banner daniela marszałka

Vars & Pra-Loup

Autor: admin o czwartek 23. Lipiec 2009

Na 23 i 24 lipca zaplanowałem wycieczki ku południowym rejonom Alp. W tych dwóch dniach nasze rowerowe wysiłki skoncentrować się miały na drogach departamentu Alpes-de-Haute-Provence. Czekały nas wyskoki w okolice dziksze, mniej „skażone” wszechobecnym we francuskich Alpach przemysłem turystycznym. Naszą bazą wypadową do wszystkich trzech tras miała być dolina górskiej rzeki Ubaye. Dla Basi i Darka była to „terra incognita”. Ja zaś byłem tu tylko raz, drugiego dnia swej pierwszej wyprawy do Francji. Pojechałem wówczas wraz z Piotrkiem do Barcelonnette, aby zdobyć najwyższą kolarską górę Europy czyli Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Dlatego też wybierając się w ten rewir ponownie, wobec jak zwykle ograniczonego czasu działania, nie byłem już zainteresowany największą atrakcją tych stron. Niemniej nie omieszkałem zareklamować tego wzniesienia swemu koledze. Dlatego też w czwartek 23 lipca podobnie jak osiem dni wcześniej w Bourg-Saint-Maurice postanowiliśmy rozdzielić swe siły i ruszyć na podbój okolicznych gór niezależnie od siebie. Jeden start i jedna meta, lecz dwie zupełnie różne trasy. Darek za moją namową miał zdobyć niebotyczną Bonette, ja zaś chciałem poznać dwa znacznie krótsze podjazdy tzn. pod przełęcz Vars oraz do stacji górskiej Pra-Loup.

Opcje dojazdu do Jausiers mieliśmy dwie. Niezależnie od wybranego wariantu trasy przejazd samochodem do tej miejscowości na wspólną linię startu miał nam zająć przeszło godzinę. Dlatego musieliśmy opuścić Chateauroux-les-Alpes stosunkowo wcześnie. Na dojazd wybrałem znany mi sprzed lat wariant zachodni tzn. szlak wiodący wzdłuż brzegów rzeki Durance, jeziora Serre-Poncon i wspomnianej Ubaye. Wersja wschodnia była krótsza, lecz prowadziła w terenie bardziej górskim bo przez przełęcz Vars, przez co czasowo nie mieliśmy tu nic do zyskania. Na postój wybraliśmy parking tuż za rzeką, położony w pobliżu ośrodka wypoczynkowego i zarazem u samego podnóża wspinaczki pod Col del la Bonette. Darek mógł więc niejako z miejsca przystąpić do realizacji swego celu. Czekał go etap relatywnie krótki, ale za to niewątpliwie intensywny. Ja miałem do przejechania dystans niemal dwukrotnie dłuższy, choć w sumie nieco łatwiejszy. Oba czekające mnie wzniesienia dzielił bowiem dłuższy, płaski odcinek na terenie Vallee de l’Ubaye, który musiałem pokonać w obie strony. Dlatego ruszyłem jako pierwszy około godziny jedenastej. Na starcie miałem przyjazną temperaturę 26 stopni, acz szare chmury na niebie zdawały się grozić załamaniem pogody i przynajmniej przelotnymi opadami deszczu.

Ponieważ moim pierwszym celem była przełęcz Vars zacząłem swój wyjazd od skrętu w prawo tzn. w górę wspomnianej doliny. Pierwsze osiem kilometrów było niemal płaskie. Po drodze minąłem wioskę La Condamine-Chatelard i po siedemnastu minutach dotarłem na rozdroże Les Gleizolles. Tu musiałem skręcić w lewo i zjechać z drogi D-900. Gdybym pojechał prosto to już po chwili rozpocząłbym 16-kilometrowy podjazd pod graniczną przełęcz Col de Larche (po włoskiej stronie zwany Maddaleną). Z uwagi na bliskość włoskiej granicy nie brak tu było zaczepionych na skałach fortyfikacji czy też położonych w dolinach grodów warownych. Dziś są one niemymi świadkami niespokojnej historii tych stron. Gdy byłem jeszcze na drodze D-900 to podnosząc swój wzrok ku niebo po swej lewicy widziałem Fort Tournoux. Natomiast gdy wjechaniu na prowadzącą ku Vars szosę D-902 po swej prawicy ujrzałem Redutę Berwick. Podjazd pod Vars od południowej strony jest krótszy i mimo paru niespodzianek nieco łatwiejszy od swego północnego oponenta. W sumie jednak to podstępna góra, której nie sposób lekceważyć. Mierząc owo wzniesienie nieco na wyrost czyli od wspomnianego rozdroża cały dystans 14,1 kilometra można by podzielić na cztery fragmenty, z których każda kwarta jest wyraźnie trudniejsza od poprzedniej. Im dalej w las tym więcej drzew. Bardzo łatwo można dać się zwieść łagodnym początkiem, przeliczyć z siłami i zapłacić za to na bardzo trudnej końcówce. Col de Vars (2108 m. n.p.m.) ma też bogatą historię występów w Tour de France. Pojawił się na trasie tego wyścigu już w 1922 roku i został wykorzystany aż 33 razy, w tym 13-krotnie przed II Wojną Światową. Zazwyczaj utrudniał on życie kolarzom do wespół z Izoard na etapach do Briancon.

