banner daniela marszałka

Lombarda

Autor: admin o piątek 16. Lipiec 2010

W piątkowe przedpołudnie trochę sobie poleniuchowaliśmy. Wyjechaliśmy z Ca d’Abel dopiero około 10:20. Moim sportowym celem na 16 lipca był podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 metrów n.p.m.). To druga najwyżej położona przełęcz drogowa między Włochami a Francją. Góruje nad nią tylko Colle dell’Agnello (2748 m. n.p.m.) wieńcząca dolinę Varaita. Lombarda jest przełęczą bardzo rzadko odwiedzaną przez kolarskie wyścigi niemniej niewątpliwie godną zobaczenia. Cenną tak z uwagi na walory techniczne (skalę trudności wzniesienia) jak i wartość artystyczną (górskie pejzaże i sąsiedztwo sanktuarium św. Anny). W „Passi e Valli in Bicicletta” podjazd ten oceniono całkiem wysoko czyli na „cztery z minusem” W całej prowincji Cuneo na wyższe noty zasłużyły sobie tylko: Agnello, Sampeyre (od Vallone d’Elva), Fauniera (od Pradleves i od Demonte) oraz małe i krótkie lecz bardzo strome Colletto del Moro, które udało mi się przeżyć na Gran Fondo Fausto Coppi z 2008 roku. Autorzy książki na tyle docenili wartość Lombardy, iż zalecają swym czytelnikom solidną rozgrzewkę celem „rozgrzania własnego motoru”. Sugerowali start w Borgo San Dalmazzo lub Demonte tzn. miasteczkach położonych odpowiednio 28 i 11 kilometrów od podnóża podjazdu. Ja nie miałem aż tyle czasu, więc przejechaliśmy samochodem blisko 40 kilometrów, zatrzymując się dopiero w Vinadio.

Na wiodącej w głąb Valle Stura drodze krajowej SS-21 widzieliśmy banery wyrażające sprzeciw tutejszych mieszkańców wobec ciężarowemu tranzytowi w tej dolinie. Przejeżdżając przez wąskie uliczki miejscowości takich jak Demonte łatwo zrozumieć rację tego protestu. TIR niemal ocierają się tu o ściany budynków. Jednak na nieszczęście dla tubylców łagodna szosa ku Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.) jest najbardziej przyjazna ciężarówkom spośród kilku górskich przepraw z Piemontu do francuskiego regionu Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy ma status ośrodka gminnego, choć w ostatnim stuleciu mocno podupadło. Jeśli wierzyć urzędowym statystykom u progu XX wieku mieszkało w Vinadio 3701 mieszkańców, zaś dziś tylko 712! Dowodem ciekawej historii tego miejsca jest funkcjonujący do 1945 roku fort, jeden z trzech najważniejszych na terenie Piemontu. Forte Albertino wybudowany został w latach 1834-1847 za czasów Karola Alberta, króla Sardynii z dynastii Sabaudzkiej. Fort ten ma korytarze na trzech poziomach o łącznej długości 10 kilometrów oraz mury obronne o obwodzie 1200 metrów. W trakcie II Wojny Światowej był on bombardowany przez lotnictwo alianckie. Wjeżdżając do Vinadio zatrzymaliśmy się na piaszczystym placu między Via Roma a Via Guardia alla Frontiera, tuż przed wspomnianym kompleksem obronnym.

