banner daniela marszałka

Colle delle Finestre & Fregiusia-Jafferau

Autor: admin o sobota 19. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/395683058

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/395683031

Mój młodszy brat Tomek w swych przedszkolnych latach miał swoje kulinarne motto. Pytany przez dorosłych czemu w trakcie obiadu zrazu nie konsumuje kotleta czy innego mięska odpowiadał ze szczerością właściwą dziecku „najdobrejsze na końcu”. Powiedzonko to znakomicie pasuje do sytuacji w jakiej znaleźliśmy się w trakcie naszej wrześniowej podróży po północno-zachodnich Włoszech. Za sprawą kapryśnej piemonckiej pogody dwa najlepsze kąski w górskim menu (przy całym szacunku dla niesamowitej Fauniery) przyszło nam „skonsumować” dopiero na sam koniec wyprawy czyli w dniach 19-20 września. Dopiero wtedy niebiosa się do nas uśmiechnęły. Weekend miał być słoneczny i stosunkowo ciepły jak na tą porę roku. Bez obaw mogliśmy ruszyć do ataku na szutrową Colle delle Finestre jak i niebotyczny Colle del Nivolet. Na sobotę wybraliśmy sobie pierwszą z wyżej wymienionych przełęczy. Niemniej Finestre miała być owszem głównym, lecz nie jedynym wyzwaniem tego dnia. Do programu czternastego etapu wrzuciłem też inny lokalny podjazd sprawdzony na trasach Giro d’Italia. Tym dodatkiem miała być krótka, acz stroma wspinaczka z Bardonecchii do stacji Fregiusia na zboczach masywu Jafferau. Valle di Susa odwiedziliśmy już trzy dni wcześniej biorąc na celownik podjazdy do stacji narciarskiej Frais i na Colle del Lys. Pierwsze ze środowych wzniesień zaczynaliśmy nawet na via Meana czyli ulicy na której zaczyna się podjazd na przełęcz Finestre. Dzięki temu dojazd do podnóża pierwszego z sobotnich podjazdów mieliśmy rozpracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zawczasu wiedzieliśmy gdzie mamy zjechać z autostrady, jaką ulicę wybrać, gdzie skręcić i zaparkować auto aby w spokoju się przebrać i przygotować rowery do jazdy. Poprzedniego dnia daliśmy z siebie wszystko na bardzo ciężkich podjazdach pod Monte Scalaro i Alpe Buri. Do tego wróciliśmy do bazy bardzo późno bo około 21:00. Tymczasem wedle danych z „archivio salite” Colle delle Finestre miała być jednym z najtrudniejszych wyzwań w naszym kolarskim życiu. Trzeba było się odpowiednio zregenerować. To znaczy dobrze zjeść i porządnie się wyspać. Tak też uczyniliśmy spokojnie spędzając sobotni poranek. Ostatecznie z San Mauro Torinese wyjechaliśmy dopiero po wpół do dwunastej by około 12:25 pojawić się u podnóża góry, która w krótkim czasie stała się kultowym podjazdem na kolarskiej mapie świata.

