banner daniela marszałka

Pordoi & Fedaia

Autor: admin o piątek 30. Lipiec 2004

W piątek 30 lipca dla odmiany ruszyliśmy na północ. Głównym celem czwartego etapu naszej podróży miała być przełęcz Fedaia (2057 m. n.p.m.), położona tuż obok wiecznie ośnieżonej Marmolady (3343 m. n.p.m.) – najwyższego z dolomickich szczytów. Swoją drogą co za piękny zbieg przyrodniczo-cywilizacyjnych okoliczności. Najtrudniejsze z kolarskich wzniesień w tym regionie wyrosło u stóp „Królowej Dolomitów”. Szybki rzut oka na mapę informuje nas co prawda, że podjazd pod Fedaię można było zacząć wprost z naszego Canazei. Niemniej zachodnia strona tego wzniesienia jest o wiele łatwiejsza od wschodniej, a przy tym w ogóle nieużywana w celach wspinaczkowych przez wyścig Giro d’Italia. Tą stroną Fedaii kolarze śmigają jedynie w dół po pokonaniu morderczej wschodniej ściany. My mając wystarczającą ilość wolnego czasu i nieskończone pokłady amatorskiej ambicji również postanowiliśmy zajść tą legendarną przełęcz od właściwej czyli wschodniej strony. Aby jednak dojechać z naszej bazy do podnóża owego wzniesienia musieliśmy wykonać blisko 45-kilometrowy łuk zaczynający się już w samym Canazei podjazdem pod passo Pordoi (2242 m. n.p.m.) od strony zachodniej.

Uważny czytelnik moich górskich opowieści wnet przypomni sobie, że trzy dni wcześniej byliśmy już z Jarkiem na tej samej przełęczy. Niemniej wówczas pod Pordoi wjechaliśmy od strony wschodniej dopinając naszą wycieczkę szlakiem Sella ronda i zaczynając podjazd w Arabbie. Tym razem zaś przyszło nam się wspinać pod tą przełęcz na samym początku etapu, praktycznie bez najmniejszej rozgrzewki. Na trudniejszej górze taki ostry start bez „rozgrzania silnika” mógłby mieć zgubne skutki. Na szczęście Pordoi, szczególnie w swym zachodnim wymiarze jest bardzo przyjaznym wzniesieniem. Pomimo solidnych rozmiarów 13 km przy średnim nachyleniu 6 % jest przede wszystkim podjazdem bardzo regularnym, zaś najtrudniejszy trzeci kilometr ma średnie nachylenie niespełna 8 %. Człowiekowi znającemu swe możliwości umożliwia to jazdę we właściwym sobie rytmie, zaś całe zadanie dodatkowo ułatwia spora ilość serpentyn i świetna nawierzchnia drogi. Do tego jeszcze ten przepiękny widok na masyw Sella. W niektórych miejscach można by strzelić fotkę w sam raz na pocztówkę.

Podjazd ten ma swoje miejsce w wielu opowieściach z tras Giro d’Italia. Wielokrotnie przemykał tędy peleton Giro, zaś czterokrotnie tzn. w latach 1990, 1991, 1996 i 2001 na samej przełęczy wyznaczano nawet metę kluczowych etapów tego wyścigu. Należąc do najbardziej legendarnych pośród włoskich wzniesień, zaś z drugiej strony nie będąc przesadnie wymagający podjazd ten cieszy się wielką popularnością wśród amatorów kolarstwa szosowego. Podczas własnej wspinaczki można spotkać (szczególnie w letnie weekendy) nawet i kilkudziesięciu fanów dwóch kółek. Ja wspinałem się od tej strony już po raz drugi i miałem okazję poprawić swój wynik z 2003 roku kiedy to podjechałem ze średnią prędkością 15 km/h. Tym razem wyszła mi przeciętna 16,5 km/h. Jednym słowem zanotowałem 10 % postęp i chyba nie cała w tym zasługa nowego sprzętu. Po krótkim pobycie na obleganej przez samochody i motocykle przełęczy rozpoczęliśmy 9-kilometrowy zjazd „drogą świstaków” do Arabby. Po minięciu tej miejscowości znaleźliśmy się w dolinie Livinallongo gdzie trzy lata później przyszło mi pomieszkiwać wraz z Piotrem Mrówczyńskim podczas naszej dolomickiej „majówki”. Tym razem przejechałem wraz z Jarkiem całe jedenaście kilometrów tej doliny aż do okolic Cernadoi. Co umożliwiło nam po skręcie w prawo na przedłużeniu zjazdu dotarcie do miejscowości Caprile. Rok wcześniej wraz z Krzyśkiem Żmijewskim zjeżdżałem w tym miejscu drogą przez wioskę Digonera.

