób. Drugi fragment wart odnotowania to z kolei 11,4 kilometra między Ala di Stura i Pian della Mussa. Ten odcinek pokonałem w czasie 42:48 (avs. 16,0 km/h i VAM 930 m/h). Tempo miałem równe o czym świadczy podobne miejsce w szyku. To znaczy 35. lokata na liście obejmującej 306 nazwisk. Jednak swoje wyniki mogłem obejrzeć dopiero wieczorem. Tymczasem na najbliższe godziny moim podstawowym zadaniem było dotrzeć cało i zdrowo do samochodu porzuconego w Pessinetto. Widoki miałem nieciekawe. Temperatura na szczycie o godzinie wpół do pierwszej wynosiła ledwie 10 stopni Celsjusza i do tego padało w najlepsze. Skryty pod daszkiem kombinowałem jak tu się ubrać na długi, zimny i mokry zjazd. Zapukałem w okiennice, bowiem schronisko najwyraźniej nie było opuszczone. Niestety nie doczekałem się zaproszenia pod dach Rifugio. Poczekałem więc aż deszcz zelżeje i kilka minut po trzynastej spróbowałem szczęścia. Jechałem powoli tu i ówdzie przystając. Uznałem, że skoro już się namęczyłem to pomimo chłodu i wilgoci zadam sobie jeszcze trochę trudu by uwiecznić na zdjęciach swą kolejną zdobycz. Tym niemniej w tych warunkach trudno było robić wyraźne fotki. Co gorsza deszcz się wzmógł i już po kilku minutach miałem serdecznie dość takiej jazdy. Na szczęście po 1400 metrach od schroniska znalazłem schronienie w restauracji „Il Bricco”. Spotkałem tu przyjaznych i cierpliwych gospodarzy czyli starsze małżeństwo prowadzące ów lokal. Zadekowałem się w tym lokalu na przeszło półtorej godziny. Zamówiłem niejedną kawę, herbatę czy ciastko. W pustej sali restauracyjnej stał piecyk typu koza przy którym mogłem wysuszyć niektóre części swej garderoby oraz ogrzać zziębnięte dłonie i plecy. Grzejąc się i schnąc oczekiwałem poprawy pogody. Byłem już niemal pogodzony z myślą, iż nie starczy mi czasu na zaliczenie podjazdu pod Lago di Malciaussa.

Na szczęście niebo w końcu się wypłakało i kilka minut przed piętnastą mogłem ruszyć w dalszą drogę. Oczywiście jechałem po mokrej szosie, ale tym razem przynajmniej nie leciało na mnie z góry. Po zjechaniu do Balme aż zatrzymałem się z wrażenia. Po raz pierwszy tego dnia pośród stalowoszarych chmur pokazał się błękitny skrawek nieba. To był zwiastun dobrej nowiny. Gdy około 16:20 dotarłem do samochodu niebo na Pessinetto było już prawie bezchmurne, zaś temperatura sięgnęła 24 stopni. Przebrałem się w suche ciuchy i podjąłem wyzwanie „numero due”. Ruszyłem w kierunku Lanzo Torinese, po czym na wysokości Germagnano odbiłem w prawo na drogę SP32. Jadąc w górę Val di Viu zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie start rowerowego odcinka specjalnego. Wstępnie myślałem o miasteczku Viu lub położonym dwa kilometry dalej miejscu na styku z drogą SP197 wiodącą na znaną mi już przełęcz Colle del Lys. Tym niemniej w takim przypadku miałbym do pokonania aż 23-kilometrowy podjazd. Tymczasem było już po siedemnastej i do zmierzchu pozostały mi co najwyżej dwie i pół godziny. Dlatego zdecydowałem się zabrnąć autem do Forno di Lemie. Tym samym start wypadł mi na wysokości 820 metrów n.p.m. Od tego miejsca miałem do przejechania 19,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,1% i przewyższeniu 984 metrów. Maksymalne nachylenie miało wynieść 16% na trzecim kilometrze od końca. Wystartowałem o godzinie 17:39. Za punkt startu obrałem sobie mostek nad Stura di Viu, tuż przed wjazdem do Forno. Początkowe półtora kilometra po południowej stronie rzeczki były łatwe i szybkie. Nieco trudniej zrobiło się na początku trzeciego kilometra przy dojeździe do Lemie (2,4 km). Pierwszy wyraźnie trudniejszy odcinek czekał mnie dopiero od połowy piątego kilometra. Za wioską Saletta (5,1 km) przyszło mi pokonać kręty odcinek 1200 metrów z pięcioma wirażami. W połowie ósmego kilometra góra znów odpuściła i kolejne cztery kilometry z okładem minęły mi bardzo szybko. Przy przejeździe przez Piazzette (7,9 km) spodobał mi się widok górskich szczytów na wprost drogi. Naiwnie pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej zrobię tu niezłe zdjęcie. Następnie przejechałem przez Usseglio (10,7 km). Miejscowość gminną z kościołem w stylu neo-barokowym oraz starym kompleksem parafialnym, którego romańska dzwonnica powstała w XI wieku.

