banner daniela marszałka

Les Orres

Autor: admin o wtorek 21. Lipiec 2009

Wtorek 21 lipca przynajmniej z dwóch względów musiał być najłatwiejszym z trzynastu etapów naszego prywatnego Tour de France. Po pierwsze byliśmy dzień po wyczerpującym maratonie szosowym. Dystans 170 kilometrów i spektakularny finał w postaci Mont Ventoux zostawiłby ślad nawet w kondycji specjalistycznie wytrenowanego zawodowca. Tym bardziej, więc musiał odcisnąć swe piętno na zdrowiu dwóch amatorów z przerostem ambicji. Rozsądek podpowiadał wybór luźniejszego odcinka jazdy lub nawet zupełny odpoczynek. Przy moim podejściu do temat ta druga opcja nie wchodziła jednak w grę. Drugim ważnym powodem do opracowania pewnego planu minimum była konieczność odbycia kilkugodzinnego transferu samochodem. Musieliśmy wszak przed południem opuścić gościnne progi Gite Chenavari i przejechać około 215 kilometrów w kierunku wschodnim, ku Wysokim Alpom gdzie wyznaczyłem nam nocleg na trzecią część dwutygodniowej wycieczki. Gwoli ścisłości rzuciłem jedynie hasło: „okolice Embrun”, chcąc obskoczyć co ciekawsze podjazdy w rejonie Briancon, Barcelonette i Gap. Natomiast ów ogólny plan dopięła w szczegółach Basia, znajdując dla nas za pośrednictwem miejscowej koleżanki apartament nieopodal wioski Chateauroux-les-Alpes.

Ponieważ w tym terenie nie mogliśmy liczyć na luksus w postaci autostrady czekała nas kilkugodzinna podróż. Dlatego postanowiliśmy ruszyć w drogę zaraz po śniadaniu. Opuściliśmy Gite Chenavari około dziewiątej, lecz zanim zjechaliśmy do Rochemaure zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut by z bliska przyjrzeć się imponującym ruinom tutejszego zamku. Jakkolwiek żal mi było opuszczać tak urocze okolice w duchu cieszyłem się, że po raz ostatni jadę po tej wąskiej drodze do miasta, która każdego kierowcę musiałaby kosztować odrobinę nerwów. Pięć godzin później pełen spotęgowanych wrażeń podobnego typu mogłem ją już jednak wspominać jako nieszczególnie trudny odcinek specjalny. Po raz ostatni przejechałem Rodan, który w tym roku mnie „prześladował” podczas obu górskich wypraw. Objechaliśmy Montelimar od południa i drogą nr 941 przez Valreas dotarliśmy do leżącego pośród oliwnych gajów Nyons. Poznaliśmy je z Darkiem dzień wcześniej podczas wyścigu. Tym razem mogliśmy na chwilę przystanąć i zrobić kilka zdjęć, albowiem to prowincjonale miasteczko ze wszech miar zasługiwało na odrobinę uwagi. Przez około pół godziny jechaliśmy po trasie L’Etape du Tour. Musieliśmy jednak trzymać się do końca nr 994 by przez przełęcz Saulce oraz miejscowości Serres i Veynes dojechać do Gap. Na obrzeżach tego miasta nawiedziliśmy supermarket. Przed udaniem się w górskie ostępy trzeba było kupić żywność na kilka następnych dni. Dalej zaś drogą krajową N-94 przez Chorges, Savines-le–Lac i położony na skalnym zboczu Embrun dotarliśmy w końcu do Chateauroux-les-Alpes, po drodze przejeżdżając nad lazurowymi wodami sztucznego jeziora Serre Ponton. Akurat ten odcinek francuskich Alp poznaliśmy już trzy lata wcześniej, podczas pierwszego startu w L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez.

Niemniej dotarcie szosą N-94 na wysokość Chateauroux-les-Alpes było łatwiejszą częścią naszego logistycznego zadania. Następnie trzeba było jeszcze znaleźć w górach po lewej stronie drogi maleńką osadę Saint-Marcellin, położoną na wysokości 1100 metrów n.p.m. Kolejny raz musiałem sobie poradzić z typowo górskim czyli wąskim i stromym odcinkiem specjalnym. W dodatku bardziej szutrowym niż ten prowadzący do Gite Chenavari. O mały włos nie zaklinowałbym się w centrum Saint-Marcellin bez możliwości odwrotu w ciasnym terenie. Jeździliśmy tu i ówdzie, w górę i dół, wypytując o drogę nielicznych mieszkańców tych stron. Okazało się, że dom naszego nowego gospodarza znajduje się dwieście metrów od centrum osady, nieopodal miejscowego cmentarza. Ostatnie metry przed upragnionym celem też miały swój smaczek. Nie można było wjechać z marszu na podwórko z uwagi na ciasny zakręt pod katem 135 stopni. Dlatego trzeba było pojechać trzysta metrów dalej pod górę, tam wykonać nawrót i dopiero zjeżdżając zajechać pod sam dom. Przynajmniej samo lokum wynagrodziło nam trudny owej podróży. Salonik z aneksem kuchennym, duża i mała sypialnia, łazienka i ubikacja – niczego tu nie brakowało, także pod względem wyposażenia w sprzęty AGD. Przed wieczorną przejażdżką pozwoliłem sobie na trzy godziny odpoczynku po męczącej podróży.