Pierwsze 3600 metrów za rozjazdem trudno uznać za początek prawdziwej wspinaczki. Droga wznosi się tu przy skromnym nachyleniu 1,9 %. Dzięki temu mimo oszczędnej jazdy przebyłem ów odcinek ze średnią prędkością 26,6 km/h. Podjazd zaczyna się na dobre dopiero przed pierwszym tunelem i poprzedzającym go mostkiem nad rzeką Ubaye. Przez kolejne 2200 metrów wciąż jechałem dość szybko, bo z przeciętną 22,2 km/h, lecz wymagało to większego niż wcześniej nakładu sił. Co prawda stromizna szosy dwukrotnie wzbiła się tu na poziom 8 %, lecz średnie nachylenie nadal było łagodne mierząc tylko 3,6 %. Po minięciu wioski Saint-Paul-sur-Ubaye żarty się skończyły. Najpierw 2800 metrów o średnim nachyleniu 6,3 % przejechane w przyjemnym tempie 17,1 km/h. Potem 750 metrów płaskiego terenu. W sam raz na złapanie ostatniego oddechu przed stromym finałem. Schody do nieba zaczynają się za osadą Melezen, gdzie droga wspina się tak stromym zboczem, iż stojący przy drodze kościół po chwili znajduje się poniżej poziomu barierek. W sumie 4800 metrów o średnim nachyleniu 8,6 i max. ponad 13 %. W pobliżu szczytu zadanie utrudniał mi dodatkowo mocny wiatr. Mimo wszystko finiszował całkiem dziarsko ze średnią 13,2 km/h. Zasadnicza część wzniesienia począwszy od tunelu przy Pas de la Reyssole liczyła sobie 10,54 km o przewyższeniu 721 metrów i średnim nachyleniu 6,84 %. Pokonanie tego odcinka zajęło mi 39 minut i 57 sekund co oznacza, iż „kręciłem” ze średnią prędkością 15,829 km/h. Wskaźnik VAM bardziej obiektywny od pomiaru prędkości był też całkiem wysoki tzn. 1082 m/h.

Jak wspomniałem na górze ostro wiało. Jak mocno to widać najlepiej po mej „fryzurze” na wykonanym w tym miejscu zdjęciu. Na szczęście było dość ciepło tzn. 21 stopni i nie padało. Dość szybko zabrałem się do powrotu mając do przejechania jeszcze około 60 kilometrów. Nie chciałem by Darek czekał na mnie zbyt długo po tym jak skończy swoje godzinki z Bonette. Na zjeździe zatrzymałem się kilkakrotnie m.in. w Saint-Paul gdzie jednak nie udało mi się strzelić ładnej fotki. Po dojechaniu do Les Gleizolles czekał mnie teraz 20-kilometrowy odcinek szybszej jazdy w dolinie. Jadąc ze średnią prędkością około 32 km/h minąłem La Condamine-Chatelard, Jausiers (nawet nie zaglądając na nasz parking) i wjechałem do Barcelonnette. Przez ostatnie 40 minut temperatura wzrosła z 25 do 30 stopni. Nad naszym Bałtykiem taka temperatura byłaby dla mnie nie do zniesienia. Tymczasem w tutejszym suchym górskim powietrzu i przy utrzymującym się zachmurzeniu nie miałem nawet wrażenia, iż jest tak ciepło. Po kilkunastu dniach spędzonych we Francji zdążyłem się też chyba zaaklimatyzować do jazdy w takich warunkach. Po dotarciu Barcelonnette musiałem przejechać na południowy brzeg śledzącej me poczynania rzeki Ubaye i poszukać drogi ku podnóżu Pra-Loup. Rozeznanie to miało się przydać również w perspektywie jutrzejszego startu. Wyjechałem z miasta przez Avenue Emile Aubert, która przez pierwsze dwa kilometry prowadziła ku dwóm znaczącym przełęczom tzn. Col de la Cayolle jak i Col d’Allos. Chcąc dotrzeć do Pra-Loup musiałem obrać kierunek na Allos czyli zjechać w prawo na drogę D-908.

