banner daniela marszałka

Merano 2000 / Falzeben & Palade

Autor: admin o czwartek 27. Maj 2010

Czwartek 27 maja miał być drugim z dwóch najcięższych etapów przygotowawczych do niedzielnego startu w Gran Fondo Marcialonga. Było tak w istocie, lecz jak się okazało nie tylko z powodu sporej dawki wspinaczek jaką na ten dzień przewidziałem. Po całym tygodniu pięknej kolarskiej pogody aura nieco się popsuła. Co prawda przedpołudniowe niebo nad Mezzocoroną nie wieszczyło nam jeszcze niczego złego, lecz aby dojechać do podnóża obu wybranych wzniesień musieliśmy przejechać ponad 60 kilometrów w kierunku północnym. Celami ósmego etapu naszej wyprawy były bowiem dwa ponad 15-kilometrowe podjazdy w okolicy Merano (niem. Meran) – niegdyś jednego z najsłynniejszych alpejskich uzdrowisk. Pierwszy zaprowadzić nas miał do stacji górskiej Falzeben-Merano 2000 na wysokość 1612 metrów n.p.m. Natomiast drugi skończyć się miał na sięgającej 1516 metrów n.p.m. przełęczy Palade, która oddziela Val d’Adige na północy od Val di Non na południu.

Po zatankowaniu ponad limit pojemności baku w moim samochodzie ruszyliśmy w drogę winnym szlakiem, który w miniony piątek zawiódł nas do podnóża passo Mendola. Po minięciu Appiano pojechaliśmy jeszcze kawałek po drodze krajowej SS-42 i następnie wskoczyliśmy na drogę ekspresową Superstrada Bolzano-Merano. Zjechaliśmy z niej na wysokości Sinigo wjeżdżając na drogę prowincjalną SP-117. Podjazd do stacji Merano 2000 zaczynał się na małym rondzie jakiś kilometr przed miastem, gdzie po przejechaniu Via Nazionale należało skręcić w prawo. Kłopot w tym, że nie bardzo było gdzie się swobodnie rozpakować. Dlatego pojechałem w górę Via Lungo Rio Nova, gdzie dogodne miejsce na przystanek znalazłem dopiero po przejechaniu 4700 metrów. Za przyzwoleniem pracowników Luis Egger – Heizung Sanitar (zajmującej się produkcją instalacji grzewczych) rozładowaliśmy się na firmowym parkingu. Już sam dojazd do tego miejsca pozwolił nam się zorientować z jak trudnym wzniesieniem będziemy mieli wkrótce do czynienia. Całą zabawę musieliśmy jednak zacząć od zjazdu do poziomu 310 metrów n.p.m. czyli wspomnianego ronda między Sinigo a Merano. Szare chmurzyska, porywisty wiatr i duszne powietrze nie były dobrymi zwiastunami czekającej nas wspinaczki.

Podjazd do Falzeben tylko raz wystąpił na Giro d’Italia. Działo się to w roku 1988, a dokładnie nazajutrz po legendarnym etapie do Bormio przez zaśnieżoną przełęcz Gavia. Etap piętnasty z metą w Merano 2000 wygrał Jean-Francois Bernard przez swych rodaków okrzyknięty cokolwiek przedwcześnie następcą wielkiego Bernarda Hinault. Francuz wyprzedził o 32 sekundy Szwajcara Ursa Zimmermanna i o 36 Włocha Flavio Giuponniego. Czwarty na kresce był lider wyścigu Amerykanin Andy Hampsten, który zyskał cenne 27 sekund nad swym najgroźniejszym rywalem Holendrem Erikiem Breukinkiem. Wjazd rozpoczęliśmy około 11:30 przy skromnej jak na ostatnie dni temperaturze 19 stopni. Tylko pierwsze 1300 metrów podjazdu było szybkie, łatwe i przyjemne. Nachylenie ani na moment nie przekroczyło tu 5 %, przy średniej ledwie 3,1 %. Jednak już po chwili zaczęły się schody, albowiem przez kolejne 10 kilometrów droga ani na moment nam nie odpuściła. Średnie nachylenie na tym długim odcinku wyniosło 8,9 %, zaś maksymalna stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 13 %. Pierwsze z tych miejsc znajdowało się zresztą tuż przed naszym miejscem parkingowym. Przez następne pięć kilometrów aż po wioskę Santa Caterina droga szła przez las. W prześwitach między drzewami dostrzec można było położone w dole Merano. Na siódmym kilometrze zaczęło z lekka padać i przed deszczem chwilowo chroniły nas tylko kolejne tunele. Po pokonaniu jednego z nich tuż przed Avelengo należało skręcić w lewo na boczną drogę o sugestywnej nazwie Via Falzeben.

