banner daniela marszałka

Montagne de Lure sud

Autor: admin o sobota 19. Wrzesień 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Etienne-les-Orgues (D113)

Wysokość: 1748 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1059 metrów

Długość: 18,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjechawszy do Saint-Etienne-les-Orgues chcieliśmy coś zjeść i wypić przed drugą połową etapu. W tym celu pojechaliśmy do centrum tej miejscowości, gdzie zatrzymaliśmy się przed barem Le Club Ski. Narciarzy nie spotkaliśmy. Nazwa została chyba w spadku po czasach gdy na stokach Montagne de Lure można było normalnie szusować. Lokal ten był zarazem zakładem bukmacherskim. Niemniej ofertę gastronomiczną miał dość skromną. Tym niemniej zamówiliśmy kawę i coś słodkiego, by pobudzić się przed drugą z sobotnich wspinaczek. Po opuszczeniu barowego ogródka poszliśmy jeszcze na plac Ludwika Pasteura. Zbliżała się godzina piętnasta i tym samym koniec sjesty. Gdy tylko stało się to możliwe wpadliśmy jeszcze do sklepu spożywczego by nabyć napoje orzeźwiające. W miasteczku było ciepło. Mój licznik odnotował tu temperaturę 29 stopni. Warto było się nawodnić przed kolejnym wysiłkiem. Południową wspinaczkę pod Montagne de Lure najprościej zacząć od wjazdu na drogę D113. Niemniej my zaczęliśmy ją na Boulevard Charles Caste. Podjazd południowy uchodzi za nieco trudniejszy od wariantu północnego, choć jest krótszy o dobre 8 kilometrów i ma mniejsze przewyższenie. Na stronie „cyclingcols” wyceniony został na 667 punktów. Tymczasem ten, który pokonaliśmy jako pierwszy uzyskał 655 oczek. Niewątpliwie wspinaczka z Saint-Etienne-les-Orgues jest solidniejsza. Podjazd ten trzyma niezłe nachylenie przez pierwsze 16 kilometrów. Najłatwiejsze kilometry tj. czwarty i szesnasty mają średnią stromiznę 5,4%, zaś najtrudniejszy (dziesiąty) 7,5%. Natomiast na ostatnich dwóch kilometrach teren znacząco łagodnieje, w tym na przedostatnim niemal się wypłaszcza. To 18-kilometrowe wzniesienie jest nie tylko trudniejszym z dwojga, lecz również tym przetestowanym przez zawodowy peleton. To właśnie po tej stronie góry ścigali się dwukrotnie uczestnicy „tygodniówki” Paryż – Nicea. Niemniej w obu przypadkach finisz wyznaczano na wysokości 1600 metrów n.p.m. czyli w pobliżu Station de Lure.

Pamiętam, że przy okazji „Wyścigu ku Słońcu” podjazd południowym zboczem Montagne de Lure był reklamowany, nie bez powodów, jako „małe Mont Ventoux”. Góra ta zadebiutowała na Paris – Nice w 2009 roku podczas etapu, który zaczął się w miejscowości Saint-Paul Troix Chateuax. Finałowa 14,5-kilometrowa wspinaczka była popisem Hiszpana Alberto Contadora. „El Pistolero” wygrał bardzo wyraźnie, gdyż swych najbliższych rywali wyprzedził o 58 sekund. Drugi był Luksemburczyk Frank Schleck, zaś trzeci rodak zwycięzcy Luis Leon Sanchez. Za nimi przyjechali: Cadel Evans, David Moncoutie i Jens Voigt, lecz już stratą niemal półtorej minuty. Co ciekawe ten sukces nie przełożył się na triumf kolarza spod Madrytu w całym wyścigu. Owszem Contador zdobył tu koszulkę lidera. Odebrał ją Francuzowi Sylvainowi Chavanelowi. Niemniej następnego dnia miał ostry kryzys na pagórkowatym odcinku do Fayence. Ta wpadka kosztowała go nie tylko prowadzenie, ale nawet miejsce na podium. Pomimo ataku na ostatnim etapie wokół Nicei ostatecznie zajął w „generalce” tylko czwarte miejsce. Główną nagrodę zgarnął zaś wspomniany „Lulu” Sanchez. Cztery lata później Montagne de Lure znów zmieniła lidera wyścigu z Paryża do Nicei. Tym razem wygrał na niej Australijczyk Richie Porte. Tasmańczyk nie zrobił tego tak zdecydowanie jak Contador, ale za to potrafił dowieźć żółtą koszulkę do mety całego wyścigu. Do Station de Lure przyjechał z przewagą 26 sekund nad Rosjaninem Denisem Mienszowem oraz 33 sekund nad grupką, którą przyprowadził dotychczasowy lider Amerykanin Andrew Talansky. Porte klasę potwierdził jeszcze na finałowej czasówce z Nicei na Col d’Eze, którą wygrał z zapasem 23 sekund nad Talanskym. Taka sama kolejność była na generalnym podium 71. edycji Paris – Nice, które uzupełnił Francuz Jean-Christophe Perraud.