Wspomniałem już, że Colle della Lombarda nie miała dotąd szczęścia do wielkich imprez ze światka kolarskiego. W tym kontekście należy wspomnieć przede wszystkim o szesnastym etapie Tour de France z 2008 roku czyli odcinku z Cuneo do Jausiers. Dwa dni wcześniej uczestnicy Touru kończyli pierwszy z trzech alpejskich etapów w piemonckiej stacji narciarskiej Pratonevoso. Po dniu przerwy wrócili do Francji właśnie przez Lombardę. Na premii górskiej z licznej ucieczki jako pierwszy przemknął podejrzanie mocny na tym wyścigu Niemiec Stefan Schumacher. Nasz Sylwek Szmyd „grał pierwsze skrzypce” w kolejnej grupce chcąc dociągnąć do prowadzących swego lidera Damiano Cunego. Wobec słabości Włocha na niewiele się to zdało. Etap wygrał Francuz Cyril Dessel przed swym rodakiem Sandy Casarem i Hiszpanem Davidem Arroyo. Tuż za nimi przyjechał Ukrainiec Jarosław Popowicz, zaś większość faworytów wyścigu straciła niespełna półtorej minuty. Piętnaście lat wcześniej również na „Wielkiej Pętli” ścigano się po drugiej stronie tej przełęczy. Na jedenastym odcinku tej arcyciekawej dla nas edycji Touru wystartowano z Serre Chevalier by po przebyciu przełęczy Izoard, Vars i Bonette zakończyć ściganie 16,5-kilometrowym podjazdem do stacji narciarskiej Isola 2000, położonej na wysokości 2010 m. n.p.m., niespełna 5 kilometrów przed graniczną przełęczą. Etap ten wygrał Szwajcar Toni Rominger przed Baskiem Miguelem Indurainem. Trzynaście sekund za nimi przyjechał Włoch Claudio Chiappucci, zaś piętnaście stracił nasz Zenon Jaskuła i Kolumbijczyk Alvaro Mejia.

W drogę ruszyłem o 11:20 przy temperaturze 31 stopni. Nigdy nie byłem entuzjastą takich upałów, a tym bardziej podczas jazdy na rowerze. Niemniej po dwóch tygodniach niemal przywykłem do takich warunków. Pierwsze minuty spędziłem jeszcze na głównej drodze Valle Stura czyli wspomnianej SS-21. Po przejechaniu 1300 metrów teoretycznie miałem dwie opcje do wyboru. Mogłem skręcić w prawo i na moście ponad Sturą rozpocząć 21-kilometrowy podjazd na Colle della Lombarda. Jak również kontynuować jazdę na wprost by po 31 łagodniejszych kilometrach dotrzeć na Colle della Maddalena. Przełęcz bywałą na Giro d’Italia, na której w 1949 roku Fausto Coppi rozpoczął swój legendarny rajd do Pinerolo. Zgodnie z planem skręciłem w prawo czyli na drogę prowincjonalną SP-255. Po łatwych 700 metrach dojechałem do wioski Pratolungo, jedynej większej osady na szlaku do granicy. Minąłem budynek tamtejszej szkoły podstawowej, a po przebyciu kilometra od wspomnianego mostu rozpocząłem prawdziwą wspinaczkę. Czekała mnie teraz bardzo gęsta seria serpentyn – w sumie 14 wiraży na dystansie półtora kilometra. Wszystko to na wąskiej i stromej dróżce, najpierw ukrytej w lesie, zaś następnie przechodzącej przez osadę Pua. Ten odcinek skończył się po przejechaniu 2,5 kilometra przy dawnym posterunku celnym. Chwilę później minąłem maryjną kapliczkę z napisem S.Anna, zaś w połowie czwartego kilometra zjazd ku osadzie Roviera. Droga w tym miejscu cały czas biegła wschodnią stroną doliny, niemal cały czas w cieniu drzew.