Droga na Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.) wiedzie przez Parco Naturale Orsiera-Rocciavre i łączy Valle di Susa z położoną bardziej na południe Val Chisone. Nawet bez blisko 8-kilometrowego odcinka szutrowej nawierzchni to bardzo ciężki podjazd. Z pewnością jeden z najtrudniejszych jakie pojawiają się współcześnie na trasach najważniejszych wyścigów etapowych. Według „cyclingcols” to wzniesienie ma długość 18,2 kilometra o średnim nachyleniu 9,3% i max. 14%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie aż 1692 metrów. Jak dotychczas wystąpiło w wyścigu Dookoła Włoch trzykrotnie. Za każdym razem na przedostatnich etapach Giro, które niezmiennie kończyły się w Sestriere. Po raz pierwszy zaprezentowano je kolarskiemu światu w 2005 roku czyli na dwa lata przed pierwszą edycją kultowego dziś semi-klasyku Strade Bianche. Dyrektorem „La Corsa Rosa” był wtedy Angelo Zomegnan. Postanowił on przetestować współczesnych „tytanów szos” na „białej drodze”. To znaczy na nawierzchni, po której peleton Giro d’Italia jeździł w czasach gdy na górskich szlakach brylowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Włoska telewizja RAI w nawiązaniu do złotej epoki włoskiego kolarstwa pokazywała zmagania współczesnych mistrzów mieszając obraz kolorowy z czarno-białym. Natomiast kibiców kolarstwa rozpalała zacięta walka o generalne zwycięstwo w 88. edycji Giro. Przed decydującym etapem lider Paolo Savoldelli miał 2:09 przewagi nad Gilberto Simonim oraz 3:00 nad rewelacyjnym Wenezuelczykiem Jose Rujano i 3:08 nad Danilo di Luką. Tym niemniej słynący z popisów na zjazdach „Il Falco” był góralem dobrym, lecz z pewnością nie wybitnym. Poza tym miał słabą drużynę czyli drugi garnitur kolarzy Discovery Channel. Naczelnym celem tej ekipy było bowiem siódme z rzędu zwycięstwo Lance’a Armstronga w Tour de France. Dlatego też najlepsi robotnicy byli oszczędzani i wszelkimi możliwymi środkami szykowani do pomocy Teksańczykowi na trasie „Wielkiej Pętli”. Savoldelli w górach Giro musiał sobie radzić sam. Tercet Di Luca – Simoni – Rujano szybko go zdystansował i na przełęczy miał przewagę aż 2:18! Niemniej „Sokół” jechał swoim równym tempem oraz znalazł sobie (w innych ekipach) paru przyjaciół w potrzebie. Poza tym mocno finiszował na łagodniejszym podjeździe do Sestriere. Ostatecznie do zwycięzcy etapu czyli Rujano stracił 1:55 (+ 20 sekund bonifikaty), zaś do Simoniego ledwie 1:29 (+ 12″). Dzięki temu obronił prowadzenie w wyścigu i dzień później triumfował z zapasem 29 sekund nad Simonim i 45 nad Rujano.

Sześć lat później zabrakło wielkich emocji. Na dwa dni przed Mediolanem wyścig był praktycznie rozstrzygnięty. Alberto Contador miał ponad 5 minut przewagi nad Michele Scarponim i Vincenzo Nibalim. Etap rozpoczęty w Verbanii nad Lago di Maggiore liczył sobie aż 242 kilometry. Zanim kolarze dojechali do Susy pokonali płaski odcinek o długości 196 kilometrów. Peleton pozwolił na odjazd tuzina uciekinierów, którzy u podnóża Colle delle Finestre mieli ponad 6 minut zapasu. Wobec pasywnej jazdy liderów bohaterem tego odcinka został Wasilij Kirijenka. Obecny mistrz świata w jeździe na czas, jeżdżący jeszcze wówczas w ekipie Movistar łatwo zgubił towarzyszy ucieczki i z dużą przewagą nad górskimi asami dotarł do mety w Sestriere. Linię mety przekroczył o 4:43 przed Rujano i 4:50 przed Joaquinem Rodriguezem. Scarponi i Contador przyjechali razem ze stratą 5:58 do Białorusina, zaś Nibali stracił do nich 22 sekundy. Hiszpan triumfował w stolicy Lombardii, lecz to zwycięstwo później mu odebrano. Jak wiadomo wpadł na kontroli antydopingowej podczas Tour de Framce 2010 i po zakończeniu trwającej naście miesięcy procedury dyscyplinarnej ostatecznie zdyskwalifikowano go na dwa lata z mocą wsteczną od dnia wpadki na „Wielkiej Pętli”. Po tym werdykcie „Pistolero” stracił zwycięstwa w Volta a Catalunya i Giro d’Italia z pierwszej części sezonu 2011. Po raz trzeci podjazd pod Finestre pojawił się na trasie Giro w 2015 roku na blisko 200-kilometrowym etapie z Saint-Vincent w Dolinie Aosty. Contador ponownie przystąpił do tego rodzaju próby z bezpieczną przewagą nad najbliższymi rywalami czyli kolarzami Astany: Fabio Aru (+ 4:37) i Mikelem Landą (+ 5:15). Jednak tym razem przeciwnicy nie zamierzali li tylko asystować mu na drodze do generalnej wiktorii. Zaatakowali i to skutecznie na szutrowym odcinku Finestre. Contador miał kryzys, ale mądrze się obronił. Na przełęczy pierwszy był Landa. Niemniej sam etap wygrał Aru, który dzień wcześniej był też najlepszy w Cervinii. Z sekundowymi stratami do Włocha finiszowali: Ryder Hesjedal (+ 18″), Rigoberto Uran i Landa (+ 24″) oraz Steven Kruijswijk (+ 34″). Contador przyjechał ledwie szósty ze stratą 2:25 do kolarza z Sardynii, lecz spokojnie obronił prowadzenie w wyścigu.

