banner daniela marszałka

Bayard & Orcieres-Merlette

Autor: admin o sobota 25. Lipiec 2009

Na zakończenie wakacji z francuskimi Alpami zechciałem zwiedzić dwie góry nieszczególnej wielkości, lecz o istotnej roli w dziejach Tour de France. Przeto w „menu” na sobotę 25 lipca znalazły się: przełęcz Bayard oraz podjazd do stacji górskiej Orcieres-Merlette. Bayard zainteresowała mnie przede wszystkim z uwagi na swą niemal „antyczną” historię. W 1905 roku do spółki ze wzniesieniem Cote de Laffrey pojawiła się na trasie pierwszego alpejskiego etapu w całych dziejach Touru z Grenoble do Toulonu. W programie „Wielkiej Pętli” z lat 1903-04 jedynym solidnym podjazdem była przełęcz Col de la Republique w Masywie Centralnym. Natomiast już w trakcie trzeciej edycji, pięć dni przed Alpami przejechano jeszcze tylko Ballon d’Alsace w Wogezach. W sumie przez Bayard śmigano 25-krotnie, acz tylko dwa razy po II Wojnie Światowej. Z kolei położony u bram do Parku Narodowego Ecrins kurort Orcieres-Merlette był sceną czterech batalii o zwycięstwo etapowe w latach 1971-89. Pierwsza z nich przeszła do legendy wyścigu, zaś ostatnia przyniosła zmianę lidera podczas najbardziej dramatycznej ze wszystkich edycji Touru. W 1971 roku Hiszpan Luis Ocana wprost znokautował tu wszystkich swych rywali. Drugiego na mecie Belga Lucien’a Van Impe wyprzedził o niemal sześć, zaś grupę lidera Holendra Joop’a Zoetemelka i głównego faworyta Eddy Merckxa o prawie dziewięć minut! Wygrałby najpewniej i cały ten wyścig gdyby nie pechowy wypadek w Pirenejach.

Z kolei w 1989 roku na trasie z Gap do Orcieres-Merlette, szlakiem przez przełęcz Manse poprowadzono górską czasówkę, którą wygrał Holender Steven Rooks przez Baskami Marino Lejarretą i Miguelem Indurainem. Tego dnia słabiej kręcili liderzy wyścigu, albowiem Greg Lemond był tylko piąty, zaś Laurent Fignon ledwie dziesiąty. Amerykanin był przy tym lepszy od Francuza o 47 sekund i na dwa dni przechwycił żółtą koszulkę lidera. Tyle wielkiej historii. Bazą wypadową do wszystkich tych wspinaczek miało być znane z dziewiętnastu występów w TdF miasto Gap, stolica departamentu Hautes-Alpes. Dojazd do niego czekał nas niezbyt długi czy też skomplikowany. Ot po prostu zjazd do krajówki N-94 i jazda ciągle na zachód przez Embrun, Savines-le-Lac, Chorges i La Batie-Neuve. W sumie tylko 46 kilometrów, lecz z uwagi na wzmożony ruch weekendowy transfer zajął nam około godziny. Zaparkowaliśmy w zacienionym miejscu przy Avenue Emile Didier, nieopodal ronda Point du Cedre, na którym krzyżują się wszystkie główne drogi przez to miasto. W trasę ruszyliśmy o godzinie 11:25 tzn. z półgodzinnym poślizgiem w stosunku do planu, który zakładał koniec jazdy przed piętnastą. Tego dnia chciałem bowiem wrócić do Saint-Marcellin na ostatnią godzinę telewizyjnej relacji Tour de France, gdyż był to „nasz etap” z finałem na Mont Ventoux. Na wspomnianym rondzie należało skręcić w prawo na Avenue du Commandant Dumont gdzie po przejechaniu linii kolejowej i ledwie 400 metrów od naszego startu zaczęła się wspinaczka pod Col du Bayard (1246 m. n.p.m.).

