banner daniela marszałka

Croix, Pillon & Mosses

Autor: admin o czwartek 18. Czerwiec 2009

W czwartek 18 czerwca powtórzyliśmy samochodowy manewr z wtorku tzn. wyruszyliśmy z Les Valettes na północ. Tym razem jednak poprzestaliśmy na dojechaniu do Bex, położonego ledwie 27 kilometrów od naszej bazy. Wybraliśmy to miasteczko, albowiem dawało nam okazję do przeprowadzenia kilkunastominutowej rozgrzewki przed wyruszeniem na „biblijny szlak”. Skąd to nawiązanie do Pisma Świętego? Ot po prostu przezwaliśmy później pokonywane przez nas wzniesienia mianem: Krzyża, Piłata i Mojżesza. Zaczęliśmy od sześciu kilometrów po drodze krajowej nr 9 w kierunku sławnego Aigle. Jazdę po płaskim skończyliśmy nieopodal wioski Saint-Triphon na wysokości około 400 metrów n.p.m. Tu skręciliśmy w prawo by przez spokojną, acz stromą uliczkę Route de Destillerie dotrzeć do centrum Ollon. Na pierwszy rzut wzięliśmy bowiem najtrudniejszy w całym czwartkowym zestawie podjazd pod przełęcz Col de la Croix (1778 m. n.p.m.). Wzniesienie to zapamiętałem z wydarzeń na Tour de France 1997 kiedy to Duńczyk Bjarne Riis podczas etapu z Morzine do Fribourga miał tu kryzys na tyle poważny, iż na mecie stracił ponad sześć minut i wszelkie szanse na generalne podium. Croix to z pewnością jeden z najtrudniejszych podjazdów we frankońskiej części Szwajcarii, choć ze względu na znaczną wysokość bezwzględną nad wyraz rzadko wykorzystywany na trasie kwietniowo-majowego Tour de Romandie.

Znając profil tego podjazdu wiedziałem, iż najtrudniejsza będzie jego pierwsza połowa. Już sam wstęp wybrany przez nas dość przypadkowo nie był łatwy. Następujący po nim blisko 9-kilometrowy odcinek między Ollon a Chesieres wznosił się z kolei na budzącym szacunek poziomie 7,9 %. Do tego jeszcze wspinaczkę zaczęliśmy o godzinie jedenastej, w pełnym słońcu i przy temperaturze zbliżającej się do 30 stopni Celsjusza. Wytchnienia od upału nie mieliśmy, albowiem większa część tego fragmentu trasy prowadziła wśród alpejskich łąk przez co nie mogliśmy liczyć na cień rzucany przez korony drzew. Ulgę przyniósł dopiero kilometrowy odcinek przed samym Villars-sur-Ollon, sporej stacji narciarskiej położonej na wysokości 1260 metrów n.p.m. Na jej uliczkach należało zachować czujność by nie zboczyć z właściwego szlaku ku przełęczy Krzyża. Tuż za Villars trzeba się było natomiast na chwilę sprężyć by pokonać pięćsetmetrowy odcinek o średnim nachyleniu 11 %. Przebywszy tą przeszkodę można się było w końcu nacieszyć 3,5-kilometrowym znacznie szybszym fragmentem trasy, który między trzynastym a piętnastym kilometrem przechodził w teren niemal płaski. Tu nie warto było jednak przesadzać z tempem i twardością obrotu, mając w perspektywie cztery finałowe kilometry o średnim nachyleniu 8,2 %. Udało mi się dotrzeć na szczyt w „dobrej kondycji” pokonawszy całość w godzinę 16 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 14,93 km/h i VAM 1083 m/h. Podjazd ten z pewnością należy uznać za bardzo wymagający. Suche dane nie kłamią. Po pierwsze 19 kilometrów długości, po drugie 1378 metrów przewyższenia i w końcu średnie nachylenie 7,25 % pomimo wspomnianych przestrzeni „falsopiano”. Myślę zresztą, że tego rodzaju „arytmia podjazdu” tzn. stromo, płasko i znów stromo stanowi dodatkowe utrudnienie dla każdego amatora dwóch kółek.

