banner daniela marszałka

Planachaux / Le Chaudron

Autor: admin o sobota 5. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1818 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1404 metrów

Długość: 21 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 16,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Monthey (Valais). To trzecie pod względem wielkości miasto w tym kantonie, mające wedle oficjalnych danych na koniec 2016 roku dokładnie 17.573 mieszkańców. Jest stolicą dystryktu o tej samej nazwie. Położone jest nad rzeką La Vieze, będącą lewym dopływem Rodanu. Leży 48 kilometrów na północny-zachód od Sionu i zarazem 22 kilometry na północ od Martigny. Bliżej stąd do Jeziora Genewskiego, którego południowo-wschodni brzeg oddalony jest o ledwie 18 kilometrów. Na ulicach Monthey czterokrotnie walczono o zwycięstwo etapowe podczas Tour de Romandie. W 1955 roku ostatni etap tej imprezy wygrał tu Szwajcar Rolf Graf, zaś prolog z roku 1985 padł łupem Włocha Moreno Argentina. Pozostałe dwa odcinki wygrali zaś: Holender Frans Maasen (1988) i sławny Mario Cipollini (1997). Tour de Suisse gościł tu tylko raz, w zamierzchłym 1952 roku, kiedy zwyciężył Luksemburczyk Jean Goldschmit. W Monthey zaczynają się co najmniej trzy ciekawe wspinaczki. Mają one wspólny początek. To znaczy pierwszy kilometr na Route de Morgins i kolejne co najmniej 4200 metrów na drodze nr 201. Na rondzie przed miejscowości Troistorrents (skąd pochodzi Steve Morabito z FdJ) szosa ta skręca w prawo i wiedzie ku granicy z Francją na Pas de Morgins (1370 m. n.p.m.). To przełęcz, która w ostatnich czterech dekadach 6-krotnie została wykorzystana na trasie Tour de France, w tym w latach 1977, 1985 i 1988 była forsowana od trudniejszej, szwajcarskiej strony. Co godne podkreślenia w XXI wieku 3-krotnie kończyły się na niej etapy Tour de Romandie. W 2004 roku wygrał tu Szwajcar Alexandre Moos, w 2007 Bask Igor Anton (szósty był Sylwester Szmyd), zaś w 2016 roku jako pierwszy linię mety minął Ilnur Zakarin, lecz sędziowie uznali, iż Tatar zajeżdżał drogę Nairo Quintanie i ostatecznie zwycięstwo etapowe przyznano Kolumbijczykowi. Chcąc dotrzeć do Planachaux na wspomnianym rondzie trzeba jednak wybrać drugi zjazd i wjechać na drogę nr 202. Niebawem przejeżdża się obok dworca w Troistorrents (5,4 km). Na kolejnych kilometrach nachylenie nieco łagodnieje.

Po dojeździe do Val-d’Illiez (8,8 km) przed śmiałkami łaknącymi stromego finału wspinaczki pojawia się druga alternatywna. W prawo od tej miejscowości odchodzi bowiem boczna droga, która po około siedmiu dalszych kilometrach rozchodzi się ku dwóm stacjom narciarskim. Jedna to Les Crosets (1790 m. n.p.m.), zaś druga zwie się Champoussin (1670 m. n.p.m.). Szczególnie ta pierwsza końcówka jest wymagająca, lecz nawet ona nie równa się z dojazdem na ciut wyższe Planachaux. Kto zmierza do najwyższej kolarskiej góry w tej okolicy musi pozostać na szosie nr 202 i przejechać stosunkowo łatwy odcinek do Champery (13 km). To miejscowość znana w kolarskim światku. W roku 2011 była ona gospodarzem Mistrzostw Świata w kolarstwie górskim, na których Maja Włoszczowska i Marek Konwa (U-23) zdobyli srebrne medale. W ostatnich latach finiszowali w niej uczestnicy Criterium du Dauphine oraz Tour de Romandie. Pierwszy etap „Delfinatu” z roku 2013 wygrał tu Kanadyjczyk David Veilleux, zaś pierwszy odcinek Romandii z roku 2017 Szwajcar Michael Albasini. Wcześniej peleton TdR bywał w tym miasteczku w latach 1954 i 1993, gdy zwyciężali Francuz Jean Forestier i Helwet Pascal Richard. Dokładnie w centrum Champery, na wysokości sklepu Coop i dolnej stacji kolejki gondolowej na Planachaux należy skręcić w prawo. Tu zaczyna się stroma i przeszło 8-kilometrowa, najtrudniejsza faza tej wspinaczki. Odtąd każdy kilometr trzyma na poziomie co najmniej 7,5%. Przy tym dwa pierwsze są najtrudniejsze, nie tylko za sprawą samej stromizny. Po przejechaniu 1800 metrów trafiliśmy na szutrowy odcinek, z nachyleniem początkowo sięgającym aż 16%. Na szczęście gruntowa droga utrudnia tu życie tylko przez jakieś 1700 metrów. Potem asfalt wraca na kolejne 5 kilometrów z hakiem. Profil rodem z „cyclingcols” kończy się na rozdrożu przy gospodarstwie rolnym. Niemniej z tego miejsca szosa biegnie jeszcze dalej i to w dwóch kierunkach. My odbiliśmy w lewo ku pobliskiej restauracji Le Chaudron. Jednak mapa z programu „veloviewer” poucza, iż jadąc prosto ku szczytowi Croix de Culet można dotrzeć na wysokość aż 1920 metrów n.p.m. Ta meta znajduje się pod wyciągiem Planachaux, zarazem w pobliżu górnej stacji wspomnianej kolejki gondolowej.