Na początku jechaliśmy wzdłuż sznura zakorkowanych samochodów chcących wydostać się z miasta na północ przez słynną Route Napoleon czyli drogę krajową N-85. Podjazd od samego początku był całkiem solidny, tym trudniejszy iż przystąpiliśmy do niego nie rozgrzani. Pierwsze 2770 metrów o średnim nachyleniu 5,5 % przejechałem z przeciętną prędkością 17 km/h. Schody zaczęły się pod koniec trzeciego kilometra i trzymały już niemal do końca wzniesienia. Po w miarę przyjaznym wstępie kolejne 3910 metrów potrafiło już nieźle przytkać, tym bardziej że na niektórych odcinkach mocno wiało nam w nos. Ten fragment podjazdu miał długość 3910 metrów i średnie nachylenie 7,9 %, zaś maksymalna stromizna dwukrotnie skoczyła do 15 % na szóstym kilometrze. Męki skończyły się na wysokości osady Chauvet. Potem za którą pozostało już tylko pokonać łatwiutkie 910 metrów o średnim nachyleniu 3 % w linii prostej ku przełęczy. Mimo takiej końcówki to była doprawdy ostra jazda na sam początek ostatniego etapu. Cały podjazd miał 7,59 kilometra o średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższenie 513 metrów. Jego pokonanie przy pełnym zasobie sił, lecz bez stosownej rozgrzewki zajęło mi 27 minut i 57 sekund. Wspinałem się więc ze średnią prędkością 16,293 km/h, przy wartości VAM 1101 m/h. Darek w swoim stylu rozpoczął jazdę znacznie spokojniej, a przy tym przyznawał się do zmęczenia dwoma tygodniami wojaży i arcytrudnym piątkowym odcinkiem. Zdobycie przełęczy Bayard zajęło memu koledze 35 minut i 17 sekund przy skromnej średniej 12,906 km/h.

Po tradycyjnych fotkach przy tablicy ruszyliśmy w dalszą drogę „Napoleonką” by pokonać kolejne 5,2 kilometra w kierunku północnym. Wiało nie tylko mocno ale i porywiście, więc szczególnie na odcinkach zjazdu trzeba się było mocno trzymać kierownicy. Po zjechaniu na wysokości 1050 metrów n.p.m. przyszło nam skręcić w prawo na drogę regionalną biegnącą doliną rzeki Le Drac. Najpierw trochę pagórków na szosie D-114. Potem niby płaski, lecz stale wznoszący się teren na drodze D-944. Jadąc zgodnie i na ogół z wiatrem w plecy minęliśmy wioski: Le Cros, Forest-Saint Julien, La Plaine i Pont du Fosse. Nie forsowaliśmy tempa osiągając na tym odcinku średnią 28 km/h. Na chwilę minął nas nawet ambitny turysta na rowerze trekkingowym. Cały ten odcinek miał 17,7 kilometra i kończył się u zbiegu dwóch smoczych potoków tzn. płynącego od wschodu Le Drac Noir i schodzącego z północy doliną Champoleon Le Drac Blanc. Na poboczu drogi stała drewniana rzeźba starego pasterza o fizjonomii Alberta Einsteina wraz z jego wiernym psim pomocnikiem. Tu też zaczynał się podjazd do Orcieres-Merlette (1840 m. n.p.m.). Pierwsza część wzniesienia biegła nadal drogą D-944 wzdłuż wód Drac Noir momentami dając szanse na naprawdę szybką jazdę. Dopiero po dojechaniu do poziomu 1400 metrów n.p.m. i wykonaniu skrętu na północ ku Orcieres podjazd zmienił swój początkowo łagodny charakter. Jeszcze bowiem przed dojechaniem do centrum owej wioski zaczęły się regularne serpentyny. W porównaniu do pierwszych 5,5 kilometra o średnim nachyleniu tylko 5,1 %, teraz na kolejnych 4,5 kilometrach droga prawie w ogóle nie odpuszczała. Na odcinku między Orcieres a Merlette średnia stromizna wyniosła 6,9 %, zaś na ósmym kilometrze wzniesienia trzykrotnie wzbiła się do maksymalnego poziomu 10 %.

