banner daniela marszałka

Passo Manghen & Val Campelle

Autor: admin o środa 17. Sierpień 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/679443140

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/679443076

W środowe przedpołudnie udaliśmy się w jedyną wycieczkę na wschód od bazy w Barco. Tradycyjnie już poranne przygotowania do wyjazdu zabrały nam niemało czasu. Niemniej mogliśmy sobie na to pozwolić. Na dojazd samochodami do punktu startu, wspólnego dla obu środowych podjazdów, potrzebowaliśmy niespełna kwadrans. Naszym głównym celem na ten dzień była przełęcz Manghen (2047 m. n.p.m.). Prowadzi do niej ciężki, przeszło 20-kilometrowy podjazd przez Val Calamento. Potem niejako na dokładkę mieliśmy jeszcze zwiedzić jej wschodnią „sąsiadkę” czyli Val Campelle. To znaczy dojechać przynajmniej do poziomu Rifugio Carlettini (1373 m. n.p.m.). Niemniej długość naszej drugiej wspinaczki była sprawą otwartą. Wiedziałem bowiem, że szosa w tej dolinie kończy się blisko dwa kilometry za wspomnianym schroniskiem. Według informacji z „PVB-21” na wysokości 1487 metrów n.p.m. Teoretycznie można było się pokusić o jeszcze śmielszy wyczyn. Otóż po kolejnych sześciu kilometrach wspinaczki już na gruntowym szlaku dotarlibyśmy do Passo Cinque Croci (2016 m. n.p.m.). Taka była teoria. Wszystko to jednak było możliwe jedynie w razie pozytywnych odpowiedzi na trzy zasadnicze pytania. Primo: czy po zdobyciu Passo Manghen będziemy mieli dość sił na kolejny podjazd o przewyższeniu ponad półtora tysiąca metrów? Secundo: czy warunki pogodowe będą wystarczająco korzystne? Terzo: jakiego rodzaju szuter napotkamy na ostatnim odcinku przed Przełęczą Pięciu Krzyży? Jeśli równie dobry co ten wiodący na Colle delle Finestre to droga wolna. Jeśli zaś taki jak przed rokiem na Kronplatzu to lepiej się nie wygłupiać. To jednak były zagadki dopiero na drugą część środowego popołudnia. Tymczasem nasze pierwsze zadanie bojowe było wystarczająco trudne i ciekawe by nie zaprzątać sobie głowy tym co zrobimy później. Południowy szlak na Passo del Manghen to jeden z najwyższych, największych i zarazem najtrudniejszych podjazdów w prowincji Trento. Giro d’Italia w ostatnich czterdziestu latach w sumie pięciokrotnie przejeżdżał przez tą przełęcz, zazwyczaj właśnie od tej trudniejszej strony.

