banner daniela marszałka

Maso Corto / Kurzras

Autor: admin o piątek 28. Maj 2010

Po dwóch trudnych odcinkach o łącznym przewyższeniu ponad 5200 metrów i zarazem na dwa dni przed największym z naszych wyzwań musiałem nieco wyhamować. Konieczność tą chciałem jednak pogodzić z zasadą optymalnego wykorzystania każdego dnia swego górskiego urlopu. Dlatego nie wchodziły w grę żadne luźne przejażdżki w płaskim terenie. Jak dla mnie kompromis między potrzebą serca czyli apetytem na kolejne góry, a podpowiadanym przez rozum odpoczynkiem mógł być tylko jeden: solidne etapy z jednym wzniesieniem dziennie. Zgodnie z teorią „schładzania silnika” postanowiłem zrobić premię górską najwyższej kategorii w piątek i podjazd na miarę pierwszej kategorii w sobotę. W przededniu wyścigu najlepiej byłoby zapewne całkowicie odpocząć czy choćby ograniczyć się do spokojnego rozjazdu. Niemniej wychodzę z założenia, iż skoro nie jestem asem mogącym walczyć o czołowe lokaty w imprezach Gran Fondo nie muszę stosować się do profesjonalnych reguł kolarskiego treningu i wypoczynku. Niezależnie bowiem od sposobu podejścia do tego rodzaju zawodów i tak skończę wyścig „wyżej niż niżej” (bliżej czoła niż końca peletonu), lecz nigdy na tyle wysoko by zaoszczędziwszy nieco energii tuż przed wyścigiem móc się później włączyć do walki o pudło czy miejsce w top-10.

Wobec tego na piątek 28 maja „umówiłem” nas na spotkanie z Maso Corto (niem. Kurzras) czyli 23-kilometrowym podjazdem w górę doliny Val Senales (niem. Schnalstal). Miała to być wspinaczka o parametrach zbliżonych do Alpe di Siusi, Gardeny i Erbe czyli trzech wzniesień zdobytych przez nas tydzień wcześniej. Podjazd ten raz tylko gościł na trasie Giro d’Italia. Miało to miejsce w 1995 roku podczas edycji, którą zdominował Szwajcar Toni Rominger, prowadzący niezagrożeni od drugiego etapu do samego końca wyscigu. Etap czternasty z finałem w Val Senales miał aż 240 kilometrów i prowadził również przez premie górskie: Renon, Pennes i Monte Giovo. Ten morderczy odcinek wygrał Kolumbijczyk Oliveiro Rincon z ekipy ONCE z przewagą ponad minuty nad młodziutkim jeszcze Austriakiem Georgiem Totschnigiem. Rominger skutecznie odparł ataki dwójki kolarzy Gewissu (Jewgienija Bierzina i Piotra Ugriumowa), zaś w końcówce sam im poprawił, odskoczył na kilka sekund i zdobył jeszcze skromną bonifikatę za trzecie miejsce na kresce. Transmisję z tego etapu śledziłem w niemieckiej stacji DSF. Niemniej zaczynając dopiero swe regularne treningi na szosie nawet nie śniłem, że po 15 latach dane mi będzie osobiście doświadczyć trudów tego wzniesienia.

Chcąc dotrzeć do podnóża Maso Corto alias bramy ku Val Senales musieliśmy pokonać około 80-kilometrowy dojazd po trasie zbliżonej do tej z czwartku. Tym razem jednak trzeba było pokonać dłuższy odcinek po krajówce SS-38 i na wysokości Merano odbić w lewo ku dolinie Val Venosta. Po przejechaniu 16 kilometrów w kierunku zachodnim zatrzymaliśmy się w Naturno (niem. Naturns). Nieudało nam się rozpakować przed miejscowym klubem tenisowym zazdrośnie strzegącym swych miejsc postojowych, więc ostatecznie zatrzymaliśmy się na miejskim parkingu objechawszy centrum miasteczka rozkopane przez roboty drogowe. W trasę ruszyliśmy w samo południe przy niewielkim zachmurzeniu nieba i przyjaznej temperaturze 25 stopni. Zaraz po starcie mieliśmy do pokonania krótki odcinek po drodze SS-38 w poszukiwaniu wlotu do doliny Schnalstal. Pokonawszy półtora kilometra w zupełnie płaskim terenie znaleźliśmy się na progu tego wzniesienia.

Na początek czekała nas niemiła niespodzianka, bowiem już po stu metrach droga wchodziła w tunel na długie 1160 metrów. Szosa w pięła się przy tym w górę całkiem zdrowo bo przy nachyleniu dochodzącym do 8 %. Po walce ze stromizną i klaustrofobią trzeba było się zmierzyć z drugim kilometrem podjazdu wyznaczonym na półce skalnej, gdzie chwilowa stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 11 %. Potem przez trzy kilometry aż po wioskę Rattisio mogłem złapać równy i mocny rytm jazdy na poziomie 20 km/h, gdyż średnie nachylenie terenu spadło do poziomu ledwie 4,5 %. Pod koniec szóstego i na początku siódmego kilometra wspinaczki znów „poprzeczka” podniosła się do 11 %, lecz najgorsze nadejść miało dopiero dwa kilometry dalej tj. po minięciu zjazdu ku wiosce Santa Caterina. Na dziewiątym i dziesiątym kilometrze średnie nachylenie całego 2-kilometrowego odcinka wyniosło 9,9 %, zaś maksymalnie sięgało aż 15 %! Potem znów w stylu charakterystycznym dla tej góry teren odpuścił na dłuższy moment i przez 3800 metrów można było się wspinać szosą o średnim nachyleniu 5,5 %.