Finisz wspinaczki wyznaczyłem sobie na rozjeździe dróg u wjazdu do Merlette. Lewa odnoga drogi prowadziła stąd do centrum kurortu, zaś prawa po lekkim zjeździe ku hotelom we wschodniej, najwyżej położonej części stacji. Dojechałem więc do wysokości 1807 metrów n.p.m. po pokonaniu 10,08 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i przewyższeniu 621 metrów. Potrzebowałem na to 35 minut i 4 sekundy, uzyskawszy średnią prędkością 17,247 km/h i całkiem dobry VAM 1062 m/h. Po chwili ruszyłem ku najwyższym partiom kurortu i po przejechaniu dokładnie 1550 metrów dotarłem do parkingu położonego na wysokości 1840 metrów n.p.m. Dalej były już tyle gołe zbocza szczytów sięgających trzech tysięcy metrów, z których zbiegały trasy narciarskie i downhillowe. Następnie skierowałem się ku centrum i tym sposobem mijałem się z Darkiem. Mój kolega na dotarcie do parkingu potrzebował aż 51 minut i 9 sekund, przy czym w punkcie „1807” pojawił się po 48 minutach i 3 sekundach. Spotkaliśmy się ostatecznie właśnie w tym miejscu, po tym jak każdy z nas zrobił sobie mały rekonesans po ulicach Merlette. Dwadzieścia minut odpoczynku na tamtejszej ławeczce pozwoliło mi jeszcze nacieszyć oczy ostatnimi alpejskimi widokami. Aczkolwiek na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze w paru ciekawszych miejscach dla celów foto-dokumentacyjnych. Mi chyba nieco trudniej było się rozstać z Wielkimi Alpami, gdyż zrobiłem sobie więcej tego rodzaju przystanków niż Darek wobec czego ostatnie 30 kilometrów również przejechaliśmy z osobna.

Po zjeździe czekało nas jeszcze około 11 kilometrów jazdy w dolinie. Tym razem raczej pod wiatr, lecz za to lekko w dół przy wysokiej temperaturze 27 stopni. Obaj przejechaliśmy ten odcinek z prędkością około 32 km/h tak, iż nie miałem szansy dogonić Darka, który najwyraźniej odzyskał wigor. Nie chcieliśmy wracać do Gap przez 13-kilometrowy odcinek „Napoleonki” cieszący się zbyt dużym jak na nasz gust powodzeniem wśród kierowców samochodów. Dlatego tuż przed Forest-Saint Julien każdy z nas wybrał dalszą jazdę po drodze D-994, na południe ku przełęczy Manse. Podjazd pod Col de Manse (1268 m. n.p.m.) był ledwie deserem przy dwóch głównych daniach dnia. Równie łatwym jak którakolwiek z zapoznawczych premii trzeciej i czwartej kategorii na trasie tegorocznego L’Etape du Tour. Podjeżdżaliśmy tylko przez 5,93 kilometra przy skromnym średnim nachyleniu 3,7 %. Na drugim i trzecim kilometrze wzniesienia mieliśmy trochę poważniejszej wspinaczki o średniej stromiźnie 5 %. Z kolei finałowe dwa kilometry były znacznie łatwiejsze o średniej 2,6 %. W sumie ostatnie 15 minut i 18 sekund alpejskiej wspinaczki przy przeciętnej prędkości 23,254 km/h i z konieczności niskim VAM 811 m/h. Darek przemknął tędy w równo 17 minut, lecz na zjeździe do Gap pędził szybciej ode mnie, osiągając maksymalną prędkości 68,4 km/h. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu wbiliśmy się z powrotem na Drogę Napoleona, po której przyszło nam pokonać ostatnie 4,5 kilometra zjazdu. Dopiero około 15:20 „wylądowaliśmy” przy samochodzie po pokonaniu 81,9 kilometra dystansu i 1530 metrów przewyższenia.

