banner daniela marszałka

Tenda

Autor: admin o sobota 17. Lipiec 2010

Na zakończenie tej lipcowej wyprawy chcieliśmy dobić do południowego bieguna naszej dwutygodniowej podróży. Moim celem sportowym na 17 lipca była Colle di Tenda (1871 m. n.p.m.) czyli trzecia w ostatnich dniach przełęcz z pogranicza Włoch i Francji. Po jej zdobyciu mieliśmy zjechać ku riwierze i zanurzyć stopy w lazurowych wodach Morza Liguryjskiego. Przełęcz Tenda leży ledwie 60 kilometrów od wybrzeża tej części Morza Śródziemnego. Oddziela włoskie Alpy Liguryjskie od francuskich Alp Nadmorskich, a ściślej dolinę Vermegnana na północy od doliny Roya na południu. Już za czasów Rzymskiej Republiki rozgraniczała ona tereny Galii Przedalpejskiej i Galii Narbońskiej. W średniowieczu przeprawiali się przez nią handlarze solą zmierzający do Piemontu oraz pielgrzymi z centrum Europy wędrujący ku Santiago de Compostela. Wokół widać ślady niespokojnej historii tego pogranicza. Nad Tendą góruje Fort Central, wybudowany przez Francuzów w latach 1877-1880 na wysokości 1908 m. n.p.m. Po koniec XIX wieku kilkaset metrów poniżej przełęczy wydrążono dwa tunele. Drogowy otwarto w 1882 roku, zaś kolejowy 16 lat później. Jednak dopiero po zakończeniu II Wojny Światowej owa przełęcz zaczęła bardziej łączyć niż dzielić oba wielkie narody. Stało się tak m.in. za sprawą największych wyścigów kolarskich czyli: Tour de France i Giro d’Italia.

Na trasie „Wielkiej Pętli” Colle di Tenda pojawiła się dwukrotnie w czasach gdy na szosach Europy dominowali Włoch Fausto Coppi i nieco później Francuz Jacques Anquetil. W obu przypadkach wspinano się na nią od strony włoskiej, lecz z konieczności tylko do poziomu granicznego tunelu czyli 1321 m. n.p.m. Ma on długość 3172 metrów i opada w kierunku południowym, by po francuskiej stronie wyjść na poziomie tylko 1280 m. n.p.m. Po raz pierwszy uczestnicy Touru przejechali przezeń w 1952 roku na etapie dwunastym z Sestriere do Monaco. Jako pierwszy na tej premii górskiej zameldował się Francuz Jean Robic. Był to dzień trzech Janków, albowiem dwie kolejne premie (Brouis i Castillon) zdobył jego rodak Jean Dotto, zaś czwartą górę (La Turbie) jak i sam etap wygrał Holender Jan Nolten. Z kolei w 1961 roku jedenasty odcinek z Turynu do Juan-les-Pins należał do dwóch Włochów. Wszystkie trzy premie górskie (Tenda, Brouis i Braus) wygrał Imerio Massignan, lecz na mecie etapu najszybszy z 19-osobowej grupki asów był Guido Carlesi. Jako drugi finiszował prowadzący niemal od początku wyścigu Anquetil. Tranzytem przejeżdżano tędy również podczas Giro. W 1961 roku od włoskiej strony na drugim etapie z Turynu do San Remo, zaś w 1998 roku od francuskiej strony na pierwszym etapie z Nicei do Cuneo. Za pierwszym razem premię górską wygrał Włoch Angelo Conterno, zaś etap Katalończyk Miguel Poblet. Natomiast u schyłku XX wieku pierwszy na górze był Włoch Marzio Bruseghin, zaś na mecie sprinterów uprzedził długim finiszem Mariano Piccoli.