Na drogę D113 wjechaliśmy po 750 metrach spędzonych na bocznej drodze. Po następnym kilometrze wyjechaliśmy z Saint-Etienne-les-Orgues. W połowie czwartego kilometra droga schowała się w lesie. Szosa prowadziła nas w kierunku północnym. Niemniej proste odcinki drogi były co kilkaset metrów lub kilometr przerywane kolejnymi wirażami. Tym razem mieliśmy wyraźny wiar w plecy, więc jechało nam się łatwiej niż miałoby to miejsce w neutralnych warunkach pogodowych. Na pewnym odcinku dobiegły nas ze strony lasu odgłosy wystrzałów. Czyżby ktoś polował w pobliżu? Od razu przypomniała mi się historia wypadku Grega Lemonda z wiosny 1987 roku. Miałem nadzieję, że nas nikt tu nie postrzeli. Zgodnie współpracowaliśmy zmieniając się na prowadzeniu co kilometr. Po drodze minęliśmy kilku cykloturystów, acz mimo weekendu ruch samochodowy czy też rowerowy był na tej górze znikomy. Na jednym z wiraży minęliśmy stadko krów o jasnobrązowym umaszczeniu, które leniwie pasły się na skraju lasu. Od półmetka podjazd stał się bardziej kręty. Nawierzchnia była tu lepszej jakości niż po północnej stronie góry. Na początku dziesiątego kilometra minęliśmy dróżkę biegnącą do XII-wiecznego Opactwa Chalaisienne. Po kilku wcale nie łatwych kilometrach dotarliśmy w końcu do Station de Lure. Według stravy segment o długości 13,17 kilometra przy średniej 6,4% przejechaliśmy w 50:56 (avs. 15,5 km/h i VAM 999 m/h). Powyżej stacji droga zatoczyła spory łuk aby ominąć Sommet de Morteiron (1708 m. n.p.m.). Po czym zgodnie z oczekiwaniami prawdziwa wspinaczka skończyła się po 16 kilometrach. Trzysta metrów dalej minęliśmy punkt widokowy na dolinę Jabron. W tym miejscu droga skręciła na wschód. Przejechawszy jeszcze 1400 metrów z trzema delikatnymi zakrętami po raz drugi zameldowaliśmy się na premii górskiej z widokiem na Signal de Lure. Segment „Challenge de Lure” pokonaliśmy w 1h 04:17 (avs. 16,2 km/h).