Wzniesienie to jest również kultową wspinaczką na trasie Gran Fondo Sportful (niegdyś GF Campagnolo) – jednego z najtrudniejszych włoskich wyścigów szosowych dla cyklo-amatorów. Impreza ta rozgrywana jest od sezonu 1995 na przeszło 200-kilometrowej trasie ze startem i metą w miasteczku Feltre (reg. Veneto, prov. Belluno). Startowałem w edycji z 2008 roku. Jednak akurat od tamtego sezonu Passo Manghen wypadł na parę lat z programu owych zawodów. Trzeba było za to pokonać premie górskie takie jak: Passo Duran, Forcella Staulanza i Passo Valles. Potem jednak między startami w GF Campagnolo i GF Pantani zatrzymałem się wraz z Piotrem Mrówczyńskim na trzy doby we wiosce Panchia na terenie Val di Fiemme. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na poznanie północnego oblicza Manghen czyli ponad 16-kilometrowej wspinaczki rozpoczynającej się w miasteczku Molina di Fiemme. Teraz po przeszło ośmiu latach od tamtej wyprawy mogłem dotrzeć w to samo miejsce od południowej (niewątpliwie trudniejszej) strony. Według „cyclingcols” północny podjazd na Manghen wart jest 1037 punktów, zaś południowy aż 1291. To wszystko jednak przy założeniu, iż ów drugi podjazd zaczynamy w miejscowości Borgo Valsugana na wysokości 418 metrów n.p.m. Przy takim miejscu startu wzniesienie to ma długość 23,2 kilometra i średnie nachylenie 7,1% co daje przewyższenie 1629 metrów. Maksymalna stromizna sięga tu 14%. Ja jednak ze względów logistycznych zaproponowałem kolegom start w położonym nieco dalej na wschód miasteczku Castelnuovo. A to dlatego by po zjeździe z Manghen mieć jak najbliżej do miejscowości Scurelle, leżącej u podnóża naszej drugiej wspinaczki. Dopiero po powrocie do kraju ustaliłem, iż tym samym powiększyłem nam ów podjazd o kilkadziesiąt metrów. Według włoskiej wikipedii centrum Castelnouvo leży bowiem na wysokości 348 metrów n.p.m. przez co do pokonania w pionie mieliśmy niemal 1700 metrów! Około jedenastej byliśmy już na miejscu. Bez trudu znaleźliśmy dwa miejsca postojowe na parkingu przy Viale Venezia, nieopodal miejscowego urzędu gminy. To był wręcz wymarzony punkt wypadowy. Po drugiej stronie najbliższego ronda zaczynała się droga prowincjonalna SP31. To właśnie jej mieliśmy się trzymać przez cały dystans tej długiej wspinaczki.

Jak już wspomniałem wyścig Dookoła Włoch jak dotąd pięciokrotnie forsował tą przełęcz. Po raz pierwszy w 1976 roku we wstępnej fazie dwudziestego etapu z Vigo di Fassa do Terme di Comano. Podjeżdżano wówczas od strony północnej, zaś pierwszy na szczycie zameldował się mało znany Hiszpan Antonio Prieto z ekipy Teka. Etap wygrał jednak Włoch Luciano Conati. Prowadzenie w wyścigu utrzymał Belg Johan De Muynck pomimo „buntu na pokładzie” ekipy Brooklyn. Słynny Roger De Vlaeminck będący nominalnym liderem tego zespołu nie mógł ścierpieć zamiany ról i związanej z tym pracy na rzecz swego rodaka. „Cygan” postanowił zwolnić się z owych obowiązków poprzez ucieczkę do lasu w trakcie wspinaczki pod Manghen. Ostatecznie wyścig wygrał faworyt gospodarzy Felice Gimondi, zaś De Muynck na swój triumf w Giro musiał poczekać jeszcze dwa lata. Nasza przełęcz wróciła na trasę Giro dwadzieścia lat później. Co ciekawe znów był to odcinek dwudziesty wyznaczony także na dwa dni przed finałem całej imprezy. Tym razem na Manghen wspinano się już od strony południowej. Wspinaczka znów znajdowała się z dala od mety wyznaczonej na Passo Pordoi poprzedzonej jeszcze pierwszym podjazdem na Pordoi oraz trzecią premią w postaci stromej Passo di Fedaia. Na „rozgrzewkowej” Manghen pierwszy pojawił się Mariano Piccoli, lecz na mecie triumf święcił jego rodak Enrico Zaina. Na kresce Bask Abraham Olano odrobił sekundę do Rosjanina Pawła Tonkowa i na jeden dzień przechwycił koszulkę lidera. W późniejszych latach jeszcze trzykrotnie wykorzystano południowy podjazd pod Passo del Manghen (w latach 1999, 2008 i 2012). Za każdym razem na etapach kończących się w stacji narciarskiej Alpe di Pampeago. Przy dwóch pierwszych okazjach ze szczytu Manghen do etapowej mety było ledwie 35 kilometrów co znacznie zwiększało wpływ tego podjazdu na wyniki dnia. W Giro 1999 pierwszy tak na premii górskiej jak i na mecie był legendarny Marco Pantani. Dziewięć lat później wyczyn „Pirata” powtórzył filigranowy Emanuele Sella. Obaj Włosi niedługo cieszyli się tymi sukcesami. Pantani został wykluczony ze swego wyścigu za podwyższony hematokryt, zaś Sella miesiąc po odebraniu w Mediolanie zielonej koszulki dla najlepszego górala wpadł na stosowaniu specyfiku o nazwie CERA. Z kolei podczas Giro 2012 z tej przełęczy do mety w Alpe di Pampeago było aż 65 kilometrów, bowiem pomiędzy obie góry wsadzono jeszcze podjazdy na Passo Pampeago i Passo Lavaze. Na Manghen pierwszy był znany uciekinier Stefano Pirazzi, zaś na mecie Czech Roman Kreuziger.

