banner daniela marszałka

Grand Saint-Bernard & Champex Lac

Autor: admin o niedziela 14. Czerwiec 2009

W Alpach wyznaczyłem sobie i kolegom wizyty na aż czternastu przełęczach usytuowanych na terenie kantonów Valais i Vaud. Aby zobaczyć i przede wszystkim poczuć je wszystkie w czterech przypadkach na siedem musieliśmy rozpocząć nasze codzienne wycieczki od zapakowania rowerów do samochodu. Następnie zaś udać się w kilkudziesięciu kilometrową podróż ku różnym miejscowościom w dolinie Rodanu – znajdującym się na północ bądź też na wschód od kluczowego dla nas miasta Martigny. Jedynie pięć najbliżej położonych podjazdów można było wyruszyć bezpośrednio z naszej bazy w Les Valettes. Aby jakoś sobie urozmaicić dzienny reżim postanowiliśmy przeplatać wyprawy na północ z tymi wschodnimi czy też stricte-rowerowymi. Poza tym jako, że w wysokich górach nawet w czerwcu nie można być 100% pewnym dobrej pogody zapobiegawczo postanowiłem, iż przy pierwszej dobrej okazji pogodowej zaatakujemy najwyższą z czekających nas przełęczy czyli mityczną Col du Grand Saint-Bernard leżącą na wysokości aż 2473 metrów n.p.m. i przez to najbardziej narażoną na ewentualne kaprysy aury. Co ciekawe ta graniczna przełęcz nigdy nie została wykorzystana w wyścigu Dookoła Szwajcarii była natomiast, choć tylko sporadycznie w programie Giro d’Italia (ostatni raz w sezonie 2006) czy Tour de France (do tego roku czterokrotnie). Niemniej sławę swą czerpie ona przede wszystkim z racji pozasportowych. To przez nią już w średniowieczu maszerowali pielgrzymi z Anglii i Francji idący do Rzymu. Na szlaku tym korzystali oni z pomocy zakonu kanoników regularnych, którzy wybudowali tu swój klasztor już w 980 roku. Wiele lat później w celach zaiste mniej pokojowych przeszły tędy również wojska napoleońskie. W końcu od tej właśnie przełęczy wzięła się nazwa potężnych, acz łagodnych i przyjacielskich psów-ratowników czyli bernardynów.

Ponieważ niedzielny poranek 14 czerwca powitał nas pogodą równie ciepłą i słoneczną co w poprzednich dwóch dniach naszą przygodę w Alpach postanowiliśmy zacząć od „polowania na najgrubszego zwierza” czyli wspomnianego Bernarda. Tego dnia mogliśmy, więc dać odpocząć Toyocie i wyruszyć spod domu na rowerach. Szczęśliwie pierwszych siedem kilometrów czyli odcinek do Sembrancher prowadził po terenie minimalnie wznoszącym się co nam wszystkim pozwoliło na m/w kwadrans wielce przydatnej rozgrzewki. Układ trasy był dla nas wręcz idealny, bowiem pierwsze sześć kilometrów podjazdu – między Sembrancher a Orsieres – miało średnie nachylenie około 3 %, dzięki czemu jadąc szybko i zgodnie mogliśmy kontynuować naszą rozgrzewkę przed prawdziwą wspinaczką. Niedaleko za Orsieres nasza grupka pękła na ćwiartki i każdy zaczął podróż ku niebiosom we właściwym sobie tempie. Kolejne piętnaście kilometrów, cały czas wiodącą doliną rzeki Drance miało średnie nachylenie około 6 %, co mi pozwoliło na jazdę w dość wysokim rytmie bez wielkiego zmęczenia. Po drodze w miejscowości Liddes moją uwagę zwróciły zawody w kolarstwie górskim. Jadąc do góry tylko rzuciłem okiem w prawą stronę, zaś w drodze powrotnej przystanąłem w tym miejscu na krótką chwilę i spostrzegłem, że wśród uczestników tej imprezy dominowała młodzież. Za Bourg-Saint-Pierre trzeba było ominąć jeden z tuneli jadąc prawą stroną. Natomiast za jeziorem Lac des Toules przyszła pora na pogrążenie się w ciemnościach czyli wjazd do granicznego tunelu św. Bernarda. To przez tą konstrukcję o długości 5,8 kilometra wiedzie najkrótsza droga ku włoskiej Aoście. O ile sama jazda w tego typu klaustrofobicznych warunkach nie należy do wielkich przyjemności to przynajmniej nachylenie wyraźnie w tunelu zelżało dając moim nogom sposobność do lekkiego wypoczynku przed najtrudniejszą częścią podjazdu.

Zostawiwszy po swej lewicy większą część ruchu samochodowego należało się kierować ku wylotowi z tunelu na wysokości wioski Bourg-Saint-Bernard. Od tego miejsca można było szybko zapomnieć o najbardziej przydatnym dotąd przełożeniu 39/21, zmienianym w dogodnych momentach na twardszy obrót 39/19. Pozostałe nam do pokonania sześć i pół kilometra trzymało już bowiem sztywno czyli na średnim poziomie 8,3 %, co jest stromizną porównywalną z przeciętną słynnego podjazdu pod L’Alpe d’Huez. Szybko wrzuciłem tryb z 24 zębami, a i takie przełożenie przyszło mi chwilami z trudem przepychać. Okazało się, iż wcześniejsze kilometry jednak „weszły mi w nogi”, zaś w głowie zaczęła kołatać mi natrętna myśl pt. czy nie lepiej będzie sięgnąć do ostatniej rezerwy tzn. koronki 27. Tymczasem na poboczu, powyżej wysokości 2000 metrów nad poziom morza zaczęły się pojawiać pierwsze łaty śniegu. Sama przełęcz przy tak pięknej pogodzie okazała się być mocno oblegana przez turystów. Pokonanie 31 kilometrów i 1756 metrów przewyższenia od Sembrancher zajęło mi około godziny i 50 minut co oznaczało średnią prędkość 16,9 km przy niezbyt imponującym VAM rzędu 957 m/h. Jak się miało okazać „Duży Bernard” był dla mnie najwyższą i zarazem największą zdobyczą w całym sezonie 2009. Trzeba przyznać, iż ugościł nas ciepło, choć ślady po ostatniej zimie były tu jeszcze całkiem dobrze widoczne – o czym świadczyła pękająca dopiero tafla lodowa na tutejszym jeziorku czy niemałe zaspy śniegu, na tle których pozowali moi koledzy. Po małym piwku czy soku (wedle upodobań) wypitym w restauracji na samej przełęczy oraz obowiązkowej sesji zdjęciowej przyszedł czas na zasłużony zjazd. Każdy mógł się wyszaleć na swój sposób. Jarek z Łukaszem pojechali przodem, zaś ja z Andrzejem przystając momentami w celach fotograficznych byliśmy tylną strażą naszego oddziału. Na ponowne spotkanie umówiliśmy się na zjeździe z drogi nr 21 ku centrum miasteczka Orsieres.

W tym miejscu nie było już najmniejszego śladu po rześkim górskim powietrzu. Na wysokości około 900 metrów n.p.m. po prostu żar lał się z nieba. Temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, więc po zatrzymaniu się należało zdjąć z siebie wszystkie „wdzianka” założone z myślą o komforcie termicznym na zjeździe. Tym bardziej, że w drodze do bazy czekało nas jeszcze jedno wyzwanie. Wszyscy moi towarzysze przystali bowiem dzielnie na mą propozycję powrotu do Les Valettes przez górski kurort Champex-du-Lac położony na wysokości 1470 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez Orsieres zatrzymałem się samowolnie celem pstryknięcia fotki z kościołem w roli głównej przez kilka następnych minut musiałem żwawo gonić mych nieśpiesznie oddalających się ku Som la Proz kompanów. Zanim podjazd zaczął się na dobre byliśmy już na krótką chwilę razem. W początkowej fazie wzniesienia Andrzej i Jarek dotrzymywali mi kroku. Potem wszystkich nas mniej lub bardziej zmógł nieznośny upał. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, iż wschodnia strona podjazdu do Champex jest i tak znacznie łatwiejsza niż rozpoczynające się w naszym Les Valettes północne zbocze. Niemniej tego gorącego dnia owa niepozorna „premia górska” czyli 9,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,1 % kosztowała każdego z nas sporo zdrowia. Mi udało się dotrzeć na górę dokładnie w 35 minut czyli ze średnią prędkością tylko 12,39 km/h i VAM 975 m/h.

Kolejno dla mnie, Andrzeja i Jarka wielka ulgę przyniosła możliwość zanurzenia zbolałych nóg w orzeźwiających wodach Lac du Champex. Po pewnym czasie zaczęliśmy się niepokoić o los Łukasza. Krótki telefon wyjaśnił sprawę. Okazało się, iż wyczerpany palącym słońcem zatrzymał się on kilkaset metrów (dwie-trzy serpentyny) przed szczytem nieopodal basenu zbudowanego w strefie turystycznej. Wszyscy znaliśmy co prawda z wykresu długość owego podjazdu, lecz brakowało nam właściwej orientacji odkąd należy liczyć jego początek. Dlatego na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy ile w danym momencie brakuje nam do końca wspinaczki. Łukasz tą nasza niewiedzę przypłacił dłuższym postojem, albowiem mając świadomość, iż tak niewiele brakuje mu już do szczytu wykrzesałby z siebie resztki energii by czym prędzej dotrzeć do błogosławionego jeziorka. Na górze mieliśmy czas na odpoczynek, wspólne zdjęcia i możliwość krótkiej jazdy po z lekka pofałdowanym terenie do Champex d’en-Bas. Dopiero za tą wioską rozpoczynał się dość stromy 9-kilometrowy zjazd po niezbyt dobrej jakościowo drodze. Podczas gdy na samym zjeździe należało uważać na dziury, garby i pęknięcia w górskiej szosie o tyle już na obrzeżach Les Valettes większą cześć naszej kompanii skusiły dorodne czereśnie, skwapliwie zebrane jako należny łup z tej ciężkiej wyprawy. W sumie było za nami wszystkimi 87 kilometrów jazdy po trasie o łącznym przewyższeniu znacznie przekraczającym 2300 metrów. Widocznym śladem po tych kilku godzinach spędzonych pod górskim słońcem były nasze oparzenia, które najgorzej dały się chyba we znaki Andrzejowi. Na nic krem z filtrem „35”, bowiem w kolejnych dniach i tak skóra poczęła mi schodzić z nóg oraz czoła. Bolał mnie nawet czubek głowy i nie wiedziałem już doprawdy czy to skutek uderzeń o podstępnie skośny sufit na naszym I piętrze czy też efekt zbyt intensywnego napromieniowania w niedzielne popołudnie.