banner daniela marszałka

Colle dei Morti (Fauniera)

Autor: admin o czwartek 15. Lipiec 2010

Po środowej wspinaczce na Polanę Króla, w swym programie na czwartek miałem wyprawę na Przełęcz Umarłych. Nazwa tego miejsca jakby żywcem wzięta ze stron najsłynniejszej powieści J.R.R. Tolkiena. Moim wyzwaniem na dzień 15 lipca była Colle dei Morti (2481 metrów n.p.m.), w kolarskim światku znana lepiej jako Colle della Fauniera. Przełęcz wzięła swą nazwę od krwawej potyczki, którą w XVII wieku miejscowi stoczyli z wycofującymi się wojskami francuskimi. Z kolei Fauniera to tak naprawdę wierzchołek górski wznoszący się na wysokość 2511 m. n.p.m., położony dosłownie o rzut kamieniem od szosy, której budowę ukończono dopiero w 1992 roku. Na Colle dei Morti dotrzeć można na trzy sposoby, zależnie od tego którą dolinę wybierzemy sobie jako miejsce startowe. Od północy z początkiem w Ponte Marmora (Valle Maira). Od wschodu startując w Pradleves (Val Grana). Jak również od południowego-wschodu rozpoczynając wspinaczkę w Demonte (Valle Stura). Każdy z trzech wariantów ma długość przeszło 20 kilometrów i przewyższenie powyżej 1500 metrów. Jakby nie patrzeć jest to kolarska góra najwyższej kategorii. Pierwsza droga zmusza do przejazdu przez Colle d’Esischie (2370 m. n.p.m.), trzecia do minięcia Colle Valcavera (2416 m. n.p.m.). Opcja druga wiedzie wprost na Colle dei Morti. To właśnie ona jest najtrudniejsza i ona też gościła w ostatnich latach na trasie Giro d’Italia.

Począwszy od ostatniej dekady XX wieku podjazd ten znalazł się w programie Giro trzykrotnie, lecz tylko raz kolarze dotarli na Colle dei Morti. Dlaczego tak się stało? Ot zagadka z dziedziny najnowszej historii naszego sportu jak i kolarskiej geografii. Przełęcz sforsowano tylko w 1999 roku na czternastym etapie z Bra do Borgo San Dalmazzo. Na premii górskiej jako pierwszy spośród trzech wczesnych uciekinierów pojawił się Gabriele Missaglia. Za ich plecami niedościgniony Marco Pantani zdystansował swych rywali o co najmniej minutę. Jednak na zjazdach ku Demonte faworyci zjechali się, po czym do kontrataku przeszedł Paolo Savoldelli. „Sokół” powiększył swą przewagę na Madonna del Colletto i wygrał ten odcinek z zapasem 1:47 nad Pantanim, Danielem Clavero i Gottim oraz 3:28 nad kolejną grupką zawodników, którą przyprowadził Richard Virenque. Był w niej też Laurent Jalabert, któremu Pantani odebrał koszulkę lidera. Dwa lata później podjazd ten widniał w programie królewskiego, 230-kilometrowego etapu osiemnastego z Imperii do Santuario di Sant’Anna. Jednak dzień wcześniej policja zrobiła wieczorny nalot na hotele w San Remo i po trwających do rana przeszukaniach, przesłuchaniach oraz protestach organizatorzy zdecydowali się zrezygnować z rozegrania etapu. Natomiast w 2003 roku na etapie osiemnastym z Santuario di Vicoforte do Chianale co prawda wspinano się doliną Val Grana, lecz „tylko” do poziomu Colle d’Esischie. Następnie trzeba było pokonać przełęcz Sampeyre i finał będący dolną połówką podjazdu pod Colle d’Agnello. O ironio losu odcinek ten wygrał Dario Frigo, anty-bohater nocnych wydarzeń z Giro anno domini 2001.