20160817_001

Na swój pojedynek z trydenckim olbrzymem ruszyliśmy z grubsza kwadrans po jedenastej. To znaczy Adam z Piotrem wystartowali o 11:13, zaś ja z Romkiem dwie minuty później. Jedynie Darek dłużej zbierał się do drogi i włączył swój licznik o 11:26. Początek podjazdu prowadził w kierunku północno-zachodnim do ronda przed Telve (2,1 km). Nachylenie początkowo było umiarkowane, lecz stopniowo rosło i pod koniec drugiego kilometra sięgnęło nawet 10%. Koledzy zaczęli spokojnie, więc już na tym odcinku odjechałem Romanowi oraz wyprzedziłem naszą dwójkę wczesnych liderów. Na rondzie trzeba było odbić w prawo. Przez następne dwa kilometry droga SP31 omijała Telve jakby była wschodnią obwodnicą tego miasteczka. Po przejechaniu czterech kilometrów dojechałem do rozjazdu, na którym należało skręcić w prawo ku osadzie Tolver. Na dojeździe do wioski Martinelli (5,0 km) obejrzałem się za siebie i spostrzegłem, że Adam w szybkim tempie zbliża się do mnie. Postanowiłem lekko zwolnić i ułatwić mu pościg dzięki czemu zyskałem towarzysza drogi na spory kawałek tej wymagającej wspinaczki. W połowie szóstego kilometra tuż za krótką ścianką o nachyleniu 10,1% droga wpadła do lasu i miała pozostać w cieniu drzew przez kolejne siedem kilometrów. W tym czasie wiodła prawym (zachodnim) brzegiem potoku Maso. Na siódmym i ósmym kilometrze stromizna była znaczna z maxem 10,8%. Potem jednak mogliśmy odsapnąć na dwóch kilometrach typowego „falsopiano”. Ów parokilometrowy dojazd do Ponte Salton (12,2 km), za wyjątkiem drugiej połówki jedenastego kilometra, był najłatwiejszym fragmentem całego podjazdu. Dojechawszy do tego mostu z punktu widzenia dystansu byliśmy już za półmetkiem wzniesienia. Jednak w pionie brakowało nam do celu jeszcze przeszło 900 metrów. Przedsmakiem stromego finału były dwa następne kilometry składające się z dwóch krótszych odcinków ze ściankami na poziomie aż 11,8%. Na pierwszej minęliśmy wioskę Calamento (12,6 km), zaś na drugiej Pra de Palu (13,8 km). Na tych stromiznach Adam chwilami zostawał, ale nie chciałem mu odjeżdżać. Do przełęczy brakowało jeszcze prawie dziesięciu kilometrów, więc wolałem jechać z pewną rezerwą, choćby tempem swego kolegi. Adam przetrwał ten trudniejszy odcinek dzięki czemu razem przejechaliśmy jeszcze ze trzy kilometry prowadzące przez wioskę Baessa (15,6 km) ku Malga Valtrighetta (17,2 km).

