banner daniela marszałka

4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre

Autor: admin o wtorek 25. Czerwiec 2013

Na czwartym etapie naszej wyprawy mieliśmy do pokonania kolejne trzy przełęcze. Przede wszystkim bodaj największą legendę francuskich Alp Wysokich czyli słynny Col du Galibier (2646 m. n.p.m.) jako danie główne. Poza tym skoro jechaliśmy z północy na południe to na naszej drodze niejako na przystawkę był również Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.), zaś na deser czy zważywszy porę dnia na podwieczorek także Col d’Izoard (2361 m. n.p.m.). W trakcie etapu do Guillestre mieliśmy opuścić Sabaudię i zarazem wyjechać z regionu Rhone-Alpes, aby po pokonaniu przełęczy Galibier wkroczyć we francuskie Alpy Południowe tj. na szosy departamentu Haute Alpes i regionu Provence-Alpes-Cote d’Azur. Zanim jednak dane nam było ruszyć w dalszą drogę musieliśmy załatwić parę spraw natury technicznej. Przede wszystkim Darek musiał znaleźć jakiś sklep rowerowy i kupić sobie nową korbę, albowiem dotychczas używane przez niego karbonowe cacko okazało się tyleż lekkie co nietrwałe i uległo rozwarstwieniu. W tym celu pojechaliśmy przed południem do Saint-Jean-de-Maurienne. Po drodze na stacji w Saint-Michel-de-Maurienne zatankowaliśmy samochód na dalsze kilkaset kilometrów tej podróży. Tymczasem wizyta w dwóch sportowych marketach u św. Jana nie przyniosła pożądanego rezultatu. Tym niemniej dostaliśmy namiar na znajdujący się na wylocie z miasta hangar, w którym znajdował się sklep o asortymencie niekoniecznie kolarskim, aczkolwiek szczęśliwie mający na zbyciu starą korbę firmy Miche, którą Dario był w stanie dopasować do swego roweru. Wróciwszy do naszej górskiej bazy w Beaune-Grand Village spakowaliśmy bagaże do samochodu, zaś Darek rozpoczął żmudne prace nad reanimacją swego roweru.

W końcu około 12:30 wraz z Piotrem jako pierwsi ruszyliśmy na trasę. Niedługo po nas wystartował również Adam. Natomiast Darek męczył się z naprawą jeszcze około godziny i ostatecznie rozpoczął czwarty etap dopiero tuż przed czternastą. Romek z ostrożności zaczekał na szczęśliwy koniec tych prac i wsiadł do samochodu dopiero gdy ostatni z czterech wojów Hanibala zaczął zjeżdżać ku Saint-Michel-de-Maurienne. Na początku czekał nas bowiem niemal 10,5-kilometrowy zjazd do centrum tego miasteczka. Uczciwie trzeba przyznać przyjemność, na którą nie zapracowaliśmy sobie minionego wieczoru. Ponieważ podjazd ten nie leży na trasie Route des Grandes Alpes postanowiliśmy go sobie darować mając już w nogach blisko 4000 metrów przewyższenia. Nikt z nas jednak nie odmówił sobie prawa do zjazdowej rozgrzewki. Oczywiście Piotr szybko zniknął mi z pola widzenia. Pozostało mi mieć nadzieję, że złapię z nim kontakt na Col du Telegraphe. Zjazd z Beaune niemal od razu przechodził w ten podjazd. Wystarczyło przejechać skrzyżowanie w centrum miasteczka, następnie most nad rzeką l’Arc oraz przemknąć pod wiaduktem kolejowym. Do pokonania było wzniesienie o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 7,2 %, przy max. 10,6 %. Jednym słowem dość trudny podjazd na miarę pierwszej kategorii, który na Tour de France zawsze bywa pokonywany w pakiecie z północnym Galibierem. Począwszy od roku 1911 Telegraphe w tej postaci pojawił się na Tourze 26 razy. Dziesięciokrotnie jako pierwszy meldował się na tej przełęczy późniejszy zdobywca Galibiera. Podobnie było w tym roku na Giro d’Italia, gdy pierwszy w obu miejscach był Włoch Giovanni Visconti, choć ze względu na zimowe warunki pogodowe kolarzom nie było dane dotrzeć na drugą z owych przełęczy.

Zacząłem podjazd pod Telegraphe energicznie i już na czwartym kilometrze dogoniłem Piotra. W tym momencie chciałem zwolnić i kontynuować jazdę w tempie swego kolegi. Niemniej Pietro stwierdził żebym jechał swoje i poczekał na niego na przełęczy. Dla nas obu było to już trzecie spotkanie z Telegrafem, gdyż w latach 2005-2006 startowaliśmy w wyścigu La Marmotte. Ponieważ Darek i Piotr też mieli za sobą po jednym występie w słynnym Świstaku można powiedzieć, że dla całej naszej czwórki był to powrót do przeszłości. Tym niemniej po raz pierwszy jechaliśmy w bardziej turystycznej niż sportowej formule, więc mogliśmy się w końcu lepiej przyjrzeć otaczającej nas przyrodzie. Tym niemniej mając zielone światło od swego kompana pojechałem dalej w dość mocno dojeżdżając na przełęcz w czasie niespełna 48 minut. Na Piotra nie musiałem długo czekać. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Poprosiliśmy przygodnego turystę o zrobienie nam wspólnych fotek. Po czym Piotr ruszył w stronę Valloire stwierdziwszy, iż nie czuje się tego dnia najlepiej, więc lepiej będzie jak zacznie podjazd pod Galibier z pewnym zapasem czasu. Zanim ja zabrałem się do tego mini-zjazdu na przełęczy pojawił się Adam, więc jemu również zrobiłem zdjęcia do albumu z podróży. Następnie ruszyliśmy w ślad za Piotrem. Na krótkim zjeździe Adam nieco mnie zdystansował, lecz dołączyłem do niego na brukowanym uliczkach Valloire, dzięki czemu ten bodaj najbardziej kultowy podjazd ze wszystkich na naszym szlaku zaczęliśmy razem.

Galibier to wielka legenda Tour de France. Przed 102 laty był pierwszym alpejskim „dwutysięcznikiem”, który przetestowano na trasie Wielkiej Pętli. Od tego czasu organizatorzy użyli go aż 58 razy w trzech różnych wariantach. Za klasyczną i zarazem najtrudniejszą uchodzi droga północna. Pozornie to tylko 18,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 11,8 %. Niemniej zważywszy na to, iż przełęcz Telegraphe od początku właściwego Galibiera dzieli niespełna 5 kilometrów powiedzieć można, że praktycznie jedno wzniesienie w dwóch aktach. Przełęcz ta jest nieco niższa od Bonette czy Iseran, lecz rzecz można największa pod względem wysokości względnej. Otóż pominąwszy stratę wysokości między Telegraphe a Valloire na 35 kilometrach dzielących Saint-Michel-de-Maurienne od Col du Galibier trzeba pokonać aż 2096 metrów przewyższenia! Ta wersja podjazdu na trasie TdF pojawiła się 26 razy. Po raz pierwszy we wspomnianym już roku 1911. Odkrywcą zarówno Telegraphe jak i Galibier został Francuz Emile Georget. Na przełęcz prowadzą też dwie drogi z południa tzn. południowo-wschodnia od Monetier-les-Bains oraz południowo-zachodnia od Les Clapiers. Obie łączą się na Col du Lautaret (2068 metrów n.p.m.). Drogą zachodnią kolarze jechali 14 razy, po raz pierwszy w 1913 roku. Natomiast wschodnią 18-krotnie, począwszy od roku 1922. Chcąc uczcić stulecie Wielkich Alp na trasach TdF kolarzom zaserwowano aż dwukrotny przejazd przez tą przełęcz. Najpierw od strony południowo-wschodniej w końcówce osiemnastego etapu i dzień później od północy na początku etapu dziewiętnastego. Wśród wielu zdobywców tej mitycznej góry wymienić należy siedmiu „recydywistów”. Swój wyczyn powtarzali jedynie: Henri Pelissier, Honore Barthelemy, Federico Ezquerra, Federico Bahamontes, Charly Gaul, Julio Jimenez i przed dwoma laty Andy Schleck. Dla mnie zaś atak Zenona Jaskuły na tej właśnie górze w trakcie TdF 1993 sprawił, iż kolarstwem szosowym przestałem się interesować i … zacząłem się nim pasjonować.

Północny Galibier sensu stricto czyli 18-kilometrowy odcinek od Valloire zaczyna się dość niewinnie. Na pierwszych dziesięciu kilometrach do większego wysiłku zmusza jedynie drugi kilometr na dojeździe do Les Verneys, a następnie kilometry: ósmy i dziewiąty. W żadnym momencie nie jest to wspinaczka trudniejsza niż przebyta wcześniej Telegraphe, acz widoki już na tej wysokości są przecudnej urody. Po pewnym czasie na długich prostych w oddali ujrzeliśmy znajomą sylwetkę Piotra. Na tej górze zabawa kończy się w miejscu zwanym Plan Lachat leżącym na wysokości około 1980 metrów n.p.m. To tu droga opuszcza alpejskie hale, skręca w prawo i pnie się dalej po półce skalnej. Każdy z pozostałych do szczytu ośmiu kilometrów ma nachylenie od 7,5 do 10 %, zaś w samej końcówce stromizna sięga blisko 12 %. Oczywiście trzeba było wrzucić bardziej miękkie przełożenia by sobie poradzić z takim wyzwaniem. Około pięciu kilometrów przed przełęczą dogoniliśmy Piotra i zdecydowaliśmy się jechać dalej w trójkę. Minęliśmy Les Granges ze szklanym pomnikiem Marco Pantaniego na wysokości około 2300 metrów n.p.m. Po drodze niczym na imprezie cyclosportive czyhali na nas profesjonalni fotografowie robiący zdjęcia i rozdający wizytówki z adresem swej strony internetowej. Niespełna kilometr przed finałem na wysokości 2566 metrów n.p.m. minęliśmy boczną drogę prowadzącą do tunelu, w którym do roku 1976 kończyła się ta wspinaczka. Na ostatnim kilometrze Adam przyśpieszył i jako pierwszy z nas przeciął linię górskiej premii. Ja do końca jechałem w towarzystwie Piotra robiąc za głównego aktora krótkometrażowego filmu, który mój kolega kręcił za pomocą swego telefonu. Dlatego na ostatniej prostej niejako „pod publiczkę” zerwałem się do sprintu aby przed szczytem dognać trzech wyraźnie wolniejszych od nas cykloturystów.

Zjazd do Lautaret

Cały podjazd przejechany tym razem w towarzyskiej atmosferze zajął mi godzinę i 23 minuty. Na przełęczy było dość gwarno tak, iż musieliśmy czekać na swą kolei do pozowania przed tablicą wyznaczającą granicę między północną i południową częścią francuskich Alp. Ze szczytu roztaczały się przepiękne widoki na obie strony góry. Niemniej szczególnie imponujące wrażenie robiła panorama południowa w kierunku Briancon. To tam mieliśmy teraz podążyć. Niemniej zanim na dobre zaczęliśmy zjeżdżać zatrzymaliśmy się już po 900 metrach przy wylocie z tunelu, w którym obowiązuje ruch wahadłowy. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć, przede wszystkim pod stojącym nieopodal pomnikiem ku czci Henri Desgrange, pomysłodawcy i pierwszego dyrektora Tour de France. Następnie zjechaliśmy ku przełęczy Lautaret by i tu zatrzymać się na krótką chwilę. Najbardziej stromą i krętą 8,5-kilometrową część zjazdu mieliśmy już za sobą. Teraz musieliśmy skręcić w lewo i pokonać szybkie trzynaście kilometrów, prowadzące długimi prostymi odcinkami do Le Monetier-les-Bains. W górnej części tego odcinka mocno wiało. Na wylocie z jednej z dwóch tamtejszych galerii nagły podmuch wiatru niemal mnie przewrócił. Piotr i Adam czekali na mnie na obrzeżach tego miasteczka. Na dłużej zatrzymaliśmy się jednak dopiero sześć kilometrów dalej w La Salle-les-Alpes. Tu zrobiliśmy sobie strefę bufetu uzupełniając bidony po wizycie w sklepie spożywczym oraz kupując sobie coś konkretnego do zjedzenia, a mianowicie naleśniki z serem przyrządzone na słono. Pozostałą część już łagodnego zjazdu pokonaliśmy razem. Minęliśmy Chantemerle / Serre Chevalier, osadę w której kończył się wspomniany etap TdF z 1993 roku. Po chwili dotarliśmy do Braincon czyli najwyżej położonego miasta we Francji. Tym niemniej na zwiedzanie położonej wyżej starówki nie mieliśmy czasu. Natomiast przez dolne miasto tylko przemknęliśmy, gdyż skoro już wcześniej pojedliśmy i popiliśmy zabrakło nam szczególnego powodu do zatrzymywania się.

Od razu zaczęliśmy szukać drogi wylotowej z miasta w kierunku Col d’Izoard czyli D902. W tym miejscu warto wspomnieć co wczesnym popołudniem porabiali stanowiący naszą ariergardę Darek i Romek. Romano z uwagi na późny start postanowił zrezygnować z przejechania przełęczy Telegraphe i od razu pojechał do Valloire mijając Darka robiącego zdjęcia na moście w Saint-Michel-de-Maurienne. Tym samym na Col du Galibier dotarł jako czwarta osoba z naszego grona. Dario dotarł na tą przełęcz tuz przed siedemnasta, po drodze na szczyt spotykając zjeżdżającego do samochodu Romana. Ten wsiadł następnie do auta i już w roli kierowcy raz jeszcze pokonał przełęcz. Dalej podobnie jak my zjechał do Briancon, po czym wybrał drogę N94 aby najkrótszą z możliwych dróg dotrzeć do kolejnej bazy noclegowej. Nas czekało tym czasem spotkanie ze słabiej znaną stroną słynnej Izoard. O ile południowa wersja tego podjazdu pokazała się na trasie Wielkich Tourów aż 33-krotnie tzn. 27 razy na Tourze i 6 razy na Giro d’Italia, o tyle północna jej strona tylko sporadycznie trafiała do programu francuskiego wyścigu. Pojawiła się na nim tylko 6-krotnie, począwszy od roku 1936. Przed drugą wojną światową górę tą zdobyli: Antonin Magne i rok później Julian Berrendero. W trakcie pierwszej powojennej edycji pierwszy na szczycie był Jean Robic. Następnie w roku 1973 premia ta padła łupem Jose Manuela Fuente, zaś w bliskim sercu polskich kibiców TdF 1993 triumfował tu Claudio Chiappucci. W końcu na trasie etapu do Gap z 2003 roku, który przeszedł do historii z uwagi na groźny upadek Belokiego i przełajowe wyczyny Armstronga, jako pierwszy z grupy harcowników na przełęczy tej zameldował się Aitor Garmendia.

Północny Izoard to w sumie 19,1 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i max. 9,6 %. Podjazd dość nieregularny i na pierwszych 10 kilometrach przed Cervieres dość łatwy jak na alpejskie warunki. Wyjechawszy z Briancon zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę by odpowiedzieć na tzw. zew natury. Potem ruszyliśmy z Adamem na tyle żwawo, iż Piotr włączył swój tryb oszczędny. Adam na tyle mocno się rozbujał, iż na wylocie z Cervieres urwał również mnie. Postanowiłem nie jechać za wszelką cenę jego tempem. Wolałem skupić się na równej jeździe z rytmie na który mnie stać. Okazało się to dobrym pomysłem, gdyż na dojeździe do Le Laus nie tylko go dogoniłem, ale nawet chwilowo wyprzedziłem. Niemniej nie przyjechaliśmy w Alpy aby ścigać się między nami, lecz po to by przejechać pełen dystans koleżeńskiej atmosferze. To znaczy współpracując z sobą, przynajmniej w te dni gdy forma poszczególnych członków naszej ekipy będzie zbliżona. Dlatego też ostatnie siedem kilometrów tej wspinaczki pokonaliśmy znów razem, zgodnie zmieniając się na prowadzeniu. Na przełęczy poczekaliśmy około dziesięciu minut na przyjazd Piotra. Zbliżała się godzina dziewiętnasta i było tu pustawo. Do Guillestre mieliśmy jeszcze ponad 30 kilometrów, więc czym prędzej zabraliśmy się do pokonania tego odcinka. Na 14-kilometrowym zjeździe zatrzymałem się tylko w Casse Deserte przy pomniku Fausto Coppiego i Louison Bobet. Zjazd zakończyłem w towarzystwie Adama. W przepięknym wąwozie Queyras jechałem już na rezerwie i na ogół korzystałem z koła kolegi.

Piotr czekał na nas na rondzie przy wjeździe do Guillestre. W tym miejscu wyłączyłem licznik, który wskazał mi dystans 134,8 kilometra o łącznym przewyższeniu 3363 metrów. Na pokonanie tego etapu potrzebowałem 5 godzin 57 minut i 38 sekund przy przeciętnej prędkości 22,6 km/h. Piotr telefonicznie próbował uzyskać od gospodyni wskazówki w sprawie sposobu dojazdu do Gite du Villard. Efekt przyniosła dopiero rozmowa z mężem tej miłej kobiety. Okazało się, że do pokonania mamy jeszcze 4,3 kilometra, gdyż baza noclegowa nr 5 leży przy ulicy Route de Campings w dolnej części tego miasta. Nieco ponad kilometr od biegnącej doliną rzeki Durance drogi krajowej nr 94. Nasza kolejna przystań okazała się dużym domem o wiejskim charakterze. Mieliśmy w nim do dyspozycji, poza pomieszczeniami wspólnymi dla wszystkich gości, duży pokój z sześcioma łóżkami i okradłem stołem w centralnej części tej sypialni. Po rozgoszczeniu się na miejscu trzymałem rękę na pulsie w sprawie postępów Darka. Dobiegał już zmierzch a naszego kolegi nie było jeszcze w bazie. Później okazało się na Col d’Izoard wjechał dopiero o godzinie 21:00 czyli w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszą część zjazdu pokonał gdy na dworze robiło się już szaro. Gdy dotarł do Combe de Queyras było już niemal ciemno. Według relacji Darka najgorzej czyli najmroczniej w pierwszej fazie tego odcinka z uwagi na utrudniony dostęp resztek dziennego światła do najwęższej części tego kanionu. Gdy udało nam się nawiązać kontakt telefoniczny ustaliliśmy, iż podjadę samochodem do znanego mi ronda aby go odebrać. To było lepsze rozwiązanie niż tłumaczenie zawiłej drogi do bazy, którą musiałby przecież pokonać po ciemku.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne

Autor: admin o poniedziałek 24. Czerwiec 2013

Niestety w poniedziałkowe przedpołudnie potwierdziły się pesymistyczne prognozy pogodowe. Niebo było całkowicie zachmurzone i niemal cały czas lżej lub mocniej padało. Z tej przyczyny nie bardzo nam się śpieszyło by ruszać na trasę trzeciego etapu. Z drugiej jednak strony w perspektywie długiego i bardzo trudnego odcinka nie mogliśmy czekać bez końca, co najwyżej do południa. Po śniadaniu spakowaliśmy bagaże do samochodu i przebrani w stroje z naszych kolekcji jesiennych zasiedliśmy w hotelowym holu. Dłuższy czas czekaliśmy na pierwsze promienie słońca lub przynajmniej koniec deszczu. W końcu kilka minut przed jedenastą jako pierwszy do boju ruszył Dario, ubrany jak zwykle w takiej okazji w najbardziej nieprzemakalną wersję swego odzienia. Po nim w drogę ruszył Adam, zaś dokładnie o 11:30 ja z Piotrem. Razem z nami wyjechał Romek, który miał za zadanie odstawić nasze bagaże na nocleg nr 4 w Beaune powyżej Saint-Michel-de-Maurienne, po czym zjechać samochodem do Saint-Jean-de-Maurienne i następnie już rowerem dojechać na spotkanie z nami w Saint-Etienne-de-Cuines. Chcieliśmy bowiem w pełnym składzie pokonać podjazdy pod Glandon z Croix de Fer oraz Mollard. Aby nie męczyć samochodu Romano wybrał przejazd dolinami, najpierw wzdłuż Izery drogą N90, a potem w górę Maurienne po szosie N6. Tym samym asystował nam autem jedynie na pierwszych czterech, płaskich kilometrach wskazując zarazem, w którym momencie mamy zjechać z głównej drogi w stronę najsłynniejszej w kolarskim światku Magdalenki.