Ostatnie 4,5 kilometra wiodło po węższej i bardziej krętej drodze, która nadal trzymała pod niezłym kątem. Na tym odcinku średnie nachylenie wyniosło 8,1 %, zaś maximum trzykrotnie zbliżyło się do 12 %. Droga szła wśród zielonych łąk, na których oprócz typowych dla naszego kontynentu zwierząt hodowlanych pasły się też lamy! Po drodze minąłem wioski Moar Wiese i Avelengo di Sopra. Po przejechaniu 13 kilometrów przez chwilę wjechałem we mgłę, lecz ogólnie widoczność była jeszcze całkiem niezła. Chwilę później na krótkim odcinku „falsopiano” mogłem zaczerpnąć głębszy oddech na końcówkę podjazdu. Sił mi nie zabrakło. Pomimo znaczącej stromizny do końca kręciłem na przełożeniu 39/24. Drugi dzień z rzędu założyłem też nieszczególnie przeze mnie lubiany pasek na klatkę piersiową służący kontrolowaniu swego wysiłku na pulsometrze. Uznałem, że na najtrudniejsze odcinki spośród tzw. prywatnych etapów oraz oczywiście sam wyścig (z czterema poważnymi podjazdami) odczyt tego rodzaju będzie mi wielce przydatny. Okazało się, że pojechałem nie tylko mocno, ale i równo tzn. przy średniej 155 uderzeń serca na minutę i maximum 165 bpm.

Gdy wjechałem na szczyt postanowiłem nie jechać już dalej tzn. po płaskowyżu do centrum Falzeben, lecz zatrzymałem się przy drewutni na wysokości słupów witających gości przybywających do tej stacji. Według odczytu z licznika podjazd miał 15,79 kilometra co przy przewyższeniu 1310 metrów daje mu średnie nachylenie 8,29 %. Stromizna porównywalna z tą na słynnej Alpe d’Huez, acz Merano 2000 jest wzniesieniem o dwa kilometry dłuższym. Podjechałem je w czasie 1h 11 minut i 40 sekund przy średniej prędkości 13,219 km/h oraz VAM 1096 m/h. Na górze spędziłem blisko pół godziny. Za nim nadjechał Darek mgła czy też może raczej chmury podeszły na naszą wysokość i szosa, którą niedawno przyjechaliśmy stała się prawdziwie mleczną drogą. Ze względu na kiepską widoczność musieliśmy zjeżdżać bardzo ostrożnie. Zresztą i tak nie dali byśmy rady jechać szybko. Na górze było ledwie 8-9 stopni, więc taki chłód w połączeniu z wszechobecną wilgocią przeszywał nas zimnem do kości. Co jakiś czas dostawałem drgawek. Tuż przed Avelengo pewna Samarytanka widząc zmarzniętego nieszczęśnika zaproponowała mi podrzucenie na dół swym samochodem. Oparłem się jednak tej pokusie i zdołałem o własnych siłach przetrwać pozostałe siedem kilometrów zjazdu.

