banner daniela marszałka

Col du Gondran

Autor: admin o środa 12. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Briancon (D 902)

Wysokość: 2347 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1137 metrów

Długość: 16,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,0 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjechawszy z Sarenne mieliśmy przed sobą 55 kilometrów na szlaku do Briancon. Górska trasa po drodze D1091 z przejazdem przez Col du Lautaret. Nie śpieszyliśmy się zbytnio. Na kilka kilometrów przed przełęczą zrobiliśmy sobie przystanek foto-video. Powietrze tego dnia było nadzwyczaj przejrzyste. Mogliśmy zatem podziwiać ośnieżone szczyty gór w masywie Ecrins. Przepiękne widoki, których aura poskąpiła nam w niedzielę i poniedziałek. Potem zatrzymaliśmy się jeszcze raz na samej Lautaret, gdzie spotkaliśmy znajomego kelnera z restauracji Hotel des Glaciers. Po zjeździe straciliśmy nieco czasu na ulicach Briancon. W końcu znalazłem jednak miejsce, o którym myślałem. Postój nr 2 wyznaczyłem nam bowiem przy rondzie za rzeką Durance. Na samym początku drogi D902, prowadzącej na Col d’Izoard. Briancon to miasto ciekawe pod kilkoma względami. Słynie z licznych fortyfikacji jakie na początku XVIII wieku wybudował w jego granicach jak i okolicach Sebastien Le Preste de Vauban, architekt i inżynier wojskowy na usługach Króla-Słońce czyli Ludwika XIV. Ze swą starówką na wysokości 1326 metrów n.p.m. uchodzi ono za najwyżej położone miasto we Francji. Tym mianem określane są wszystkie miejscowości mające co najmniej dwa tysiące mieszkańców. Wedle ostatniego spisu Briancon ma ich 12.270, zaś każdej zimy nawet trzykrotnie więcej za sprawą turystów przybywających do ośrodka narciarskiego Serre Chevalier. W mieście tym urodził się Luc Alphand specjalista od narciarskich zjazdów i supergigantów, zwycięzca alpejskiego Pucharu Świata z sezonu 1996/97. Przede wszystkim jednak Briancon to bardzo popularna meta etapowa na trasach Tour de France. Zresztą nie ma się co temu dziwić skoro leży pomiędzy tak legendarnymi przełęczami jak Galibier oraz Izoard. Jak dotąd 33 razy organizowano w tym mieście etapowe finisze „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy w roku 1922, gdy po inauguracyjnej w dziejach TdF wspinaczce na Izoard wygrał tu znakomity Belg Philippe Thys. Po raz ostatni w sezonie 2007, gdy po solowej akcji przez Galibier triumfował tu Kolumbijczyk Mauricio Soler. Dwa lata wcześniej oglądałem w tym mieście dwójkowy finisz, na którym Kazachstańczyk Aleksander Winokurow ograł Kolumbijczyka Santiago Botero.

Trzykrotnie kończyły się w nim również górskie odcinki Giro d’Italia. W roku 1996 wygrał tu Szwajcar Pascal Richard (siedem lat po podobnym zwycięstwie na etapie Touru), zaś w latach 2000 i 2007 Włosi: Paolo Lanfranchi i Danilo Di Luca. Ostatnie francuskie etapy kończyły się na płaskim terenie w dolnej części miasta, zaś wszystkie włoskie „tappone” w położonej przeszło sto metrów wyżej cytadeli. Podobnie zresztą jak etap TdF z roku 2000 wygrany przez wspomnianego już Santiago Botero czy liczne odcinki Criterium du Dauphine (Libere), w tym ostatni z sezonu 2009 wygrany przez Francuza Pierricka Fedrigo. W Briancon rozdzieliśmy się, bowiem Tomka czekał „lot na księżyc”. To znaczy stroma wspinaczka na Col du Granon (2413 metrów n.p.m.) wiodącą wąską drogą przez skaliste i ogołocone z roślinności pustkowia. Musiał tylko wyjechać z miasta w kierunku północnym i przejechać jakieś 6 kilometrów do podnóża owego podjazdu, przy drodze D234 między miejscowościami Saint-Chaffrey i Chantemerle. Zadanie miał z gatunku trudnych. Sztywne wzniesienie o długości 11,5 kilometra i średnim nachyleniu co najmniej 9%. Wypróbowane na Tour de France tylko raz, bo na siedemnastym etapie z roku 1986. Ten odcinek wygrał Hiszpan Eduardo Chozas z przewagą 6:26 nad Szwajcarem Ursem Zimmermann’em i Amerykaninem Gregiem Lemond’em. To tutaj pożegnał się z trykotem lidera i nadziejami na swą szóstą wiktorię sławny Bernard Hinault. Granon zyskała zaś na kolejne ćwierćwiecze miano najwyższej etapowej mety w historii Touru. To jest do czasu wytyczenia finiszu na Col du Galbier podczas TdF 2011. Tommy na Granon spisał się bardzo dobrze. W drodze na szczyt połknął pewnego francuskiego amatora, któremu nie pomogła nawet asysta wozu technicznego. Nasz kolega na dystansie 11,29 kilometra uzyskał czas 1h 01:35 (avs. 11,3 km.h z VAM 1041 m/h). Z ciekawości spojrzałem w „archiwa” jak mi i Darkowi się tu powiodło przed dziesięcioma laty. Ja wykręciłem czas 55:43 z VAM na nieosiągalnym dziś poziomie 1133 m/h, zaś Dario też ładny wynik 58:52. Tommy miał jednak nieco trudniej, bowiem czuł w nogach Col de Sarenne, podczas gdy my ową wspinaczkę poprzedziliśmy znacznie łatwiejszym wjazdem na Col de Montgenevre.

Dla siebie i Darka wyszukałem w „archivio salite” wspinaczkę na Col du Gondran (2347 m. n.p.m.). Niemniej nie mogłem być pewien czy jest to podjazd szosowy. Pozytywną odpowiedź znalazłem jednak w artykule ze strony „alpes4ever.com”. Zapewniano tam, iż jedna z trzech dróg, a mianowicie zachodnia, wiedzie po asfalcie choć nie najlepszej jakości. Czekało nas 16-kilometrowe wzniesienie o przewyższeniu 1135 metrów to jest o średnim nachyleniu 7,1 i maksymalnym 11,5%. Kilka minut przed siedemnastą ruszyliśmy w górę D902, jako że pierwsze kilometry tej wspinaczki pokrywają się z północnym Col d’Izoard. Wystartowałem całkiem mocno. W przeciwieństwie do Darka, który tego dnia obie góry brał na spokojnie. Po przejechaniu 3,3 kilometra czyli segmentu po gładkim asfalcie miałem już nad nim przewagę 4:25. Niestety szosa na drodze wojskowej „Route strategique de la Cerveyrette” bardziej straszyła niż umożliwiała płynną jazdę. Miejscami była kiepska, innym razem fatalna, a gdzieniegdzie jedynie wspomnieniem. W najsłabszych miejscach był to po prostu kamienisty dukt. Po przejechaniu 6,2 kilometra i zrobieniu 424 metrów w pionie, na odcinku przed Fort d’Anjou, przeciąłem oponę i usłyszałem wystrzał dętki. Co prawda miałem drugą w zapasie, ale biorąc pod uwagę stan opony musiałem zrezygnować z dalszej wspinaczki. Poczekałem na Darka, który dotarł w to miejsce po ośmiu minutach. Przejąłem od niego klucze do samochodu, po czym po zmianie ogumienia jak najostrożniej zjechałem do Briancon. Udało mi się dotrzeć do auta o wpół do siódmej, bez żadnych złych przygód. Tym samym w naszym przypadku sprawdziło się rosyjskie przysłowie: „tiszej jediesz, dalsze budiesz”. Dario nieśpiesznie, acz uparcie zmęczył całą górę. Ba, nie poprzestał na dojechaniu na Col de Gondran. Pociągnął aż do Fortu Gondran przy Sommet des Anges. Zatrzymał się dopiero na wysokości około 2440 metrów n.p.m. Ogólny dystans 16,8 kilometra pokonał w 1h 47:26 (avs. 9,4 km/h). Na szczycie zrobił ponoć wiele ślicznych zdjęć. Niestety te obrazy pozostaną tylko w jego pamięci, bowiem jak wszystkie fotki kolegi z pierwszych 12 dni tej wyprawy przepadły „na amen” po awarii karty Darkowym Samsungu.

Czekając na przyjazd kolegów przeglądałem w komórce wieści z internetu. Był to akurat dzień, w którym fatalny upadek na rozgrzewce przed czasówką Delfinatu zaliczył Chris Froome. Tommy nadjechał całkiem szybko, bo kwadrans po dziewiętnastej. Na Darka czekałem znacznie dłużej, ale wiedząc z czym na zjeździe będzie miał do czynienia wiedziałem, iż musimy się uzbroić w cierpliwość. Ostatecznie Dario dotarł do Briancon około wpół do dziewiątej. Czym prędzej zapakowaliśmy się do samochodu, by ruszyć w dalszą drogę do bazy nr 3 w Embrun. Mieliśmy do przejechania kolejne 47 kilometrów czyli było więcej niż pewne, iż „wylądujemy” tam po godzinie 21-wszej. Na miejscu czekały nas same niemiłe niespodzianki. Najpierw ciężko było odnaleźć wskazany adres na mapce z „booking.com”. Dzięki wskazówkom pewnej niewiasty udało mi się namierzyć właściwy blok. Gdy dostaliśmy się na jego klatkę schodową i namierzyliśmy mieszkanie okazało się, iż przed kilkoma miesiącami zmienili się jego właściciele. Nowi nie wystawili zaś tego lokalu do wynajmu na holenderskim serwisie. Natomiast  „booking” najwyraźniej zapomniał zdjąć tą ofertę ze swego „afisza” i ten sposób wpakował nas na minę. Zacząłem dzwonić na ich infolinię. Jej polska wersja językowa już dawno „poszła spać”, więc trzeba było się dogadywać z anglojęzyczną centralą. Skasowali trefną rezerwację, zaś wpłaconą „kasę” zwrócili po paru dniach. Niemniej nie mieli dla nas w zanadrzu jakieś sensownej alternatywy. Pierwsza propozycją był apartament w Risoul czyli za daleko i za wysoko by miało sens się fatygować. Druga dotyczyła lokalu na starym mieście w Embrun. Niemniej po nocy mimo długiego biegania po okolicy nie udało nam się go znaleźć. Koniec końców około drugiej w nocy zmęczeni, głodni, wkurzeni i zniechęceni postanowiliśmy zawiesić nasze poszukiwania do rana. Wyjechaliśmy z miasta i zjechaliśmy ku dolinie w poszukiwaniu cichej miejscówki na noc. Spędziliśmy ją w samochodzie, szybko uśpieni tak trudami dnia jak i szumem bystrego nurtu rzeki Durance. Przyznam, że pomimo niewygód tego noclegu lepiej się tu wyspałem niż przez niektóre noce w gorącym Echirolles.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820293

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820293

ZDJĘCIA

20190612_057

FILMY

Col du Lautaret

VID_20190612_153255

VID_20190612_154221

Col du Gondran

VID_20190612_175152

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Gondran została wyłączona

Col de Sarenne

Autor: admin o środa 12. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Freney-d’Oisans (D 1091 & D25)

Wysokość: 1999 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1072 metry

Długość: 15,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 14,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Środa była dniem naszej drugiej przeprowadzki. Z Le Bourg d’Oisans przenosiliśmy się do Embrun. Czekał nas transfer znacznie dłuższy, a przy tym bardziej skomplikowany niż w minioną sobotę. Do przejechania samochodem mieliśmy 113 kilometrów. Po drodze zaś nie jeden, lecz dwa kolarskie przystanki. Mój oryginalny plan zakładał postoje w słynnym Briancon oraz położonej nieco dalej na południowy-zachód Vallouise. To pierwsze miasto miało być linią startu do wspinaczki na „tajemniczą” Col du Gondran (2347 m. n.p.m.). Natomiast druga miejscowość punktem wypadowym do tolerancyjnego dla nóg i szczodrego dla oczu 13-kilometrowego podjazdu Pre de Madame Carle z finałem przy Refuge Cezanne. Z tej mety mieliśmy podziwiać najwyższe szczyty masywu Ecrins, przede wszystkim Barre des Ecrins i Mont Pelvoux. Tym niemniej kiepska tak w poniedziałek jak i wtorek pogoda w rejonie Bourg d’Oisans „pomieszała mi szyki”. Nie dane nam było w tych dniach zaliczyć wjazdu na Col de Sarenne. Stromego podjazdu o niezaprzeczalnym uroku, który w ostatniej dekadzie w końcu pokazał się kolarskiemu światu. Nie chcąc pominąć tego punktu naszego programu uznałem, że warto będzie wykonać tą wspinaczkę jako pierwszą na trasie dwunastego etapu naszej podróży. Tym samym trzeba było z czegoś zrezygnować w dalszej części owego przejazdu. Padło na podjazd pod Pre Madame Carle. Poniekąd z uwagi na fakt, iż był poza głównym szlakiem transferu czyli wymagał dodatkowych kilometrów w aucie. Poza tym miał mieć ledwie 700 metrów amplitudy podczas gdy znajdujące się w pobliżu Gondran (dla mnie i Darka) oraz Col du Granon (dla Tomka) na pewno przeszło 1000 metrów przewyższenia. Tym samym pierwszy przystanek na naszej środowej trasie zrobiliśmy sobie już po 12 kilometrach. Wschodni podjazd na Col e Sarenne zazwyczaj liczony jest z poziomu 1045 m. n.p.m. przy sztucznym Lac de Chambon. Niemniej dojeżdżając w te okolice od zachodu siłą rzeczy całą wspinaczkę zaczyna się przeszło 300 metrów niżej, a mianowicie w Le Clapier d’Auris. To znaczy w tym samym miejscu co południowo-zachodni wjazd na Col du Galibier.

My poszliśmy na kompromis z tymi okolicznościami. Zaproponowałem kolegom start w leżącej na wysokości blisko 930 metrów n.p.m. miejscowości Le Freney d’Oisans. Tym sposobem mogliśmy uniknąć kilku kilometrów wspinaczki na ruchliwej drodze D1091, lecz wciąż „zrobić” wzniesienie o amplitudzie ponad 1000 metrów. Tak to klasyczny podjazd na Col de Sarenne wydłużyliśmy sobie o 2,7 kilometra oraz jakieś 115 metrów przewyższenia. Owa „klasyka” liczy zaś 12,8 kilometra i prowadzi na przełęcz drogami D25 oraz D25A przez miejscowości Mizoen, Clavans-le-Bas i Clavans-le-Haut. Istnieje rzecz jasna przeciwległa droga dostępu. Zachodnia, znajdująca się niejako na „zapleczu” słynnego podjazdu do stacji L’Alpe d’Huez. To jednak krótki podjazd o długości zaledwie 3,2 kilometra przy średniej 7,8% i max. 9,8%. Na wielkich wyścigach kolarskich Sarenne zadebiutowała w sezonie 2013. W owym roku zdobyto ją dwukrotnie od łatwiejszej zachodniej strony. Najpierw w trakcie czerwcowego Criterium du Dauphine, na etapie siódmym do stacji Superdevoluy wygranym przez Hiszpana Samuela Sancheza. Na premii górskiej pierwszy był tu Belg Kevin Seeldraeyers. Przeszło miesiąc później na trasie jubileuszowej 100. edycji Tour de France „zahaczenie” o Sarenne umożliwiło organizatorom przeprowadzenie etapu z dwoma wspinaczkami pod L’Alpe jednego dnia! Pierwsza kończyła się nieco przedwcześnie, bo na wysokości 1765 m. n.p.m., zaś druga blisko sto metrów wyżej, na dobrze znanej finiszowej prostej. Pomiędzy nimi był zaś wspomniany 3-kilometrowy dodatek w postaci zachodniej Sarenne. Premia górska drugiej kategorii, którą wygrał Amerykanin Tejay Van Garderen. Jednak to nie on został bohaterem dnia. Podczas finałowej rozgrywki niespodziewanie ograł go Francuz Christophe Riblon. Faworyt gospodarzy zdystansował „Yankesa” o 59 sekund i Włocha Moreno Mosera o 1:27. Wschodni podjazd na Sarenne czyli ten „nasz” przetestowano na Dauphine dopiero z roku 2017. Na etapie siódmym do L’Alpe d’Huez. Pierwszy tak na premii jak i zlokalizowanej 14 kilometrów dalej mecie był zawodnik Team Sky Peter Kennaugh.