Pierwszym podjazdem naszego trzeciego etapu była bowiem Col de la Madeleine (1993 m. n.p.m.), którą nasz kolega-kierownik przerobił już dzień wcześniej. Klasyczna wersja Route des Grandes Alpes po pokonaniu Cormet de Roselend prowadzi przez Col de l’Iseran via Val d’Isere. Z dwóch względów wybrałem dla nas niższą, acz moim zdaniem wcale nie łatwiejszą wersję owej trasy czyli z przejazdem przez Madeleine. Po pierwsze w przeciwieństwie do północnej „Magdalenki” tak ja, Piotr jak i Darek mieliśmy już okazję poznać północny podjazd na najwyższą przełęcz Sabaudii. Po drugie Iseran i tak mieliśmy jeszcze zdobyć, acz od południa na trasie jedenastego etapu całej wyprawy. Tym sposobem naszym pierwszym wyzwaniem na dzień 24 czerwca było z najtrudniejszych alpejskich wzniesień. Przy tym bardzo popularne w najnowszej historii Tour de France. Po raz pierwszy pojawiła się ona na trasie „Wielkiej Pętli” dopiero w roku 1969 i od tego czasu w ciągu 45 edycji organizatorzy TdF skorzystali z niej aż 25 razy. Trzynaście razy jechano od południa ze startem w La Chambre i dwanaście razy od naszej północnej strony z początkiem w La Lechere. Pierwszym zdobywcą północnej Madeleine został Bask Andres Gandarias. Gdy zaś w 1975 roku przełęcz ta odkryła przed kolarzami swój południowy podjazd jako pierwszy na niej pojawił się inny Bask Francisco Galdos. Ostatni triumfatorzy na tej górze to Słowak Peter Velits (północ w 2012 roku) i Francuz Pierre Rolland (południe w 2013 roku). Jednak największymi bohaterami obu szlaków pozostają: Belg Lucien Van Impe i Francuz Richard Virenque, którzy wygrywali na tej przełęczy trzykrotnie i przy tym co najmniej raz od każdej strony.

Północna Madeleine to podjazd o długości aż 25,2 kilometra o średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11,4 %. Jednym czekała nas blisko dwugodzinna wspinaczka. Wystartowaliśmy przy temperaturze około 15 stopni Celsjusza. Na szczęście resztki deszczu towarzyszyły nam tylko na płaskim odcinku dojazdowym. Gdy tylko dotarliśmy do podnóża podjazdu niebo zaczęło się rozpogadzać. Dlatego Piotr ubrany w ciepłą kurteczkę Cofidisu już na pierwszym kilometrze podjazdu musiał ją zdjąć aby się nie zagotować. Ja ubrałem się lżej i nie miałem takich kłopotów. Z początku jechałem spokojnie w nadziei, że kolega mnie do dojdzie. Później nieco przyspieszyłem postanowiwszy niejako „korespondencyjnie” pościgać się z Romkiem, który w niedzielę zszedł kilka minut poniżej wspomnianych dwóch godzin. Jak widać na załączonym obrazku ta strona Magdalenki jest podjazdem dość nieregularnym. Rodzaj wspinaczki w trzech aktach przedzielonych dwoma niemal płaskimi odcinkami. Po drodze przejazd przez Villard-Benoit, Celliers Dessous i parę pomniejszych osad. Jakieś osiem kilometrów przed szczytem niespodziewanie dogoniłem Darka. Oczywiście nie było szans by złapać Adama. Dojechałem na przełęcz w czasie 1 godziny i 14 minut czyli ze średnią około 14,2 km/h. Uznałem to za niezły wynik i dobry omen w perspektywie dalszych wyzwań. U góry w oczekiwaniu na kolegów postanowiłem zajść do tamtejszej restauracji. Spotkałem tam Adama, zjadłem ciastko i wypiłem kawkę. Wkrótce dołączyli do nas Piotr z Darkiem. Po wyjściu na zewnątrz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i czym prędzej udaliśmy się na drugą stronę góry w kierunku doliny Maurienne. Na zjeździe nie mieliśmy przystanków, stąd nawet Darek nie cyknął żadnych fotek z tego odcinka naszej podróży.

Na dłużej zatrzymaliśmy się dopiero w La Chambre na końcu drogi D213. Tu nawet w cieniu było co najmniej 20 stopni, więc w końcu mogliśmy zdjąć rękawki, nogawki czy kurtki i ogrzać ręce, nogi w promieniach alpejskiego słońca. Postaliśmy w tym miejscu dobry kwadrans ustalając dalszy plan działań. Uradziliśmy, że Darek z Adamem ruszą jako pierwsi, zaś ja z Piotrem będziemy do skutku czekać na Romka z Saint-Etienne-de-Cuines. Aby tam dotrzeć musieliśmy przedostać się na drugą stronę drogi krajowej N6. Z Romkiem byliśmy w kontakcie telefonicznym. Przyjazd kolegi nieco się przeciągał, więc zrobiliśmy sobie z Piotrem przystanek kawowy w mini-barze przy drodze dojazdowej do podnóża Glandon. Mieliśmy z tego miejsca dobry punkt obserwacyjny na drogę, którą powinien był dojechać Romano. Jako, że wszyscy poza Romkiem startowaliśmy swego czasu w górskim maratonie La Marmotte dane nam było poznać południowy podjazd pod Col du Glandon (1924 m. n.p.m.). Natomiast uchodzący za trudniejszy z dwojga szlak północny zapadł nam w pamięci jako szybki i dosłownie śmiertelnie niebezpieczny zjazd. Teraz czas było się przekonać jak trudny to podjazd. Północny Glandon to na warunki francuskie stromy podjazd. Co prawda suche liczby czyli 19,8 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 11 % nie robią oszałamiającego wrażenia, ale trzeba pamiętać iż średnią znacząco zaniża łatwy odcinek w okolicy Saint-Colomban-des-Villards.

Glandon jako premia górska wystąpił na Tourze trzynastokrotnie. Siedem razy zdobywano go od północnej strony. Po raz pierwszy w 1952 roku gdy najszybszy był słynny włoski „Campionissimo” Fausto Coppi, zaś ostatni w 2001 roku gdy uciekał Francuz Laurent Roux. Od południa wspinano się sześć razy. Po raz pierwszy w 1983 roku gdy wygrał Szwajcar Serge Damierre, zaś ostatni raz niespełna miesiąc po naszej wizycie gdy w tegorocznym Tourze premia ta padła łupem Kanadyjczyka Rydera Hesjedala. Już pierwsza faza północnego podjazdu jest wymagająca, zaś trzecia finałowa po prostu trudna. Przy tym najtrudniejsza w samej końcówce, gdzie stromizna nie schodzi poniżej 10 %. Piotrek zluzował po kilku kilometrach, więc większość podjazdu przejechałem w towarzystwie Romka. Będąc świeższy od nas Romek czuł się bardzo dobrze kręcąc na bardziej miękkim niż moje przełożeniu. Na ostatnich dwóch kilometrach miałem odrobinę problemów by dotrzymać mu kroku, ale nie pękłem i na przełęcz wjechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka osób, ale nie było wśród nich Adama czy Darka. Postanowiliśmy poczekać na Piotra około 10 minut w międzyczasie robiąc sobie zdjęcia nie tylko na tle tablicy, ale też wbitej „maillot jaune” na patyku. Na przełęczy było słonecznie, ale niezbyt ciepło. Ponieważ nie ma niej żadnego przytułku dla „zmęczonych wędrowców” stwierdziliśmy w końcu, że nie czekając dłużej na Piotrka dokręcimy brakujące trzy kilometry do sąsiedniej przełęczy Żelaznego Krzyża i tam na niego poczekamy w razie potrzeby pod dachem miejscowej restauracji.

Odcinek między przełęczami Glandon a Col de la Croix de Fer (2068 m. n.p.m.) to zaledwie 2900 metrów, z czego pierwsze dwieście to króciutki zjazd do rozjazdu przy zamkniętej na cztery spusty restauracji. Z tego miejsca można odbić w lewo i przedłużyć sobie wspinaczkę niezbyt stromym odcinkiem na poziomie 6-7 %, albo też skręcić w prawo w kierunku doliny Romanche i leżącego u podnóża L’Alpe d’Huez miasteczka Le Bourg d’Oisans. Croix de Fer można zdobyć aż od trzech stron tzn. północno-wschodniej z Saint-Jean-de-Maurienne (czego dokonaliśmy z Darkiem w lipcu 2009 roku), południowej z Le Verney oraz od północnego-zachodu czyli właśnie z Saint-Etienne-de-Cuines via Glandon. Na trasie Touru jako premia górska przełęcz ta pojawiła się 16 razy. Po raz pierwszy w 1947 roku gdy od strony południowej najszybciej wspiął się Włoch Fermo Camelliniemu. Rok później od północnego-wschodu jako pierwszy nadjechał jego słynny rodak Gino Bartali. W sumie od południa jechano sześciokrotnie, od wschodu osiem razy, zaś naszym zachodnim szlakiem tylko dwukrotnie. W obu przypadkach wzniesienie to zdobyli Skandynawowie czyli Duńczyk Michael Rassmussen w 2006 roku i Szwed Fredrik Kessiakoff w 2012 roku. Dojechawszy do wspomnianego rozdroża widzieliśmy w oddali przełęcz Żelaznego Krzyża. Widoki w tym miejscu są nie tylko piękne, ale iście panoramiczne. Po pewnym czasie ujrzeliśmy przed sobą znajomą sylwetkę Darka, więc przyśpieszyliśmy by doszlusować do niego przed przełęczą co prawie nam się udało. Na tym odcinku wspinaczki najbardziej zapadł mi w pamięci leżący na skraju drogi pasterz. Jegomość ów czytając sobie książkę ze stoickim spokojem przy pomocy jednego pieska ogarniał pasące się w dole na hali stado kilku tysięcy owiec.

Na przełęczy w końcu byliśmy w komplecie. Piotr przyjechał jako ostatni z niewielką stratą czyli gdybyśmy poczekali jeszcze ze dwie-trzy minuty spotkalibyśmy się już na Glandon. Zbliżała się godzina osiemnasta, więc temperatura spadła już do skromnych 7 stopni. Dlatego przed zjazdem musieliśmy się cieplej ubrać. Pierwsze siedem kilometrów do Saint-Sorlin-d’Arves jest wąskie i kręte, więc choć to najbardziej stromy po tej stronie góry i tak nie można było jechać zbyt szybko. Kolejne siedem z przejazdem przez Saint-Jean d’Arves do Pont de Belleville było już łatwiejsze technicznie. Niemniej bardziej płaskie fragmenty trasy zmuszały do kręcenia. Mniej więcej w połowie typowego zjazdu do Saint-Jean-de-Maurienne musieliśmy odbić w prawo by zmierzyć się z podjazdem, który przygotowałem nam na deser. Col du Mollard (1638 m. n.p.m.) to przynajmniej od tej strony podjazd z gatunku drugiej kategorii czyli 5,9 kilometra długości przy średniej 6,8 % i max. 10,5 % około kilometr przed przełęczą. Na Tourze pojawił się jak dotąd dwukrotnie w latach 2006 i 2012. Przy obu okazjach w swej południowej wersji po wcześniejszym przebyciu przez kolarzy kombinacji Glandon & Croix de Fer. Co ciekawe zwycięzcy tej górskiej premii czyli Rasmussen i Rolland triumfowali później również na mecie etapu w stacji narciarskiej La Toussuire. Dolną część wzniesienia przejechaliśmy w czwórkę. Później Adam z Romkiem na przemian zaczęli podkręcać tempo i Piotr powiedział basta jadę swoim tempem. Przyznam, że skłaniałem się do podobnej decyzji, ale ostatecznie zwyciężyła ambicja aby do samego końca nie odpuszczać koła bardziej żwawym kompanom. Na samej przełęczy powitał nas zerwany asfalt, na szczęście tylko na odcinku około stu metrów.

Po przejechaniu półtora kilometra przemknęliśmy przez Albiez-le-Vieux i każdy z nas wybrał opcję skrętu w lewo co oznaczało, iż cały zjazd zakończymy w Saint-Jean-de-Maurienne, a nie Villargondran. Romek i tak musiał zjechać do miasteczka św. Jana by odebrać samochód z parkingu. Niemniej dla pozostałych ze względu na kierunek dalszej jazdy nieco bardziej pasowałaby wschodnia wersja zjazdu do doliny Maurienne. Na zjeździe trzeba było zignorować wywołany robotami drogowymi zakaz przejazdu. Droga była na tyle zwężona, iż stała się nieprzejezdna dla samochodów, ale nam bez trudu udało się przecisnąć. Romek z Piotrem dotarli na dół jako pierwsi następnie obaj już autem przejechali do Saint-Michel-de-Maurienne. Ja zakończyłem zjazd w towarzystwie Adama i zgodnie współpracując pokonaliśmy ostatnie trzynaście kilometrów tego etapu. Nie były one takie najłatwiejsze gdyż na dojeździe do grodu św. Michała trzeba było jeszcze pokonać 177 metrów przewyższenia. Zatrzymaliśmy się w samym centrum tej miejscowości przy skrzyżowaniu głównej drogi z górskimi drogami wiodącymi do Beaune (na północ) i na Col de Telegraphe (na południe). Poszliśmy w czwórkę do najbliższego baru by godnie się posilić po długim i ciężkim dniu w drodze. Postanowiliśmy poczekać tu na Darka, który dojechał do Saint-Michel około 20:20. Na całe szczęście mieliśmy pod ręką nasz samochód, bo nikomu nie uśmiechała się perspektywa pokonania o własnych siłach podjazdu do wybranej przez Piotra bazy noclegowej. Przejechaliśmy już 128,1 kilometra o łącznym przewyższeniu 3909 metrów. Potrzebowałem na to 6 godzin 9 minut i 54 sekund (avs. 20,8 km/h). Dlatego też po kolacji załadowaliśmy trzy rowery na klapę oraz dwa na dach samochodu aby już „na leniucha” pokonać ostatnie 630 metrów w pionie do schroniska Le Shantone. W przybytku tym musieliśmy zdjąć buty niczym przy wejściu do meczetu. Metraż mieliśmy bardzo skromny, ale też za niewygórowaną cenę 18 Euro od osoby. Spać należało we własnych śpiworach na piętrowych łóżkach. Niemniej po ciężkim dniu w trasie każdy lokal z łóżkiem nam pasował. Problem mieliśmy jedynie z wysuszeniem zawilgoconych ubrań.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

2 etap: Le Chinaillon – La Lechere

Autor: admin o niedziela 23. Czerwiec 2013

Niedzielny poranek 23 czerwca powitał nas kapryśną aurą. Gdy około 9:45 kończyliśmy przygotowania do drugiego etapu naszej wyprawy na dworze było ledwie 14 stopni Celsjusza. Na domiar złego było pochmurno i momentami mżyło. Uradziliśmy, iż podobnie jak dzień wcześniej Romek pokona wspólnie z nami odcinek do szczytu pierwszej premii górskiej, po czym wróci po samochód, pojedzie najkrótszą możliwą trasą na nasz kolejny nocleg i korzystając z wolnego czasu wybierze sobie po południu jakiś atrakcyjny podjazd do zdobycia w okolicy mety. Jako pierwszy w drogę ruszył Dario, ciepło odziany na okoliczność rześkiego przedpołudnia. Kilka minut za nim ruszyła pozostała czwórka. Jako, że nasz kolega tuż przed Le Grand Bornand wybrał niewłaściwą drogę po pokonaniu 8-kilometrowego zjazdu byliśmy już w komplecie, po tym jak chwilę na niego poczekaliśmy. Po chwili płaskiego terenu, jeszcze przed dojechaniem do Saint-Jean-de-Sixt, rozpoczęliśmy na wysokości około 880 metrów podjazd pod pierwsze tego dnia wzniesienie czyli Col des Aravis (1486 m. n.p.m.). Całkiem przyjemny podjazd o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,1 %, przy max. tylko 8,2 %. Dobry na rozgrzewkę niczym sobotnie przetarcie pod Col du Cou. Dla mnie i Darka nie było to pierwsze z nim spotkanie. Mieliśmy z nim do czynienia już w lipcu 2009 roku podczas pierwszego dnia ówczesnej wyprawy, gdy zrobiliśmy go od tej samej strony, acz w pakiecie z Croix-Fry (od Thones) i Colombiere (od Le Grand Bornand).

Podjazd pod leżącą na pograniczu Górnej Sabaudii i Sabaudii (swoją drogą ciekawe czemu nie nazywanej Dolną) przełęcz Aravis jest jednym z najstarszych i najpopularniejszych w dziejach Tour de France. Wspinali się pod nią uczestnicy już dziesiątej edycji tego wyścigu. Jako pierwszy w 1912 roku na długiej liście jej zdobywców zapisał się Francuz Eugene Christophe, słynny pechowiec któremu połamane widelce w latach 1913 i 1919 stawały na drodze do zwycięstwa w „Wielkiej Pętli”. W sumie kolarze przejeżdżali przez tą przełęcz aż 37 razy, acz tylko 10-krotnie forsowali ją od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy na etapie do Saint-Jean-de-Maurienne jako pierwszy zameldował się na niej Francuz Jerome Pineau. Spośród wielu zdobywców tej góry wyróżnić należy Belga Josepha Demuysere, Włocha Gino Bartalego i Francuza Thierrego Claveyrolat, którzy jako jedyni wygrywali na niej dwukrotnie. Dwa ostatni mieli okazje to uczynić od każdej ze stron. Tyle wielkiej kolarskiej historii. Dla nas ta premia górska drugiej kategorii była przyjemnym wstępem jednego z najdłuższych etapów naszej podróży. Jeszcze przed Saint-Jean-de-Sixt czyli wjazdem na D-909 zgubiliśmy Darka. Tempo dyktowaliśmy dość żwawe, ale bez przesady. W każdym razie bez zbytniego męczenia się nawzajem. Niemal cały podjazd pokonaliśmy zgodnie po drodze wyprzedzając nieliczne grupki słabszych od nas amatorów kolarstwa. Na szczycie nadal było pochmurno i dość chłodno (tylko 11 stopni). Tym niemniej było tam dość tłoczno i gwarno, gdyż nadzialiśmy się tam na imprezę w typie górskiej czasówki ze startem po przeciwnej stronie przełęczy w La Giettaz. Poczekaliśmy na Darka, zrobiliśmy zdjęcia i skubnęliśmy co nieco z niespodziewanego bufetu.