Na wysokości Crot (11,9 km) minąłem budynek miejscowej centrali hydroelektrycznej, potem stumetrowy tunel i boczną drogę do Perinery (12,7 km). Dojechawszy do Margone (13,9 km) znalazłem się na węższej dróżce, która na kolejne 1200 metrów wpadła do lasu. Za Barmafreida (15,1 km) wyjechałem pomiędzy górskie łąki, gdzie zaczęła się zabawa na całego. Najpierw wymagające 500 metrów w połowie szesnastego kilometra. Następnie strasznie zakręcony i jeszcze trudniejszy odcinek między Ciape (16,5 km) i Pian Ande (17,3 km). To znaczy aż dziesięć mniej lub bardziej ciasnych zakrętów na 800-metrowym odcinku drogi! Potem jeszcze trzy zakręty w połowie osiemnastego kilometra, za którymi ujrzałem ostatni fragment całej wspinaczki. W oddali widać już było tamę na sztucznym jeziorze Malciaussa. Do niego prowadziła wąska droga wzdłuż górskiego zbocza, ze stromym odcinkiem pomiędzy 18,2 a 18,5 kilometra od startu. Kolejne pół kilometra było już łatwiejsze. Natomiast ostatnie 200 metrów tej drogi okazało się być tylko zjazdem na plac przed Rifugio Vulpot. Z tego miejsca miałem ładny widok na lazurowe wody Lago di Malciaussa otoczone szeregiem trzytysięczników, z których najwyższym jest Punta Sule (3384 m. n.p.m.). Niestety dotarłem tu ledwie kwadrans przed dziewiętnastą. Zdecydowanie za późno na to by należycie uwiecznić uroki tej pięknej okolicy. Na pokonanie 19,1 kilometra potrzebowałem 1h 07:09 (avs. 17,2 km/h). Na stravie najdłuższym segmentem jest odcinek 7,6 kilometra o średniej 7% wytyczony powyżej Usseglio. Przejechałem go w 31:51 czyli ze średnią 14,4 km/h i VAM 961 m/h. Na tle osiągnięć innych śmiertelników wypadłem bardzo dobrze. Zanotowano tu wyniki 224 osób, zaś mój czas dał mi ex-aequo 11-12 miejsce. Zatem mogłem być zadowolony ze swojej postawy na całym etapie. Niemniej na owej wspinaczce przygoda się jeszcze nie skończyła. Teraz trzeba było przed zmierzchem zdążyć z powrotem do Forno di Lemie. Dlatego nad jeziorem zabawiłem tylko kilka minut. Możliwie szybko pognałem w dół. W pierwszej połowie zjazdu starałem się jeszcze zrobić trochę zdjęć. Poniżej Usseglio nie miało to już jednak większego sensu. Ostatecznie do samochodu dotarłem w półmroku o godzinie 19:55. W sumie przejechałem 90 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2367 metrów. Na koniec czekał mnie szybki odcinek specjalny za kierownicą samochodu. Nocny rajd po zupełnie nieznanych sobie drogach też daje pewien dreszczyk emocji.