Szykując się do własnej potyczki z tą górą o szorstkiej powierzchowności zastanawiałem się jakie zastaniemy na niej warunki drogowe. Ledwie cztery tygodnie wcześniej zmierzyliśmy się z inną szutrową legendą Giro czyli podjazdem pod Plan de Corones. Na finałowym odcinku tyrolskiej „ściany płaczu” nie wszędzie dało się jechać. Momentami musiałem po prostu prowadzić rower po nazbyt sypkim gruncie. Tym niemniej Kronplatz po raz ostatni został użyty na wyścigu Dookoła Włoch przed pięciu laty i od tego czasu droga uległa znacznej degradacji. Tymczasem Finestre gościła uczestników Giro zaledwie cztery – co ważne letnie – miesiące przed naszym przybyciem. Była więc spora szansa na to, że przejedziemy się po takiej samej jakości nawierzchni co „profi” pod koniec maja. Wystartowaliśmy o godzinie 12:43 przy słonecznej pogodzie i temperaturze 25 stopni. Początek podjazdu poznaliśmy już w środę. Najpierw łatwe 400 metrów i po zakręcie w prawo znacznie trudniejsze 900 metrów do przejazdu pod wiaduktem kolejowym. Trzy dni wcześniej po dotarciu w to miejsce odbiliśmy w prawo do Frais. Tym razem musieliśmy trzymać się odchodzącej w lewo drogi SP172. Pobliski mur zdobił okazały mural o tematyce kolarskiej. Zacząłem szybko i już na pierwszym kilometrze odjechałem Darkowi. Na kilometrze drugim minąłem cyklo-amatora, który zaczął wspinaczkę jakąś minutę przed nami. Po przejechaniu 1700 metrów skończyła się pierwsza stromizna. Droga skręciła w prawo ku centrum Meana di Susa (2,1 km). Pod koniec trzeciego kilometra skończył się przejazd przez teren zabudowany. Droga stała się węższa i otoczona coraz gęstszym lasem. Podjazd trzymał na stałym poziomie 9%, ale jechało mi się bardzo dobrze. Przyznam, że wolę zmagać się ze stromizną w takich warunkach niż na otwartym terenie jadąc po szerokiej szosie. Pod koniec piątego kilometra wjechałem na zdecydowanie najbardziej zakręcony odcinek tej wspinaczki. Na dystansie 3000 metrów trzeba było pokonać aż 26 wiraży. Ja jechałem na tym odcinku z prędkością około 12 km/h. Zakładam, że jadący znacznie szybciej zawodowcy mogą mieć tu problemy z rozpędzeniem się pomiędzy kolejnymi zakrętami. Na kolejnych trzech kilometrach szlak był już znacznie prostszy. W końcu po przejechaniu 10,7 kilometra dotarłem do miejsca zwanego Il Coletto (1452 m. n.p.m.). Tu trzeba się było w końcu rozstać z gładką szosą i wjechać na naturalne podłoże. Do przełęczy pozostało jeszcze przeszło 700 metrów przewyższenia i niemal 8 kilometrów podjazdu z grubsza o tak samo ostrym nachyleniu jak dotąd.