Akrobata w La Giettaz

Zgodnie z planem do Sabaudii wjechaliśmy już we czwórkę. Romek zawrócił do Le Chinaillon po samochód. Natomiast nas czekał teraz ponad 11-kilometrowy zjazd. W szczegółach: najpierw siedem kilometrów szybkiego zlotu do La Giettaz, potem około trzy kilometry płaskiego terenu w okolicy Manant i na koniec jeszcze półtora kilometra w dół do Flumet. Na początku zjazdu trzeba było trochę uważać na nadjeżdżających z naprzeciwka niedobitków wspomnianej wspinaczki. Pozytywnym sygnałem był pojawiający się tu i ówdzie za szarych chmur błękit nieba. Do Flumet gdzie przywitała nas temperatura 16 stopni jako pierwsi dotarli Piotr i Adam. Gdy do nich dotarłem postanowiliśmy trochę poczekać na Darka, lecz na nic zdał się kwadrans oczekiwań. Później okazało się, że Dario robił sobie na zjeździe liczne przystanki dzięki, którym owa relacja również na tym odcinku może liczyć na lepszą oprawę fotograficzną. Nasz niedługi postój w dolinie rzeczki L’Arly wypadał u podnóża drugiego podjazdu czyli Col de Saisies (1657 m. n.p.m.). Można powiedzieć, że tego dnia mieliśmy regularne stopniowanie górskich przyjemności. Każda kolejna góra stawiać nam miała wyższe wymagania. Podjazd do centrum narciarstwa alpejskiego i klasycznego na przełęczy Saisies miał już 14,8 kilometra długości przy średniej 5 % i max. 11,4 %. Dla wyścigu Dookoła Francji odkryto go w roku 1979, gdy na etapie do stacji Les Menuires zdobył go Holender Henk Lubberding. W sumie Tour przejeżdżał tędy 11-krotnie, acz tylko 4 razy od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy podobnie jak na Aravis pierwszy był Jerome Pineau.

Na początku naszej wspinaczki Adam podyktował na tyle mocne tempo, że zgubiliśmy Piotra. Ja czułem się dobrze i postanowiłem przetestować nogę. Umiarkowana temperatura czyli 16-20 stopni w pierwszej połowie podjazdu bardzo mi odpowiadała. Na dość stromym odcinku w trakcie przejazdu przez Le Planay mocniej nacisnąłem na pedały i niespodziewanie dla mnie zostawiłem w tyle Adama. Aby test był w pełni wiarygodny postanowiłem sprawdzić czy dam radę utrzymać solidne tempo do samego szczytu. Udało się to bez większych problemów. Tym łatwiej, iż ostatnie sześć kilometrów tego wzniesienia jest wyraźnie łatwiejsze. Jest na nim nawet półtora kilometra zupełnego luzu za osadą Arcaniere. Tym czasem im wyżej się wspinaliśmy tym mniej widać było wkoło. Gdy wjechałem na przełęcz ta spowita była nisko opadłymi chmurami. Po krótkim oczekiwaniu z tego mglistego mleka najpierw wyłonił się Adam, a niedługo po nim Piotr. Mieliśmy już za sobą dwie premie górskie, lecz ledwie 48 kilometrów trasy. Ponieważ na szczycie było tylko 13 stopni i wokół sama wilgoć nie było sensu tam dłużej bawić. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Strzeliłem jeszcze chłopakom fotkę przed rondem z pomnikiem cyklisty-zjazdowca i tyle nas widziano na tej przełęczy. Do pokonania mieliśmy około 15 kilometrów zjazdu. Pokonaliśmy go dwa różne sposoby. Piotr z Adamem wybrali wschodni szlak przez Hauteluce i zakończyli zjazd na drodze ku Cormet de Roselend (1967 m. n.p.m.). Dlatego aby dotrzeć do Beaufort musieli się cofnąć o jakiś kilometr. Ja zaś w dolnej części tego zjazdu wybrałem opcję południową. W konsekwencji do doliny rzeki Doron wpadłem na wysokości osady La Pierre, po czym dobiłem do Beaufort od zachodu.

Spotkaliśmy się w centrum tego miasteczka u zbiegu na naszej szosy D-925 z drogą D-218A prowadząca do Areches i dalej na Col de Pre. Przed nami było 20,3 kilometra o średniej 6 % i max. 8,5 %. Podjazd 10-krotnie przetestowany na Tour de France, w tym 6 razy od naszej zachodniej strony. Jako, że Roselend najczęściej bywa jeżdżony w parze z Saisies nie dziwi, iż „ojcem chrzestnym” tej góry został we wspomnianym 1979 roku Henk Lubberding. Ostatnim zdobywcą, acz od przeciwnej strony był w 2009 roku Włoch Franco Pellizotti. Okazało się jednak, że Piotr przebił gumę w tylnym kole i musiał wymienić dętkę. Niestety naszymi podręcznymi pompkami nie daliśmy rady uzyskać zadowalającego ciśnienia. Na szczęście po przejechaniu ledwie kilometra podjazdu natknęliśmy się na widziany już wcześniej van, który prowadziło dwóch starszych jegomości z okolic Zurychu zabezpieczających wycieczkę grupki amatorów ze Szwajcarii. Poprosiliśmy ich o pomoc w potrzebie. Piotr tak ochoczo zabrał się do dopompowania dętki, że po chwili rozległ się huk rozerwanej gumy. Całą operacje wymiany trzeba było więc powtórzyć. Następnie Pietro poczuł zew natury i zatrzymał się w ustronnym miejscu co by narażać się na karę finansową ze strony sędziów. Ja i Adam pojechaliśmy dalej, lecz przez parę kolejnych kilometrów kręcąc tylko 11-12 km/h, zamiast możliwych w tym miejscu 14 km/h. Mieliśmy nadzieję, że dzięki temu kolega szybko nas dogoni. Piotra długo jednak nie było widać w oddali. Ostatecznie zdecydowałem się podyktować mocniejsze tempo, acz bez specjalnego napinania się. Natomiast Adam uznał, że nadal będzie jechał wolniej czekając na Piotra.

Po dwunastu kilometrach podjazdu wjechałem na Col de Meraillet czyli na wysokość sztucznego jeziorka Lac de Roselend. Ten płaski odcinek przejechałem na spokojnie, od czasu do czasu oglądając się za kolegami. Na razie jednak nie widziałem ich za plecami. Tymczasem po minięciu jeziora do szczytu zostało mi jeszcze sześć kilometrów. Szare chmury nadal wisiały na tyle nisko, iż szczyty pobliskich gór były za nimi schowane. Po minięciu schroniska Plan de Lai ujrzałem w oddali za sobą dwie znajome sylwetki. Jechało mi się ciężej niż w pierwszej połowie podjazdu, więc uznałem że odetchnę sobie odrobinę jak lekko zwolnię i poczekam na swych współtowarzyszy. Ostatni kilometr przejechaliśmy już razem. Na przełęczy niewielu było ludzi, acz kramy ze swymi towarami rozstawili tam dla podróżnych lokalny rolnik i sprzedawca minerałów. Na wysokości bliskiej 2000 metrów n.p.m. było już tylko 9 stopni, a do tego dość mocno wiało. Pragnęliśmy czym prędzej dostać się niżej i poczuć w końcu promienie słońca na zmarzniętych grzbietach. Chłopaki na długich prostych w pierwszej fazie zjazdu rozwinęli się do ponad 80 km/h. Ja z wrodzonej ostrożności naciskałem hamulce zbliżając się już do bariery 70 km/h. Po sześciu kilometrach zjazdu minąłem skręt ku Ville des Glaciers, zaś w środkowej fazie tuż za La Bettex słynny wiraż w lewo, na którym w 1996 roku wyleciał w przepaść Johan Bruyneel. W dolnej części zjazdu przycisnąłem na tyle, iż do Bourg-Saint-Maurice zjechałem niecałą minutkę za kolegami. Piotr stwierdził, iż najwyraźniej mocno poprawił ten zjazdowy element kolarskiego rzemiosła.

Za sobą mieliśmy już 107 kilometrów, lecz do pokonania pozostało ponad trzydzieści w dół doliny Tarentaise. Teoretycznie powinna to być czysta przyjemność, lecz w początkowej fazie jazdy po drodze krajowej N-90 było trochę podcinających zmęczone nogi hopek, zaś jazdę dodatkowo utrudniał mocny, przeciwny wiatr. Niemniej im dalej na zachód tym teren stawał się zdatny do szybszej jazdy. Temperatura na dojeździe do Moutiers oscylowała w granicach 22-26 stopni, więc w końcu mogliśmy się nieco rozgrzać. Po dojechaniu do tego miasta Piotrek wypytał miejscowych o dojazd na nasza metę w Aigueblanche. Do miejscowości tej dotarliśmy już boczną dróżką. Na miejscu okazało się, że aby dotrzeć do Hotel les Clarines musimy przejechać jeszcze kilka kilometrów, gdyż nasza kolejna przystań znajduje się na wylocie z owego miasteczka, w zasadzie już na terenie sąsiedniej wioski La Lechere. Zanim udaliśmy się na dalsze poszukiwania zrobiliśmy sobie słodką strefę bufetu w miejscowej cukierni. Tymczasem Romek, który ruszył naszym śladem z Le Chinaillon przez Aravis do Flumet, następnie pojechał czym prędzej drogą D-1212 ku Albertville i pojawił się pod hotelem z dużym zapasem czasu. To umożliwiło mu wyprawę ambitniejszą niż na odkryty przez Criterium du Dauphine podjazd do Valmorel. Wybrał sobie na deser 25-kilometrową wspinaczkę pod słynną Col de la Madeleine. My zakończyliśmy drugi etap przejechawszy 140 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2987 metrów w czasie netto 5 godzin 47 minut i 50 sekund (Avs. 24,2 km/h). Na koniec trzeba było jeszcze wtargać nasze toboły na pierwsze piętro hotelu. Pod wieczór przeszliśmy się po wsi i ledwie sto metrów od hotelu znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy smaczną obiadokolację. Niestety nad nami zbierały się chmury, zaś prognozy pogodowe na poniedziałek były kiepskie. Nie nastrajało nas to optymistycznie, tym bardziej że trzeciego dnia czekały nas podjazdy nie tylko bardzo długie, lecz przede wszystkim kończące się wysokości około 2000 metrów n.p.m.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

1 etap: Thonon-les-Bains > Le Chinaillon

Autor: admin o sobota 22. Czerwiec 2013

Sobotę 22 czerwca rozpoczęliśmy od solidnego śniadania. W L’Ermitage serwowano je w formie szwedzkiego stołu więc każdy z nas mógł wybrać coś miłego dla swego podniebienia i w ilości dostosowanej do możliwości zaspanego jeszcze nieco żołądka. Po śniadaniu zeszliśmy na podwórze aby spakować bagaże do samochodu i przede wszystkim przyszykować rowery do pierwszego etapu naszej wielkiej wyprawy. Około dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. Ponieważ mieszkaliśmy na wzgórzach sto-kilkadziesiąt metrów powyżej tafli Jeziora Genewskiego aby zacząć całą przygodę w najwłaściwszym miejscu musieliśmy najpierw zjechać do Thonon-les-Bains, a ściślej na plac przed budynkiem tamtejszego merostwa. To tu właśnie w chodnik wmontowano symbol wyznaczający kilometr zero słynnej Route des Grandes Alpes. Zjechaliśmy spokojnie, lecz na dół nie dotarliśmy w komplecie. Gdzieś na tym krótkim odcinku zagubił nam się Adam. Po dłuższej chwili oczekiwań i próbie kontaktu telefonicznego postanowiliśmy zawrócić do Armoy aby go poszukać. Nasza zguba odnalazła się po chwili, jeszcze na ulicach miasta. Okazało się, że najmłodszy członek naszej ekipy już na pierwszym kilometrze zjazdu przeleciał przez wysepkę drogową i „poszlifował” się, acz niegroźnie. W wypadku tym gorzej ucierpiał jego rower, a w zasadzie przednie koło, które nie nadawało się już do dalszej jazdy. Na szczęście mieliśmy z sobą dwie pary zapasowych kół, więc Adam skorzystał z zapasu Piotra i szybko do nas dołączył. W centrum Thonon-les-Bains zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Najważniejszym z nich była fotka całej drużyny wokół wspomnianej rozety.

Ze startu ruszyliśmy wzdłuż brzegów jeziora w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu przeszło trzech kilometrów zorientowałem się, że nie jedziemy we właściwym kierunku. Stanęliśmy na wylocie z miasteczka w dzielnicy Morcy i uradziliśmy, iż trzeba zawrócić by bliżej centrum Thonon poszukać właściwego skrętu w prawo. W góry wyprowadzić nas bowiem miała droga D-12 czyli na tym odcinku Avenue des Allinges. Tym sposobem zaserwowaliśmy kilka kilometrów dodatkowej rozgrzewki. Gdy już znaleźliśmy się na właściwej drodze mieliśmy przed sobą 8-kilometrowe „falsopiano” do wioski Maugny (640 metrów n.p.m.). Dopiero w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod Col du Cou (1117 m. n.p.m.) czyli pierwszy z ponad 40 podjazdów na całej trasie naszego dwutygodniowego Wielkiego Touru. Góra ta była moim wynalazkiem, albowiem uznałem iż pierwszy etap RGA w swej klasycznej wersji jest dla nas zbyt łatwy. Nie chciałem jechać do Cluses po drodze D-902 przez Morzine i Les Gets czyli niemal cały czas delikatnie pod górę, lecz bez konkretnych podjazdów. Tymczasem przy wjeździe na przełęcz Cou mogliśmy już skorzystać z małej tarczy, wejść we właściwy rytm jazdy i przy tym wszystkim niespecjalnie się zmęczyć. Podjazd ten ma bowiem 8,9 kilometra długości przy średniej 5,4 % i maximum niespełna 7 %. Jednym słowem typowa premia górska drugiej kategorii. „Wielka Pętla” przemierzała tą przełęcz 5-krotnie, lecz tylko raz zdobywano ją od naszej północnej strony. Działo się to w 1984 roku i co ciekawe jako pierwszy na szczycie zameldował się Francuz Bernard Borreau ten sam który jedenaście lat wcześniej stał obok Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdy na podium amatorskich MŚ w Barcelonie.

Pierwsze kilka kilometrów tego podjazdu przejechaliśmy wspólnie. Romek co jakiś czas wyjeżdżał przed grupę by zrobić pozostałym zdjęcia w akcji. W drugiej części podjazdu nieco osłabł Darek. Niemniej widać było, że w odróżnieniu od poprzednich dwóch lat całkiem przyzwoicie przepracował wiosnę i powinien sobie poradzić z czekającym nas wszystkich wyzwaniem. Na przełęczy stanęliśmy na kilka minut w towarzystwie miejscowych amatorów kolarstwa. Potem rozpoczęliśmy krótki zjazd do Habere-Poche. Ogólnie pierwsze 11 kilometrów za przełęczą było mieszanką krótkich zjazdów i podjazdów, z których najbardziej wyrazisty był 2,5-kilometrowy wjazd na Col de Terramont (1094 m. n.p.m.). Odcinek na płaskowyżu skończył się dla nas dojazdem do Col du Jambaz (1027 m. n.p.m.). Do tego miejsca zdążyliśmy stracić kontakt z Darkiem, który jednak uzbrojony w automapę wgraną przed wyjazdem do swego smarfona nie potrzebował mojej pomocy w nawigacji po trasie żadnego z etapów. Jambaz było też miejscem, w którym musieliśmy się rozstać z Romkiem. Zadaniem naszego kolegi było teraz pojechać drogą D-26 na północ w kierunku Armoy, tam zaś odpalić samochód i pognać na metę w Le Chinaillon. Przy odpowiednim zgraniu czasu mieliśmy się zobaczyć ponownie na przełęczy Colombiere. Z kolei dla mnie, Piotra i Adama rozjazd w Jambaz był początkiem szybkiego i niezbyt trudnego technicznie zjazdu do Saint-Jeoire, miejscowości której nazwę nawet Piotrowi trudno było wymówić. Na tym ponad 14-kilometrowym zjeździe miałem okazję się przekonać ile dała mi przesiadka ze starego Colnago Active na nowego Ridleya Orion. Pewniej czułem się w zakrętach, zaś gdy nawet straciłem kilkanaście sekund do swych szybkich jak wiatr kompanów łatwo byłem w stanie odrobić dystans na odcinkach, na których trzeba było nieco pokręcić. Po zjeździe znaleźliśmy się na drodze D-907. Czekał nas teraz 5-kilometrowy dojazd do Mieussy, który choć prowadził doliną bynajmniej nie był zupełnie płaski.

Dojechawszy do tej miejscowości teoretycznie mogliśmy jechać prosto do Taninges, lecz to byłoby zbyt łatwe zadanie dla takich kolarskich zawadiaków jak nasz kwartet. Teraz w planach mieliśmy skręt w lewo i wymagający wjazd na Col du Ramaz (1610 m. n.p.m.). To już nie była przystawka za jaką mogła uchodzić pierwsza przełęcz. Bez dwóch zdań to było pierwsze danie w naszym sobotnim menu. Ramaz to 14-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 7 % i max. 12,5 %. Najtrudniejszy kilometr tego wzniesienia ma zaś średnie nachylenie 10,8 %. Po tej drodze Tour de France przejeżdżał trzykrotnie, acz na samej przełęczy premię górską wyznaczano tylko w latach 2003 i 2010. Za pierwszym razem wygrywał tu Francuz Richard Virenque podczas rajdu po zwycięstwo etapowe i koszulkę lidera na mecie w Morzine, zaś przy drugiej okazji Belg Mario Aerts na etapie do Avoriaz wygranym przez Andy Schlecka. Podczas naszego przejazdu w dolnej części wzniesienia zadania dodatkowo utrudniał nam wysypany na drogę żwir. Niemniej niewątpliwie w gorszej od nas sytuacji znaleźli się ci amatorzy dwóch kółek, którzy ową stroną góry zjeżdżali. W środkowej części podjazdu było kilka prawdziwie wymagających kilometrów. Ten najtrudniejszy odcinek kończy się przy wjeździe do Stadion du Sommand. W tym miejscu stanąłem z Adamem na dwie minutki aby poczekać na Piotra. Gdy Pietro do nas dołączył pokonaliśmy już razem pozostałe nam do szczytu 4 kilometry, niezbyt trudne a przy tym cieszące oczy ładnymi widokami. Co ciekawe na przełęczy pomimo stosunkowo nieznacznej wysokości bezwzględnej zastaliśmy jeszcze ostatnie łachy śniegu. Ostatnie ślady długiej zimy straszącej w Alpach do późnej wiosny.