Po dojechaniu do Le Freney zatrzymaliśmy się nieco na uboczu. Przy drodze D211a, nad brzegiem La Romanche, w miejscu gdzie zaczyna się nieregularny około 12-kilometrowy podjazd do stacji narciarskiej Auris d’Oisans (1595 m. n.p.m.). Naszą „mokrą robotę” na drodze D1091 niczym bohaterowie westernu zaczęliśmy w samo południe. Razem, lecz tylko przez chwilę. Tradycyjnie już ruszyłem mocniej niż moi koledzy. Tomek też zaczął dość żwawo, ale pogubił się dojechawszy do jeziora. O mały włos nie ruszył do Les Deux Alpes. Ostatecznie spadł na trzecie miejsce za spokojnie jadącego Darka. U progu właściwej wspinaczki na przełęcz Sarenne miałem nad każdym z nich blisko dwie minuty przewagi. Pierwszy kilometr na drodze D25 zrobił na mnie niemiłe wrażenie. Kawał stromej ściany o średnim nachyleniu 10,5%. Nieźle mnie przyhamował, acz ponoć pokonałem go z VAM na poziomie 1122 m/h. Dwieście metrów dalej (pod koniec czwartego kilometra całej wspinaczki) byłem już we wsi Mizoen, za którą teren znacznie złagodniał. W połowie piątego kilometra trafił się nawet dość ostry zjazd o długości 400 metrów, a za nim drastyczne przejście w kolejną stromą ściankę. Przy rozjeździe do Besse (6,2 km) przegoniłem grupkę anglojęzycznych amatorów. Po przejechaniu 7 kilometrów byłem już w Clavans-le-Bas, gdzie minąłem przydrożną biblioteczkę. Ot ciekawy wynalazek kulturalny. Tymczasem za moimi plecami korzystając ze słonecznej aury Tommy wszedł na wysokie obroty. Szybko zgubił Darka i rozpoczął zdecydowany pościg za mną. Dodam, że na starcie pod w końcu błękitnym niebem mieliśmy tu 21, w trakcie wspinaczki maksymalnie 25, zaś na mecie wciąż 23 stopni! Druga faza wspinaczki skończyła się na wirażu w lewo przed Clavans-le-Haut (8,4 km). „Bury” tracił tu do mnie 1:45, zaś Dario już 8:40. Do przełęczy brakowało nam siedmiu kilometrów. Cały ten segment miał mieć średnio 8,5%, zaś ostatnie 4000 metrów nawet 9,2%. Dla Tomka był to wymarzony teren do skutecznej pogoni. Moja przewaga z dolnego odcinka szybko topniała, co widać dopiero po wglądzie w Strava Flybys.

Niemniej nawet wiedząc o tym pościgu raczej nie byłbym w stanie przyśpieszyć. Starałem się trzymać równe tempo, no i podziwiałem okoliczności przyrody. Spodobał mi się elegancki lasek na szóstym kilometrze od końca. Potem na jednym z wiraży moją uwagę przykuł dom z kamienia wybudowany w cieniu wielkiego głazu. Natomiast na finałowym odcinku warto było rzucić okiem na wiecznie białe szczyty masywu Ecrins widoczne po lewej stronie. Tommy dopadł mnie niespełna trzy kilometry przed końcem. Tuż po zakończeniu najbardziej krętego odcinka. Sektora z dziewięcioma zakrętami na przestrzeni ledwie 1800 metrów. Na chłodnym Sabot mogłem dyktować swoje warunki. Za to na ciepłej Sarenne byłem w stanie tylko przez kilkaset metrów wytrwać na kole młodszego kolegi. Pod koniec trzymastego kilometra dałem za wygraną. Po czternastu traciłem do niego już 40 sekund, zaś na przełęcz wjechałem ze stratą 1:10. Dariusz „sprężył się” dopiero na ostatnich kilometrach wzniesienia, więc na jego przyjazd czekaliśmy niemal kwadrans. Całą naszą trasę przejechałem w 1h 11:24 ze średnią prędkością 13 km/h. Na segmencie obejmującym 12,92 kilometra powyżej Lac de Chambon Tomek uzyskał czas 58:16. Ja potrzebowałem na to 1h 01:24, zaś Darek 1h 14:24. Na stravie KOM należy do Niemca Emmanuela Buchmanna z Bora-Hansgrohe, który podczas CdD 2017 pokonał ten dystans w 39:11. Cztery finałowe kilometry Tommy pokonał w 21:10, ja w 23:04 (avs. 10,5 km/h z VAM 967 m/h), zaś Dario w 25:36. Ogólnie na siedmiu kilometrach powyżej Clavans-le-Haut straciłem do Tomka trzy minuty. Na przełęczy zastaliśmy całkiem sporą grupę amatorów dwóch kółek. Podobnie jak my korzystających z wybornej pogody i nie palących się do opuszczenia tej ciepłej miejscówki. Zjazd, którego bali się niektórzy uczestnicy TdF 2013 nie wyglądał na jakoś szczególnie niebezpieczny. Niemniej to być może tylko moja turystyczna perspektywa. Do auta dotarłem o 14:42. Tymczasem do przejechania na jego pokładzie zostało nam przeszło 100 kilometrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820422

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820422

ZDJĘCIA

20190612_001

FILMY

VID_20190612_131942

VID_20190612_132416

VID_20190612_143307

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Sarenne została wyłączona

Col du Sabot

Autor: admin o wtorek 11. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Verney (D 43A)

Wysokość: 2100 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1289 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 8,9 %

Maksymalne nachylenie: 13,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Will, autor strony „cycling-challenge.com”, napisał o Col du Sabot, iż jest wspinaczką wyższą, trudniejszą i bez porównania cichszą niż pobliska L’Alpe d’Huez. To wszystko prawda. Ja dodałbym jeszcze, że jest też większa (przewyższenie), trochę dłuższa, a nawet nieco bardziej kręta niż jej sławna w całym świecie sąsiadka. Przynajmniej wtedy, gdy ten drugi podjazd liczymy tylko do poziomu stacji narciarskiej. Dwie góry tak bliskie sobie pod względem geograficznym, a jednocześnie tak różne charakterem. L’Alpe to średnio urodziwa, lecz przebojowa i żądna sławy „celebrytka”. Sabot to „niewiasta” bardziej urodziwa, ale skryta i niepragnąca poklasku. Leży na wysokości 2100, choć mapa z programu veloviewer podaje pułap nawet 2130 metrów n.p.m. Uchodzi za najwyższą przełęcz drogową w departamencie Isere. Niestety po szosie dojechać na nią można tylko od jednej strony. To znaczy południowo-zachodnim szlakiem rozpoczynającym się w pobliżu Le Verney, osady położonej na północnym krańcu sztucznego jeziora o tej samej nazwie. Podobnie jak w przypadku Col du Poutran po północnej stronie Sabot istnieje tylko gruntowa ścieżka. Gdyby wylano tu asfalt można by na wysokości 1550 metrów wbić się na drogę D526 prowadzącą ku dobrze znanym z Touru przełęczom Glandon i Croix-de-Fer. Ponoć istnieją takie plany. Niemniej dziś można sobie jedynie popatrzeć w tamtym kierunku. Przy dobrej pogodzie ujrzymy wówczas niebieską taflę Lac de Grand’Maison. To jest sztucznego jeziora o powierzchni 2,19 km2, powstałego w 1985 roku, za sprawą wysokiej na 90 metrów tamy. Jedyny jak dotąd szosowy podjazd na przełęcz Sabot prowadzi po drodze D43A przez Vallee du Flumet, acz na ostatnich trzech kilometrach jest ona bliższa wpadającemu do Flumet potokowi La Vorge. Ten przeszło 14-kilometrowy podjazd o przeciętnym nachyleniu niemal 9% nie wybacza słabości. Jest na nim tylko jeden płaski fragment. Niemniej ledwie 200-metrowy pod koniec szóstego kilometra. Dwanaście z czternastu kilometrowych sektorów ma średnią stromiznę od 8,2 do 10,6%. Tylko dwukilometrowy segment między Vaujany a La Villette nie trzyma tej wyśrubowanej normy.

Col du Sabot w pełnej swej postaci nie została jak dotąd wypróbowana na żadnym ze znanych mi wyścigów. Tym niemniej prestiżowe etapówki zaglądały i to nie raz do największej miejscowości na tym górskim szlaku. Vaujany to wioska w kantonie Oisans-Romanche i zarazem stacja narciarska w masywie Grandes Rousses. Jest ona częścią wielkiego ośrodka L’Alpe d’Huez Grand Domaine Ski, z którym łączy się przez Oz-en-Oisans. Ponoć rozwój lokalnego przemysłu turystycznego finansowany jest z przeszło 3 milionów Euro podatków wpłacanych rokrocznie na konto gminy przez firmę EDF, operatora zapór na jeziorach Verney i Grand’Maison. Późną zimą roku 1994 do Vaujany przyjechał marcowy wyścig „Ku Słońcu”. Piąty etap Paris – Nice wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty wyprzedził o 21 sekund 8-osobową grupkę, którą przyprowadził Rosjanin Wiaczesław Jekimow. Trzeci na kresce był zwycięzca całej tej imprezy, też Helwet Tony Rominger. W następnym sezonie zawitała tu etapówka będąca próbą generalną przed TdF czyli Delfinat, organizowany wtedy jeszcze pod nazwą Criterium du Dauphine Libere. Szósty etap owej edycji wygrał Francuz Richard Virenque, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Jean-Cyrila Robina, wielkiego Miguela Induraina, Hiszpana Vicente Aparicio oraz Anglika Chrisa Boardmana. Ten sam skład miała czołowa piątka tego wyścigu, acz kolejność była zupełnie inna. Decydowały czasówki. Triumfował więc Indurain przed Boardmanem i Aparicio. Drugi raz Dauphine zajrzało tu w sezonie 2016. Piąty etap tej imprezy padł łupem Chrisa Froome’a, który o sekundę wyprzedził Richie Porte’a. Jako następni ze stratą 19 sekund finiszowali Adam Yates i Dan Martin. Tego dnia pierwszym nie-anglojęzycznym zawodnikiem na mecie był Alberto Contador. Hiszpan stracił do zwycięzcy 21 sekund i tym samym koszulkę lidera na rzecz Froome’a. Dwa dni później urodzony w Kenii Brytyjczyk po raz trzeci wygrał „generalkę” Criterium du Dauphine.

Tym niemniej to nie męskie wyścigi etapowe rozsławiły Vaujany w kolarskim peletonie. Stromy dojazd do tej wioski w latach 90. stał się kultowym wzniesieniem na trasach kobiecego wyścigu Dookoła Francji. Świadomie nie piszę o nim Tour de France, bowiem imprezę tą organizowano od roku 1984 do 2009 roku pod czterema różnymi nazwami. Z tego pod szyldem TdF jedynie przez jego sześć pierwszych edycji. W latach 1992-2003 i 2005 aż trzynaście górskich odcinków Tour Cycliste Feminin i później Grand Boucle Feminine Internationale zakończyło się w Vaujany. A zatem owa stacja była dla tego wyścigu tym czym dla wielkiego TdF nieodległa L’Alpe d’Huez. Sześć etapów z metą w tym miejscu wygrała w latach 1995-98, 2001 i 2003 znakomita Włoszka Fabiana Luperini. Pochodząca z toskańskiej Pontedery filigranowa „góralka” (157cm & 43 kg) w swej karierze 3 razy triumfowała w Tour Cycliste Feminin i aż 5-krotnie w Giro d’Italia Femminile. Dwa razy w Vaujany zwyciężała Rosjanka Valentina Polkhanova (1999 i 2002). Ostatnim ze wspomnianych trzynastu etapów była, jedyna w tym zestawieniu, 6,5-kilometrowa czasówka wygrana przez Szwajcarkę Priskę Doppman z czasem 21:04 i średnią prędkością 18,513 km/h. Nie sposób ustalić na jaką wysokość docierały tu wspomniane męskie i żeńskie wyścigi. Jeśli wierzyć stronie „procyclingstats.com” finisz CdD z roku 2016 wytyczono na poziomie 1223 metrów n.p.m. Finałowy podjazd miał drugą kategorię i długość 5,5 kilometra, co sugeruje, iż być może zajechano nieco wyżej niż podaje to oficjalny profil tego etapu. Zresztą mniejsza o to. Podstawowy fakt jest taki, iż profesjonaliści nigdy nie ścigali się do kresu owej drogi. Na pełnej górze mogą sobie co najwyżej potrenować. Tak jak uczynił to 15 dni po naszej wizycie szykujący się do startu w 106. edycji TdF Romain Bardet.

We wtorek już trzeci dzień z rzędu „bawiliśmy się” oddzielnie. Darek wstał wcześniej niż zazwyczaj, bowiem chciał poznać przejechany już przeze mnie i Tomka podjazd do Villard-Reymond. Pytanie tylko czemu musiał to zrobić w pierwszej kolejności? Równie dobrze mógł ruszyć z nami na ciężką Col du Sabot, zaś niewątpliwie łatwiejszą wspinaczkę na Col du Solude zaliczyć w drodze powrotnej do bazy. Było to nieco w poprzek naszych planów zakładających, że podobnie jak w poniedziałek wyjedziemy w teren około dziesiątej. Dario ruszył ku swej górze parę minut dziewiątej. Obiecaliśmy poczekać na niego w domu do jedenastej. W rzeczywistości daliśmy mu dodatkowe 45 minut. Nie doczekaliśmy się na przyjazd kolegi, ani też na żadną wiadomość od niego. Ostatecznie kwadrans przed dwunastą wyszliśmy z domu, zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy w stronę Le Verney. Dojazd ten liczył 14 kilometrów trasą przez Rochetaillee i Allemont. Nie chcąc „dorabiać” blisko 30 kilometrów w płaskim terenie zdecydowaliśmy się skorzystać z samochodu. Tuż po dwunastej zatrzymaliśmy się na postoju z widokiem tak na jezioro jak i pierwsze metry czekającego nas podjazdu. Dobrze znałem te okolice. W latach 2005 i 2006 śmigałem po Route de Grand Maison będąc jedną z tysięcy kolarzy amatorów w mega-peletonie La Marmotte. Jedną z całej masy „mrówek” szykujących się do podjazdu na pierwsze z czterech wzniesień tego wyścigu tzn. Col du Glandon. Co więcej znałem też dwa pierwsze kilometry wspinaczki na Col du Sabot, bowiem w dniach poprzedzających oba starty w hardcorowym „Świstaku” mieszkałem w okolicznych wioskach. Za pierwszym razem w leżącej przy drodze D43A Pourchery, zaś za drugim w położonej bardziej uboczu L’Enversin d’Oz. Tym niemniej wówczas zabrakło mi czasu jak i ochoty na wypad choćby tylko do Vaujany. Tym bardziej zaś na pokonanie całej tej góry. Cóż, inne były wówczas priorytety. Trzeba było oszczędzać siły na ośmiogodzinne zmagania z własnymi słabościami na trasie legendarnej imprezy cyclosportive.