AKCJA

Poranny wyjazd z Nendaz przebiegł dość sprawnie. Ruszyliśmy z niewielkim poślizgiem względem wyznaczonej pory czyli godziny 9:30. Na początek przeszło 13-kilometrowy zjazd do Sionu, a po nim blisko 50-kilometrowy dojazd do Monthey, prawie w całości po autostradzie nr 9. Z tej drogowej arterii korzystaliśmy niemal codziennie. Na wjeździe do Szwajcarii trzeba było kupić winietę za 40 CHF (lub podobną sumę w Euro). Koszt niemały, ale zysk jeszcze większy. Za tą cenę można bowiem jeździć po szybkich drogach tego kraju przez cały rok, więc wydatek szybko się zwraca. Na dobrą sprawę trzy dwustronne przejażdżki na trasie z Gdańska do Torunia wychodzą drożej. W niespełna godzinę dojechaliśmy do Monthey i zaparkowaliśmy w podwórku przy Avenue de Simplon. Z tego miejsca o godzinie 10:55 ruszyliśmy do boju w pełnym 4-osobowym składzie. Wkrótce mieliśmy się jednak rozłączyć, bowiem podobnie jak na piątkowym etapie wybraliśmy dwa różne cele. Można by rzec, iż nasze górskie motto brzmi: każdemu wedle potrzeb i upodobań. Piotr i Sławek mieli wjechać na Pas de Morgins czyli pokonać podjazd o długości 15,2 kilometra i średniej 6,3% oraz płaski kilometr do francuskiej granicy. Poznałem to wzniesienie w czerwcu 2009 roku, więc teraz szukałem czegoś innego, mocniejszego. Darka nie musiałem przekonywać do wyboru Planachaux. On szuka możliwie najtrudniejszych wyzwań. Koniecznie takich z przewyższeniem ponad tysiąca metrów i w miarę możliwości odpowiednio stromych. Jazdę zaczęliśmy w płaskim terenie, na prawym brzegu La Vieze. Przez pierwsze 500 metrów jechaliśmy spokojnie przez centrum Monthey. Po minięciu Place Centrale za małym zielonym rondem po lewej stronie ujrzeliśmy początek wzniesienia. Dario rozpędził się na ostatnich metrach dojazdu by na pierwszych metrach podjazdu wystrzelić jak z katapulty. Musiałem się nieźle sprężyć by możliwie szybko złapać z nim kontakt.

Pedro i Sława nie przejmowali się naszą potyczką i od początku jechali swoje czyli w dogodnym dla siebie tempie. W dolnej części wzniesienia było bardzo ciepło. Na pierwszych dziesięciu kilometrach temperatura utrzymywała się na poziomie 34 stopni. Darek postawił twarde warunki i od startu zdopingował mnie do szybkiej jazdy. Poniżej Troistorrents nachylenie było solidne, acz z rzadka przekraczało 8%. Odkąd na początku drugiego kilometra wjechaliśmy na drogę nr 201 jazdę zaczął nam uprzykrzać duży ruch samochodowy. Było gorąco, głośno i dość niebezpiecznie. Jak słusznie zauważył Pedro niektórzy weekendowi kierowcy wyprzedzali tu na przysłowiową żyletkę. Do ronda, na którym nasi koledzy mieli skręcić w kierunku Pas de Morgins dojechałem z niewielką przewagą nad Darkiem. Wedle stravy początkowe 4,6 kilometra pokonałem w 17:38 (avs. 15,6 km/h z VAM 1038 m/h), zaś mój kolega uzyskał tu 18:05. Piotr i Sławek dotarli do tego miejsca razem, w czasie 24:29. Niemniej w kierunku swojej przełęczy nie skręcili już w tym miejscu, lecz blisko dwa kilometry dalej czyli za miejscowością Troistorrents. W środkowej części swego podjazdu wykorzystali tzw. Drogę Leśników, po czym na szosę 201 wrócili dopiero 3,5 kilometra przed przejściem granicznym. Według stravy do swojej premii górskiej dojechali w 57 minut jadąc z prędkością 11,7 km/h. Z powrotem do Monthey zjechali zaś już klasycznym szlakiem. Tymczasem u nas jeszcze przed końcem szóstego kilometra Darek dojechał do mnie. Teraz to ja zająłem się dyktowaniem zdrowego tempa na odcinku do Val-d’Illiez. Pod koniec dziesiątego kilometra zaczęliśmy się zmieniać na prowadzeniu, po czym Dario na lekkim zjeździe do Champery mocno przyśpieszył. Do miasteczka wpadliśmy z prędkością sięgającą nawet 47,5 km/h.

