banner daniela marszałka

Sella ronda & Fedaia

Autor: admin o piątek 18. Lipiec 2003

Na piątek 18 lipca Krzysiek przyszykował nam królewski etap. Czekał nas prawdziwy klasyk dolomicki czyli 106 kilometrów z przejazdem przez pięć słynnych przełęczy. Na początek „autorska wersja” szlaku Sella ronda tzn. Pordoi, Sella, Gardena i Campolongo, a następnie po dłuższym zjeździe w rejon Caprile mordercza Fedaia. W sumie blisko 2900 metrów przewyższeń pod zdrowo dopiekającym włoskim słońcem.

Niestety już na początku podjazdu pod Pordoi (2242 m. n.p.m.) okazało się, że Wojtek ma problemy techniczne z rowerem. Po sześciu latach nie pomnę już szczegółów tego nieszczęścia. W każdym razie uradziliśmy, iż Wojtek zawróci do Canazei poszukać pomocy w jednym ze sklepów rowerowych i w miarę możliwości wyjedzie nam na spotkanie z drugiej strony. Mnie i Krzyśkowi przyszło więc we dwójkę „pościgać” się z innymi cyklo-amatorami i cyklo-turystami, których nie brakowało na tej słynnej, acz bardzo przystępnej górze. Ja ów 13-kilometrowy podjazd pokonałem w średnim tempie 15 km/h. W porównaniu ze wspinaczką na „sztywnej” końcówce Kaunertal czy długą walką z nie dającym oddechu Stelvio, akurat na tym podjeździe można czerpać przyjemność z relatywnie szybkiej jazdy przy umiarkowanym wysiłku.

Po krótkim postoju na przełęczy mój przewodnik zarządził odwrót i 7-kilometrowy zjazd tą samą drogą do punktu bivio Pordoi. Z tego miejsca odbiliśmy na północ w kierunku passo Sella (2214 m. n.p.m.). Do szczytu pozostało nam tylko 5,5 kilometra, ale za to te najbardziej soczyste. Miejscami trzeba się tu było mocniej sprężać niż na Pordoi. Co ciekawe obie te przełęcze zdają się konkurować niczym dzieci w przedszkolu, która z nich jest wyższa. Wydaje się, iż pierwszeństwo należy się Pordoi, lecz na niektórych tablicach drogowych czy mapach Sella zdaje się wspinać na palce i oznajmiać światu, iż mierzy sobie 2244 m. n.p.m.

Z tej przełęczy czekał nas z kolei 5-kilometrowy zjazd ku dolinie Gardena skąd na skrzyżowaniu w rejonie Pian de Gralba musieliśmy skręcić w prawo rozpoczynając wspinaczkę na passo Gardena (2121 m. n.m.). Wspinaczka to w odniesieniu do tego wzniesienia raczej za duże słowo. Z pełnego podjazdu pod tą przełęcz zostaje bowiem po zjeździe z Selli tylko 6 kilometrów. W dodatku środek tego odcinka jest niemal zupełnie płaski i można się nieco zrelaksować podziwiając biegnące tuż obok szosy pionowe ściany masywu Sella. Po tradycyjnej sesji zdjęciowej na górze przyszedł czas na kolejny zjazd, tym razem 10-kilometrowy do Corvara alta Badia.

Gdy się tam znaleźliśmy mieliśmy już w nogach blisko 50 kilometrów. W tym czasie dobiegało już południe, zaś temperatura sięgała dziennego maksimum. Zapasy płynów mieliśmy na wyczerpaniu, więc postanowiliśmy rozejrzeć się za sklepem, w którym można by kupić napoje lub coś do przegryzienia. Tymczasem spotkała nas czyli ludzi we Włoszech niebywałych niemiła niespodzianka. Zły czas wybraliśmy sobie na bufet, gdyż trafiliśmy na początek trzygodzinnej sjesty i wszystkie „negozie generialimentari” były pozamykane. Nie było innej opcji jak wysupłać więcej grosza i ratować się sokami pomarańczowymi w przydrożnych restauracjach. Przeszkodę numer cztery czyli passo Campolongo (1875 m. n.p.m.) pokonaliśmy dość sprawnie, zaś na szczycie zatrzymaliśmy się dwukrotnie będąc zmyleni tablicą „Localita – passo Campolongo” czyli „Osada – przełęcz Campolongo”, która sugerowała, iż podjazd kończy się na wysokości 1850 metrów n.p.m.

Cztery przełęcze za nami, ale wszystkie one miały się okazać ledwie igraszką w zestawieniu ze skalą trudności ostatniej czekającej nas przełęczy. Aby dostać się do podnóża passo Fedaia (2057 m. n.p.m.) musieliśmy wcześniej pokonać przeszło 20 kilometrów zjazdów. Najpierw stromo do Arabby, potem łagodnie w dół Val di Livinallongo i w końcu znów nieco szybciej drogą prowincjonalną SP 563 przez Digonerę w kierunku Saviner. Tym sposobem Fedaię rozpoczęliśmy z poziomu 1055 metrów n.p.m. Do pokonania pozostało nam tysiąc metrów w pionie na niespełna 14 kilometrach podjazdu. Przed spotkaniem z „bestią” wpadliśmy do restauracji w Rocca di Pietore by po raz ostatni uzupełnić swe bidony. Kolejne sześć kilometrów poszło nam jeszcze w miarę sprawnie, lecz gdy skończyły się tunele z zakrętu wyjrzał okrutny odcinek prostej drogi przy Malga Ciapeda. Krzysiek zaczął przepychać pedały w tempie 6 km/h. Ja ślimaczyłem się w tempie 8 km/h. Tryb „25” znów nie zaskakiwał, zaś zmagania z manetkami dodatkowo osłabiały mojego ducha walki z tą górą.

Dwa czy trzy razy z braku sił przystanąłem. Gdy Krzysiek do mnie dołączał ruszałem dalej. Jeden z takich postojów wykorzystaliśmy na pozorowane zdjęcie pt. „Sopocka kozica w akcji”. W ten sposób walcząc z własnymi słabościami, uciążliwym upałem, niedostatkiem napojów i w moim przypadku także ze złośliwością „martwej natury” dotarliśmy w końcu na legendarną przełęcz u podnóża zaśnieżonej Marmolady. Na tym skończyły się nasze trudy. Do naszej bazy w Canazei pozostał nam już tylko krótki odcinek na płaskowyżu i 11-kilometrowy zjazd, szybki tylko w pierwszej części. Na dole spotkaliśmy Wojtka, który tego dnia na własną rękę pokonał passo Pordoi (po naszych śladach) i passo Fedaia (od łatwiejszej zachodniej strony).

Niestety spóźniliśmy się na relację z dwunastego etapu Tour de France. czyli 47-kilometrowej czasówki do Cap Decouverte. Przed naszymi oczyma ukazała się tylko tablica z szokującymi wynikami. Jadący w barwach Bianchi Jan Ullrich zmiażdżył rywali. Drugiemu w tej próbie Lance’owi Armstrongowi „wrzucił” aż 1:36! Dziesiąty na „etapie prawdy” mistrz świata Kolumbijczyk Santiago Botero stracił równe pięć minut! Czyżby koniec ery Armstronga? Negatywną odpowiedź na to pytanie poznaliśmy już po powrocie do kraju.