banner daniela marszałka

Valle d’Aosta & Piemonte

Autor: admin o piątek 26. Listopad 2021

W Piemoncie byłem ostatnio we wrześniu 2015 roku. W Dolinie Aosty całkiem niedawno, bo w sierpniu roku 2019. Obie te krainy należą do moich ulubionych górskich rewirów na terenie Włoch. Tym niemniej u progu tegorocznego sezonu wcale nie zamierzałem do nich wracać. O wyprawie do północno-zachodniej Italii nawet nie myślałem. Plan był taki by na początku czerwca pojechać we francuskie Pireneje wschodnie. Po czym wzmocniwszy się tą solidną dawką górskich podjazdów pod koniec sierpnia wybrać się w końcu do austriackiej Karyntii. Niestety znów głównym rozgrywającym na rynku turystycznym był niejaki Covid-19 i swoje śmiałe plany chcąc nie chcąc musiałem mocno zrewidować. Paszporty sanitarne ułatwiające podróże po Europie nabierały mocy praktycznie od 1 lipca, więc czerwcowy wyjazd do Francji trzeba było anulować. Z kolei wyprawa do południowej Austrii na spotkanie z wieloma nieziemsko trudnymi wspinaczkami bez wcześniejszej ostrej zaprawy w Pirenejach wydała mi się misją zgoła „samobójczą”. Wolałem już raczej przełożyć góry Oksytanii na ów sierpniowy termin. Niemniej ostatecznie na to się nie zdecydowałem. Uznałem, że całość swego programu na rok 2021 przełożę na kolejny sezon. Poniekąd we własnym interesie, ale też z uwagi na preferencje mych kompanów. Po pierwsze chcę po wielu latach wybrać się do Francji ze swym „starym druhem” Piotrem Mrówczyńskim. Po drugie koledzy, z którymi zaplanowałem sobie tegoroczną podróż woleli wyjazd nieco bliższy niż ten w Pireneje.

Tym samym do gry wróciła atrakcyjna włoska para: Signore Piemonte & Signora Aosta. Wcale nie byłem zmartwiony tym faktem. Tym bardziej, że pomimo swych kilku wcześniejszych doświadczeń wciąż miałem tam wiele ciekawych wzniesień do zobaczenia. Poza tym jechałem do Włoch w doborowym towarzystwie osób już uprzednio sprawdzonych na górskich szlakach. Z Adrianem przemierzałem rok wcześniej południową część francuskich Alp. Przez trzy-czwarte owej wyprawy mieli nam towarzyszyć Rafał i Krzysiek. Moi dobrzy znajomi z Gorzowa Wielkopolskiego. Ten pierwszy był już ze mną wcześniej na czterech wyjazdach. Poznaliśmy się na szosach włoskiego Tyrolu Południowego w 2015 roku. Natomiast Żbiku był moim wspólnikiem już na dwóch wyprawach. Debiutował zaś w 2018 roku na ziemi francuskiej w Wysokich Pirenejach. Dla siebie i Adka przewidziałem w sumie szesnaście górskich etapów, oczywiście bez żadnych dni przerwy po drodze. Dla całej naszej grupy przewidziałem tylko dwie bazy noclegowe. Pierwszą w Pont-Saint-Martin w Dolinie Aosty, ale przy samej granicy z Piemontem. Z niej przez pierwsze osiem dni mieliśmy poznawać górskie podjazdy nie tylko na terenie najmniejszego z włoskich regionów, ale też w północno-zachodniej części Piemontu. Dziewiątego dnia czekał nas transfer na wschód z dwoma wspinaczkami w okolicy miasteczka Coggiola (prowincja Biella). Drugi lokal wynająłem zaś w Omegni. Miejscowości położonej na północnym krańcu urokliwego jeziora Orta. To miała być nasza brama do podjazdów w północno-wschodniej części Piemontu.

Pierwsze dni owej wyprawy były dla mnie nerwowe. Wpakowałem się w kłopoty techniczne z rowerem. W sumie na własne życzenie, gdyż nie zleciłem wystarczająco dokładnego przeglądu swego Scotta Addicta po powrocie z drugiej wyprawy roku 2020. Na szczęście prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Mogłem liczyć tak na starych jak i nowych znajomych. Jednak przez trzy pierwsze dni tej podróży mój program zwiedzania mogłem realizować jedynie połowicznie. Jedna górka dziennie i to na pożyczonych rowerach. Dopiero fachowcy z piątego odwiedzonego w tym czasie warsztatu uwolnili mnie od zapieczonej „na amen” sztycy podsiodłowej. Począwszy od czwartego etapu mogłem już spędzać te rowerowe wakacje w stylu do którego przez lata przywykłem. Ostatecznie między popołudniem 22 sierpnia a przedpołudniem 6 września zdążyłem poznać 28 nowych podjazdów, z czego jeden na terenie szwajcarskiego kantonu Wallis. Piętnaście z nich miało przewyższenie powyżej 1000 metrów. Dwa największe podjazdy tzn. Simplonpass oraz Valle di Gressoney (Staffal) amplitudę przeszło 1500 metrów. Najwyższą metą była wspinaczka do Cheneil w pobliżu doliny Valtournenche kończąca się na wysokości 2032 metrów n.p.m. Mój jedyny w tym sezonie nowy „dwutysięcznik”, gdyż na Simplona już wcześniej wjechałem od przeciwnej strony. Najdłuższym blisko 38-kilometrowy podjazd z Pont-Saint-Martin do Staffal biegnący przez całą długość doliny Gressoney vel Lys. Na dobrą sprawę szósty pośród najdłuższych w moim życiu. Natomiast do najtrudniejszych zaliczyłbym tercet wzniesień z największym średnim nachyleniem i zarazem przewyższeniem przeszło 1000 metrów. To znaczy Santa Maria Maddalena (Piani di Tavagnasco), Lago di Teleccio oraz Alpe Pescia.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w sierpniu i wrześniu 2021 roku na szlaku od Pont-Saint-Martin po Omegnę.

Mój rozkład jazdy:

22.08 – Valle di Gressoney / Staffal

23.08 – Planaval

24.08 – Thouraz

25.08 – Piamprato & Pian del Lupo

26.08 – Nissod & La Veulla / Monte Avic

27.08 – Lago di Teleccio & Santuario di Prascondu

28.08 – Galleria di Rosazza & Santa Maria Maddalena

29.08 – La Magdeleine & Cheneil

30.08 – Valico di Bielmonte & Alpe Noveis

31.08 – Mottarone E & Monte Ologno

1.09 – Simplonpass (CH) & San Domenico

2.09 – Val Sermenza / Rima & Alpe di Mera

3.09 – Alpe Devero & Alpe Pescia

4.09 – Alpe San Bernardo & Alpe Lusentino / Domobianca

5.09 – Alpe Cheggio & Alpe Camasca

6.09 – Campello Monti