20160817_016

Stroma końcówka wzniesienia zaczęła się już kilkaset metrów przed tym gospodarstwem. Według „PVB-21” średnie nachylenie na ostatnich 6700 metrach tego podjazdu wynosi 9,5%. Na szczęście wspinaczka, choć trudna jest tu regularna. Dwa najtrudniejsze półkilometrowe odcinki mają średnio po 10,6%. Stromizna w siedmiu punktach przekracza 11%, acz maximum zanotowane przez mój licznik ponownie wyniosło „tylko” 11,8%. Finał podjazdu ma również spore walory „artystyczne”. Widoki na ostatniej kwarcie owej wspinaczki są doprawdy sielankowe. Poza tym na ostatnich pięciu kilometrach trasa staje się kręta co nieco ułatwia jazdę jak i podziwianie okolicy. Kilka kilometrów przed szczytem Adam na dobre odpuścił, więc zdecydowałem się mocniej pojechać ową końcówkę. Nie tylko my korzystaliśmy tego dnia z ładnej pogody, więc przed dotarciem na przełęcz wyprzedziłem kilka osób, w tym pewną dzielną kolarkę. Ostatecznie finiszowałem po przejechaniu 23,5 kilometra w czasie 1h 41:44 (avs. 13,5 kmph). Wśród oficjalnych segmentów znalezionych na stravie najdłuższym jest sektor o długości 19,3 kilometra i średniej 7,3% zaczynający się na rozjeździe tuż za Telve. Ten odcinek przejechałem w 1h 28:27 (avs. 13,1 kmph i VAM 961 m/h). Adam i Romek choć nie jechali razem uzyskali na nim bardzo zbliżone czasy. Ten pierwszy wykręcił tu czas 1h 33:14, zaś drugi 1h 33:31 (obaj z avs. 12,4 km/h). Jako czwarty na przełęcz dotarł Dario, który na owym segmencie spędził 1h 43:18 (avs. 11,2 km/h). Najwięcej potu w słońcu nad południowym Manghen wylał niewątpliwie Pedro, który wspomniane 19 kilometrów z hakiem pokonał w 2h 01:39 (avs. 9,5 km/h) po raz kolejny dając dowód swej wielkiej ambicji i siły charakteru. W oczekiwaniu na Piotra i Darka kręciliśmy się w trójkę po przełęczy. Podeszliśmy w kierunku krzyża, pod którym zrobiliśmy sobie pierwsze zdjęcie. W schowku u jego podstawy znaleźliśmy zawilgoconą księgę pamiątkową do której wpisał się Adamo. Gdy byliśmy już na górze w komplecie Dario strzelił nam zdjęcie grupowe pod jedną z tablic. Następnie zjechaliśmy kilkaset metrów do Baita Manghen, wybudowanej po północnej stronie przełęczy nad maleńkim Lago di Cadinel. Schronisko było wręcz oblegane. Niełatwo było zamówić upragnione zimne napoje. Na szczęście obsługa jakoś ogarniała to straszne zamieszanie. Postanowiłem nie ograniczać się do napitku i zamówiłem też pana cottę z owocami leśnymi. Deser palce lizać – godna nagroda za przeszło 100 minut wysiłku.