Pierwsze 9,5 kilometra zjazdu wiodło drogami D-308 i D-328. Na odcinku za La Savoliere był on szczególnie stromy i krety, a przez to trudny technicznie i niebezpieczny. Straciłem kolegów z pola widzenia, zaś odetchnąć mogłem dopiero wyjechawszy na wspomnianą drogę D-902 nieopodal osady Fry tzn. na wysokości około 980 metrów n.p.m. Pozostawało jeszcze niespełna 7 kilometrów znacznie łatwiejszego zjazdu i do Taninges udało mi się dotrzeć z niewielka stratą do chłopaków. Za sobą mieliśmy już 86 kilometrów, więc zgodnie uznaliśmy iż to dobry moment na zorganizowanie sobie strefy bufetu. W zachodniej części tego miasteczka znaleźliśmy supermarket Super U czyli zatrzymaliśmy się u sponsora ekipy dowodzonej niegdyś przez śp. Laurenta Fignona. Wzmocniwszy się udaliśmy się w drogę, na której czekał nas 2,5-kilometrowy podjazd do Chatillon-sur-Cluses (735 m. n.p.m.) i dwa razy dłuższy zjazd do Cluses. Nie mieliśmy jednak zamiaru wjeżdżać do centrum tej miejscowości. Objechaliśmy miasto od zachodu aby dostać się do Scionzier, gdzie zaczyna się bardzo popularny w dziejach wyścigu Dookoła Francji podjazd na Col de la Colombiere (1613 m. n.p.m.). Począwszy od 1960 roku na przełęczy tej peleton TdF pojawiał się aż 20 razy. Niemniej tylko 6-krotnie organizatorzy zafundowali kolarzom wjazd czekająca teraz nas północno-wschodniej strony. Ta znacznie trudniejsza z dwóch stron liczy sobie 16,2 kilometra przy średniej 6,9 % i max. 12,5 %. Średnią znacznie zaniża wypłaszczenie w środkowej fazie wzniesienia. Ostatnie 6 kilometrów to już nie przelewki, a na domiar złego najgorszy jest ostatni kilometr o średnim nachyleniu 10,7 %. W latach 2007 i 2009-2010 od tej strony górę tą zdobywali: Niemiec Linus Gerdemann, Luksemburczyk Frank Schleck i Francuz Christophe Moreau.

Podjazd ten zaczęliśmy mając już w nogach 100 kilometrów. Piotrek podobnie jak przy wjeździe pod Ramaz z lekka odpuścił. Tym niemniej jechał swoim równym tempem, więc po pokonaniu pierwszych sześciu kilometrów niewiele do nas tracił. Dlatego wraz z Adamem zdecydowaliśmy się odrobinę zwolnić na dojeździe do Le Reposoir i w ten sposób umożliwić koledze dołączenie do nas. Za wspomnianą miejscowością, w której schodzą się drogi z Scionzier i ta biegnąca od odkrytej w 2009 roku przełęczy Romme zaczęły się prawdziwe schody. Przede wszystkim dla mnie. Z naszej trójki niewątpliwie najsłabiej przepracowałem zimę i wiosnę. Do momentu wyjazdu przejechałem od marca tylko 3400 kilometrów, zaś mój najdłuższy kaszubski trening liczył sobie w ujęciu czasowym jakieś 4 godziny 45 minut. Gdy zbliżyłem się do owej bariery czasowej mój organizm powiedział stop, nie jestem na to przygotowany. Najpierw odpadłem od kolegów wśród których pierwsze skrzypce grał Adam, potem widziałem ich coraz dalej przed sobą, a jakiś kilometr przed finałem wspinaczki musiałem się po prostu zatrzymać by na spokojnie zjeść baton, dopić napój z bidonu i już na kompletnej rezerwie doczłapać się na przełęcz. U góry powitał nas Romek, który wjechał na przełęcz od przeciwnej strony. Przez kwadrans odsapnęliśmy sobie przy tamtejszej restauracji, po czym rozpoczęliśmy przyjemny zjazd do mety. Okazało się, że Piotr załatwił nam nocleg m/w w połowie zjazdu. Tym samym nasz pierwszy etap (wyjąwszy początkowy zjazd do Thonon-les-Bains) liczył sobie 124,1 kilometra przy łącznym przewyższeniu 3277 metrów. Na pokonanie takiego odcinka potrzebowałem 5 godzin 42 minuty i 55 sekund (Avs. 21,7 km/h), choć dodając wszystkie postoje w drodze byliśmy w sumie 7 godzin i 10 minut. Nasza nowa przystań schronisko L’Isalou z zewnątrz wyglądało niepozornie, lecz w środku niewiele mu brakowało. Wygodne łóżka, prysznic z ciepłą wodą – więcej do szczęścia nie było nam trzeba. Wieczorem zjechaliśmy do Le Grand Bornand na obiadokolację i krótki spacer po tym znanym kurorcie.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

Prolog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o piątek 21. Czerwiec 2013

W poprzednich dziesięciu latach moje górskie wyprawy miały raczej stacjonarny charakter. To znaczy niezależnie od tego czy wycieczka trwać miała kilka dni czy dwa tygodnie z hakiem działałem wedle zasady: namierzyć ciekawy kolarsko region, znaleźć dogodnie zlokalizowany nocleg i objechać wszystkie najciekawsze podjazdy w wybranej okolicy. W przypadku dłuższych eskapad po kilku dniach zwiedzania danego regionu robiłem przeprowadzkę do kolejnej bazy noclegowej by z nowego punktu wyjścia powtórzyć ten sam schemat działania. W realizacji wybranych celów na ogół pomocny był samochód służący dojazdowi do podnóży wybranych podjazdów, bowiem z bazy na rowerze wyjeżdżałem tylko na podbój tych najbliżej położonych wzniesień. Z grubsza powiedzieć można, iż wyprawy te przybierały postać od kilkunastu do około trzydziestu górskich czasówek, niekiedy okraszonych startem w jednym, dwóch max. trzech wyścigach z gatunku Gran Fondo. Taki format górskiej eskapady mam już gruntownie przetestowany i zakładam, że nie raz jeszcze z niego skorzystam.

Tym niemniej od pewnego czasu kusiło – nie tylko mnie zresztą – by spróbować czegoś innego, większego, śmielszego. Co najmniej od dwóch lat w rozmowach z Piotrkiem Mrówczyńskim, moim wypróbowanym kompanem w podróżach z lat 2005-2008, powracał temat zorganizowania wyprawy szlakiem Drogi Wielkich Alp czyli Route des Grandes Alpes. Marzyło nam się przemierzenie słynnej trasy z Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim do Menton na Lazurowym Wybrzeżu. Drogi, która powstała w latach 1909-1937 z inicjatywy stowarzyszenia Touring Club de France. Ostatnim akordem prac nad jej stworzeniem było otwarcie przeprawy przez przełęcz Iseran (2770 m. n.p.m.) w sabaudzkiej części Alp Graickich. Trasa ma swoje rozmaite warianty, lecz w najbardziej klasycznej wersji liczy sobie 684 kilometrów i 15.713 metry przewyższenia za sprawą szesnastu przełęczy, z których pięć znajduje się na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Aby przebyć ów szlak teoretycznie mogliśmy pójść na łatwiznę tj. zgłosić się do udziału w organizowanym od roku 2011 wyścigu etapowym Haute Route Alps. Imprezie, która w krótkim czasie stała się w Alpach Zachodnim tym czym we wschodniej części najwyższych gór naszego kontynentu jest transgraniczny Tour Transalp. Tym niemniej owa wygoda organizacyjna wiązałaby się z drożyzną niestrawną dla naszych portfeli, albowiem organizatorzy tego wyścigu dla amatorskich drużyn różnej wielkości winszują sobie tytułem wpisowego 1500 Euro od łebka za ledwie siedem dni zabawy. Zgodnie uznaliśmy, iż z moją pomysłowością w zakresie kolarskiej geografii oraz Piotra znajomością języka francuskiego oraz szerzej kultury tego kraju możemy się pokusić o zorganizowanie dwa razy dłuższej wyprawy za raptem dwie-trzecie owych kosztów czyli kwotę około 4000-4500 złotych od uczestnika.

Niemniej warunkiem koniecznym do tego byśmy w ogóle mogli czynić przymiarki do takiej wyprawy było zapewnienie sobie odpowiedniej obstawy. W odróżnieniu od poprzednich wycieczek w trakcie tej codziennie mieliśmy się przecież przemieszczać z punktu A do punktu B, następnie z punktu B do C itd. Niezbędny był nam Dobry Samarytanin tzn. kolega, który w tym samym czasie przewiózłby nasz samochód wraz z bagażami ze startu na metę danego etapu. Trzeba było znaleźć osobę chętną do odbycia górskiej wycieczki w takiej właśnie roli, choćby w zamian za wpisowe niższe o połowę. Mógł to być zarówno zwykły turysta jak i kolarz-amator taki jak my, w tym drugim przypadku miałby on czas na zaliczenie około połowy spośród wszystkich zaplanowanych podjazdów. Zimą 2011/2012 ta sztuka nam się nie udała. Rok później znaleźliśmy właściwego człowieka i zabraliśmy się do opracowania szczegółów całego projektu. Najpierw uznaliśmy, iż nie warto jechać w Alpy tylko na tydzień. Postanowiliśmy zagrać vabank tzn. przejechać trasę z Thonon-les-Bains do Menton i z powrotem nad Lac Leman. Przy tym drogę z północy na południe mieliśmy przemierzyć w sześć dni m/w po klasycznej trasie RGA, zaś odcinek z południa na północ pokonać w osiem dni, innym, bardziej krętym i dłuższym szlakiem, prowadzącym również szosami Włoch i Szwajcarii. Na bazie takich założeń opracowałem trasy czternastu etapów i mogliśmy przystąpić do rezerwacji 14 lokali na 15 noclegów dla 5 osób. Zdecydowaliśmy się bowiem że pojechać do Francji dwoma samochodami tzn. jednym z Trójmiasta (3 osoby) i drugim z Mazowsza (2 osoby). Większa część pracy nad rezerwacjami przypadła Piotrowi, bowiem 10 z 14 „przystani” znajdować się miało na terenie Francji, względnie frankońskiej części Szwajcarii. Ja zadbałem jedynie o punkty wypoczynku po włoskiej stronie granicy.

W lutym wszystko było już gotowe i pozostało nam jedynie szlifować formę na miarę górskich wyzwań. Tymczasem z uwagi na zawirowania na rynku pracy zawodowej u progu wiosny wycofało nam się dwóch niedoszłych uczestników wycieczki, w tym kolega-kierowca. Czas płynął nieubłaganie, kolejni znajomi i godni zaufania „kandydaci” do zastępstwa za kółkiem nie byli w stanie przejąć sterów wyprawy. Zacząłem już myśleć, iż nad tym śmiałym projektem wisi jakieś fatum. Daliśmy sobie z Piotrem czas do połowy maja na znalezienie człowieka gotowego do pełnienia owej strategicznej funkcji w naszym zespole. W końcu gdy już niemal pogodziłem się z myślą, że pomysł trzeba będzie odłożyć „ad acta” na kolejny sezon, uratował nas Roman Abramczyk. Kolega z Płochocina na co dzień startujący w serii zawodów Powerade Volvo MTB i mający pod nogą dość mocy by pokonać całą trasę w naszym towarzystwie. Tym niemniej Romek uznał, iż zadowoli go w tym dziele rola kolarza na pół-etatu. Tym samym przede mną, Piotrem, a także naszymi kolegami z Gdańska tzn. Darkiem Kamińskim i Adamem Kowalskim wrota do Wielkich Alp stanęły otworem.

Wyjazd zaplanowaliśmy na czwartkowy wieczór 20 czerwca. Zanim udaliśmy się w drogę trzeba było zamontować bagażnik na klapę, który okazyjnie w ostatniej chwili kupił Darek.  Mieliśmy też bagażnik dwumiejscowy dach samochodu, więc w ostateczności moja Kia była gotowa przyjąć na pokład rowery wszystkich członków ekipy. Przed nami było około 16 godzin czystej jazdy przez okolice Poznania, Berlina, Lipska, Norymbergi, Karlsruhe, Bazylei i Berna. Mazowszanie ruszyli dobre dwie godziny wcześniej, w dodatku z wykorzystaniem otwartej przed Euro 2012 autostrady A-2, więc znacznie wyprzedzili nas na trasie dojazdu. Dlatego już w drodze uznaliśmy, iż spotkamy się dopiero na miejscu czyli na pierwszej stancji w Armoy na wzgórzach ponad Lac Leman. Co ciekawe oba pododdziały naszej drużyny Hanibala – jak ze względu na okoliczność forsowania Alp się przezwaliśmy – przy przejeździe przez Kraj Helwetów skorzystały z nadarzającej się okazji i nawiedziły siedzibę władz światowego kolarstwa w cichutkim Aigle. Między innymi za sprawą tego przystanku my Pomorzanie dotarliśmy do naszej bazy wypadowej dopiero około 19:30 w piątek 21 czerwca. Jak się nazajutrz okazało nie tylko nasza piątka szykowała się w tym miejscu na spotkanie z wielką przygodą. Byli tu również Brytyjczycy spod znaku Rapha, którzy dla swych klientów mieli przygotowany pełen zestaw rowerów Pinarello i samochód techniczny marki Jaguar. Na tle takiego sprzętu nasza Kia Cee’d i każdy rower z innej parafii wyglądały nader skromnie. Niemniej pomysł na Alpy mieliśmy ambitniejszy i serca do walki z własnymi słabościami z pewnością trzy razy większe!

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

GF Leggendaria – Charly Gaul

Autor: admin o niedziela 22. Lipiec 2012

W sobotę mieliśmy zaplanowany poranny odpoczynek, rowerową przejażdżkę w godzinach południowych oraz wycieczkę do Trydentu i załatwienie w tym mieście formalności rejestracyjnych przed niedzielnym startem w GF Charly Gaul. W przededniu trudnego górskiego wyścigu rozsądnym rozwiązaniem byłby całodzienny relaks. Tym bardziej, że w nogach mieliśmy już ni mniej ni więcej trzynaście górskich etapów od Słowenii, przez Friuli po rejon Veneto. Jednym słowem potężną dawkę wspinaczek, szczególnie jak na możliwości kolarskich amatorów. Tym niemniej nie zwykłem marnować żadnego dnia w górach, więc i tym razem chciałem namówić kolegów na jakiś rowerowy rekonesans. Opcji było kilka. Najłatwiejsza zakładała zjazd z Vigolo Vattaro do Trento, po czym nawrót i niezbyt trudny podjazd z powrotem do naszej bazy. W sumie około 25 kilometrów dystansu, w tym podjazd drugiej kategorii o wymiarach 11 km przy średnim nachyleniu 4,7 %. Dodam, że przetestowany w sezonie na trasie drugiego etapu Giro del Trentino. Warto wspomnieć, że wzniesienie to zostało również sprawdzone na jedenastym etapie Giro d’Italia z roku 1990. Premię górską w Vigolo Vattaro wygrał wówczas Francuz Gerard Rue, zaś na mecie etapu w Baselga di Pine trzeci finiszował nasz nieodżałowany mistrz świata z Chambery Joachim Halupczok.

Bardziej ambitne plany na aktywne spędzenie trydenckiej soboty wiązały się z wypadem na północny-wschód do Valsugana. Z doliny tej bierze swój początek szereg trudnych podjazdów, w tym nie jeden znany organizatorom wielkiego Giro. W zasięgu niedługiej rowerowej wycieczki mieliśmy przełęcze Vezzena i Redebus oraz podjazdy do Vetriolo Terme i Rifugio Panarotta. Nieco dalej na wschód czyli z krótkim dojazdem samochodem przełęcze Brocon i Manghen oraz podjazd do Rifugio Carlettini w dolinie Campelle. Uznałem, iż w obliczu niedzielnego wyzwania rozsądnym rozwiązaniem będzie trasa nie dłuższa niż 60 kilometrów i tylko jeden, nieszczególnie trudny podjazd. Do tej wizji najlepiej pasowała mi wspinaczka z Pergine Valsugana na Passo del Redebus (1453 m. n.p.m.) czyli 16,1 km przy średniej 6 %. Tym sposobem moglibyśmy poznać podjazd, który trzy miesiące wcześniej dwukrotnie przejechali „profi” na etapie Giro del Trentino do Sant’Osola Terme. Niestety tego rodzaju plany pokrzyżowała nam pogoda. Nie było z nią jakiejś wielkiej tragedii, ale po słonecznym poranku przez kolejne aura zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz słońce, raz deszcz z mocniejszym akcentem na to drugie zjawisko. W dodatku momentami lało całkiem zdrowo fajerwerkami w postaci piorunów. Przy tak niepewnej atmosferze nikt z nas nie miał specjalnej ochoty męczyć się i moknąc na kilkanaście godzin przed najtrudniejszym dniem tej podróży.

Aby nie kwitnąć zbyt długo w czterech ścianach naszego hotelu uznaliśmy, iż jak tylko się przejaśni pojedziemy do Trento pozwiedzać miasto. Ja chciałem przede wszystkim odwiedzić poznane w maju 2010 roku księgarnie. Dla Adama i Piotra była to bardziej wycieczka turystyczna. Tylko Darek, który dwa lata wcześniej zwiedzał już ze mną stolicę Trydentu wolał pozostać w łóżku i zbierać siły na niedzielę. Postanowił nam towarzyszyć dopiero podczas drugiego „służbowego” wyjazdu do Trento zaplanowanego na godziny wieczorne. Dlatego też za pierwszym razem ruszyliśmy do miasta w składzie trzyosobowym. Zwiedzaliśmy miasto wczesnym popołudniem czyli w porze sjesty. Wypad na ksiązki udał się jedynie połowicznie. Niewiele było nowości o kolarskiej tematyce. Tym niemniej udało mi się kupić włoską wersję ksiązki Daniela Friebe: „Mountain High – Europe’s 50 Greatest Cycle Climbs” oraz kilka „przewodników” z serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. Około piętnastej wróciliśmy do Casa Vigolana. W hotelowej ofercie telewizyjnej mieliśmy Eurosport, więc mogliśmy obejrzeć „live” jak Bradley Wiggins miażdży swych rywali na kolejnej czasówce i tym samym na mecie w Chartres może się już cieszyć ze zwycięstwa w 99. Tour de France. W końcu około osiemnastej, tym razem oczywiście w komplecie, raz jeszcze zjechaliśmy do Trento. Najpierw udaliśmy się do biura wyścigu potwierdzić swój udział w GF Leggendaria i odebrać swe numery startowe, chipy oraz paczki zawierające m.in. okolicznościowe koszulki z krótkimi rękawkami. Potem ruszyliśmy na poszukiwanie obiadokolacji godnej naszych wygłodniałych żołądków. W trakcie poszukiwań nasze drogi się rozeszły i ostatecznie nasyciliśmy się w dwóch różnych miejscach. „Starszyzna” wyprawy zjadła pizzę w lokalu „3 Pontoni”.