Od tego czasu wielkie Giro nie zaglądało w to miejsce. Jednak niespełna trzy tygodnie po mojej wizycie, na Colle dei Morti finiszowali młodzieżowcy na mecie czwartego etapu Giro delle Valli Cuneesi. Odcinek ten jak i całą pięciodniową etapówkę wygrał 21-letni Antonio Santoro, który dzięki temu podpisał swój pierwszy kontrakt zawodowy, z grupą Androni Giocattoli. W wyścigu tym jechał też Rafał Majka, który na królewskim etapie był jedenasty, zaś w „generalce” trzynasty. Do Pradleves miałem ledwie 23-kilometrowy dojazd. Sprzed Ca d’Abel wyjechałem kwadrans przed dziesiątą. Jechałem najpierw drogą SP-422 ku Caraglio, a później w głąb doliny Val Grana po drodze SP-112. Mimo chwil niepewności na wyjeździe z Cerialdo zabrało mi to niespełna 40 minut. Zaparkowałem na Piazza Roma w bezpośrednim sąsiedztwie ratusza z wieżą oraz kościoła San Ponzio. O wpół do jedenastej byłem gotów na podjęcie walki z własnymi słabościami i standardowym w tych stronach 30-stopniowym upałem. Jednak moim głównym przeciwnikiem miał być najwyższy, największy i najtrudniejszy podjazd w całym lipcowym „menu”. Najwyższy pod względem wysokości bezwzględnej, największy z uwagi na przewyższenie oraz najtrudniejszy według strony internetowej „archivio salite”, acz np. autorzy „Passi e Valli in Bicicletta” dali tej górze jako ocenę tylko „cztery z plusem”. W konkursie obejmującym 21 lipcowych wzniesień Colle dei Morti zgarnęło główną nagrodę w trzech z pięciu kategorii. Na marginesie dodam, że najdłuższy w tym gronie był podjazd do Breuil-Cervinia, zaś najbardziej stroma wspinaczka pod San Carlo.

Po starcie na starówce przez trzysta metrów zjeżdżałem po ulicy Via 4 Novembre aby po minięciu hoteliku Albergo Castello, przejechać pierwszy z serii czekających mnie mostów nad Graną i dojechać do drogi prowincjonalnej SP-112. Dopiero w tym momencie włączyłem licznik. Po chwili znów byłem na moście i wróciłem na lewy brzeg rzeczki. Po przejechaniu przeszło kilometra, na wylocie z Pradleves minąłem sporych rozmiarów tablicę z wszelkimi danymi wzniesienia. To miejsce służy amatorom kolarstwa jako punkt startowy do pomiaru swego czasu na tej górze. Według podanych w tym miejscu informacji do przełęczy miałem jeszcze 20,93 kilometra. Początkowe kilometry były bardzo łatwe i cały czas prowadziły wzdłuż rzeki. Trzykrotnie przejechałem nad jej bystrym nurtem. W połowie trzeciego kilometra minąłem zjazd ku osadzie Scaletta. Pierwsze 4350 metrów miało średnie nachylenie ledwie 2,5 %, przy niewygórowanym max. 5 %. Druga faza tego wzniesienia czyli 3700 metrów przy średnim nachyleniu 7 % i max. ponad 11 % była już na tyle trudna, że zmieniłem przełożenie z początkowego 39-19 na 39-21. Niemniej to wciąż nie była jeszcze prawdziwa Fauniera. To miało się zmienić po minięciu wioski Campomolino i wjechaniu na drogę prowincjonalną SP-333. Dwujęzyczna tablica drogowa i napis na budynku magistratu „Comune de Castelmanh” świadczył o tym, że w Val Grana podobnie jak w Dolinie Górnego Padu mówi się po okcytańsku.

Za Campomolino zaczęły się prawdziwe schody. Jakby na potwierdzenie tej jakościowej zmiany na przydrożnych tabliczkach odliczanie kilometrów zaczęło się od nowa. Czas było skorzystać z trybu „24”. Miałem nadzieję trzymać się go jak najdłużej. Jakieś 1300 metrów za Campomolino wślizgnąłem się na chwilę pod dach galerii chroniącej drogę różnorakimi osuwiskami. Kilometr dalej dojrzałem tabliczkę, która alarmowała, iż w zakręcie „Gino Bartali” stromizna liczy sobie aż 13,77 %. To mnie jeszcze nie złamało, ale po kolejnych siedmiuset metrach tuż przed kapliczka San Bernardo da Mentone podobny znak ostrzegał, iż najbliższy odcinek ma 15 %. Uznałem, że nie warto „kopać się z koniem” i postanowiłem przetrzymać najtrudniejsze momenty podjazdu na najluźniejszym dostępnym mi przełożeniu czyli 39-27. Odcinek 3400 metrów od Campomolino do osady Chiotti miał średnio 9,7 % przy maksymalnej stromiźnie sięgającej 16 %, za pierwszym razem po przejechaniu 10,76 i ponownie po 11,13 kilometra. Za Chiotti było już troszkę łatwiej, choć to słowo raczej nie na miejscu w tym terenie. Minąłem domek z kamienia należący do producentów lokalnego sera, a nieco dalej kościół pod wezwaniem św. Anny. Zakręt „Fausto Coppi” w połowie trzynastego kilometra miał niemal przyjazne nachylenie 10,04 %. Na podobnym poziomie stromizna trzymała do położonego na wysokości 1730 metrów n.p.m. sanktuarium. Odcinek 2500 metrów z Chiotti do Santuario di San Magno miał średnio 9,6 % przy max. 14 %.

