banner daniela marszałka

Meribel-Mottaret

Autor: admin o piątek 9. Czerwiec 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1788 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1193 metrów

Długość: 18,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 9,2 %

PROFIL

SCENA

Podjazd zaczyna się w Moutiers (Sabaudia). To miasto mające 3700 mieszkańców, położone 28 kilometrów na południowy-wschód od Albertville. Leży ono w środkowej części doliny Tarentaise, nad rzeką Izerą. Chcąc uniknąć nieciekawego wstępu do tej wspinaczki (tak z uwagi na małe nachylenie jak i duży ruch samochodowy) można wystartować z okolic miejscowości Brides-les-Bains. Najlepiej z miejsca na styku dróg D915 i D90f lub też nieco wyżej na samym początku szosy D90. Meribel leży w samym sercu narciarskiego raju czyli Les Trois-Valles. Owe Trzy Doliny to największy teren narciarski we Francji, a może i na całym świecie. W jego skład wchodzi siedem ośrodków sportów zimowych wybudowanych w dolinach: Belleville (zachodnia), Allues (środkowa) i Saint-Bon (wschodnia). Cały ten teren przemierzyć można na nartach bądź kolejkami górskimi. Znajduje się tu aż 335 tras zjazdowych o łącznej długości 600 kilometrów. Mamy tu też 120 kilometrów tras biegowych. Wszystko to jest obsługiwane przez 183 wyciągi zdolne przewieźć 260.000 narciarzy na godzinę! Co więcej za sprawą najdłuższej linii gondolowej na świecie Trzy Doliny połączone są nawet ze stacją Orelle w dolinie Maurienne, znajdującej się po przeciwnej stronie masywu Vanoise. Meribel jest najstarszym ośrodkiem narciarskim w całym tym rejonie. Założony on został w 1939 roku. Dziś składa się z pięciu części tzn. Les Allues, Village, Centre, Les Hauts i Mottaret położonych wzdłuż drogi D90 na wysokościach od 1100 do 1750 metrów n.p.m. Podobnie jak pobliskie Courchevel ma ono własne mini-lotnisko czyli altiport. W trakcie Igrzysk Olimpijskich z 1992 roku rozegrano tu turniej hokejowy oraz wszystkie konkurencje narciarstwa alpejskiego kobiet.

Jak przystało na najstarszą stację w tej okolicy Meribel jako pierwsza z okolicznych miejscowości ugościła Tour de France. Dopiero w późniejszych latach przyszła pora na „młodsze sąsiadki” tzn. Les Menuires (1979), Val Thorens (1994) czy najbardziej lubianą przez organizatorów TdF Courchevel (1997, 2000 i 2005). Otóż w Mottaret, na wysokości około 1750 metrów n.p.m. skończył się etap 7b „Wielkiej Pętli” z roku 1973. Wygrał go Bernard Thevenet. Francuz z ekipy Peugeot-BP nieznacznie wyprzedził tu czwórkę rywali tzn. Joop’a Zoetemelka o 8, Jose-Manuela Fuente o 10, Luciena Van Impe o 12 i liderującego w tym wyścigu Hiszpana Luisa Ocanę o 15 sekund. Ten niezbyt trudny odcinek był jednak tylko przystawką do masakrycznie trudnego etapu ósmego z Moutiers do Les Orres o długości 237,5 km i 6400 metrach przewyższenia, na którym Ocana zmiażdżył wszystkich swych rywali poza Fuente. W czasach nam bliższych na podjazd do Meribel zajrzało Criterium du Dauphine. Przedostatni etap „Delfinatu” z roku 2016 skończył się w tych stronach, lecz na poziomie 1454 metrów n.p.m. czyli w Meribel-Les-Allues (Centre). Przejechano wówczas tylko 12 z 19 kilometrów całej wspinaczki. Z sukcesu swych kolarzy cieszyli się gospodarze. Na ostatnich metrach o zwycięstwo etapowe rywalizowali bowiem jedynie Thibout Pinot i Romain Bardet. Wygrał lider grupy FdJ. Obaj Francuzi przyjechali zaś na metę z przewagą nieco ponad minuty nad rozciągniętą grupką asów, z której najszybciej finiszował Irlandczyk Dan Martin.

