banner daniela marszałka

Pillerhohe & Kaunertal

Autor: admin o środa 16. Lipiec 2003

Z Trójmiasta wyruszyliśmy we wtorek 15 lipca około godziny piętnastej Po siedemnastu godzinach jazdy szlakiem przez Kołbaskowo, Berlin, Monachium i Garmisch-Partenkirchen około ósmej nad ranem 16 lipca „wylądowaliśmy” w austriackim Tyrolu. Nasza bazą wypadową na pierwszy dzień alpejskich przygód było miasteczko Imst położone w połowie drogi między Seefeld a Sankt-Anton. Po tak długiej podróży zdrowy rozsądek nakazywałby kilkugodzinną drzemkę. Niemniej powodowani entuzjazmem podsycanym przez bliskość alpejskich tras bynajmniej nie w głowach nam było udanie się na spoczynek. Zdjęliśmy rowery z dachu samochodu, po czym odświeżyliśmy się oraz przebraliśmy w pobliskim hoteliku i już byliśmy gotowi do drogi. W dodatku nie byle jakiej, bowiem obdarzony ułańską fantazją Krzychu (kierownik naszej wycieczki) już na pierwszy etap naszej batalii z górami przewidział m.in. podjazd do schroniska Gepatsch znajdującym się na samym końcu doliny Kaunertal. Oznaczało to wjazd z poziomu 818 metrów n.p.m. (w Imst) na niespotykaną w naszym kraju nawet dla piechurów wysokość 2750 m. n.p.m. Przyznam, iż do tego dnia pominąwszy lot do Londynu i z powrotem najbliżej chmur byłem na Śnieżce.

Mogłem mieć więc pewne obawy czy mój organizm poradzi sobie z wysiłkiem na pułapie tak znacznie przewyższającym poziom sopockiej plaży. Jednak najkrótsza droga do wrót Kaunertal bynajmniej nie przypominała ledwie pagórkowatych tras kaszubskich. Aby się tam dostać trzeba było pokonać całkiem solidny podjazd pod Pillerhohe (1559 m. n.p.m.). Zaczynał się on na dobre 13 kilometrów za Imst we wiosce Wenns. Niby tylko 7 kilometrów wspinaczki, ale pod średnim kątem 8,2 % czyli porównywalnym z legendarnym L’Alpe d’Huez. Co więcej ani momentu wytchnienia, bowiem każdy kilometr „trzymał fason” na minimalnym poziomie 7 %. Jako można się domyślić po lustracji załączonego profilu największe kłopoty sprawił nam przedostatni „tysiączek” metrów. Na górze zameldowałem się pierwszy, nieznacznie przed Wojtkiem i z nieco większym zapasem nad Krzyśkiem. Ta hierarchia miała się później powtarzać niemal na każdym podjeździe, lecz na zjazdach było zgoła przeciwnie.

Krzysiek dał popis swego zjazdowego kunsztu już na bardzo stromej południowej ścianie Pillera czyli zjeździe do Prutz. Ja musiałem zaadoptować się do tego rodzaju prędkości i raczej walczyłem o przeżycie, zaś Wojtek występował w swej tradycyjnej roli łącznika grupy. Po dojechaniu zrobiliśmy sobie strefę bufetu przy sklepie w Kaltenbrunn, po czym rozpoczęliśmy początkowo bardzo spokojny podjazd pod Gepatsch. Podczas pierwszych 12 kilometrach wzniesienia mieliśmy do pokonania tylko 620 metrów przewyższenia. Ta pierwsza kwarta podjazdu kończyła się na „bramce” dla samochodów w miejscowości Feichten. Kolejny 9-kilometrowy odcinek był niewiele trudniejszy, lecz kończył się dość stromo, więc na chwilę rozbiło nam to szyki.

Na wysokości blisko 1800 metrów n.p.m. natknęliśmy się na sztuczne jezioro Sauseer Gepatsch, wzdłuż którego droga biegła po zupełnie płaskim terenie przez kolejne 5,5 kilometra. Dopiero po takiej rozgrzewce przyszedł czas na finał godny niebotycznego wzniesienia. Ostatnie 12 kilometrów ma bowiem średnie nachylenie 8,1 % i praktycznie niemal cały czas „trzyma” na poziomie 9 %, zaś w samej końcówce jeszcze podkręca skalę trudności. Każdy z nas radził sobie z tym monstrum na własny sposób. Ja mając do dyspozycji dość ciężki rower, marnie przygotowany do alpejskich występów z coraz większym trudem przepychałem przełożenie 42 x 23, bowiem na skutek problemów technicznym nie bardzo mogłem liczyć na tryb z 25 zębami. Ostatecznie wspiąłem się końca drogi w towarzystwie Wojtka, a gdy zjawił się Krzysiek mogliśmy pełni dumy ze swego osiągnięcia strzelić kilka fotek na tle schroniska i u stóp lodowca Kaunertaler Gletscher okrywającego górę Weissespitze (3535 m. n.p.m.).

Po trudach wspinaczki przyszedł oczywiście czas na zasłużony zjazd. Kto zjeżdżać potrafi mógł się nieźle zabawić na aż 38-kilometrowym odcinku do Prutz. Dla mnie była to przede wszystkim kolejna okazja do nauki. Aby ominąć sroższe oblicze Pillerhohe postanowiliśmy wrócić do Imst przez Landeck, stąd przez kolejnych 13 kilometrów turlaliśmy się w dół doliny Inntal. Zmęczeni podróżą, dwoma ciężkimi wspinaczkami, ponad stukilometrowym dystansem oraz upałem padaliśmy już powoli ze zmęczenia. Dlatego niezbędny okazał się drugi postój bufetowy. Spod wybawczego sklepu do upragnionego parkingu zostało nam do pokonania 19 kilometrów w pofałdowanym terenie. Wlekliśmy się w dość marudnym tempie, a tu jeszcze tuz przed naszym Imst wyrosła nam dwukilometrowa górka. Na ostatnich nogach zdołaliśmy ją sforsować i niedługo potem pełni wrażeń załadowaliśmy się do samochodu. Jak się okazało rychło w czas, bowiem chwilę później runęła na nas istna ściana wody. Jak to bowiem często bywa w górach upalne letnie dni niosą z sobą ryzyko przesilenia pogodowego w postaci gwałtownej, acz krótkotrwałej burzy. Nam udało się umknąć przed tym prysznicem. W tym momencie siedzieliśmy już „bezpieczni” w samochodzie rozpoczynając przejazd na włoską stronę Tyrolu. W strugach letniego deszczu skąpały się tylko nasze rowery dla których nie było miejsca wewnątrz samochodu wobec 3-osobowego składu ekipy.