banner daniela marszałka

Kizbuheler Horn / Alpenhaus

Autor: admin o piątek 4. Czerwiec 2010

W piątkowy poranek obudziliśmy się pełni wiary w poprawę pogody pod austriackim niebem. Zapewnił nas o tym jeszcze poprzedniego wieczora w nasz nowy gospodarz. Niemniej gdy wyjrzeliśmy z okien naszego pięknego, acz nieco krzywego domku sytuacja na zewnątrz nie wyglądała nazbyt kolorowo. Cała okolica nasiąknięta była wilgocią. Na niebie więcej było chmur, niż błękitnych prześwitów. Szczęśliwie mieliśmy cały dzień do naszej dyspozycji i tylko jedną górę do zdobycia. Cholernie trudną to prawda, lecz jako się rzekło tylko jedną i przy tym niezbyt długą. Na spotkanie z Kitzbuheler Horn nawet przy starcie z Sankt Johann in Tirol, który rozważałem potrzebowaliśmy co najwyżej dwie godziny lepszej aury. Gdyby zaś nawet wbrew optymistycznej prognozie spodziewana poprawa nie nadeszła to i tak wysokość bezwzględną piątkowego wzniesienia gwarantowała nam cieplejsze i bezśnieżne przyjęcie niż miało to miejsce na wyższej o osiemset metrów „Stokrotce”. Mogliśmy, więc ze spokojem grać na przeczekanie resztek złej aury i zwlekać z naszym wyjazdem do Tyrolu choćby do popołudnia.

Tymczasem dane nam było delektować się iście wypasionym śniadaniem jakie zwykł serwować swym gościom Reinhard. Koszt noclegu w Glockenstuhl czyli 35 Euro za dobę od głowy był o jakieś 50 % wyższy niż trydenckim Bed & Breakfast u Carla. Niemniej bardzo obfite i różnorodne śniadanko na powitanie dnia przynajmniej w części niwelowało różnicę w kosztach wynajmu. W następnych godzinach tego przedpołudnia okazało się, iż również austriaccy górale znają się na pogodzie nie gorzej niż nasi gazdowie z Podhala. Dokładnie tak jak zapewniał nas Reinhold do południa niebo się wypogodziło i temperatura skoczyła do letniego poziomu ponad 20 stopni. Dokładnie o godzinie 12:50 byliśmy gotowi do drogi. Nie pojechaliśmy jednak najkrótszą z możliwych dróg czyli południową przez Mittersill oraz przełęcz Thurn (1273 m. n.p.m.). Wybrałem wariant północny będący lustrzanym odbiciem wczorajszego szlaku dojazdowego. Dlatego wyjechaliśmy z Zellermoos kierując się na Saalfelden. Potem skręciliśmy w drogę nr 164. Minęliśmy Leogang i Griesen, po czym wjechawszy do Hochfilzen byliśmy już w Tyrolu. Potem trzeba było jeszcze przejechać przez Fieberbrunn i dojechawszy do Sankt Johann skręcić na południe czyli w drogę nr 161 ku Kitzbuhel. Na miejscu byliśmy około czternastej znajdując bezpłatny parking w południowej części miasta.

Kitzbuhel to bodaj najsłynniejszy z austriackich ośrodków narciarskich. To miasto powiatowe liczy sobie nieco ponad 8 tysięcy mieszkańców i leży nad rzeczką Ache, pomiędzy dwoma niewysokimi jak na austriackie warunki górami. Położoną po południowo-zachodniej stronie miasteczka Hahnenkamm (1712 m .n.p.m.) oraz piętrzącym się na północnym-wschodzie Kitzbuheler Horn (1996 m. n.p.m.). Po zboczu Hahnenkamm biegnie słynna w narciarskim światku trasa zjazdowa Streif – uważana za najtrudniejsza w ramach alpejskiego Pucharu Świata. Z kolei na „Kitzhorn” latem 1965 roku oddano do użytku super-stromą drogę panoramiczną, którą turyści zmotoryzowani mogą dotrzeć do górskiej restauracji Alpenhaus na wysokość 1670 m. n.p.m Z tego miejsca rozciąga się piękny widok nie tylko najbliższe doliny, lecz także na położony w oddali masyw Grossglocknera. Najważniejsze jednak, iż podjazd ten z czasem opanowali kolarze szosowi, zaś począwszy od sezonu 2000 zaczęli tu zaglądać profesjonaliści uczestniczący w Osterreich Rundfahrt.