Po trzynastu latach wróciłem w te strony by w końcu zmierzyć się z tym wzniesieniem. Od razu powiem, że całą górę przejechaliśmy razem. Nie walczyliśmy między sobą. Mieliśmy wspólnego przeciwnika, który od początku dyktował swe twarde warunki. Swoje trzy grosze dodała kiepska pogoda. Przez sporą część wspinaczki towarzyszyła nam mżawka. Na starcie mieliśmy 16 stopni, zaś na mecie już tylko rześkie 7. Pierwsza tercja tego podjazdu to 4,4 kilometra o średniej 9,5%. Na pierwszych trzech kilometrach mija się szereg wiosek tzn. Rif Jany (0,6 km), La Condamine (1,6 km), Pourchery (1,9 km) i Le Perrier (2,9 km). Natomiast tuż przed Vaujany po przejechaniu 4,1 kilometra zostawia się po lewej stronie wąską Route du Bessay wiodącą na punkt widokowy Le Collet de Vaujany (1705 m. n.p.m.). W drodze powrotnej z Col du Sabot chciałem poznać ten krótki, lecz bardzo stromy podjazd (5,3 km przy średniej 9,5%). W połowie piątego kilometra dotarliśmy do stacji, gdzie stromizna nieco odpuściła. Pod koniec szóstego z rozpędu wjechaliśmy do mniejszej La Villette. Ostatnią osadą na szlaku była Le Collet (6,8 km) ze swymi kortami tenisowymi i pomnikiem partyzantów Maquis de l’Oisans. Tu droga stała się węższa i bardziej kręta. Na całym wzniesieniu naliczyłem 22 wiraże, z czego 7 w dolnej ćwiartce i aż 13 między początkiem ósmego a połową czternastego kilometra. Górna połowa podjazdu wiodła już przez dziki, niezamieszkany teren. Wiła się pośród soczyście zielonych górskich łąk. Nawierzchnia drogi była tu chropowata, zaś miejscami gorszej jakości. Na wysokości około 2000 metrów na poboczu pojawiły się pierwsze łachy śniegu. Po pokonaniu 14 kilometrów, już na ostatniej prostej, najpierw drogę zagrodził nam postawiony w poprzek samochodzik (Renault Twingo) należący zapewne do gości, którzy nieopodal rozbili namiot na zaśnieżonym polu. Obeszliśmy go, tak jak i pierwszą śnieżną przeszkodę. Niemniej nieco wyżej śnieg zakrywał już całą szerokość tej wąskiej szosy i tuż przed szczytem musieliśmy dać za wygraną.

Skończyliśmy jazdę na wysokości około 2090 metrów n.p.m. Jakieś 200 metrów przed przełęczą. Licznik zatrzymałem nieco wcześniej po przejechaniu 14,1 kilometra w 1h 19:34. Na najdłuższym segmencie ze stravy odnotowano nam czas 1h 17:32 (avs. 11,2 km/h z VAM 944 m/h). Dario na jego pokonanie potrzebował później 1h 27:53. Natomiast wspomniany Romek Bardet ustrzelił tu KOM wynikiem 51:46. O czternastej w nieco zimowej scenerii rozpoczęliśmy zjazd. Po drodze starałem się nie zapominać o swych obowiązkach fotograficznych, choć przyjemniej byłoby to zjechać na jeden raz. Ponieważ nadal było chłodno i mokro zrezygnowałem ze stromej wspinaczki pod Collet de Vaujany. Na przedostatnim kilometrze zjazdu minąłem się z Darkiem rozpoczynającym swój podjazd. Gdy dotarłem do samochodu zaczęło mocniej padać. Zastanawialiśmy się z Tomkiem co zrobić gdy deszcz ustanie lub osłabnie. Mogliśmy wzorem naszego kolegi poszukać sobie drugiego wyzwania. Okazji tu nie brakowało. Niespełna trzy kilometry od podnóża Col du Sabot zaczyna się podjazd drogą D44B na Pas de la Confession (1542 m. n.p.m.). Solidne 12,2 kilometra o średniej 6%, nieco zaniżonej przez krótkie zjazdy i wypłaszczenia powyżej wioski Villard-Reculas. Baliśmy się jednak o zdrowie Darka. Znaliśmy wszak z jednej strony jego wielką sportową ambicję, zaś z drugiej małą odporność na zimno. Zrezygnowaliśmy zatem z własnych planów i ruszyliśmy autem pod zdobytą już górę by w razie potrzeby ratować naszego kompana przed „hipotermią”. A przynajmniej oszczędzić mu jak największej części niezbyt miłego zjazdu. Znając trasę początkowo umówiliśmy się z Tomkiem na dojazd do półmetka podjazdu. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy Oplem Vivaro po wąskiej i bardzo krętej górnej połówce wzniesienia. Ostatecznie pognaliśmy jeszcze wyżej, zaś Tommy znakomicie spisał się za kółkiem, na technicznie trudnej trasie. Zatrzymaliśmy się dopiero pod koniec dwunastego kilometra na wysokości 1860 metrów n.p.m. Nasza troska o kolegę okazała się zbyteczna. Dario ubrał się „na cebulę” i bez większego problemu poradził sobie z tym zjazdem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2442438570

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2442438570

ZDJĘCIA

20190611_001

FILMY

VID_20190611_140702

VID_20190611_141639

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Sabot została wyłączona

Col du Galibier S-W

Autor: admin o poniedziałek 10. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: La Clapier d’Auris (D 1091)

Wysokość: 2642 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1900 metrów

Długość: 42,6 kilometra

Średnie nachylenie: 4,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na etapie dziesiątym podobnie jak dzień wcześniej mieliśmy spotkanie z kolarską „legendą”. W niedzielę była nią stacja L’Alpe d’Huez z najczęściej wykorzystywanym finałowym podjazdem pośród znanych wyścigowi Dookoła Francji. W poniedziałek w tej samej roli miała wystąpić Col du Galibier. Najpopularniejsza przełęcz alpejska w dziejach Tour de France. Prowadzi na nią droga D902 łącząca miasto Saint-Michel-de-Maurienne z Col du Lautaret. Przez Galibier biegnie granica między departamentami Savoie (Sabaudia) i Hautes-Alpes (Wysokie Alpy). Owa przełęcz rozdziela Massif des Arves (na zachodzie) od Massif des Cerces (na wschodzie). Za swych sąsiadów ma szczyty takie jak: Pic de Trois Eveches (3118 m. n.p.m.) oraz Le Grand Galibier (3229 m. n.p.m.). Wszystkie źródła wody po obu stronach tej przełęczy należą do dorzecza Rodanu. Aczkolwiek strumyki z północnej strony zmierzają do tej wielkiej rzeki szlakiem przez potok Valoirette oraz rzeki L’Arc i Isere. Natomiast południowe poprzez nurty Guisane i Durance. Droga przez Col du Galibier została oddana do użytku w roku 1891, kiedy to ukończono budowę Tunnel du Galibier. Tunel o długości 370 metrów przekopano na wysokości 2556 m. n.p.m. W swej starej postaci służył on wszystkim podróżnym, w tym uczestnikom TdF do roku 1976. Wtedy to górską przeprawę drogową przeniesiono na wysokość 2642 metrów n.p.m. dodając w tym celu po kilometrze szosy z każdej strony góry. Wspomniany tunel po renowacji ponownie otwarto w roku 2002. Od tego czasu mamy więc dwie opcje przejazdu z Vallee de la Valloirette do Valle de la Guisane. Współczesny tunel ma 4 metry i obowiązuje w nim ruch wahadłowy regulowany sygnalizacją świetlną, która jest ponoć najwyżej zamontowaną instalacją tego typu na kontynencie europejskim. Oba wyloty owego tunelu zamykane są masywnymi drewnianymi wrotami. Z racji swej wysokości mityczna Galibier zwykła zapadać w długi, nawet ośmiomiesięczny „sen zimowy” (od października do czerwca).

Na Col du Galibier prowadzą trzy drogi. Północna wyrusza od św. Michała w dolinie Maurienne i wiedzie przez pośrednią przełęcz Telegraphe (1566 m. n.p.m.). To właśnie ta wspinaczka uchodzi za najtrudniejszą co jest opinią w pełni zasłużoną. Na tym szlaku trzeba pokonać 35,1 kilometra z przewyższeniem netto 1928, zaś brutto aż 2095 metrów. Pomiędzy 12-kilometrowym Telegrafem i 18-kilometrowym Galibierem właściwym mamy tu bowiem około 5-kilometrowy zjazd do wioski Valloire. Drugie miejsce w tym zestawieniu należy się trasie południowo-zachodniej. Ta zaczyna się w Le Clapier d’Auris w dolinie La Romanche. Jest dłuższa od pierwszej, ale niewątpliwie łagodniejsza. Ten szlak liczy sobie aż 42,7 kilometra, ma amplitudę netto 1900, zaś brutto 2001 metrów. Ostatnie 8,5 kilometra dzieli on obecnie ze ścieżką południowo-wschodnią, która swój początek ma w Briancon, najwyższej położonym ze wszystkich francuskich miast. Ten podjazd ma długość 36,4 kilometra z przewyższeniem netto „tylko” 1439, zaś brutto 1461 metrów. Tym niemniej tak na dobre zaczyna się dopiero w pobliżu Le-Monetier-les-Bains (1449 m. n.p.m.) to jest na 23 kilometry przed finałem. Według „cyclingcols” pierwsza wspinaczka warta jest aż 1534 punktów co daje jej pierwsze miejsce pośród wszystkich francuskich wzniesień. Drugą wyceniono na 1111, zaś trzecią już tylko na 759 pkt. Ciekawostkę stanowi fakt, iż do roku 1947 dwie trasy południowe miały za sobą niewiele wspólnego. Droga z Briancon skręcała w stronę przełęczy Galibier na wysokości 1970 metrów n.p.m., jakieś 2 kilometry przed Col du Lautaret. Wiodła do ówczesnego tunelu wzdłuż potoku Galibier stromym szlakiem o długości ledwie 6 kilometrów przy średnim nachyleniu aż 9,8%. Jednak gdy tuż po II Wojnie Światowej na drodze D1091 wybudowano osłony przeciwlawinowe zrezygnowano z tego traktu i odtąd oba południowe szlaki łączą się z sobą na przełęczy Lautaret czyli na wysokości 2058 m. n.p.m.

Przełęcz Galibier po raz pierwszy pojawiła się na trasie Tour de France w roku 1911. Dokładnie zaś 10 lipca owego roku na trasie piątego etapu, który prowadził z Chamonix do Grenoble, który liczył aż 366 kilometrów. Pierwszy na tej przełęczy pojawił się Francuz Emile Georget, który niebawem wygrał ten górski odcinek z przewagą 15 minut nad swym rodakiem Paul’em Duboc. Tego dnia podjechano tu od strony północnej. Tak samo było też rok później. Galibier niekiedy mylnie bywa uważany za pierwszy alpejski podjazd w dziejach Touru. Wszak jubileusz „stulecia TdF w Alpach” hucznie obchodzono w roku 2011. To tylko pół-prawda. „Wielka Pętla” wjechała w te góry już w sezonie 1905. Pierwszymi alpejskimi wzniesieniami były: Cote de Laffrey oraz Col de Bayard (obie na drodze Napoleona). Dwa lata później dołączyła do nich Col de Porte z masywu Chartreuse. Galibier była natomiast pierwszym alpejskim dwutysięcznikiem (dwa dni później kolejnym stała się Col d’Allos). Przez ponad ćwierć wieku była absolutnym „dachem Tour de France”. Ten tytuł utraciła dopiero w roku 1938, gdy pierwszy raz wypróbowano wyższą Col de l’Iseran. Od południowej strony peleton TdF pierwszy raz wjechał na Galibier w roku 1913. To znaczy na etapie jedenastym z Grenoble do Genewy, gdy na tą przełęcz najszybciej dotarł Belg Marcel Buysse. Jak dotąd wyścig Dookoła Francji złożył na tej przełęczy 60 wizyt. Byłoby ich 61, gdyby nie „atak zimy” na etapie do Sestriere z roku 1996. W sumie 26 razy podjeżdżano od strony północnej, zaś 34 razy od południowej. W tym drugim przypadku 15-krotnie rozpoczynano wspinaczkę na zachodzie, 18-krotnie na wschodzie, zaś raz bo w sezonie 1959 na wspólnej obu tym opcjom przełęczy Lautaret. Gdy w roku 1911 Galibier trafił na trasę Touru z miejsca stał się stałym punktem programu największego z kolarskich wyścigów. Dość powiedzieć, iż do roku 1948 nie było edycji TdF bez tego wzniesienia. W latach 1911-14, 1919-39 i 1947-48 zawsze trzeba się było wdrapać na tą przełęcz, którąkolwiek z trzech dostępnych dróg.

Południowy zjazd z Col du Galibier był też „odpowiedzialny” za pierwszy zgon zawodnika na trasie Tour de France. Tą ofiarą był Hiszpan Francisco Cepeda, który 11 lipca 1935 roku zaliczył tragiczny w skutkach upadek na trasie etapu z Aix-les-Bains do Grenoble. Kolarz z Iberii zmarł trzy dni później nie odzyskawszy przytomności. Z kolei 19 lipca 1949 roku po tej samej stronie przełęczy (jakieś 200 metrów przed wjazdem do tunelu) odsłonięto pomnik ku czci pierwszego dyrektora wyścigu Henri Desgrange’a. Jak na ironio właśnie owego lata przełęczy tej po raz pierwszy od roku 1911 zabrakło na trasie „Wielkiej Pętli”. Powróciła w sezonie 1952 i od tego czasu pojawia się na niej z grubsza co drugi rok. W latach 50. wykorzystano ją 5-krotnie, w latach 60. i 70. po 4 razy, w latach 80. znów 5-krotnie i ponownie w latach 90. tylko 4 razy. Na początku trzeciego tysiąclecia Galibier zyskała większe uznanie, gdyż między rokiem 2000 a 2008 wykorzystano ją 7-krotnie. Doliczając zaś lata 1998 i 1999 można powiedzieć, iż pojawiła się wtedy na trasie Touru aż 9 razy na przestrzeni 11 kolejnych edycji. W minionej już drugiej dekadzie XXI wieku wykorzystano ją 4-krotnie. Dwa razy podczas „świątecznej” edycji z roku 2011, po czym w latach 2017 i 2019. We wspomnianym sezonie 2011 najpierw na południowym zboczu tej góry zorganizowano finisz osiemnastego etapu. Tym samym Galibier zdetronizował Col du Granon (2413 m. n.p.m.) z pozycji najwyższej etapowej mety w dziejach TdF. Następnego dnia podjechano zaś na „naszą” przełęcz od strony północnej, na dynamicznym etapie dziewiętnastym z Modane do L’Alpe d’Huez. Jak dotąd siedmiu zawodników udało się dwukrotnie zdobyć to wzniesienie podczas TdF. Pierwszym był Francuz Honore Barthelemy w latach 1919 i 1921. Niebawem w jego ślady poszedł jego rodak Henri Pelissier (1914 i 1923). W okresie międzywojennym udało się to jeszcze Hiszpanowi Federico Ezquerze (1934 i 1936). Później dokonali tego tylko tak znakomici górale jak: Charly Gaul (1955 i 1959), Federico Bahamontes (1954 i 1964), Julio Jimenez (1966-67) oraz Andy Schleck (obie wersje z roku 2011).