AKCJA

W drugi piątek czerwca rozpoczęliśmy rozpisane na trzy dni zwiedzanie górskich atrakcji Vallee de la Tarentaise. Zaproponowałem by tą sekcję wyprawy rozpocząć od krótkiej wycieczki w rejon Moutiers. Na południe od tego miasta mieliśmy do wyboru aż trzy górskie doliny z podjazdami wypróbowanymi na trasach Tour de France. Na zachodzie bardzo długą Belleville z finałem w stacji narciarskiej Val Thorens (2318 m. n.p.m), po przejechaniu 37,5 km o średnim nachyleniu 4,9%. W środku Les Allues z najwyższym punktem w Meribel-Mottaret (1788 m. n.p.m.) po przebyciu 18,9 kilometra z przeciętną 6,3%. Natomiast na wschodzie Saint-Bon kończącą się w Courchevel (2006 m. n.p.m.) po pokonaniu 21,5 kilometra ze średnią 6,7%. Jako ludzie ambitni i zarazem ciekawi nowych wrażeń postanowiliśmy powalczyć na wszystkich trzech frontach wedle zasady „każdemu wedle potrzeb”. Piotr i Tomek byli w tych stronach po raz pierwszy, więc za moją namową wszystkie swe siły rzucili na największe z tutejszych wzniesień. Wybrali Val Thorens czyli podjazd, na którym w 1994 roku triumfował filigranowy Kolumbijczyk Nelson „Cacaito” Rodriguez. Z kolei Darek i Romek dotarli już niegdyś do kresu Vallee des Belleville. Dlatego ich pierwszym celem na piątek stało się Courchevel. Meta w której zwyciężali na TdF: Richard Virenque (1997), Marco Pantani (2000) i Alejandro Valverde (2005). Ja zaś miałem na rozkładzie tak Val Thorens zdobyte w 2009 jak i Courchevel przejechane w 2005 roku (na kilka godzin przed przybyciem Touru). Tym samym w ramach kompletowania kolarskich skarbów Les Trois-Valles zostało mi do „zaliczenia” tylko Meribel-Mottaret.

Dojazd z Les Emptes do Moutiers był ledwie 7-kilometrowy. Tu zrobiliśmy sobie pierwszy przystanek, na którym wysiedli Piotr i Tomek. Pozostawili wypożyczone Renault na wylocie z miasta, po czym o godzinie 11:09 ruszyli w górę drogi D117 na swój najdłuższy w życiu podjazd. Nasza pozostała trójka wsiadła do Fiata i pojechała do Brides-les-Bains. Po kilku kilometrach byliśmy już w tej niewielkiej miejscowości liczącej sobie nieco ponad 500 mieszkańców. Przejechaliśmy ją niemal całą z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w uliczce Allee de Moulins nieopodal potoku Le Doron du Bozel. Z tego miejsca około kwadrans przed dwunastą wyruszyliśmy ku swym celom. Moi koledzy niemal od razu zaczęli się wspinać do Courchevel. Szybko wjechali na ruchliwą szosę D915, zaś po czterech kilometrach odbili w prawo na górską drogę D91a. Ja natomiast zawróciłem na zachód, przejechałem całe miasteczko i jadąc dalej z wolna po płaskiej Rue Aristide Briand dotarłem do D915 w niższym jej punkcie. W zasadzie już pierwsze metry na tej szerokiej szosie okazały się dość wymagające. Jechałem przed siebie wypatrując znaków zapowiadających pojawienie się drogi D90. Gdy dojrzałem przed sobą wysoko zawieszoną tablice z napisem spodziewanej treści zatrzymałem się na chwilę, strzeliłem jedno zdjęcie i włączyłem licznik. Niespełna 200 metrów byłem już na cichszej „90-tce”, która miała mnie doprowadzić do Mottaret.

Muszę powiedzieć, że pierwsze kilometry tego podjazdu okazały się nieco trudniejsze niż się spodziewałem. Na profilu tego wzniesienia ściągniętym z „archivio salite” dominuje kolor niebieski, odpowiadający nachyleniu od 4 do 7%. Tymczasem w rzeczywistości na pierwszych ośmiu kilometrach tej wspinaczki chwilowa stromizna bardzo często przekraczała poziom 8 czy nawet 9%, zaś średnie nachylenie wyniosło 7,3%. Poza tym było tu gorąco. Licznik pokazywał temperaturę w przedziale od 26 do 29 stopni. Pobocze drogi było zalesione, ale nie wszędzie można było skorzystać z cienia. Po przejechaniu 6,5 kilometra dojechałem do pierwszej miejscowości na tym szlaku czyli Les Allues. Powyżej niej teren był już bardziej odsłonięty, więc tym mocniej byłem wystawiony na promienie słońca. Następnie minąłem Le Raffort (9,6 km), zaś na rondzie z rzeźbą leżącego konia (10,4 km) musiałem skręcić w prawo chcąc pozostać na drodze D90. Jazda na wprost zaprowadziłaby mnie do położonego nieco na uboczu Meribel-Village, które to szosą D98 połączone jest ze stacją La Tania i dolnym fragmentem podjazdu do Courchevel. W połowie dwunastego kilometra byłem już w centrum Meribel-les-Allues czyli w głównej części całego ośrodka narciarskiego. Jak wynika ze stravy segment o długości 11,3 kilometra z przewyższeniem 775 metrów przejechałem w 48:04 (avs. 14,7 km/h i VAM 967 m/h). Jako ciekawostkę dodam, że „spółka” Pinot & Bardet podczas wspomnianego Criterium du Dauphine z roku 2016 pokonała ten odcinek w czasie 30:30 przy średniej prędkości 22,2 km/h.