Gruntowa nawierzchnia okazała się w pełni przejezdna, choć trzeba było sobie ciągle właściwej szukać ścieżki do płynnej jazdy. Szutrowa droga niekiedy wychodziła z lasu i mijała pojedyncze domostwa (po 11,5 i 14,2 km od startu). Na 3,5 kilometra przed finałem ostatecznie wyjechałem ponad górną granicę lasu. Pozostało mi jeszcze do pokonania osiem wiraży. Zważywszy na stromiznę tego odcinka na niektórych z nich musiałem uważać wybierając tor jazdy. Minąłem tu „mielącego w miejscu” górala oraz dwóch starszych szosowców z wyraźną nadwagą. Z trzeciego od końca zakrętu, na 600 metrów przed finałem, złapałem niezły widok na wybudowany w 1891 roku fort Colle delle Finestre. Jeszcze trochę wysiłku i po przejechaniu 18,8 kilometra w czasie 1h 34:05 byłem u celu. Na górze zastałem kilku motocyklistów. Po prawej stronie drogi ujrzałem fontanienkę, zaś po lewej tablicę drogową i monument poświęcony pierwszemu zdobywcy tego wzniesienia, kontrowersyjnemu Danilo Di Luce. Na szczycie (w słońcu) było aż 20 stopni. Po niespełna 10 minutach oczekiwania nagrałem finisz Darka. W programie strava segment z całej tej góry ma długość 17,8 kilometra o średniej 9% i przewyższeniu 1683 metrów. Bliższa analiza danych ze stravy doprowadziła mnie do bardzo ciekawych odkryć. Okazało się, że jechałem w tempie „pasażerów autobusu” z Giro d’Italia 2015! Cały ten odcinek pokonałem w czasie 1h 33:25 (avs. 11,5 km/h i VAM 1081 m/h) co dało mi 68 miejsce na 1023 zarejestrowanych osób. Do natchnionego Kruiswijka straciłem co prawda niemal pół godziny. Niemniej do Iljo Keijsse ledwie 5 sekund, zaś do Jussi Veikkanena, Maartena Tjallingi, Moreno Hoflanda czy Luki Mezgeca mniej niż minutę. Szosowe 9,8 kilometra przejechałem w czasie 51:12 (avs. 11,5 km/h i VAM 1143 m/h) co było 83. wynikiem na 1115 odnotowanych. Byłem tu nieco szybszy od kilku profich. Z kolei szutrowy kawałek o długości 7,9 kilometra przejechałem w 41:36 (avs. 11,5 km/h i VAM 1037 m/h) co jest 69. rezultatem wśród 1294 zanotowanych. Nawet najwolniejsi uczestnicy Giro byli nieco szybsi ode mnie. Zresztą to porównanie traktować mogę jedynie jako ciekawostkę. Ja startowałem wszak na świeżości i jechałem na maksa. Oni byli po przejechaniu 150 kilometrów dwudziestego etapu i jechali w trybie oszczędnym chcąc jedynie zmieścić się w limicie czasu. Wspomniany Keijsse robił to na tyle skutecznie, że dzień później wygrał finałowy etap na ulicach Mediolanu. Dodam jeszcze, że Dario uzyskał tu czas 1h 43:22 (avs. 10,4 km/h i VAM 977 m/h – 132 miejsce). Na szosie stracił do mnie 7:20, lecz na szutrze już tylko 2:34.

20150919_142658

20150919_144632

20150919_150112

20150919_153425

Z podjazdem poradziliśmy sobie całkiem sprawnie. Inna sprawa to zjechać po szutrze. Na szczęście „biała droga” na Finestre okazał się być w świetnym stanie. Przy zachowaniu pewnej dozy ostrożności można było zjechać bez przymusowych przystanków. W zasadzie stawałem tylko tam gdzie chciałem aby wykonać zdjęcia do „albumu z wyprawy”. Około półmetka zjazdu stanęliśmy też by nakręcić filmiki z Valle di Susa w roli głównej. Do samochodu dotarłem kwadrans po szesnastej. Teraz czekała nas około 40-kilometrowa wycieczka na zachód ku Bardonecchi. Dla Darka była to niemiła niespodzianka. Nie zapoznał się z programem czternastego etapu i oczekiwał kolejnej wspinaczki w okolicy Susy. Uważał iż Monte Jafferau (1908 metrów n.p.m.) nie jest warte dodatkowego transferu. Zdania w ekipie były podzielone. Podjazd ten ma przewyższenie tylko 648 metrów. Trzeba je pokonać na dystansie ledwie 7 kilometrów co daje średnio niemal 9,3%. Maksymalna stromizna przekracza tu 12%. Krótkie lecz trudne, ale czy na tyle wartościowe by trafić na naszą listę? Gdybym brał pod uwagę tylko owe walory techniczne to raczej bym z niego zrezygnował. Tym niemniej ta góra miała też swoją kolarską historię co w moich oczach przeważyło na jej korzyść. Dwukrotnie ścigali się na niej uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1972 roku na 256-kilometrowym etapie ze startem w Savonie. Na wschodnim podjeździe do Sestriere zaatakował znakomity góral z Asturii Jose-Manuel Fuente. Jednak tym razem „El Tarangu” przeliczył się z siłami. Wyczerpał go przeciwny wiatr wiejący w dolinie pomiędzy Cesana Torinese i Bardonecchią. W teorii na podjeździe tak stromym jak Jafferau nie miałby godnych rywali. Tym razem jednak dopadł go i wyprzedził lider wyścigu Belg Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten maratoński odcinek w czasie 8 godzin i 8 minut (!) z przewagą 26 sekund nad Włochem Wladimiro Panizzą i 47 nad Fuente. Kolejny raz wyścig Dookoła Włoch dojechał w te strony w 1984 roku, lecz finisz wytyczono w Bardonecchi. Wygrał Norweg Dag-Erik Pedersen. Na drugą batalię pod Jafferau kibice musieli poczekać do roku 2013. Najlepiej z deszczem, chłodem i stromizną poradził sobie podejrzanie mocny owej wiosny Mauro Santambroggio. Wyprzedził on minimalnie lidera wyścigu Vincenzo Nibalego oraz o 9 sekund Kolumbijczyka Carlosa Alberto Betancura. Nasi górale: Rafał Majka (jedenasty) i Przemysław Niemiec (piętnasty) stracili około minuty. Sława nowego triumfatora była krótkotrwała. Tydzień po zakończeniu Giro ogłoszono, że Santambroggio wspomagał się EPO.