Przy takiej, iście jesiennej pogodzie dojazd do podnóża kolejnego podjazdu samochodem okazał się koniecznością. Zjechaliśmy do Sinigo, przejechaliśmy pod Superstradą i wskoczywszy na drogą SP-101 dotarliśmy do Lana di Sopra, gdzie zatrzymaliśmy się na parkingu przed marketem Euro Spar. Co prawda temperatura sięgała 20 stopni, lecz pogoda była mocno niepewna. Nie cierpiący chłodu Darek w obliczu kolejnej deszczowej przejażdżki postanowił pozostać na dole. Pojechał na północ po płaskim terenie i przebywszy osiem kilometrów dotarł do Merano. Tam urządził sobie blisko godzinne foto-kryterium. Ja zaś przemogłem swe wątpliwości i ruszyłem ku passo Palade czyli na południe drogą SS-238. już po przejechaniu 500 metrów rozpocząłem podjazd. Pierwsze cztery kilometry o średnim nachyleniu 6 % przejechałem na przełożeniu 39/21, potem asekuracyjnie wrzuciłem tryb 24. Po trzech kilometrach minąłem zjazd na prawo ku Foianie (niem. Vollan), zaś po sześciu zjazd na lewo ku Tesimo (niem. Tisens). To ze strony tego miasteczka wbili się na podjazd ku Palade kolarze uczestniczący w tegorocznym Giro d’Italia. Siedemdziesiąt lat po pierwszej konfrontacji kolarzy z tą górą co miało miejsce na osiemnastym etapie Giro 1940 wiodącym z Ortisei do Trydentu.

 

Gdyby nie deszczowa pogoda wzniesienie to uznałbym nawet za całkiem przyjemne. Po drodze przebiłem się musiałem przez trzy niedługie tunele (dwa przed szóstym kilometrem, zaś trzeci na szesnastym). Niemniej zamiast cieszyć się z takiego schronienia drżałem wtedy o własne bezpieczeństwo, gdyż w każdym z nich zamiast asfaltu położona była kostka pamiętająca zapewne czasy cesarza Franza-Josefa. Po ośmiu kilometrach długie proste odcinki przeszły w serię serpentyn, zaś najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia okazał się półtorakilometrowy odcinek przed Caprile (km 9,5 – 11). Szczęśliwie zaraz po nim można było odsapnąć na 500-metrowej prostej w niemal płaskim terenie. Niestety na dwunastym kilometrze zaczęło mżyć. Natomiast po minięciu eleganckiej restauracji około pięciu kilometrów przed szczytem droga ponownie ułożyła się w serpentyny i jej stromizna wyraźnie wzrosła. W teorii nieco łatwiejsze miały być ostatnie dwa kilometry, lecz nasilający się deszcz i chwilowy skok stromizny do ponad 11 % nie ułatwiały zadania do samego końca. Ostatecznie wjechałem na przełęcz w czasie 1h 13 minut i 8 sekund. Podjazd miał 17,89 km długości co przy 1196 metrach przewyższenia daje solidne średnie nachylenie 6,68 %. Mój czas przy tym dystansie i amplitudzie przełożył się na średnią prędkość 14,677 km/h oraz VAM 981 m/h.

 

Całe wzniesienie pokonałem w dobrej formie, ze średnim pulsem 156, przy max. 164 bpm. Ponieważ na passo Palade (niem. Gampenpass) było tylko 9 stopni i nadal padało nie zostałem tam ani chwili dłużej niż było to konieczne dla zrobienia kilku okolicznościowych fotek. Pomógł mi w tym zresztą jeden z dwóch Tyrolczyków, którzy wylegli z tamtejszego Gasthofu. Zjazd okazał się dalece mniej przyjemny niż sam podjazd. Zjechałem ze średnią prędkością 29 km/h robiąc po drodze kilkanaście przystanków nie tylko celem pstryknięcia kolejnych zdjęć, lecz również z będąc zmuszany do rozgrzewania zmarzniętych dłoni. Na swym liczniku cierpliwie odliczałem spadek wysokości i wzrost temperatury. Niestety chłód i wilgoć towarzyszyły mi do samej Lana di Sopra. Gdy przemoczony do suchej nitki dojechałem do samochodu, na dole było tylko 14 stopni. W nogach miałem 68,3 kilometra oraz łączne przewyższenie 2511 metrów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jazda w tak ciężkich warunkach okaże się znakomitym przetarciem przed GF Marcialonga.