Gdy trzeba się było przebić z Włoch do Francji czy w przeciwną stronę tunel był nieodzowny. Po francuskiej stronie asfalt kończy się bowiem właśnie na tym poziomie, zaś wyżej wiedzie już tylko szutrowa (kamienista) dróżka, którą „oswoić” można jedynie na rowerze górskim czy motorze crossowym. Co innego po włoskiej stronie. Niemal na samą przełęcz można tu dojechać po asfalcie o przyzwoitej jakości. W ostatniej dekadzie z tej możliwości dwukrotnie skorzystali organizatorzy Giro d’Italia, przy czym za pierwszym razem w niepełnym wymiarze. W 2002 roku zakończył się w tych stronach piąty etap Giro, pierwszy na włoskiej ziemi po kilku dniach na szosach Holandii, Niemiec, Belgii, Luksemburga i Francji. Finisz tego odcinka wyznaczono w stacji narciarskiej Limone Piemonte 1400 położonej na terenie wioski Panice Soprana. Różnice na mecie były ledwie sekundowe. W odstępie minuty zmieściło się aż 29 kolarzy. Wygrał Włoch Stefano Garzelli przed Hiszpanem Santiago Perezem oraz swymi rodakami Gilberto Simonim i Francesco Casagrande. Zwycięzca kilka dni później został zdyskwalifikowany za stosowanie zakazanego środka probenecid, acz można by dodać że jego trzej rywale też nie mieli czystej karty w swym sportowym życiu. Trzy lata później na siedemnastym etapie z Varazze do Colle di Tenda ścigano się do samej granicy czyli poziomu 1795 m. n.p.m. Etap ten wygrał Ivan Basso z przewagą 1:06 nad Wenezuelczykiem Jose Rujano i Simonim. Lider Paolo Savoldelli był siódmy ze stratą 1:48. Najgorzej z grona kandydatów do generalnego podium wypadł Danilo Di Luca – szesnasty ze stratą 2:49.

Moja książkowa lektura sugerowała mi start w miejscowości Limone Piemonte, położonej na wysokości 982 m. n.p.m. Wydrukowany profil z „archivio salite” przesuwał początek tego podjazdu jakieś sześć kilometrów w dół drogi krajowej SS-20 do miasteczka Vernante. Uznałem, że skoro do pokonania będę miał tylko jedno, w dodatku nie najtrudniejsze wzniesienie to przynajmniej wystartuje z niższego pułapu by pokonać co najmniej 1000 metrów różnicy wzniesień. Okazało się, to bardzo dobrym rozwiązaniem. Iwonie bardzo spodobał się spacer po Vernante – ozdobionym malowidłami rodem z baśni o Pinokio. W miasteczku tym mieszkał niegdyś Attilio Mussino, najbardziej znany z rysowników tej postaci, nazywany nawet „wujkiem Pinokia”. Po jego śmierci żona artysty podarowała władzom miasta dzieła, na bazie których namalowano następnie 90 murales na ścianach miejskich budynków. Dojazd z Cerialdo do Vernate zajął nam pół godziny. Do pokonania mieliśmy ledwie 24 kilometry po wspomnianej krajówce. Początek jak dzień wcześniej do Borgo San Dalmazzo, zaś dalej prosto na południe przez Roccavione i Robilante. Na miejscu byliśmy około godziny dziesiątej zatrzymując się na dużym parkingu, na lewym brzegu potoku Vermegnana. W powietrzu piekarnik – 32 stopnie. Dziesięć minut później ruszyłem w górę SS-20 z poziomu przylegającej do głównej drogi uliczki Vicolo degli Orti, jakieś 785 m. n.p.m.

