banner daniela marszałka

Pila & Valnontey / Gran Paradiso

Autor: admin o sobota 10. Lipiec 2010

Jako się rzekło na weekend zostawiłem sobie główne dania z menu jakie miłośnikom rowerowej wspinaczki oferuje Dolina Aosty. Mam na myśli trzy wzniesienia, które w roli finałowych podjazdów znalazły się w przeszłości na trasach Giro d’Italia. Dwa z nich położone są w bezpośrednim pobliżu Aosty, więc w sobotni poranek udaliśmy się samochodem do poznanej poprzedniego wieczoru stolicy regionu. Tym razem jednak naszym celem nie była tamtejsza starówka, lecz południowa dzielnica miasta czyli Pont Suaz. Właśnie tam nad rzeką Dora Baltea stały niegdyś południowe wrota do rzymskiej twierdzy zwane Pons Suavis, zaś dziś bierze swój początek podjazd do stacji narciarskiej Pila. Wspinaczkę do tej stacji można rozpocząć również w położonej nieco dalej na zachód wiosce Gressan. Niemniej to właśnie, nieco trudniejsza z dwojga, wersja ze źródłem w Aoście gościła na Giro przy obu dotychczasowych okazjach. Mimo niewielkiego dystansu wyruszyliśmy bardzo wcześnie, a mianowicie około 8:40. Po przejechaniu 13 kilometrów byliśmy na miejscu czyli na dużym placu przy ulicy Strada Paravera, tuż przed zabudowaniami dolnej stacji kolejki górskiej na Pilę. Ustaliliśmy, że dokonamy dubeltowego ataku na tą stację. Ja w swoim stylu wybiorę się tam na rowerze, zaś Iwona korzystając z okazji spróbuje mnie uprzedzić wjeżdżając na górę w wagoniku startującej nieopodal kolejki linowej.

Wyruszyłem w drogę o godzinie 9:10 przy dość przyjemniej jeszcze temperaturze 26 stopni. Zaraz po starcie wjechałem na Strada Pont Suaz i minąłem duże rondo z wysoką rzeźbą, na którą składały się znaki przypominające litery chińskiego bądź japońskiego alfabetu. Następnie przejechałem pod autostradą A-5 Torino-Aosta i skończywszy pierwszy kilometr dotarłem do ronda z fontanną, której wody zdawały się wytryskiwać z wnętrza góry. W tym miejscu z widokiem na ładniutki kościółek i trattorię LimOnet zaczyna się przeszło 18-kilometrowy podjazd do Pili. Jak już wspomniałem dwukrotnie ścigali się na nim uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1987 roku podczas przedostatniego (21-wszego) etapu edycji wygranej przez Irlandczyka Stephena Roche’a. Ten 252-kilometrowy odcinek ze startem w Como wygrał Szkot Robert Miller, który na finiszu o trzy sekundy wyprzedził wspomnianego triumfatora całego wyścigu oraz hiszpańskiego Baska Marino Lejarretę. Niemniej kolejni na mecie Włoch Flavio Giupponi i Holender Erik Breukink stracili już ponad dwie minuty, dzięki czemu Szkot zabrał drugie miejsce w „generalce” Holendrowi. Pięć lat później na osiemnastym 260-kilometrowym etapie ze startem w Saluzzo liderzy wyścigu pojechali na remis. Tym razem w głównych rolach wystąpili górscy harcownicy. Etap wygrał Niemiec Udo Bolts z przewagą 1:38 nad Baskiem Ramonem Gonzalezem-Arrietą. Kilkanaście sekund później linię mety przekroczyli główni aktorzy tego wyścigu czyli Włosi: Franco Chiocciolli i Claudio Chiappucci (maglia verde), Bask Miguel Indurain (maglia rosa), Rosjanin Paweł Tonkow (maglia bianca) i kolejny Włoch Marco Giovanetti.