Na przełęczy nie było zbyt wiele do oglądania. Jedynym zabudowanie to drewniana chatka na górskim szlaku, w której starsze małżeństwo sprzedawało rozmaite napoje chłodzące strudzonym wędrowcom i kolarzom. Spragnieni przycupnęliśmy na tarasie, mogąc się zarazem przyjrzeć rozmaitym rzeźbom wykonanym w drewnie przez właściciela owej restauracyjki. Zjazd z Col de la Croix nie należał do najbezpieczniejszych. Nachylenie stoku przez dłuższy czas utrzymywało się na poziomie 8-9 %, więc łatwo było się rozpędzić, a jednocześnie należało uważać na dziury i pęknięcia w nie najlepiej „zakonserwowanej” nawierzchni. Na samym dole czyli w Les Diablerets ktoś w końcu pomyślał o remoncie, lecz niestety świeżo położoną nawierzchnię na odcinku co najmniej kilkuset metrów przykrył grubą warstwą żwiru. Na marginesie jak tu nie wierzyć w biblijne konotacje tej trasy – wspinamy się na Krzyż, „Piłata” i „Mojżesza”, a tu jeszcze między nimi wita nas diabelska mieścina. Ze zjazdem najlepiej poradził sobie Jarek, który tym samym znikł nam z oczu. Nasza trójka musiała więc na swój sposób znaleźć początek podjazdu pod Col du Pillon (1546 metrów n.p.m.). Ponieważ w centrum natknęliśmy się na roboty drogowe obeszliśmy je na piechotę, wdrapując się po schodkach ku pierwszej serpentynie prowadzącej na przełęcz. Niemniej tym sposobem ominęliśmy też pierwsze, może trzysta metrów wzniesienia. Dlatego też aby zanadto nie ułatwiać sobie zadania postanowiłem zjechać do najbliższego ronda i zacząć „wspinaczkę” z przepisowej wysokości 1160 metrów n.p.m. Andrzej podążył moim śladem.

Pillon był oczywiście najkrótszym i przy tym najmniejszym (licząc w metrach przewyższenia, a nie wysokości bezwzględnej) wzniesieniem ze wszystkich dziewiętnastu premii górskich, które znalazły się w programie tej wyprawy. Podjazd miał tylko 4,7 kilometra długości, lecz przy różnicy wzniesień 386 metrów szacunek budziło przynajmniej jego średnie nachylenie tzn. 8,21 %. Poza tym co tu dużo mówić do konfrontacji z długim i ciężkim wzniesieniem zwykło się podchodzić z należnym respektem, a nawet odrobiną obaw. Natomiast na górce krótszej czy po prostu mniejszej znacznie łatwiej o zbytek, czasami zgubnej fantazji. Dlatego też nie mogę powiedzieć bym Pillon przejechał oszczędnie. Podjazd krótki, ale intensywny. Poza tym im wyżej tym trudniej – jak widać na załączonym obrazku ostatnie półtora kilometra na poziomie blisko 10 %. Uporałem się z nim w 20 minut i 20 sekund czyli ze średnia prędkością 13,86 km/h i VAM 1139 m/h. Niemniej Jarka i tak nie doszedłem, więc tym razem najwięcej punktów do klasyfikacji „King of the Mountains” zebrał zawodnik spod znaku BMC.

Na przełęczy znaleźliśmy restaurację, której właścicielka przegoniła jednak gości żądnych chwili relaksu, a nie przepłacanego napitku. Większą atrakcją z pewnością jest znajdująca się po sąsiedzku stacja początkowa kolejki górskiej wywożąca najbardziej leniwą część turystów na okoliczne lodowce „Diabełki” pośród których bardziej nazwą niż wymiarami wyróżnia się pewien Sex Rouge (2841 m. n.p.m.). Rozstając się z Col du Pillon skierowaliśmy się ku wiosce Gsteig na tereny kantonu Berno czyli na niemiecką stroną wewnątrz-szwajcarskiej bariery językowej. Momentami szybki, acz niezbyt stromy 7-kilometrowy przeniósł nas do doliny rzeki Saane. Począwszy od Gsteig (1184 m. n.p.m.) czekał nas teraz 13-kilometrowy odcinek prowadzący cały czas lekko w dół aż do Saanen (1010 m. n.p.m.). Pod koniec tego fragmentu trasy wyznaczyliśmy sobie strefę bufetu w słynnym kurorcie Gstaad – znanym nie tylko miłośnikom narciarstwa, ale i kibicom tenisa ziemnego. Po krótkim odpoczynku, „nalocie” na sklep sieci Coop i stosownym popasie udaliśmy się w dalszą drogę ku Chateau d’Oex. Po nazwie tej miejscowości widać, że dość szybko wróciliśmy na „francuską” stronę wkraczając ponownie do kantonu Vaud tuż przed wioską Rougemont, która zaimponowała nam pięknie zachowanym kościołem i zameczkiem w stylu romańskim wybudowanym przez zakon Benedyktynów. Na odcinku tym doświadczyliśmy też scenki jakże charakterystycznej dla szos Szwajcarii tzn. „szlaban w dół, pociąg jedzie, peleton stoi”.