Moim celem na ten dzień była górska stacja Les Orres położona w górach Parpaillon, na południowym brzegu rzeki Durance. Nazwa ta zapewne nic nie mówi większości kolarskich kibiców. W trakcie swej ponad stuletniej historii Tour de France zawitał tu tylko raz, ale był to dzień prawdziwej „rzezi niewiniątek”. Sam w sobie nieszczególnie trudny podjazd pod Les Orres wieńczył bowiem królewski odcinek „Wielkiej Pętli” z 1973 roku. Pod nieobecność Eddy Merckxa edycję tą zdominował w stylu godnym „Kanibala” Hiszpan Luis Ocana. Na ósmym etapie z Moutiers do Les Orres kolarze musieli przejechać 237,5 kilometra i jeszcze przed finałowym wzniesieniem pokonać przełęcze: Madeleine, Telegraphe, Galibier i Izoard o łącznym przewyższeniu ponad 4700 metrów! Jadący w koszulce lidera Ocana uciekł wraz z Jose-Manuelem Fuente już na Galibierze. Swego rodaka wyprzedził na mecie o 58 sekund. Pozostałych rywali wprost znokautował. Wystarczy powiedzieć, że Francuzi: Martinez i Thevenet stracili blisko siedem, Perin ponad dwanaście, zaś reszta peletonu przynajmniej dwadzieścia minut! Zamarzyło mi się zobaczyć arenę owej demolki. Czasu miałem niewiele. Na szczęście do podnóża owego wzniesienia mogłem dotrzeć na rowerze, bez potrzeby ponownego wsiadania do auta.

Wyjechałem z domu dopiero o godzinie 18:30 i na pierwszych 15 kilometrach miałem przede wszystkim z górki. Najpierw bocznymi drogami przez Chateauroux-les-Alpes zjechałem do Embrun. Następnie po paru minutach błądzenia po starym centrum miasta wróciłem na Avenue Justine Gras i po tej ulicy zjechałem ku rzece Durance – położonej jakieś 300 metrów niżej niż Saint-Marcellin. Chwilę później minąłem rondo u zbiegu mego szlaku z „krajówką” N-94 i od tego miejsca mogłem zacząć wspinaczkę ku Les Orres (1650 m. n.p.m.). Pierwsze 1750 metrów podjazdu przed wioską Baratier okazały się bardzo przyjemne. Średnie nachylenie tylko 3,5 % czyli teren w sam raz na rozgrzewkę. Za Baratier czekał mnie solidny odcinek 3200 metrów o średniej stromiźnie 7 % i dla oddechu łatwiejszy szósty kilometr o średniej ledwie 4,6 %. Potem znów trudniejszy fragment drogi tzn. 3400 metrów o średniej 7,3 % i raz jeszcze coś łatwego czyli 1100 metrów o przeciętnej 3,8 %. Jako, że góra nie była szczególnie stroma starałem się możliwie najdłużej jechać na dość twardym przełożeniu 39×21. Nie było o to łatwo, albowiem byłem wyraźne podmęczony startem w L’Etape. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż na całej górze mój puls osiągnął maksymalną wartość tylko 159 bpm. W sumie rozpoczęta przy rondzie przeplatanka łatwiejszych i trudniejszych odcinków miała długość 10,48 km o średnim nachyleniu 6,2 %. Tą część podjazdu pokonałem w czasie 36 minut i 45 sekund przy prędkości 17,2 km/h. W tym też miejscu mógłbym skręcić w lewo ku wiosce Les Orres, gdzie jak przypuszczam wyznaczono metę pamiętnego etapu TdF 1973. Skądinąd wiem bowiem, że finiszowano wówczas na wysokości 1496 metrów n.p.m.

Ponieważ jednak w przeciwieństwie do nieszczęsnych uczestników owej „Wielkiej Pętli” nie miałem za sobą czterech wielkich przełęczy, mogłem sobie pozwolić na przedłużenie wspinaczki aż do stacji górskiej Les Orres – Pramouton. Kolejne przeszło dwa kilometry były niemal zupełnie płaskie i przypominały „siodło” ze swym najniższym punktem przy osadzie Les Ribes. Dopiero na finałowym odcinku niespełna 2600 metrów należało się ponownie wysilić, gdyż miał on średnie nachylenie 6,8 %. Pramouton nie jest dużym ośrodkiem, lecz zrobiło na mnie lepsze wrażenie niż np. znacznie bardziej znane Avoriaz. Całe wzniesienie ma 860 metrów przewyższenia i 15,2 km długości co daje mu umiarkowane średnie nachylenie 5,65 %. Pokonałem je w 51 minut i 7 sekund czyli z przeciętną prędkością 17,841 km/h oraz VAM 1009 m/h. Gdy dotarłem na szczyt była już godzina 19:50. Temperatura utrzymywała się na poziomie 22 stopni pomimo wysokości bezwzględnej przerastającej naszą Śnieżkę. Zabawiłem tam ledwie dwie minutki, bardziej z obawy przed zmierzchem niż chłodem. Szybko rozpocząłem zjazd, na którym tradycyjnie pozwoliłem sobie jednak na kilka fotograficznych przystanków. W dolinie spory kawałek powrotnej drogi przejechałem dla zyskania czasu po szosie N-94. Gdy z niej odbiłem pozostał mi jeszcze „na dobranoc” podjazd do naszej nowej bazy tzn. finałowa wspinaczka z poziomu 930 na 1100 metrów n.p.m. Najpierw 900 metrów na wprost do Chateauroux-les-Alpes. Potem 500 metrów wytchnienia i kolejne 1400 metrów po krętej i momentami szutrowej dróżce do Saint-Marcellin. Oba odcinki krótkie, acz chwilami przekraczające nachylenie 11 %. Na początku drugiego  „schodka” dogoniłem Darka, który wyjechał na rower godzinę po mnie. Przemierzył on jedynie swe regeneracyjne 20 kilometrów do Embrun i z powrotem. Mój wieczorny dorobek był znacznie pokaźniejszy tzn. blisko 57,5 kilometra dystansu oraz 1199 metrów przewyższenia – śladami Luisa Ocany i jego ofiar.