Pierwsze kilometry był dla mnie łatwe i szybkie. Aczkolwiek nieszczególnie przyjemne z uwagi na duży ruch samochodowy. Na tym odcinku minąłem zjazd ku osadzie Tetto Marine (1,6 km), a następnie ku San Bernardo (4,4 km). Spore wrażenie zrobił na mnie idący wzdłuż lewej strony drogi wysoki wiadukt a’la akwedukt, po którym biegnie linia kolejowa do Nicei. Przez przełęcz przebija się ona wspomnianym wyżej tunelem kolejowym, który biegnie trzysta metrów niżej od drogowego i ma aż 8099 metrów długości. Adekwatnie do łatwego terenu jechałem na relatywnie twardym przełożeniu czyli 39-17. Cały czas w tempie powyżej 20 km/h i przy średniej prędkości 23,4 km/h. Pierwsze 6200 metrów miało średnie nachylenie tylko 3 %, przy skromnym max. 6,2 %. Na terenie Limone Piemonte wrzuciłem tryb „19”, skręciłem w prawo i jadąc po obwodnicy miasteczka przeskoczyłem z Corso Torino na Corso Nizza. Tuż po wyjechaniu z Limone Piemonte wjechałem do Fantino (7,9 km), gdzie swój letni obóz w hotelu Le Ginestre mieli piłkarze AC Torino. Tym sposobem podczas swoich tegorocznych podróży przypadkiem namierzyłem ośrodki treningowe obu turyńskich klubów. Zanim droga stała się bardziej kręta skorzystałem po raz pierwszy z przełożenia 39-21. Na odcinku między Tetti Mecci (8,8 km) a Panice Sottana (10,8 km) i zjazdem ku Limonetto (11,3 km) miałem do przejechania łącznie osiem serpentyn, z czego pięć (nr 2-6) wytyczonych bardzo blisko siebie. Niektóre z nich były na tyle łagodne, iż mogłem na czas jakiś wrócić do kombinacji 39-19. Jakiś kilometr dalej wyprzedziłem dwóch starszych panów i zanim się spostrzegłem byłem na prostej drodze prowadzącej do granicznego tunelu.

Przyznam się, że znów nie odrobiłem lekcji z nawigacji i początkowo pojechałem na wprost. Niemniej kolejka samochodów stojąca na czerwonym świetle u wlotu do „czarnej dziury” wzbudziła moje podejrzenie, że coś poplątałem. Gdy po chwili zobaczyłem, że zdystansowani cykliści starszej daty skręcają w prawo zawróciłem i pojechałem ich śladem ku Panice Soprana. Odcinek 6800 metrów od Limone Piemonte do zakrętu przed tunelem mimo, że nieco trudniejszy od pierwszej tercji również należy ocenić jako łagodny. Miał on średnio 4,7 % przy max. niespełna 8 %. Ten fragment przejechałem z prędkością 19,6 km/h. Najtrudniejszym kawałkiem na całej górze był czekający mnie teraz kilometr czternasty, gdzie stromizna skoczyła powyżej 11 % po przejechaniu 13,86 km od startu w Vernante. W otoczeniu hoteli, pensjonatów i szkółek narciarskich wjechałem na obszerny plac w centrum Limone 1400, gdzie przed ośmiu laty finiszowali uczestnicy Giro d’Italia. Za Panice Soprana droga była węższa i prowadziła po czternastu serpentynach z wirażami co trzysta-czterysta metrów. Szosa była raczej kiepskiej jakości o powierzchni chropowatej, częstokroć popękanej lub wybrzuszonej. Za wyjątkiem kilku leśnych odcinków wiodła w otwartym terenie wśród alpejskiej łąki przy stromiźnie w najgorszym razie dochodzącej do 9 %. W okolicy wykutego w kamieniu znaku granicznego z 1818 roku wyprzedziłem siwego jegomościa w błękitnej koszulce. Ostatnie 7000 metrów o średnim nachyleniu 6,6 % jechałem z przeciętną prędkością 15,9 km/h. Po przejechaniu 500 metrów od ostatniego wirażu dojechałem do włosko-francuskiej granicy i położonego tuż za nią schroniska Chalet le Marmotte. W tym miejscu wyznaczono finisz etapu Giro z 2005 roku.