Wzniesienie tych rozmiarów co Pra-Loup (1630 m. n.p.m.) czyli mające przewyższenie poniżej 500 metrów w normalnych okolicznościach nie byłoby przedmiotem mego zainteresowania. Dlaczego postąpiłem wbrew swym regułom? Po pierwsze pojawiłem się w jego bliskiej okolicy aż na dwa dni, acz z powodu innych przełęczy. Po drugie to ważna góra w dziejach Tour de France, albowiem to na niej z nadziejami na swe szóste zwycięstwo w „Wielkiej Pętli” rozstał się największy z kolarskich mistrzów. Eddy Merckx poniósł tu sromotną klęskę podczas Touru z 1975 roku. Można rzec, iż Dawid wśród gór pokonał Goliata pośród ludzi. Ten pamiętny etap jak i cały wyścig wygrał wówczas Francuz Bernard Thevenet. Pięć lat później ze zwycięstwa na tej górze cieszył się ex-pomocnik Merckxa Belg Jos De Schoenmacker. Zanim zacząłem się wspinać śladami wielkiej kolarskiej historii musiałem sobie zrobić przymusowy postój. Raz jeszcze dała o sobie znać złośliwość najmniejszych przedstawicieli alpejskiej fauny. Tuż przed podjazdem jakiś owad użądlił mnie w prawą dłoń, a ja chcąc go strącić walnąłem w licznik na tyle mocno, że spadł on do rowu na poboczu drogi. Na szczęście szybko go odnalazłem. Nie ukrywam, że stanowi on dla mnie bardzo cenne źródło informacji o warunkach jakie w lipcu napotkałem na swej drodze. Po pięciu miesiącach od opisywanych wydarzeń pamięć zaczyna nieco szwankować, więc warto się podeprzeć danymi wyciągniętymi zawczasu z tego małego pudełka. Tym bardziej, że opublikowany na stronie „archivio salite” profil tego wzniesienia niezbyt wiernie oddaje zastaną przez mnie rzeczywistość. W praktyce podjazd ten jest dłuższy, lecz łagodniejszy niż na załączonym tu obrazku. Liczył sobie 7,35 kilometra co przy przewyższeniu 484 metrów daje mu średnie nachylenie rzędu 6,58 %.

Pierwsze 1100 metrów jest wspólne dla Pra-Loup jak i północnej wersji wspinaczki pod Col d’Allos. Odcinek ten ma średnie nachylenie 6,3 %. Potem chcąc udać się śladami Merckxa i Thevenet trzeba było skręcić w prawo i po długich serpentynach zdążać ku Molanes, stacji pośredniej względem mojego celu podróży. Kolejne 2400 metrów było nieco trudniejsze tzn. miało średnie nachylenie 6,6 %. Największa w tym zasługa trzeciego kilometra, będącego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienie wobec średniej 7,3 % i max. ponad 11 %. Jak z tego widać nie był żaden ekstremalnie trudny podjazd, acz po 60 kilometrach jazdy i przy wciąż rosnącej temperaturze – 31 stopni na samej górze – można było się nieco napocić. Dwa kilometry przed Molanes były nieco wypoczynkowe wobec bardzo umiarkowanego średniego nachylenia 5,3 %. Potem pozostało mi już tylko pokonać ostatnie 1900 metrów, gdzie stromizna szosy przy średniej odcinka 6,6 dwukrotnie sięgnęła 10 %. Wytrzymałem to wszystko bardzo dobrze. Uzyskałem czas 26 minut i 40 sekund kończąc podjazd przy motelu Les Melezes. Wyszła mi z tego całkiem żwawa średnia prędkość 16,537 km/h i VAM nawet ciut lepszy niż na Vars tzn. 1089 m/h. Potem czekał mnie jeszcze tylko ostrożny zjazd, chwilami po nie najlepszej nawierzchni i 12-kilometrowy odcinek w dolinie gdzie powietrze rozgrzało się już do 35 stopni! Gdy około piętnastej dotarłem wróciłem do samochodu licznik pokazał mi łączny dystans 83,6 kilometra oraz przewyższenie 1427 metrów.

Darek w górskim słońcu i przy porywistym wietrze bawił się na rowerze o godzinę krócej, acz przezornie ruszył w trasę dopiero o wpół do dwunastej dzięki czemu nie musiał na mnie zbyt długo czekać. Blisko 23-kilometrowy podjazd pod Cime de la Bonette zabrał mu 1 godzinę 44 minuty i 54 sekund przy średniej prędkości 13,132 km/h i VAM 904 m/h. Oglądając nakręcone przez Darka filmy bardzo-krótkometrażowe na „dachu kolarskiej Europy” mocno wiało. Na szczęście mimo znacznej wysokości temperatura była znośna tzn. 18 stopni. Długi zjazd do Jausiers mój kolega rozpoczął po południowym zboczu słynnego „kapelusza”, wróciwszy na północną stronę przez Col de la Bonette (2715 m. n.p.m.). Do Chateauroux-les-Alpes wróciliśmy wschodnim wariantem drogi dojazdowej czyli przez Col de Vars. Na zjeździe do Guillestre prowadzono zakrojone na szeroką skalę roboty drogowe. To zapewne był powód dla którego zabrakło przełęczy Vars na tegorocznym etapie CdDL do Briancon. Wróciwszy do bazy około wpół do piątej mogliśmy „na żywo” zobaczyć jak Alberto Contador przypieczętowuje swój drugi triumf w Tourze zwycięstwem na czasówce wokół Annecy. Wieczór spędziliśmy na spacerze po sennym Saint-Marcellin. Nazajutrz czekać nas miał najtrudniejszy z „prywatnych” etapów tej wyprawy.