„Kitzhorn” szybko stał się nie tylko stałym, ale bodaj najważniejszym punktem na XXI-wiecznym szlaku Dookoła Austrii. Nie zabrakło go na trasie żadnej z ostatnich jedenastu edycji tej imprezy. Sześciokrotnie etapowy sukces na podjeździe do Alpenhaus okazywał się przepustką do zwycięstwa w całym wyścigu. Stało się tak po raz pierwszy już w 2000 roku za sprawą faworyta gospodarzy Georga Totschniga. W ślady austriackiego górala dwukrotnie w latach 2001 i 2004 poszedł Australijczyk Cadel Evans jeżdżący wówczas w ekipach Saeco i Team Telekom. W 2003 roku dzięki wygranej na „Kitzhorn” swój narodowy tour wygrał Gerrit Glomser. Nie udała się ta sztuka zdobywcom góry z lat 2002 i 2005-2008, którzy w „generalce” Osterreich Rundfahrt musieli się zadowalać miejscami od drugiego do czwartego. W sezonie 2005 wzniesienie było sceną 10-kilometrowej czasówki ze startem w Kitzbuhel. Próbę tą wygrał Gerhard Trampusch z czasem 33 minut i 17 sekund. Podczas dwóch ostatnich edycji etap z metą na Kitzbuheler Horn znów był rozstrzygający. W sezonie 2009 przyniósł on podwójne zwycięstwo Szwajcarowi Mickaelowi Albasiniemu, zaś w bieżącym roku Włochowi Riccardo Ricco’. „Kobra” o 53 sekundy wyprzedził swego rodaka Emanuela Sellę oraz Hiszpana Sergio Pardillę. Cała trójka sześć dni później stanęła na podium wyścigu w Wiedniu.

O Kitzbuheler Horn słyszałem też co nieco od Sylwka Szmyda, który podczas swych kursów między Polską a Włochami nierzadko zatrzymywał się w Kitzbuhel, aby sprawdzić swą nogę na tym morderczym wzniesieniu. Taki podjazd wymagał szczególnego podejścia. W swym dorobku miałem już dość pokaźną liczbę gór, na których przez kilka ładnych kilometrów trzeba się było zmagać ze nachyleniem około 10 %. Niemniej z odcinkiem o długości 7 kilometrów przy średniej stromiźnie blisko 12 % miałem do czynienia tylko jeden jedyny raz. Z takim wyzwaniem spotkałem się podczas GF Marco Pantani w 2008 roku walcząc o przetrwanie w środkowej fazie podjazdu pod słynne Mortirolo. Dlatego też przed naszym popołudniowym wypadem do Kitzbuhel dozbroiłem się stosownie do tej okazji. Postanowiłem skorzystać z pary zapasowych kół, którą zabrałem w Alpy na wszelki przypadek. Owa rezerwa czyli kółka Ritchey DS Pro nie są bynajmniej o wiele lżejsze od służących mi na co dzień Mavików Aksium. Ich podstawową zaletą była zamontowana na nich kaseta z górskiej grupy Shimano XT, która miała największe tryby z 28 i 32 ząbkami. Ten właśnie „zestaw na czarną godzinę” z powodzeniem przetestowałem podczas obu wypraw z 2008 roku oraz rok później na wyciecze do Romandii.

