banner daniela marszałka

Saint-Barthelemy & Breuil-Cervinia

Autor: admin o niedziela 11. Lipiec 2010

W niedzielę moim najważniejszym wyzwaniem miał być blisko 30-kilometrowy podjazd do stacji narciarskiej Breuil-Cervinia – na wysokość dwóch tysięcy metrów, u podnóża Matterhornu. Ale to nie wszystko. Jak w każdy inny dzień naszego krótkiego pobytu w Valle d’Aosta między porankiem a wieczorem chciałem pokonać dwa solidne wzniesienia. Podjazd pod Breuil-Cervinia zaczyna się kilkaset metrów przed wioską Chatillon. Dokładnie zaś na rondzie, z którego od drogi krajowej SS-26 uchodzi w kierunku północnym regionalna SR-46. Opracowując plan całej wyprawy do pary z Cervinią dobrałem sobie podjazd pod przełęcz Col de Joux (1640 m. n.p.m.). Można ją zdobyć od południa rozpoczynając wspinaczkę w Verres lub od zachodu startując z Saint-Vincent, gdzie w 1987 roku zakończyło się Giro d’Italia wygrane przez Stephena Roche’a. Jednak najistotniejszy był fakt, iż to niespełna 5-tysięczne miasteczko leży ledwie 3,5 kilometra od wspomnianego ronda. Dlatego planowałem dojazd samochodem do Saint-Vincent, podjazd pod Col de Joux, zaś po zjeździe i krótkim odcinku w dolinie jako główne danie wspinaczkę do Breuil-Cervinia. Tym niemniej panująca na miejscu upalna pogoda w ostatniej chwili skłoniła mnie do rewizji tych planów. Nie miałem ochoty na kolejny kilkugodzinny etap pod piekącym włoskim słońcem.

Zdecydowałem się rozbić swą niedzielną jazdę na dwa podetapy: przedpołudniowy i wieczorny. Natomiast najgorętszą porę dnia chciałem spędzić znacznie spokojniej i przyjemniej. To znaczy w towarzystwie Iwony – najpierw pod dachem La Vieux-Sapin w Nus, zaś nieco później na zamku rodu Challant w pobliskim Fenis. Zmieniając rozkład dnia zrobiłem też podmiankę w swoim sportowym programie na niedzielę. Zrezygnowałem z odwiedzin bywałej na trasach Giro przełęczy Col de Joux. Za podszeptem swej Pani Menadżer zaserwowałem sobie w jej miejsce wspinaczkę doliną Saint-Barthelemy do strefy piknikowej Porliod (1896 m. n.p.m.). Zresztą mieszkając w Nus przez pięć dni wypadało mi zbadać atrakcyjną ofertę własnego podwórka. Wzniesienie świętego Bartłomieja brało bowiem swój początek niemal pod oknami naszego apartamentu. Podobnie jak w przypadku czwartkowej zamiany Cascata del Toce na Champorcher również ta roszada oznaczała podniesienie sobie poprzeczki wyzwania. Od autorów „Passi e Valli in Bicicletta – Valle d’Aosta”, szczegółowo analizujących trudy poszczególnych wzniesień, Col de Joux otrzymało szkolne oceny „cztery minus” w wariancie od Verres i „trzy” w wersji od Saint-Vincent. Tymczasem Saint-Barthelemy wycenione zostało na „cztery plus” przy starcie w Quart-Villefranche i aż na „pięć minus” z początkiem w naszym Nus. Dla porównania z ośmiu innych wzniesień, które przejechałem w tym regionie tylko San Carlo dostało wyższą notę, zaś dwa inne: Champorcher i Druges identyczną.

Co prawda podjazd ten nigdy nie znalazł się na trasie Giro d’Italia, ale i bez tego rodzaju „tytułu szlacheckiego” stanowi wielce ciekawe wyzwanie. Poza tym jak się wkrótce okazało pojawił się on półtora miesiąca później na trasie czwartego etapu Giro delle Valle d’Aosta. Aczkolwiek młodzi podjeżdżali na tym wyścigu tylko do poziomu Lignan tj. na wysokość 1619 metrów n.p.m., startując z Quart-Villefranche aby następnie zjechać do Nus. Ja miałem sposobność poznania tej góry w całej okazałości i to z trudniejszej strony. Zgodnie z planem wyjechałem z naszego podwórka o poranku. Na początku podobnie jak w piątek zjechałem 300 metrów do styku Via Champagne z krajówką SS-26. Tam zatrzymałem się, zrobiłem dwa zdjęcia okolic startu i jak pokazuje wykres z licznika dokładnie o 8:41 rozpocząłem podjazd pod Saint-Barthelemy. W trakcie ośmiu lat swoich podróży chyba jeszcze nigdy nie rozpoczynałem tak wcześnie swobodnej górskiej przejażdżki. Oczywiście zdarzało mi się zrywać na nogi nawet o brzasku, ale każdorazowo było to uzasadnione narzuconą przez organizatorów tego czy innego wyścigu (rajdu) wczesną porą masowego startu. Tym razem sam sobie zgotowałem ten los, chcąc przede wszystkim uniknąć południowego skwaru. Dzięki temu mogłem wystartować przy znośnej temperaturze 24 stopni. Po 220 metrach skręciłem z Via Aosta na naszą Via Saint-Barthelemy, zaś po trzystu minąłem podwórko i garaże przed Bed & Breakfast „La Vieux-Sapin”.

Dość szybko wyjechałem z naszego miasteczka wspinając drogą SR-36 w kierunku Marsan. Jeszcze przed tą wioską czyli po przejechaniu 2,3 kilometra minąłem zjazd ku Messigne. Miałem trzymać się drogi do otwartego w 2003 roku Obserwatorium Astronomicznego. Pod wieloma względami początek wzniesienia przypominał mi położony po tej samej stronie głównej doliny podjazd pod Saint Pantaleon. Rozpocząłem na przełożeniu 39-21, lecz już po dwóch kilometrach po raz pierwszy wrzuciłem umożliwiający bardziej płynne kręcenie tryb 24. Na początku szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Petit-Fenis, zaś w połowie siódmego dotarłem do Blavy. Pierwsze 6,6 kilometra miało średnie nachylenie 7,7 %. W sumie aż pięć z trzynastu półkilometrowych odcinków pięło się przy nachyleniu minimum 9 %, a największa stromizna przekroczyła 11 %. Dalej było równie ciężko. Dla przykładu cały ósmy kilometr na tej górze nachylenie aż 9,8 %. Tego rodzaju stromizna skończyła się dopiero przy zjeździe ku Praille czyli po przejechaniu 8,2 kilometra. Na kolejnych trzech kilometrach było znacznie przyjemniej, a co za tym idzie szybciej. Mogłem wrzucić przełożenie 39-19, zaś na płaskim początku jedenastego kilometra nawet 39-17. Łatwizna skończyła się po przebyciu 11,2 kilometra, kiedy dojechałem do mostku nad potokiem Saint-Barthelemy, który w tym miejscu mknął w dół ze schodka na schodek. Mimo łatwiejszych fragmentów owe 4600 metrów za Blavy miało średnie nachylenie 6,7 % i max. ponad 11 % w połowie wspomnianego ósmego kilometra.

Przejechałem na prawy brzeg potoku i przez kolejne półtora kilometra musiałem się zmagać z bodaj najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia o średniej około 10 %. Minąłem turystów na trekkingowych rowerach i przejechałem przez niemal bezludne okolice Les Fabriques. Łatwiej zrobiło się dopiero na kilkaset metrów przed zjazdem ku Praz (13,1 km). Trzymając się swego szlaku wziąłem zakręt o 180 stopni, aby po łagodnej serpentynie pojechać ku Issologne (13,6 km). Tuż przed tą wioską moim oczom ukazało się rusztowanie rodem z miejskiej budowy, które zmontowano aby wykonać prace mające zabezpieczyć drogę przed osuwiskami skalnymi. Przeszło dwukilometrowy odcinek z Issologne do Lignan (15,7 km) niemal w całości sprzyjał szybszej jeździe. Przed dojazdem do tej drugiej miejscowości zawahałem się na moment nie wiedząc, którą opcje drogi wybrać na rozjeździe. Decyzje podjąłem „w locie” i jak się okazało skręt w prawo był dobrym wyborem. W wiosce tej panowało spore poruszenie. Mieszkańcy zdawali się szykować do jakiegoś festynu lub zawodów sportowych. Dzięki łatwiejszej końcówce odcinek 4500 metrów od mostu nad kaskadą do Lignan miał średnie nachylenie tylko 6,2 % i max. ponad 11 % w Les Fabriques.

Przejechawszy przez centrum Lignan skręciłem w lewo, gdzie już na wyjeździe z wioski droga stała się węższa o połowę. Po kilkuset metrach dotarłem do wioski Saquignod, gdzie minąłem pasterza z owczarkami i pokaźne stado krów pasących się na przydrożnej łące. Chwilę później zrobiło mi się nadspodziewanie ciężko. Niemniej fakt, iż początek osiemnastego kilometra miał średnie nachylenie 10,2 % i max. 15 % był tylko jednym z powodów. W pobliżu Venoz, Le Cret (17,6 km) wręcz musiałem się zatrzymać. Myślałem, że przebiłem gumę lub pękła mi szprycha w tylnym kole. Tymczasem okazało się, że zacisk za słabo trzymał, koło zaczęło chodzić na boki i ocierać się najpierw o klocki hamulcowe, zaś z biegiem czasu również o tylny widelec. Jeszcze chwila i zupełnie by się wypięło. Szczęście w nieszczęściu, że zdałem sobie z tego sprawę w takim momencie, zaś naprawa usterki zajęła ledwie pół minuty. Po ponownym starcie miałem do pokonania jeszcze tylko trudne kilkaset metrów pod koniec dziewiętnastego kilometra, lecz w sumie końcowe 4100 metrów miało umiarkowaną średnią na poziomie 6,7 %. Wspinaczkę zakończyłem na parkingu przed strefą piknikową Porliod. Kończył się tu asfalt, zaś zaczynały szlaki do pieszej wędrówki po górskich bezdrożach. Dystans 19,8 kilometra o przewyższeniu 1357 metrów i średnim nachyleniu 6,85 % przejechałem w czasie 1 godziny 17 minut i 37 sekund (odliczywszy sekundy stracone na postoju). Oznacza to, iż jechałem ze średnią prędkością 15,305 km/h i wykręciłem VAM na umiarkowanym w swojej skali poziomie 1049 m/h.

Zjazd rozpocząłem przy przyjaznej temperaturze 25 stopni i kontynuowałem przy lekko zachmurzonym niebie. Przed Saquinod natknąłem się na blokadę w postaci krowiego peletonu, zaś w Lignan na gęstniejący tłum ludzi, coraz więcej samochodów oraz nadzorujących całe to zamieszanie karabinierów. Na przystanku przy kaskadach mogłem się poczuć jak miejscowy kolarz-amator, gdy jadący ku górze kierowca zapytał mnie czyli przybysza z oddali o drogę na imprezę Lignan. Na podwórko przed La Vieux-Sapin dotarłem około 11:10. Same plusy – dzień był jeszcze młody, a jeden cel już został osiągnięty. Odpocząłem nieco ponad godzinkę i około wpół do pierwszej pojechaliśmy zwiedzać zamek w Fenis. Okazało się, że cieszy się on na tyle dużą popularnością, iż musieliśmy poczekać na naszą kolejkę. Zwiedzanie odbywa się w 25-osobowych grupach, które przechadzkę po kompleksie zamkowych ruszają co 30 minut w towarzystwie przewodnika. Listy na dwa najbliższe kursy lista były już zamknięte i na nasza kolei musieliśmy poczekać do czternastej. Spędziliśmy ten czas delektując się lodami i mrożoną kawą w pobliskim barze, a także oglądając prowadzany pod zamkiem kurs samoobrony. Pierwsza wzmianka o zamku w Fenis pochodzi z roku 1242. W przeciwieństwie do innych budowli tego rodzaju nie został on wybudowany w niedostępnym miejscu, lecz na szczycie łagodnego pagórka. Za czasów największej świetności rodu Challant w latach 1340-1420 został on rozbudowany i przybrał ostateczny kształt z podwójna linią murów obronnych i wieżami w każdym z pięciu rogów warowni. We władaniu tej hrabiowskiej rodziny (wasali Książąt Sabaudzkich) pozostał do 1716 roku. Niestety na terenie zamku zdjęcia można było robić tylko na zewnętrznym dziedzińcu, stąd obrazy tamtejszych komnat, zbrojowni, sali sądowej czy drewnianych balkonów zachować możemy tylko we własnej pamięci.

Po powrocie do Nus włączyłem telewizor aby obejrzeć relację z ósmego etapu Tour de France. Byliśmy świadkami początków końca Lance’a Armstronga. Na etapie do Morzine-Avoriaz wielki „Boss” wyraźnie nie miał swojego dnia. Brał udział w niemal każdej możliwej kraksie i jeszcze przed finałowym wzniesieniem stracił kontakt z czołową grupą. Niemniej chcąc nie tylko zdobyć, ale i dokładnie obfotografować podjazd do Breuil-Cervinia nie mogłem czekać do końca tej relacji. Kwadrans po piątej wyszliśmy z domu, aby pojechać do Cervini. Zdecydowałem się powtórzyć nasz manewr z Oropy i Cogne czyli wjazd samochodem na górę. Słynny kurort Breuil-Cervinia zdał mi się lepszym miejscem do spędzenia wolnego czasu niż położona w dolinie wioska Chatillon. Chciałem by Iwona mogła ciekawie spędzić ponad dwie godziny naszej „przymusowej” rozłąki. Z Nus pod Matterhorn mieliśmy 38 kilometrów, z czego początek po krajówce SS-26 i resztę na regionalnej drodze SR-46. Gdy za wspomnianym rondem przed Chatillon rozpoczęliśmy podjazd do Breuil-Cervinia zna przeciwka mijała nas istna rzeka różnej, niekiedy bardzo wysokiej, klasy samochodów. Ot włoska klasa średnia wracała z niedzielnego pikniku pośród alpejskich łąk. Na górę wjechaliśmy kilka minut po osiemnastej. Mimo wspomnianego odpływu gości na miejscu mieliśmy nieco kłopotów ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ostatecznie musieliśmy się cofnąć dwieście metrów i zostawić samochód na największym z tutejszych postojów nieopodal hotelu Edelweiss. Długi zjazd, na którym rozkręcałem się do 66-68 km/h zajął mi niemal godzinę z uwagi na liczne foto-przystanki.

Zatrzymałem się przy rondzie, którego ozdoba znakomicie zdradza cel podróży każdemu z turystów, który zdecyduje się odbić w lewo i ruszyć w górę doliny Valtournenche. Jest nim makieta o charakterystycznym kształcie szczytu Matterhorn. Dwukrotnie u podstawy tej góry wyznaczano finisz etapów Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1960 roku na dwunastym odcinku ze startem w Asti, kiedy to podjazd ten należało zrobić w pełnym 27-kilometrowym wymiarze. Po długiej ucieczce z bezpieczną przewagą aż 3:47 wygrał wówczas harcownik Aldo Kazianka. Za jego plecami ramię w ramię finiszowała najlepsza piątka tego wyścigu tzn. Gastone Nencini (nr 2), Jacques Anquetil (nr 1), Imerio Massignan (nr 4), Joseph Hoevenaers (nr 5, lecz tego dnia jeszcze lider) oraz Charly Gaul (nr 3). Po przeszło trzech dekadach wyścig wrócił w te strony na znacznie dłuższym i trudniejszym 240-kilometrowym odcinku nr 14 ze startem w Racconigi, lecz finałowe wzniesienie liczyło sobie „tylko” 19 kilometrów. Na przetarcie kolarze musieli bowiem pokonać wspominane przeze mnie podjazdy pod Champremier i Saint Pantaleon, gdzie zaczęła się cała zabawa. Na górze triumfował Ivan Gotti z przewagą 39 sekund na Nicolą Micelim i 1:20 nad Stefano Garzellim. Pokonany „obrońca tytułu” Paweł Tonkow przejechał linię mety w towarzystwie: Jose Jaime Gonzaleza, Leonardo Piepolego, Aleksandra Szefera i Axela Merckxa ze stratą 1:46. W ten sposób stracił różową koszulkę lidera, którą zdobył trzeciego dnia wyścigu, po wygraniu czasówki do San Marino. Jest i polski akcent w kolarskiej historii tego wzniesienia. Sylwester Szmyd zapewnił tu sobie miejsce na trzecim stopniu podium Giro delle Valle d’Aosta w edycji z 2000 roku, wygranej przez Ukraińca Jarosława Popowicza.

Podjazd do Breuil-Cervinia (2006 m. n.p.m.) niewątpliwie zaliczyć należy do grona trudnych, choćby tylko przez samą długość i przewyższenie. Aczkolwiek średnie nachylenie ma ledwie umiarkowane, za sprawą kilku odcinków „falsopiano”. Na samym dole mocno kręcił wiatr. Wystartowałem na przełożeniu 39-21, nie luzując ani na moment do połowy wzniesienia. Po przejechaniu 2800 metrów minąłem zabudowania fabryczki aluminium w Champlong. Początek czyli 7,6 kilometra do miasteczka Antey-Saint-Andre trudno wyczuć. Teoretycznie stromizna jest tu umiarkowana – 6,1 %. Niemniej natknąć się tu można także na dwa półkilometrowe odcinki o nachyleniu ponad 8 % i tyleż samo powyżej 9 %, na początku drugiego i końcu piątego kilometra. Po przejechaniu ośmiu kilometrów minąłem skręt w lewo ku wiosce Torgnon i leżącej za nią przełęczą Saint Pantaleon. W tym miejscu podjazd mocno poluzował, by utrzymać się na poziomie poniżej 5 % aż do końca dwunastego kilometra. Po raz pierwszy na tej górze mogłem użyć przełożeń 39-19 i 39-17. Potem trzeba było zmienić rytm jazdy, gdyż końcówka trzynastego i cały czternasty kilometr przytrzymały na poziomie 8-9 %. Dlatego też niedługo po tym jak śmigałem z prędkością 27-30 km/h poczułem się zmuszony wrzucić miękkie przełożenie 39-24 aby zmęczyć ten odcinek w tempie 13-14 km/h. Ponownie mogłem odpocząć dopiero gdy minąłem czerwony domek pszczelarza. Po chwili dojechałem do sztucznego jeziora Mayen, z którego zasobów wodnych korzysta miejscowa elektrownia. Jadąc wzdłuż brzegów jeziora znów miałem odpust czyli bardzo łatwy piętnasty i nieco trudniejszy szesnasty kilometr. Tu mogłem nawet skorzystać z „płaskiej kombinacji” 53-15. Ta faza podjazdu skończyła się na moście ponad potokiem Marmore (15,8 km) i na dystansie 8,2 kilometra miała skromne nachylenie 4,3 %.

Na kolejny łatwy kawałek musiałem poczekać do samego końca podjazdu. Kolejne siedem kilometrów nie należało bowiem do najłatwiejszych. Zaczęło się od kolejnej serii serpentyn. Następnie czekały mnie dwa ciężkie odcinki na poziomie powyżej 9-10 % pod koniec siedemnastego i osiemnastego kilometra. Na kilometr przed dojechaniem do Valtournenche-Paquier raz jeszcze skorzystałem z przełożenia 39-24. Za miasteczkiem mogłem powrócić do zasadniczego na tej górze trybu „21”. Na nim przejechałem wymagające dwa kilometry przed Parreres o średniej od 7,4 do 8,2 %, które kończyły się trzecią i ostatnią seria zakrętów oraz wjazdem w tunel. Pięć kilometrów między Mayen a Parreres można uznać za najtrudniejszą kwartę całego wzniesienia. Miała ona średnie nachylenie 6,8 %, przy dwukrotnym maksimum + 11 % na przełomie dwudziestego drugiego i trzeciego kilometra. Do szczytu pozostały mi już ponad cztery kilometry, z czego półtora na solidnym poziomie 7,2-7,4 %. Po przejechaniu 24,5 kilometra skończyły się jakikolwiek problemy. Na ostatnich 2400 metrach stromizna ani na moment nie przekracza już 5 %. Minąłem Lago Bleu czyli małe oczko wodne o specyficznym, seledynowym kolorze. Wraz z początkiem ostatniego kilometra wjechałem w pięćsetmetrowy tunel. Końcówka na poziomie 3 % umożliwiła mi finisz z prędkością niemal 30 km/h. Skończyłem po przejechaniu via Guido Rey wyjeżdżając wprost na plac przed kościółkiem Santa Maria Regina della Valle d’Aosta. Na swoją Iwonkę znów mogłem liczyć niczym na Zawiszę, podobnie jak w Oropie czy Pili znów złapała mnie na finiszu swym Canonem.

Gdy około 20:45 dotarłem do szczytu w Breuil-Cervinia robiło się już szaro, zaś temperatura spadła do 15 stopni. Biorąc pod uwagę późną porę dnia i sporą wysokość bezwzględną było i tak relatywnie ciepło. Ten największy w programie całej wyprawy podjazd miał długość 26,98 kilometra o przewyższeniu 1477 metrów i średnim nachyleniu 5,47 %. Na jego pokonanie potrzebowałem przeszło półtorej godzinę, a dokładnie 1h 30 minut i 18 sekund. Jechałem ze średnią 17,926 km/h, zdobywając przewyższenie w tempie 981 m/h. Wysoka prędkość i niski VAM były do przewidzenia, można na górze, gdzie aż dziesięć półkilometrowych odcinków miało nachylenie nie wyższe niż 3 %. Podczas gdy ja wspinałem się na rowerze, Iwona spacerując po Cervini fotografowała uroki tego kurortu. Przede wszystkim zaś próbowała uwiecznić na zdjęciu wierzchołek Matterhorn, który jednak uparcie chował się przed nią w chmurach. Gdy spotkaliśmy się na górze w dalekim RPA zaczynał się właśnie finałowy mecz o Mistrzostwo Świata w piłce nożnej pomiędzy Hiszpanią a Holandią. Na zjeździe do Chatillon w odgłosach dobiegających z mijanych przez nas hoteli i barów dało się wyczuć atmosferę panującą wokół relacji z tego widowiska. Gdy już po zmroku wróciliśmy do naszego lokum w Nus Andres Iniesta, Arien Robben i spółka biegali po boisku już od 60 minut. Niemniej biorąc pod uwagę, iż mecz ten zakończył się dogrywką można powiedzieć, że zdążyliśmy na drugą połowę tej wielkiej rozgrywki. Tego wieczoru cała Hiszpania płakała ze szczęścia, Holandia po raz trzeci w historii obeszła się smakiem, ja zaś miałem w nogach najdłuższy i najtrudniejszy dzień lipca na rowerze czyli 93,7 kilometra o łącznym przewyższeniu 2690 metrów.