banner daniela marszałka

Falzarego-Valparola (E) & Tre Croci

Autor: admin o sobota 19. Lipiec 2003

Po dwóch noclegach w Canazei w sobotni poranek ruszyliśmy na wschód. Celem naszego pierwszego transferu było miasto-gospodarz Zimowych Igrzysk Olimpijskich z 1956 roku czyli Cortina d’Ampezzo. Aby do niego dotrzeć musieliśmy przejechać zaledwie 57 kilometrów, lecz za to po górskich drogach i przez dwie przełęcze czyli: Pordoi i Falzarego. Liczne zakręty i ciągłe zmiany rytmu jazdy sprawiły, iż na kilka kilometrów przed miastem odezwała się moja choroba lokomocyjna. Tym samym jeszcze przed wyruszeniem na trasę naszego czwartego etapu miałem prawo poczuć się osłabiony. W Cortinie rozpakowaliśmy się na dużym parkingu przed lodowiskiem, które służyło uczestnikom wspomnianych Igrzysk. Niemniej 30-stopniowy upał jaki panował w tym miasteczku podczas naszego krótkiego pobytu nie nasuwał zbyt wielu zimowych skojarzeń. Położona na wysokości około 1200 metrów n.p.m. Cortina wciśnięta jest między kilka podjazdów znanych z tras Giro d’Italia. Na zachód od miasta można skierować się ku przełęczom Falzarego i Valparola, lub nieco bardziej na południe ku stromemu passo Giau. Na wschodzie w bliskim sąsiedztwie tej stacji narciarskiej lokuje się passo Tre Croci, zaś niejako na jego przedłużeniu krótki, acz bardzo trudny podjazd pod schronisko Auronzo w cieniu Tre Cime di Lavaredo.

My na pierwszy rzut wybraliśmy 16-kilometrowy podjazd pod passo Falzarego (2117 m. n.p.m.). Trzeba powiedzieć, że jest całkiem przyjemny. Ot taki nieco dłuższy „kolega” kultowego podjazdu pod passo Pordoi od strony Canazei. Wschodnie oblicze passo Falzarego to dość regularne wzniesienie o średnim nachyleniu 5,6 %. Najtrudniejsze kilometry sięgają niezbyt wygórowanego poziomu 7-8 %, zaś w środkowej fazie tego podjazdu można nawet odpocząć na dwóch szybkich kilometrach „falsopiano”. Wspinaczka zajęła mi co do dziś dobrze pamiętam około 57 minut co oznacza, iż wykręciłem wcale niezłą średnią rzędu 17 km/h. Jednak był to wynik zrobiony na pełnej świeżości. Cztery lata później podczas wyścigów: GF Dolomiti Stars i Maratona dles Dolomiti ten niepozorny podjazd dał mi się mocno we znaki. Po stu kilometrach przeprawy przez inne przełęcze walcząc ze skurczami mięśni czy niedoborem cukru zastanawiałem się czy w ogóle dotrę do ronda na Falzarego. Ze wspomnianego miejsca gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę celem pstryknięcia fotek można sobie przedłużyć wspinaczkę. Wystarczy tylko skręcić w prawo i pokonać półtora kilometra po to by znaleźć się na passo Valparola (2192 m. n.p.m.) strzeżonej przez wojskową fortyfikację wybudowaną najpewniej w początkach XX wieku. Po wizycie na tej przełęczy rozpoczęliśmy 18-kilometrowy zjazd z powrotem do Cortiny, wykorzystując nasz zaparkowany przed lodowiskiem samochód jako strefę bufetu i krótkiego wypoczynku.

Po chwili tej wytchnienia nadszedł czas by ruszyć ku wschodnim wyzwaniom. Najpierw trzeba było jednak nieco pobłądzić po mieście i wypytać miejscowych o drogę na passo Tre Croci (1809 m. n.p.m.) co zajęło nam kilka minut. Ten podjazd różni się dość znacznie od wyżej opisanej kombinacji Falzarego-Valparola. Jest znacznie krótszy bo ledwie 8-kilometrowy, ale za to bardziej wymagający na średnim poziomie nachylenia 7,2 %. Na początku droga wiedzie wśród łąk, zaś w dalszej fazie wjeżdża do lasu. W paru miejscach nie brak tu dłuższych odcinków prostej co przy maksymalnym nachyleniu 12 % zmusza do wzmożonego wysiłku. W sumie to całkiem godny aperitif przed głównym daniem w postaci wspinaczki pod Tre Cime di Lavaredo. Niemniej tego dnia byliśmy już zbyt zmęczeni na tak ekstremalny finał naszej „zabawy”. Moje zmęczenie dobrze widać na załączonej fotce, zaś brak odpowiednich przełożeń nie nastrajał do hołdowania hurra-optymistycznemu założeniu, iż mógłbym sobie poradzić z „Trzema Wieżami”.

Bez dłuższej debaty zawróciliśmy do Cortiny i po zjeździe załadowaliśmy się do samochodu by zacząć naszą podróż do austriackiej Karyntii. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze nad Lago di Landro, gdzie moi dwaj towarzysze podróży skorzystali z okazji do kąpieli w górskim jeziorze. Po tej chwili relaksu udaliśmy przez Dobiacco ku granicy z Austrią, którą przekroczyliśmy na drodze ku miasteczku Sillian.