Wystartowaliśmy kilka minut przed wpół do trzecią. Po trzech kilometrach jazdy szosą B-161 w kierunku północnym znaleźliśmy się na zakręcie w lewo ku Bergrestaurant Alpenhaus. Tablica z napisem Panoramastrasse Kitzbuheler Horn nie pozostawiała żadnych złudzeń. Czas było zmierzyć się z tym trudnym wyzwaniem. Podjazd zaczynał na wąskim przejeździe pod wiaduktem kolejowym. O mały włos Darek nie wpadł by w nim na jadący z naprzeciwka samochód ciężarowy, którą swymi gabarytami wypełni całą szerokość wrót do „Kitzhorn”. Uniknąwszy tej przeszkody ruszyliśmy do góry, lecz po przebyciu niespełna dwustu metrów znaleźliśmy się kropce nie wiedząc jak dalej jechać. Na wysokości landhotelu Vordergrub napotkaliśmy rozjazd pod tytułem „prosto lub w lewo”. Okazało się, iż trzeba było skręcić w lewo, ale ponieważ przy tej okazji zrobiliśmy krótki postój to chcąc koniecznie zmierzyć swój realny czas na tej górze postanowiliśmy wrócić do wiaduktu z widokiem na oryginalny domek rodem z krainy hobbitów. Za drugim razem start poszedł już sprawnie. Na początku trzeba było pokonać 950 metrów o średnim nachyleniu 7,4 %. Jednym słowem był to wstęp o całkiem solidnej stromiźnie, lecz na tej górze wyglądał na błahostkę.

Tak samo myślą zapewne właściciele tej drogi, albowiem dopiero na końcu pierwszego kilometra wytyczyli start właściwej wspinaczki. Po prawej stronie drogi postawili tablicę z mapą i profilem podjazdu, rekordowymi wynikami oraz automatem do wydruku bilecików. Dzięki temu każdy amator kolarstwa może oficjalnie zmierzyć swój czas na tym podjeździe, gdyż drugi automat tego rodzaju znajduje się na ścianie restauracji Alpenhaus. Tablica dowodzi, że kolarski rekord tego wzniesienia to 28 minut i 24 sekundy. Należy on Austriaka Thomasa Rohreggera, który wykręcił ten czas na drodze do zwycięstwa na trzecim etapie Osterreich Rundfahrt z 2007 roku. Co ciekawe jest tam również odnotowany rekord biegowy. Należy on do Nowozelandczyka Jonathana Watta, który w 2000 roku przebiegł dystans 7,1 kilometra o nachyleniu ponoć aż 12,5 % w czasie 55 minut i 58 sekund. Z tablicy wynika również, iż po pokonaniu kolejnych trzech kilometrów z dwunastoma dodatkowymi wirażami można dotrzeć nawet na położony ponad trzysta metrów wyżej niż Alpenhaus wierzchołek góry gdzie stoi nadajnik telewizyjny.

Przejechaliśmy ten punkt bez zatrzymywania się przy tablicy i drukowania kwitów. Droga niemal cały czas prowadziła w odsłoniętym terenie wśród alpejskich łąk. Słoneczko całkiem zdrowo przygrzewało. Jak wspomniałem do południa wypogodziło się dzięki czemu na całej górze mieliśmy temperaturę od 23 do 25 stopni Celsjusza i co ciekawe tak w Kitzbuhel jak i blisko tysiąc metro wyżej przy Alpenhaus mój termometr pokazał wartość 24. Wszystkie wiraże na tej górze są nie tylko numerowane i nazwane, ale też zawierają informację o bezwzględnej wysokości danego miejsca i tak np. „kehre 1” nazywa się Schwilern i znajduje się na poziomie 865 m. n.p.m. Rozpoczynając wspinaczkę chciałem możliwie najdłużej jechać na przełożeniu 39 / 28 zbliżonym to najmiększego obrotu na kołach Mavika. Tym niemniej dość szybko musiałem wrzucić tryb „32” i dziękowałem Bogu, że miałem taką możliwość. Drugi kilometr podjazdu, a w zasadzie odcinek o długości 1100 metrów (od km 0,95 do 2,05) miał średnie nachylenie 11,8 % i max. 15 %. Przejechałem go ze średnią 11,3 km/h. Trzeci kilometr (od km 2,05 do 3,05) kończący się przejazdem przez ciemny i mokry po deszczu lasek teoretycznie był nieco łatwiejszy tzn. ze stromizną średnio 11,6 % i max. 14 %. Mimo tego nieco zwolniłem do przeciętnej 10,5 km/h. Stromy początek podciął mi na chwilę nogi, zaś puls poszybował do poziomu ponad 170 uderzeń na minutę. Zresztą co chyba nie może dziwić na całym podjeździe miałem wysoki puls to znaczy średnio 161, zaś maksymalnie 174 bpm.