Ja na zawsze będę miał w pamięci zmagania kolarzy z północnym obliczem Galibier w latach 1993 i 1998. To pierwsze z uwagi na atak Zenona Jaskuły u podnóża góry, na wyjeździe z Valloire. O owym roku premię górską na tej przełęczy wygrał Tony Rominger. Szwajcar był też pierwszy na mecie w Serre-Chevalier. Jaskuła był tego dnia piąty. Na swój życiowy triumf poczekał równo tydzień. Pięć lat później na zimnym i deszczowym Galibier wspaniałym skokiem popisał się Włoch Marco Pantani. Popularny „Pirat” zaatakował na 5,5 kilometra przed szczytem gubiąc liderującego Niemca Jana Ullricha. Na mecie w stacji Les Deux-Alpes dołożył mu niemal 9 minut. Dziesiąty na tym etapie finiszował Dariusz Baranowski. Ostatnim zdobywcą Galibiera od strony północnej jest Słoweniec Primoz Roglić (na odcinku do Serre-Chevalier z roku 2017), zaś od strony południowej Kolumbijczyk Nairo Quintana (na tegorocznej trasie do Valloire). Obaj wygrali owe etapy. Jedyny w historii Touru finisz na tej przełęczy padł łupem Andy Schlecka. Młodszy ze Schlecków niczym Pantani zaatakował na przedostatniej premii górskiej. W owym dniu była to słynna Izoard. Wygrał ten etap z przewagą 2:07 nad swym bratem Frankiem. Tym razem jednak tak lider wyścigu Thomas Voeckler jak i główny rywal atakującego Luksemburczyka czyli Cadel Evans wyszli obronną ręką z opresji. Australijczyk finiszował trzeci ze stratą 2:15, zaś Francuz piąty z „bagażem” 2:21. Ostatecznie Evans wygrał ten wyścig dzięki czasówce wokół Grenoble, zaś Voeckler pożegnał się z żółtym trykotem po etapie do L’Alpe d’Huez. Godzi się też wspomnieć, iż północna strona Galibier pojawiła się na trasie mroźnego Giro d’Italia anno domini 2013. Ze względu na trudne warunki atmosferyczne finisz odcinka rozpoczętego w olimpijskiej Cesana Torinese wytyczono w Les Granges na wysokości około 2300 metrów n.p.m. tj. jakieś 4 kilometry przed przełęczą. W zimowej scenerii triumfował kolarz wychowany na gorącej Sycylii czyli Giovanni Visconti. Włoch o 42 sekundy wyprzedził Kolumbijczyka Carlosa Betancura oraz dwójkę Polaków: Przemysława Niemca i Rafała Majkę.

W poniedziałkowe przedpołudnie pogoda była nie najgorsza. Owszem było pochmurno, ale przynajmniej nie padało. Dlatego postanowiłem nie tracić czasu i tuż po dziesiątej wraz z Tomkiem opuściłem naszą bazę. Darek tego dnia zafundował sobie wspinaczkę do Lac Besson. Start o 10:05 był dla mnie najwcześniejszym na tej wyprawie, ba jedynym przed godziną jedenastą! Po kilometrze dotarliśmy do ronda na styku dróg D1091 i D211, na którym skręciliśmy w kierunku wschodnim. Na przeszło 4-kilometrowej prostej do Le Clapier d’Auris zrobiliśmy sobie lekką rozgrzewkę w tempie 28 km/h. Po dwunastu minutach jazdy zaczęliśmy wspinaczkę ku legendarnej przełęczy. Każdy w swoim stylu czyli ja szybciej, a Tomek zrazu wolniej. Na początek przeszło 3 kilometry solidnego podjazdu z przejazdem przez Tunnel des Commeres wygięty na łuku drogi. Następnie blisko 3 kilometry płaskiego terenu i zjazdów na dojeździe do Freney d’Oisans. W tej miejscowości miałem 50 sekund przewagi nad kolegą. Kolejny nieco ponad 2-kilometrowy odcinek wspinaczkowy doprowadził mnie do Lac de Chambon (8,3 km). W tym miejscu Tommy tracił do mnie już 3:10, gdyż kilkaset metrów za wspomnianym Freney zatrzymał się na dwie minuty. Przed wjazdem na koronę zapory minąłem skręt na drogę D213, która prowadzi do stacji Les Deux Alpes. Po przedostaniu się na północny brzeg sztucznego jeziora minąłem drogę D25, która prowadzi na Col de Sarenne. Tymczasem Tomek przed wjazdem na tamę Tomek zrobił sobie kolejny, tym razem aż 4-minutowy postój. Niemal cały dziesiąty kilometr spędziłem w klaustrofobicznej scenerii Grand Tunnel du Chambon. Następne kilometry były łagodne, więc zleciały całkiem szybko. Niestety zaczęło padać. Początkowa mżawka, niebawem przeszła w ulewny deszcz. Gdy w połowie piętnastego kilometra mijałem tablicę witającą w departamencie Hautes-Alpes lało już na całego. Temperatura spadła z początkowego poziomu 18 do ledwie 13 stopni. Niemniej nie miałem zamiaru się zatrzymywać. Któż mógł przewidzieć ile potrwa ta ulewa. Wolałem jechać będąc rozgrzanym niż moknąć na stojąco.

W połowie osiemnastego kilometra wjechałem do Tunnel du Grand Clos. W tym miejscu licznik zupełnie mi zwariował. Jak widać na stravie wykres mojej trasy poleciał daleko na północ w stronę górskich szczytów „dodając” mi niemal 16 kilometrów dystansu i „notując” maksymalną prędkość 383 km/h. Dlatego też rzekomą średnią prędkość tej wspinaczki miałem godną zawodowca czyli 22,6 km/h 😉 Bieżące odczyty wróciły do normy na dojeździe do stacji La Grave (23 km). Niestety gorzej było z aurą, więc nie dane mi było podziwiać wiecznie białych szczytów gór z La Meije na czele. Tymczasem Tomek zabrał się do roboty i powoli odrabiał swe przystankowe straty. Z okolic Lac Chambon ruszył przeszło 7 minut po mnie. Na granicy departamentów tracił 6:56, w La Grave 6:09, zaś trzy kilometry dalej w pobliżu wioski Villar d’Arene 6:02. W tych okolicach podjazd był już całkiem odczuwalny. Pomiędzy La Grave a Col du Lautaret każdy z dziesięciu kilometrów trzyma na poziomie od 4,5 do 6,5%. W dodatku na otwartej przestrzeni kilku ostatnich kilometrów przed tą przełęczą bardzo mocno wiało i co gorsze na ogół z przeciwka. W takich warunkach umiarkowane nachylenie „ważyło” znacznie więcej niż w teorii. Jakoś sobie poradziłem z tą wichurą. Na pewno lepiej niż mój niespełna 60-kilogramowy „amico”, który na Lautaret (33,8 km) dotarł ze stratą 7:23. Na tą przełęcz wjechałem po godzinie i 58 minutach jazdy. Do przerobienia został mi jeszcze najtrudniejszy odcinek całej wspinaczki czyli 8,7 kilometra ze średnim nachyleniem 6,7%. Wjechałem zatem na drogę D902, gdzie byłem już osłonięty od wiatru. W dodatku niebo się rozpogodziło i ostatnie kilometry mogłem pokonać w całkiem przyjemnych warunkach. Uznałem to za dar od niebios i nagrodę za wcześniejszy upór. W całkiem niezłym stylu dojechałem do otwartego w roku 1937 schroniska, po czym jakoś „zmęczyłem” finałowy, stromy kilometr powyżej tunelu. Po raz czwarty w życiu wjechałem na Col du Galibier, ale pierwszy raz od tej strony. Cała blisko 43-kilometrowa wspinaczka zabrała mi 2h 39:53 (avs. 16,024 km/h). Jak wynika ze stravy finałowy segment przejechałem w 42:22 (avs. 12,4 km/h), o 50 sekund szybciej od Tomka.

Na szczycie spotkałem kilkanaście osób. Na Tomka czekałem ponad osiem minut. Gdyby się nie zatrzymywał na dole to różnica między nami wyniosłaby ledwie dwie minuty. Niestety nad przełęczą szybko zbierały się ciemne chmury. Tym prędzej zaczęliśmy nasz „epicki” zjazd. Zaatakował nas lodowaty deszcz z drobnym gradem, który kłuł w dłonie i policzki. Po zjechaniu w rejon tunelu na całą godzinę schowaliśmy się w Refuge du Galibier. Wypiliśmy tu coś gorącego. Nie pomnę czy była to kawa, herbata lub czekolada. Osuszyliśmy się nieco. Spotkaliśmy też grupkę młodych Niemców, którzy w tych dniach przemierzali klasyczną Route des Grandes Alpes. Przed wpół do trzecią nawałnica ustała, więc odważyliśmy się wrócić na szosę. Tomek czym prędzej zjechał do przełęczy Lautaret. Ja starałem się zrobić zdjęcia z finałowego odcinka, przez co jeszcze na drodze D902 znów nadziałem się na ulewę. Cóż było robić, na kolejną godzinę schowaliśmy się pod dachem. Tym razem w gościnnych progach Hotel de Glaciers. Tu nie skończyło się na napitku. Pora była obiadowa, więc w tamtejszej restauracji zamówiliśmy „galettes” czyli naleśniki na słono. Gdy deszcz nieco zelżał kilka minut przed czwartą ruszyliśmy w dalszą drogę. Nic przyjemnego. Deszcz, wiatr i chłód z temperaturą na poziomie 11-13 stopni. Padało raz mocniej, raz słabiej, ale niemal bez ustanku. Zatrzymywaliśmy się co najwyżej na chwilę. Oczywiście w tej sytuacji nie było mowy o zaliczeniu Col de Sarenne, w ramach „dokładki” po wielkim Galibierze. Myśleliśmy już tylko o tym jak bezpiecznie dotrzeć do Le Bourg d’Oisans. Po pewnym czasie Tomek zaczął mieć problemy z hamowaniem. Klock przestały współpracować z karbonowymi obręczami kół marki Reynolds. Na odcinku poniżej Freney d’Oisans musiał nawet „prostować” jeden z zakrętów. Dlatego na samym dole czekałem na niego kilka minut. Na płaskim dojeździe do domu przebijaliśmy się dosłownie przez ścianę wody. Do La Poya zajechaliśmy kwadrans po siedemnastej. Do zmroku brakowało jeszcze czterech godzin. Spokojnie zdążylibyśmy zaliczyć przed zmierzchem lokalną wspinaczkę do Villard-Notre-Dame. Niemniej w tych warunkach byłoby to czyste szaleństwo.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2440095051

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2440095051

ZDJĘCIA

20190610_001

FILMY

VID_20190610_134807

VID_20190610_142704

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Galibier S-W została wyłączona

Villard-Reymond

Autor: admin o niedziela 9. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: La Paute (D 526 & D210)

Wysokość: 1650 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 920 metrów

Długość: 13 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 10,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Wspinaczka do Lac Besson z przejazdem przez L’Alpe d’Huez była pierwszym i najważniejszym punktem na trasie naszego dziewiątego etapu. Jednakże nie jedynym. Tej niedzieli zdecydowanie za późno „zabraliśmy się do pracy”, aby dało się zrealizować mój oryginalny pomysł z trzema wzniesieniami wokół Le Bourg d’Oisans. Niemniej skoro już się rozpogodziło to postanowiliśmy w zgodzie z naszą tradycją zaliczyć przynajmniej dwa podjazdy przed zmierzchem. Parę minut po siedemnastej zjechaliśmy na parę chwil do naszej opustoszałej bazy. Darka w domu nie było. Z wyjściem na świat zwlekał niemal do wpół do czwartej, ale kiedy już to uczynił wyznaczył sobie cel największy z możliwych. Wystartował na wschód w kierunku Col du Galibier. Ja i Tomek o wpół do szóstej ruszyliśmy na zachód. W najbliższej okolicy mieliśmy do wyboru dwa ciekawe, acz mało znane podjazdy. Oba prowadzące w kierunku Col du Solude (1680 metrów n.p.m.), położonej na południe od goszczącego nas miasta. Na przełęcz tą można dotrzeć na dwa sposoby. Wariant wschodni to stroma wspinaczka po drodze D219 w kierunku wioski Villard-Notre-Dame (1550 m. n.p.m.). Na dobrą sprawę 9 kilometrów o średnim nachyleniu aż 9,2%. Podjazd ten zaczyna się praktycznie w Le Bourg, więc mieliśmy do niego bliżej. Niemniej dzień by dość ponury, ścieżka ponoć niebezpieczne, trzy ciemne tunele na szlaku. Poza tym na tym szlaku szosa miała się skończyć jakiś czas za wspomnianą wsią i w samej końcówce czekał by nas już szutrowy dojazd na wspomnianą przełęcz. Zrezygnowałem z tej opcji. Uznałem, iż może trafi się nam jeszcze bardziej dogodna okazja na poznanie tego wzniesienia. W zanadrzu mieliśmy wszak: poniedziałek, wtorek i ewentualnie środowe przedpołudnie. Zachodni wjazd na Solude jest dłuższy, bo 13-kilometrowy i prowadzi drogami D526 i D210 w kierunku wioski Villard-Reymond, mającej ledwie 43 stałych mieszkańców. Podjazd ten zaczyna się dobre dwa kilometry na zachód od miasta. Decydując się na tą opcję niejako „na rozgrzewkę” musieliśmy przejechać pewien odcinek po płaskiej i szerokiej szosie D1091.

Oba podjazdy na Col du Solude w całości znajdują się na terenie strefy ochronnej Parc National des Ecrins. Największego z dziesięciu Parków Narodowych jakie utworzono dotąd we Francji. Jego „serce” ma powierzchnię 918 km2 i charakter wybitnie wysokogórski. Park ten utworzono w marcu 1973 roku na terenie najwyższego z kilku masywów wchodzących w skład Alp Delfinackich. Najwyższym szczytem jest tu Barre de Ecrins (4102 m. n.p.m.). Najdalej na południe położony „czterotysięcznik” w Alpach i zarazem jedyny we francuskiej ich części poza masywem Mont Blanc. Co ciekawe niegdyś była to nawet najwyższa góra Francji. A mianowicie do roku 1860 gdy do ówczesnego Cesarstwa dołączono Sabaudię z Białą Górą nad Chamonix. Poza wspomnianym szczytem również wierzchołki gór La Meije, Ailefroide i Mont Pelvoux niemal „dotykają” pułapu 4 tysięcy metrów, wznosząc się odpowiednio na wysokość: 3984, 3953 i 3946 metrów n.p.m. Niemniej tego niedzielnego popołudnia owe wiecznie białe szczyty miały pozostać poza naszym wzrokowym zasięgiem. Do La Meije bliżej jest z okolic La Grave na drodze ku przełęczy Galibier. Natomiast pozostałe można chyba dojrzeć z mety podjazdu do Pre Madame de Carle (Refuge Cezanne), który miałem nadzieję zaliczyć w najbliższą środę jako nasz podjazd 12b. Wspomniałem już że podjazd do Villard-Reymond zaczyna się na szosie D526. W praktyce pierwsze kilkaset metrów tej szosy jest płaskie, zaś wspinaczka zaczyna się na wysokości wioski La Paute (730 m. n.p.m.). Wspomniana droga prowadzi na Col d’Ornon. Przełęcz leżącą na wysokości 1371 metrów n.p.m. Jest to przeprawa znana z tras Tour de France. Jak dotąd osiem razy wykorzystana na „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy w roku 1966 gdy premię górską wygrał na niej Hiszpan Luis Otano, zaś ostatni raz w sezonie 2017 gdy zdobył ją Australijczyk Michael Matthews. Tym niemniej za każdym razem wjeżdżano na nią od łatwiejszej południowej strony. W tym 5-krotnie na etapach kończących się w L’Alpe d’Huez. Tym samym niespełna 4-kilometrowy fragment podjazdu, który wykonaliśmy tu z Tomkiem nigdy w tej roli nie pojawił się na Tourze.