Tym razem na górze było chłodniej, ledwie 15 stopni. Do tego wietrzniej niż przed trzema godzinami i z gruntu pochmurnie. Z obawy przed deszczem już po kilku minutach rozpoczęliśmy długi zjazd do Valbelle. Na szczęście tylko miejscami dopadała nas mżawka. Poza tym trzeba było uważać na żwirowym odcinku poniżej Pas de la Graille. Do samochodu dotarłem cały i zdrów po wpół do szóstej. Przed końcem dnia mieliśmy jeszcze do przejechania około 80 kilometrów do bazy nr 5 w Faucon. Zważywszy, że nazajutrz była niedziela chcieliśmy po drodze zrobić zakupy spożywcze. Niestety trasa transferu biegnąca drogami D946 i D546 wiodła przez tereny raczej odludne. Dopiero tuż przed zmierzchem udało nam się namierzyć Carrefour Contact w miasteczku Buis-les-Baronnies. Nieco wcześniej dowiedzieliśmy się o niespodziewanym rozstrzygnięciu Tour de France. Młodziutki Tadej Pogacar zadziwił kolarski świat miażdżąc rywali na czasówce do La Planche Belles Filles i detronizując swego rodaka Primoza Roglica. Natomiast w cieniu „słoweńskiego zamachu stanu” Richie Porte czyli niegdysiejszy zdobywca naszej Montagne de Lure dochrapał się w końcu miejsca na generalnym podium „Wielkiej Pętli”. Do Faucon wjechaliśmy już po zmroku i aby odszukać miejsce noclegowe musieliśmy dzwonić do naszej gospodyni. Okazała się nią Angielka prowadząca turystyczny biznes w Prowansji, co znacząco ułatwiło nam konwersacje. Główny dom otaczała spora posiadłość z gajem oliwnym, laskiem i ogrodem. My zamieszkaliśmy w mniejszym domu na skraju tej posesji. Do swej dyspozycji na niższym piętrze mieliśmy spory open-space z dwoma łózkami i aneksem kuchennym. Na wyższym zaś antresolę z małą łazienką. Do tego bonus czyli widok z okna na oddaloną o kilkanaście kilometrów Mont Ventoux! Następnego dnia chcieliśmy ją zdobyć od zachodu, lecz na dwa różne sposoby. Ja miałem wjechać od strony Malaucene, gdyż słynniejszy podjazd z Bedoin poznałem już na L’Etape du Tour w sezonie 2009. Adrianowi zasugerowałem tą słynniejszą wspinaczkę.

Plan zakład dojazd samochodem na małą Col de la Madeleine (451 m. n.p.m.). Z niej mieliśmy się rozjechać rowerami na dwie strony świata. Ja na północ, Adek na południe. Po parokilometrowej rozgrzewce każdy z nas miałby do pokonania 21-kilometrową wspinaczkę o przewyższeniu około 1600 metrów. Przy moim dobrym dniu mogliśmy wjechać na szczyt m/w o tej samej porze. To miało być piękne zwieńczenie tej bardzo udanej podróży. Niestety ów „chytry” plan pokrzyżowała nam bezlitosna aura. W Faucon pogoda zaczęła się psuć już od rana. Gdy zaczęło padać zdecydowaliśmy się na lekką korektę programu. To znaczy na wspólny wjazd od strony Malaucene. Niestety w trakcie samochodowego dojazdu do tej miejscowości już nie padało, lecz lało jak z cebra. Zatrzymaliśmy się na parkingu kilkaset metrów od centrum, aby przeczekać to załamanie pogody. Niestety ulewa nie odpuszczała, zaś dodatkowo odzywała się jeszcze burza z piorunami. Powoli traciłem nadzieję na ponowne zdobycie Mont Ventoux lub choćby nawet zobaczenie znanej z Paris-Nice 2008 stacji Mont Serein (1437 m. n.p.m.). Tym bardziej, że czas nieubłaganie nam uciekał. Najpóźniej do czternastej trzeba było wrócić do bazy. Dlatego, że około siedemnastej mieliśmy już ruszyć w przeszło 20-godzinną trasę do Polski. Czekaliśmy na zmiłowanie niebios przez dobre dwie godziny. Po czym około południa z żalem daliśmy za wygraną. Zrobiliśmy jedynie krótki spacer po Malaucene, przy okazji odnajdując początek północno-zachodniego podjazdu na prowansalską „Łysą Górę”. Tym razem nie miałem szansy z nim się zmierzyć. Może w sezonie 2021 mi się uda? W każdym razie jedna z dwóch wypraw składać się ma z „prologu” na Pic de Nore, dwunastu dni we wschodnich Pirenejach oraz finałowego weekendu wokół Mont Ventoux. Na trzynastym etapie chciałbym zdobyć tą mityczną górę od Malaucene i Sault, zaś na krótszym czternastym przypomnieć sobie wspinaczkę z Bedoin. Niemniej śmiałe plany to jedno, a pandemiczne realia to drugie. Jeden Bóg wie czy w czerwcu lub sierpniu tego roku będzie można podróżować po Europie i na jakich warunkach.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4084080483

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4084080483

ZDJĘCIA

IMG_20200919_041

FILM