W ten sposób przebywszy jakieś 13,6 kilometra dotarłem do uroczej wioski Madonna di Senales z ładnym widokiem po lewej stronie drogi na tamtejsze sanktuarium Matki Boskiej. Niemniej po kolejnych kilkaset metrach pośród wioskowych domków, minąwszy centrum owej osady trzeba się było zmierzyć z kolejną stromizną. Była to seria regularnych serpentyn przecinająca soczyście zieloną łąkę upstrzoną żółtymi kwiatkami gdzie na odcinku 2200 metrów znów było średnio 9,9, zaś max. 15 %. Męki skończyły się zaraz po tym gdy licznik pokazał ukończenie szesnastego kilometra wspinaczki. Na ostatnich metrach stromizny minąłem trzech kolarzy-turystów i znalazłem się na wysokości tamy w Vernago. Najgorsze było już za mną. Co więcej niejako w nagrodę przyszła pora na sporą dawkę luzu. Najpierw szybki i łatwy odcinek wzdłuż północnego brzegu sztucznego zbiornika Lago di Vernago. W sumie 2500 metrów o średnim nachyleniu 1,3 %, gdzie mogłem sobie pozwolić na wrzucenie dużej tarczy i jazdę na przełożeniu 53 / 19 czyli z prędkością dochodzącą do 30 km/h. Potem jeszcze 1500 metrów składające się z odcinka „falsopiano” oraz krótkiego zjazdu, przedzielonych jednak wytrącającym z rytmu niewielkim podjazdem dochodzącym do 9 %.

Po wspomnianym zjeździe do przejechania pozostało jeszcze tylko 3100 metrów, lecz o solidnym średnim nachyleniu 7,1 %. W końcówce nie brakowało prawdziwie wymagających momentów. Szczególnie na ostatniej prostej przed tablicą z napisem Kurzras gdzie licznik pokazał mi nawet 13 %. Stanąłem właśnie przy wjeździe do stacji i tam zrobiłem pierwsze fotki. Dalej droga robiła się płaska, więc uznałem to miejsce za naturalny koniec podjazdu. Dystans 23,12 kilometra pokonałem w 1h 27 minut i 16 sekund z przeciętną prędkością 15,896 km/h. Przewyższenie tego podjazdu do tego miejsca to 1441 metrów co temu nierównemu wzniesieniu daje średnie nachylenie 6,23 %. Mój wskaźnik VAM wyniósł tylko 990 m/h, lecz niewątpliwie został mocno zaniżony przez „płaskie” cztery kilometry za Vernago. Puls w normie i pod kontrolą czyli średnio 151 i max. 164 bpm. Następnie już na spokojnie przejechałem się do centrum Maso Corto gdzie okazało się, że po minięciu kościółka i stacji kolejki linowej można się wspiąć jeszcze odrobinkę wyżej na placyk przed hotelem Kurzras. To znaczy na poziom 2011 metrów n.p.m. uwieczniony na profilu załączonym do tej opowieści.

Na Darka czekałem tylko kilka minut. Po tygodniu górskiej zaprawy mój kolega oczywiście nie był w stanie wrócić do swej życiowej formy, lecz zbliżył się już wyraźnie do kondycji prezentowanej przed rokiem we francuskich Alpach. Ponad 23-kilometry odcinek od zjazdu z Val Venosta do tablicy przy wlocie do ośrodka przejechał w czasie 1h 34 minut i 12 sekund. Na górze przy temperaturze 14 stopni będąc spoconym po długim podjeździe można się było nieco wychłodzić. Kurzras robiło wrażenie typowego ośrodka narciarskiego poza sezonem – pusto i głucho niemal wszędzie. Darek poszukał sklepu z pocztówkami, a następnie schowaliśmy się obaj na dłuższy czas w hotelowej restauracji przy gorącej kawie i ciasteczku. Na zjeździe zrobiliśmy całą masę przystanków. Było na czym oko zawiesić. Począwszy od zaśnieżonych szczytów sięgających 3400 m. n.p.m., poprzez lazurowe wody jeziora Vernago aż po stylowe zabudowania kolejnych wiosek, w tym Madonna di Senales. Tu i ówdzie przyglądali się nam przedstawiciele górskiej fauny: krowy, owce, kozy gruborogie czy też przysposobione na tyrolskiej ziemi lamy. Gdy wraz ze zjazdem powietrze stało się cieplejsze można było trochę pohasać – ja w tunelu rozwinąłem się do 61, zaś Darek max. do 65 km/h.

Jazdę skończyliśmy około 15:30. Dość późno zważywszy na skromny dystans tej wycieczki tzn. 51,1 kilometra przy przewyższeniu 1478 metrów. Do Mezzocorony dojechaliśmy około siedemnastej. Tym niemniej zdążyłem jeszcze wyskoczyć do baru i obejrzeć ostatnie 15 kilometrów akcji z 19 etapu Giro d’Italia. Warto było. Na niepozornym podjeździe do Apriki trójka Włochów czyli: Michele Scarponi, Ivan Basso oraz Vincenzo Nibali nie dała się dogonić pięciu stranierim, wśród których był jadący w „maglia rosa” Hiszpan David Arroyo. Włoski tercet zgodnie współpracując znacznie powiększył przewagę wywalczoną wcześniej na morderczym podjeździe pod Mortirolo. Na mecie mieli zysk ponad trzech minut dzięki czemu lider Liquigasu Basso po czterech długich i burzliwych latach znów założył różową koszulkę lidera.