20160817_036

20160817_133719

20160817_134309

Kwadrans po czternastej rozpoczęliśmy zjazd z Passo Manghen. Niemniej nie wszyscy od razu wróciliśmy do Castelnuovo. Darek wolał nie komplikować sobie życia powrotem do Valsugana i czekającym nas szukaniem początku drugiego podjazdu. Gdy tylko dowiedział się, że północny podjazd pod Manghen jest godny jego wyśrubowanych standardów (czyli ma ponad tysiąc metrów przewyższenia) postanowił zjechać do Molina di Fiemme by zdobyć tą przełęcz od przeciwnej strony. Zatem Dario ruszył na północ, zaś nasza czwórka zjechała na południe wcześniej przetartym szlakiem. Gdy kilka minut po piętnastej dotarłem na parking niebo nad Castelnouvo było już mocno zachmurzone. Nad okolicą zbierały się ciemne chmury. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak dzień wcześniej późne popołudnie nad Valsuganą będzie burzowe. W myślach nie zazdrościłem Darkowi sytuacji w jakiej się znalazł. Niezależnie od pogody musiał jakoś wrócić z Val di Fiemme. Natomiast my mogliśmy się jeszcze wycofać z drugiej zaplanowanej wspinaczki. Zresztą Piotr już na przełęczy postanowił, iż pokonanie samego Manghen w pełni go satysfakcjonuje. Zostawił na tej górze sporo zdrowia, zaś dzień wcześniej przejechał przecież cztery inne premie górskie wokół masywu Sella i w cieniu Marmolady. Taka dawka górskich atrakcji dzień po dniu w pełni mu wystarczała. Ja postanowiłem podjąć drugie tego dnia wyzwanie, choć liczyłem się z tym że na trasie czeka mnie co najmniej przejściowy prysznic. Adam i Romek też nie zamierzali odpuszczać, więc ostatecznie kusiliśmy swój los we trójkę. Dokładnie o 15:14 wróciliśmy na plac przed miejscowym merostwem. Jednak tym razem wyjechaliśmy z niego drogą SP41 obierając kierunek na północny-wschód ku miasteczku Scurelle. Dojazd był praktycznie płaski. Na pierwszych dwóch kilometrach tej trasy zyskaliśmy w pionie ledwie 26 metrów. W centrum wspomnianej miejscowości trzeba było zrazu skręcić w lewo na Via Beniamino Donzelli, zaś z tej ulicy po trzystu kolejnych metrach odbić w prawo na węższą Strada delle Pianezze. W tym miejscu wszystko się zmieniło. Przyznam, że znacznie drastyczniej niż byłem na to mentalnie przygotowany. Profil tego podjazdu znalazłem niegdyś na „archivio salite”, lecz później do niego nie wracałem i nie wbiłem sobie do głowy tak długiego kawałka czerwieni. Uważniej czytałem opis i wykres do wzniesienia Val Campelle zamieszczony pod pozycją nr 37 w książce „PVB-21: Trentino 1”. Tam zaś start owej wspinaczki wyznaczono bardziej na wschód, w pobliżu miejscowości Villa. Pierwsze kilka kilometrów miało mieć umiarkowane nachylenie na średnim poziomie poniżej 7%.

Tymczasem za Scurelle od razu zderzyliśmy się ze ścianą. Naiwnie pomyślałem sobie, że będzie stromo co najwyżej przez pół kilometra, a potem droga nam odpuści. Ruszyłem zatem szybko. Na tyle mocno, że moi dwaj koledzy niemal od razu zostali w tyle. Stromizna poszybowała do 12% i co gorsza nie zamierzała na tym poprzestawać. Łudziłem się, że szosa wkrótce się złagodzi, lecz za każdym kolejnym zakrętem czekała mnie przykra niespodzianka. Zdecydowanie za mocno zacząłem tą wspinaczkę i zacząłem się liczyć z tym iż przyjdzie mi za to zapłacić. Niemniej na razie jakoś się trzymałem. Według stravy do wioski Pianezze dojechałem w 10:42 (avs. 9,5 km/h – VAM 1170 m/h). Nad Romkiem nadrobiłem równo minutę, zaś nad Adamem zyskałem 1:23. Dodam, że na tym odcinku o długości 1,7 kilometra średnie nachylenie wyniosło 12,3% przy max. 14%. Dalej wcale nie było łatwiej. Nasz szlak dopiero na wysokości około 650 metrów n.p.m. połączył się z tym książkowym. Po chwilowym spadku do ledwie 6% na początku czwartego kilometra stromizna znów ostro podskoczyła tym razem aż do poziomu 15,4%. Lektura zresztą przestrzegała, iż maksymalne nachylenie sięgnie na tej górze nawet 17%! Na pierwszych czterech kilometrach naszej wspinaczki musieliśmy pokonać w pionie aż 461 metrów co daje średnio 11,5%. Niezły ‚hardcore”, tym bardziej z wielkim Manghenem w nogach. Tymczasem najgorsze miało dopiero nadejść. Niebo w końcu się zbiesiło i lunął nas nas rzęsisty deszcz. Na szczęście dzień był ciepły. Na pierwszej górze nawet powyżej 2000 metrów było wciąż 25 stopni Celsjusza. Naszą drugą wspinaczkę zaczynaliśmy zaś przy temperaturze grubo powyżej 30 st. Oczywiście burza przyniosła spore ochłodzenie, ale póki trzeba było się zmagać z dużą stromizną ogrzewanie organizmu miałem zapewnione. Tylko mokra szosa ze strumieniami wody płynącej w przeciwnym do mojego kierunku jazdy stanowiła pewien kłopot. W połowie piątego kilometra droga wypłaszczyła się na blisko kilometr. Potem trzeba było jednak pokonać następny trudny odcinek czyli 1200 metrów z maksem na poziomie 13,8%. Z naprzeciwka zjeżdżały jeden samochód po drugim. Popołudniowe załamanie pogody skłoniło wielu turystów do skrócenia sobie górskiego pikniku. Zapewne z niedowierzaniami spoglądali oni tak na mnie jak i jeszcze dwóch innych wariatów, którym w strugach ulewnego deszczu chciało się zmagać z tak stromym wzniesieniem.