Podjazd, który mnie teraz czekał podzielić można na dwie zasadnicze części. Dolna połówka została wybudowana w okresie międzywojennym, zaś górna już w latach pięćdziesiątych. Na pierwszych dziewięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi 7,7 %, zaś w górnej części już tylko 6,4 %. Ale po kolei. Po wyjechaniu z Pont Suaz delikatnym łukiem skręciłem w prawo i jeszcze na pierwszym kilometrze przejechałem przez wioski: Ampaillant i Girada. Nieco dalej droga stała się kręta, zaś pnącą się po serpentynach szosę przecinała w kilku miejscach linia wspomnianej kolejki górskiej. Stąd zadzierałem głowę w niebo by dojrzeć czy w którymś z wagoników nie śmiga ku górze Moja Miła. Po wyjechaniu z krótkiego leśnego odcinka wjechałem na ulice Charvensod, gdzie po przejechaniu 2800 metrów minąłem budynek magistratu. Początki trzeciego i czwartego kilometra miały średnie nachylenie ponad 9 %, więc zmieniłem startowe przełożenie 39-21 na bardziej stosowną w tak trudnych warunkach terenowych kombinację 39-24. Za Charvensod na dłuższy czas wjechałem w tereny zalesione, gdzie z początkiem piątego kilometra zaczęła się kolejna seria serpentyn. Ogółem pierwsze cztery kilometry miały średnie nachylenie 6,8 % przy maximum niespełna 12 %. Wyraźnie trudniejsza okazała się jednak druga „ćwiartka” tzn. odcinek 5200 metrów do osady Champe, który miał średnie nachylenie 8,1 % i max. dwukrotnie szybujące ponad 13 % na początku dziewiątego kilometra. Niemniej Przy niejako za całokształt za najtrudniejszy na całym podjeździe należy uznać fragment 2500 metrów od początku szóstego do połowy ósmego kilometra o średniej 9,3 %.

Za Champe droga się uspokoiła. Dziesiąty kilometr trzymał jeszcze na przyzwoitym poziomie 6,1 %, lecz na kolejnych 2500 metrów było już tylko 3,9 %. Dlatego mogłem sobie pozwolić na twardsze przełożenia tzn. 39-19, a nawet 39-17 na odcinku bezpośrednio za Peroulaz. Minąłem tu dobrze widoczną z Aosty pośrednią stację kolejki górskiej. Sielanka skończyła się na sześć kilometrów przed szczytem u zbiegu mojego szlaku z alternatywą biorącą swój początek w Gressan. Po przejechaniu jeszcze 1500 metrów dotarłem do wiaduktu nad stacją tramwajową w Eaux-Froides. Bardzo urozmaicona pod względem technicznym trzecia „ćwiartka” wzniesienia czyli 4800 metrów z Champe do Acqua Fredde miała średnie nachylenie 6,1 %, przy max. ponad 11 %. Do pokonania zostało mi jeszcze 4200 metrów solidnej wspinaczki na średnim poziomie 7,2 %. W Pili na długiej i łatwej prostej Iwona uchwyciła mnie w akcji. Wjazd na szczyt kolejką zajął Jej niespełna 40 minut. Przejechawszy przez centrum zdecydowałem się kontynuować podjazd i wjechałem w ciemny tunel prowadzący do górnej części tego ośrodka. W półmroku przejechałem trudne siedemset metrów z maksymalną stromizną powyżej 11 %. Po wydobyciu się na światło dzienne do końca asfaltowej nawierzchni miałem już tylko 150 metrów. Zatrzymałem się na placu przed nieczynną stacją kolejki górskiej po pokonaniu 18,21 kilometra. Wobec przewyższenia 1303 metrów góra ta miała średnie nachylenie 7,15 %. Na jej pokonanie potrzebowałem 1 godzinę 13 minut i 12 sekund, jadąc ze średnią prędkością 14,926 km/h przy wartości VAM 1068 m/h. Po chwili na odsapnięcie i zrobienie kilku zdjęć bardzo ostrożnie zjechałem przez tunel do centrum gdzie spotkałem Iwonkę ucieszoną kupnem okolicznościowej żabki-wieszaka. Odpocząłem przez kwadrans, po czym umówiliśmy się na spotkanie przy samochodzie za trzy kwadranse. Do Aosty dojechałem około 11:35.

Naszym pierwszym zadaniem po odpaleniu auta było jego zatankowanie, aczkolwiek nie chcieliśmy tego czynić na pierwszej-lepszej stacji samoobsługowej. Od czwartkowego popołudnia wskaźnik ilości paliwa zachowywał się mocno podejrzanie tzn. niezmiennie wskazywał, iż mamy zapas benzyny wystarczający na pokonanie 95 kilometrów. Tymczasem okazało się, iż po mieście jeździliśmy już dosłownie na oparach. Najedliśmy się strachu gdy samochód odmówił nam współpracy i zaczął sygnalizować problemy z akumulatorem. Wielkie szczęście w nieszczęściu, iż stało się to na terenie jednej ze stacji przez co skończyło się na ledwie paru metrach pchania auta. Po zatankowaniu próbnej dawki 15 litrów moja Kia odżyła i wielki kamień spadł mi z serca. Do podnóża kolejnej góry czyli miasteczka Aymavilles mieliśmy tylko osiem kilometrów wybrawszy drogę regionalną SR-20. Niemniej zdecydowaliśmy się skręcić w SR-47 i zatrzymać się 20 kilometrów dalej w Cogne u wrót najstarszego włoskiego Parku Narodowego – Parco Nazionale di Gran Paradiso. Został on ustanowiony w 1922 roku i dziś obejmuje obszar 711 km2 na terenie Doliny Aosty i Piemontu (prowincja Turyn) wokół górskiego masywu Gran Paradiso, którego najwyższy szczyt sięga aż 4061 metrów n.p.m.

