banner daniela marszałka

Crans-Montana & Veysonnaz

Autor: admin o piątek 19. Czerwiec 2009

Po dniu z trzema przełęczami piątek 19 czerwca miał być dla nas dniem z dwoma podjazdami do znanych – nie tylko z kolarskich wyścigów – stacji narciarskich. Takie cele oznaczają zaś zazwyczaj większy problem z określeniem początku i końca wzniesienia, a niekiedy też ustaleniem właściwej drogi łączącej podstawę z wierzchołkiem „kolarskiej góry”. Ponieważ przedostatnimi celami naszej wyprawy miały być Crans-Montana i Veysonnaz musieliśmy po raz czwarty już wsiąść przed południem w samochód, by podobnie jak w poniedziałek udać się na wschód. Naszą bazą wypadową do obu kurortów stał się Sion – 29 tysięczne miasto, będące stolica kantonu Valais. Niestety po ośmiu dniach intensywnego słońca lub co najwyżej umiarkowanego zachmurzenia tym razem pogoda od samego rana nie nastrajała nas optymistycznie. Mimo wszystko około dziesiątej załadowaliśmy się do Toyoty w nadziei, że na wschodzi aura będzie nam bardziej przyjazna. Niestety chmury nad Sionem były ciemnoszare i nieprzeniknione, a momentami popadywał też deszcz. Dlatego też postanowiliśmy przeczekać niesprzyjające okoliczności przyrody i dla zabicia czasu ruszyliśmy na przeszło godzinny spacer do centrum. Na starówce, której większość domów pochodzi z XVI i XVII wieku był akurat dzień targowy. Dotarłem też z Andrzejem do dziedzińca XV-wiecznej katedry Notre Dome z wysoką romańską wieżą u boku. Nad miastem góruje też położony na wysokiej skale zamek z XIII wieku, ale nie mieliśmy czasu by z go z bliska obejrzeć. Około południa wraz z pierwszymi oznakami przejaśnień ruszyliśmy bowiem do samochodu by już na rowerach udać się w kierunku Sierre.

Na początek mieliśmy do pokonania 15 kilometrów po płaskim w dolinie Rodanu. Wybraliśmy regionalną drogę przez wioski Bramois, Grone, Chalais i Chippis, która w przeciwieństwie do drogi krajowej i autostrady A-9 położona jest na południe od rzeki. Niestety gdy tylko dotarliśmy do Sierre skończyły się na nasze nadzieje na dotarcie do Crans-Montana „suchą stopą”. Z niebios runęła na nas ściana wody, także zanim od wschodu dojechaliśmy do Sierre byliśmy już dokumentnie przesiąknięci. Łukasz zdecydował się zrezygnować ze wspinaczki w tych warunkach atmosferycznych i wrócić do Sionu. Naszej trójce pozostało odszukać w mieście początek podjazdu. Szukaliśmy znaków drogowych prowadzących tyleż do Montany co zarazem do wioski Veyras, która miała być punktem przelotowym na drodze do stacji. Miasteczko Sierre o połowę mniejsze od Sionu to jedno z trzech miast Szwajcarii oficjalnie dwujęzycznych (innym jest choćby poznane przed tygodniem Biel / Bienne). Nieopodal przebiega tu granica językowa, która pokonaliśmy z poniedziałek, lecz w samym mieście dominuje jeszcze lingua franca. Crans-Montana to jeden z najpopularniejszych finałowych podjazdów na szwajcarskiej ziemi. W tym roku już po raz ósmy miał się znaleźć na trasie Tour de Suisse, w tym po raz piąty jak meta etapu. Przed dwoma laty wygrał tu młody Holender Thomas Dekker, zaś w sezonie 2001 Lance Armstrong zmiażdżył swych rywali podczas górskiej czasówki. Bywa też oczywiście w programie Tour de Romandie – ostatni raz w 2006 roku, na etapie do Sionu wygranym przez Alejandro Valverde. Co ciekawe znalazł się on nawet na trasie „Wielkiej Pętli”, kiedy to Francuz Laurent Fignon wygrał jeden ze swych pięciu etapów podczas Tour de France z 1984 roku.

Są dwie klasyczne opcje pokonania tego wzniesienia. Jako się rzekło ja wybrałem dla nas start w Sierre. Alternatywą byłoby rozpoczęcie wspinaczki we wiosce Granges położonej mniej więcej w połowie drogi z e Sionu do Sierre. Oba wzniesienia pod względem skali trudności są bliźniaczo podobne. Nasze miało 13 km długości i 912 metrów przewyższenia czyli średnie nachylenie 7,01 %. Okazało się być bardzo solidnym podjazdem, lecz bez niespodzianek. Z jednej strony brak odcinków płaskich, z drugiej nie napotkaliśmy stromych ramp. Nachylenie cały czas oscyluje na przyzwoitym poziomie między 5,5 a 8 %, co w moim przypadku oznaczało jazdę na przełożeniach 39 x 21 lub 39 x 24. W środkowej części wzniesienia nieco się przejaśniło, więc miałem nadzieję, że wyschniemy i w komfortowych warunkach będziemy mogli zjechać. Niestety tuż przed Montaną lunęło jeszcze mocniej co w zderzeniu z chłodniejszą temperaturą na wysokości blisko 1500 metrów n.p.m. nie było przyjemne. Wspinaczkę wykonałem w 50 minut i 30 sekund czyli ze średnią prędkością 15,44 km/h i VAM 1083 m/h. Wynik całkiem dobry, tym bardziej w tych warunkach.