20160817_051

Sześćset metrów za końcem wspomnianej stromizny, po przejechaniu 7,2 kilometra od początku wspinaczki, dotarłem do Rifugio Crucolo znajdującego się na wysokości 1110 metrów n.p.m. Według stravy odcinek 6,5 kilometra na dojeździe do tego miejsca miał średnio 10%. Segment ten pokonałem w 38:22 (avs. 10,3 kmph – VAM 1016 m/h). Na wysokości schroniska rozchodziły się dwie równoległe drogi. Sugerując się wcześniej napotkanym znakiem drogowym wybrałem lewą opcję. Tym samym przez kolejne 1100 metrów jechałem delikatnie w dół przy średniej – 2%. Opcją prawą była Strada dei Sassi Rossi. Później odkryłem, że obie drogi schodzą się ponownie na poziomie około 1330 metrów n.p.m. Po zakończeniu zjazdu miałem do przejechania odcinek 2,6 kilometra o średniej 8,5% i max. 12,2 %. Minąłem na nim osadę Prai Tomei (9,4 km). Dwa kilometry dalej na łączniku wspomnianych dróg pokręciłem się chwilę w kółko zanim ujrzałem drewnianą tablicę wyznaczającą kierunek jazdy do Rifugio Carlettini (1373 m. n.p.m.). Ogólnie łatwy odcinek, acz z dwoma krótkimi ściankami doprowadził mnie do owego schroniska. Minąłem je po przejechaniu 14,6 kilometra od Castelnuovo czyli 12,3 km od początku tej wspinaczki. Chcąc zaliczyć kolejny w swym życiu „tysięcznik” musiałem się jeszcze trochę powspinać. Na razie miałem asfalt pod kołami, więc postanowiłem dotrzeć przynajmniej do końca szosy. Ostatecznie przejechałem 16,34 kilometra czyli mój podjazd miał nieco ponad 14 kilometrów. Ten dystans pokonałem w 1h 07:46 (avs. 12,4 km/h). O dziwo na finałowych 1800 metrach ze średnią 6% ustrzeliłem KOM-a z czasem 6:34 (avs. 17,0 km/h). Jak na razie jestem tu liderem pośród 104 zarejestrowanych osób. Zatrzymałem się za mostkiem nad potokiem Maso del Spinelle. Na drogę leśników Cinque Croci już nie wjeżdżałem, choć i ona początkowo wyglądała na asfaltową. Uznałem, że najwyższy czas wracać. Chciałem już tylko zjechać bezpiecznie do Castelnuovo. Zastanawiałem się czy po drodze spotkam Adama lub Romka. Zobaczyłem ich jednak dopiero w mieście. Okazało się, że obaj dotarli do Rifugio Crucolo. Potem Romano „moją” lewą opcją zajechał jeszcze do okolic wspomnianego łącznika i zawrócił spod Malga Cenon di Sotto. Za to Adamo odbił w prawo na Drogę Czerwonych Kamieni, lecz przejechał nią tylko czterysta metrów i zawrócił z wysokości 1134 metrów n.p.m. Ja tego dnia przejechałem w sumie 79,5 kilometra o łącznej amplitudzie 2750 metrów. Pod względem przewyższenia to był mój najtrudniejszy etap górski w sezonie 2016. Przebił mnie jednak Dario zdobywając Manghen z obydwu stron. Na dystansie 77,5 kilometra musiał zrobić w pionie co najmniej 2939 metrów.