Dzięki temu już w drodze mogłem sobie obejrzeć górę przed jej skosztowaniem. Gdy na kwadrans przed trzynastą zatrzymaliśmy się w Cogne termometr pokazał nam aż 37 stopni. Podjazd pod Pilę wyssał ze mnie niemało energii, a tu tymczasem drugie danie miałem przetrawić w najgorętszej porze dnia. Na moje szczęście góra ta miała być stosunkowo lekkostrawna. Na trasie Giro d’Italia podjazd do Valnontey-Gran Paradiso pojawił się tylko raz w 1985 roku. Wówczas na długo przed ubiegłorocznym etapem z Chieti na Blockhaus organizatorzy Giro wymyślili sobie ultra-krótki górski etap ze startu wspólnego. Osiemnasty odcinek tego wyścigu rozpoczął się w Saint-Vincent i liczył zaledwie 58 kilometrów. Na mecie z bezpieczną przewagą nad rywalami triumfował Amerykanin Andy Hampsten, jeżdżący w barwach debiutującej na szosach Europy grupy 7 Eleven-Hoonved. Równo minutę stracił do niego kolejny zawodnik zza Atlantyku Kolumbijczyk Reynel Montoya, zaś trzeci ze stratą 1:04 był walczący o piąte miejsce w „generalce” Bask Marino Lejarreta. Tego dnia Francuz Bernard Hinault obronił różową koszulkę lidera przed zakusami faworyta gospodarzy Francesco Mosera i mógł być już prawie pewien swego trzeciego generalnego zwycięstwa w tym wyścigu.

Zacząłem od spokojnego zjazdu do Aymavilles. Zatrzymałem się w pobliżu tamtejszego magistratu, przy rondzie u zbiegu dzielnic Chef-Lieu oraz Glassier. Wystartowałem kwadrans przed czternastą przy obezwładniającej temperaturze 36 stopni. Po przejechaniu 1100 metrów minąłem białą sylwetkę zamku z czteroma wieżami, którego historia sięga roku 1278. Pierwsze cztery kilometry okazały się ponadprzeciętnie trudne na tle całego wzniesienia, stąd już po przejechaniu półtora kilometra wrzuciłem tryb „24”. Druga połowa trzeciego kilometra, tuż przed wioską La Poyaz trzyma na poziomie 9,8 %. Natomiast żaden z pierwszych ośmiu półkilometrowych odcinków nie schodzi poniżej poziomu 6,4 %. Kolejne półtora kilometra jest już znacznie łatwiejsze, więc pierwsze 5500 metrów ma średnie nachyleniu 6,5 % i max. ponad 11 % pod koniec pierwszego kilometra. Następnie mogłem zupełnie odpocząć na kilometrowym zjeździe ku Ponte di Chevril, na którym straciłem 43 metry z wcześniej „zdobytej” wysokości. Przyznam, że na widok tego rodzaju luźnych kawałków ma zawsze mieszane uczucia. Z jednej strony to okazja do wytchnienia, lecz z drugiej taki fragment wybija z rytmu wspinaczki i zmusza do odrobienia wysokości. Poza tym taki mini-zjazd niewątpliwie fałszuje dane konkretnej wspinaczki.

Na Ponte di Chevril przejechałem na lewy brzeg rwącego potoku Grand Eyvia. Po wspomnianym zjeździe czekały mnie teraz trzy solidne kilometry do wioski Vieyes o średnim nachyleniu 6,2 %, znacznie trudniejszy w swej pierwszej części. Około dziesiątego kilometra mignął mi po prawej ręce głośny niczym wodospad potok Nomenon. W środkowej części podjazdu pokonałem serię niezbyt stromych czy długich tuneli oraz galerii, z których najdłuższa miała 350 metrów. Jedyną niedogodnością był fakt, że niektóre tunele były nieoświetlone. Po przejechaniu 13,8 kilometra dojechałem do Ponte di Laval i wróciłem na prawy brzeg Grand Eyvia. W tym miejscu podczas wcześniejszego zjazdu napotkałem trójkę amatorów raftingu szykujących się do szalonej szarży na swym pontonie. Ogółem odcinek 7300 metrów między dwoma mostami miał średnie nachylenie 5,2 %. W zasadzie najtrudniejszą część podjazdu miałem w tym momencie za sobą. Kolejne pięć kilometrów z krótkim wyjątkiem w Epinel były na tyle łatwe, iż mogłem sobie pozwolić na skorzystanie z przełożeń 39-19, 39-17, a nawet 39-15. Po przejechaniu 19 kilometrów byłem już w Cogne i minąłem rondo z narciarzami, za którym skrywał się parking, na którym zostawiliśmy nasz samochód. Pojechałem prosto przez Avenue GF Cavagnet i Rue Bourgeois ku centrum miasteczka. Tam czekała na mnie niemiła niespodzianka tzn. 400 metrów wytrącającej z rytmu kostki, przy niebagatelnym nachyleniu 7 %. Tym niemniej odcinek 5700 metrów od Ponte di Laval do centrum Cogne za sprawą skromnej stromizny 3,5 % przejechałem ze średnią prędkością 23,1 km/h.

Wyjeżdżając z Cogne, przy hotelu Sant’Orso skręciłem w prawo na Rue Grand Paradis, gdzie po chwili skończył się uprzykrzający jazdę bruk. Z tego miejsca do końca wspinaczki brakowało mi jeszcze 2800 metrów. Pierwsze półtora kilometra było łatwe i przyjemne. Do ostatniego wysiłku zmusiło mnie dopiero kolejnych 800 metrów, zaś ostatnie pół kilometra posłużyło już tylko za teren do szybkiego finiszu. W sumie cała końcówka miała mocno umiarkowane nachylenie rzędu 4,8 %. Wspinaczkę zakończyłem na drewnianym mostku w centrum Valnontey po pokonaniu 22,18 kilometra w czasie 1 godziny 9 minut i 19 sekund czyli ze średnią prędkością 19,198 km/h. Ponieważ góra ta ma 1023 metry przewyższenia przy wspomnianym dystansie przekłada się na skromną stromiznę 4,61 %. Ta wartość znakomicie tłumaczy bardzo wysokie jak na Alpy tempo tej wspinaczki. Z kolei wskaźnik VAM przy tylu łatwych odcinkach zgodnie z przewidywaniem był kiepski i wyniósł tylko 885 m/h. Na szczycie też panował upał – 32 stopnie. Po chwili oddechu przejechałem na lewy brzeg potoku i wspiąłem się do położonego na pobliskim wzgórzu hotelu Paradisia. Zawróciwszy do Valnontey wśród rzeszy pieszych turystów bez trudu znalazłem osoby chętne do strzelenia mi fotek w strategicznie wybranych miejscach. Do Cogne zjechałem kwadrans po piętnastej. Mój Anioł Cierpliwości po zwiedzeniu miasteczka próbował jakoś zabić czas kończąc lekturę „Millenium”.

Podczas zjazdu do Aymavilles napotkaliśmy pierwszy od wjazdu do Włoch, acz wciąż bardzo nieśmiały i przelotny deszczyk. Wjechawszy w dolinę postanowiliśmy odpuścić sobie wcześniej planowaną moto-wycieczkę na legendarną przełęcz Colle del Gran San Bernardo. Zdobyłem ją rok wcześniej od szwajcarskiej strony i dlatego nie znalazła się ona na mej kolarskiej „liście życzeń” podczas tegorocznej wyprawy. Do Nus wróciliśmy kwadrans po szesnastej, dzięki czemu mogliśmy obejrzeć drugie zwycięstwo etapowe Sylvaina Chavanela na trasie „Wielkiej Pętli”. Dzięki sukcesowi na jurajskim odcinku z metą w Station des Rousses Francuz z Quick Stepu odzyskał prowadzenie w Tour de France. Późnym popołudniem podjechaliśmy do pobliskiego Fenis. Niestety główna atrakcja tego miasteczka czyli zamek o tej porze był już zamknięty. Zwiedzanie na nim jest przewidziane do godziny 18:30. Dlatego musieliśmy odłożyć naszą wizytę na niedzielne popołudnie. W tej sytuacji poprzestaliśmy na spacerze po cichutkiej mieścinie, konsumpcji wyśmienitych włoskich lodów i zbiorze okazałych alpejskich szyszek. W ten sposób nareszcie spełniłem majową prośbę mojej siostry, która z owych gigantów chciała zrobić świąteczne stroiki do swego przedszkola.