Górski odcinek na D526 jest nierówny. Tylko drugi kilometr trzyma na solidnym poziomie 7,5%. Po przejechaniu 1,1 kilometra minęliśmy boczną dróżkę D221, która stromym i krętym szlakiem prowadzi do Oullles (1413 m. n.p.m.). Na szlaku ku przełęczy Ornon spędziliśmy niespełna 15 minut. Dojechawszy do Palud (3,7 km) odbiliśmy w lewo na drogę D210. Tu czekał nas najpierw niespełna półkilometrowy zjazd do mostku nad La Lignare. Po zakręcie w lewo zaczęliśmy zasadniczą część podjazdu. Do kresu szosy w Villard-Reymond mieliśmy stąd jeszcze 8,6 kilometra ze średnim nachyleniem 7,9%. Droga kręta z tuzinem wiraży (niżej siedem, wyżej pięć). Na początku minęliśmy osadę La Villaret. Na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra podjazdu skaliste okolice Combe Crose. Jechaliśmy przez cały czas razem. Dyktowałem solidne tempo. Niemniej mając w nogach Lac Besson, zaś w najbliższych planach wielki Galibier brakowało nam sił i chęci na walkę o wynik czy pierwszeństwo. Po przejechaniu 12,4 kilometra pojechaliśmy prosto do Villard-Reymond, ignorując węższą dróżkę odchodzącą w lewo. Ta zdawała się zjeżdżać, niemniej z map wynika, iż to ona właśnie kończy swój bieg na Col du Solude. Przejechaliśmy przez całą wioskę do placyku na jej północnym krańcu. Według stravy całe wzniesienie pokonaliśmy w 1h 01:40. Najdłuższy segment czyli 8,41 kilometra w drugiej części wspinaczki w 43:30 (avs. 11,6 km/h z VAM 933 m/h). Dario dwa dni później uzyskał na nim czas 48:56. Na mecie było tylko 16 stopni. Przed zjazdem postanowiliśmy wstąpić na kawkę do miejscowej Auberge L’Eau Blanche. Tam ze zdziwieniem odkryłem, że osoby ją prowadzące rozmawiają ze sobą po polsku. Okazało się, że menadżerami tego lokalu – który w swej ofercie ma również 18 łóżek dla strudzonych górskich wędrowców – są Ela i Simon (polsko-francuska para), zaś tego lata pomagała im dwójka studentów z Wrocławia. Tym samym poza skosztowaniem kawy i ciastka mogliśmy jeszcze porozmawiać z naszą sympatyczną rodaczką. Zabawiliśmy tam ze trzy kwadranse. Dopiero po wpół do ósmej rozpoczęliśmy zjazd ku dolinie Romanche. Do bazy dotarliśmy o 20:11, lecz i tak byliśmy pierwsi. Dzielny pogromca Galibier’a dołączył do nas po kolejnych 40 minutach.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2437576738

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2437576738

ZDJĘCIA

20190609_055

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Villard-Reymond została wyłączona

Lac Besson (via L’Alpe d’Huez)

Autor: admin o niedziela 9. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Bourg d’Oisans (D 211)

Wysokość: 2080 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1361 metrów

Długość: 17,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Noc z soboty na niedzielę spędziliśmy już w apartamencie La Poya, położonym 150 metrów od centrum Le Bourg d’Oisans. Niestety pesymistyczne prognozy pogodowe znalazły potwierdzenie w rzeczywistości. Od rano padało i rzecz jasna było znacznie chłodniej niż w okolicach Grenoble. Jak pech to pech. Aura okazała się złośliwa. Na mniejszych wysokościach męczyła nas upałem, a gdy tylko przeprowadziliśmy się wyżej to uległa znacznemu pogorszeniu. Akurat wtedy, gdy nawet ja, nie miałbym nic przeciwko ciepłemu powietrzu. Zważywszy na fakt, iż poczynając od etapu dziewiątego, niemal codziennie mieliśmy się wspinać ku celom położonym na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. W szeroko pojętym rejonie Oisans znaleźć można pewnie z tuzin ciekawych podjazdów. To znaczy takich na miarę pierwszej i najwyższej kategorii. My na rowerowe zwiedzanie tych okolic mieliśmy jednak tylko trzy dni plus początek czwartego. Dlatego po stosownej selekcji wpisałem do naszego siedem wzniesień. Sześć jak dotąd przeze mnie „nieoswojonych” oraz siódme dobrze znane tak mi jak i Darkowi. Mowa o podjeździe do stacji L’Alpe d’Huez, który zmęczyliśmy dwukrotnie w lipcu 2006 roku na ostatnich kilometrach imprez cyclosportive spod znaku: La Marmotte i L’Etape du Tour. Jednak dla kontrastu z dawnymi laty, teraz naszym celem było pokonanie tej kultowej góry na pełnej świeżości. Acz w większym wymiarze czyli z finiszem u kresu górskiej szosy tj. w pobliżu Lac Besson. Mój wstępny plan zakładał, iż od niedzieli do wtorku zrobimy siedem premii górskich. Najpierw Col du Sabot i Villard-Reculas, oba z poziomu sztucznego Lac du Verney. Następnie tryptyk: „podrasowana” L’Alpe d’Huez, Villard-Reymond i Villard-Notre-Dame. W końcu zaś południowo-zachodnią drogę na Col du Galibier i w drodze powrotnej z tej legendarnej przełęczy Col de Sarenne od Lac Chambon. Dzięki temu w trakcie środowej przeprowadzki do Embrun pozwoliłoby nam się skupić na podjazdach w rejonie Briancon i Guillestre. Program był bardzo ambitny, lecz mimo wszystko do wykonania, przynajmniej przy dobrych warunkach atmosferycznych.

Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Trzeba było dokonywać roszad i cięć, aby „uratować” choć najcenniejsze punkty programu. Niedzielny wyjazd z domu odkładaliśmy tak długo jak było to możliwe. Gdy w końcu przestało padać około czternastej udałem się z Tomkiem na swoje czwarte, zaś jego pierwsze spotkanie z L’Alpe d’Huez. Górą znaną każdemu kibicowi kolarstwa szosowego. Jednak o bogatej kolarskiej historii tego podjazdu za chwilę. Warto napisać co nieco i o samej stacji. Otóż L’Alpe d’Huez Grand Domaine Ski to największy ośrodek narciarski w departamencie Isere. Dziesiąty pod tym względem w całej Francji. Jego początki sięgają roku 1936. Położony jest w masywie Grand Rousses, z najwyższą górą Pic Bayle (3465 m. n.p.m.). Teren narciarski obejmuje obszar 236 km2, położony w 5 gminach i na poziomach od 1109 do 3323 metrów n.p.m. Na poziom Pic du Lac Blanc dojeżdża się trzy-etapową kolejką „telepherique” z przesiadkami na wysokościach 2100 i 2700 m. n.p.m. Fani narciarstwa alpejskiego mają tu do swej dyspozycji aż 135 tras o łącznej długości 249 kilometrów, w tym ponoć najdłuższy na świecie 16-kilometrowy zjazd z najwyższego punktu stacji do poziomu 1510 m. n.p.m. W ofercie dla biegaczy jest 7 tras o zasięgu 50 kilometrów. Funkcjonują tu aż 74 wyciągi (4 „tramwaje”, 12 gondoli, 24 krzesełkowe, 27 orczyków i 7 tzw. „wyrwirączek”). Wszystko to jest w stanie obsłużyć 102.000 turystów na godzinę! O dostatek białego puchu dba zaś 1000 armatek śnieżnych. Jednym słowem stacja gigant, aż dziw bierze, że są jeszcze większe. Przy ośrodku tym podobnie jak w sabaudzkim Courchevel działa Altiport. Podczas Igrzysk Olimpijskich z roku 1968 w L’Alpe d’Huez rozgrywano zawody bobslejowe. Stacja ta oblegana zimą jest też popularna latem. Nie tylko z racji kolarskich imprez dla zawodowców jak Tour de France czy rzadziej Criterium du Dauphine. Kończy się w niej organizowany od roku 1982 amatorski wyścig szosowy La Marmotte (popularny „Świstak”). Fani off-roadowych zjazdów od sezonu 1995 mają swój Megavalanche. Natomiast „ludzi z żelaza” kusi górski Triathlon EDF L’Alpe d’Huez zainaugurowany w 2006 roku.

W świecie sportu L’Alpe d’Huez znana jest jednak głównie dzięki wyścigowi Dookoła Francji. Po raz pierwszy „Wielka Pętla” zajrzała do tej stacji 4 lipca 1952 roku na etapie z Lozanny. Wielki Fausto Coppi pokonał to niespełna 14-kilometrowe wniesienie w czasie 45:22. Na 6 kilometrów przed metą zgubił ostatniego rywala Francuza Jeana Robica i wygrał z przewagą 1:20. Dzięki temu zwycięstwu wywalczył koszulkę lidera, którą przejął od swego „gregario” Andrei Carrea. Był to pierwszy w dziejach TdF etapowy finisz na górze z prawdziwego zdarzenia. Dwa dni później kolejny wyznaczono we włoskim Sestriere, zaś pod koniec owej imprezy ścigano się jeszcze do mety na wulkanie Puy de Dome w Masywie Centralnym. Osobami, które namówiły Jacques’a Goddet na wypróbowanie L’Alpe na trasie Touru byli: miejscowy hotelarz Georges Rajon i dziennikarz sportowy Elie Wermelinger. Ponoć miejscowych przedsiębiorców nie kosztowało to drogo, raptem równowartość dzisiejszych 3250 Euro. Niemniej na kolejną wizytę Touru L’Alpe czekała prawie ćwierć wieku. Tym razem jednak „Wielka Pętla” miała tu wpaść na dobre. Stacja jakby wykupiła „abonament” na goszczenie największego z kolarskich wyścigów. Do roku 2013 czyli w ciągu 38 kolejnych sezonów w sumie aż 28 razy wyznaczano w niej etapową metę TdF, z czego w sezonie 1979 kończyły się tu dwa odcinki tego wyścigu. Po raz ostatni (trzydziesty) finiszowano tu w 2018 roku na etapie dwunastym z Bourg Saint-Maurice. Tym samym L’Alpe jest zdecydowanie najpopularniejszym finałowym podjazdem nie tylko na trasach Tour de France, ale i wszystkich trzech Wielkich Tourów. Podjazd prowadzący drogą D211 znany jest z serpentyn efektownie wijących się po nasłonecznionych południowych zboczach pasma Grandes Rousses. Szosa mija 21 wiraży, które to oznaczano imionami i nazwiskami kolejnych zwycięzców etapowych z tras TdF. Zrobiła się z tego swoista „Aleja Kolarskich Sław”. Niemniej u progu XXI wieku liczba asów przekroczyła ilość tutejszych zakrętów i dziś z konieczności niektóre z nich mają już dwóch patronów.

Spośród trzydziestu kończących się tu etapów Touru połowę wygrali Holendrzy oraz Włosi. Ci pierwsi triumfowali tu ośmiokrotnie, lecz po raz ostatni dawno, bo w sezonie 1989. To właśnie kolarz z Niderlandów, a mianowicie Joop Zoetemelk zwyciężył tu w roku 1976. Następny był jego rodak Hennie Kuiper, któremu przyznano też zwycięstwo w sezonie 1978 (po dyskwalifikacji Michela Pollentiera). We wspomnianym roku 1979 wygrywali Portugalczyk Joaquin Agostinho i ponownie Zoetemelk, zaś w 1981 i 1983 jeszcze jeden „Oranje” czyli Peter Winnen. W międzyczasie etap z roku 1982 należał do Szwajcara Beata Breu. Odcinek z sezonu 1984 padł łupem Kolumbijczyka Lucho Herrery, zaś na pamiętnym finiszu z roku 1986 razem do mety dotarli kolarze ekipy La Vie Claire Bernard Hinault i Greg Lemond. Amerykanin zadowolił się obroną koszulki lidera. Etap przypadł Francuzowi z Bretanii. W roku 1987 świętował tu hiszpański Bask Federico Etxabe. Niemniej lata 1988 i 1989 znów należały do „pomarańczowych” tzn. Stevena Rooksa i Gerta-Jana Theunisse. Nic zatem dziwnego, że w latach 80. L’Alpe przezwano „Górą Holendrów”. Jednak już w następnym roku rozpoczęła się włoska „epo-ka”. W sezonie 1990 do wyczynu Coppiego nawiązał Gianni Bugno, który to rok później powtórzył ten sukces. Jest zatem jedynym asem, który na TdF w Huez wygrywał rok po roku. Co prawda w sezonie 1992 wygrał tu Amerykanin Andy Hampsten, ale potem rok 1994 należał do Roberto Contiego, zaś lata 1995 i 1997 do Marco Pantaniego. Słynny „Pirat” w drodze po swe pierwsze zwycięstwo ustanowił aktualny po dzień dzisiejszy rekord tego podjazdu czasem 36:40. W sezonie 1999 pomimo zderzenia z kibicem po etapowy triumf sięgnął zaś kolejny Włoch czyli Giuseppe Guerini. Początek trzeciego tysiąclecia to era zdyskwalifikowanego po latach Lance’a Armstronga. Teksańczyk zwyciężył tu w latach 2001 i 2004, za drugim razem na trasie jedynej rozegranej na tym wzniesieniu górskiej czasówce. W międzyczasie czyli w roku 2003 w ślady Etxabe poszedł kolejny Bask tzn. Iban Mayo.

Na trasie etapu z Gap w sezonie 2006 (który przejechałem kilka dni wcześniej) Luksemburczyk Frank Schleck na ostatnich kilometrach ograł Włocha Damiano Cunego. Finałowy podjazd z roku 2008 dał zwycięstwo tak etapowe jak i generalne Hiszpanowi Carlosowi Sastre. W roku 2011 młody Francuz Pierre Rolland niespodziewanie pokonał utytułowanego kolarzy z Iberii czyli Samuela Sancheza i Alberto Contadora. W 2013 roku peleton wjechał do L’Alpe dwa razy na tym samym etapie, wykorzystując zjazd przez Col de Sarenne. Na pierwszej premii górskiej usytuowanej na wysokości ledwie 1765 metrów n.p.m. wygrał Moreno Moser. Niemniej finał tej podwójnej rozgrywki należał do Francuza Christophe’a Riblon, który pokonał tak wspomnianego Włocha jak i faworyzowanego Tejay’a Van Garderena. Ostatnim czasy Tour jakby mniej chętnie spogląda w kierunku L’Alpe d’Huez. Podczas ostatnich sześciu edycji tylko raz wjechano do L’Alpe. Etap z roku 2018 wygrał Walijczyk Gerraint Thomas, który na finiszu z kilkuosobowej grupki wyprzedził Holendra Toma Dumoulina i Francuza Romaina Bardet. Czołową siódemkę dzieliło na mecie ledwie 13 sekund. Thomas jako jedyny obok Armstronga (z 2004 roku) wygrał tu jadąc w drogocennej „maillot jaune”. Dodać jeszcze można, iż w XXI wieku do Huez trzykrotnie zawitało Criterium du Dauphine. Niemniej tylko raz – w sezonie 2010 – wyścig ten skorzystał z klasycznego finału. Etap ten wygrał Contador, któremu jednak nie udało się zgubić liderującego w tej imprezie Słoweńca Janeza Brajkovicia. Trzeci na metę wpadł nasz Sylwester Szmyd, który stracił do nich 17 sekund. W sezonie 2013 L’Alpe była jedynie premią górską na etapie do stacji Super-Devoluy wygranym przez „Samu” Sancheza. Natomiast w 2017 owszem zorganizowano w niej finisz, lecz zasadniczą przeszkodą był tego dnia podjazd z Lac Chambon na Col de Sarenne, zaś z „naszej” góry wykorzystano jedynie ostatnie 3700 metrów. Ten etap wygrał pochodzący z autonomicznej wyspy Man Peter Kennaugh, który na finałowym odcinku zgubił Anglika Bena Swifta.