Gnając przed siebie jak dzikie zające przeoczyliśmy skręt na Planachaux, znajdujący się tuż za linią mety z tegorocznego Tour de Romandie. Kilometr dalej byłem już niemal pewien, iż popełniliśmy błąd. Niemniej droga nagle znów zaczęła się wznosić, więc postanowiliśmy sprawdzić dokąd nas zawiedzie. Ta ścianka miała jednak ledwie czterysta metrów, zaś po kolejnych trzystu szosa skończyła się na parkingu przed dolną stacją kolejki Grand Paradis. Wróciliśmy zatem do centrum Champery i po znalezieniu bocznej drogi na Planachaux ponowną wspinaczkę zaczęliśmy mając „nabite” już prawie 17 kilometrów. Przesadna prędkość i nieuwaga kosztowały nas dodatkowe 3,4 kilometra i przeszło 10 minut straconego czasu. Tym razem ruszyliśmy wolno. Wspomniana pomyłka wybiła nas z rytmu. Poza tym wiedzieliśmy, że od tego miejsca ma być ciężko, więc jechaliśmy spokojnie czekając na to co nam droga przyniesie. Pierwszy kilometr wyprowadził nas poza Champery. Droga była wąska i stroma, ale jechało się przyjemnie. To znaczy w malowniczym otoczeniu, pełnym drewnianych domków. Kilkaset metrów dalej, tuż za prowizorycznym mostkiem czekała nas niemiła niespodzianka. Szutrowa droga, im dalej w las tym bardziej stroma. W końcu uznałem, że na tym podłożu mogę nie utrzymać równowagi. Dlatego zszedłem z roweru by przespacerować się do najbliższego wypłaszczenia. Miejsce to było pełne turystów tak pieszych jak i amatorów górskiego downhillu. Darek jakoś poradził sobie z tym podwójnie ciężkim odcinkiem, więc gdy tylko ponownie wskoczyłem na rower musiałem go gonić. Nawierzchnia była nadal kamienista, lecz z maksymalnym nachyleniem rzędu 11,5% można było sobie poradzić. Płynną jazdę utrudniały jednak gęsto przecinające ów dukt poprzeczne rynny do odprowadzania wody ze zbocza góry. Bałem się, że w takich warunkach będziemy musieli jechać jeszcze te kilka kilometrów pozostałe nam do szczytu wzniesienia.

Gdy na początku czwartego kilometra za Champery dojeżdżałem do Darka ucieszyłem się podwójnie. Za wirażem w prawo spotkała nas bowiem miła niespodzianka. Podjazd ni stąd ni zowąd znów stał się szosowy. Drzewa wokół drogi zaczęły się przerzedzać otwierając przed nami widoki pierwszej klasy. Nachylenie niemal cały czas trzymało powyżej 8%, momentami skacząc do 12%. Wcześniejsza pogoń po stratach z leśnego spaceru kosztowała mnie jednak sporo sił. Owszem dojechałem do Darka, ale nie byłem w stanie długo się z nim utrzymać. Na około 2,5 kilometra przed finałem puściłem koło. Wkrótce minęliśmy wyciąg ku górze Pauvre Conche. Do końca miałem Darka na widoku, ale nie byłem w stanie nic zrobić. Jechałem już na rezerwie. Dario na rozjeździe u góry początkowo pojechał prosto, ale szybko zawrócił gdy krzyknąłem, że jedziemy w lewo. Bez trudu ponownie mnie wyprzedził na 400-metrowej końcówce ze stromizną dochodzącą do 12%. Wzniesienie to pod pewnymi względami przypomniało mi czerwcowe Col du Joly. Tu też mieliśmy do przejechania ponad 20 kilometrów. Dzień był słoneczny, zaś widoki przednie. Meta znajdowała się przy zamkniętej restauracji z tarasem widokowym. W końcu także w tym miejscu towarzyszący mi kompan okazał się nieco mocniejszy. Darek poszedł w ślady Romka. Jednym słowem górskie dejavu. Na koniec garść newsów z nieocenionej stravy. Środkowy segment o długości 6,5 kilometra między Troistorrents a Champery Darek przejechał w 20:36, zaś ja o 10 sekund wolniej. Nachylenie było mniejsze niż na dolnym sektorze, więc jechaliśmy z prędkością 19 km/h. Z kolei finałowe 8,45 kilometra Dario pojechał w 53:20, zaś ja w 53:30. Jechaliśmy w tempie 9,5 km/h. Czasy netto mieliśmy nieco lepsze. Darek 51:06, a ja nawet 49:34. Nie znaczy to wcale, że byłbym szybciej na górze. Spacer z rowerem pewnie nie wliczył mi się do czasu jazdy, zaś mój kolega stracił też około minutę na rozjeździe przed finałem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1118940944

http://veloviewer.com/activities/1118940944

ZDJĘCIA

20170805_001

FILMY

20170805_125832

20170805_130334

20170805_131119

20170805_131909

20170805_132340