Około stu metrów za obecnie niewidoczną granicą pojawiły się przede mną możliwości zakończenia tego podjazdu. Wybrałem dróżkę w lewo, gdyż tylko na niej zachował się asfalt. Niestety tylko na sto kilkadziesiąt metrów. Na widok szutru zawróciłem w kierunku schroniska by spokojnie przyjrzeć się prawej alternatywie. Tuż ze mną zjechała grupka motocyklistów na maszynach do jazdy po bezdrożach. Stojąc przed schroniskiem na horyzoncie po prawej stronie miałem jakby przełęcz, lecz powątpiewałem czy mogę na nią dojechać na szosówce. Tymczasem do schroniska dojechał Antonio, wspomniany Włoch w błękitnej koszulce. Powiedział mi, że wspinaczkę na Colle di Tenda można dokończyć, lecz najbliższe trzysta metrów lepiej będzie pokonać z buta. Ostatnie sześćset metrów wiodło już po asfalcie, choć momentami dziurawym. Sama przełęcz wygląda na miejsce z innej epoki. Na dojeździe ruiny budynków. Na samej przełęczy – 21 kilometrów od Vernante – piach i kamienie, podobnie jak na krętym zjeździe ku dolinie Roya. O tym, że jesteśmy na Colle di Tenda informuje tylko skromna drewniana tabliczka. Wobec postoju przed schroniskiem za metę swojej „czasówki” przyjąłem miejsce, w którym zawróciłem gdy skończył się asfalt na lewej ścieżce od rozdroża jakieś 1814 m. n.p.m. Przy takim założeniu przejechałem 19,99 kilometra o przewyższeniu 1029 metrów w czasie 1 godziny 3 minut i 20 sekund czyli przy średniej prędkości 18,937 km/h i VAM 974 m/h. Góra ta miała średnie nachylenie 5,14 %. Przy temperaturze 25-28 stopni i niewielkiej stromiźnie zjazd był łatwy technicznie i przyjemny. Niemniej na końcowym odcinku, czyli za Limone Piemonte musiałem się zmagać z przeciwnym wiatrem. Do Vernante dojechałem kilka minut po godzinie wpół do pierwszej. Podobnie jak w poprzednich dniach przejechałem około 40 kilometrów – dokładnie zaś 42 km o przewyższeniu min. 1034 metrów.

Najbliższe godziny chcieliśmy spędzić na włoskiej riwierze. Wcześniej jednak musieliśmy przejechać blisko 70 kilometrów po górskich drogach. Ruszyliśmy w górę SS-20 aby po 13 kilometrach wjechać do klaustrofobicznego tunelu pod przełęczą Tenda. Na tyle wąskiego, że wprowadzony tam został ruch jednokierunkowy. Na terenie Francji przejechaliśmy około 40-kilometrowy odcinek szosą D6204, wśród pięknych krajobrazów Alp Nadmorskich. Na wysokości parku za miasteczkiem Tende zarządziłem krótki postój, aby Iwona po raz pierwszy w życiu postawiła swe stópki na francuskiej ziemi. Dalej minęliśmy wioski Saorge i Breil-sur-Roya, aby wrócić do Włoch tuż przed San Michele, jakieś 16 kilometrów przed nadmorską Ventimiglią. Przejazd zajął nam dwie godziny, a że była sobota straciliśmy też nieco czasu na znalezienie miejsca postojowego w sąsiedztwie plaży. Kamienista plaża nad Morzem Liguryjskim nie mogła mi zaimponować. Co innego lazurowa woda o temperaturze nie spotykanej w Zatoce Gdańskiej. Po sjeście nad morzem ruszyliśmy w dalszą drogę na wschód szosą SP-1 przez Bordigherę, San Remo i San Lorenzo al Mare. W letni weekend nie dało się po niej jechać szybko, więc z obawy przed zbyt późnym powrotem do Cerialdo wycieczkę po liguryjskiej riwierze zakończyliśmy około siedemnastej, na wysokości Imperii. Wskoczyliśmy na lecącą równolegle do wybrzeża Autostradę Kwiatów (Autostrada dei Fiori) czyli A-10. Następnie między Vado Ligure i Savona odbiliśmy w głąb lądu wjeżdżając na ginąca wśród gór autostradę A-6. Po ciężkim dniu na samochodowym szlaku dobiliśmy do Cuneo już po godzinie dziewiętnastej. W mieście widać było jeszcze reklamę 23. edycji La Fausto Coppi – wyścigu Gran Fondo, który w tym roku po raz pierwszy znalazł się w prestiżowym cyklu magazynu „Bicisport”.