Na początku trzynastego kilometra trafiła się chwila zjazdu i kilkaset metrów płaskiego terenu. Na tym szybkim odcinku minąłem miejscowy Park Olimpijski. Kolejna faza wspinaczki zaczęła się po przejechaniu 12,8 km, gdy tylko wyjechałem z około 300-metrowego tunelu. Do Mottaret miałem stąd jeszcze 3,5 kilometra. Na tym górnym odcinku trzymałem swój rytm jazdy, gdyż przejechałem go ze średnią prędkością 15 km/h. W końcu po przejechaniu 16,3 kilometra dotarłem do ronda, z którego wychodziły dwie drogi. Pokręciłem się chwilę i ruszyłem prosto czyli na południe po Route de Chatelet. Ujechałem nią 1100 metrów i zatrzymałem się, gdy tylko zobaczyłem przed sobą robotników drogowych z ciężkim sprzętem. Następnie zjechałem do ronda i skręciłem na most by przez okazałą bramę wjechać do głównej części Meribel-Mottaret. Tak powinienem był zrobić od razu. Za bramą przejechałem jeszcze 2200 metrów po Route de Laitalet i ostatecznie zatrzymałem się po przejechaniu 20,7 km na skraju asfaltu na dużym parkingu przed kompleksem Le Creux d L’Ours. Na stravie najdłuższy segment z tego wzniesienia liczy 16 kilometrów z przewyższeniem 987 metrów czyli cały odcinek na drodze D90. Przejechałem go w czasie 1h 04:30 (avs. 14,9 km/h i VAM 918 m/h). Co ciekawe 15 dni później wybrał się tu również Warren Barguil. Przyszły „Król Gór” TdF 2017 i zwycięzca etapowy z Foix i Col d’Izoard nie przemęczał się w Meribel, 24 czerwca na tym samym odcinku spędził tylko 7 minut mniej niż ja.

Na szczycie pojawił się pewien problem. Otóż pożyczony od Tomka Przechlewskiego aparat Sony DCS-Rx100 „odmówił posługi”. Szkolny błąd użytkownika, zapomniałem go poprzedniej nocy naładować. Z przymusu ratowałem się przeciętnej jakości fotkami ze swego smartfona LG F60. Na szczęście tego samego dnia, niespełna cztery godziny po mnie na tą samą górę ruszył Darek. Dzięki temu przy tworzeniu niniejszego wpisu mogłem skorzystać nie tylko z jego filmów, ale też zdjęć. Wracając jeszcze do moich kolegów. Podglądając ich poczynania na stravie wiem, iż Dario & Romano pokonali Courchevel w czasie około 1 godziny i 52 minut. Natomiast cierpiący Pedro i altruistyczny Tommy uporali się z Val Thorens w czasie niespełna 3 godzin. Wynika z tego, że choć jako ostatni w naszym gronie rozpocząłem wspinaczkę to zarazem pierwszy byłem po swej robocie. W tym przypadku sprawdziła się biblijne motto „ostatni będą pierwszymi”, choć cudów żadnych nie dokonałem. Po prostu miałem najłatwiejsze zadanie do wykonania. Musiałem pokonać w pionie niespełna 1200 metrów. Darek z Romkiem ponad 1400. Natomiast Piotr z Tomkiem aż 1836 netto, zaś brutto nawet 1993! W każdym razie nasz zbiorowy wyczyn można podsumować hasłem iście reklamowym „Trzy Doliny w trzy godziny”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1028642246

http://veloviewer.com/activities/1028642246

ZDJĘCIA

20170609_001

FILMY

20170609_172332

20170609_173807