Nazajutrz czekała nas oczywiście wczesna pobudka. Tym niemniej i tak mogliśmy mówić o względnym szczęściu, bowiem start GF Leggendaria zaplanowano dopiero na godzinę 8:00, a nie godzinę czy półtorej wcześniej jak zdarzyło mi się doświadczyć przy paru podobnych okazjach. Po zjechaniu do Trento zaparkowaliśmy nasze auta w centrum miasta, skromne dwie-trzy minuty spokojnej jazdy od Piazza Duomo gdzie wyznaczono start tej imprezy. Siódma edycja tego wyścigu znalazła się w wymyślonym przez włodarzy z Aigle cyklu UCI World Cycling Tour czyli swego rodzaju Pucharu Świata dla mastersów. Szczerze mówiąc twór to dość sztuczny jak na możliwości kolarzy amatorów, których raczej nie stać na podróże po całym świecie. Dobór imprez do tego kalendarza również jest dość przypadkowy. W samych Włoszech możnaby znaleźć kilka wyścigów bardziej prestiżowych i trudniejszych niż to skądinąd zacne Gran Fondo poświęcone pamięci Charly Gaul’a. Dziwić może nieco czemu patronem włoskiego wyścigu jest kolarz z Luksemburga skoro Trentino może się pochwalić własnymi tytanami szos by wspomnieć tylko Francesco Mosera i Gilberto Simoniego. Zagadka wyjaśnia się po bliższym zapoznaniu się ze szlakiem tego wyścigu oraz historią kolarstwa szosowego. Trasa przebiega w przeważającej mierze po zboczach masywu Monte Bondone, zaś ta nazwa kojarzy się przede wszystkim z nazwiskiem człowieka, którego nazywano niegdyś „Aniołem Gór”. Stało się tak za sprawą jego wyczynu z 8 czerwca 1956 roku.

Gaul zdaniem swych rywali nadużywający amfetaminy był kolarzem tyleż genialnym co nieobliczalnym. Podczas Wielkich Tourów miewał słabsze dni i zaskakujące kryzysy szczególnie przy upalnej pogodzie. Po czym potrafił zmiażdżyć rywali wielokilometrową ucieczką, najlepiej przeprowadzoną w zimnych i deszczowych warunkach atmosferycznych. Dwukrotnie wygrał Giro d’Italia (w latach 1956 i 1959) oraz raz Tour de France (1958) za każdym razem przechylając na swą korzyść szalę generalnego zwycięstwa solowym rajdem na miarę Fausto Coppiego. Pierwszy tego rodzaju popis dał na dwudziestym etapie Giro 1956 gdy na 242-kilometrowym etapie z Merano przez przełęcze Costalunga, Rolle i Brocon dotarł do mety ponad Trento z przewagą odpowiednio 7:44 i 12:15 (!) nad kolejnymi zawodnikami czyli Alessandro Fantinim i Fiorenzo Magnim. Ze względu na fatalną aurę czyli marznący deszcz i padający śnieg organizatorzy przenieśli metę do Vanaze czyli na wysokość około 1300 metrów n.p.m. Mimo tego na trasie wycofała się przeszło połowa peletonu, a dokładnie 46 z 89 zawodników m.in. dotychczasowy lider Pasquale Fornara. W późniejszych latach obywało się już bez takich dramatów. Monte Bondone wróciło na trasę wielkiego Giro w roku 1968 gdy pierwszy na premii górskiej był Hiszpan Julio Jimenez. W sumie podczas wyścigu Dookoła Włoch wzniesienie to wykorzystano aż dwanaście razy. Najczęściej jeżdżone było od strony północnej, a ściślej północno-wschodniej ze startem wspinaczki w Trento. Wyjątkiem był rok 1975, gdy górę zaatakowano od strony zachodniej. Pierwszym dwukrotnym zdobywcą tego wzniesienia był w latach 1972 i 1978 Wladimiro Panizza. Czternaście lat później w jego ślady poszedł Giorgio Furlan, gdy wygrał etap z dwoma podjazdami na Monte Bondone, najpierw od strony północno-wschodniej i następnie północno-zachodniej. Ostatnim zwycięzcą na tej górze był zaś Ivan Basso, który w 2006 roku o blisko półtorej minuty wyprzedził Simoniego.

0722_GF Charly Gaul_altimetria Na dzień 22 lipca 2012 roku organizatorzy przygotowali dla ponad tysiąca amatorów kolarstwa aż trzy trasy. Najkrótsza o długości 53 kilometrów i łącznym przewyższeniu 2060 metrów kończyć się miała klasycznym podjazdem z Trento do Vason. Niewiele dłuższe Medio Fondo liczyć miało 69 kilometrów o sumie amplitud „tylko” 2003 metry z identycznym początkiem, lecz finałem od strony południowej czyli podjazdem z Aldeno na Viote i następnie dojazdem do Vason już po płaskowyżu. Znacznie trudniejszym wyzwaniem miało być nasze Gran Fondo. Dystans 138 kilometrów, z pewnością nie maratoński, lecz zbliżony do bywałych na Maratona Dolomites, GF Dolomiti Stars czy Marcialonga Cycling. Większe wrażenie mogło robić anonsowane łączne przewyższenie tzn. 4014 metrów. Na tą liczbę składały się przede wszystkim dwie zasadnicze wspinaczki czyli Monte Bondone w wersjach południowej i północno-zachodniej oraz dwie-trzy mniejsze górki, w tym „na rozgrzewkę” podjazd do Palu’ di Giovo, rodzinnej miejscowości familii Moserów oraz Gibo Simoniego. Wszyscy czterej wystartowaliśmy na tej samej, najdłuższej trasie, choć z uwagi na różnice w metrykach podpadaliśmy pod różne kategorie wiekowe. Dario kwalifikował się do oddziału Masters-4, ja do Master-2, Adam do Master-1, zaś Piotrek jako jedyny w naszym gronie „młodzieżowiec” do Elite Sport. Ja wraz z młodszymi kolegami po dotarciu na główny plac trydenckiej starówki zająłem miejsce w środku wielkiego peletonu. Darek w swoim stylu przybył na miejsce w ostatniej chwili i zawadiacko rzucił wyzwanie organizatorom. Ustawił się w pierwszym rzędzie pośród faworytów wyścigu i innych VIP-ów chcąc obejrzeć początek wyścig z nowej dla siebie perspektywy. Pierwsze cztery kilometry wyścigu prowadziły ulicami Trento z paroma zakrętami i częściowo po bruku. Dlatego dbając o bezpieczeństwo uczestników zawodów organizatorzy przewidzieli jazdę przy prędkości ograniczonej do 40 km/h czyli bez wyprzedzania samochodów dyrektorskich.

Start ostry wyznaczono po przejechaniu 3,6 kilometra tzn. na wyjeździe z miasta w okolicy Gardolo. Przez następne kilka kilometrów jechaliśmy prosto na północ do miejscowości Lavis. Na tym szybkim i łatwym odcinku drogi aby nie tracić pozycji trzeba było utrzymywać prędkość w okolicy 45-50 km/h. Starałem się przynajmniej przesunąć do przodu, a przynajmniej nie stracić z pola widzenia Piotra i Adama. Darek, który wystartował ramię w ramię z najszybszymi chartami chciał na wysokiej pozycji dotrzeć do podnóża pierwszego podjazdu. Następnie stopniowo spłynąć, lecz na tyle powoli by na dłuższy odcinek w dolinie pokonać w środkowej części stawki. Jak samokrytycznie przyznał realia szybko zweryfikowały te plany. Jego sąsiedzi byli zawodnikami z zupełnie innej ligi, a on sam niewiele w tym roku trenujący nie był im w stanie nawet przytrzymać koła na płaskim terenie. Na wysokości Lavis (225 m. n.p.m.) zjechaliśmy z drogi krajowej SS12  by pokonać pierwsze tego dnia wzniesienie czyli podjazd do Palu’ di Giovo (582 m. n.p.m.). Była to szybka, lecz nieregularna wspinaczka o długości 8,3 km przy średniej 4,3 % i max. 16 %. Jako, że od startu minęło ledwie kilkanaście kilometrów grupa nie była jeszcze rozciągnięta. Tym samym na drodze było zbyt ciasno na to by można było je pokonać sobie właściwym i możliwie równym tempem. Na nerwowym zjeździe w tłoku starałem się stracić możliwie jak najmniej by wrócić do Lavis w jakiejś grupce. Udało mi się to nie najgorzej i czekający mnie teraz ponad 20-kilometrowy odcinek w dolinie Adygi rozpocząłem w towarzystwie kilku osób. Na długiej prostej z powrotem na południe grupki zaczęły się powolutku łączyć. Na szczęście znalazł się wśród nas mocarz z dużym motorem co wydatnie ułatwiło nam dojechanie do bezpośrednio poprzedzających nas konkurentów.

Wkrótce ponownie znaleźliśmy się w Trento rozpoczynając kilkukilometrowy odcinek trasy wzdłuż lewego (wschodniego) brzegu rzeki. Na 34 kilometrze wjechawszy na most San Lorenzo przeskoczyliśmy na drugą stronę Adygi. Tym samym znaleźliśmy się na drodze SP90 w cieniu masywu Monte Bondone. Moja grupa powiększona już chyba do rozmiarów 30-osobowego peletoniku gnała dalej na południe. Minęliśmy Romagnano aby po 45 kilometrach dotrzeć do Aldeno gdzie zacząć się miał bodaj najtrudniejszy podjazd tego wyścigu. Szybko okazało się podczas teoretycznej części przygotowań do wyścigu ściągnąłem sobie z „archivio salite” niewłaściwy profil południowego wariantu tego wzniesienia. Spodziewałem się więc podjazdu o stosunkowo umiarkowanym nachyleniu na pierwszych 5 kilometrów i bardzo ciężkiej przeprawy na 3 kilometrach za wioską Garniga Vecchia. Tymczasem okazało się, że prawdziwy podjazd do Viote (1563 m. n.p.m., 20,3 km przy średniej 6,7 % i max. 12,6 %) najtrudniejszy jest na samym początku. Pierwsze 2900 metrów do tunelu przed wioska Covelo ma średnio aż 10,3 %. Nieco łatwiej robi się dopiero wraz z wjazdem na drogę SP25, lecz i tu blisko 4-kilometrowy odcinek na dojeździe do Cimoneri trzyma cały czas na wysokim poziomie 8-9 %. Następnie po łatwej środkowej części wzniesienia kolejny trudny odcinek zaczyna się w połowie dwunastego kilometra po wyjechaniu z Garniga Vecchia. Mniej więcej w tym miejscu doszedł mnie Adam, więc ostatnie 8 kilometrów wspinaczki mogliśmy pokonać razem. Jechało nam się całkiem przyjemnie bo dość szybko wyprzedzaliśmy kolejnych rywali. Czułem się dobrze i nadawałem tempo naszemu duetowi. Mimo, że przez długie 6 kilometrów nachylenie nie schodziło poniżej 8 % do sprawnego kręcenia wystarczało mi przełożenie 39×24. To oznaczało, że mam jeszcze spory zasób sił.

W górnej części wzniesienia nie brakowało ciasnych serpentyn. Droga schowała się lesie, by dopiero na łatwiejszej końcówce wyskoczyć na otwarty teren w postaci górskich hal. Na górze przy słonecznej pogodzie widok był wprost olśniewający. Gdybyśmy mieli więcej wolnego czasu niż sportowych ambicji zatrzymałbym się na dłużej w strefie bufetu by popstrykać zdjęcia. W kierunku północnym roztaczał się przed nami piękny widok na masyw Paganella. W strefie napitku i popasu zagościłem tylko przez pół minuty. Adam zapewne około dwóch minut, bowiem na punkcie pomiaru czasu usytuowanym niewiele dalej zmierzono mi czas 2h 44:48, zaś jemu oraz Piotrowi, który do niego dojechał czas o 1:42 gorszy. Na 17,5-kilometrowym zjeździe do Lasino w naszym gronie doszło do przetasowań. Ja jak zwykle straciłem nieco czasu i miejsc, a jedną z osób, która wyprzedziła mnie podczas tego szusowania był Pietro. Za Lasino na drodze SP84 czekał wszystkich najpierw płaski odcinek do Cavedine, zaś następnie niewielki i dość delikatny wjazd na passo San Udalrico (556 m. n.p.m.), który jednak przy mocny przeciwnym wietrze okazał się przeszkodę kosztującą nieco zdrowia. Po jej przejechaniu za miejscowością Vigo przyszedł czas na krótki zjazd do Dreny, gdzie na 92 kilometrze wyznaczono kolejny punkt kontroli. Tu pierwszy z nas zameldował się Piotrek w czasie 3h 25:23. Ja traciłem do niego 43 sekundy, zaś Adam dokładnie półtorej minuty. Za Dreną jeszcze kawałek zjazdu kończącego się ostatecznie na wysokości niespełna 250 m. n.p.m.

Na dole skręt w prawo i jazda na północ stronę Lago de Cavedine. Wzdłuż tego jeziorka rzuciłem się w pogoń za liczniejszą grupką zawodników i po dłuższym czasie w okolicy Ponte Olivetti moje wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Tym sposobem na odcinku między Sarche a Padergnone (107 km) czyli między jeziorami Lago di Toblino oraz Lago di Santa Massenza mogłem nieco odpocząć. Cos tam przegryźć i napić się na spokojnie przed trudnym finałem. Nie oznacza to bynajmniej, że migałem się od roboty zmianowej. Na płaskim terenie dałem dwie-trzy zmiany na czele naszej grupy. Za Padergnone zaczął się niewielki podjazd przed, którym przestrzegał mnie Włoch, z którym początkowo goniłem rywali będących w zasięgu wzroku. Podjazd do Lon (112,3 km) był ledwie hopką z gatunku trzeciej kategorii. Liczył on sobie w sumie 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 %, przy czym ostatnie 2,1 kilometra za Vezzano miało 7,1 %. Bez specjalnego wysiłku zostawiłem w tyle wszystkich kompanów z mego oddziału i pod koniec podjazdu ujrzałem przed sobą w oddali Piotrka. Jednak w pofałdowanym terenie między Lon a Terlago zbliżałem się do niego bardzo powoli. Dojechawszy do tego drugiego miasteczka trzeba się było zmierzyć z technicznym odcinkiem specjalnym po wąskich uliczkach. Organizatorzy przepuścili nas po takich zakamarkach owej mieściny, że przypomniała mi się jazda po „podwórkach” Willer-sur-Thur w trakcie czerwcowego Les 3 Ballons. Piotr znikł mi na parę minut z pola widzenia. Jeszcze kilka kilometrów w dość łatwym terenie, przejazd przez wioskę Travolt i Cadine, po czym na 122 kilometrze, za rondem  na drodze SP45 bis rozpoczął się finałowy podjazd do Vason.

Przeszło 16-kilometrowy, północno-zachodni wariant wjazdu na masyw Monte Bondone jest nieco łatwiejszy od klasycznej wersji z początkiem w Trento. Podstawowa różnica polega na tym, iż w tym przypadku wspinaczka zaczyna się jakieś 250 metrów wyżej tj. na wysokości około 440 metrów n.p.m. Obie opcje północnego podjazdu łączą się ze sobą w Candriai na wysokości 965 metrów n.p.m. Górna część tego wzniesienia była mi więc znana z czerwcowej wycieczki roku 2008. Obie „połówki” są do siebie dość podobne. Pierwsze 7,2 kilometra ma średnie nachylenie 7,3 %, zaś wspólne 9,1 kilometra ma przeciętna 7,6 %. Na trzecim kilometrze wspinaczki minęliśmy miasteczko Sopramonte, lecz wbrew nazwie było to dopiero początek góry. Niewiele później czyli jakieś 13 kilometrów przed finałem w końcu dogoniłem Piotrka i zaproponowałem koledze holowanie. Pietro debiutujący w tego rodzaju imprezie nieco osłabł, ale wciąż trzymał się dzielnie, więc był w stanie skorzystać z mojej propozycji i trzymać się na kole. Razem dojechaliśmy do Candriai od czasu do czasu mijając jakiegoś konkurenta. Tymczasem na 7 kilometrów przed metą dopadł nas Adam. Nasz kolega mający w nogach niejeden szosowy maraton wyglądał z nas najlepiej i pewnie mógłby pomknąć do mety sobie właściwym tempem. Tym niemniej zgodnie uznaliśmy, iż skoro po 130 kilometrach trasy nic nas nie dzieli zacnie będzie wspólnie dotrzeć na szczyt, zamiast kierować się egoizmem i przekraczać linię mety w niewielkich odstępach czasowych. Ja na zmianę z Adamem nadawałem tempo, zaś Piotr starał się dotrzymać nam kroku i w miarę możliwości nie spowalniać swych starszych kolegów. Na każdym kilometrze do samego końca wyścigu udawało nam się przy tym wyprzedzać po dwóch, a niekiedy nawet trzech rywali. Przejechaliśmy przez Vaneze, następnie Norge i dobiliśmy do Vason. Na ostatnich 100 metrach trzeba było odbić z drogi SP85 w prawo by osiągnąć metę w pobliżu nasłonecznionej polany na której ustawiono miasteczko wyścigowe.

Zawody ukończyliśmy w czasie 5 godzin 34 minut i 42 sekund (przeciętna prędkość 24,47 km/h) zajmując miejsca od 212 do 214 w gronie około pięciuset zawodników, którzy przejechali trasę Gran Fondo. Wyprzedziło nas 203 dżentelmenów i trzeba uczciwie przyznać także osiem dzielnych niewiast. Nasz realny czas był o 3 minuty i 40 sekund lepszy od oficjalnego. Nasza trojka zajęła miejsca w czwartych dziesiątkach swych kategorii wiekowych, więc oczywiście nie mieliśmy się co zgłaszać na podium po odbiór nagród które wręczał m.in. gość honorowy imprezy „Gibo” Simoni. Wyścig wygrał Włoch Mateo Cappe z Team Maggi-FRW w czasie 4 godzin 25 minut i 1 sekundy, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Alfonso Falzanaro. Włoskie podium uzupełnił Allessandro Bertuola, który stracił do powyższej dwójki 1:42. W czołowej dziesiątce znalazło się tylko dwóch „stranierich” tzn. Hiszpan na piątym oraz Francuz na szóstym miejscu. Z kolei drugą dziesiątkę klasyfikacji otwierało i zamykało dwóch Słoweńców. Darek ukończył ściganie w czasie 6 godzin 56 minut i 39 sekund zajmując 455 miejsce. Czekając na przyjazd naszego kolegi udaliśmy się do wielkiego namiotu po zasłużony poczęstunek. Po kilkugodzinnym wysiłku nawet nie wyszukana strawa na bazie makaronu potrafi przypaść do gustu. Około piętnastej niebo zaczęło się chmurzyć, więc gdy tylko Darek zdał swego chipa organizatorom rozpoczęliśmy odwrót czyli przeszło 20-kilometrowy zjazd do Trento. Na szczęście niebo okazało się łaskawe i wraz z Darkiem mogliśmy sobie pozwolić na liczne postoje by dorzucić sporą dawkę zdjęć do albumu z wyprawy. Zjechawszy do centrum Trydentu, przebraliśmy się przy samochodach i niemal z marszu ruszyliśmy z powrotem do kraju. Na jedyny dłuższy postój pozwoliliśmy sobie w południowej Bawarii stając na kolacji przy okazji tankowanie w Irschenbergu. Po owym posiłku podziękowaliśmy sobie za dwutygodniową współpracę i każdy z samochód ruszył w dalszą drogę do Ojczyzny właściwym sobie tempem i szlakiem.