W trakcie jazdy pod górę jest się dostatecznie rozgrzanym, stąd takie „naście” stopni Celsjusza i strugi deszczu można jakoś przeżyć. Gorzej gdy to samo trzeba potem znosić stojąc na górze w oczekiwaniu na zmianę pogody. Każdy z nas chciałby przecież uniknąć kilkunastokilometrowego zjazdu w chłodzie i wilgoci. Człowiek trzęsie się od nóg po zęby, palce u dłoni mu marzną, a tu trzeba jeszcze umiejętnie dozować prędkość bo szosa śliska i niebezpieczna, zaś droga hamowania znacznie wydłużona. Zjechałem znacznie wolniej od Andrzeja i Jarka czując się bardziej jak łyżwiarz figurowy niż kolarz. Powolutku byle do samego dołu. Miałem wrażenie, że droga jest bardzo śliska, więc wolałem zachować najwyższą ostrożność – choć przed rokiem na deszczowym zjeździe z Oberalp w ogóle nie włączył mi się taki „tryb przezorności”. Jakiś kilometr przed końcem zjazdu, przy rondzie z kogutem czekał na mnie Jarek. Okazało się, że „Andrew” przebił gumę na zjeździe i trzeba było poczekać aż przywrócić swój rower do stanu używalności. Do Sionu wróciliśmy północną stroną doliny, częściowo jadąc po drodze krajowej nr 9. Pech chciał, że tym razem Jarek przebił szytkę. Szczęście w nieszczęściu, że stało się to na ostatnim kilometrze przed naszym parkingu dzięki czemu mógł przy schodzącym jeszcze powietrzu dojechać do samochodu. Byliśmy z lekka zdziesiątkowani. Łukasz już wysuszony po treningu. Pozostała trójka przemoczona, a przy tym Andrzej i Jarek bez dętkowych zapasów. Ja w nie najlepszej kondycji, lecz jak zwykle zdeterminowany by wykonać 100% zamierzonego planu. Jakby bowiem nie było ciężko zawsze wychodzę z założenia, że jak nie teraz to kiedy? Nie będę przecież w przyszłości jechał przez pół Europy po to tylko by poznać jedną ciekawą i kiedyś przeoczoną górę.

Dzięki wyrozumiałości kolegów, którzy dali mi półtorej godziny czasu na odbycie podróży do Veysonnaz, więc podjąłem się i tej próby, acz wyjątkowo w samotności. Z parkingu na obrzeżach miasta musiałem pojechać najpierw około kilometra na zachód i następnie w centrum miasta skręcić na południe w kierunku mostu nad Rodanem. Niespełna kilometr za nim zaczął się na dobre podjazd, który przez pierwsze trzy kilometry, na których mija się wioski Turin i Arvillard jest wspólny dla wspinaczki tak do Veysonnaz jak i drugiej z tutejszych stacji czyli Nendaz. Poruszając się nieco jak „dziecko we mgle” trzymałem się możliwie najdłużej drogi Route du Nendaz, gdy tymczasem chcąc pokonać typową drogę do Veysonnaz należało po owych trzech kilometrach skręcić ku Pravidondaz, by dalej przez Miseriez dotrzeć do celu mej wspinaczki od północnego-wschodu. Najprawdopodobniej tędy zmierzał po swe pierwsze duże zwycięstwo w zawodowej karierze zapomniany nieco dzisiaj Oscar „El Nino” Sevilla, który wygrał tu królewskie etap TdR w 1999 roku. Tymczasem ja jadąc konsekwentnie główną droga ku górze minąłem Brignon i dopiero we wiosce Beuson tzn. po siedmiu kilometrach podjazdu wypatrzyłem skręt w lewo i tył ku Veysonnaz. Pierwsza część wzniesienia była dość szybka, o średnim nachyleniu 6,7 %, trudniejsze chwile miały dopiero nadejść.

Nie znałem oczywiście dokładnego miejsca, w którym zwykli finiszować uczestnicy TdR. Trzymając się głównej drogi rozglądałem się za swoją metą. W końcu dojrzałem znak drogowy „Veysonnaz-Station” i postanowiłem tam dotrzeć. Okazało się, że dojechałem do górnych partii tej stacji na plac przed przystankiem kolejki górskiej, położonym na wysokości 1360 metrów n.p.m. Tym samym na ostatnich 5 kilometrach musiałem pokonać około 390 metrów przewyższenia co końcówce podjazdu dało średnią 7,8 %. Nie brakowało tu sztywnych 10 % odcinków, które skłaniały do odświeżenia znajomości z trybem „24”. Pełne wymiary „mojego” Veysonnaz to 862 metry amplitudy na 12 kilometrach czyli średnio 7,18 %. Najwyraźniej z dnia na dzień byłem mocniejszy, bowiem wdrapałem się tu w 47 minut i 30 sekund przy średniej prędkości 15,15 km/h i VAM nieco lepszym niż na Montanie czyli 1088 m/h. Niestety w końcówce podjazdu znów zaczęło siąpić, więc kurort przywitał mnie zamglony i wyludniony. Aby mieć świadectwo swego najnowszego podboju chciałem zrobić zdjęcie na stosownym tle. Gdy już znalazłem takie miejsce nie mogłem się wkoło dopatrzeć żywej duszy. W końcu zatrzymałem dostawczy samochód, którego kierowca zgodził się wcielić w rolę fotografa. Na zjeździe na szczęście nie padało. Nie miałem czasu by zbyt często się zatrzymywać. Poza tym spore zachmurzenie nie dawało szansy zrobienia zbyt wielu ciekawych fotek. Poprzestałem na dwóch zdjęciach tzn. uwiecznieniu położonego na przeciwległym (zachodnim) stoku Nendaz oraz doliny Rodanu z okolic Sionu. Kilka minut po wpół do piątej byłem już przy samochodzie, „mając w nogach” 89 kilometrów i blisko 1800 metrów przewyższenia.