Po dwunastu kilometrach od Saanen należało jednak skręcić nie w prawo ku Chateau d’Oex, lecz w lewo ku wiosce Le Berceau aby z poziomu mostu nad rzeką Sarine rozpocząć trzeci tego dnia podjazd czyli na Col des Mosses (1445 m. n.p.m.). Podjazd ten rozpoczęliśmy dokumentnie rozbici. Jarek pierwszy, Andrzej za nim, potem ja przed chwilą jeszcze łapiący w obiektyw kościółek na okolicznym wzgórzu i na końcu Łukasz, który najbardziej podkręcając tempo w dolnie przejechał moment skrętu. Szczęśliwie obejrzał się dzięki czemu mogłem go odwołać ze zbędnej wycieczki do Les Moulins. Co prawda od tej właśnie miejscowości zaatakował przełęcz Mosses peleton 96. Tour de France, lecz w naszym przypadku dokładne skopiowanie szlaku „profich” oznaczałoby niepotrzebny objazd. Poza tym na drugim kilometrze obie wersje wstępu do północnego Mosses i tak zbiegały się w okolicy wioski Les Chabloz. Pomimo zmęczenia długim etapem „Mojżesz” okazał się być najszybszym wzniesieniem podczas całej 10-dniowej wyprawy. Moja nienaturalnie – jak na Alpy – wysoka średnia prędkość czyli 20,72 km/h nie była jednak wynikiem jakiegoś nagłego przypływu sił. Raczej wykorzystaną okazją, którą dawał łagodny profil tego wzniesienia tzn. 545 metrów przewyższenia przy 13,3 kilometrach długości czyli 4,1 %. Tak jak prędkość musiała być wysoka, tak wskaźnik VAM musiał być w tych okolicznościach mizerny. Ponieważ wjeżdżałem przez 38 minut i 30 sekund wyniósł on tylko 849 m/h.

Najtrudniejsze na Mosses były trzy pierwsze kilometry. P{otem do wysiłku zmuszał jeszcze kolejny taki fragment między siódmym a dziesiątym kilometrem. Między nimi było jednak sporo terenu ledwie wznoszącego się.  Dlatego na przykład na odcinku przed L’Etivaz mogliśmy wraz z Jarkiem rozkręcić się do około 30 km/h. Wobec owych płaskich „wstawek” zatrzymałem się w La Lecherette myśląc, że to już koniec podjazdu. Dopiero nadciągający na drugiej pozycji Jarek wyprowadził mnie z błędu. Potem zgodnie dokręciliśmy pozostałe dwa kilometry. Niedługo po nas na przełęcz wjechał Andrew. Zanim dołączył do nas Łukasz natknęliśmy się raz jeszcze na starszego jegomościa z Anglii, którego mijaliśmy już wcześniej  w końcówce podjazdu pod Croix. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ów dżentelmen również wybrał się na wycieczkę przez Croix, Pillon i Mosses, lecz ze startem i metą w Lozannie oddalonej od Aigle o 46 kilometrów. Wobec tego od rana do zmroku miał on do pokonania blisko dwieście kilometrów! Nam pozostało zaś do przejechania już tylko 19-kilometrów w dół do Aigle (zjazd częściowo znany z wtorku) i 9-kilometrowy płaski odcinek do Bex. W sumie przebyliśmy 114,5 kilometra pokonując przewyższenie ponad 2300 metrów.