Napisany w Alpy włoskie 2012, Gran Fondo | Komentarze są wyłączone

Nevegal-La Casera & Cima di Campo

Autor: admin o piątek 20. Lipiec 2012

W trakcie tygodniowego pobytu w Ovaro zaliczyliśmy „wspólnymi siłami” niemal wszystkie najciekawsze najlepsze podjazdy w regionie Friuli-Venezia Giulia. Piszę tu o pracy zbiorowej, gdyż w drugiej połowie tego okresu byliśmy od siebie niezależni pod względem transportowym, dzięki czemu każdy mógł zwiedzać takie góry jakie mu w danym dniu pasowały. Jednym słowem działaliśmy wedle hasła każdemu wedle potrzeb i możliwości. Z tej przyczyny każdy z nas zaliczył inną liczbę i nieco inny zestaw wzniesień. Adam zdobył piętnaście kolarskich gór, ja czternaście, Piotr dwanaście, zaś Darek dziesięć. Dodam, iż były to podjazdy o amplitudach od 792 metrów (Monte Croce Carnico) do 1450 metrów (Monte Crostis), a więc bez żadnego wyjątku premie górskie pierwszej i najwyższej kategorii. W piątkowe przedpołudnie przyszło nam z żalem opuścić wygodną bazę w Casa „In Clementa”. Na zakończenie całej wyprawy czekał nas w niedzielę 22 lipca wyścig GF Leggendaria – Charly Gaul na blisko 140-kilometrowej trasie wokół Trento. Z myślą o tej imprezie zarezerwowałem dla nas pokój w hotelu Casa Vigolana w miejscowości Vigolo Vattaro oddalonej zaledwie 12 kilometrów od Trydentu. Czekał nas długi transfer na zachód, w przeważającej części przez rozdzielający Friuli od Trentino region Veneto. Oczywiście nie interesował nas pusty przelot czyli kilka godzin w samochodzie bez kolejnej przygody na rowerze. Po drodze było aż nadto górskich propozycji do rozważenia. Uznałem, że możemy sobie pozwolić na dwa przystanki. Pierwszy wyznaczyłem nam w Belluno z myślą o Nevegal / La Casera (1398 m. n.p.m.), zaś drugi w niewielkiej miejscowości Arsie celując w Cima di Campo (1435 m. n.p.m.).

Ovaro opuściliśmy dopiero po godzinie jedenastej. Do Belluno zdecydowaliśmy się dojechać autostradami. Dlatego najpierw za Tolmezzo wskoczyliśmy na A23 i pojechaliśmy nią na południe aż do Palmanovy. Tu skręciliśmy na zachód wjeżdżając na A4 do Portogruaro. Następnie wybraliśmy A28, którą dojechaliśmy do okolic Conegliano. W końcu zaś pozostało nam już tylko wjechać na A27 i pojechać nią na północ mijając po drodze Vittorio Veneto. Na miejsce dojechaliśmy dopiero około wpół do drugiej. Zatrzymaliśmy się przy Viale dei Dendrofori, na dużym płatnym parkingu pod miejscową starówką. Kolejny raz żar lał się z nieba. Gdy wyjąłem swój rower z samochodu licznik wskazywał mi – zapewne nieco na wyrost – temperaturę 42 stopni Celsjusza! Darek i Piotr zrezygnowali z jazdy w tych warunkach wybierając spacer po starej części Belluno. Jako, że rzadko zbaczam z obranego kursu postanowiłem się trzymać wcześniej opracowanego planu. Do towarzystwa miałem Adama. Kilka minut przed czternastą byliśmy gotowi do drogi i wypróbowania swych sił na podjeździe, który już czterokrotnie został sprawdzony na Giro d’Italia. Po raz ostatni ledwie rok wcześniej podczas czasówki, dzięki czemu mogliśmy się „porównać” z najlepszymi góralami globu. Góra ta wpadła w oko organizatorom Giro w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy aż trzykrotnie wysłano na nią kolarzy. Wygrywali na niej wyłącznie Włosi tzn. w 1962 roku Guido Carlesi, rok później Arnaldo Pambianco, zaś w sezonie 1968 Lino Farisato. W dwóch pierwszych przypadkach zdobycie góry równoznaczne było ze zwycięstwem etapowym.

Natomiast w 2011 roku na trasie szesnastego etapu z Belluno do Nevegal (1047 m. n.p.m.) zorganizowano tu górską czasówkę. Wspinaczkę wygrał Hiszpan Alberto Contador. „El Pistolero” pokonał dystans 12,65 kilometra w czasie 28 minut i 55 sekund czyli ze średnią prędkością 26,351 km/h. Wyprzedził on swych włoskich rywali: Vincenzo Nibalego i Michele Scarponiego odpowiednio o 34 i 38 sekund. W tym miejscu należy powiedzieć, iż podjazd z Belluno do stacji narciarskiej Alpe di Nevegal liczy sobie m/w 11 kilometra. Jednak podczas ubiegłorocznej czasówki startowano z położonego na wzgórzu centrum miasta. Pomiędzy Piazza Martiri a Ponte della Vittoria na dystansie 1,85 kilometra zjechano więc 45 metrów. My dwaj wspomniany most mieliśmy dosłownie po sąsiedzku. Nasz podjazd miał się skończyć przeszło 350 metrów wyżej po pokonaniu 16,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,5 %. Włączyłem licznik tuż za rzeką Piave, gdy tylko szosa zaczęła się wznosić. Po dwustu metrach dojechaliśmy do ronda, na którym należało wybrać drugi zjazd czyli drogę SP 31 – Via Col Cavalier. Pierwszy kilometr ma przyzwoite nachylenie 5,3 %. Jednak po zakręcie w lewo na wysokości niespełna 400 metrów n.p.m. szosa wypłaszcza się i to na dobre trzy kilometry. Na trzecim kilometrze przejechaliśmy przez Castion (2,5 km) dojeżdżając następnie do okolic Caleipo (3,7 km). Tu na końcu długiej prostej ujrzeliśmy przez sobą stromą ścianę, która oznaczała początek zdecydowanie najtrudniejszej, środkowej części podjazdu. Dla porównania. Na pierwszych czterech kilometrach średnie nachylenie podjazdu wynosi ledwie 3 %. Tymczasem między początkiem piątego a połową dziesiątego kilometra przeciętna stromizna to 9,5 % przy max. 14 %. Na tym odcinku jest dziewięć wiraży, łączonych na ogół długimi prostymi. Nie muszę dodawać, że na tak stromym fragmencie góry z trudem dotrzymywałem kroku swemu koledze wagi lekkiej.

Stromizna skończyła się po przejechaniu około 9,3 kilometra. Chwilę później znaleźliśmy się na łatwym odcinku drogi przed Piano Nevegal (1012 m. n.p.m. – 10,2 km). Pół kilometra dalej dojechaliśmy do ronda, na którym trzeba było się rozstać z drogą SP 31, która w tym miejscu zawraca na północ w kierunku Cadoli i Ponte Nelle Alpi. My na rondzie musieliśmy wybrać pierwszy zjazd czyli odbić w prawo aby dojechać do centrum ośrodka, który poza uczestnikami Giro gościł m.in. narciarzy obu specjalizacji podczas XII Zimowej Uniwersjady w roku 1985. Minęliśmy linie mety wspomnianej czasówki i przejechawszy 11,2 kilometra w okolicy Albergo Slalom odbiliśmy w prawo ku osadzie Faverghera (12,9 km). Do obranego przeze mnie finału brakowało jeszcze niespełna pięciu kilometrów. Najpierw jedzie się po długiej prostej mijając po lewej stronie drogi Santuario della Madonna di Lourdes (11,9 km), które przyznam przeoczyłem. Na ostatnich czterech kilometrach szosa wije się już nieustannie pokonując aż trzynaście wiraży na dystansie ledwie 3,8 kilometra. Ostatnie 4,9 kilometra ma średnio 7 %, więc serpentynki są tu pewnym ułatwieniem dla kolarza-amatora. Do karczmy La Casera dojechaliśmy razem w czasie 1 godziny 4 minut i 13 sekund z przeciętną prędkością 15,042 km/h. VAM poniżej normy czyli 982 m/h, zapewne z uwagi na „płaskie” trzy kilometry w pierwszej ćwiartce podjazdu. Na górze temperatura spadła do przyjaznych 22 stopni. Teoretycznie można było pojechać jeszcze wyżej tzn. w kierunku schronisk na Col Visentin (1763 m. n.p.m.). Początkowo po bardzo stromej, zaś jakościowo po ledwie cementowej ścieżce. Tym niemniej dojazd do La Casera w zupełności spełnił moje ambicje. Poza tym nie mieliśmy czasu na przedłużenie tej wspinaczki. Do Vigolo Vattaro pozostało nam przeszło 100 kilometrów. W dodatku w planach mieliśmy do pokonania jeszcze jeden i to nieco dłuższy podjazd oraz obowiązkowo jakieś zakupy spożywcze po drodze.

Na parking pod Belluno zjechałem kwadrans po szesnastej. Darek i Piotrek wrócili już wcześniej ze swego turystycznego rekonesansu i byli gotowi do dalszej drogi. Trzeba się było szybko spakować i ruszyć dalej na zachód. Mieliśmy teraz przejechać 44 kilometry po drodze krajowej SS50. W teorii miało nam to zająć około 50 minut. Tym niemniej już po 11 kilometrach zatrzymaliśmy się na dłuższy czas u „Kangura” czyli w supermarkecie pod Sedico. Adam z Darkiem nie mieli dotąd okazji zrobić większych zakupów przed powrotem do Polski i to była jedna z ostatnich ku temu okazji. W dalszej drodze najpierw minęliśmy odchodzącą na północ drogę N203, którą można dojechać do podnóża kilku sławnych w kolarskim światku podjazdów, by wymienić tylko: Duran, Valles czy Fedaia-Marmolada. Potem przejechaliśmy przez Feltre, które dobrze poznałem w czerwcu 2008 roku szykując się do startu w Gran Fondo Campagnolo (obecnie GF Sportful). Na ostatnich kilometrach dojazdu do Arsie po lewej ręce mieliśmy wielki masyw Monte Grappa. Dosłownie przemknęliśmy obok Seren del Grappa i Caupo, w których rozpoczynają się dwie z pięciu kolarskich dróg na tą słynną górę. W końcu około wpół do siódmej zjechaliśmy z SS50 w kierunku północnym i zatrzymaliśmy się przy Via Dante Alighieri niespełna kilometr na zachód od Arsie. Podjazd na Cima di Campo zaczyna się w samym centrum tego miasteczka przy Piazza Guglielmo Marconi. Na Giro przejechano go tylko raz w 1999 roku na etapie z Castelfranco Veneto do Alpe di Pampeago wygranym przez Marco Pantaniego. Jednak na znajdującej się w środkowej części tego etapu premii górskiej jako pierwszy zameldował się znany nam również z trasy Tour de Pologne Mariano Piccoli.

Drogi na Cima di Campo są dwie: wschodnia (wenecka) i zachodnia (trydencka), bowiem płaskowyż znajduje się na pograniczu tych dwóch regionów. Interesowała nas ta pierwsza, wypróbowana przez GdI opcja. Obie wersje góry mają ponad 1100 metrów przewyższenia i stawiają bardzo zbliżone wymagania. Podjazd od strony Grigno ma 20,9 kilometra o średnim nachyleniu 5,6 %, zaś ten z początkiem w Arsie 18,6 kilometra z przeciętną stromizną 6 %. Wspinaczkę rozpoczęliśmy dopiero kwadrans przed dziewiętnastą przy temperaturze 29 stopni. Od początku mocne tempo narzucił Piotrek. Najwyraźniej dobrze wypoczęty po rezygnacji z wycieczki na Nevegal. W dolnej części wzniesienia przejeżdża się przez kilka wiosek. Na początku trzeciego kilometra mija się Mellame (2,1 km), zaś półtora kilometra dalej osadę Borgo San Lorenzo (3,6 km). Na początku piątego kilometra bierze się ostry zakręt w lewo wjeżdżając na Via Dolomiti we wiosce Rivai (4,1 km). Pod koniec piątego kilometra kończą się ostatnie zabudowania i przez kolejne sześć kilometrów wąska, acz dobrze utrzymana droga chowa się w leśnej głuszy. Monotonię jazdy przerywa na wysokości około 1000 metrów n.p.m. przejazd przez wioskę Col Perer (10,8 km) pełną domów letniskowych. Podjazd jest przyjemny, bo regularny co umożliwia jazdę w jednostajnym rytmie. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,9 %, zaś kolejne 6,3 kilometra niewiele więcej bo 6,6 %. Z trudniejszych odcinków: pierwsza połowa piątego kilometra ma 8,3 %, zaś cały dziewiąty kilometr 8,4 %. Maksymalna stromizna na krótszym odcinku wynosi tylko 9,5 %.

Za Col Perer do przejechania pozostaje jeszcze 7,8 kilometra. Droga staje się dwukrotnie węższa i ponownie wjeżdża w las. Jeszcze przez 700 metrów prowadzi na północ, potem zawraca na południe, aby z początkiem czternastego kilometra ostatecznie przybrać kierunek zachodni. Pierwsza połowa górnego odcinka trzyma na poziomie 6 %, zaś druga ma już tylko 4,6 %. Aczkolwiek to właśnie na siedemnastym kilometrze trzeba pokonać odcinek 550 metrów o średnim nachyleniu 8,2 %. W połowie piętnastego kilometra na pewien czas wyjeżdża się z lasu przejeżdżając przez polanę, przy której położone jest Agriturismo Malga Celado (15,1 km). Następnie na końcu długiej prostej przez las i przejechaniu 16,7 kilometra dojeżdża się do ciasnego wirażu w prawo. Z tego miejsca odchodzi szutrowa ścieżka do Malga Campo oraz wybudowanego na kilka lat przed I Wojną Światową fortu Leone. Na kolejnych 500 metrach jest kilka serpentyn, na których każdy zakręt w lewo oznacza wspinaczkę, zaś w prawo jazdę po niemal płaskim terenie. Ostatnie półtora kilometra to już delikatny podjazd na poziomie nie przekraczającym 4 %. Zatrzymaliśmy się na wysokości białego domku, w którym mieści się Trattoria Cima Campo. Dalej droga zaczyna zjeżdżać w kierunku oddalonego zaledwie 1800 metrów regionu Trentino. Zgodnie współpracując przejechaliśmy całą górę w 3-osobowym składzie w czasie 1 godziny 7 minut i 43 sekund (przeciętna 16,480 km/h i VAM 987 m/h). Darek, który po defekcie wystartował kilka minut później wykręcił czas netto 1h 17:12. Na górze tuż przed dwudziestą było jeszcze 18 stopni. Niestety ze względu na późną porę zaczynało brakować światła. Dlatego na zjeździe im niżej tym trudniej było o przyzwoite zdjęcia z podróży. Do samochodu zjechałem już po 21-wszej, a pozostało nam jeszcze do przebycia 35 kilometrów. Jadąc drogami SS47 i SP1 dotarliśmy do Casa Vigolana już po zmroku. Tego dnia na „weneckiej” ziemi przejechałem rowerem 72 kilometry o łącznym przewyższeniu 2167 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

La Crosetta & Piancavallo

Autor: admin o czwartek 19. Lipiec 2012

W ciągu sześciu dni od wkroczenia do Italii zaliczyłem tuzin najciekawszych podjazdów we włoskiej części Alp Julijskich i Karnickich. W pobliżu Ovaro zaczęło mi brakować „smakołyków” do dalszej degustacji. Co najwyżej mogłem zdobyć jedną czy drugą spośród już poznanych gór, lecz od przeciwnej strony. Dlatego podczas ostatniego dnia naszego pobytu we Friuli-Venezia Giulia wolałem sobie poszukać „delicji” dalej od domu. Moja wyprawa do tego regionu Włoch nie byłaby kompletna gdybym nie zafundował sobie wspinaczki do stacji narciarskiej Piancavallo (1267 m. n.p.m.). Pomimo upływu lat w pamięci miałem emocjonujący pojedynek jaki w trakcie Giro d’Italia z roku 1998 stoczyli na tej górze śp. Marco Pantani, Rosjanin Paweł Tonkow i Szwajcar Alex Zulle. Jednak aby dotrzeć do podnóża tego wzniesienia trzeba było się zdecydować na około dwugodzinną podróż samochodem i to w jedną stronę. Nie każdy z nas miał na to ochotę. Adam i Darek wybrali stricte rowerowe wycieczki po najbliższej okolicy. Tym niemniej na wspólną wyprawę ku zachodnim krańcom regionu Friuli udało mi się namówić Piotra. Aby nadać większy sens kilku godzinom w aucie uznałem, iż trzeba będzie jak zwykle zrobić nie jedno, lecz dwa wzniesienia. Do tej koncepcji znakomicie pasował porównywalnie trudny i również widywany na Giro podjazd do osady La Crosetta (1118 m. n.p.m.) leżącej na płaskowyżu Piancansiglio. To od niego postanowiłem zacząć czwartkową potyczkę z kolarskimi górami, zaś następnie resztki naszych sił rzucić na Piancavallo. Na dojazd w rejon obu gór wybrałem szlak krótszy dystansem, lecz w teorii bardziej czasochłonny. Do Caneva di Sacile leżącej u podnóża Crosetty na wysokości ledwie 51 metrów n.p.m. dojechaliśmy drogami: SR 355, SS52, SR 552, SP 2, SP 69 i SP 29. Wybraliśmy więc szlak przez Villę Santina, Priuso, przełęcz Forcella di Monte Rest, Tramonti di Sopra, Meduno, Maniago i obrzeża Aviano.

Na miejscu byliśmy około wpół do pierwszej. Dzień był słoneczny i od razu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że równie trudnym przeciwnikiem co górski teren będzie upalna pogoda. Wschodni podjazd na La Crosetta zaczyna się na północnych obrzeżach miasteczka u styku Via Zat Sereno i Via Rupolo D. Na górze tej czterokrotnie podczas wyścigu Dookoła Włoch wyznaczano linię górskiej premii. Tym niemniej bodaj nigdy nie zdobywano jej od najtrudniejszej wschodniej strony. Nie mam pewności co do wariantu wykorzystanego w roku 1962 gdy pierwszy na górze zameldował się Nino Defilippis. Tym niemniej ustaliłem, iż w latach 1966, 1968 i 1978 jeżdżono tylko od strony północnej lub zachodniej po starcie w Farra d’Alpago lub Anzano w regionie Veneto. Następcami Piemontczyka w roli zdobywcy tego wzniesienia byli jego mniej znani rodacy Pietro Scandelli i Lino Farrisato oraz Szwajcar Ueli Sutter. Pierwsze 1100 metrów ma średnie nachylenie 5,4 % i na końcu tego odcinka otwiera się widok na wybudowany na pobliskim wzgórzu zamek. Drugi kilometr jest łatwiejszy za sprawą krótkich zjazdów. Po pokonaniu 1,9 kilometra dociera się uprawy winorośli prowadzonej w gospodarstwie agroturystycznym Le Favole. Kolejne 800 metrów łatwego terenu poprzedza cały kilometr o przeciętnej 10,1 %. Mniej więcej w połowie tego trudnego odcinka bierze się ostry zakręt w lewo i do góry zostawiając po prawej ręce zjazd do miasteczka Sarone. Po zakręcie jedzie się drogą SP 61, niezmiennie w terenie odsłoniętym mijając pojedyncze domy wakacyjne. Pokonując wiraże na piątym kilometrze podjazdu razi w oczy widok pobliskiego kamieniołomu.