W Caprile zrobiliśmy sobie strefę bufetu przy sklepie spożywczym, uzupełniając przy okazji nasze bidony. Podjazd pod Fedaię zaczyna się zwodniczo. Pierwsze 6,5 kilometra do okolic wioski Sottoguda ma średnie nachylenie 3,6 % i pomijając krótkie i okazjonalnie występujące „ścianki” nie stanowi specjalnego wyzwania. Po minięciu punktu bivio Sottoguda trzymaliśmy się dalej głównej drogi, acz Giro od 1998 roku zwykło zbaczać w tym miejscu na wąska drogę przez wąwóz, która łączy się z głównym szlakiem dopiero za tunelami po jakichś trzech kilometrach równoległego bytu. Prawdziwe schody zaczynają się mniej więcej właśnie w tym miejscu czyli rejonie zwanym Malga Ciapeda. Do szczytu brakuje niespełna sześć kilometrów, lecz na tym odcinku trzeba pokonać różnice wzniesień rzędu 607 metrów co daje średnią 10,6 %. Pierwsze trzy kilometry są najbardziej zatrważające. Nie dość, że niemiłosiernie strome to jeszcze poprowadzone prostą drogą, która robi wrażenie autostrady do nieba, choć męki przeżywać tu można iście piekielne. W końcówce nie brak serpentyn, lecz co to za pociecha gdy nachylenie podjazdu sięga 16 %! Tym razem jednak byłem mocniejszy, bogatszy o zeszłoroczne doświadczenia oraz lepiej przygotowany sprzętowo. Mając do dyspozycji przełożenie 39 x 27 poradziłem sobie z tą górę bez żadnych przystanków w przyzwoitym czasie 67 minut czyli ze średnią 13,4 km/h.

Po dotarciu na przełęcz przejechaliśmy się spokojnie po tamtejszym płaskowyżu, zaś przed zjazdem do Canazei postanowiliśmy przyjrzeć się z bliższej odległości „Jej Królewskiej Mości” Marmoladzie. W tym celu przeprawiliśmy się drogą przez tamę nad sztucznym jeziorkiem dojeżdżając do końca szosy po drugiej stronie zbiornika. Na zjeździe do Canazei „złapałem gumę” i miałem mały problem z wbiciem odpowiedniej liczby atmosfer w nową dętkę. Z pomocą przyszedł mi pewien włoski masters, który w tym odcinku mej historii wystąpił w roli Dobrego Samarytanina. Tego dnia zrobiliśmy „skromne” 73 kilometry z różnicą wzniesień rzędu 1850 metrów. Mając zaś za nami cztery z pięciu dni rowerowych podbojów uznaliśmy, iż czas w końcu najwyższy na skosztowanie specjałów włoskiej kuchni. Po południu wybraliśmy się w końcu na obiad w mieście. Obaj zamówiliśmy po wielkiej pizzy, z której każda „ósemka” oferowała inne specjały. Niewiele nam już zostało do podjeżdżania, stąd mogliśmy sobie pozwolić odrobinę kulinarnych uniesień.