Nazajutrz w niedzielę 18 lipca czekała nas najmniej przyjemna część całej wyprawy. To znaczy licząca sobie przeszło 1900 kilometrów podróż powrotna z Cerialdo do Gdańska. W teorii miała ona nam zająć blisko dwadzieścia godzin. W praktyce nawet nieco dłużej, gdyż od czasu do czasu trzeba było przystanąć na tak wyczerpującym szlaku. Z tego powodu postanowiliśmy podzielić ją na dwie nierówne części. Dłuższą zagraniczną i krótszą krajową, z nocnym przystankiem w Hotelu „Panorama” pod Szczecinem. Spod Ca d’Abel wyruszyliśmy około wpół do dziewiątej będąc długo żegnani przez sympatycznych i szczodrych gospodarzy. Maria Franca uraczyła nas bogatym śniadaniem, zaś Giacomo podarował dwie butelki z piwnic piemonckiej rodziny win Barolo: Verduno Pelaverga i Nebbiolo d’Alba – obie z 2006 roku. Na początku tej długiej drogi wskoczyliśmy na krajówkę SS-231 by przez Albę dojechać w okolice Asti. Tu wjechaliśmy na autostradę A-21 aby następnie przez Alessandrię, Piacenzę i Cremonę dotrzeć do Brescii. Dopiero w tym momencie znaleźliśmy się na drodze znanej nam z pierwszych dni tej podróży czyli autostradzie A-4 do Werony. Na koniec włoskiej przygody czekało nas blisko 230 kilometrów po autostradzie „Brennero” czyli A-22. Ponieważ tak na A-4 jak i A-22 przytrzymały nas na chwilę korki, wyjechaliśmy z Włoch dopiero około godziny piętnastej. Wcześniej na stacji benzynowej w okolicy Trento zakupiłem za niespełna 20 Euro niezwykle szczegółowy atlas drogowy Italii z serii Touring Editore wydany w skali 1:200.000. Tym sposobem tej pięknej krainie nie powiedziałem „żegnaj”, lecz „do widzenia”. Dalej pognaliśmy ku naszej ojczyźnie wielokrotnie przetartym szlakiem przez Austrię (Innsbruck, Kufstein) i Niemcy (Rosenheim, Monachium, Norymberga, Bayreuth, Lipsk, Berlin) do granicy w Kołbaskowie. Do Polski wjechaliśmy około północy, zaś podczas poniedziałkowego odcinka specjalnego po naszej SS-6 zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Ustce, na obiedzie u rodziców Iwony.

Wieczorem 19 lipca dobiliśmy w końcu do naszej domowej przystani. Oboje bogatsi o wiele wrażeń i doświadczeń. Ja z całą masą zdjęć i notatek do spisania tej relacji w ciemne zimowe wieczory. Podczas lipcowej wyprawy udało mi się zdobyć aż 21 podjazdów – nawet o jeden więcej niż planowałem. Każdy miał przewyższenie co najmniej 600 metrów, zaś aż piętnaście z nich przeszło 1000! W trakcie czternastu dni spędzonych na rowerze przejechałem tylko 758 kilometrów, lecz zarazem pokonałem ponad 23.200 metrów w pionie. Gdy dodałem do tego dane z eskapady majowo-czerwcowej okazało się, że w 2010 roku spędziłem w Alpach aż 30 dni przejechawszy w sumie 1646 kilometrów o łącznym przewyższeniu niemal 49.800 metrów! Dzięki własnej pracy i poświęceniu, a także pomocy kilku osób, ze szczególnym wyróżnieniem Darka i Iwony po sezonie 2010 do swej listy „górskich skalpów” mogłem dopisać aż 44 wzniesienia. Wśród nich 27 podjazdów o przewyższeniu przeszło 1000 metrów oraz 10 wspinaczek zwieńczonych na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Czas pokaże czy tak bogaty sezon uda się jeszcze powtórzyć. Pomysłów na kolejne wycieczki mi nie brakuje. Wystarczyłoby ich na kilkanaście najbliższych lat. Niemniej nie wykluczam, iż odrobinę poskromię swój apetyt na kolarskie góry i zwolnię tempo tego podboju. W Alpach wiele już widziałem, ale nie oznacza to, iż w 2011 roku zamierzam im odpuścić. Warto jednak szukać nowych wyzwań. Dlatego też w nadchodzącym sezonie będę chciał po raz pierwszy zajrzeć w Apeniny podczas lipcowej podróży do Toskanii.