banner daniela marszałka

Col de Pierre-Carree

Autor: admin o czwartek 1. Czerwiec 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1843 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1343 metry

Długość: 21,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 9 %

PROFIL

SCENA

Początek w Balme (Górna Sabaudia) nad rzeką Arve. To wioska leżąca 4 kilometry na południowy-wschód od Cluses, przy drodze D1205 wiodącej do Sallanches. Wspinaczka pod Col de Pierre-Carree jest najwyższym i zarazem największym szosowym wzniesieniem Górnej Sabaudii. Pod względem przewyższenia góruje nad znanymi z Tour de France podjazdami pod Cret de Chatillon (Semnoz) i Col de la Colombiere. Mimo tego szosa jest otwarta dla ruchu przez cały rok z uwagi na konieczność zapewnienia dojazdu do stacji narciarskiej Flaine (1600 m. n.p.m.), leżącej w górskiej kotlinie 4 kilometry za tą przełęczą. Podjazd przez pierwsze 6,6 kilometra wiedzie drogą D6, a następnie już do końca szosą D106. Największą miejscowością na szlaku jest Les Carroz d’Araches, położona na wysokości 1140 m. n.p.m. w odległości 9,5 kilometra od Balme. Wspinaczkę pod Pierre-Carree można też zacząć w Cluses. Ten wariant podjazdu wiedzie przez Chatillon-sur-Cluses i Saint-Sigismond, po czym łączy się z naszym w miejscowości Araches-la-Frasse na wysokości około 950 metrów n.p.m. czyli 14 kilometrów przed finałem. Właśnie tym łatwiejszym szlakiem do etapowej mety w Les Carroz zdążali uczestnicy Tour de l’Avenir w latach 2014 i 2016. Za pierwszym razem wygrał tu Belg Dylan Teuns, którego z najlepszej strony poznaliśmy na tegorocznym Tour de Pologne. Natomiast przy drugiej okazji najszybszy był Kolumbijczyk John Anderson Rodriguez.

AKCJA

Od bazy noclegowej w Cordon do podnóża Pierre-Carree dzieliło nas 17 kilometrów. Pierwsze 4,5 kilometra to był kręty zjazd do Sallanches, a dalej już prostszy odcinek w dolinie po regionalnej szosie D1205 w kierunku północnym. Na miejscu bez trudu znaleźliśmy miejsce do zaparkowania, w dużej gruntowej zatoczce pod lasem, tuż przed rondem, z którego zaczynał się podjazd. Na starcie pogoda była sprzyjająca: 23 stopnie i małe zachmurzenie. Parę minut po jedenastej byliśmy gotowi do jazdy. Jako pierwszy do boju ruszył Tomek. „Bury” wybrał się do Sabaudii z bolącym kolanem. Dlatego chciał ten wyjazd rozpocząć spokojnie i przetestować nogę na „miękkim” przełożeniu. Dario wystartował 6 minut później, zaś ja po kolejnych 3 minutach. Jak widać na profilu podjazd jest regularny. Najtrudniejszy odcinek napotkaliśmy na pierwszych 4 kilometrach owej wspinaczki. Dzięki temu można było jechać w równym i właściwym sobie rytmie. Jedyny problem sprawić mogła tylko długość tego wzniesienia czyli przeszło 20 kilometrów ze średnim nachyleniem ponad 6 %, co w naszym przypadku oznaczało, iż siły musimy rozłożyć na około półtorej godziny. Pierwsza góra wyprawy to zawsze niepewność na co nas stać w obliczu prawdziwych wyzwań. Zbyt szybki początek może skutkować mizernym końcem. Widoki za wyjątkiem przejazdu pod skalną ścianą już na drugim kilometrze nie robiły szczególnego wrażenia. Droga była szeroka z nawierzchnią o dobrej jakości. Ponadto dobrze oznakowana, albowiem co dwa kilometry stał znak informujący o aktualnej wysokości, odległości do mety i średnim nachyleniu kolejnego odcinka. Ruch samochodowy napotkaliśmy umiarkowany do Les Carroz, następnie mały powyżej tej stacji.

We wspomnianej miejscowości nieco się pogubiłem i początkowo na rozdrożu pojechałem w lewo. Po przejechaniu niespełna 500 metrów zawróciłem do centrum stacji i dalej kontynuowałem już podjazd po szosie D106. Do półmetka wyprzedziłem obu kolegów, więc odtąd to ja przecierałem nam ów górski szlak. Między 14 a 16 kilometrem czekała nas długa prosta wzdłuż potoku Epine, a potem trzecia już na tym wzniesieniu seria serpentyn wciśnięta pomiędzy przecinające szosę wyciągi narciarskie Les Molliets i Saix Express. W okolicy tego drugiego przyszło tam przemknąć galerią o rymowanej nazwie Paravalanche de Corbalanche. Po przejechaniu na lewy brzeg wspomnianego potoku minąłem Parking de Vernant i ostatni już wyciąg czyli Le Lac. W samej końcówce trafiło się jeszcze zwężenie drogi grożące postojem z uwagi na ruch wahadłowy. Na przełęcz dotarłem w niespełna 86 minut, choć gdyby nie błądzenie po Les Carroz wyrobiłbym się o trzy minuty szybciej. Darek w drugiej połowie wspinaczki dogonił Tomka, więc do mety dojechali razem. Licznik na górze pokazał mi 20 stopni, acz z uwagi na wiatr odczucia miałem chłodniejsze. Moją uwagę przykuła tu siedziba 27. batalionu szaserów alpejskich oraz szutrowa droga prowadząca na wysokogórskie pole golfowe. Spojrzałem też w dół na drugą stronę przełęczy czyli w kierunku Flaine. Tym niemniej do stacji tej już nie zjechaliśmy. Niebo było bardziej pochmurne niż u podnóża wzniesienia. Mogliśmy się obawiać, że na zjeździe chwyci nas przelotny deszcz. Chcieliśmy „na sucho” zjechać do Balme, by w dobrych humorach przystąpić do drugiej wspinaczki. Czekał nas bowiem jeszcze, co prawda znacznie krótszy od Pierre-Carree, acz wcale nie łatwy podjazd do Romme-sur-Cluses.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1016267557

http://veloviewer.com/activities/1016267557

ZDJĘCIA

20170601_001

FILM

20170601_130206