Z naszej bazy do podnóża L’Alpe d’Huez dotarliśmy nieco okrężną drogą, gdyż trochę pogubiłem się na uliczkach Bourg d’Oisans. Cóż dawno tu mnie nie było. Podjazd nie zaczyna się od ronda przy drodze D1091. Trzeba wjechać na szosę D211 biegnącą w stronę pola kempingowego nad potokiem La Sarenne. Po 700 metrach bierzemy zakręt w lewo, za którym od razu wpadamy na stromą ścianę. Zresztą pierwsza faza wzniesienia jest najtrudniejsza. Początkowy sektor o długości 2,3 kilometra ma średnie nachylenie 10% i maximum na poziomie 13%. Przy tym na samym dole długo „czeka się” na dwa pierwsze wiraże. Po przejechaniu 2,4 kilometra mijamy łagodny łuk w lewo przy kościele Saint-Ferreol i niebawem jesteśmy już we wsi La Garde. Cztery pierwsze kilometry przejechaliśmy razem. Jednak na wysokości osady Le Ribot musiałem puścić koło Tomka. Przed tą wyprawą ciekaw byłem jaki czas mogę obecnie wykręcić na tej górze. W latach 2005-2006 „zmęczyłem” ją trzykrotnie. Niemniej wówczas dojeżdżałem do niej pod koniec trudnych górskich wyścigów. Będąc wyczerpany dystansem, wcześniejszymi premiami górskimi jak i na ogół upałem. Finałowy podjazd był zawsze niesamowitą mordęgą. Najgorszą w finale L’Etape 2006, gdy do L’Alpe dotarłem na wpół żywy. Owe wspinaczki zajmowały mi wtedy od 75 do 85 minut, choć na świeżo mogłem się wtedy wyrobić m/w w godzinę. Teraz w końcu ruszyłem na tą górę pełen sił witalnych. Niemniej szkopuł polegał na tym, iż obecnie miałem już mniej mocy i więcej kilogramów niż w poprzedniej dekadzie. Zacząłem całkiem żwawo pokonując dolny sektor o długości 4,9 kilometra z VAM na poziomie 1041 m/h. Tomek mi odjechał, ale prawie cały czas miałem go na widoku, co mobilizowało mnie do ambitnej jazdy. Nieco przeszkadzał nadmiar ciuchów jakie wziąłem na drogę, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że zacznie się rozpogadzać. Na starcie wspinaczki mieliśmy tylko 19, na trasie max. 22, zaś na mecie całkiem niespodziewane 20 stopni! Powyżej La Garde podjazd jest tylko nieco łatwiejszy niż na wstępie. Przez kolejne 10 kilometrów każdy 500-metrowy odcinek ma tu średnio od 7 do 9% i dopiero w samej stacji nachylenie wyraźnie odpuszcza.

Do Tomka traciłem z grubsza po kilkanaście sekund na każdym kilometrze. Na początku siódmego 39 sekund, zaś w Huez na wstępie dziewiątego 1:03. Pod koniec kilometra dziesiątego, tam gdzie zaczyna się wschodnia droga D211F, dzieliło nas już półtorej minuty. Półtora kilometra dalej przy wjeździe do stacji 1:51. Wkrótce ukończyłem mierzony fragment tej wspinaczki. To zapewne segment o długości 11,91 kilometra znany na stravie jako Alpe d’Huez „Vieil Alpe”. Wykręciłem na nim czas 1h 01:18 (avs. 11,7 km/h z VAM 1009 m/h). Wynik Tomka nie został tu odnotowany. Zapewne dlatego, że wykres z licznika pogubił mu się w paru miejscach. Zakładam, że Tommy był o dwie minuty szybszy ode mnie czyli na pewno zszedł poniżej godziny. Znalazłem za to wyniki innych kolegów: Kuby Rucińskiego (55:41) czy Janka Wielgusa (57:15), no i oczywiście Darka (1h 03:36), który zmierzył się z tą górą nazajutrz. Do górnej części stacji dojechałem jadąc po Route du Signal. Wyścigi kolarskie skręcają w Avenue de l’Etendard ku mecie na Avenue du Rif Niel. Tą finiszową aleję obejrzeliśmy sobie na zjeździe. Na ulicach ośrodka zluzowałem tempo chcąc złapać oddech przed ostatnią fazą wspinaczki. Dlatego do Le Cognet dotarłem już 3 minuty po Tomku. Ten jednak pobłądził, więc na Lac Besson zabrał się dopiero w moim towarzystwie. W połowie czternastego kilometra wyjechaliśmy ze stacji mijając dolną stację kolejki na Pic du Lac Blanc. Po niespełna 2 kilometrach jazdy wąską Route de Lacs dotarliśmy w pobliże Col du Poutran (15,4 km). Po szosie można do niej dojechać tylko od południa. Na północ ku Oz-en-Oisans schodzi stąd jedynie gruntowa ścieżka. Po chwili pierwszy raz na tej wyprawie przekroczyliśmy pułap 2000 metrów n.p.m. Końcówka podjazdu miała zmienne nachylenie oraz szosę gorszej jakości. Na początku siedemnastego kilometra trafił się krótki zjazd, zaś na ostatnich 800 metrach strome ścianki przeplatały się z łagodnymi odcinkami. Wspinaczkę skończyliśmy po przejechaniu 17,3 kilometra w czasie 1h 25:22 (avs. 12,159 km/h). Metą był mały parking z widokiem na Lac Rond i Lac Besson. Dwa jeziorka połączone z ukrytym za najbliższym pagórkiem Lac Noir.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2437577854

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2437577854

ZDJĘCIA

20190609_001

FILM

VID_20190609_155647

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lac Besson (via L’Alpe d’Huez) została wyłączona

Col du Luitel

Autor: admin o sobota 8. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sechilienne (C 1)

Wysokość: 1264 metry n.p.m.

Przewyższenie: 895 metrów

Długość: 10,1 kilometra

Średnie nachylenie: 8,9 %

Maksymalne nachylenie: 13,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zdobyciu Le Poursollet wyjątkowo nie musieliśmy pakować się do samochodu, by w ten przyśpieszony sposób zmierzać do podnóża drugiej góry. Mieliśmy ją bowiem pod naszym nosem. Po przeciwnej stronie drogi D1091. Odpoczęliśmy zatem jakieś pół godzinki przy aucie. Następnie posileni i napojeni przejechaliśmy most nad La Romanche kierując się ku centrum Sechilienne. Parę minut po piętnastej to miasteczko wyglądało na opustoszałe. Prażyło się w letnim słońcu, które dokazywało na pełnych obrotach. Dość powiedzieć, że u podnóża Col du Luitel mój licznik zanotował 36 stopni. Tymczasem czekał nas bardzo stromy podjazd, na którym nawet w chłodniejsze dni trzeba wylać litry potu. Na szczęście prowadzi on wąską leśną dróżką. Tym ma sporo zacienionych odcinków. Przełęcz Luitel leży w masywie Belledonne. Ma ciekawą przeszłość sportową. Jej okolice są też unikalne pod względem krajobrazowym. W marcu 1961 roku wokół Lac de Luitel utworzono La Reserve naturelle national (RNN-1) czyli Narodowy Rezerwat Przyrody nr 1. Był to pierwszy tego rodzaju obszar utworzony na terenie V Republiki. Do dnia dzisiejszego powstało ich 167, z czego 151 w metropolitalnej części Francji. Ten z Luitel ma 17 hektarów i służy ochronie miejscowych torfowisk oraz ich naturalnej flory. Zakazane jest tu wszelkie polowanie, rybołówstwo, rolnictwo czy pasterstwo. Niemniej wiodąca w to magiczne miejsce Route forestiere C1 jest otwarta dla podróżnych. Na Col du Luitel tak jak na większość przełęczy dotrzeć można na dwa sposoby. Południowa droga wyrusza z Gorges de la Romanche, zaś północna z Vallee du Vernon. Ta druga przez 11 kilometrów prowadzi po szosie D111. To jest tym samym szlakiem co południowo-zachodni podjazd do stacji Chamrousse. Ten, na którym cierpiałem trzy dni wcześniej. Jadąc od tej strony trzeba pokonać 853 metry przewyższenia na dystansie 11,6 kilometra. Średnie nachylenie wynosi tu 7,4%, zaś maksymalne 10%.

Wybrany przeze mnie południowy szlak na Luitel jest nieco krótszy. Mimo to ma większe przewyższenie tj. 901 metrów czyli jest znacznie bardziej stromy. Teoria z „cycling-cols.com” głosi, iż trzeba tu pokonać 9,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,1%. Tym niemniej podany na tej stronie dystans to pełna odległość pomiędzy drogą D1091 a przełęczą. Prawdziwa wspinaczka jest o 900 metrów krótsza, bowiem kilkusetmetrowe odcinki na samym początku i końcu tego wzniesienia są niemal płaskie. Podjazd ogranicza się zatem do 9 kilometrów z przewyższeniem 892 metrów, co daje przeciętną stromiznę 9,9%. Tu nie ma gdzie odpocząć, choćby przez chwilę. Najłatwiejszy (czwarty) kilometr „podgryza” nachyleniem 8,7%. Najtrudniejszy (ósmy) „kąsa” stromizną 11,1%. Pozostałe odcinki trzymają na poziomie od 9,5 do 10,7%. Poza tym „im dalej w las” tym jest tu trudniej. Dwie pierwsze 3-kilometrowe tercje mają średnio 9,6%. Przy czym pierwsza jest równa, zaś druga o nieco zmiennym nachyleniu. Trzecia „dobija” śmiałków, wartością aż 10,5%. Tour de France jak dotąd siedem razy odwiedził Col du Luitel. Uczestnicy tego wyścigu pięciokrotnie wspinali się na przełęcz naszym leśnym szlakiem z doliny Romanche. Po raz pierwszy w sezonie 1956 na odcinku osiemnastym, który prowadził z Turynu do Grenoble. Luitel była ostatnim wzniesieniem na trasie, która obejmowała również podjazdy na przełęcze: Mont-Cenis i Croix de Fer. Pierwszy tak na premii górskiej jak i mecie etapu był Luksemburczyk Charly Gaul. Trzy kolejne odcinki TdF z udziałem Luitel prowadziły z Briancon do Aix-les-Bains. Wszystkie szlakiem przez Col du Lautaret, „naszą” przełęcz oraz z reguły przez trzy wzniesienia w masywie Chartreuse (Porte – Cucheron – Granier). W roku 1958 znów bohaterem dnia został Gaul. Co prawda na Luitel jako pierwszy wdrapał się jeszcze Włoch Gianni Ferlenghi, lecz „Anioł Gór” właśnie tu rozpoczął swój legendarny atak po zwycięstwo etapowe z wielominutową przewagą jak i późniejszy triumf w klasyfikacji generalnej 45. „Wielkiej Pętli”.

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Tour testował to strome wzniesienie co drugi sezon. Na dobrą sprawę zawsze na ostatnich prawdziwie górskich etapach tamtych edycji. W latach 1960 i 1962 jako pierwsi na tej premii meldowali się Hiszpanie: Rene Marigil oraz Juan Campillo. Tym niemniej na mecie w Aix-les-Bains, uzdrowisku nad pięknym Lac du Bourget, zwyciężali Francuzi. Najpierw mający polskie korzenie Jean Graczyk, zaś dwa lata później Raymond Poulidor. W roku 1976 po raz pierwszy kolarze dotarli na Luitel od strony północnej. Miało to miejsce na aż 258-kilometrowym etapie z Divonne-les-Bains do L’Alpe d’Huez. Na przełęcz jako pierwszy wjechał wtedy Włoch Giancarlo Bellini, lecz na mecie triumfował Holender Joop Zoetemelk. Dwa lata później znów dojechano tu północnym szlakiem, na odcinku z Saint-Etienne, którego finisz znów wyznaczono w słynnej L’Alpe. Premię górską wygrał wówczas Francuz Mariano Martinez. Na metę jako pierwszy wpadł Belg Michel Pollentier. Niemniej z przyczyn, o których już wspominałem nie za długo cieszył się tym zwycięstwem. Ostatecznie przyznano je drugiemu na kresce Holendrowi Hennie Kuiperowi. W roku 1981 na trasę Touru powrócił południowy Luitel. Podjazd ten był wówczas pierwszym z pięciu wzniesień na zaledwie 131-kilometrowym odcinku z Bourg d’Oisans do stacji Le Pleynet-les-Sept-Laux wygranym przez bezlitosnego dla swych rywali Bernarda Hinault. Ostatnią jak dotąd premię górską na Col du Luitel wygrał mało znany Belg Roger De Cnijf. W latach 2001 i 2014 uczestnicy TdF ponownie rywalizowali na drodze D111 czyli po północnej stronie owej przełęczy. Tym razem jednak, w obu przypadkach, ich celem był olimpijski ośrodek narciarski Chamrousse. Przeto nie skręcali do rezerwatu, a jedynie otarli się o Luitel zmierzając do znacznie wyżej zlokalizowanej mety. Dodać też można, że trzej zdobywcy Luitel w tym samym roku wygrywali klasyfikację górską TdF. Jako pierwszy uczynił to Gaul, po czym w jego ślady poszli Bellini i Martinez.

Batalię pod Luitel zapamiętam jako swą honorową porażkę i zarazem zwycięstwo nad własnymi słabościami. Wystartowaliśmy razem i stoczyliśmy zacięty pojedynek. Po 200 metrach od D1091 minęliśmy budynek lokalnego merostwa. Wspinaczka rozpoczęła się po niespełna 400 metrach, gdy zostawiliśmy po lewej stronie boczną uliczkę do miejscowego zamku. Pierwsze kilometry przejechaliśmy razem. Tomek miał chwilę słabości, lecz zdopingowany przez biesiadujących przy grillu mieszkańców Les Aillouds (1,5 km) szybko do nas dołączył. Dario wykorzystując stromiznę oraz atut w postaci swego ultra-lekkiego Simplona szybko zaczął dokładać do pieca. Na dojeździe do wioski Les Blancs (4 km) na dobre puściłem jego koło. Przez jakiś czas towarzyszył mi Tomek. Jednak wkrótce lekko przeskoczył do starszego kolegi. Na tak stromym podjeździe ze swą wagą (powyżej 75 kilogramów) niewątpliwie „grałem na wyjeździe”. Moi kompani o sylwetkach rasowych górali byli na swoim podwórku. Nie zamierzałem jednak ułatwiać im całej „zabawy”. Na moje szczęście temperatura w lesie szybko spadła. Na czwartym kilometrze było już 25, zaś na samej górze tylko 20 stopni. Jakkolwiek nie stać mnie było na przyśpieszenia, to dawałem radę przepychać korby w niezłym rytmie. Cały czas miałem swych kompanów na oku, podobnie jak w końcówce podjazdu na Col du Coq. Sumując czasy z dwóch przeszło 3-kilometrowych segmentów opublikowanych na stravie wychodzi na to, iż na pierwszych siedmiu kilometrach wspinaczki straciłem do nich 35 sekund. Jeśli tak rzeczywiście było, to w końcówce sporo odrobiłem. Na przełęcz wpadłem bowiem 13 sekund po Darku i Tomku. Z rozpędu pojechałem dalej do styku dróg C1 i D111. Wykres z mojego licznika nie do końca zgrał się z trasą podjazdu. Swój wynik mogę więc odtworzyć jedynie na bazie czasów swych kolegów. Na dystansie 9,42 kilometra strava podaje im uśredniony czas 51:53 z avs. 10,9 km/h i VAM 1040 m/h. Ja miałbym zatem 52:06 z prędkością poziomą 10,8 km/h i pionową 1035 m/h. Wracałem do życia. Noyer był zbyt krótki na wnioski. Coq dawał nadzieję na lepsze jutro. Luitel potwierdził, że najgorsze miałem już za sobą.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2434188350