Po wyjeździe z lasu minąłem punkt poboru opłat od kierowców samochodów. Byłem już nieźle zmęczony, a tymczasem do szczytu brakowało jeszcze pięciu kilometrów. Przy jeździe w tempie 10 km/h oznaczało to jeszcze 30 minut wysiłku na granicy własnych możliwości. Tymczasem kolejny czyli czwarty kilometr należał do najtrudniejszych. Już na początku przywitała mnie tabliczka z napisem 14,7 %. Potem po raz drugi i ostatni na tej górze droga na krótko wpadała w las. To 1000 metrów miało średnie nachylenie 12,9 % z max. 18 %. Nic dziwnego, że moja prędkość spadła do poziomu zaledwie 9,4 km/h. Na kolejnych dwóch kilometrach stromizna minimalnie zelżała. Piąty kilometr miał średnią 11,7 %, zaś szósty 11,9 %. Na obu maksymalne nachylenie sięgnęło 16 %. Wspinałem się z prędkością najpierw 10,1 km/h, a potem już tylko 9,3 km/h. Zmęczenie narastało, a najgorsze było jeszcze przede mną. Najbardziej stromy okazał się przedostatni kilometr o średniej 13,5 % i max. 20 %, dokładnie na 1160 metrów przed finałem. Na odcinku między 1500 a 500 metrów przed Alpenhaus ustawione były trzy tabliczki wskazujące na nachylenie w kolejnych wirażach dochodzące do pułapu 17,9 – 22,3 – 19,4 % !!! Wiedziałem, że po przebyciu tej przeszkody będę już miał tą górę w swej kieszeni. Przetrwałem przedostatni kilometr w tempie 8,6 km/h i na ostatnim kilometrze góra dała za wygraną jeśli tak można powiedzieć o odcinku drogi ze średnim nachyleniem 10,7 % i max. 17,5 %. Zafiniszowałem w tempie 11 km/h.

Cały podjazd czyli 8,06 kilometra przy stromiźnie 11,8 % tzn. z miejscem startu pod wiaduktem zajął mi 47 minut i 8 sekund. Co oznacza, iż pojechałem ze średnią prędkością 10,269 km/h i z rekordowa wartością VAM na poziomie aż 1209 m/h. Odcinek 7,1 kilometra z początkiem przy tablicy przebyłem w czasie 43 minut i 2 sekund – średnia 9,899 km/h i VAM 1221 m/h. Jednym słowem Rohregger dołożył by mi prawie kwadrans. Ba, znając życie gdybym tak jak on przed tym podjazdem miał w nogach 175 kilometrów drogi z Salzburga to nasze porównanie wyglądałoby dla mnie jeszcze gorzej. Jak ciężka była to góra najlepiej widać po twarzy Darka na zdjęciu z ostatnich metrów wspinaczki. Kilka minut wcześniej ja wyglądałem podobnie. Darek wspinał się w sumie przez 56 minut i 7 sekund, zaś na pokonanie oficjalnego odcinka  wzniesienia potrzebował 52 minut i 25 sekund. W praktyce jechał nieco szybciej niż to pokazał odczyt z licznika, gdyż na przedostatnim kilometrze stanął kilkakrotnie rozglądając się za okularami przeciwsłonecznymi, które mu wypadły. Dojechawszy na szczyt natknąłem się na robotników przesuwających czerwoną tablicę z napisem Krone Kitzhorn Challenge. Zawody pod tym wezwaniem odbywały się w tym roku 5 lipca. W Austrii bardzo popularne są imprezy z rodzaju górskich czasówek dla kolarskich amatorów. W tegorocznym kalendarzu było ich aż osiemnaście, w tym choćby czerwcowy Glockner Konig na podjeździe do Fuschertorl II, który poznaliśmy dzień wcześniej.

