banner daniela marszałka

Les Gets / Le Mont Chery

Autor: admin o piątek 2. Czerwiec 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1535 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 892 metry

Długość: 15,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 21 %

PROFIL

SCENA

Początek w Taninges, miasteczku niewiele większym od Samoens, bo mającym niespełna 3,5 tysiąca mieszkańców. Sam podjazd pod Les Gets / Le Mont Chery to był mój autorski pomysł złożony z dwóch kolarskich wzniesień nie połączonych dotąd w jedno wyzwanie na żadnym z kolarskich wyścigów. Trzeba też od razu powiedzieć, że obie te wspinaczki są tak różne od siebie jak to tylko możliwe. O takiej parze zwykło się mówić, że są jak dzień i noc, bądź woda i ogień. Podjazd z Taninges do Les Gets jest stosunkowo długi, lecz bardzo łagodny. Snuje się przez ponad 11 kilometrów i kończy na wysokości 1165 metrów n.p.m. Jego średnie nachylenie to tylko 4,6 %, zaś maksymalne sięga ledwie 7 %. Z kolei górna część między Les Gets i Le Mont Chery to tylko 3,7 kilometra dodatkowej wspinaczki, lecz sporymi fragmentami zapierającej dech w piersiach. Na tym odcinku trzeba pokonać 370 metrów przewyższenia co daje średnio 10 %, w tym około kilometra przed finałem maksymalna stromizna skacze tu do poziomu 21 %!

Wspomniałem już, że podjazdy pod Les Gets i Le Mont Chery nie mają wspólnej historii. Oba te miejsca łączy jedynie wyciąg kolejki linowej. Przez miejscowość Les Gets peleton Tour de France przejeżdżał już kilkanaście razy. Ostatnio w 2010 roku. Tym niemniej organizatorzy „Wielkiej Pętli” rzadko korzystali z pełnej wersji południowego podjazdu do tej stacji. Zazwyczaj docierano tu po ledwie 5 kilometrach wspinaczki. To znaczy od północy zaraz po wyjeździe z Morzine lub od południa bezpośrednio po zjeździe z przełęczy Col de la Ramaz. Z wyjątków od takiej reguły pamiętam górską czasówkę z Cluses do Morzine-Avoriaz na Tourze z 1994 roku. Podczas tego 47-kilometrowego „etapu prawdy” trzeba było pokonać trzy premie górskie o rosnącej trudności. Najpierw szło Chatillon-sur-Cluses (kat. 3), potem nasze Les Gets (kat. 2) i na koniec Avoriaz (kat. 1). Tą ekstremalnie trudną próbę zdecydowanie wygrał rosyjski Łotysz Piotr Ugriumow, zaś drugiej i trzecie miejsca zajęli: Marco Pantani i Miguel Indurain. Pełen podjazd wykorzystano też w finale piątego etapu Criterium du Dauphine z 2011 roku. Swój życiowy sukces święcił tu Francuz z Alzacji Christophe Kern. Pięć lat później na tym samym wyścigu zadebiutowała wspinaczka pod Le Mont Chery. Prolog CdD z 2016 roku miał wybitnie górski charakter. Wyznaczono go na niespełna 4-kilometrowej trasie ze startem w centrum Les Gets. Ten wspinaczkowy „sprint” wygrał Alberto Contador w czasie 11:36 (VAM 1955 m/h). „El Pistolero” o 6 sekund wyprzedził Richiego Porte’a i o 13 Christophera Froome’a.

AKCJA

W gorący dzień warto zostawić samochód w zacienionym miejscu. Udało nam się je znaleźć za ostatnim domem w Taninges. Jakieś 100 metrów od skrzyżowania dróg D907 i D902 wyznaczającego początek podjazdu do Les Gets. Po drugiej stronie szosy znajdowało się składowisko wagoników kolejki linowej strzeżone przez Batmana cyklistę. Ruszyliśmy przy temperaturze 34 stopni. Dario wystartował o godzinie 14:25, ja dwie minuty później. Podjazd był łagodny, więc udało mi się złapać Darka już pod koniec trzeciego kilometra. Mój kolega nie miał ochoty na szybszą jazdę, więc po chwili się rozstaliśmy. Jechałem dość szybko, acz nie na pełen gaz, mając świadomość tego co nas czeka na ostatnich 4 kilometrach przed Le Mont Chery. Z drugiej strony chciałem możliwie szybko zjechać z drogi D902, gdyż męczył mnie duży jak na górską szosę ruch samochodowy. Podjazd był prosty pod wieloma względami. Jedyny wiraż znajdował się po dwóch kilometrach od startu. Na wysokości niespełna 990 metrów n.p.m. minąłem szosę D307 będącą początkiem drogi do Le Praz de Lys i Col de la Ramaz. Nasz podjazd skończył się w zasadzie po 10,8 kilometra od Taninges. Ostatnie kilkaset metrów w Les Gets było niemal zupełnie płaskie. Zatrzymałem się po przejechaniu 11,6 kilometra w czasie 37:14 (avs. 18,6 km/h). Stanąłem na drugim rondzie w tej miejscowości, gdzie dostrzegłem znaki sugerujące skręt w lewo na Mont Chery. Postanowiłem zaczekać tu na Darka, który dojechał po niespełna pięciu minutach, bowiem nieco pogubił się na odcinku za pierwszym rondem.

Ucieszyłem się, że tak łatwo poszło mi ze znalezieniem dość tajemniczej drogi na Le Mont Chery. Wszelkie wątpliwości rozwiewała tablica ustawiona po lewej stronie szosy na początku Route de Metrallins. Do szczytu mieliśmy stąd 3,7 kilometra, przy czym ten pierwszy miał średnio tylko 8 %. Po przejechaniu 500 metrów wyjechaliśmy z Les Gets skręcając w lewo na Route du Mont Chery. Tu jeszcze przed końcem pierwszego kilometra stromizna skoczyła do 13 %. Potem przez około kilometr podjazd stał się nieco łatwiejszy, trzymał na poziomie 8-9 %. Po przejechaniu 2 kilometrów od startu trzeba było sobie poradzić z nachyleniem 12 %. Gdy mieliśmy już nogach 2250 metrów dojechaliśmy do rozdroża. Wybraliśmy jazdę w lewo, tym bardziej że o wiele bardziej stroma ścieżka w prawo była zablokowana opuszczonym szlabanem. Szybko okazało się, że zwiodły nas pozory. Nasz wybór okazał się ślepą drogą i już po 200 metrach musieliśmy zawrócić. Gdy zjechaliśmy do rozdroża ujrzeliśmy jak z owym stromym zakrętem i szlabanem radzi sobie kierowca ciężarówki. Niestety my nie mieliśmy pilota, więc musieliśmy się jakoś z rozpędu przecisnąć pomiędzy belką a słupkiem. Darkowi udało się za pierwszym razem, mi za drugim. Pozostałe do szczytu półtora kilometra przejechaliśmy zatem osobno. Niemal od razu za szlabanem zaczął się najtrudniejszy fragment tego wzniesienia. Na odcinku niemal 700 metrów nachylenie nie schodziło poniżej 10 %. Przez pierwsze 300 metrów maksymalna stromizna sięgała „tylko” 16 %.

Niemniej za drugim wirażem pojawiła się długa prosta do nieba. Prawdziwa ściana wspinaczkowa. Nieprzyjemny widok dla zmęczonego kolarza-amatora. Dodatkowo potęgowany faktem, że droga była naprawdę wąziutka. W najtrudniejszym momencie, około kilometr przed finałem stromizna przekraczała tu 20 %. Darek poradził sobie z tym wyzwaniem. Ja miałem wątpliwości czy mi się to uda na tak wczesnym etapie wyprawy, lecz początkowo jakoś dawałem radę. Niestety z naprzeciwka zjeżdżała ciężarówka, która minęła mnie w takim miejscu, że dla mnie nie starczyło już asfaltu. Musiałem się ratować ucieczką na pobocze. Stanąłem, po czym na tak stromym zboczu nie miałem szans wystartować. Było za stromo i zbyt wąsko by ruszyć w poprzek. Chcąc nie chcąc zrobiłem sobie 200-metrowy spacer do najbliższego wirażu. Tu ponownie się wpiąłem i na miękkich nogach dokręciłem ostatnie 800 metrów. W owej końcówce nachylenie nie przekraczało już 9 %. Asfaltowa droga skończyła się przy stacji przesiadkowej Super-Chery. Narciarze jadą stąd kolejką ku wierzchołkowi Mont Chery (1826 m. n.p.m.). Wspinaczkę kończyłem z bólem brzucha, który nasilał się od trzech godzin. Musiałem znaleźć miejsce, do którego nawet królowie chodzą piechotą. Sprawa nie była tak pilna jak u różowego Toma Dumoulin’a, ale czułem się coraz mniej komfortowo. Budynek, w którym rok wcześniej mieściło się biuro prasowe CdD był zamknięty. Poszukiwania wznowiłem w Les Gets i stosowną komnatę znalazłem w hotelu Alpina. Po zjeździe do Taninges spotkaliśmy się z Tomkiem. Drugiego dnia w Sabaudii zrobiliśmy tylko 52 kilometry, ale z solidnym łącznym przewyższeniem 1815 metrów. Tomek przejechał aż 80 kilometrów z amplitudą 1650 metrów. Jednak na swej dłuższej trasie nie miał szczęścia do pogody, bowiem dwukrotnie złapał go przelotny deszcz.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1017834758

www.strava.com/activities/1017834748

http://veloviewer.com/activities/1017834758

http://veloviewer.com/activities/1017834748

GALERIA

20170602_051

VIDEO

20170602_154638

20170602_160826