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2434188350

ZDJĘCIA

20190608_047

FILMY

VID_20190608_162038

VID_20190608_163101

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Luitel została wyłączona

Le Poursollet

Autor: admin o sobota 8. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sechilienne (D 113)

Wysokość: 1731 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1357 metrów

Długość: 18,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Sobota stała pod znakiem pierwszej przeprowadzki. Czekał nas transfer z Echirolles do Le Bourg-d’Oisans, historycznej stolicy rejonu Oisans. To znaczy przejazd doliną rzeki La Romanche na znacznie wyżej położone tereny między wysokimi masywami Grandes Rousses i Ecrins. Relatywnie krótki i mało skomplikowany. Ledwie 44-kilometrowy, prowadzący na wschód drogami N85 i D1091. Po drodze tylko jeden przystanek po dwudziestu kilometrach jazdy. Na tym polegała dodatkowa wygoda tej niedługiej wycieczki. Oba wzniesienia ósmego etapu mogliśmy zaatakować z miasteczka Sechiliene. Bez konieczności wsiadania do auta między górami jak to zazwyczaj bywało. Nasz górski program na sobotę był zbliżony do piątkowego. Najpierw mieliśmy zaliczyć podjazd z finałem na Route de Poursollet. Dość długie wzniesienie o solidnym średnim nachyleniu. Pod względem technicznym podobne do Pipay-les-Sept-Laux. Na drugie danie „zamówiłem” nam wspinaczkę znacznie krótszą, lecz bardziej stromą. Col de Luitel była więc odpowiednikiem Col du Coq, a przy tym „najsztywniejszą” górą w pierwszej połowie tej wyprawy. Poursollet czyli pierwszy z sobotnich podjazdów był naszym jedynym w Massif du Teillefer, niewielkim paśmie górskim, które pod względem geologicznym jest przedłużeniem pobliskiego Belledonne. Krótka wizyta w tych stronach musiała być jednak konkretna. Chcieliśmy zdobyć najwyższe szosowe wzniesienie w owych górach. Jak wynika z załączonego profilu podjazdu cała droga kończy się po przejechaniu przeszło 22,5 kilometra przy polodowcowym jeziorku Lac du Poursollet, leżącym na wysokości 1649 metrów n.p.m. To miejsce wypoczynku z osiedlem domków letniskowych i zarazem punkt wypadowy do 3-godzinnej pieszej wspinaczki pod Le Teillefer (2857 m. n.p.m.), najwyższy szczyt masywu o tej samej nazwie. Tym niemniej szosowa wspinaczka kończy się tu wcześniej i wyżej. W środku lasu, po około 19 kilometrach, na poziomie przeszło 1730 m. n.p.m. Zapewne dlatego strona „cols-cyclisme.com” prezentuje ów podjazd jako Bois de Chenevier (pl. Las Dębowy).

Zasadnicza część tej wspinaczki pokrywa się z północnym podjazdem na Col de la Morte (1370 metrów n.p.m.) czyli Przełęcz Umarłych. Przy swej włoskiej imienniczce z Piemontu czyli Colle dei Morti (Fauniera) francuska wspinaczka wygląda skromnie. Tym niemniej jest to solidne wzniesienie o długości 15,1 kilometra i przewyższeniu 1007 metrów. Podjazd ten zaczyna się na drodze D113, zaś od połowy trzeciego kilometra prowadzi już szosą D114. Na wspomnianej przełęczy działa stacja narciarska L’Alpe de Grand Serre. Powstała w 1938 roku i rozbudowana w latach sześćdziesiątych. Ma ona w swej ofercie 32 trasy alpejskie o łącznej długości 55 kilometrów oraz 3 trasy biegowe mające w sumie 15 kilometrów. Obsługiwane przez 3 wyciągi krzesełkowe i 11 orczyków. Szusować tu można z poziomu 2184 metrów n.p.m. (szczyt Le Perollier). Jako, że Route de Poursollet jest drugą ku górskiej głuszy ważne wyścigi kolarskie nigdy na nią nie zajrzały. Tour de France czy choćby Criterium du Dauphine nigdy nie pozna ostatniej kwarty opisywanego przeze mnie podjazdu. Tym niemniej peleton „Wielkiej Pętli” dwukrotnie pojawił się już na Col de la Morte. Najpierw w roku 1979 przetestowano północny podjazd na ta przełęcz. Na etapie z Le Bourg d’Oisans do L’Alpe d’Huez. Podczas tej edycji był to już drugi odcinek kończący się w tej wielce popularnej stacji. Dzień wcześniej na królewskim etapie siedemnastym najlepszy był Portugalczyk Joaquin Agostinho. Następnie na niespełna 120-kilometrowym odcinku osiemnastym triumfował Holender Joop Zoetemelk. Przełęcz Umarłych znajdowała się przeszło 80 kilometrów przed metą w L’Alpe, więc nie miała większego znaczenia. Premię górską wygrał tu Francuz z hiszpańskim rodowodem Mariano Martinez, ojciec Miguela asa MTB – mistrza olimpijskiego z Sydney. Gdy w sezonie 2015 Tour powrócił na drogę D114 to na Col de la Morte podjechano od znacznie łatwiejszej strony południowej. Znów na etapie osiemnastym, który prowadził z Gap do Saint-Jean-de-Maurienne. Pierwszy na przełęcz (100 kilometrów przed metą) dotarł Katalończyk Joaquin Rodriguez, zaś na mecie triumfował Francuz Romain Bardet.

Nasza wspinaczka z finałem na Route de Poursollet pomijała ostatni (bardzo łagodny) kilometr z północnego podjazdu na Col de la Morte. Po przejechaniu 14,1 kilometra, na wysokości osady La Grande Reine mieliśmy skręcić w lewo na drogę D114E. Zasadnicza część tego podjazdu wiodąca po D114 ma przeciętne nachylenie 7%, nieco zaniżone przez niemal płaski początek o długości 600 metrów. Jej najbardziej stromy kilometr ma średnio 8,2%. Natomiast finał na bocznej dróżce do jeziora jest nieco trudniejszy. Tu trzeba pokonać jeszcze 390 metrów przewyższenia na dystansie 4,8 kilometra, co daje przeciętną 8,1%. Najmocniej trzyma pierwszy kilometr, bo na poziomie 9,1%. Przyjechawszy do Sechilienne zaparkowaliśmy na lewym brzegu La Romanche, jakieś 300 metrów od centrum miasteczka. W obszernej zatoczce za łukiem drogi D113. Temperatura jak dla mnie optymalna. Na starcie 22 stopni, na trasie maksymalnie 24, zaś przeszło 1300 metrów wyżej na zacienionej mecie 20. Jako pierwszy do boju wyruszył Dario, niespełna 10 minut przede mną i Tomkiem. My wystartowaliśmy z mostu nad wspomnianą rzeką, tym samym ograniczając sobie płaski odcinek u podnóża góry do 300 metrów. Na drugim kilometrze przejechaliśmy przez Saint-Barthelemy-de-Sechilienne, największą miejscowość na tym podjeździe. Nieco dalej wraz z końcem drugiego kilometra rozstaliśmy się z drogą D113. Ta, na drugim wirażu, pognała prosto w kierunku Cote de Laffrey. Natomiast my od tego zakrętu, przez kolejne 12 kilometrów, mieliśmy się wspinać ku La Morte po szosie D114. Podjazd był wymagający, lecz równy. To zaś sprzyjało rytmicznej jeździe w niezłym tempie, wygodnym dla nas obu. Do początku czwartego kilometra jechaliśmy na południe wzdłuż rzeczki Le Grand Rif, potem droga zawiodła nas w okolice potoku Gueriment. Szosa wiodła w zalesionym terenie i w nierównych odstępach zmieniała swój kierunek na kolejnych wirażach. Generalnie jednak wiodła na wschód, aby ominąć górę Rocher de Chatelard (1201 m. n.p.m.).

Na dojeździe do Belle Lauze (8,3 km) pokonaliśmy przeszło dwukilometrowy odcinek drogi bez żadnego zakrętu. Następnie na samym końcu dziewiątego kilometra wzięliśmy wiraż, na którym szosę poprowadzono po wiadukcie. Do połowy dwunastego kilometra minęliśmy jeszcze trzy dalsze zakręty. Jechaliśmy cały czas razem, zastanawiając się czy i ewentualnie kiedy ujrzymy przed sobą Darka. To jednak bardziej zależało od jego nastawienia, niż naszych możliwości. Różnica „podarowana” na dole była raczej nie do odrobienia. Tuż przed La Morte z naprzeciwka śmignęła rozpoczynająca zjazd cyklistka w stroju triathlonowym. Personalia i narodowość do ustalenia na stravie. Po chwili wjechaliśmy na płaskowyż. Segment o długości 13,3 kilometra pokonaliśmy w 1h 02:41 (avs. 12,7 km/h) odrabiając do Darka 5:29. Przed oczyma mieliśmy łagodny odcinek dojazdowy do L’Alpe de Grand Serre (o nachyleniu ledwie 2,2%). My jednak musieliśmy wziąć ostry zakręt w lewo by rozpocząć czwartą kwartę naszego podjazdu. Znak stojący na wirażu informował (nieco na wyrost), iż do Lac du Poursollet mamy jeszcze 9 kilometrów. Nie zamierzaliśmy jednak zjeżdżać do jeziorka. Metę  wyznaczyliśmy sobie w najwyższym punkcie drogi. Pierwsze 900 metrów na D114E prowadziło po terenie zabudowanym domkami wczasowymi. Jednak już na piętnastym kilometrze szosa ponownie schowała się w lesie. Napotkaliśmy tu wielu amatorów rowerowego downhillu. Adekwatnie do wyższej stromizny końcówkę pojechaliśmy nieco wolniej. Dystans 4,8 kilometra pokonaliśmy w 24:11 (avs. 11,9 km/h). Ze wstępnej przewagi Darka uszczknęliśmy jeszcze 1:02. Niemniej nasz kolega pozostał niedościgniony. Tym samym to jemu przypadło wyznaczenie linii mety tego podjazdu. Naszego „zwiadowcę” spotkaliśmy jakieś dwieście metrów za najwyższym punktem owej trasy. Cały 18-kilometrowy podjazd przejechaliśmy w 1h 26:56 (avs. 12,4 km/h z VAM 939 m/h). Tempo przyzwoite, acz bez szału. Zaoszczędziliśmy nieco energii na spotkanie z Col de Luitel. Dzięki temu wkrótce stoczyliśmy ciekawą walkę. Tak w samą górą jak i między sobą.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2434188416

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2434188416

ZDJĘCIA

20190608_001

FILM

VID_20190608_134430

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Le Poursollet została wyłączona

Col du Coq

Autor: admin o piątek 7. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Nazaire-les-Eymes (D 30)

Wysokość: 1434 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1090 metrów

Długość: 12,6 kilometra

Średnie nachylenie: 8,6 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Tencin podjechaliśmy autem do Saint-Nazaire-les-Eymes. W okolicy Brignoud przeskoczyliśmy na prawy brzeg Izery. Cały ten transfer liczył sobie tylko 13 kilometrów. Na miejscu czekał nas rowerowy odcinek specjalny o tej samej długości. Naszym kolejnym celem była Col du Coq we wschodniej części Massif de la Chartreuse. To przełęcz położona między dolinami: Gresivaudan (na wschodzie) i Guiers-Mort (na zachodzie). Na północ od niej wznosi się szczyt Pravouta (1760 m. n.p.m.), zaś na południu ciut niższy Bec Chauvet (1738 m. n.p.m.). Tym niemniej nad całą tą okolicą góruje Dent de Crolles (2062 m. n.p.m.). Druga pod względem wysokości góra w masywie Chartreuse. Jej wierzchołek jest świetnie widoczny z wielu miejsc na drodze D30E. Nazwę Col du Coq dziś przetłumaczyć można jako Przełęcz Kogucia. Aczkolwiek jej pochodzenie jest ponoć inne, gdyż w języku starofrancuskim to słowo oznaczało „Zaokrąglony szczyt” lub też „Kapustę”. W latach 1967-95 na przełęczy tej działał mały ośrodek narciarski z trzema wyciągami orczykowymi. To już jednak melodia przeszłości. Dziś miejscowy parking służy przede wszystkim za punkt wyjścia do pieszych wypraw w najwyższe partie pasma Chartreuse. Na Coq prowadzą dwie ścieżki dostępu. Niewątpliwie trudniejszy jest wybrany przeze mnie szlak wschodni. Przez pierwsze 6,8 kilometra prowadzący szosą D30, zaś przez kolejne 5,8 km boczną D30E. Natomiast zachodni podjazd zaczyna się w Saint-Pierre-de-Chartreuse na drodze D512 i szybko przechodzi w D57B. Ma 12,3 kilometra i średnie nachylenie „tylko” 5,2%. Tym niemniej jest to bardzo nieregularne wzniesienie. Szczególnie w swej górnej części. Mamy tu zjazd o „głębokości” 75 metrów, a także dwa bardzo strome segmenty wspinaczki. Każdy o długości 1,5 kilometra i średnim nachyleniu rzędu 11,7% oraz 11%. Maksymalna stromizna po zachodniej stronie przełęczy sięga aż 16%.

Wschodnie oblicze „Koguta” pozbawione jest aż tak ostrych kawałków. Tu po prostu wysokie i równe nachylenie męczy na całej długości podjazdu. Najłatwiejszy kilometr ma średnie nachylenie 7,3%. Większość odcinków tego rodzaju trzyma na poziomie 8-9%. Najtrudniejszy jest sam wstęp czyli długa na 1100 metrów prosta o średniej 10,5%. Był to najtrudniejszy z sześciu podjazdów jakie przejechaliśmy w tych dniach na szosach masywu Chartreuse. Świadczy o tym choćby punktacja rodem ze strony „cyclingcols”, gdzie Col du Coq zasłużyła na 948 punktów. Druga w tym zestawieniu „przeklęta” Col de la Charmette jest warta 876 punktów. Przełęcz Kogucia nie brzmi groźnie. W boksie amatorskim czy raczej olimpijskim (słowo amator nie pasuje mi bowiem do naszych mistrzów ze szkoły Feliksa „Papy” Stamma) kategoria kogucia jest jedną z najniższych, de facto trzecią od dołu. Jednak w kolarskim światku przełęcz o tej nazwie jest niewątpliwie zawodnikiem wagi ciężkiej. Podjazd zachodni zasługuje na kategorię pierwszą, zaś wschodni jest wzniesieniem najwyższej klasy. Pod względem długości i przewyższenia bardzo podobnym do kultowej L’Alpe d’Huez. Nieco krótszym, acz z drugiej strony bardziej stromym. Ma nawet tyle samo wiraży czyli 21. Na stronie „archivio salite” wschodni Coq wygrywa porównanie ze sławną L’Alpe. Wart jest 938 punktów, zaś najsłynniejszy z finałowych podjazdów Tour de France „tylko” 913. Tym bardziej szkoda, że dotychczas nie przetestowano go na trasach „Wielkiej Pętli”. Niemniej w latach 80. dwukrotnie wjechano na tą przełęcz od łatwiejszej, zachodniej strony. W sezonie 1984 na etapie z Grenoble oraz w roku 1987 gdy wystartowano z Villard-de-Lans. Co ciekawe trasy obu tych górskich odcinków wiodły do L’Alpe d’Huez. Jednak Col du Coq za każdym razem znajdowała się około 100 kilometrów przed metą. Pomiędzy nią, a finałowym wzniesieniem na drodze peletonu stała jeszcze „sztywna” Cote de Laffrey. Za pierwszym razem Coq zdobył Hiszpan Angel Arroyo, a za drugim Francuz Denis Roux. Niemniej etapy te ostatecznie wygrywali: Kolumbijczyk Luis Herrera oraz Bask Federico Echave.