Pół kilometra za tą świątynią minąłem schronisko „Tana della Marmotta” i w końcu mogłem złapać nieco oddechu. W środkowej części piętnastego kilometra nachylenie na przeszło 500 metrów spadło poniżej 5 %. Było lekko i miło, ale po minucie się skończyło. Do pokonania pozostało mi 7,5 kilometra pośród alpejskiej łąki. Droga biegła tu częściej zboczem góry po lekko zakrzywionych prostych niż na typowych serpentyn. Na początku osiemnastego kilometra napotkałem zbiorowisko głazów, tuż przed mostkiem nad niewielkim strumykiem. Odcinek 3400 metrów od Santuario di San Magno do owej przeprawy miał średnio 7,9 % przy kolejnym max. 14 %. Do szczytu brakowało jeszcze prawie pięciu kilometrów. Półtora kilometra dalej dojechałem do kilku zabudowań, fragmentu zniszczonego asfaltu i zasuszonych pozostałości po wypasie bydła w miejscu zwanym Gias Fauniera. Brązowa tabliczka tym razem informowała o stromiźnie 11,69 %. Wyżej minąłem jeszcze wojskowy hangar z dzikim boiskiem do siatkówki oraz kompozycje z kamieni w kształcie godła Piemontu. Dwa i pół kilometra przed finałem dogoniłem dzielną kolarkę i chwilę później oglądającego się za nią szosowca. Dokładnie 1400 metrów przed szczytem minąłem rozjazd Valle Stura (prosto) / Valle Maira (w prawo). W tym miejscu uczestnicy Giro 2003 z jadącym w ucieczce Darkiem Baranowskim skręcali ku linii premii górskiej na Colle d’Esischie. Na ostatnim kilometrze minąłem jeszcze parę kolarzy górskich, którzy zważywszy na zrytą nawierzchnie drogi mogli się czuć niemal jak na własnym terenie. Końcowe 4900 metrów miało średnio 9,1 % przy max. znów 14 %.

Zatrzymałem się przy dużej tablicy i końcowym punkcie pomiaru czasu. Do tego miejsca przejechałem 22,25 kilometra o przewyższeniu co najmniej 1659 metrów i średnim nachyleniu 7,45 %. Jeśli zawierzyć „google.maps” to amplituda tego podjazdu wyniosła nawet 1670 metrów. Niemniej to szczegół przy tej skali. Ze statystycznego obowiązku dodam, iż jechałem z przeciętną prędkością 13,372 km/h przy stosunkowo niskim VAM 997 m/h. Jeśli zaś wierzyć w licznikowy pomiar mocy to przez blisko sto minut miałem średnią 262 watów. Na szczycie mimo wysokości bliskiej naszym Rysom i porywistego wiatru było aż 26 stopni ciepła. Ze strony Colle Valcavera nadjechało dwóch włoskich amatorów. Jeden miał dobrze po pięćdziesiątce, drugi był o połowę młodszy. Kilka minut z nimi porozmawiałem. Starszy jegomość zaoferował, że zrobi mi zdjęcie pod pomnikiem „Pirata” z Cesenatico. Na początku zjazdu skręciłem jeszcze na chwilę w lewo by zobaczyć Colle d’Esischie. W 2007 roku przy okazji dwudziestej edycji amatorskiego maratonu La Fausto Coppi w jeden z kamieni wmurowano tu pamiątkową tablicę. Przyznam, iż zjeżdżałem z duszą na ramieniu. Na górze stwierdziłem bowiem, że tylna opona po środowych kamieniach na Pian del Re jest już nieźle przetarta i grozi przebiciem. Modliłem się po cichu by przetrwała do samego dołu. Udało się. Cało i zdrowo, a przede wszystkim na rowerze, a nie na piechotę około wpół do drugiej dotarłem na Piazza Roma w Pradleves. Przejechałem tylko 45,5 kilometra, ale z przewyższeniem 1614 metrów według jak zwykle „pesymistycznego” licznika. Podczas powrotu do Cerialdo w okolicy wioski Valgrana minąłem moich znajomych z Colle dei Morti.