Dlatego na relację live z dwudziestego etapu TdF udało mi się zerknąć jedynie przelotem przechodząc obok baru w supermarkecie Champion. Gdy dojechaliśmy do Saint-Marcellin to najciekawsze akcje finałowej rozgrywki na Mont Ventoux mogliśmy jednak obejrzeć na TF2 w programie będącym podsumowaniem etapu. Za sprawą Basi zjedliśmy małe co-nie-co przed wielogodzinną podróżą, spakowaliśmy się, uregulowaliśmy rachunek u żony naszego gospodarza i około 19:30 ruszyliśmy w długą drogę powrotną. Pierwsze półtorej godziny jeszcze przy dziennym świetle znanym sobie szlakiem przez Briancon i do Włoch przez Col de Montgenevre. Potem przez Cesana Torinese, Oulx i Susę po autostradzie A32 do Turynu. Następnie po włoskiej A4 do okolic Mediolanu i po A-9 do szwajcarskiej granicy na przejściu Como-Chiasso. Jednym słowem drogą przy Mendrisio, które dwa miesiące później gościło uczestników szosowych Mistrzostw Świata. Niemal całą Szwajcarię przejechaliśmy po autostradzie N-13 tzn. przez: Lugano, Bellinzonę, passo San Bernardino, Chur i okolice Liechtensteinu. Potem na chwilę wjechaliśmy do Austrii by przez Bregenz objechać Jezioro Bodeńskie (Bodensee). Po niemieckiej stronie nie od razu można było wbić się na jedną z autostrad. Co gorsza prowadzone roboty drogowe sprowokowały nas do nocnej jazdy na orientację zanim znaleźliśmy się na autostradzie A-7. Potem czekała nas jazda po A-6 i A-9 gdzie niemal wszystko poszło jak z płatka. Straciliśmy tylko nieco czasu okrążając niemiecką stolicę po jej zachodniej obwodnicy. Natomiast ostatnie chwile na obczyźnie spędziliśmy na autostradzie A-11. Do Polski wjechaliśmy w niedziele przedpołudnie, oczywiście przez Kołbaskowo jak na ludzi z Trójmiasto przystało.

Mimo utraty jednego dnia na samym starcie nasza wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Pogoda dopisała, a nawet gdy „zamarudziła” to starczyło nam silnej woli by pokonać takowe przeciwności aury. Udało się wypełnić nakreślony przez mnie program pełen wyzwań i atrakcji. Zaliczyliśmy udany występ w wyścigu i nie zważywszy na rzadkie chłody czy częste upały spędziliśmy aż dwanaście innych dni w trasie podczas prywatnych odcinków specjalnych. Przebyłem aż 30 klasyfikowanych podjazdów, z czego 22 o amplitudzie przynajmniej 500 metrów. Według danych z mego licznika przejechałem w sumie 1135 kilometrów o łącznym przewyższeniu aż 27.656 metrów! Darek zdziałał niewiele mniej, zważywszy na to, że odpuścił sobie jedynie wspinaczki pod Mont Revard i Les Orres. Natomiast cztery inne „moje wzniesienia” zamienił na dwa giganty w postaci najwyższych przełęczy Francji tzn. Col de l’Iseran i Cime de la Bonette. Dziękując Darkowi za cenne i sympatyczne towarzystwo na alpejskich szlakach muszę również wyrazić swój podziw dla Basi za jej cierpliwość i wyrozumiałość dla naszych kolarskich wyczynów oraz kunszt kulinarny, który sprawił iż mogliśmy się porwać na te wszystkie szczyty odpowiednio „naładowani” energią.