Do Saint-Nazaire-les-Eymes dojechaliśmy drogą D1090. Niemniej przy Route de Chambery nie znaleźliśmy dobrego miejsca na pozostawienie samochodu. Z uwagi na mocne nasłonecznienie zależało nam na zacienionym parkingu. Wjechaliśmy zatem na górską D30 by poszukać takiej miejscówki już na podjeździe. Zatrzymaliśmy się dopiero po przejechaniu 1200 metrów. Dlatego po wyjechaniu w teren najpierw ruszyliśmy w dół. Upał był bardzo dokuczliwy. Na starcie mój licznik zanotował 33 stopni, zaś na drugim kilometrze nawet 36! Godzinę później na samej górze było 27. W takich warunkach ciężko się zmusić do większego wysiłku. Tymczasem od samego początku przyszło mi gonić kolegów. Na zjeździe do Saint-Nazaire zatrzymałem się parę razy by zrobić zdjęcia. Jako pierwszy do zmagań z Kogutem przystąpił Tommy. Dario ruszył ze stratą 1:45. Natomiast ja „podarowałem” młodszemu koledze 3:30. Miałem prawo obawiać się tej wspinaczki. Wymagający podjazd do Pipay przejechałem starannie. Z pewną rezerwą, lecz bez oszczędzania się. Col du Coq wyglądała na jeszcze trudniejsze wzniesienie. Co gorsza mieliśmy je pokonać w iście tropikalnych realiach. Dzięki za taki bonus. Czyżby dwie wspinaczki klasy HC nie były wystarczającym wyzwaniem? Poza tym jeszcze ten trudny początek. Dwucyfrowa stromizna na długiej prostej. Trzeba było pewnej dozy samozaparcia, by się od razu nie podłamać. Nie rzuciłem się w pogoń. Za dobrze w pamięci miałem marny finał swoich harców na: Palaquit, Charmette czy La Ruchere. Tomek rozpoczął jazdę bardzo spokojnie i już w połowie trzeciego kilometra został złapany przez Darka. Ja całkiem nieźle przetrwałem „powitalną drogę do nieba” i na drugim kilometrze złapałem dobry rytm Nagle z prędkością motoroweru minął mnie tu gość na e-bike’u. Na tej wyprawie po raz pierwszy odczułem, że „elektryki są wśród nas” i niebawem na górskich szosach będziemy mieli kolarstwo dwóch prędkości.

Na czwartym kilometrze Dario odjechał Tomkowi na około 20 sekund. Niemniej „Bury” w końcu odpalił i złapał kontakt z liderem. Ja pod koniec piątego kilometra traciłem do nich już tylko 50 sekund. Dolny segment o długości 5,7 kilometra pokonałem w 30:04 z VAM na poziomie 1003 m/h. W tej części podjazdu mocno wiało, ale raczej w plecy niż w twarz. Najbardziej dało się to odczuć przy Tunelu Saint-Pancrasse, pod koniec szóstego kilometra. Pomiędzy jego dwoma częściami minęliśmy punkt widokowy z pięknym kadrem na Vallee de l’Isere i masyw Belledonne. Po przejechaniu 6,8 kilometra opuściliśmy drogę D30. Na zakręcie w lewo dojrzałem znak informujący, iż do przełęczy zostało mi 6 kilometrów. Poza tym co kilometr mogliśmy zerkać na dane z zielonych tablic. Dario & Tommy na szosę D30E wjechali z przewagą 1:15. Zdali sobie sprawę, że się zbliżam, więc około półmetka podkręcili tempo. Rozpoczęło się „przeciąganie liny”. Początkowo zyskiwali moi kompani. Na wirażu dwunastym w La Baure (8,8 km) mieli już półtorej minuty zapasu. W końcówce udało mi się trochę odrobić. Na przełęcz wpadłem 1:10 po nich. Cały podjazd przejechałem w 1h 06:54 (avs. 11,3 km/h i VAM 984 m/h). Do Darka odrobiłem 42 sekundy, zaś do Tomka 2:38. Dolna połówka należała do mnie, górną przejechaliśmy już na remis. Byłem bardzo zadowolony z tego jak dobrze wytrzymałem ten trudny i gorący dzień. Na koniec jeszcze taka myśl. Ostatnimi czasy najciekawsze pośród górskich etapów okazują się te z najtrudniejszym podjazdem dnia kilkadziesiąt kilometrów przed metą. Wschodni Coq mógłby być tego rodzaju „detonatorem” na etapach TdF do Grenoble lub Chambery. Od olimpijskiego miasta przełęcz tą dzieli bowiem niespełna 40, zaś od stolicy Sabaudii około 50 kilometrów. Fajerwerki podczas wspinaczki pod przełęcz Kogucią gwarantowałyby kibicom półtoragodzinny spektakl. Tym bardziej, że na szlaku do Grenoble kolarze musieliby jeszcze pokonać północny Col de Porte. Natomiast jadąc do Chambery mieli by „poprawki” na Col du Cucheron i Col du Granier.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2431200284

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2431200284

ZDJĘCIA

20190607_051

FILM

VID_20190607_163124

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Coq została wyłączona

Pipay les Sept Laux

Autor: admin o piątek 7. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tencin (D 30 & D 280)

Wysokość: 1597 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1347 metrów

Długość: 19,5 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 10,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W piątek podobnie jak w środę ruszyliśmy na północ Vallee de l’Isere autostradą alpejską A41. Naszym pierwszym przystankiem było miasteczko Tencin, do którego dojechaliśmy drogą D523. Tego dnia czekały nas wspinaczki tak na lewym jak i prawym brzegu Izery. To znaczy po jednym w masywach Belledonne i Chartreuse. Pierwszym wyzwaniem miał być przeszło 19-kilometrowy podjazd do Pipay. Natomiast drugim niespełna 13-kilometrowy, acz stromy wjazd z Saint-Nazaire-les-Eymes na Col du Coq. Pipay to najmłodsza i najwyżej położona stacja w ramach ośrodka narciarskiego Les Sept Laux (Siedem Jezior). To obecnie największy kompleks sportów zimowych w paśmie Belledonne. Otwarto go w roku 1971 czyli trzy lata po często wspominanych przeze mnie Igrzyskach w Grenoble. Oprócz Pipay w jego skład wchodzą też: Prapoutel (1342 m. n.p.m.) oraz Le Pleynet (1445 m. n.p.m.). Na całym jego terenie, należącym do gmin: Theys, Les Adrets oraz La Ferriere, jest aż 45 tras alpejskich o łącznej długości 120 kilometrów oraz 5 tras biegowych liczących w sumie 23 kilometry. Stoki obsługiwane są przez 8 wyciągów krzesełkowych, 12 orczyków i 1 hybrydę krzesełkowo-gondolową. Szusować można tu na poziomach od 1350 do niemal 2400 metrów n.p.m. Najwyższym punktem dostępnym dla narciarzy jest bowiem Col du Pouta, przełęcz leżąca na wysokości 2380 metrów, w cieniu szczytu Cime de la Jasse. Do Prapoutel i Pipay prowadzą drogi biegnące z doliny Izery. Natomiast do pobliskiego Le Pleynet dotrzeć można jedynie z Vallee Haut-Breda szosą D525A. Tą samą, na której zaczęliśmy nasz środowy podjazd do Super Collet d’Allevard. Wspinaczkę do Pipay mogliśmy zacząć we wspomnianym już Tencin lub w położonym 5 kilometrów dalej na południe miasteczku Froges. W tym pierwszym przypadku w dolnej połowie podjazdu korzysta się z dróg D30 i D280, zaś w drugim z szosy D250. Oba szlaki łączą się pod koniec dziesiątego kilometra na Col des Ayes (945 m. n.p.m.).

Dwa podjazdy na przełęcz Ayes pod względem sportowym są bliźniaczo podobne. Północny wariant liczy sobie 9,8 kilometra o przeciętnej nachylenia 7,1%. Natomiast południowy ma długość 9,7 kilometra przy średniej stromiźnie 7,2%. Powyżej Ayes do obu stacji jedzie się przez kolejne 2,3 kilometra po szosie D281. Następnie na wysokości 1120 metrów n.p.m. trzeba podjąć ostateczną decyzję. Kto chce dotrzeć do Prapoutel musi pozostać na wspomnianej drodze. Po przejechaniu 3,5 kilometra zafiniszuje w stacji dolnej. W razie ambitniejszych planów na owym rozjeździe trzeba skręcić w lewo czyli wybrać boczną D281A. Do Pipay brakuje stąd jeszcze 6,8 kilometra, zaś do końca asfaltowej drogi o 500 metrów więcej. Wybrałem nam podjazd do Pipay od strony Tencin. Ten sam, na którym wkrótce zakończyć się miał szósty etap Criterium du Dauphine. Uznałem, iż na łatwiejsze zdobycze czyli: Prapoutel i Le Pleynet przyjdzie czas za parę lat. Zakładam przy tym, iż do tej pierwszej z tych stacji ruszę z Froges, aby w jak najmniejszym stopniu kopiować tegoroczny szlak do Pipay. W ramach tekstu o Super Collet wspomniałem już o tym, iż słynny Bernard Hinault wygrał etap TdF 1981 kończący się w stacji Le Pleynet. Jeszcze wcześniej prestiżowe imprezy kolarskie zajrzały do Prapoutel. W roku 1978 zakończył się tu etap Criterium du Dauphine Libere wygrany na solo z przewagą przeszło dwóch i pół minuty przez Belga Michela Pollentiera. Kolarz ten rok wcześniej wygrał Giro d’Italia i Tour de Suisse. W sezonie 1978 po generalnym triumfie w Dauphine celował w Tour de France. Na „Wielkiej Pętli” dotarł jako pierwszy do mety etapu szesnastego w Alpe d’Huez, gdzie nawet założył koszulkę lidera. Po chwili jednak wpadł na kontroli antydopingowej, gdy usiłował oddać do analizy nie swój mocz. W atmosferze skandalu „wyleciał” z tej imprezy. Tour do Prapoutel zawitał w roku 1980 na etapie osiemnastym. Swój życiowy sukces święcił tu Ludo Loos, również z Belgii. Wygrał z przewagą ponad 5 minut nad zawodnikami z czołówki klasyfikacji generalnej. Drugi finiszował Francuz Robert Alban, zaś trzeci był Portugalczyk Joaquin Agostinho.

Pipay dopiero w tym roku powitała zawodowy peleton. Osiem dni po naszej wizycie zakończył się tu bowiem przedostatni etap Criterium du Dauphine. Królewski odcinek tej imprezy, którego start wyznaczono w miejscowości Saint-Genix-les-Villages. Na dystansie ledwie 133,5 kilometra kolarze mieli do pokonania aż cztery premie górskie. Nasz finałowy podjazd najwyższej kategorii poprzedzały trzy niewysokie, lecz wymagające, wzniesienia klasy pierwszej tzn. Col de l’Epine (907 m. n.p.m.), Col du Granier (1134 m. n.p.m.) oraz Col de Marcieu (1060 m. n.p.m.). Odcinek ten po finiszu z trzyosobowej grupki wygrał Wout Poels z Team Ineos. Holender o sekundę wyprzedził Duńczyka Jakoba Fuglsanga z Astany oraz Niemca Emanuela Buchmanna z Bory. Tego dnia koszulkę lidera stracił szósty na mecie Anglik Adam Yates. Nowym liderem Delfinatu został Fuglsang, który dzień później już po raz drugi triumfował w generalce tego wyścigu. Wcześniej dokonał tego w 2017 roku, dzięki zwycięstwu etapowemu na Plateau de Solaison. W owym czasie, także wespół z Darkiem i Tomkiem przemierzałem górskie szosy Sabaudii. Wjechaliśmy na płaskowyż Solaison, co więcej też na osiem dni przed zawodowcami. Mikołaj Cieślak z „Kabaretu Moralnego Niepokoju” w tym miejscu rzekłby podejrzliwie: „Przypadek?” Najwyraźniej przynosimy szczęście wicemistrzowi olimpijskiemu z Rio de Janeiro. W pierwszej połowie tegorocznego sezonu „Birdsong” imponował formą. Wygrał choćby klasyczny monument Liege – Bastogne – Liege. Niemniej do sukcesu w Dauphine potrzebował naszej alpejskiej aktywności. Musieliśmy przetrzeć chłopu drogę i to dokładnie 7 czerwca 😉 Po dojechaniu do Tencin niczym dwa dni wcześniej w Allevard zaparkowaliśmy na samym początku podjazdu i też w zatoczce za pierwszym zakrętem. Tym razem w pobliżu miejscowej papierni. Ruszyliśmy kilka minut przed wpół do dwunastą. Jako pierwszy Darek, zaś ja z Tomkiem przeszło 4 minuty później.

Na samym dole zajęty robieniem zdjęć zapomniałem włączyć licznik, przez co strava nie ujęła mnie na segmencie z całej góry. Odpaliłem swój „zegar” po 300 metrach jazdy, gdy mijaliśmy nasz parking. Dzień był ciepły i słoneczny. Na starcie „tylko” 24 stopni, lecz między 7 i 10 kilometrem temperatura utrzymywała maxa na poziomie 32! Na samej górze zanotowałem cieplutkie 25. Podjazd był długi i duży, bo z przewyższeniem ponad 1300 metrów. Mimo to każdy z nas podszedł ambitnie do tego wyzwania. Dario na przedzie dyktował niezłe tempo. My jadąc cały czas razem stopniowo odrabialiśmy swą początkową stratę. Segment z Tencina do Theys (5,7 km) przejechaliśmy w czasie 24:01 z avs. 14,2 km/h tj. o 1:43 szybciej od Darka. Bardziej stromy sektor przed Col des Ayes (3,7 km) pokonaliśmy w 19:04 z avs. 11,7 km/h, odrabiając kolejną 1:37. Na półmetku wzniesienia dzieliła nas niespełna minuta. Gdy na początku trzynastego kilometra skręcaliśmy na drogę D281A mieliśmy już Darka „na widelcu”, tracąc do niego ledwie 15 sekund. Dario to jednak „twarda sztuka”. Dzielnie się bronił przez kolejny kilometr. Doszliśmy go dopiero na początku czternastego kilometra. Potem już raczej zgodnie przejechaliśmy ostatnie 6 kilometrów wiodące do Pipay dość krętym szlakiem z siedmioma wirażami. Na terenie stacji droga wyraźnie się wypłaszczyła, ale potem podjazd znów odbił i zaprowadził nas na wysokość niemal 1600 metrów n.p.m. Od naszego parkingu do kresu drogi jechałem przez 1h 27:45 (avs. 13 km/h i VAM 888 m/h). Profil wzniesienia z „archivio salite” okazał się zwodniczy. Na końcówce anonsował on najpierw zupełnie płaski kilometr siedemnasty, po czym bardzo strome dwa ostatnie kilometry przed stacją. Tymczasem ten 3-kilometrowy finał był dość równy. Z grubsza taki jak na obrazku z „cyclingcols” czyli na poziomie: 7,7 – 6,9 – 6,2%. Niemniej również na tym wykresie brakuje ostatnich kilkuset metrów asfaltu. Do Tencin zjechaliśmy bez przygód, aczkolwiek Tomek przez pomyłkę wybrał za półmetkiem szlak południowy przez Les Adrets do La Pierre. Poniekąd powtórzył swój dawny „manewr” z Prati di Kohl nad Bolzano.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2431200175

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2431200175

ZDJĘCIA

20190607_001

FILM

VID_20190607_131340

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pipay les Sept Laux została wyłączona