Do Bardonecchii dotarliśmy około siedemnastej. Dario nie znalazł motywacji do wspinaczki pod tak skromne wzniesienie jak Monte Jafferau. Czekała mnie więc solowa potyczka z tym stromym podjazdem. Nie wiedziałem jednak w której części miasteczka się on zaczyna. Pierwszy strzał okazał się chybiony. Po niespełna siedmiu minutach jazdy dotarłem na położonej przeszło sto metrów ponad Bardonecchią dolnej stacji kolejki linowej na Monte Jafferau. Zapytałem o właściwą drogę napotkanego przechodnia. Musiałem wrócić do miasteczka, znaleźć ulicę Via Sommelier i zjechać z niej w lewo na drogę SP238. Ostatecznie wystartowałem więc o godzinie 17:27. Po chwili przejechałem nad potokiem Rochemolles i pod krajówką SS335. Gdy skończył się płaski wstęp włączyłem licznik. Co raz bardziej stroma dróżka szybko przeszła pod autostradą A32, lecz niemal do końca pierwszego kilometra biegła równolegle do niej. W tym czasie dojechałem do wioski Millaures (0,9 km), zaś po przejechaniu 1800 metrów minąłem pierwszy z ledwie siedmiu wiraży na tej górze. Drugi kilometr ma tu średnie nachylenie 10,5%. Drugi zakręt minąłem w połowie trzeciego kilometra, zaś niespełna kilometr dalej byłem już we wiosce Gleise (3,4 km). Trzeci wiraż minąłem po przejechaniu 4 kilometrów od startu. Teraz miało być już tylko ciężko czyli każdy z trzech ostatnich kilometrów na poziomie około 10% czyli 10,5 – 9,8 – 10,3. Droga zrobiła się węższa i po pokonaniu 6,1 kilometra raz jeszcze wjechała w zalesiony teren. Kilometr dalej pokonałem dwa położone blisko siebie ostatnie wiraże i zaraz potem boczną uliczkę, na której wyznaczono finisz etapu Giro z roku 2013. Jakieś 150 metrów dalej skończył się asfalt, więc zatrzymałem stoper swojego licznika. Niemniej droga wiodła jeszcze wyżej po szutrze całkiem niezłej jakości. Wjechałem nią do lasu i zatrzymałem się dopiero przed hotelem Jafferau stojącym tuż obok górnej stacji kolejki Bardonecchia-Fregiusia. To była moja meta, acz na rowerze górskim po kamienistej ścieżce można by pewnie dotrzeć niemal na sam szczyt Monte Jafferau (2805 m. n.p.m.). Według zapisu na stravie mój podjazd miał długość 7,3 kilometra. W programie tym znalazłem kilka co najmniej 6-kilometrowych segmentów. Najdłuższy o długości 7,1 kilometra i przewyższeniu 662 metrów nazwano „fine asfalto”. Pokonałem go w czasie 35:02 (avs. 12,2 km/h, VAM 1133 m/h) co jest 23. wynikiem pośród 128 zarejestrowanych. W sumie na czternastym etapie przejechałem 57 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2416 metrów.