Na starcie naszej wspinaczki temperatura wynosiła 29 stopni, lecz w połowie wzniesienia wzrosła aż do 35. Dlatego w pobliżu rozgrzanych skał czułem się jakbym przejeżdżał obok otwartego piekarnika. W tym ukropie minąłem zjazd ku osadzie Malorla (7,3 km) i Agriturismo La Genzianella (10,3 km). Do końca jedenastego kilometra wspinaczki za plecami miałem piękny widok na Nizinę Padańską. Widok masztów w okolicy restauracji Coda del Bosco (11,1 km) zwiastował bliski koniec najtrudniejszej części wzniesienia. Poprzedzające ten lokal osiem kilometrów miało średnie nachylenie 8,6 % przy max. 15 %. Jeszcze tylko kilkaset metrów w pełnym słońcu i po przebyciu 11,7 kilometra mogłem schować się przed słońcem w cieniu lasu. Do początków czternastego kilometra podjazd trzymał jeszcze na poziomie 7-8 %. W lesie drzewa iglaste mieszały się z liściastymi, zaś pomiędzy nimi aż roiło się od białych skałek. Na ostatnich 2800 metrach droga wiedzie cały czas pograniczem regionów Friuli i Veneto. Końcówka w cieniu i łatwiejszym terenie wygląda jak nagroda za wcześniejsze cierpienia. Najpierw 600 metrów podjazdu na poziomie 4,8 %. Potem 1,4 kilometra płaskiego terenu, nawet z krótkim zjazdem do Strada Vecchia dell’Istria i na koniec 800 metrów o nachyleniu 5,1 %. Wspinaczkę o długości 16,1 kilometra przy średniej 6,6 % ukończyłem w czasie 1 godziny 5 minut i 10 sekund czyli z przeciętną prędkością 14,731 km/h. Piotrek, który odpuścił moje koło już na samym początku spisał się całkiem zgrabnie docierając na szczyt w czasie 1 godziny i 11 minut. Na przełęczy jest kilka budynków m.in. restauracja „Stella Alpina” oferująca swym gościom kuchnię domową. Z tablicy informacyjnej można się dowiedzieć, iż gminę Fregona zamieszkują Cimbri czyli ludność pochodzenia germańskiego przybyła w te strony z terenów Bawarii jeszcze w średniowieczu.

Z Canevy do Piedemonte di Aviano gdzie zaczyna się podjazd do Piancavallo mieliśmy ledwie 18 kilometrów. Zjechawszy na dół około piętnastej nie musieliśmy się więc zanadto śpieszyć. Dojechawszy na miejsce skręciliśmy z SP 29 na via Monte Cavallo i po stu metrach podjazdu zatrzymaliśmy samochód w zatoczce po prawej stronie drogi. Czekał nas podjazd o długości 13,8 kilometra i średnim nachyleniu 8 %, przy max. 13,5 %. Został on dwukrotnie przetestowany na wielkim Giro. Po raz pierwszy w roku 1998 gdy walkę o zwycięstwo na czternastym etapie stoczyli tu główni aktorzy tamtego wyścigu czyli Pantani, Tonkow i Zulle. Wygrał Włoch z przewagą 13 sekund nad Rosjaninem i Szwajcarem. Niespełna pół minuty do zwycięzcy stracił Giuseppe Guerini, który parę dni później w Dolomitach pomógł słynnemu „Piratowi” pokonać cudzoziemską opozycję. Na piątym miejscu, ale ze stratą już blisko dwóch minut etap ukończył jednodniowy lider Andrea Noe’, który tym samym utracił różową koszulkę na rzecz Zulle. Na swój drugi występ w Giro Piancavallo poczekało do roku 2011. Znalazło się wówczas na początku morderczego etapu piętnastego, który przez pięć sporej wielkości podjazdów wiódł do mety przy Rifugio Gardeccia. Premię górską w Piancavallo wygrał Włoch Emanuele Sella, lecz sam etap padł łupem Baska Mikela Nieve. Stacja narciarska u podnóża Monte Cavallo (2251 m. n.p.m.) powstała w latach sześćdziesiątych XX wieku. Jako pierwsza we Włoszech została wyposażona w system sztucznego dośnieżania. Od roku 1979 przez kilkanaście sezonów gościła najlepszych alpejczyków na zawodach o Puchar Świata. Oprócz osiemnastu tras zjazdowych ma też 30 kilometrów tras biegowych. Można się do niej dostać również od strony wschodniej z początkiem wspinaczki w miejscowości Barcis. Ten wariant dojazdu jest bardziej przyjazny dla amatorów kolarstwa, gdyż liczy sobie 15,3 kilometra o umiarkowanym nachyleniu 5,7 %.

Wspinaczkę zaczęliśmy kwadrans przed szesnastą przy obłędnej temperaturze 39 stopni Celsjusza! Piotrek ruszył na górę z parominutowym zapasem tak abyśmy osiągnęli metę wzniesienia mniej więcej w tym samym czasie. Po spokojnych 600 metrach kolejny kilometr ma już średnio 10,6 %. Na początku tego trudnego odcinka pokonuje się pierwszą z piętnastu serpentyn. Na drugim wirażu znajdującym się 1,3 kilometra po starcie znak drogowy ostrzega przed nachyleniem rzędu 15 %. Niemniej na pierwszych pięciu kilometrach nie odnotowałem takich stromizn. Odcinek między 1,6 a 5,1 kilometra podjazdu miał średnio 8,6 %, ale przy max. około 10 %. W tym czasie mija się Albergo Bornass (2,1 km) i Pra’de Plana (3,0 km). Pomiędzy początkiem czwartego a połową siódmego kilometra przy Rifugio Bornas (6,4 km) droga wiedzie po długich prostych przedzielonych sześcioma wirażami. Zdecydowanie najtrudniej jest na szóstym kilometrze, gdzie na przestrzeni blisko 900 metrów podjazd trzyma na średnim poziomie 13 %. Chwilowo sięga więc pewnie obiecywanej niżej piętnastki. Za schroniskiem czeka kolejne wyzwanie czyli 1200 metrów o średniej 11 %. Na początku ósmego kilometra czyli znacznie wcześniej niż się spodziewałem wyprzedziłem Piotra. Pokonawszy 7,8 kilometra najgorsze miałem już za sobą. Na pozostałych sześciu kilometrach nachylenie poszczególnych odcinków nie przekraczało już 8 %. Natomiast po osiągnięciu wysokości 900 metrów n.p.m. temperatura po raz pierwszy spadła poniżej poziomu 30 stopni. Dalej trzeba było pokonać przeszło dwa kilometry o średniej 6,8 % i półkilometrowy odcinek falsopiano na poziomie tylko 2,9 %. Praktycznie do końca jedenastego kilometra z drogi na szczyt widać wybudowane nieopodal Aviano lotnisko wojskowe NATO obsługiwane przez wojsko amerykańskie. Łatwy odcinek kończy się na wysokości Castaldii (10,6 km) skąd w prawo odchodzi boczna droga na Collalto. Tym szlakiem również można dotrzeć do Piancavallo najpierw wspinając się na wysokość 1365 metrów n.p.m. by następnie zjechać do stacji.

Po minięciu pagórka z pięcioma masztami na początku dwunastego kilometra przejeżdża się przez długą galerię. Momentami jest tu prawie płasko, zaś całe 1200 metrów ma średnie nachylenie tylko 4,8 %. Ostatnim trudniejszym kawałkiem jest półtora kilometra o średniej 6,9 %. Droga biegnie przez las, który w pewnym miejscu zagospodarowano do celów rozrywkowych. Ostatnie 500 metrów mija szybko za sprawą skromnego nachylenia 3,3 %, zaś cały podjazd kończy się na dużym rondzie, przy którym łączą się drogi z Barcis i Aviano. Na pokonanie wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 15 sekund. Wspinałem się więc z przeciętną prędkością 13,090 km/h przy wartości VAM 1050 m/h. Pietro na dobicie do ronda potrzebował 1 godziny i 12 minut. Przez następne dwadzieścia minut obejrzeliśmy sobie dokładnie całe centrum tego ośrodka. Do samochodu zjechałem kilka minut przed osiemnastą, a mimo to zegar na pierwszej prostej wzniesienia pokazywał temperaturę 35 stopni! W tego rodzaju cieplarnianych warunkach przejechaliśmy w sumie 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2174 metrów. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy hipermarkecie w Roveredo in Piano. Zrobiliśmy w nim duże zakupy w celach importowych. Do Ovaro wróciliśmy nizinnym szlakiem przez Pordenone, Codroipo, Udine, Gemonę i Tolmezzo. Nasi dwaj kompani również w tym dniu nie próżnowali. Darek wjechał na Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.) przez Val Pesarina. Natomiast Adam spróbował dojechać na Monte Crostis od strony Ravascletto, lecz zatrzymał się u skraju asfaltu na wysokości 1871 m. n.p.m. Następnie zjechał do Val But i zaatakował Monte Zoncolan od wschodu. Jednak inaczej niż Dario przed dwoma dniami. To znaczy nie od Sutrio, lecz krótszym i bardziej stromym wariantem z Prioli. Ta nieodkryta jeszcze przez Giro wersja wzniesienia ma tylko 8,9 kilometra, ale o średnim nachyleniu aż 12,8 %!

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Monte Zoncolan & Sella di Razzo

Autor: admin o środa 18. Lipiec 2012

W połowie drugiego tygodnia przyszedł w końcu czas na starcie z zachodnim Monte Zoncolan (1730 m. n.p.m.) czyli przetestowanie swych wątłych sił na najtrudniejszej górze kolarskiej Europy. Po udanej wyprawie na Monte Crostis byłem optymistycznie nastawiony do konfrontacji ze słynną ścianą z Ovaro. Wspinaczką o długości 10,2 kilometra przy średniej 11,8 %. To niezbyt wysokie, ani tym bardziej długie, wzniesienie dzięki swej niebywałej stromiźnie szybko stało się legendą w kolarskim światku. Jak dotąd stanowi ono kulminacyjny punkt trwającej od ponad dwóch dekad włosko-hiszpańskiej wojny na procenty. Giro i Vuelta od zarania dziejów żyją się w cieniu wielkiego Tour de France. Nie mogąc przeskoczyć starszego brata pod względem rozmachu, prestiżu czy obsady zapragnęły go pobić na otwartym polu kolarskiej geografii. W 1991 roku Włosi pokazali światu gorsze oblicze Mortirolo. Osiem lat później Hiszpanie przebili tą ofertę za sprawą Alto de Angliru. Ripostą Włochów na podjazd z Asturii był właśnie Zoncolan. Do dnia dzisiejszego czterokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Za pierwszym razem „zrobiono go” od łatwiejszej wschodniej strony, zaś przy trzech kolejnych okazjach już od zachodu. Zarówno w 2003 jak i 2007 roku pierwszy na mecie etapu był znakomity włoski góral Gilberto Simoni. Za pierwszym razem „Gibo” wyraźnie wyprzedził swych dwóch rodaków: o 34 sekundy Stefano Garzellego i o 39 Francesco Casagrande. Natomiast cztery lata później wjechał na szczyt w towarzystwie kolegi z drużyny Leonardo Piepolego dystansując o skromne 7 sekund rewelacyjnego 22-latka z Luksemburga Andy Schlecka. W roku 2010 prawdziwy popis jazdy dał Ivan Basso, który o minutę i 19 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa oraz o półtorej Michele Scarponiego. Natomiast w sezonie 2011 czołowym kolarzom Giro urwał się Bask Igor Anton. Góral z ekipy Euskaltel wyprzedził o 33 sekundy lidera wyścigu Hiszpana Alberto Contadora oraz o 40 faworyta gospodarzy Vincenzo Nibalego.

Jako się rzekło Darek miał już Zoncolan w nogach i to w podwójnej dawce. Dlatego mógł sobie pozwolić na relaks do południa albo i dłużej. Natomiast ja w towarzystwie Adama i Piotra wyjechałem na szosę m/w kwadrans po dziesiątej. Podjechaliśmy do styku szosy SR 355 z prowadzącą na Zoncolan drogą SP 123 by po chwili postoju spędzonym na ustawieniu liczników ruszyliśmy do boju. Adam od razu wysforował się do przodu. Na dojeździe do Liariis starałem się jechać równym tempem na przełożeniu 39 x 28 utrzymując stratę 10-15 metrów do naszej gazeli. Piotr od początku zamykał doborową stawkę trójmiejskich górali. Pierwsze 1700 metrów na tej górze ma średnio 8,5 %, acz ponad półkilometrowy odcinek między kościołem w Lenzone (0,55 km) a mniejszym Chiesetta del Carmine (1,1 km) trzyma na poziomie 11,3 %. Po wjechaniu do Liariis skręca się w prawo i przez 500 metrów jedzie się niemal po płaskim. W tym miejscu dogoniłem Adama, który bynajmniej mi nie uciekał. Mieliśmy dosłownie minutkę czasu by chwiać głębszy oddech przed tym co miało dopiero nastąpić. Po przejechaniu 2,2 kilometra minąwszy ostatni kamienny dom po lewej stronie drogi dojeżdża się do zwężenia drogi. Odtąd na szczyt prowadzi 8-kilometrowa ścieżka o ledwie trzymetrowej szerokości. Jej pierwsze sześć kilometrów kończące się przy skręcie ku Malga Pozof (1569 m. n.p.m.) ma średnie nachylenie aż 14,9 %, przy max. 20 %! Już pierwsza prosta pozbawia złudzeń i zmusza do wrzucenia najlżejszego z przełożeń czyli w moim przypadku oryginalnej kombinacji 39×32. Na pierwszych 500 metrach średnia stromizna wynosi 15,6 %. Na kolejnym kilometrze waha się na nieco niższym poziomie 13,4-13,8 %. Na całej długości drogi co kilkaset metrów ustawiono tablice ze zdjęciami legend kolarstwa szosowego.

Na dole wszystkich śmiałków wita Ottavio Bottecchia, za nim na cierpiących amatorów kolarstwa spoglądają: Alfredo Binda (500 m), Louison Bobet (1000 m), Charly Gaul (1300 m), Federico Bahamontes (1500 m), Jacques Anquetil (1900 m), Felice Gimondi (2500 m), Eddy Merckx (3100 m), Francesco Moser (3500 m), Bernard Hinault (4000 m), Giuseppe Saronni (4500 m), Gianni Bugno (5000 m), Miguel Indurain (5700 m), Marco Pantani (6800 m), pomiędzy tunelami czai się Fiorenzo Magni (7100 m), zaś powyżej nich stoją jeszcze: Gino Bartali (7300 m), Fausto Coppi (7500 m) i Simoni (7600 m). Wspina się więc istną aleją gwiazd. Dodać jednak trzeba, że poza „Gibo”, żaden z wyżej wymienionych mistrzów nie napotkał na swej drodze do sławy tego makabrycznego podjazdu. Przyznam, że ze swoim kompanem wagi lekkiej wytrzymałem tylko kilkaset metrów. Trzynaście kilogramów różnicy szybko dało o sobie znać. Nie było sensu, ani też chyba szans, trzymać się dłużej jego koła. Musiałem rozpocząć własną walkę z grawitacją. Tym niemniej już na wysokości Bahamontesa miałem poważne wątpliwości czy sobie poradzę. Pozostało mi tylko przepychać pedały i liczyć na to, że jakoś to będzie. Tymczasem już sto metrów za „Orlem z Toledo” na wysokości drzeworytu z obliczem św. Antoniego (3,8 km) zaczynał się jeden z najtrudniejszych fragmentów wspinaczki czyli 750 metrów o średnim nachyleniu 19,5 %! W tych warunkach ciążył mi każdy z moich 75 kilogramów, szczególnie te dwa-trzy ostatnie, które można było realnie zrzucić przy poważniejszym treningu na wiosnę. Tym niemniej przetrwałem tą ciężką próbę i w nagrodę mogłem odrobinę odpocząć na znacznie łatwiejszym odcinku 250 metrów o średniej „tylko” 8,4 %. Wraz z końcem piątego kilometra ustabilizowałem oddech, złapałem właściwy sobie – czyli w tych warunkach – żółwi rytm i zacząłem nawet odczuwać swego rodzaju masochistyczną radość z jazdy. Nadal było piekielnie ciężko, ale już wiedziałem że wytrwam do końca tzn. nie postawię stopy na szosie i pokonam „potwora”.

Czekały na mnie jeszcze dwie super-strome ściany a’la Zonco. Najpierw między Gimondim a Merckx’em 600 metrów o średniej 17,3 % i następnie między Hinault a Saronnim 400 metrów o średniej 20,3 %! Po minięciu tablicy z wizerunkiem Beppe do końca środkowej części wzniesienia zostało jeszcze półtora kilometra. Niemniej bez przesadnych stromizn czyli z maximum rzędu 14 %. Po wcześniejszych ściankach takie kilkanaście procent nie robiło już większego wrażenia. Na szóstym kilometrze napotkałem wypisane na szosie nazwiska i numery startowe naszych dwóch doborowych górali. Niżej widziałem też bardziej efektowne dzieło czeskich kibiców czyli pająka krzyżaka z podpisem Kreuziger. Za bivio Malga Pozof było już znacznie „łatwiej”. Finałowy fragment Zoncolanu pod względem stromizny nie różni się bowiem od setek innych alpejskich podjazdów. Przedostatni kilometr ma średnio tylko 7 %, zaś ostatni rozpoczynający się przejazdem przez trzy krótkie tunele również nie trzyma wysokich standardów tej góry wobec przeciętnej 9,1 %. Tunele pomimo że krótkie są ciasne i mokre, a przede wszystkim tak ciemne, że można stracić orientacje gdzie się człowiek znajduje. W jednym z nich straciłem równowagę i musiałem wypiąć nogę z pedałów aby się podeprzeć. Na szczyt wjechałem w czasie 1h 09:49 czyli z przeciętną ledwie 8,765 km/h przy VAM 1035 m/h. Dla porównania Adam wyrobił się w czasie 1h 04:05, Piotr który ścigał mnie dzielnie w dolnej połowie podjazdu 1h 11:45, zaś Darek dzień wcześniej potrzebował 1h 29:41. Niedługo po nas na szczyt wjechał Nicolo drugoroczny junior z regionu Friuli, który wyrobił się w czasie 56 minut. Myślę, że będąc w optymalnej formie mógłbym pojechać na poziomie zbliżonym Adama. Cztery lata wcześniej od strony Sutrio dotarłem na szczyt w czasie 1h 05:42, a tamten podjazd choć minimalnie mniejszy jest wyraźnie dłuższy, gdyż liczy sobie 13,45 kilometra. na górze pokręciliśmy się trochę po placu z widokiem na Monte Crostis (2251 m. n.p.m.) po północnej stronie i Monte Arvenis (1968 m. n.p.m.) na południu. Zrobiliśmy zdjęcia na tle pomnika i tablicy, po czym spokojnie czyli z licznymi przystankami zjechaliśmy do Ovaro na półgodzinną przerwę w Casa „In Clementa”.