Po przejechaniu 4,2 kilometra minąłem wyrzeźbioną w pniu drzewa Fontannę Biskupa (Fontana del Vescovo) podobną do tej, którą Iwona uwieczniła na spacerze w Vinadio. Natomiast tuż przed znakiem oznaczającym koniec piątego kilometra stał samotny dom z szarego kamienia. Cały ten odcinek przejechałem na ambitnym przełożeniu 39-21, choć owe 5 kilometrów mimo łatwego początku miało średnie nachylenie 7,4 % i maksymalną stromiznę, która trzykrotnie przekroczyła 11 %. Dwa razy w końcówce piątego kilometra, co skłoniło mnie do wrzucenia trybu „24” na kilka kolejnych kilometrów. Na szóstym kilometrze przejechałem dwie pary wiraży, zaś w połowie siódmego przejechałem na zachodnią stronę Vallone di Sant’Anna. Tutaj droga wyjechała z cienia i zaczęła się piąć wśród skał na średnim poziomie bliskim 9 %. Nieco opuściła na początku dziewiątego kilometra przy samotnym domku i zjeździe ku Baraccone (km 8,2). Wzdłuż drogi od czasu pojawiały się sekretne znaki dla pieszych sugerujące im drogę ku sanktuarium zboczem góry w poprzek szosy wijącej się serpentynami na odcinku od kilometra 8,8 do 9,3. Nieco dalej minąłem głaz, który pielgrzymi zwykli ozdabiać kamieniami na pamiątkę marszu do Santuario di Sant’Anna. Chwilę później minąłem kolejną kapliczkę, tym razem poświęconą bohaterom I Wojny Światowej. Ciężki odcinek skończył się po przejechaniu 9,7 kilometra. Ogółem ta druga część podjazdu o długości 4700 metrów miała średnio 8,5 %. Chwilowa stromizna aż dziewięć razy skoczyła powyżej 10 %. Przekroczyła nawet 13 % w miejscu oddalonym 8,6 kilometra od mostu nad Sturą.

Na szczęście wraz z końcem dziesiątego kilometra zrobiło się luźniej. Przyszedł czas na znacznie łatwiejszy jedenasty kilometr i niemal płaski kilometr dwunasty. Na odcinku od km 10,8 do 11,9 nachylenie podjazdu ani na moment nie przekroczyło 5 %. Następnie droga przeszła z powrotem na lewy skraj doliny i przez kolejnych 500 metrów pięła się serpentynami przy stromiźnie dochodzącej do 10 %. Potem znów czekał mnie łatwiejszy odcinek aż do rozdroża, do którego dotarłem po przejechaniu 13,2 kilometra. Poprzedzający ten rozjazd odcinek 3500 metrów miał średnio 5 %. Na tym rozdrożu można było podjąć dwie decyzje. Jechać początkowo na wprost, zaś chwilę później w prawo by po 2400 metrach o średnim nachyleniu 8,1 % dotrzeć do wspomnianego sanktuarium. Natomiast chcąc dojechać na Colle della Lombarda trzeba było odbić w lewo ku Vallone d’Orgials i kontynuować jazdę po drodze SP-255 przestawiając się na nową numerację kilometrów. Stąd do przełęczy brakowało jeszcze 8 kilometrów. Pierwszy trzy na ogół ukryte w lesie i z przejazdem przez korytarz między skałami. Kręte i trudne z ładnymi widokami m.in. na Santuario di Sant’Anna. Potem jeszcze niespełna półtora kilometra w odsłoniętym terenie po stromych prostych, gdzie jeden ze znaków drogowych pokazał nachylenie 14 % co zmusiło mnie chwilowego odnowienia znajomości z trybem „24”. W sumie 4300 metrów od rozjazdu miało średnie nachylenie 8 % i max. 13 % w połowie szesnastego kilometra.

Na tym skończyły się najtrudniejsze fragmenty podjazdu. Byłem już na wysokości niemal 2200 metrów n.p.m. zaś do szczytu zostało tylko 3600 metrów o średnim nachyleniu 4,8 % i max. ledwie 9 %. Po przejechaniu 18,8 kilometra minąłem maleńkie Laghetto di Orgials, nad którym turyści korzystający z pięknej pogody robili sobie piknik. Mi pozostała już tylko szybka jazda wśród skał i alpejskiej łąki. Nie brakowało jeszcze śladów po przejeździe Touru np. napis „Hop Tschopp”. W końcówce używałem już głównie przełożenie 39-19, za wyjątkiem trudniejszych 250 metrów na około kilometr przed przełęczą. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 21,16 kilometra od mostku nad Sturą. Wobec przewyższenia 1469 metrów wzniesienie to miało zatem średnie nachylenie 6,94 %. Na zdobycie przełęczy potrzebowałem 1 godziny 22 minut i 39 sekund czyli jechałem z przeciętną prędkością 15,361 km/h, przy wyższym niż na Monviso i Faunierze wskaźniku VAM 1066 m/h. Na górze mimo sporej wysokości było wciąż bardzo ciepło – 28 stopni. Spotkałem tam dwóch młodych kolarzy-amatorów mego pokroju. Jeden z nich w charakterystycznej czerwonej koszulce z białym krzyżem dojechał na przełęcz niemal równocześnie ze mną, lecz od francuskiej strony. Zrobił mi zdjęcie przy tablicy wśród gęsto zaparkowanych samochodów. Okazał się Szwajcarem z kantonu Valais, będącym w długiej rowerowej podróży od Jeziora Genewskiego po Alpy Nadmorskie. Tego dnia wystartował z okolic przełęczy Saint-Martin i miał zamiar dotrzeć do Cuneo. Stamtąd chciał pociągiem przejechać do Aosty by przez Colle del Gran San Bernardo wrócić do swej ojczyzny. Na granicy podobnie jak dwa lata wcześniej na Colle dell’Agnello zaczął wariować telefon komórkowy. Otrzymałem w sumie cztery sms-y od swego operatora. Dwa na temat cen usług na terenie Francji i tyleż samo na temat Włoch.

Po długim zjeździe wróciłem do Vinadio dokładnie o czternastej przejechawszy 45 kilometrów o przewyższeniu co najmniej 1416 metrów. Dwie i pół godziny jazdy upał wyssał ze mnie sporą dawkę energii. Na szczęście nieopodal samochodu mogłem się schłodzić w strumieniach ze zraszacza oraz posilić się jedną z brzoskwiń zakupionych przez Iwonę na spacerze po Vinadio. Po chwili odpoczynku czekał nas  16-kilometrowy dojazd do Santuario di Sant’Anna. W przeważającej części pokrywający się z podjazdem na przełęcz Lombarda. Kręte odcinki na górskim szlaku wymagały ode mnie sporej ostrożności, zaś moją  dziewczynę kosztowały sporo nerwów. Droga niejednokrotnie była na tyle wąska, iż aby bezpiecznie wyminąć się z innym samochodem musieliśmy zatrzymać lub cofnąć w dogodniejsze miejsce. Sant’Anna leży na wysokości od 2010 do 2035 metrów n.p.m. i jest najwyżej położonym sanktuarium Europy. Jego budowę ukończono w 1681 roku. Jest otwarte dla zwiedzających od początku czerwca do końca września. Można tu nawet przenocować w jednym z trzech schronisk. My zatrzymaliśmy się jedynie na krótki spacer, zwiedzanie głównej świątyni oraz przy okazji na kawę i ciastko w tamtejszym barze. W kościele nawet podłoga szła w górę ku ołtarzowi. Na ścianach tej świątyni zawieszone były zdobione serca ze zdjęciami osób w różnym wieku. Nie wiem czy była to forma podziękowań za cudowne ocalenie czy też sposób upamiętnienia ofiar tragicznych wypadków. Wśród wszystkich obrazów wyróżniał się pamiątkowy szalik kibica uszyty w roku 1985 na finał Klubowego Pucharu Mistrzów Europy między Juventusem Turyn i FC Liverpool, rozegrany na brukselskim stadionie Heysel. Na przestrzeni wieków sanktuarium nie ominęła zawierucha Wielkiej Francuskiej Rewolucji czy II Wojny Światowej. Miał tu się zakończyć królewski etap Giro z 2001 roku – niestety stanęły temu na przeszkodzie wydarzenia z San Remo.