Na górze zabawiliśmy blisko półtorej godziny. Można powiedzieć, że byliśmy już wyluzowani, niczym po zawodach. Ostatni cel tej wyprawy został osiągnięty. Teoretycznie moglibyśmy jeszcze pokonać szlaban i stroma super stromą ścieżynkę podjąć próbę dojechania aż na Gipfel, ale skoro „profim” wystarcza Alpenhaus to i nas taka zdobycz mogła zadowolić. Weszliśmy do restauracji gdzie aby ugasić swe pragnienie kupiłem chyba najdroższą w swym życiu małą coca-colę i sok owocowy. Pomyszkowałem w sklepie z okolicznościowymi pamiątkami. Darek kupił tam na pamiątkę maleńki znaczek w kształcie koziołka – maleńkie trofeum godne górskich kozic z Trójmiasta. Z tarasu widokowego przed restauracją roztaczał się piękny widok nie tylko na ostatnie kilkaset metrów podjazdów w dole, lecz przede wszystkim na bielące się w oddali na południu zaśnieżone szczyty masywu Grossglockner. Na bardzo przyjemnym, acz krętym zjeździe co rusz przystawaliśmy. Najdłużej zatrzymaliśmy się oczywiście przy rzeczonej tablicy. Na wjeździe do Kitzbuhel szybko zjechaliśmy z szosy B-161 aby przejechać się po tamtejszej starówce. Do samochodu dotarliśmy dopiero o 17:35. Do Zell am See wróciliśmy tą samą drogą co kilka godzin wcześniej. Pod dachem Glockenstuhl zameldowaliśmy się około dziewiętnastej. Godzinę później wybraliśmy się na spacer po Zell am See. Tam w restauracji u Antonio Basmatiego (pół Włocha, pół Hindusa) z dala od Italii zjedliśmy nasze pierwsze na tym wyjeździe pizze. Darek rozsmakował się przy tej okazji w lokalnym piwie Edelweiss.

Nazajutrz  około 8:30, po kolejnym wytwornym śniadaniu byliśmy gotowi do długiej drogi do domu. Po niecałej godzinie jazdy austriackimi drogami B-311 i B-178 przez Steinpas wjechaliśmy na teren Niemiec. Przetarłem swój nowy szlak na południowo-wschodnim krańcu Bawarii, jadąc m.in. szosą B-306 przez okolice znanego ośrodka łyżwiarstwa szybkiego w Inzell. Na wysokości Siegsdorf wbiliśmy się na autostradę A-8 do Monachium. Potem obwodnica bawarskiej stolicy czyli A-99 i dalej szybka jazda na północ po kolejnych „autobanach”: A9 (523 km), obwodnica Berlina A-10 (96 km) i przygraniczna A-11 na resztkach drogiego paliwa (111 km). Do kraju wróciliśmy jak zwykle przez Kołbaskowo, więc ostatnie setki kilometrów spędziliśmy na krajówce A-6. Udało nam się dojechać do Gdańska jeszcze za dnia czyli około 21:00. Byliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni z własnych wyczynów. Zrealizowałem w 100 % ambitny plan opracowany zimą. W ciągu 16 dni przejechałem co prawda tylko 888 kilometrów, ale za to jakich! Zdobyłem w sumie 25 nowych wzniesień (19 przy asyście Darka) o łącznym przewyższeniu 26.543 metrów. W dobrym zdrowiu przetrwałem ciężki wyścig, rozgrywany w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Czas uzyskałem zgodny z oczekiwaniami. Miejsce może nie okazało się nazbyt rewelacyjne na tle całej stawki uczestników Gran Fondo, lecz z drugiej strony była to godna lokata pośród było nie było najtwardszych osób w porannym peletonie.  Niewątpliwie była to jedna z najtrudniejszych wypraw w moim życiu, pod względem sportowych wyzwań ustępująca tylko tej z czerwca 2008 roku. Tymczasem już za cztery tygodnia czekała mnie kolejna, nie mniej pasjonująca podróż.