W domu natknęliśmy się na Darka, który właśnie ruszał na spotkanie z Monte Crostis. Pół godziny później ruszyliśmy jego śladem czyli drogą SR 355 w kierunku północnym. Tym niemniej naszym celem była Sella di Razzo (1739 m. n.p.m.), do której wiedzie podjazd pod każdym względem inny od zaliczonego przed południem Zoncolanu. Zaczyna się on we wiosce Patusera trzysta metrów za mostem nad potokiem Degano. Przez pierwsze 22 kilometry przemierza całą Val Pesarina nazywaną też Doliną Zegarów. W sumie wzniesienie to ma 26,5 kilometra przy średnim nachyleniu 4,6 % i max. 10 %. Na most skręca się po pokonaniu 2400 metrów od centrum Ovaro tj. w miejscu oddalonym ledwie 700 metrów od początku podjazdu na Crostis. Wyścig Dookoła Włoch jak dotąd nie zahaczył o Sella di Razzo. Tym niemniej trzy miesiące później okazało się, iż podobnie jak Cason di Lanza czy Altopiano del Montasio góra ta zostanie po raz pierwszy przetestowana na Giro już w 2013 roku. Stanie się to na jedenastym etapie z Tarvisio do Vajont. Aczkolwiek premię górską wyznaczono na położonej nieco wyżej i jakieś 2,5 kilometra dalej na zachód przełęczy Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.). Podjazd zaczyna się bardzo niewinnie. Pierwsze 4,6 kilometra od Patusery do największej miejscowości na szlaku czyli Prato Carnico ma średnie nachylenie ledwie 2,9 %. Na początku trzeciego kilometra przy bocznej drodze do Sostasio (2,2 km) mija się zegar reklamujący produkt, z którego słynie ta dolina. Kolejna wioska to położona w połowie czwartego kilometra Avausa. Na dojeździe do Prato robi się niemal zupełnie płasko. W położonej nieco wyżej osadzie Pieria (5,3 km) uwagę zwraca krzywa wieża. Nie tak efektowna jak ta w Pizie, lecz i ta dzwonnica jest nieźle oderwana od pionu.

Następnie wjeżdża się do Oasis (6,3 km) by po pokonaniu kolejnego kilometra dotrzeć do słynącej ze starych domostw z kamienia wioski Pesariis (7,3 km). W okolicy tej miejscowości odpadł od nas Piotrek. W połowie dziewiątego kilometra na szerokim łuku w lewo mija się rozciągniętą wzdłuż prawego skraju drogi Fabrykę Zegarów (8,5 km). Podjazd do końca czternastego kilometry cały czas jest łagodny. Maksymalne nachylenie nie przekracza tu 6 %. Mija się pojedyncze domki, kapliczkę, kamienny mostek i przebija przez długą galerię. Trudniej robi się dopiero w okolicy osady Rio Bianco (14,1 km). Poprzedzający to miejsce ponad 9,5-kilometrowy odcinek za Prato Carnico ma średnio ledwie 3,8 %. Po przejechaniu 16,7 kilometra na końcu szerokiego łuku w prawo mija się sporych rozmiarów hotel Pra di Bosco. Niespełna kilometr dalej znajduje się kilka drewnianych domków w tym Osteria Pian di Casa (17,6 km). Za nią wjeżdża się na liczącą aż 1300 metrów prostą, na które wypadł mi bidon, po który musiałem zawrócić. Adam poczekał na mnie. Na początku dwudziestego kilometra szosa chowa się w lesie, staje się kręta i bardziej stroma, ale bez przesady czyli max. 7,2 %. Na tym odcinku Adam zaczął mieć problemy, zrezygnował z oferty holowania i dał mi wolną rękę jeśli chodzi o tempo jazdy na ostatnich sześciu kilometrach tego podjazdu. Niewątpliwie ten typ wzniesienia pasował mi bardziej niż przeraźliwie stromy Zoncolan. Po przejechaniu 21,4 kilometra wjeżdża się do regionu Veneto w rejonie Cadore. Na znajdującym się 1100 metrów dalej rozjazdu trzeba skręcić w lewo tzn. na wysokości Forcella Lavardet (22,5 km) zjechać z drogi SS 465 na SS 614. Pokonany właśnie odcinek 8,4 kilometra od Rio Bianco do Lavardet ma średnio blisko 5 %.

Od rozdroża do Casera di Razzo pozostaje jeszcze 3900 metrów pośrednim nachyleniu 5,3 %. Trudne jest jedynie pierwsze pół kilometra o średniej 9,6 %. W końcówce minęli mnie z naprzeciwka nasi dwaj znajomi Czesi. Ze względu na zmęczenie i różnice prędkości nie poznałem ich od razu. Teren w końcówce podjazdu jest mniej atrakcyjny dla oka niż dolne i środkowe partie tego wzniesienia. Zbocza góry zostały ogołocone z trawy, zaś postępująca w tych warunkach erozja gleby zmusiła drogowców do zabezpieczenia skarp betonowymi osłonami. Po przejechaniu 26,1 kilometra mija się dochodząca do naszego szlaku drogę SS 619, która jest przedłużeniem SP 73 rozpoczynającej się w Ampezzo i wiodącej na Sella di Razzo przez Lago di Sauris. Do tablicy na wysokości otwartej latem Casera di Razzo, w której można kupić lokalne specjały brakuje już tylko 350 metrów. Wspinaczkę czy może raczej gładki przejazd ukończyłem w czasie 1 godziny i 28 minut czyli z prędkością 18,034 km/h. Na Adama przyszło mi czekać dwie minuty, na Piotra dziewięć. Poprzestaliśmy na dotarciu do tego miejsca, choć jak wspomniałem można by pojechać nieco dalej i wyżej na Ciampigotto pokonawszy 2,6-kilometrowy odcinek falsopiano. Na górze było tylko 18 stopni czyli o dobre 15 mniej niż na początku podjazdu w okolicy mostu nad Degano. Powietrze było przejrzyste, więc z polany rozpościerały się przepiękne widoki na pasma górskie po obu stronach drogi. Na południu szczyt Monte Tiarfin (2417 m. n.p.m.), zaś na północy Monte Terza Grande (2585 m. n.p.m.). Na przełęczy posiedzieliśmy razem dobry kwadrans. Długi zjazd ze wszystkimi przystankami zajął mi ponad godzinę. Do bazy zjechałem za dwadzieścia piąta. W nogach miałem w sumie 80,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2422 metrów. O wpół do szóstej wraz z młodszą połową naszej ekipy ruszyłem na zwiedzanie pobliskiego Tolmezzo.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Monte Crostis & Pura

Autor: admin o wtorek 17. Lipiec 2012

W połowie drugiego tygodnia był już najwyższy czas na zajęcie się najtrudniejszymi podjazdami we włoskich Alpach Karnickich. Jak już wspomniałem zachodni Monte Zoncolan czyli najtrudniejszą z wielkich gór kolarskiej Italii czy nawet całej Europy mieliśmy dosłownie pod nosem. Do podnóża Monte Crostis, najwyższego i największego asfaltowego podjazdu w regionie Friuli-Venezia Giulia, wystarczyło podjechać kilka kilometrów. Ze względu na dogodną lokalizację kusiło więc by zaliczyć za jednym zamachem wspinaczki pod te premie górskie najwyższej kategorii. Taki pomysł miałem nawet wpisany w oryginalny program naszej wycieczki. Jednak ostatecznie zdecydowałem się rozdzielić owe atrakcje na dwa kolejne dni dołączając do każdego z ekstremalnych podjazdów po jednym łatwiejszym wzniesieniu pierwszej kategorii. Tym sposobem na wtorek przygotowałem sobie Monte Crostis (1982 m. n.p.m.) w parze Passo del Pura (1428 m. n.p.m.). Natomiast na środowe drugie danie po Zoncolanie zaserwowałem podjazd na Sella di Razzo, acz od strony wschodniej, a nie południowej do której się przymierzałem. Skoro na Monte Crostis mogliśmy ruszyć rowerami z naszej bazy w Casa „In Clementa” to oznaczało leniwy poranek czytaj dłuższy sen i późniejsze śniadanie. Tym niemniej był wśród nas niespokojny duch o imieniu Adam, który zerwał się z łóżka o brzasku i już kilka minut po godzinie szóstej wybrał się na pierwszą wycieczkę. Gdy nasza trójka jeszcze spała on wjechał na Monte Arvenis dojeżdżając na wysokość 1645 metrów n.p.m. Góra ta jest najbliższym sąsiadem słynnego Zoncolanu. Nawet dzieli z nim pierwsze kilkaset metrów, po czym na wysokości wioski Lenzone szlak na Arvenis odbija w kierunku południowym. Wedle danych z „archivio salite” to 6,5 kilometra asfaltu o średnim nachyleniu 11,5 % z finałem na wysokości 1281 m. n.p.m. Jednak dla Adama nie straszna była i gorsza nawierzchnia. Pojechał znacznie wyżej i zrobił w sumie podjazd o długości 9,65 km przy średniej 11,57 % czyli z przewyższeniem 1117 metrów.

Na Monte Crostis wyruszyliśmy kwadrans po jedenastej w składzie 3-osobowym. O ile Adam uchodzić mógł w naszym gronie za skowronka, o tyle Darek był bez dwóch zdań sową. Dario postanowił nie śpieszyć z wyjazdem i ostatecznie wsiadł na rower około wpół do drugiej. Mając kilka ciekawych podjazdów w najbliższej okolicy Ovaro mogliśmy zapomnieć o korzystaniu z samochodu. Dzięki temu byliśmy od siebie organizacyjnie niezależni, więc na dobrą sprawę każdy z nas tak w środę jak i czwartek mógł jechać gdzie chce i to o każdej porze dnia. My pojechaliśmy na północ czyli w górę Val Degano ku Comeglians. Podjazd na Monte Crostis oficjalnie zaczyna się z chwilą zjechania z szosy SR 355 na drogę SR 465 stąd cały dojazd zajął nam ledwie 3,5 kilometra. Na pierwszych kilkuset metrach przejeżdża się przez Comeglians. Po siedmiuset metrach od startu należy opuścić drogę SR 465 czyli tuż za wioską nie skręcać w prawo ku Ravascletto, lecz pojechać na wprost czyli po kostce ku tunelowi, który jawi się niczym brama do „zakazanego” Monte Crostis. Podjazd ten miał pojawić się na trasie czternastego etapu Giro d’Italia z 2011 roku i poprzedzać finałową wspinaczkę na Monte Zoncolan. Niemniej po wcześniejszym śmiertelnym wypadku Woutera Weylandta w ostatniej chwili zrezygnowano z tej wspinaczki obawiając się wydarzeń na niebezpiecznym (częściowo szutrowym) zjeździe do Ravascletto. Za tunelem skręca się w prawo i jeszcze przez blisko kilometr jedzie się po łatwej drodze o nachyleniu nie przekraczającym 3,5 %. Po przejechaniu 1100 metrów od startu mija się łącznik z drogą SR 355 ku Rigolato i Sappadzie, by po przebyciu 1,4 kilometra dotrzeć do mostku nad rzeczką Margo. Dopiero za nim rozpoczyna się zasadnicza część wzniesienia czyli 14,1 kilometra o średnim nachyleniu aż 10,1 %.

Stosunkowo szybko zgubiliśmy Piotra, który w obliczu tak trudnej góry rozsądnie uznał, iż lepiej nie walczyć za wszelką cenę o utrzymanie się na kole moim i Adama. W połowie trzeciego kilometra dojechaliśmy do pierwszej z trzech osad na szlaku czyli wioski Mieli (2,5 km). Następnie jadąc cały czas po drodze o średnim nachyleniu 9,3 % minęliśmy Noiaretto (4,0 km) by wraz z końcem piątego kilometra dotrzeć do Tualis. Kto nie czuje się na siłach dalsze 10,5 kilometra podobnej i jeszcze trudniejszej wspinaczki może w tym miejscu odbić w prawo i zjechać do Ravascletto. Nieustraszonym amatorom dwóch kółek pozostaje jazda na wprost i jeszcze blisko 1100 metrów przewyższenia do zdobycia. Trzeba przyznać, iż góra została znakomicie przygotowana na przybycie uczestników 94. Giro d’Italia. Przy drodze co kilometr czy dwa ustawiono różowe tablice w kolarze wyścigu informujące kolarzy o tym na jakiej wysokości aktualnie się znajdują, ile kilometrów zostało im do szczytu oraz jak stromy będzie kolejny odcinek wspinaczki. Tuż za Tualis na ponad sześć kilometrów wjeżdża się do lasu świerkowo-jodłowego. Droga staje się węższa, bardziej chropowata i miejscami zabrudzona rożnego rodzaju naleciałościami z lasu. W lesie jest aż osiemnaście wiraży, lecz na ogół na tyle ciasnych i ciężko złapać głębszy oddech. Na prostych nachylenie trzyma na poziomie od 10 do 14 %. Po drodze spotykaliśmy grupki pieszych turystów, a także drwali zajętych wycinką drzew. Z szacunku dla naszego wysiłku jedni nas pozdrawiali, drudzy przerywali pracę by umożliwić nam przejazd na wąziutkiej ścieżce. Jechałem głownie na przełożeniu 39 x28, czasami pozwalając sobie na skorzystanie z trybu 24. Pod koniec dwunastego kilometra las przerzedza się na wysokości ponad 1500 m. n.p.m. czyli w okolicy gospodarstwa Casera Agar di Galante (11,7 km). Pół kilometra dalej na wirażu w lewo straszy znak ostrzegający przed nachyleniem rzędu 20 %.

Jednak w rzeczywistości na stromiznę tego typu trzeba jeszcze trochę poczekać. O ile 8-kilometrowy odcinek za Tualis ma średnie nachylenie 9,7 % o tyle przeciętna na dwóch kolejnych kilometrach czyli czternastym i piętnastym wynosi aż 12,1 % z maximum sięgającym aż 18 %. Niewątpliwie w pokonaniu tych stromych ścianek pomaga świadomość, że już bardzo niewiele zostało końca tej pięknej wspinaczki. Na szczęście stromizna wiedzie po dziewięciu serpentynach, która w razie potrzeby można wziąć nieco szerzej. Ostatnie kilometry to jazda w terenie odsłoniętym wśród alpejskich hal i nielicznych drzewek, z pięknymi widokami na zielone górskie szczyty i położone daleko w dole doliny. Po zmęczeniu morderczych dwóch kilometrów do końca podjazdu pozostaje już tylko 500 metrów po drodze stopniowo coraz łatwiejszej. Podjazd pokonaliśmy w czasie 1 godziny 24 minut i 56 sekund czyli z przeciętną prędkością 10,737 km/h i VAM 1024 m/h. Piotrek dojechał do nas po dziesięciu minutach (Darek dzień później zdobył tą górę w czasie 1 godziny 44 minut i 28 sekund). Patrząc w prawo ze szczytu wzniesienia widzimy w dole gospodarstwo agroturystyczne Casera Chiadinis. Za nim zaś pierwszy kilometr zjazdu do Ravascletto, przechodzący w płaską, lecz szutrową Panoramica della Vetta o długości sześciu kilometrów, która to wystraszyła uczestników wspomnianego Giro. W oddali widać bandy w kolorze niebieskim, które ustawiono tuż przed wyścigiem na każdym z zakrętów tej niebezpiecznej drogi. Nie mieliśmy zamiaru przyglądać im się z bliska. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod pomnikiem z łabędziem ufundowanym przez Frulijskie Stowarzyszenie Dawców Krwi. Wymieniliśmy się wrażeniami z dwoma spotkanymi na górze Czechami (Oswaldem i Lukasem z Ostrawy), którzy dosłownie na kilka dni wpadli w te strony w tym samym co my celu. Po czym tą samą drogą zjechaliśmy do gorącej doliny Degano, w której około godziny czternastej było aż 32 stopni Celsjusza.

Wróciwszy do domu zrobiliśmy sobie niemal trzygodzinną sjestę. Po pierwsze dla odpoczynku po ciężkiej górze, po drugie z chęci uniknięcia dalszej jazdy w panującym na zewnątrz ukropie. Tym niemniej do siedemnastej temperatura ani odrobinę nie spadła. Nie było jednak na co czekać. Wsiedliśmy w auta by drogami SR 355 i SS 52 podjechać do Ampezzo. Według pierwotnego planu mieliśmy jednego dnia zrobić Monte Crostis i Monte Zoncolan ze startem w Ovaro, zaś następnego Sella di Razzo i Passo del Pura ze startem w Ampezzo właśnie. Po rozdzieleniu dwóch „potworów” postanowiłem, że nie będziemy sobie robić dwóch wycieczek do tego miasteczka, zaś do Casera di Razzo dojedziemy od wschodu czyli startując z domu i wspinając się przez Val Pesarina. Po 22 kilometrach transferu zatrzymaliśmy się w zatoczce przy głównej drodze, jakieś 300 metrów przed budynkiem lokalnego merostwa. Na pierwszym i drugim kilometrze przejechaliśmy ze wschodu na zachód całe Ampezzo. W międzyczasie po przebyciu 1,2 kilometra minęliśmy zjazd na SP 73. Ta droga to południowy wariant podjazdu na Sella di Razzo, a przy tym pierwsze 9 kilometrów alternatywnego, północno-wschodniego szlaku na przełęcz Pura. My jednak chcieliśmy zdobyć tą górę od trudniejszej, zachodniej strony. Dlatego trzymaliśmy się szosy SS 52 jeszcze przez trzy kilometry. Po przejechaniu 3,9 kilometra dotarliśmy do zajazdu Albergo al Pura. Dwieście metrów za nim trzeba było zjechać z głównej drogi tzn. odbić w prawo by zacząć prawdziwą wspinaczkę na bocznej via San Valentino. Na zakończonych właśnie czterech kilometrach średnie nachylenie wyniosło ledwie 4,2 %. Tymczasem na pozostałych ośmiu, między wspomnianym zakrętem a samą przełęczą niemal 8,8 % przy max. na poziomie 12-13 %.

Pierwszą tercje podjazdu przejechałem, więc na przełożeniu 39 x 21. Natomiast na drodze św. Walentego w użyciu miałem już tylko tryby 24 i 28. Po kilkusetmetrowym wstępie następne pięć kilometrów z hakiem trzyma na poziomie od 8,1 do 10,4 %. Pomiędzy 5,5 a 8,4 km od startu trzeba pokonać siedem wiraży. Pomiędzy 10,9 a 11,2 km dwa kolejne. W końcówce jest nieco łatwiej, bowiem ostatnie 2,4 kilometra ma średnio 6,9 %. Droga jest wąska i chropowata. W prześwitach między drzewami można złapać ładny widok na leżące w dole Ampezzo. Na ostatnich kilkuset metrach wyjeżdża się na obszerną polanę, która rozpościera się po lewej stronie wjeżdżających. Wspinaczkę ukończyłem w towarzystwie Adama. Na zdobycie góry potrzebowaliśmy 51 minut i 20 sekund co dało przeciętną prędkość 14,142 km/h i VAM 1032 m/h. Piotrek odpadł na początku ósmego kilometra i stracił około trzech minut. Na górze spędziliśmy dobry kwadrans. Korzystając ze słonecznej pogody robiliśmy sobie zdjęcia na tle postawionej tam kapliczki. Natomiast na tablicy znaleźliśmy dowód na to, że „nasi już tu byli” czyli nalepkę z frazą „Droga do Urzędowa – Penisula Iberica 2012”. Po drugiej stronie przełęczy widzieliśmy położone w odległości dwustu metrów schronisko Tito Piaz. Tego dnia ja i Piotrek przejechaliśmy 62 kilometry o łącznym przewyższeniu 2330 metrów. Adam ze 20 kilometrów więcej o sumie amplitud blisko 3450 metrów. Operujący niezależnie od nas Dario również nie próżnował. Wykazał się wielką fantazją i sporym hartem ducha. Przejechał Monte Zoncolan od obu stron! Najpierw pokonał jej wariant zachodni z początkiem w naszym Ovaro, zaś w drodze powrotnej zdobył ścianę wschodnią ze startem w Sutrio.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone