banner daniela marszałka

Colle dei Morti (Fauniera) & Vallone del Preit

Autor: admin o poniedziałek 14. Wrzesień 2015

Naszym najtrudniejszym wyzwaniem na terenie prowincji Cuneo miał być pojedynek z olbrzymią Faunierą. Od wjazdu do Piemontu czekaliśmy na dzień, w którym natura pozwoli nam na zapoznanie się z tą przełęczą przy korzystnej aurze. Co prawda nie dotyczył nas „extreme weather protocol”, lecz w górach warto zachować zdrowy rozsądek. To znaczy na ryzyko decydować się jedynie w ostateczności. Przeszło 20-kilometrowy wjazd w deszczu i przy temperaturze bliskiej zeru na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. byłby wątpliwą przyjemnością. Jeszcze gorzej byłoby zjeżdżać w takich warunkach. Poza tym wiedziałem, że to góra rzadkiej urody więc chciałem ją odpowiednio uwiecznić na zdjęciach. Wiadomo wszak, że im lepsza pogoda, tym lepsze zdjęcia. Dlatego cierpliwie czekaliśmy na dobrą okazję. W czwartek i piątek było pochmurno. Sobota była lepsza, acz wciąż nie dość pewna. Za to w niedzielę dopadł nas pogodowy dołek, gdyż prawie cały czas padało. Pozostał nam już tylko poniedziałek i na szczęście tym razem niebo nad Borgo San Dalmazzo było błękitne. Decyzja była prosta jedziemy ku Valle Maira. Fauniera czy raczej Colle dei Morti (Przełęcz Umarłych) to pod względem geograficznym góra zupełnie wyjątkowa w kolarskim światku. W Europie jest kilkaset wzniesień z przewyższeniem powyżej 1000 metrów. Kilkadziesiąt spośród nich ma amplitudę ponad 1500 metrów. Nieliczne przełęcze stwarzają okazję do zrobienia jednego dnia dwóch podjazdów, z których każdy zmusza do pokonania półtora tysiąca metrów w pionie. Niemniej bodaj tylko jedna Fauniera miłośnikom górskich wspinaczek może zaproponować trzy alternatywne drogi na szczyt o przewyższeniach przeszło 1500 metrów każda! Nawet mityczne Passo dello Stelvio nie spełnia tych bardzo wygórowanych kryteriów, albowiem szlak północny (szwajcarski) jest na to zbyt skromny. Tymczasem warunki fizyczne Fauniery wręcz porażają. Na Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.) można dotrzeć na trzy sposoby. Podjazd południowy zaczyna się w Demonte (Valle Stura), wschodni w Pradleves (Val Grana), zaś północny w Ponte Marmora (Valle Maira). Ten pierwszy ma długość 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1700 metrów, brutto nawet 1711. Drugi to z kolei 21,9 kilometra o średniej 7,6% i amplitudzie 1658 metrów. Natomiast trzeci ma wymiary 22,3 kilometry na 6,9% z przewyższeniem 1536, a brutto 1544 metrów. Jednym zdaniem to premia górska najwyższej kategorii od której strony by nie spojrzeć.

Droga południowa prowadząca przez pośrednią przełęcz Valcavera (2416 m. n.p.m.) jest przy tym w pełni unikalna, zaś dwa pozostałe szlaki mają wspólny jedynie krótki odcinek finałowy o długości 1400 metrów. Gdyby jakiś śmiałek o mężnym sercu, żelaznych płucach i mocnych nogach chciał jednego dnia zdobyć tą górę od każdej możliwej strony to musiałby przejechać dystans 137,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 4913 metrów. Ja rozpracowywałem ją latami. Po raz pierwszy miałem wjechać na tą przełęcz od strony północnej w czerwcu 2008 roku podczas GF Fausto Coppi. Niemniej na skutek osuwisk po wiosennych ulewach droga z Ponte Marmora na pośrednią przełęcz Colle dell’Esischie (2370 m. n.p.m.) stała się nieprzejezdna wobec czego Fauniera „wyleciała” z tej edycji wyścigu. Do Piemontu ponownie przyjechałem w lipcu 2010 roku i wtedy też zacząłem zwiedzać Colle dei Morti od najtrudniejszej ze stron czyli szlakiem rozpoczynającym się w Pradleves. Według autorów bazy kolarskich podjazdów „archivio salite” ów wariant wschodni wart jest 1511 punktów. Dodam, że południowy uzyskał wynik 1388 pkt, zaś północny tylko 1247. Dla porównania najtrudniejszy z trzech podjazdów pod Stelvio wyceniono na 1411 punktów. Potem południowy podjazd pod Faunierę wrzuciłem do programu Route des Grandes Alpes, którą w towarzystwie Adama, Darka, Piotra i Romka przejechałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku. Na trasie ósmego etapu tej wspaniałej przygody czyli odcinku z Borgo San Dalmazzo do Borgata Villar pokonaliśmy go w pakiecie z południowo-zachodnim podjazdem na przełęcz Sampeyre. Do zaliczenia pozostał mi zatem już tylko podjazd północny z Ponte Marmora via Colle dell’Esischie. Darkowi do kompletu brakowało dwóch wersji tego wzniesienia. Dlatego zdecydował, że po wjechaniu na przełęcz szlakiem północnym zjedzie następnie ku Pradleves i na dobicie zdobędzie ją również od strony wschodniej. Ja mogłem sobie darować podobne ekscesy. Tym bardziej, że na drugie danie miałem upatrzone inne całkiem ciekawe wzniesienie. Zjechawszy na wysokość niespełna 1200 metrów n.p.m. mogłem odbić w lewo ku wiosce Canosio i tam pokonać podjazd do kresu Vallone del Preit (2083 m. n.p.m.). To wzniesienie, acz w pełnej jego wersji czyli z poziomu Ponte Marmora wyceniono na 1028 punktów. To znaczy o 15 oczek wyżej niż wschodni podjazd pod legendarny Col du Tourmalet.

Colle dei Morti alias Fauniera została odkryta dla Giro d’Italia dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku. To samo można zresztą powiedzieć o innych gigantach z prowincji Cuneo takich jak: Monviso (1991), Agnello (1994) czy Sampeyre (1995). Dotychczas organizatorzy „La Corsa Rosa” trzykrotnie wstawili tą przełęcz do programu swego wyścigu. Za każdym razem kolarze mieli się na nią wspinać od strony wschodniej czyli przez Valle Grana. W 1999 roku pojawiła się ona na trasie odcinka czternastego z Bra do Borgo San Dalmazzo. Jako pierwsi wjechali na nią trzej zawodnicy z ucieczki. Najszybszym z nich był Włoch Gabriele Missaglia, który obecnie jest jednym z dyrektorów sportowych ekipy CCC-Sprandi. Z topniejącego peletoniku wyskoczył Marco Pantani i jako czwarty zameldował się na szczycie. Niemniej losy tego etapu rozstrzygnęły się na wzniesieniu Madonna del Coletto, gdzie skutecznie zaatakował inny Włoch Paolo Savoldelli. „Sokół” wygrał z przewagą aż 1:47 nad Pantanim, Hiszpanem Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Niemniej to „Pirat” został wtedy nowym liderem wyścigu odbierając „maglia rosa” Francuzowi Laurentowi Jalabertowi. Dwa lata później ten sam podjazd miał być pokonany na odcinku osiemnastym z Imperii do Sant’Anna di Vinadio. Jednak po wieczornym „nalocie” policji na hotele w San Remo samo dokończenie wyścigu stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie skończyło się „tylko” na anulowaniu kolejnego etapu. Na nieszczęście dla kibiców był to akurat ten z Faunierą. Akcja służb antydopingowych przeprowadzona w trakcie Giro 2001 wykazała, iż zwyczaje w zawodowym peletonie niewiele zmieniły się od czasu afery Festiny (1998). Niemniej ona sama też nie oczyściła środowiska. Dość powiedzieć, że gdy w 2003 roku peleton Giro znów zawitał w te strony to po sukces etapowy na odcinku (znów osiemnastym) z Santuario di Vicoforte do Chianale sięgnął Dario Frigo. Zawodnik, który dwa lata wcześniej musiał wycofać się z Giro po tym jak policjanci odkryli jego bogatą „aptekę”. Tym razem jechano z Val Grana na północ, więc kolarze nie mogli dotrzeć na Colle dei Morti. Musieli zjechać ku Valle Maira i tym samym premię górską wyznaczono na Colle d’Esischie. Wygrał ją Kolumbijczyk Fredy Gonzalez. W 13-osobowej ucieczce uczestniczył Darek Baranowski z CCC-Polsat walczący w tej imprezie o czołową „10-tkę”. Ostateczną selekcję zrobił podjazd pod Sampeyre. Po czym na zjeździe z tej drugiej przełęczy leżeli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Natomiast na finałowym wzniesieniu Frigo wyprzedził prowadzącego w wyścigu Simoniego o 10 sekund oraz Austriaka Georga Totschniga o 2:38. „Ryba” był trzynasty ze stratą 6:59.

Wyruszyliśmy z bazy o wpół do jedenastej. Na dojeździe do Ponte Marmora musieliśmy pokonać ponad 45 kilometrów. Poruszaliśmy się niemal wyłącznie prowincjonalnymi szosami (SP23 i SP422), więc przejechanie odcinka przez Caraglio, Dronero i Stroppo zajęło nam m/w godzinę. Sporo czasu zmarnowaliśmy już na miejscu. Trzy kwadranse zbieraliśmy się do drogi. Dario długo nie mógł się zdecydować jaką odzież zabrać z sobą na tak długą i wysoką przejażdżkę. Ostatecznie w górę SP113 ruszyliśmy dopiero o godzinie 12:28. Wystartowałem znacznie szybciej od Darka i już na pierwszym kilometrze nadrobiłem nad swym kolegą blisko minutę. Drugi kilometr był stosunkowo łatwy, zaś na przełomie trzeciego i czwartego trzeba było pokonać galerię chroniącą przed lawinami i ciemny tunel wykuty w skale. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem skręt ku Canosio, na którym jakieś trzy godziny później miałem zacząć podjazd ku Vallone del Preit. Pół kilometra i trzy wiraże dalej przejechałem obok wioski Vernetti (4,4 km). Rzuciłem na nią okiem biorąc zakręt w lewo i uznałem, że warto będzie bliżej się jej przyjrzeć w trakcie zjazdu. Na trudnym szóstym kilometrze o średniej 8,8% droga minąłem boczne drogi do Brieis i Reinero. Na siódmym kilometrze mogłem nieco odpocząć, bowiem nachylenie na dojeździe do Arata (7,1 km) wynosi ledwie 2,1%. Dopiero za tą osadą zaczyna się szlak przez Vallone di Marmora. Wkrótce minąłem skręt ku Urzio / Vaglia (8,3 km) i dojechałem do wioski Tolosano (9,3 km). Byłem już prawie na półmetku podjazdu pod Colle d’Esischie i zastanawiałem się co czeka na mnie w górnej połowie tego wzniesienia. W pamięci miałem nasz zjazd z 2013 roku gdy po wjechaniu na Colle dei Morti od południowej strony musieliśmy zjechać ku Ponte Marmora. Tuż przed przełęczą Esischie powitała nas wtedy olbrzymia zaspa, która w zamyśle drogowców miała powstrzymać kierowców przed ruszeniem w dół doliny Marmora. Wszystko zaś dlatego, że w dwóch czy trzech miejscach odcinek asfaltu został zmyty i ten kawałek terenu trzeba było pokonać na pieszo. Na szczęście tym razem nie musiałem zsiadać z roweru. Co prawda w tych paru newralgicznych miejscach nie wylano jeszcze nowego asfaltu, lecz przynajmniej utwardzono ją na tyle, że przejazd stał się możliwy po krótkich szutrowych odcinkach. Gorzej, że kamyczków nie brakowało też na stromych ściankach, które pojawiały tu i ówdzie począwszy od dwunastego kilometra. O stromiźnie kolejnych odcinków zaczęły informować przydrożne tabliczki w kolorze brązowym. Dodam, że maksymalne nachylenie na tej górze znajduje się tuż za ósmym wirażem (11,8 km) i sięga 15%.

Kilometry trzynasty i czternasty były kręte i strome. Trzeba było na nich pokonać w sumie sześć wiraży i średnie nachylenie na poziomie 8,9% i 8,1%. Kolejne trzy kilometry prowadziły ku polanie, na której stoi gospodarstwo rolne czyli Malga. Można w nim nabyć mleko, masło i sery pochodzące od miejscowych krów. Funkcjonuje ono na wysokości 2094 metrów n.p.m. w odległości 17 kilometrów od Ponte Marmora. Szosa po szerokim łuku skręca tu w kierunku wschodnim, zaś na południe odbija stary szutrowy szlak na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). Do końca całej wspinaczki zostaje stąd blisko pięć kilometrów, zaś do Colle d’Esischie ledwie 3400 metrów. Pierwsza połowa tego odcinka ma średnie nachylenie 6,9%, zaś druga już 8,4%. Na pierwszą z pośrednich przełęczy dotarłem po przejechaniu 20,4 kilometra. Od szosy z Pradleves dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów zjazdu. Finałowy odcinek zaczyna się z poziomu 2362 metrów n.p.m. Trzeba na nim pokonać 1400 metrów o średniej 8,4%. Gdy tylko skręciłem w prawo nadziałem się na bardzo silny tego dnia południowy wiatr. Po przejechaniu kilometra minąłem pośrednią przełęcz „numero due” czyli Colle Vallonetto (2447 m. n.p.m.). Jeszcze tylko czterysta metrów i po raz trzeci w życiu dotarłem na Colle dei Morti. Przełęcz ta znajduje się na zakręcie w prawo. Dalej droga wiedzie już lekko w dół ku Colle Valcavera i dalej bardziej śmiało poprzez Vallone d’Arma ku Demonte w dolinie Stura. Przełęcz wzięła swą nazwę za sprawą XVII-wiecznej bitwy jaką mieszkańcy Piemontu stoczyli tu z wojskami francuskimi idącymi szlakiem z Valle Maira. Miejscowi zaskoczyli najeźdźców z Zachodu i dali im strasznego łupnia. W światku kolarskim przyjęła się jednak nazwa Fauniera, która de facto oznacza wierzchołek górski (2515 m. n.p.m.) znajdujący się na lewo od zakrętu tuż za pomnikiem Marco Pantaniego. Na szczyt dotarłem po przejechaniu 21,9 kilometra w czasie 1h 35:11 (avs. 13,8 km/h i VAM 969 m/h). O dziwo na stravie nie można znaleźć wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy zmierzony segment to odcinek 15,7 kilometra od skrętu na Canosio do przełęczy Esischie. Ten kawał drogi o przewyższeniu 1137 metrów przejechałem w 1h 10:00 (avs. 13,5 km/h i VAM 974 m/h) co daje mi 22 miejsce pośród 279 osób.

20150914_142826

20150914_143507

20150914_144011

Darek ten sam segment pokonał w 1h 24:52. Dzięki czemu jest tu sklasyfikowany na 89 miejscu. Wydaje mi się, że pojechał to wzniesienie z pewną rezerwą mając przed sobą jeszcze trudniejszy „orzech do zgryzienia”. Na przełęczy wiatr tak dokazywał, iż dla bezpieczeństwa lepiej było nie opierać roweru o barierki, skały czy wspomniany monument. Należało go położyć na ziemi, gdyż wtedy mógł nim co najwyżej szurać po podłożu. Po opróżnieniu kieszonek swej kolarskiej koszuli przekonałem się o różnicy ciśnień między doliną a przełęczą, gdy tylko ujrzałem jak bardzo napęczniało hermetyczne opakowanie ciastka zabranego ze śniadania. Swój zjazd na spodziewany bufet we wiosce Vernetti rozpocząłem dokładnie o 14:30. Mogłem się nie śpieszyć. Na górze Dario potwierdził, że zjeździe do Pradleves by późnym południem raz jeszcze pojawić się na Colle dei Morti. To oznaczało, że będzie miał do przejechania przeszło 20 kilometrów więcej niż ja. Turlałem się zatem spokojnie zatrzymując się przy byle okazji. Najpierw na wysokości Colle Vallonetto, potem nieco dłużej na Colle d’Esischie. Następnie wszędzie tam gdzie jakiś ładny widok przypadł mi do gustu i uznałem, że warto będzie zapisać na karcie telefonu. W górnej partii zjazdu spotkałem więcej świstaków niż na sobotniej Maddalenie. Jednego z tych gryzoni udało mi się nawet złapać na zdjęciu jak przystanął sobie na skałkach nieopodal wspomnianego gospodarstwa. Nie był to jednak koniec spotkań z miejscową fauną. Zanim dojechałem do Tolosano spotkałem na swej drodze najpierw dwa osły, zaś nieco niżej konia korzystającego z przydrożnego wodopoju. Z kolei na wysokości wspomnianej wioski nie dane mi było zrobić zdjęcia, bowiem za bardzo się mną zainteresowały psy z pewnego obejścia. Z niektórych wiraży miałem ładny widok na oddalony o kilkadziesiąt kilometrów szczyt Monte Viso (3841 m. n.p.m.). Do Vernetti zjechałem dopiero kwadrans przed szesnastą. Wjechałem pomiędzy wiekowe domy z kamienia i znalazłem sobie przyjemny przystanek na przy ławie przed lokalem zwanym Locanda Ceaglio. W poczuciu dobrze wykonanego zadania i celem posilenia się przed drugim wyzwaniem zamówiłem sobie kawkę i ciastko. Słonko ładnie przygrzewało. Takie luksusy potrafią człowieka rozleniwić. Nie specjalnie chciało mi się z tego miejsca ruszać. Ostatecznie opuściłem to przyjazne miejsce po około 20 minutach. Postój wykorzystałem też na „odchudzenie” swego stroju przed kolejną wspinaczką.

Z Vernetti do skrętu na Canosio miałem ledwie pół kilometra. Zastanawiałem się jeszcze na zjazdem do Ponte Marmora i zrobieniem podjazdu pod Vallone del Preit w pełnej wersji. Do dziennego przebiegu dodałbym sobie osiem kilometrów, w tym cztery pod górę o średnim nachyleniu 6,2%. Dzięki temu miałbym w swej kolekcji kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad tysiąca metrów. Niemniej w przeciwieństwie do nieustraszonego Darka, który zdecydował się na taki manewr w sobotę i to w dłuższej wersji, jakoś nie mam weny do męczenia się dwa razy jednego dnia na tym samym szlaku. O czekającym mnie teraz podjeździe po raz pierwszy usłyszałem, a w zasadzie przeczytałem we wrześniowym numerze Bicisport z roku 2009. W magazynie tym znalazłem reportaż z wyścigu Giro delle Valli Cuneesi, w którym najwięcej miejsca poświęcono na etap kończący się właśnie w tym miejscu. Wygrał go zaledwie 19-letni Fabio Felline, dziś kolarz z worldtourowej ekipy Trek-Segafredo. W sezonie 2013 uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu ponownie. Tym razem wygrał Gianfranco Zilioli, który tej zimy zamienił trykot Androni Giocattoli na barwy ekipy Nippo-Fantini. Ten podjazd w szosowej wersji kończy się obecnie na poziomie 2086 metrów n.p.m. To znaczy na wysokości powstałej w 1991 roku Azienda Agrituristica La Meja. Ostatni ponad 2-kilometrowy i najbardziej stromy kawałek asfaltu położono tu zapewne w roku 2008, albowiem gdy GdVC zawitała w te strony w roku 2007 etap zakończono we wiosce Preit (1540 m. n.p.m.). Wydana w lutym 2003 roku książka „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ wspomina, iż droga asfaltowa kończyła się wówczas na wysokości 1817 metrów n.p.m. przy osadzie Servino. Podjazd ten w jego skróconej wersji można podzielić na cztery części. Pierwsza to kilometrowy wstęp na dojeździe do Canosio. Dość łatwy odcinek o średnim nachyleniu 4,7%. Drugi segment to fragment z Canosio do Preit liczący 3,4 kilometra przy średniej 8,4 %, który zawiera m.in. 300-metrowy odcinek o nachyleniu 14% pod koniec trzeciego kilometra od rozjazdu. Trzeci fragment to przestrzeń między Preit i Servino o długości 3,5 kilometra i średniej 7,9%. Na dobicie pozostaje zaś finałowy odcinek 2,2 kilometra o niebagatelnej stromiźnie 12,1 %, który kończy się przy wspomnianym gospodarstwie rolnym na Altopiano della Gardetta.

Wystartowałem o godzinie 16:11. Ze stravy wynika, iż dosłownie minutę wcześniej Dario zaczął swą znacznie dłuższą od mojej wspinaczkę wschodnim szlakiem na Colle dei Morti. Czyżbyśmy po siedmiu latach wspólnych wypraw nabyli łączność telepatyczną? Dojazd do Canosio zgodnie z oczekiwaniami okazał się łatwy. Na polanie po prawej stronie drogi dojrzałem dziesięć wigwamów, lecz nie kręcili się wśród nich żadni Indianie. Z kolei po lewej stronie szosy Tak na wjeździe jak i wylocie z wioski przy szosie stały ludziki z napoleońskich kapeluszach. Tuż za Canosio droga znacząco się zwęziła. Po przejechaniu 2 kilometrów minąłem skręt na Colle San Giovanni (1621 m. n.p.m.). Gdybym skręcił tu w prawo to dotarłbym na to wzniesienie po przejechaniu 3,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4%. Jednak na wprost przed sobą miałem ciekawszy cel. Na trzecim kilometrze wspinaczki trzeba było się już bardziej wysilić. Najpierw 700 metrów o średniej 8,3%, a potem wspomniana już 300-metrowa stromizna. Pod koniec czwartego kilometra dwa pierwsze wiraże na wysokości Pian Preit. W połowie piątego kilometra byłem już we wiosce o tej samej nazwie. Odcinek czterystu metrów bezpośrednio za tą miejscowością był ostatnim miejscem na złapanie głębszego oddechu. Na 3-kilometrowym dojeździe do Servino droga trzyma bowiem już niemal cały czas na poziomie 8,6-8,9%. Na 5 kilometrów przed szczytem minąłem dużą tablicę, z którą bliżej zapoznałem się dopiero na zjeździe. Wynika z niej, że w każdy lipcowy i sierpniowy weekend oraz w pierwsze dwie niedziele września na tym finałowym odcinku asfaltowej drogi obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Po przejechaniu 6,3 kilometra przejechałem obok miejsca zwanego Grange Salvest, zaś niedługo potem minąłem kolejne dwa wiraże przy Grange Pratolungo (6,7 km). Najgorsze miało się zacząć dopiero na dziewiątym kilometrze. Tam pokonałem dwie pary wiraży pod tytułem w prawo i w lewo. Jednak zdecydowanie najtrudniejszy okazał się kilometr dziesiąty. Czekała tu na mnie najpierw prosta o długości 600 metrów, a potem dwa wiraże, zaś wszystko na stałym poziomie kilkunastu procent. Na ostatnich trzystu metrach minąłem polanę, na której trawkę skubały trzy górskie mustangi. W sumie przejechałem 10,3 kilometra w czasie netto 52:13. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 10,2 kilometra, który pokonałem w 51:22 (avs. 12,0 km/h i VAM 991 m/h). To jedenasty wynik na 97 dotychczas odnotowanych, a przy tym najlepszy ze wszystkich w sezonie 2015. Widać żaden as z Garminem w tym roku tu nie zaglądał. Co ciekawe 6 z 7 najlepszych czasów pochodzi z 29 lipca 2013 roku czyli ze wspomnianego etapu Giro delle Valli Cuneesi.

20150914_171555

Miejsce do którego dotarłem wygląda jak kawałek górskiego raju. Płaskowyż otoczony szczytami, z których najwyższa jest Rocca La Meja (2830 m. n.p.m.). Kamienista droga leci stąd jeszcze dalej w dwóch kierunkach: na wprost i w prawo. Ta druga pnie się do góry jeszcze przez cztery kilometry z hakiem. Gdybym dojechał tu na góralu lub choć na przełajówce mógłbym kontynuować wspinaczkę i dotrzeć do Rifugio Gardetta (2335 m. n.p.m.), a nawet na Passo della Gardetta (2437 m. n.p.m.). Jednak tego dnia w pełni zadowolił mnie kolejny zdobyty „dwutysięcznik”. Dodam, że góra ta miała średnie nachylenie 8,7 % i przewyższenie 891 metrów. Taki finał poprzedzony podjazdem pod Colle dell’Esischie od Pradleves lub wspinaczką pod Colle delle Morti od Demonte byłby godny królewskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej ze względów logistycznych tak się chyba nigdy nie stanie. Niestety za mało tu miejsca na rozlokowanie karawany wielkiego wyścigu. Może to i lepiej. Pewnych skarbów natury warto nie zadeptywać. Po trwającym godzinę zjeździe do samochodu w Ponte Marmora dotarłem kwadrans po osiemnastej. Na przyjazd Darka czekałem przeszło godzinę. Nie bez przyczyny. Mój kolega miał znacznie trudniejsze zadanie do wykonania. Jak wspomniałem aby wrócić na Colle dei Morti musiał pokonać 21,9 kilometra o średniej stromiźnie 7,6 % i amplitudzie 1658 metrów. Ale to jeszcze nic. Ostatnie 15 kilometrów tego wzniesienia, powyżej wioski Campomolino trzyma tam na średnim poziomie 9 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 14%. Dodam, że na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów obejmujących kilkaset wzniesień ta góra zajmuje siódme miejsce. Najciekawszym dla oka miejscem na szlaku Darka było znajdujące się na wysokości 1761 metrów n.p.m. Santuario di Santo Magno. Pomimo zmęczenia pierwszą wspinaczką Dario trzymał fason. Całą górę pokonał w czasie 1h 48:25. Na pierwszych kilometrach jechał z rezerwą, gdy zrobiło się stromo depnął już mocniej. Według stravy przeszło 14-kilometrowy segment pomiędzy Campomolino a Colle dei Morti pokonał w czasie 1h 22:12 przy średniej prędkości 10,6 km/h i VAM 936 m/h. Dało mu to 195 miejsce pośród 945 osób. Mój kolega na obu zboczach Fauniery przejechał w sumie 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3200 metrów. W porównaniu z nim miałem stosunkowo luźny dzień. Mój licznik zatrzymał się po 64 kilometrach. Przy tym w pionie pokonałem „tylko” 2419 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Monte Ray

Autor: admin o niedziela 13. Wrzesień 2015

Prognozy pogodowe na niedzielę były jak najgorsze. Miało padać niemal przez cały dzień. W trakcie kilkudniowego przystanku pod Cuneo zostały nam jeszcze do zrobienia wycieczki do Valle Maira i Valle Gesso. Ta pierwsza oznaczała wspinaczkę na niebotyczną Faunierę, więc przy „pogodzie pod psem” była wykluczona. Tym samym nie musiałem się specjalnie zastanawiać jakie tereny możemy zwiedzić w ramach ósmego etapu tej podróży. Poza tym do doliny Gesso mieliśmy całkiem blisko dzięki czemu mogliśmy dłużej niż zwykle zwlekać z wyruszeniem z domu. Postanowiliśmy przeczekać opady. Łudziliśmy się, iż może skończą się do południa. Niestety wczesnym popołudniem wciąż siąpiło. W tej sytuacji Darek postanowił, że tego dnia nie wychyli nosa poza progi „B&B Il Melograno”. Ja podjąłem śmiałą decyzję uratowania choćby części swego oryginalnego planu na wspomnianą dolinę. Doświadczenie nauczyło mnie przez lata, że czasami warto podjąć takie ryzyko, albowiem zrazu podła aura może się zlitować nad żądnym przygód śmiałkiem. Jakiż zatem magnes skłaniał mnie do wycieczki w te strony pomimo okoliczności sugerujących by nie wyjeżdżać z Borgo San Dalmazzo? Na szosach Valle Gesso miałem do wyboru pięć nieznanych mi dotąd wzniesień, z czego cztery na terenie Parco Naturale Alpi Marittime. Dwa z nich wydały mi się całkiem interesujące. Uznałem, iż jeśli tylko pogoda pozwoli to zmierzę się z podjazdami pod Lago delle Rovine (1540 m. n.p.m.) oraz Monte Ray (1828 m. n.p.m.). Tą pierwszą wspinaczkę o długości 12,5 kilometra przy średniej 5,8% i przewyższeniu 734 metrów mogłem sobie jeszcze znacząco przedłużyć. Otóż wjeżdżając pod koniec owej wspinaczki na boczną drogę służącą pracownikom koncernu energetycznego ENEL mógłbym dotrzeć do brzegów Lago del Chiotas, jeziora położonego na wysokości 1978 metrów n.p.m. Aby tego dokonać musiałbym przejechać dodatkowe 5,2 kilometra przy średniej 8,4%, z czego 1100 metrów w tunelu. Zadanie jak najbardziej do wykonania, acz nie wiedziałem czy starczy mi na nie czasu. Dodatkową nagrodą za ten ekstra wysiłek mógł być widok na pobliską Monte Argentera (3297 m. n.p.m.), najwyższą górę Alp Nadmorskich.

Przed trzynastą opuściłem naszą bazę by spróbować swego szczęścia. Nie zakładałem pustego przebiegu. Uznałem, że nawet przy marnej pogodzie coś sobie wywalczę. To znaczy zaliczę jedną premię górską i jakoś tam stoczę się później do auta. Założyłem sobie dojazd do oddalonej o 18 kilometrów miejscowości Entracque. Wyjeżdżając z miasta musiałem znaleźć biegnącą na południowy-zachód drogę SP22. Potem minąłem miejscowość Valdieri gdzie przed siedmioma laty zaczynałem ostatni z pięciu podjazdów na trasie maratońskiego GF Fausto Coppi. Dwa kilometry dalej skręciłem na południe by po przejechaniu jeszcze kilometra odbić w lewo ku miasteczku, w którym zamierzałem się wypakować. Ostatecznie zmieniłem jednak plany i postanowiłem dotrzeć do równoległej SP San Giacomo, która na miejscu wydała mi się bardziej naturalnym miejscem na start do obu wybranych wspinaczek. Przejechawszy obok restauracji Vecchio Mulino dotarłem w rejon elektrowni wodnej i zapory na Lago della Piastra. Znalazłem tam duży parking, na którym postanowiłem zostawić samochód. To była lokalizacja u podnóża Monte Ray, więc uznałem że swój ósmy etap zacznę jednak od tego wzniesienia. Poza tym jako krótsze z dwojga dawało ono większą szansę na przejazd tzw. suchą szosą. Jednak zanim wskoczyłem na rower wolałem jeszcze zbadać okolicę by wybrać punkt startu do dłuższej wyprawy na Lago delle Rovine lub Chiotas. W tym celu zjechałem przeszło trzy kilometry w stronę wioski Tetti Miclot. Zdecydowałem że drugi podjazd zacznę na wysokości niespełna 820 metrów n.p.m. tzn. od rozjazdu pomiędzy SP22 i SP San Giacomo. Ułożywszy sobie w głowie pomysł na spędzenie kilku najbliższych godzin wróciłem na wspomniany parking aby przygotować się do jazdy. Los zdawał mi się sprzyjać. Niebo było owszem zachmurzone, ale nie padało. Co więcej tu i ówdzie przez chmury przedzierało się słońce. Dla lepszego efektu wspinaczkę pod Monte Ray postanowiłem zacząć z najniższego miejsca w zasięgu mego wzroku czyli spod bramy Elektrowni im. Luigi Einaudi.

Według „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ten podjazd ma 10,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,6% i max. 11%. Do pokonania w pionie miałem mieć 898 metrów. Tym niemniej już przed startem dodałem sobie blisko pół kilometra drogi i przeszło dwadzieścia metrów przewyższenia. Wystartowałem o godzinie 13:37. Po przejechaniu przeszło trzystu metrów wróciłem na drogę SP San Giacomo, by po kolejnych dwustu odbić w prawo. Tym samym wjechałem na Strada Comunale Rovine. Niemniej to jeszcze nie był czas na spotkanie z tą górą. Bardzo szybko tzn. po niespełna siedmiuset metrach od startu musiałem z niej zjechać wykonując zakręt w prawo o 180 stopni ku Strada Comunale Monte Ray. Dostępu do niej bronił biało-zielony szlaban podobny do tego bywalcy kaszubskich tras znają z podjazdu pod zbiornik w Czymanowie. Czekał mnie trudny, ale bardzo regularny podjazd. Tylko pierwszy kilometr można tu uznać za stosunkowo łatwy. Dziesięć kolejnych trzyma niemal cały czas na poziomie powyżej 8%, zaś najtrudniejszy tzn. przedostatni ma średnio 9,2%. Z drugiej strony brak tu szczególnie stromych ścianek, zaś trudy wspinaczki odrobinę ułatwiają liczne wiraże. Powyżej parkingu jest ich w sumie piętnaście, rozlokowanych przede wszystkim w dolnej i górnej tercji całego wzniesienia. Droga jest wąska i nie miejscami przybrudzona żwirem, liśćmi oraz drewnem. Tym niemniej bardzo spokojna. Podczas swego przejazdu nie napotkałem żadnego samochodu, a jedynie na drugim kilometrze spotkałem spacerujące starsze małżeństwo. Według mej lektury łatwiej tu spotkać górskie kozice i koziorożce niż ludzi. Mogłem się o tym zresztą naocznie przekonać biorąc jeden z zakrętów w górnej partii wspinaczki. Oprócz kozicy natknąłem się tu również na śmigającą po szosie salamandrę plamistą czyli czarnego płaza upstrzonego żółtymi plamami. W końcówce podjazdu przebijając się przez gęste chmury musiałem uważać na kamienie leżące na drodze. Podjazd zakończył się na zakręcie w lewo obok niewielkiej stacji meteorologicznej spod znaku Brigata Alpina Taurinense. Ja odczytałem pomiary ze swego licznika. Było tu ledwie 12 stopni.

Wspinaczkę zakończyłem przejechawszy 10,9 kilometra w czasie netto 53:21 (avs. 12,4 km/h). Na stravie opracowano segment o długości 10,3 kilometra rozpoczynający się od wspomnianego szlabanu. Ten zasadniczy fragment wzniesienia pokonałem w czasie 50:25 (avs. 12,3 km/h i VAM 1078 m/h) co daje mi obecnie 11 miejsce na 46 sklasyfikowanych tu osób. Zatrzymawszy się dostrzegłem przed sobą wierzchołek Monte Ray (2318 m. n.p.m.). Jeszcze ładniejszy widok miałem na inny szczyt po wschodniej stronie doliny. Niemniej zanim przebrałem się na zjazd i wyjąłem telefon by strzelić te kilka fotek naszły chmury i nie było już czego podziwiać z tej miejscówki. Obawiałem się, że wkrótce „klimat” do jazdy może się pogorszyć. Czym prędzej rozpocząłem więc ostrożny zjazd. Na pierwszych kilometrach ledwie turlałem się w dół ze względu na bardzo ograniczoną widoczność. Dopiero w połowie zjazdu warunki poprawiły się na tyle, że robienie zdjęć nabrało większego sensu. Najładniejszym z zapamiętanych obrazków był widok tamy powstrzymującej lazurowe wody Lago della Piastra. Poza tym złapałem też w obiektywie wspomniane Entracque. Praktycznie udało mi się zjechać na sucho, acz tu i ówdzie postraszyły mnie krople deszczu. Na parking dotarłem o wpół do czwartej. Rower oparłem o barierkę, zaś sam wsiadłem do auta aby zrobić sobie w nim zrobić krótką strefę bufetę. To znaczy zjeść parę kostek czekolady i wypić kawę z termosu. Przy okazji miałem nieco się ogrzać i zmienić spoconą koszulę na suchą. Następnie chciałem wrócić na rower i zjechać trzy kilometry w dół SP San Giacomo by od upatrzonego rozjazdu podjechać przynajmniej do Lago delle Rovine. Niemniej na przekór tym planom rozpętała się górska ulewa. Z początku miałem nadzieję, że skoro pada intensywnie to szybko się ów opad skończy. Godzina była względnie młoda, więc mogłem poczekać. Siedziałem zatem w aucie słuchając płyty AC/DC i patrząc jak moknie mi rower. Po godzinie straciłem nadzieję, że niebosa się nade mną zlitują. Musiałem zadowolić się jedną premią górską. Jednak w tych warunkach nie było co wybrzydzać. Tego dnia przejechałem zatem tylko 22 kilometry o przewyższeniu 938 metrów czyli na półmetku wyprawy trafił mi się dzień ulgowy. Darek jak już wspomniałem postawił na pełną regenerację. W trakcie mej nieobecności nie narzekał na brak towarzystwa. W porze sjesty wpadł do niego z niezapowiedzianą wizytą kot sąsiadów.

 

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Maddalena & San Bernolfo

Autor: admin o sobota 12. Wrzesień 2015

Po dwóch wycieczkach na północ prowincji Cuneo nie miałem ochoty trzeci raz z rzędu ruszać autem w tą samą stronę. Zresztą jedynym powodem do kolejnego takiego wyjazdu z naszej bazy noclegowej w Borgo San Dalmazzo byłaby wyprawa na Faunierę (alias Colle dei Morti). Niemniej do udanej wycieczki z tą przełęczą w roli głównej potrzebowaliśmy wybornej pogody. Czekałaby nas bowiem wspinaczka na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. Sobotnia aura była już całkiem przyzwoita, lecz do ideału jeszcze sporo jej brakowało. Dlatego też uznałem, że będzie to właściwy dzień na zmierzenie się z premiami górskimi w dolinie Valle Stura di Demonte. Dla mnie głównym daniem miał być przeszło 30-kilometrowy podjazd na graniczną przełęcz Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.). Natomiast w ramach dokładki chciałem podjechać do górskiej osady San Bernolfo (1702 m. n.p.m.) powyżej uzdrowiska Bagni di Vinadio. Normalnie wzniesieniem tego typu co piemoncka „Magdalena” raczej bym się nie zainteresował. Podjazd ten ma marne średnie nachylenie rzędu 3,5%. Tym niemniej były trzy ważkie powody aby uczynić wyjątek od reguł swej selekcji. Argumenty natury sportowej, geograficznej jak i historycznej. Po pierwsze choć jest on bardzo łagodny to ma w ofercie przeszło 1000 metrów przewyższenia. Po drugie chciałem zdobyć kolejną przełęcz na granicy włosko-francuskiej. Tym bardziej, że od włoskiej strony wdrapałem się już niemal na wszystkie. Rozpocząłem to zwiedzanie w czerwcu 2008 roku „lepką” wspinaczką pod Colle dell’Agnello. Następnie w lipcu 2010 roku wjechałem na Piccolo San Bernardo, Colle della Lombarda i Colle di Tenda, zaś w sezonie 2013 na dziesiątym etapie Route des Grandes Alpes opuściłem Italię szlakiem przez Colle del Moncenisio. Do kompletu brakowało mi więc tylko Maddaleny oraz najłatwiejszej ze wszystkich siedmiu dróg ku owej granicy czyli Colle del Monginevro. Na tej ostatniej byłem jednak dwukrotnie tyle że podjechawszy od strony francuskiej. A zatem jedynie „Magdalena” była mi dotąd kompletnie nieznana. Trzecim i najważniejszym powodem aby ją w końcu odwiedzić był motyw historyczny. Ta góra ma swoje ważne miejsce w historii włoskiego kolarstwa. Stało się tak za sprawą wyczynu „Campionissimo” Fausto Coppiego.

Jak wiadomo największy z włoskich mistrzów w ciągu swej 20-letniej kariery zawodowej wygrał wiele prestiżowych wyścigów. Niemniej jego legendę zbudowała nie tyle ich ilość co jakość. Wrażenie robił przede wszystkim styl w jakim potrafił zwyciężać. Dla przykładu Milano – San Remo 1946 zwyciężył po blisko 150-kilometrowym rajdzie z przewagą równo 14 minut na drugim zawodnikiem. Tour de France z roku 1952 wygrał z przewagą ponad 28 minut nad Belgiem Stanem Ockersem. Natomiast po swój jedyny tytuł mistrza świata na szosie sięgnął w sezonie 1953 gdy na trasie wokół Lugano zdystansował najbliższego ze swych rywali o ponad 6 minut. Niemniej nawet te wyczyny bledną przy tym czego „L’Airone” dokonał 10 czerwca 1949 roku na trasie 254-kilometrowego etapu Giro d’Italia z Cuneo do Pinerolo. Na odcinku tym trzeba było pokonać aż pięć premii górskich czyli przełęcze: Maddalena, Vars, Izoard, Montgenevre i Sestriere. Coppi zaatakował już pod koniec pierwszego podjazdu podczas przejazdu przez miejscowość Argentera. I tyle go rywale widzieli. Po solowej ucieczce na dystansie 192 kilometrów dotarł do mety z przewagą 11:52 nad wielkim Gino Bartalim! Jako trzeci finiszował Alfredo Martini (przyszły selekcjoner włoskiej kadry), który wraz z trzema innymi zawodnikami stracił aż 19:14! Natomiast dotychczasowy lider wyścigu czyli Adolfo Leoni dotarł do mety na ósmym miejscu z bagażem 23:37! To tego dnia Mario Ferretti sprawozdawca z radia RAI wypowiedział słynne słowa „Samotny człowiek na prowadzeniu, jego koszulka biało-błękitna, nazywa się Fausto Coppi”. W późniejszych latach organizatorzy Giro jeszcze dwukrotnie zorganizowali górskie etapy na identycznej trasie. W 1964 roku wygrał go Franco Bitossi z przewagą 1:58 nad 6-osobową grupą z Vittorio Adornim i Giannim Mottą na czele. Przy tej okazji jako pierwszy ma przełęcz Maddalena wjechał Italo Zillioli. Natomiast podczas edycji z roku 1982 do mety w Pinerolo dojechała 13-osobowa grupka. Na finiszu Giuseppe Saronni wyprzedził Bernarda Hinault i Szweda Tommy Prima. Początek etapu musiał być leniwy, skoro na premii górskiej pierwszy pojawił się szwajcarski sprinter Urs Freuler. Dodam, że Coppiemu przejechanie tego maratońskiego odcinka zajęło 9h 19:55. Bitossi wyrobił się już w czasie 8h 22:09, zaś Saronni finiszował po upływie 7h 35:49. Ciekawe co bardziej sprzyjało coraz szybszej jeździe peletonu: lepsze metody treningowe, postęp techniczny w zakresie sprzętu czy też lepsza jakość drogowej nawierzchni?

Po raz czwarty i ostatni jak dotąd Maddalena pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1996 na znacznie krótszym etapie z Santuario di Vicoforte do francuskiego Briancon. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się wtedy Mariano Piccoli, zaś etap wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty o przeszło 40 sekund wyprzedził Claudio Chiappuciego i Baska Abrahama Olano. A zatem umówiłem się na spotkanie z Maddaleną ze względu na jej ciekawą przeszłość. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to co mnie mogło przekonać tej wycieczki pomimo oczywistych niedostatków tej góry niekoniecznie musiało przemawiać do Darka. Na szczęście miałem dla swego wspólnika do przerobienia bardzo ciekawy temat zastępczy w postaci bardziej stromych podjazdów pod Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) i Sant’Anna di Vinadio (2010 m. n.p.m.). Tym samym tego dnia mieliśmy dwa zupełnie rozbieżne plany zajęć, acz ze wspólnym miejscem startu na rozdrożu jakiś kilometr za Vinadio. Miejscowości słynącej z fortu Albertino wybudowanego w pierwszej połowie XX wieku za czasów Królestwa Sardynii. Aby dotrzeć na start naszego siódmego etapu musieliśmy przejechać blisko 30 kilometrów w kierunku zachodnim niemal cały czas po „krajówce” SS21. Po drodze minęliśmy m.in. miasteczko Demonte, w którym zaczyna się południowy podjazd pod słynną Faunierę prowadzący przez pośrednią przełęcz Valcavera. Z tym wielkim wzniesieniem poradziliśmy sobie już dwa lata wcześniej na ósmym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Tym razem zadania mieliśmy łatwiejsze. Moja pierwsza premia górska czyli Maddalena miała mieć długość 31,4 kilometra o średnim nachyleniu 3,5% i przewyższeniu 1110 metrów. Przełęcz, która była moim celem stanowi naturalną granicę pomiędzy położonymi na południu Alpami Nadmorskimi (Alpi Marittime) oraz biegnącymi na północ Alpami Kotyjskimi (Alpi Cozie). Natomiast w ujęciu wschód-zachód łączy ona włoską dolinę Valle Stura di Demonte z francuską Val d’Ubaye. Warto przy tym dodać, że Francuzi swoją „Magdalenę” mają w Sabaudii pomiędzy dolinami Tarentaise i Maurienne, zaś tą przełęcz na granicy z Italią znają pod nazwą Col de Larche. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na małym parkingu w pobliżu mostku nad Sturą. Jako pierwszy do boju ruszył Dario wjeżdżając na drogę SP255 prowadzącą ku wiosce Pratolungo i wyżej ku granicy francuskiej lub wspomnianego sanktuarium.

Ja wystartowałem o godzinie 11:49 przy temperaturze 21 stopni. Pierwsze trzy kilometry były niemal płaskie tzn. z nachyleniem zaledwie 1,8%. Dalej podobne odcinki „falsopiano” przeplatały się z segmentami o umiarkowanej stromiźnie. Długo nie miałem powodu do tego by zrzucić łańcuch na małą tarczę. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem Pianche, gdzie miałem się zatrzymać w drodze powrotnej. Tu droga krajowa nr 21 skręca na północ. Na szóstym kilometrze pokonałem pierwszy solidny fragment wspinaczki czyli 700 metrów o średniej 5,7%. O tym jak łagodna to góra najlepiej niech świadczy fakt, że na pierwszych 25 kilometrach podjazdu był to najbardziej „stromy” odcinek. Zresztą maksymalna stromizna na tym wzniesieniu to tylko 9%. Jechałem więc szybko mijając Sambuco (8,2 km) i Pietraporzio (12,4 km). Na piętnastym kilometrze zataczając szeroki łuk objechałem miejscowość Pontebernardo, w której urodziła się słynna narciarka Stefania Belmondo. Ta filigranowa biegaczka podczas kilkunastoletniej kariery zawodowej zdobyła dwa złote medale olimpijskie, z czego pierwszy w Albertville, zaś drugi dziesięć lat później w Salt Lake City. Poza tym wywalczyła cztery tytuły mistrzyni świata oraz wygrała 21 biegów pucharowych. Na półmetku czyli po przebyciu 15,7 kilometra wjechałem do tunelu o długości 830 metrów. Tuż za nim przejechałem przez dwa wiraże, zaś tuż przed Bersezio (21,1 km) przez cztery kolejne. Na tych krętych odcinkach nachylenie znów nieznacznie przekroczyło 5%. Minąłem wyciągi stacji Pie del Beu i wkrótce miałem już przed sobą Argenterę (24,6 km), na terenie której wprowadzono ruch wahadłowy. Dopiero powyżej tej wioski zaczyna się ciekawsza wspinaczka. Na kolejnych pięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi bowiem 5,5%. Na tym odcinku trzeba pokonać 14 ze wszystkich 21 serpentyn. Spokojnie zrobiło się znów na wysokości Lago dell’Argentera. Na koniec pozostał mi jeszcze delikatny podjazd na ostatnich 400 metrach. Ostatecznie dotarłem na przełęcz po przejechaniu 31 kilometrów w czasie 1h 27:55 (avs. 21,2 km/h). Na stravie moje wyniki wyglądają całkiem nieźle. Dolny odcinek o długości 14,4 kilometra od startu do Pontebernardo przejechałem w 38:51 (avs. 22,3 km/h i VAM 693 m/h) co jest 33 wynikiem pośród 254 zarejestrowanych. W górnej partii było jeszcze lepiej. Na segmencie liczącym 14,2 km od wyjazdu z tunelu do samej przełęczy uzyskałem wynik 42:38 (avs. 20,1 km/h i VAM 804 m/h) co daje mi 6 miejsce na 300 osób. To się nazywa finisz.

Na górze było 16 stopni. Po lewej stronie drogi stoi tu włoskie Rifugio della Pace, zaś po prawej dla równowagi francuski sklep z pamiątkami. Nieco niżej znajduje się kamienny pomnik poświęcony Coppiemu wraz z nieśmiertelną frazą wypowiedzianą przez włoskiego radiowca. Na przełęczy spędziłem ledwie 10 minut. Na nieco dłuższą chwilę zatrzymałem się dopiero w Ristorante del Lago. To znaczy niewielkim barze położonym jakieś 700 metrów przed granicą. Zamówiłem tam ciastko i kawę aby posilić się przed długim zjazdem. Zważywszy na łagodny profil tego wzniesienia w drodze powrotnej musiałem częściej niż zwykle przekręcić korbami. Jechałem jednak spokojnie by jak najwięcej sił zostawić sobie na drugi z sobotnich podjazdów. Wielokrotnie zatrzymywałem się aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Szczególnie na krętym odcinku powyżej Argentery było ku temu wiele okazji. Na tym wysokogórskim odcinku udało mi się dojrzeć kilka świstaków. Zazwyczaj te płochliwe zwierzaki tylko słychać, a nie widać. Niemniej tu czuły się na tyle pewnie, że można je było spotkać nawet przemykające po szosie. Po przeszło 27-kilometrowym zjeździe kilka minut przed piętnastą zatrzymałem się w Pianche. Tu miałem zacząć podjazd pod drugą ze swych premii górskich. Na pustym przystanku autobusowym przy drodze SS21 przygotowałem się do tej wspinaczki. To znaczy zdjąłem warstwy odzienia przydatne jedynie na odcinku zjazdowym. Czekał mnie teraz przeszło 10-kilometrowy podjazd do górskiej wioski San Bernolfo (1657 m. n.p.m.). Według danych z „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ma on długość 10,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,5% i max. 12%. Do pokonania miałem mieć co najmniej 701 metrów przewyższenia. Na miejscu okazało się jednak, że ten podjazd kończy się na wysokości 1702 metrów n.p.m. Niemniej moja nadwyżka nie ograniczyła się wyłącznie do owych 45 metrów o czym za chwilę. Wystartowałem o godzinie 15:02. Na pierwszych kilometrach nie jechało mi się dobrze. Czułem, że długi i przejechany mocno (na twardym przełożeniu) podjazd pod Maddalenę wszedł mi w nogi. Poza tym co tu dużo mówić początek wspinaczki do San Bernolfo do łatwych nie należy. Pierwsze półtora kilometra na drodze SP238 ma bowiem średnie nachylenie na poziomie 8%. Odpocząć mogłem w końcówce drugiego kilometra, gdzie rozpoczyna się kilkusetmetrowy odcinek „falsopiano”. W początkach trzeciego i czwartego kilometra droga dwukrotnie przeskoczyła nad wodami potoku Corborant.

Pod koniec trzeciego kilometra musiałem pokonać 600-metrowy segment o nachyleniu 9%. Wkrótce przejechałem pod czterema galeriami osłaniającymi drogę przed zimowymi lawinami i przebiłem się przez dwa krótkie, acz nieoświetlone tunele. W połowie piątego kilometra minąłem budynek uzdrowiska Terme di Vinadio, zaś dwieście metrów dalej dojechałem do rozdroża. Wydawało mi się naturalne, że powinien tu odbić w prawo. Po pierwsze był to szlak prowadzący do centrum Bagni di Vinadio, a po drugie w przeciwieństwie do alternatywnej drogi na wprost wiodła ona pod górę. Ten wybór okazał się jednak błędem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Do prawdziwego podjazdu pod San Bernolfo dodałem sobie blisko trzy kilometry ostrej wspinaczki ku wiosce Besmorello i wyżej aż do końca asfaltowej drogi na wysokości niemal 1550 metrów n.p.m. Wróciwszy do rozdroża wiedziałem już gdzie muszę jechać. Pierwsze 200 metrów prowadziło w dół, zaś kolejne 500 tylko delikatnie pod górę. Po minięciu Strepeis do przejechania pozostało mi jeszcze 5,5 kilometra. Ten finałowy odcinek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to umiarkowane 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,7% kończący się na wysokości osady Callieri. Drugi to już bardzo wymagające 2,8 kilometra o stromiźnie 9,5%. Na czterysta metrów przed finałem skręciłem w prawo ku zabudowaniom San Bernolfo. W lewo z tego miejsca odchodzi gruntowa ścieżka ku Rifugio De Alexandris Foches znajdującego się na wysokości 1910 m. n.p.m. Po dotarciu do wioski skręciłem jeszcze w lewo by dotrzeć do ostatnich metrów asfaltu. Zatrzymałem się po przejechaniu 16,8 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 15,2 km/h). Niemniej to mniej istotne bo obejmuje także 3-kilometrowy zjazd. Ustaliłem swój wynik na San Bernolfo z połączenia dwóch połówek właściwego wzniesienia. Wyszło mi, że dystans 10,9 kilometra przejechałem w czasie 44:34 (avs. 14,7 km/h). Natomiast na stravie znalazłem segment od Pianche do Bagni di Vinadio czyli 4,3 kilometra przejechane w 17:40 (avs. 14,9 km/h i VAM 925 m/h) co jest 22 wynikiem na liście obejmującej 84 pozycje oraz odcinek 4,7 kilometra od Strepeis do rozdroża tuż przed wioską pokonany w czasie 21:23 (avs. 13,3 km/h i VAM 1024 m/h). Na tym górnym odcinku „prowadzi” profi z Team Sky Ian Boswell. Ja jestem trzeci pośród 30 osób. Co ciekawe dopiero ósmy na tym segmencie jest Joe Dombrowski z Cannondale-Garmin, który najwyraźniej kręcił na tej górze tylko jedną nogą.

Po blisko 11-kilometrowym zjeździe i niemal 4-kilometrowy odcinku w dolinie dotarłem do naszego parkingu jakiś kwadrans po siedemnastej. W tym samym czasie Darek zwiedzał jeszcze sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Czekając na swego kompana cieszyłem się z wiadomości otrzymywanych z kraju. To znaczy z sms-ów od Iwony i Jurka Plietha, a także telefonu mojej siostry Karoliny. Wszyscy oni donosili mi o ciekawym przebiegu przedostatniego etapu Vuelty. Wszystko wskazywało na to, że Rafał Majka wskoczy jednak na generalne podium hiszpańskiego touru i to być może nawet na drugi jego stopień. Na mego wspólnika przyszło mi czekać równo godzinę, albowiem Dario zagrał Vabank. Zaproponowałem mu ostrożny plan czyli podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) oraz następnie po 8-kilometrowym zjeździe skręt ku Sant’Anna di Vinadio (2017 m. n.p.m.) i pokonanie odcinka 2,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3%. Niemniej mój przyjaciel nie zadowolił się takimi półśrodkami. Pomimo, że droga na przełęcz Lombarda i ku wspomnianemu Santuario jest wspólna przez pierwsze 13 kilometrów to postanowił on pokonać oba te wzniesienia w pełnej wersji. Tym samym dwukrotnie jednego dnia pokonał ten sam kawał góry i to za drugim razem znacznie szybciej niż na rozpoznaniu terenu. Poniekąd powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Adama Kowalskiego i Tomka Buszty na drodze z Sondrio do Chiareggio i Diga di Campomoro. Zaliczył najpierw podjazd o długości 20,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1453 metrów przetestowany na Tour de France w 2008 roku. Następnie zmierzył się z wzniesieniem o długości 15,3 kilometra przy średniej 7,5% i amplitudzie 1148 metrów. Co więcej dojechawszy do Sant’Anna di Vinadio dotarł jeszcze do końca obu asfaltowych dróg ponad tą miejscowością tzn. północnej na wysokość 2049 m. n.p.m. i południowej na 2068 m. n.p.m. W sumie na siódmym etapie przejechał 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu ponad 2600 metrów. Ja tego dnia pokonałem co prawda dystans 89,5 kilometra, lecz o amplitudzie „tylko” 2096 metrów. Kilka tygodni po naszej wizycie w tych stronach organizatorzy Giro d’Italia ogłosili, że przedostatni etap 99. edycji tego wyścigu prowadził będzie z francuskiego Guillestre do Sant’Anna di Vinadio m.in. przez przełęcz Lombarda, acz pokonywaną od zachodniej strony. Warto dodać, że to najwyżej położone sanktuarium Starego Kontynentu miało już gościć uczestników Giro w roku 2001. Niemniej w rozegraniu owego etapu przeszkodził nocny nalot służb antydopingowych na hotelowe pokoje kolarzy w San Remo.

20150912_134549

20150912_142533

20150912_172655

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Ciabra & Sampeyre N

Autor: admin o piątek 11. Wrzesień 2015

Piątek nie przyniósł nam znaczącej poprawy jeśli chodzi o warunki pogodowe. Temperatura w okolicach 20 stopni i niebo raczej pochmurne. Niemniej jak śpiewał Eric Idle w „Żywocie Briana” trzeba spoglądać na jasną stronę życia. Dla nas takim plusem był już brak deszczu. Wyspaliśmy się do woli, zjedliśmy śniadanie i przed jedenastą ruszyliśmy w drogę. Kolejny raz pojechaliśmy na północ. Tym razem ku Valle Varaita. W dolinie tej byłem już wcześniej dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku gdy wraz z Piorkiem Mrówczyńskim wybraliśmy się na Colle dell’Agnello i dwa dni później gdy obaj ścigaliśmy się w blisko 250-kilometrowym Gran Fondo Fausto Coppi. Po pięciu latach wróciłem w te strony w zacnym towarzystwie: Piotra, Darka, Adama Kowalskiego i Romka Abramczyka. Naszą bazą noclegową po ósmym etapie Route de Grandes Alpes była bowiem wioska Borgata Villar położona cztery kilometry na zachód od miasteczka Sampeyre. W ostatnim ćwierćwieczu profesjonalny peleton przemierzał tą dolinę ośmiokrotnie. Począwszy od roku 1993 Giro d’Italia złożyło w tej okolicy w sumie sześć wizyt. Trzy przy okazji transgranicznych etapów do Briancon lub Les Deux Alpes, zaś trzy kolejne gdy mety górskich odcinków świadomie lub z konieczności (przy gorszej pogodzie) wyznaczano w Chianale. Tour de France zajrzał w te strony dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku zjechał tędy na etapie z Embrun do Pratonevoso, zaś trzy lata później podjechał ku przełęczy Anioła na odcinku prowadzącym z Pinerolo na Col du Galibier. Ponieważ Colle dell’Agnello mieliśmy już zaliczone nie planowaliśmy kolejnej wspinaczki na to najwyższe przejście graniczne w całych Alpach. Zawczasu przygotowałem dla nas inne atrakcje. To znaczy dwie wspinaczki o przewyższeniu ponad tysiąca metrów, w tym jedną na wysokość niemal 2300 metrów n.p.m. Na pierwsze danie mieliśmy „połknąć” Colle della Ciabra (1723 m. n.p.m.), zaś na drugie „zjeść” Colle di Sampeyre (2284 m. n.p.m.). To powinno było zaspokoić nasz głód górskich przygód. Aczkolwiek przyznam, iż w głowie świtał mi jeszcze pomysł na lekkostrawny deser czyli niespełna 10-kilometrowy podjazd z Casteldelfino do Sant’Anna di Bellino (1842 m. n.p.m.). Jako, że szósty etap mieliśmy zacząć od wjazdu na przełęcz Ciabra w ramach zwyczajowego transferu samochodowego musieliśmy dojechać do Brossasco. Tym razem z drogi krajowej SS589 przyszło nam zjechać na wysokości Costigliole Saluzzo. Po chwili byliśmy już w Piasco gdzie wjechaliśmy na drogę SP8 wiodącą w głąb Valle Varaita.

Po dotarciu do upatrzonego wcześniej miasteczka zatrzymaliśmy się na pustym parkingu przed miejscowym motelem. Podobnie jak dzień wcześniej wystartowaliśmy po południu, acz tym razem o całą godzinę szybciej niż w czwartek bo o 12:10. Jakby nie patrzeć był to jakiś organizacyjny postęp. Szybko okazało się, że nasz pierwszy podjazd nie zaczyna się w samym Brossasco, lecz niespełna trzy kilometry dalej na zachód w miejscu zwanym Ponte Valcurta. Tym samym w ramach niezamierzonej rozgrzewki przejechaliśmy odcinek 2600 metrów o przewyższeniu 40 metrów. Zaraz za wspomniany mostem skręciliśmy w prawo ku bocznej dolinie Valmala. Jej nazwę można sobie przetłumaczyć jako „Zła Dolina”. W dawnych wiekach cieszyła się ona złą sławą, albowiem jej niedostępne tereny były siedzibą lokalnych zbójów. Pewne wydarzenie z pierwszej połowy XIX wieku odmieniło jej losy. W sierpniu i wrześniu 1834 roku miejscowym pasterzom miała się tu wielokrotnie objawić Matka Boska. Rozpoczęły się pielgrzymki do miejsca owego widzenia, zaś w 1851 roku powstało okazałe Il Santuario Diocesio della Madre della Misericordia (Sanktuarium Diecezjalne Matki Boskiej Miłosierdzia). Leży ono na wysokości 1379 metrów n.p.m., więc aby do niego dotrzeć pieszo czy też rowerem trzeba się najpierw „fizycznie umartwić” na przeszło 9-kilometrowej górskiej trasie. Tym niemniej z naszego punktu widzenia ów szlak pielgrzymkowy był tylko częścią większej całości, niejako lotną premią na drodze do mety. Według „PVB – Piemonte 2″ podjazd pod Colle delle Ciabra wiedzie na wysokość 1689 metrów n.p.m. i liczy 16 kilometrów o średnim nachyleniu 6,7% i max. 13%. Przewyższenie netto to 1043 metry, acz de facto do pokonania w pionie jest 1070. Tym niemniej niektóre źródła jak choćby strona www.massimoperlabici.eu czy też tablica drogowa u kresu wspinaczki sugerują, iż przełęcz ta leży na wysokości 1723 metrów n.p.m. Pierwszy kilometr wspinaczki na drodze SP109 ma „tylko” 5,3 %, ale już dwa kolejne trzymają na średnim poziomie 7,1%. Po przejechaniu 1300 metrów mija się most nad potokiem Valmala, zaś nieco wyżej osadę Borgata Mulino (1,7 km). Po trzech kilometrach dojeżdża się do Valmali, wsi leżącej na wysokości 841 metrów n.p.m. Niegdyś zamieszkanej przez ponad 800 mieszkańców, lecz dziś mającej ich ledwie kilkudziesięciu.

Czułem się dobrze. Mogłem jechać na relatywnie twardym przełożeniu. Poza tym potrafiłem pokonać długie odcinki stojąc w pedałach. Ten podjazd ma swoje ostre kawałki. Na czwartym, piątym i ósmym kilometrze średnie nachylenie wynosi co najmniej 9%, zaś na ostatnich trzystu metrach przed Sanktuarium stromizna sięga 11%. W niejednym miejscu na przydrożnych skałach wierni ustawili figurki Matki Boskiej. To zapewne pielgrzymkowe przystanki. Niestety niezbyt uważnie zapoznałem się ze swoją książkową lekturą, bowiem wydawało mi się, że w drodze na szczyt trzeba minąć Santuario di Valmala. Zdziwiłem się zatem gdy dojechawszy do niego nie widziałem przed sobą dalszej drogi pod górę. Zacząłem jej szukać po okolicy. Wkrótce nadjechał Darek. Razem sprawdziliśmy najbliższą boczną drogę, ale okazała się ślepa. Na szczęście Dario wspomniał, że nieco niżej jest jeszcze jedna tego typu ścieżka. Przyznam, że podczas swej wspinaczki nawet jej nie spostrzegłem. Tymczasem jakieś 100 metrów przed świątynnym parkingiem należało wziąć ciasny zakręt w lewo o 180 stopni i wjechać na węższą szosę w kierunku Pian Pietro. Na tych poszukiwaniach straciłem w sumie siedem minut. Gdy już wjechaliśmy na właściwy szlak to kolejne 1300 metrów okazało się delikatnym zjazdem. Druga faza wspinaczki rozpoczęła się od kolejnego ciasnego zakrętu, tym razem w prawo. Od Piotrowej Polany do szczytu brakowało jeszcze 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 7%. Ostatnie kilometry prowadziły po bardzo wąskim pasku asfaltu wciśniętym między bujną roślinność. Poza tym wjechaliśmy w gęste chmury, więc widoczność była mocno ograniczona. Finałowy kilometr okazał się być niemal zupełnie płaski, zaś ostatnie 200 metrów przed przełęczą prowadziło po drodze szutrowej. Moja wycieczka z Brossasco na przełęcz Ciabra miała 19,6 kilometra, które przejechałem w czasie netto 1h 18:12 (avs. 15,1 km/h). Ze względu na błądzenie pod Sanktuarium tak długość jak i czas swej wspinaczki mogłem jedynie oszacować. Wyszło mi 15,9 km w czasie 1h 04:29 (avs. 14,8 km/h). Według stravy 9-kilometrowy segment do poziomu Santuario di Valmala przejechałem w czasie 40:52 (avs. 13,3 km/h i VAM 1038 m/h) co daje mi 139 miejsce pośród 490 osób. Natomiast finałowy odcinek 4,7 kilometra powyżej Pian Pietro pokonałem w czasie 21:01 (avs. 13,6 km/h i VAM 1022 m/h) uzyskując szósty wynik wśród 116 zarejestrowanych. Wychodzi więc na to, że bardzo dobrze „finiszowałem”. Darek oba te wspinaczkowe segmenty przejechał odpowiednio w 43:12 oraz 24:15. Na górze było tylko 10 stopni i widoczność prawie żadna. Można się było zastanawiać jakie warunki zastaną nas na znacznie wyższej przełęczy Sampeyre.

20150911_135414

Po około dwudziestu minutach rozpocząłem spokojny zjazd i kilka minut po piętnastej dotarłem do samochodu. Darek zjechał do Brossasco bez przystanków, więc czekał już tam na mnie od przeszło 30 minut. Załadowaliśmy się do auta aby podjechać do podnóża drugiej premii górskiej czyli położonego 17 kilometrów dalej na zachód Sampeyre. Wjechaliśmy do centrum tego miasteczka. Przejechaliśmy przez olbrzymi jak na rozmiar samej miejscowości plac Piazza della Vittoria. W końcu zjechaliśmy zaś ku szosie SP8 aby ostatecznie zatrzymać się na sporym parkingu po drugiej stronie głównej ulicy. Colle di Sampeyre to kolarskie wzniesienie najwyższej klasy i to w każdym z trzech wydań. Na przełęcz prowadzą dwie drogi południowe i jedna północna. Te rozpoczynające się w Valle Maira łączą się z sobą na cztery kilometry przed szczytem. Każdy z trzech podjazdów ma przewyższenie powyżej 1300 metrów. Według cyclingcols najtrudniejszy jest wariant południowo-zachodni prowadzący przez Vallone di Elva, który wyceniono na 1210 punktów. Pokonałem go na ósmym etapie naszego Route des Grandes Alpes. Natomiast wartą 1178 punktów opcję południowo-wschodnią z początkiem w Stroppo „zaliczyłem” jeszcze wcześniej uczestnicząc w GF Fausto Coppi 2008. Pozostał mi więc do przejechania tylko „najłatwiejszy” szlak północny, który dostał od Michiela 1125 punktów. Przymiotnik celowo wziąłem w cudzysłów zważywszy, że ten podjazd liczy sobie 16,3 kilometra o średnim nachyleniu 8% przy max. 13%. Trzeba na nim pokonać 1318 metrów w pionie i to de facto na dystansie 15,8 kilometra. Peleton Giro d’Italia wjeżdżał na przełęcz Sampeyre dwukrotnie. Tak w 1995 jak i 2003 roku od strony południowej. Oba górskie odcinki zakończyły się w Chianale u podnóża stromej części podjazdu Colle dell’Agnello. Za pierwszym razem premię górską na Sampeyre wygrał Kolumbijczyk Nelson Rodriguez, zaś etap Szwajcar Pascal Richard. Przy drugiej okazji na wyścigu rządzili Włosi. Na przełęczy najwyżej punktował Gilberto Simoni, zaś ze zwycięstwa na mecie cieszył się „niesławny” Dario Frigo. Ponieważ tak w trakcie wyścigu jak i podczas śmiałej wyprawy z 2013 roku zjeżdżałem ku Sampeyre to zdążyłem już wcześniej poznać tą drogę. Tym niemniej doświadczenie zjazdowe niewiele mogło nam pomóc, bo przecież dwa lata wcześniej obejrzeliśmy ją sobie z zupełnie innej czyli szybszej i łatwiejszej perspektywy.

Ruszyliśmy razem o godzinie 16:05. Pierwsze trzysta metrów od zjazdu z szosy SP8 prowadzi w dół ku potokowi Varaita. Kolejne dwieście to zaledwie „falsopiano”. Za to pozostałe 15,8 kilometra to już bardzo regularny podjazd na wysokim poziomie. Najłatwiejszy kilometrowy odcinek ma tu średnio 7,4%. Ani chwili odpoczynku. Dario z rozpędu ruszył pod górę. Ja zatrzymałem się jeszcze na moście by strzelić dwie fotki. Dlatego na pierwszym kilometrze wspinaczki odrabiałem 30-sekundową stratę do lidera. Potem niemal cały podjazd przejechaliśmy razem. Darek jechał w swoim stylu często przyśpieszając po stanięciu w pedałach. Byłem w stanie przetrzymać te zrywy. Po chwili mój kompan łapał głębszy oddech jadąc w siodle i zostawał na chwilę w tyle. Potem łapał ze mną kontakt i ponownie „dokładał do pieca”. Taki rytm jazdy stał się normą. Widziałem, że jestem minimalnie mocniejszy, ale z respektu do góry jak i szacunku dla ambicji swego wspólnika jechałem z odrobiną rezerwy. Im wyżej tym widoczność była gorsza. W górnej partii wzniesienia przebijaliśmy się już przez białą zasłonę chmur. Największą osadą po drodze jest Sant Anna (5,6 km), skąd startuje górny odcinek wyciągu narciarskiego Varisella. Na całym szlaku jest ledwie osiem wiraży, ostatni po przejechaniu 12,6 kilometra od wspomnianego mostu. W końcówce wspinaczki Dario zaczął częściej niż zwykle spoglądać na licznik i rzucił hasło, że mamy szansę wykręcić VAM na poziomie 1000 m/h. Dlatego na ostatnim kilometrze każdy z nas finiszował już na swój sposób czyli kto ile miał jeszcze mocy pod nogą. Ja przejechałem w sumie 15,8 kilometra w czasie 1h 18:03 (avs. 12,2 km/h) dojeżdżając na przełęcz z 20-sekundową przewagą nad Darkiem. Na stravie znalazłem segment, którego długość oceniono na 15,4 kilometra. Ten odcinek pokonałem w 1h 17:55 (avs. 11,9 km/h i VAM 1008 m/h) co jest obecnie 31 wynikiem pośród 368 zarejestrowanych. Dario uzyskał czas 1h 18:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 998 m/h) co daje mu 35 miejsce na tej liście. Na górze było tylko 8 stopni. Niemniej i tak cieplej niż można było się spodziewać. Przebraliśmy się na zjazd przekładając mokre podkoszulki na wierzch odzienia. Wykonaliśmy po kilka zdjęć. Dario nakręcił krótki filmik. Po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy zjazd, na którym ze względu na warunki pogodowe zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu dotarłem o 18:25. Do zmroku pozostała nam godzina z małym hakiem co skłoniło mnie do rezygnacji z trzeciej wspinaczki. W sumie na szóstym etapie przejechałem 70 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2526 metrów. Ruszyliśmy zatem w drogę powrotną do bazy, ale po drodze zatrzymaliśmy się w Busce by zjeść pizze w tamtejszej Ristorante Capri.

20150911_173920

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Rucas di Montoso & Pian Mune

Autor: admin o czwartek 10. Wrzesień 2015

W czwartek obudziliśmy się pod znajomym dachem. W B&B „Il Melograno” nocowaliśmy już dwa lata wcześniej na półmetku naszej Route des Grandes Alpes. Siódmy etap tej śmiałej wyprawy zawiódł nas bowiem do Borgo San Dalmazzo. Przy tej okazji poznaliśmy Pier Angelo, który jest zapalonym cyklistą acz preferującym off-roadową odmianę kolarstwa. Tym razem zatrzymaliśmy się u niego na sześć nocy. Od czwartku do poniedziałku mieliśmy kręcić po górskich szosach prowincji Cuneo. Przyznam, że zdążyłem bardzo polubić te okolice. Miejscowe podjazdy są bardzo wymagające i piękne w swej dzikości. Długie, strome i wysokie, a przy tym poprowadzone przez tereny słabo zaludnione, w których intensywniej można odczuć kontakt z naturą. Główną atrakcją tego rejonu są Alpy Kotyjskie z najwyższym szczytem w postaci masywu Mont Viso (3841 m. n.p.m.). Z północnych zboczy tej góry spływają źródła Padu – najdłuższej i największej rzeki całej Italii. Z kolei od Niziny Padańskiej w kierunku granicy francuskiej biegnie siedem górskich dolin. Poczynając od południa są to: Val Vermegnana, Valle Gesso, Valle Stura, Val Grana, Valle Maira, Valle Varaita oraz L’alta Valle del Po czyli Dolina Górnego Padu. Dwie pierwsze znajdują się jeszcze na terenie Alp Nadmorskich (Alpi Marittime), zaś trzecia wyznacza już południową granicę wspomnianych Alp Kotyjskich (Alpi Cozie), w których znajdują się pozostałe cztery doliny. Do ich kresów jak i na łącznikach pomiędzy poszczególnymi dolinami poprowadzono drogi, które są sporym wyzwaniem nawet dla „profich”. Oczywiście spełniają one też sportowe ambicje nawet najbardziej wybrednych amatorów kolarskich wspinaczek. Nic dziwnego, że w tych stronach organizowano do niedawna jeden z najtrudniejszych włoskich wyścigów etapowych dla kolarzy do lat 23 czyli Giro delle Valli Cuneesi. Jeszcze w 2011 roku impreza ta liczyła pięć etapów, z których niemal każdy kończył się poważnym podjazdem. Zwycięzcą został znany dziś powszechnie Fabio Aru. Niestety w 2014 roku wyścig trwał już tylko trzy dni, zaś w w sezonie 2015 skreślono go z kalendarza. Warto dodać, że w ostatniej dotychczas rozegranej edycji tych zawodów trzecie miejsce w „generalce” zajął Marcin Mrożek, który od roku 2016 będzie kolarzem CCC Sprandi.

Przed oczyma miałem pięć ciężkich górskich etapów z dziesięcioma wspinaczkami pośród nierzadko ośnieżonych trzytysięczników. Zdawałem sobie jednak sprawę, że u kresu lata w Piemoncie naszym największym problemem może być pogoda. Wyjechawszy z Ligurii straciliśmy bowiem naszą „licencję na promienie słońca”. Odtąd każdego wieczora i poranka serfując po necie z niepokojem spoglądaliśmy na informacje ze znakomitego portalu pogodowego www.ilmeteo.it. Od początku było dla nas jasne, że wstępny program na etapy od piątego do piętnastego będzie podlegał licznym zmianom dokonywanym na bieżąco. To znaczy w zależności od pogodowych okoliczności. Reguła była prosta. Im aura lepsza tym wyżej jedziemy. Na przełęcze położone powyżej 2000 metrów n.p.m. ruszamy wtedy gdy pogoda jest dobra czyli dzień słoneczny i stosunkowo ciepły. W pozostałe dni celujemy w podjazdy kończące się na nieco niższej wysokości. Czwartek 10 września należał do tych słabszych dni. Kiedy około godziny dziesiątej Darek robił zdjęcie na balkonie naszej stancji to słupek rtęci na termometrze ledwie dobiegał 18 stopni, zaś zachmurzenie było całkowite. Dlatego wyjechaliśmy z domu późno i ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć ku północnym kresom prowincji aby w pierwszej kolejności zaliczyć podjazd pod Rucas di Montoso (1521 m. n.p.m.). Następnie w drodze powrotnej ja miałem zahaczyć o Pian Mune (1532 m. n.p.m.). Natomiast Darek w razie względnej przychylności niebios miał zaś „zaliczyć” znacznie trudniejsze Monviso – Pian del Re (2020 m. n.p.m.), które ja zdobyłem już w lipcu 2010 roku. Tym samym naszym pierwszym przystankiem na czwartkowym etapie stało się 6-tysięczne miasteczko Bagnolo Piemonte. Aby do niego dotrzeć musieliśmy przejechać 66 kilometrów szlakiem na: Cuneo, Saluzzo i Cavour. W końcówce tego dojazdu trzeba było jeszcze zamienić drogę krajową SS589 na prowincjonalną SP155 i tak niedługo przed trzynastą zatrzymaliśmy się na parkingu przy szosie SP246. W miejscu, które jak się okazało służyło przede wszystkim kierowcom ciężarówek wożących bloki skalne rozłupane w pobliskich kamieniołomach.

Mieliśmy przed sobą podjazd mało znany, na Giro d’Italia dotąd niebywały, lecz godny sporego respektu. Wspinaczka z Bagnolo Piemonte do stacji narciarskiej Rucas to 15,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15%. Przewyższenie netto na tej górze to 1154 metry, zaś brutto nawet 1192. Niemniej te ogólne dane o stromiźnie są „zafałszowane” przez dwa-trzy łatwiejsze odcinki. Na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie wynosi jedynie 5,4%. Przejazd przez Montoso na jedenastym kilometrze jest jeszcze łatwiejszy, zaś ostatnie 1600 metrów całego wzniesienia – przynajmniej w teorii – zupełnie płaskie. Z kolei największe wyzwanie stanowi środkowy segment czyli odcinek o długości 7,2 kilometra na dojeździe do Montoso, na którym średnie nachylenie przekracza 9,8%. Drugi trudniejszy kawałek zaczyna się wraz z początkiem dwunastego kilometra i liczy sobie 3,3 kilometra o średniej niemal 7,7%. Na stronie cyclingcols podjazd ten wyceniono aż na 1047 punktów. Co godne podkreślenia jest i drugi niewiele łatwiejszy wariant podjazdu na tą górę rozpoczynający się w miejscowości Bibiana (prov. Torino). Liczy on sobie 14,5 kilometra przy średniej 7,8% warte w skali CC 1032 punkty. Oba podjazdy mają wspólną końcówkę łącząc się w Montoso na wysokości niespełna 1250 metrów n.p.m. W pierwszej części wzniesienia warto odnotować przejazd przez Villar (2,0 km) czyli wioskę z kościołem pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz skręt do sanktuarium Madonna delle Neve (6,0 km). Natomiast na trzynastym kilometrze droga na szczyt przez 700 metrów przylega do kamieniołomów Cava di Luserna. W samej końcówce szosa dociera na maksymalną wysokość 1541 metrów n.p.m., lecz ostatnie 400 metrów znów prowadzi lekko w dół. Ponieważ wypadło nam się zmierzyć z tą górą w czwartek trafiliśmy na dzień roboczy. Ciężarówki kursowały w obie strony uprzykrzając nam tą wspinaczkę. Szosa długimi fragmentami była kiepskiej jakości. Za sprawą przeładowanych aut była nie tylko miejscami dziurawa, ale przed wszystkimi pofałdowana i zryta niczym tarka. Dlatego późniejszy zjazd nie należał do przyjemności.

Podjazd przejechaliśmy osobno, bowiem Dario cofnął się do samochodu i ostatecznie wystartował osiem minut po mnie. Niemniej podjazd udał się nam i to bardzo. Jechaliśmy obaj na najwyższych obrotach. Ja przejechałem 15,8 kilometra w czasie 1h 09:12 (avs. 13,8 km/h). Na stravie najdłuższy zmierzony segment obejmuje dystans 15,4 kilometra o przewyższeniu 1141 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 08:56 (avs. 13,5 km/h i VAM 993 m/h), zaś Dario uzyskał tu 1h 10:00 (avs. 13,3 km/h i VAM 978 m/h). Na skromnej liście obejmującej tylko 18 osób daje to nam drugie i trzecie miejsce. Znacznie więcej „korespondencyjnych rywali” mieliśmy na krótszych segmentach. Niemniej i tu wypadliśmy bardzo godnie. Natomiast tempo wspinaczkowe – jak na nasze możliwości – mieliśmy wprost rewelacyjne. Najtrudniejszy odcinek o długości 7,2 kilometra przejechałem w czasie 38:15 (avs. 11,3 km/h) przy VAM 1169 m/h, zaś Darek pokonał go w 38:46 (avs. 11,2 km/h) przy VAM 1153 m/h. To obecnie wystarcza na 11 i 13 miejsce pośród 109 osób. Zdecydowanym „królem” południowej wspinaczki do poziomu Montoso jest Davide Villela, dziś „profi” z ekipy Cannondale-Garmin. W lipcu 2011 roku czyli miesiąc po swych dwudziestych urodzinach, gdy jeździł jeszcze w młodzieżowym Team Colpack, pokonał ten odcinek w czasie 29:14 (VAM 1529 m/h). Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi, która urywa się na nagle przechodząc w gruntowy plac przed jednym z dwóch tutejszych hoteli. O tej porze roku nie było tu żywego ducha poza miejscowym „bacą” i jego psem pasterskim. Na górze warunki były cokolwiek rześkie. Temperatura ledwie 12 stopni. Niebo niezmiennie zachmurzone. Na szczęście nadal nie padało. Tym niemniej i tak trzeba się było cieplej ubrać przed zjazdem. Znaleźliśmy sobie miejscówkę pod przydrożnym głazem. Na tle stosownej tablicy zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Jeśli wierzyć przewodnikom to w najbardziej pogodne dni można ponoć dojrzeć z Rucas nawet dalekie masywy Monte Bianco i Monte Rosa. To jednak nie był jeden z owych dni. Jako takie widoki były tylko na wschodzie. Przede wszystkim pobliski „zakład pracy” specjalizujący się w rozbiórce góry na czynniki pierwsze. Poza tym w tle położone przeszło tysiąc metrów niżej pola na zachodnim skraju Niziny Padańskiej. Po zjeździe na którym dłonie mogły rozboleć od kumulacji wszystkich drgań kilka minut po wpół do czwartej dotarłem do samochodu. Teraz musieliśmy podjechać do Paesany. Wybraliśmy najkrótszą drogę czyli przeszło 12-kilometrowy górzysty szlak po drodze SP27 przez miasteczko Barge.

20150910_144726

20150910_145148

20150910_150731

Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się na Piazza Vittorio Veneto w pobliżu potoku Agliasco. Za plecami mieliśmy okazały kościół parafialny pod wezwaniem św. Marii. Paesana jak wiele górskich miejscowości mocno „skarlała” na skutek odpływu ludności z rejonów wiejskich do miast. Sto lat temu żyło w tej gminie przeszło osiem tysięcy mieszkańców, zaś dziś niespełna trzy. Około wpół do piątej pogoda nadal była niepewna. Na starcie mieliśmy 18 stopni. Pomimo tego Dario postanowił zagrać o najwyższą stawkę i wjechać na Pian del Re. Wyprawa na polanę, której nazwa pochodzi od osoby Karola VIII Walezjusza (króla Francji z końca XV wieku) to nie lada wyzwanie. Według „Passi e Valli in Bicicetta – Piemonte 2″ podjazd ten liczy sobie 20,8 kilometra o średnim nachyleniu 6,8% i max. 13 %. Trzeba na nim pokonać przewyższenie rzędu 1406 metrów. To wzniesienie miało swoje lata świetności w dziejach włoskiego kolarstwa. W latach 1991 i 1992 skończyły się na nim górskie odcinki Giro d’Italia. Oba przyniosły sukces zawodnikom gospodarzy. W 1991 roku pierwszy na linii mety pojawił się Massimiliano Lelli, zaś rok później Marco Giovanetti. Z tej racji ta góra była wysoko na piemonckiej liście moich celów. Nie miałem czasu jej odwiedzić podczas grandfondowej wyprawy z Piotrem w czerwcu 2008 roku. Niemniej już w lipcu 2010 roku w trakcie alpejskich wakacji z Iwoną nie przepuściłem lepszej ku temu okazji i zdobyłem tą górę w czasie 1h 23:02. Wtedy też przypadkiem wpadł mi w oko pobliski podjazd do stacji Pian Mune. Gdy wyjechałem na drogę SP26 wyskoczył mi zza pleców młody kolarz, na oko wyglądający na miejscowego młodzieżowca. Usiadłem mu na koło i po chwili jadąc za nim skręciłem w lewo. Niemniej coś mnie tknęło i zapytałem go czy aby na pewno jedzie ku Pian del Re. Okazało się, że on na ten dzień miał mniej ambitne cele w postaci wspomnianego Pian Mune. Ta znacznie skromniejsza, acz wcale nie łatwa góra tylko raz zetknęła się z kolarstwem szosowym w jego profesjonalnym wydaniu. W sezonie 1995 skończył się tu drugi etap Trofeo Scalatore wygrany przez Leonardo Piepolego. Impreza pod nazwą Nagroda Wspinaczy rozgrywana była w latach 1987-2001 w oryginalnej formule kilku (na ogół trzech) górskich wyścigów jednodniowych. Klasyfikację generalną układano na bazie punktów przyznawanych za czołowe miejsca w poszczególnych etapach. W 1994 roku to Trofeum zdobył nasz Zenon Jaskuła.

Wyjechaliśmy z miasteczka ulicą Via Monviso. Po dojechaniu do drogi SP26 Darek musiał odbić w prawo na Calcinere i Crissolo. Miał stąd do przejechania 19 kilometrów o średniej około 7%. Ja skręciłem w lewo by po 800 metrach łagodnego zjazdu dotrzeć do podnóża swej góry na wysokości osady Erasca. Według „PVB” miałem do pokonania podjazd o długości 13,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,7% i max. 10% oraz przewyższeniem 887 metrów. Cyclingcols wycenił Pian del Re na 1091 punktów, zaś moje Pian Mune tylko na 642. Tym niemniej w oczach organizatorów Giro czy Touru i tak byłaby to premia górska pierwszej kategorii. Podjazd jest regularny. Najłatwiejszy szósty kilometr ma średnio 5,8%, zaś najtrudniejszy dziewiąty 7,9%. Na podjeździe jest sporo długich prostych odcinków. Wiraży z prawdziwego zdarzenia naliczyłem siedem. Przez pierwsze siedem kilometrów droga niemal cały czas biegnie w cieniu drzew. Największą miejscowością na szlaku jest San Lorenzo di Prato Guglielmo (7,0 km). Po drodze jest też parę osad złożonych z kilku domostw: Terragni (1,8 km), Barra (3,0 km), Garzino (4,5 km) czy Fantoni (5,7 km). Pięć kilometrów przed szczytem mija się też zjazd do wioski Droe (8,3 km). Asfaltowa droga dociera do miejsca zwanego Pian Croesio. Do położonego nieco wyżej Pian Mune trzeba by się przebić już po drodze gruntowej. Zatrzymałem się po przejechaniu 13 kilometrów w czasie 53:19 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 12,8 km i przewyższeniu 875 metrów. Przejechałem go w czasie 52:58 czyli ze średnią prędkością 14,6 km/h i VAM 991 m/h. Daje mi to 6 miejsce pośród 58 zarejestrowanych osób. Miejscowe schronisko było właśnie remontowane przed zimowym sezonem, zaś wyciąg krzesełkowy na Testa della Sandua (1958 m. n.p.m.) „drzemał” w oczekiwaniu na białą porę roku. Na górze było tylko 11 stopni. Czym prędzej rozpocząłem zjazd, na którym zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu zjechałem około 18:30. Dzięki temu zdążyłem zrobić zakupy spożywcze przed zamknięciem pobliskiego supermarketu. Na piątym etapie przejechałem 61 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2085 metrów. Dario pokonał o 10 kilometrów więcej. Na Pian del Re spisał się dzielnie. Segment o długości 16,3 kilometra z początkiem w Calcinere przejechał w 1h 22:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 908 m/h) co jest 51 wynikiem pośród 247 odnotowanych. Jako, że Pian del Re leży blisko 500 metrów wyżej niż Pian Mune było tam zimniej i mgliściej niż na mojej górze. Dlatego po pstryknięciu kilku zdjęć i nakręceniu krótkiego filmiku czym prędzej się ewakuował. Do Paesany zjechał w 26 minut, zaś na przeszło 8-kilometrowym odcinku poniżej Crissolo wykręcił nawet jedenasty czas.

20150910_182123

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Oggia & San Bernardo in Mendatica

Autor: admin o środa 9. Wrzesień 2015

Nasz ostatni dzień w Ligurii – krainie gór, morza i gwarantowanego słońca. Nawet pod koniec kalendarzowego lata. Darek dzień wcześniej odzyskał swe buty, więc był już uzbrojony i niebezpieczny. W tym miejscu podziękowania należą się naszej gospodyni z Casa Rosmarino, która we wtorkowe popołudnie wsiadła na skuter i na mieście złapała kuriera przewożącego przesyłkę dla mego kolegi. W środę pomimo transferu do Borgo San Dalmazzo tak jak w każdy inny mieliśmy pokonać przynajmniej dwa podjazdy. Wedle wstępnych założeń obie wspinaczki miały nam wypaść już po drodze do nowej bazy noclegowej. Pierwsza jeszcze w Ligurii, zaś druga już na terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Te plany uległy jednak zmianie już w sobotni wieczór gdy z uwagi na zbyt późny przyjazd nie dane nam było ruszyć na pobliską Colle d’Oggia. Tego wzniesienia nie chciałem jednak definitywnie skreślać z naszego „menu”. Lepiej już było poświęcić jeden z piemonckich podjazdów. Tym bardziej, że pozostałe jedenaście dni wyprawy i tak mieliśmy spędzić wyłącznie w tym niegdyś stołecznym regionie. Dlatego po korekcie środowych planów ustaliliśmy, że na pożegnanie z Ligurią zaliczymy jeszcze dwa podjazdy na jej terenie. W pierwszej kolejności wspomnianą Colle d’Oggia (1167 m. n.p.m.) i następnie Colla San Bernardo in Mendatica (1272 m. n.p.m.). Dzięki uprzejmości naszej gospodyni nie musieliśmy obu wzniesień robić w trasie. Ta zacna niewiasta zgodziła się byśmy opuścili apartament znacznie później niż zapisane to było w warunkach rezerwacji. W teorii wyjechać mieliśmy do godziny 11:00. Na szczęście ewentualni nowi goście mogli się tam meldować od 16:00. Dzięki temu uzyskaliśmy zgodę na wyjazd wczesnym popołudniem. Perspektywa ożywczego prysznica po zaliczeniu pierwszej góry czwartego etapu zachęciła Darka do szybszego niż zwykle wyrwania się z objęć Morfeusza. Warto było ruszyć z domu około 9:00 po to by po pierwszej wspinaczce umyć się i zjeść coś na gorąco przed czekającym nas 150-kilometrowym transferem.

Pierwszy ze środowych podjazdów mieliśmy zacząć w Dolcedo czyli miejscowości oddalonej niespełna 6 kilometrów od naszego wzgórza. Pomimo skromnego dystansu zdecydowaliśmy się skorzystać z samochodu. Pojechaliśmy najkrótszą trasą przez Isolalungę. Początek tego dojazdu prowadził po Strada Colla. Drodze tak wąskiej, iż zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem nie wbiłem się na ulicę jednokierunkową. Po kilkunastu minutach byliśmy już w Dolcedo, nad którym góruje dzwonnica kościoła pod wezwaniem św. Tomasza. Tu zaczyna się najtrudniejszy z trzech podjazdów na Colle d’Oggia. Podjazd północny zaczyna się w Pieve di Teco, zaś zachodni poniżej miejscowości Montalto Ligure. Oba te wzniesienia mają po około 930 metrów przewyższenia i przez cyclingcols zostały wycenione odpowiednio na 527 i 662 punktów. My wybraliśmy drogę południową czyli szlak o długości 17,7 kilometra przy średnim nachyleniu 6,1% i max. 10%. Do pokonania w pionie mieliśmy mieć 1082 metry, zaś brutto nawet 1087. Ta premia górska warta była według Michiela z CC 725 punktów. Droga na szczyt nie była szczególnie trudna. Niemniej dość długa, a przy tym skomplikowana pod względem nawigacyjnym. Dość powiedzieć, że na tym niespełna 18-kilometrowym szlaku trzeba było czterokrotnie zmieniać szosę. Pierwsze 2400 metrów po starcie przy moście nad potokiem Prino prowadziło po drodze SP39. Następne 4,3 kilometra biegło po SP40, zaś kolejne 5800 metrów po SP93. W połowie trzynastego kilometra trzeba było wybrać drogę SP24 i trzymać się jej przez niemal 5,5 kilometra. Natomiast tuż przed finałem należało jeszcze wskoczyć na wspólną z zachodnim wariantem podjazdu szosę SP21 i pokonać na niej ostatnie 170 metrów wzniesienia. Całkiem niezła kombinacja alpejska. Nic dziwnego, że jeden z nas się pogubił i to już przy pierwszej okazji. Tym razem padło na Darka. Mało który z naszych liguryjskich podjazdów miał zaszczyt „poznać się” z Giro d’Italia. W zasadzie można to powiedzieć tylko o Colle di Melogno. Oggia również nie miała dotąd tego szczęścia. Niemniej podobnie jak spory kawałek mojego wtorkowego Monte Ceppo w sezonie 2015 zagościła przynajmniej na trasie słynnego niegdyś rajdu samochodowego Rally San Remo. Jeden z odcinków specjalnych tej imprezy poprowadzono bowiem po wspomnianym segmencie na drodze SP24.

Darek ruszył ku przełęczy o godzinie 9:26, zaś ja trzy minuty później. Mój kompan był w najlepszej formie od lat i już podczas sierpniowego wyjazdu parę razy pokazał mi plecy. Jednak na wzniesieniu takim jak Oggia spodziewałem się go złapać po kilku kilometrach. Tymczasem Dario w sposób niezamierzony uniemożliwił mi wykonanie tego zadania. Dojechawszy do Molini di Prela (2,3 km) odbił w lewo i kontynuował jazdę po szosie SP39 przez kolejne dwa kilometry z hakiem. Zanim po około piętnastu minutach spędzonych poza trasą wrócił do feralnego rozjazdu, ja byłem już połowie szóstego kilometra swojej wspinaczki. Jechałem w miarę mocno urokliwą trasą wśród oliwnych gajów i zastanawiałem się czemu jeszcze nie widzę przed sobą znajomej sylwetki. Do tego momentu zdążyłem już minąć Casa Carli (4,1 km) i wiraż nr 4 na wysokości Praelo (4,6 km). Kolejną miejscowością na mojej drodze była Pantasina. Tu po przejechaniu 6,7 kilometra należało skręcić w lewo aby wjechać na drogę SP93. Kilometr dalej minąłem szósty zakręt na wysokości ukrytego w cieniu drzew kościoła w stylu romańskim. Wyżej można było napotkać co najwyżej pojedyncze domy i gospodarstwa hodowlane. W połowie trzynastego kilometra zatrzymałem się na przeszło półtorej minuty u kresu szosy SP93. Z tego miejsca w lewo szła droga gruntowa, zaś w prawo zjazd ku miejscowości Ville San Pietro. Po krótkiej rozmowie z angielskim cykloturystą ruszyłem dalej prosto, tym samym wjeżdżając na rajdowy sektor po drodze SP24. Ten fragment podjazdu miał swój dziki urok. Przy drodze spore stado krów, które zrobiły mi dość szczelną blokadę podczas późniejszego zjazdu. Na zboczu góry dojrzeć też można było konie. Po przebyciu 17,5 kilometra już mogło się wydawać że to koniec wspinaczki. Tym niemniej po przecięciu starego szlaku via Marenca trzeba było jeszcze przejechać niespełna czterysta metrów lekko w dół, zaś po ostrym zakręcie w prawo wspomniany już finał na drodze SP21. W sumie przejechałem 18,1 kilometra w czasie netto 1h 09:08 (avs. 15,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 17,4 kilometra przejechany w czasie netto 1h 07:53 (avs. 15,4 km/h i VAM 936 m/h). Ten wynik dałby mi 26 miejsce pośród 224 sklasyfikowanych osób. Tymczasem gorszy o 99 sekund czas brutto zdegradował mnie na 31 pozycję. Ogólnie tempo niezłe, lecz nie rewelacyjne. Znacznie lepszy VAM tzn. 1013 m/h wykręciłem w środkowej fazie tego podjazdu. Na odcinku niespełna 10 kilometrów pomiędzy Molini di Prela a końcem drogi SP93.

20150909_112045

20150909_114806

20150909_115727

20150909_123937

Na Darka przyszło mi czekać około 40 minut. W tym czasie mogłem wygrzać się na słońcu. Na przełęczy temperatura wynosiła 22 stopnie, zaś niebo było bezchmurne. Siadłem sobie na poboczu podziwiając piękno tej cichej okolicy. Skontaktowałem się ze swym zagubionym kolegą, który miał jeszcze do szczytu kilka kilometrów. Porozmawiałem chwilę ze spotkanym niemieckim cykloturystą. Zadzwoniłem również do Sopotu złożyć życzenia urodzinowe swojej mamie. Dario ostatecznie dotarł na szczyt po upływie 1h i 52 minut. Nie znaczy to wcale, że jechał aż tak wolno. Kwadrans stracił na dole wyjeżdżając poza trasę. Potem z ostrożności zatrzymywał się jeszcze pięć razy. Na tych przystankach stracił dwanaście minut, z czego siedem przy przejściu z drogi SP93 na SP24. Ogólnie te wszystkie przerwy wybiły go z rytmu, więc jechał bez bojowego nastawienia w tempie 12-13 km/h. Z pewnością poniżej swych aktualnych możliwości. Na przełęczy spędziliśmy razem około 15 minut, po czym rozpoczęliśmy spokojny odwrót do Dolcedo. W moim przypadku oznaczało to trzy kwadranse spokojnego zjazdu i pół godziny spędzone na przystankach. Przy samochodzie i tak byłem pierwszy, gdyż Darek dodatkowo kręcił jeszcze filmiki. Przed przyjazdem kolegi zdążyłem jeszcze zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepiku spożywczym. Do apartamentu zajechaliśmy po trzynastej. W ciągu następnej godziny przygotowaliśmy się do wyjazdu z Ligurii. Około wpół do trzeciej opuściliśmy gościnne progi Casa Rosmarino i zjechaliśmy ze wzgórza w kierunku Porto Maurizio. Naszym przystankiem w drodze do południowego Piemontu miało być miasteczko Pieve di Teco. Dojazd do niego miał nam zająć około 35 minut i w dużej mierze prowadzić po drodze krajowej SS28. Aby do niej dojechać musieliśmy przejechać przez centrum Imperii. Pomijając wieczorny wypad w poniedziałek jakoś nie mieliśmy okazji by przyjrzeć się temu pięknemu miasteczku. Za dnia łatwiej można było dostrzec jego uroki. Dario kręcił filmiki z jadącego auta i dla lepszego efektu jeden podczas krótkiego przystanku. Po przyjechaniu do Pieve di Teco mieliśmy kłopot ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ostatecznie postanowiliśmy skorzystać z patentu miejscowych mieszkańców i stanąć przy głównej drodze jednym kołem na ulicy, zaś drugim na wąskim chodniku. Z naszej miejscówki zjechaliśmy kilkaset metrów do zbiegu z drogą SP7 na wysokości całodobowej stacji benzynowej TotalERG.

20150909_144611

Przed sobą mieliśmy blisko 20-kilometrowy podjazd na Colla San Bernardo. Dla mnie miała to być już piąta w życiu wspinaczka pod górę noszącą imię św. Bernarda z Methon k. Annecy. To znaczy urodzonego pod koniec X wieku zakonnika, który jest patronem alpinistów i mieszkańców Alp, a także turystów, narciarzy i ratowników górskich. Najpierw w czerwcu 2009 roku zdobyłem Col du Grand Saint-Bernard czyli przełęcz Wielką Świętego Bernarda (2469 m. n.p.m.) od strony szwajcarskiej, zaś w lipcu 2010 roku Passo Piccolo San Bernardo (2188 m. n.p.m.) czyli przełęcz Małą Świętego Bernarda od włoskiej strony. Potem obie te przełęcze pokonałem od przeciwnych stron podczas jedenastego i dwunastego etapu Route Grandes Alpes. Naszej wielkiej wyprawy z przełomu czerwca i lipca 2013 roku, którą odbyliśmy w towarzystwie Adama Kowalskiego, Piotra Mrówczyńskiego i Romana Abramczyka. Na tle dwóch wielkich przełęczy z pogranicza Francji, Włoch i Szwajcarii ten podjazd był ledwie ich dalekim i ubogim krewnym. Niemniej i na tej górze było co jechać. Po starcie z Pieve di Teco mieliśmy mieć do przejechania 19,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,2% i max. 10,5%. Wzniesienie to miało przewyższenie netto 1034 metry, zaś brutto nawet 1087. Dla odróżnienia od innych przełęczy imienia św. Bernarda ta góra znana jest pod nazwą Colla San Bernardo in Mendatica czyli z dodatkiem pochodzącym od nazwy wioski leżącej na wysokości niespełna 800 metrów n.p.m. Wystartowaliśmy o 15:40, przy czym Darek ruszył jakieś pół minuty wcześniej. Początek był łatwy więc ruszyłem na dużej tarczy i w połowie drugiego kilometra dogoniłem kolegę. W połowie trzeciego kilometra Dario w swoim stylu ściął małe rondo i znów musiałem odrobić kilkadziesiąt metrów. Tym razem też szybko poszło, więc do zjazdu z drogi SP28 dotarliśmy razem. Po przejechaniu 2,9 kilometra trzeba było odbić w lewo i zjechać na drogę SP3 prowadzącą wzdłuż potoku Aroscia. Przez następne półtora kilometra zamiast się wspinać straciliśmy 38 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Podczas zjazdu przez Aquetico Dario ostro zaatakował. Ja wolałem nie zrywać tempa tak wcześnie. Czułem się bardzo dobrze, więc postanowiłem skorzystać z taktyki, która przyniosła mi powodzenie podczas rywalizacji z Darkiem i Romkiem na Passo delle Erbe. Teren był tak łagodny, że przez pierwsze siedem kilometrów nie musiałem zrzucać łańcucha na małą tarczę.

Pod koniec szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Ponti di Pornassio. Na ósmym kilometrze złapałem kontakt z liderem. Po dziesięciu kilometrach minęliśmy drogę do Montegrosso Pian Latte. Przyjemność wspólnej jazdy przerwał nam dopiero niespodziewany atak owada. Dario połknął jakieś latające stworzenie i mocno się zakrztusił, więc po przejechaniu 11,7 kilometra musieliśmy się zatrzymać na dobre dwie minuty. Po ponownym starcie Darek zrazu jechał wolniej i sugerował bym jechał swoje. Niemniej już podczas przejazdu przez Mendaticę na przełomie trzynastego i kilometra poczuł się lepiej, więc gdy lekko zwolniłem szybko do mnie dojechał. Na ostatnich 9 kilometrach nachylenie było całkiem solidne tzn. średnio 7,3%. Za Mendatiką droga nadal była mocno zawinięta. Na dojeździe do Cian Prai (18,3 km) trzeba było pokonać 10 następnych wiraży. Jechaliśmy razem niemal do samego końca. Darek osłabł nieco dopiero na ostatnim kilometrze. W sumie przejechałem 19,6 kilometra w czasie netto 1h 08:07 (avs. 17,3 km/h). Na stravie znalazłem segment o kilometr krótszy. Uzyskałem na nim czas brutto 1h 07:35. Natomiast Darek 1h 08:46. To dało nam odpowiednio 13 i 14 miejsce pośród 108 zarejestrowanych osób. Gdyby nie przymusowy postój skończylibyśmy o trzy lokaty wyżej. Zatrzymawszy się na przełęczy na wprost przed sobą mieliśmy zjazd do Ponte di Nava, zaś w lewo drogę do Monesi, gdzie w 1966 roku drugi etap Giro d’Italia wygrał znakomity hiszpański góral Julio Jimenez. Niemniej czasu na dotarcie do miejscowości już nie było, a poza tym byłaby to już tylko „dokrętka” po płaskowyżu. Trzeba się było szybko ewakuować do Pieve di Teco. Tym bardziej, że chmary złośliwych meszek nie dawały nam spokoju. Do samochodu dotarliśmy około 18:10. Dzienny przebieg miałem w normie. Tym razem przejechałem 75,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2147 metrów. Po wszystkim chcieliśmy zjeść obiadokolację pod arkadami w historycznym centrum tego miasteczka. Niestety bez powodzenia. Ruszyliśmy, więc w trasę do drugiej bazy noclegowej z nadzieją na znalezienie czegoś po drodze. Ostatecznie zjedliśmy pizzę w jednym z lokali na Colle di Nava (939 m. n.p.m.). O zmroku minęliśmy Garessio, gdzie według wstępnych planów mieliśmy zaczynać podjazd na Colla di Casotto (1379 m. n.p.m.). Na sam koniec straciliśmy jeszcze trochę czasu na ulicach Borgo San Dalmazzo mając problem ze znalezieniem po ciemku naszej mety czyli B&B Il Melograno. Znajomy gospodarz wyjechał akurat z krótką wizytą do Francji, ale na posterunku zostawił swą małżonkę.

20150909_165458

20150909_172920

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Teglia & Monte Ceppo

Autor: admin o wtorek 8. Wrzesień 2015

We wtorek mieliśmy w planach kolejną wycieczkę na zachód. Tym niemniej Darek spodziewał się ważnej przesyłki od kuriera. Od wczoraj śledziliśmy przez internet podróż jego kolarskiego obuwia ku włoskiej ziemi przeznaczenia. Zgodnie z życzeniem Marzena nadała obie pary butów, w których Dario zwykł dotąd zdobywać rozliczne premie górskie. Podczas gdy w poniedziałek zaprzęgł do pracy swe sandały jego buty marki Time rozpoczęły zawiłą podróż lotniczą z kilkoma przesiadkami. Szlak wiódł z Gdańska do Warszawy, potem z naszej stolicy do Frankfurtu nad Menem i w końcu z Niemiec do Mediolanu. Ze stolicy Lombardii już lądem miały się dostać do Imperii. Tym niemniej trudno było przewidzieć o której godzinie mogą zawitać do naszej tymczasowej siedziby przy Via Monte Gagliardone. Darek wolał na nie poczekać do skutku czyli nie wyjeżdżać z Casa Rosmarino. Poza tym poprzedniego dnia lekko się przeziębił, więc miał dodatkowy powód ku temu by tego dnia nie wsiadać na rower. Dlatego tym razem ruszyłem w drogę samotnie. Wyjechałem z bazy około wpół do jedenastej. Do końca zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie pierwszy postój. To znaczy, które z dwóch wzniesień trzeciego etapu „zaliczyć” w pierwszej kolejności: Passo di Teglia (1388 m. n.p.m.) czy Monte Ceppo (1498 m. n.p.m.). Przez lata na takie okazje wypracowałem sobie dwa sposoby postępowania. Oba dobre – jak kawały oficera w skeczu KMN o komisji wojskowej. Zasada pierwsza mówi o tym, iż należy zacząć od góry bardziej oddalonej od bazy noclegowej po to by drugi podjazd przejechać już w drodze powrotnej. Druga zakłada natomiast, że jako pierwsze należy pokonać wzniesienie trudniejsze. Każdy solidny podjazd potrafi bowiem sponiewierać, więc będąc już nieco osłabionym lepiej ruszyć potem na górę stanowiącą nieco mniejsze wyzwanie. Tym razem skorzystałem z reguły nr 1 czyli postanowiłem dojechać do miejscowości Molini di Triora. Do półmetka 44-kilometrowej trasy dojazdowej ponownie skorzystałem z autostrady A10. Tym razem zjechałem z niej na wysokości Arma di Taggia. W pół drogi między znanymi z wyścigu Milano – San Remo pagórkami Cipressa i Poggio.

Następnie musiałem znaleźć dawną drogę krajową SS548 i przejechać po niej kolejne 22 kilometry w kierunku północnym, szlakiem wijącym się wzdłuż potoku Argentina. Dojechawszy na miejsce nie wjechałem do centrum miasteczka. Zatrzymałem się nieco niżej po lewej stronie głównej drogi. Na kamienistym placu w pobliżu boiska przypominającego nasze „orliki” oraz zdewastowanej pozostałości po dawnej stacji benzynowej Tamoil. Z tego miejsca równie dobrze co na Passo di Teglia mogłem ruszyć w przeciwnym kierunku na Colla di Langan. Zaczynał się tu bowiem wschodni podjazd na przełęcz, którą obejrzeliśmy sobie dzień wcześniej wjechawszy od strony zachodniej. Na tego rodzaju rewizytę nie miałem jednak czasu. Na podboje w Ligurii dałem nam tylko cztery dni. Z mojego punktu widzenia lepiej było w tym czasie „zaliczyć” osiem różnych gór od jednej strony, niż obejrzeć z obu stron tylko cztery „sztuki”. Już pod koniec dojazdu zauważyłem po prawej stronie wspomnianej ex-krajówki początek drogi SP17 wiodącej ku miejscowości Andagna. Będąc zadowolony ze swego odkrycia nie spostrzegłem, że alternatywny start do tego podjazdu znajduje się też na samym wjeździe do Molini di Triora. Dlatego też gdy już na rowerze wróciłem na SS548 to bez zastanowienia zjechałem nią 1100 metrów w dół Valle Argentina. Przed sobą miałem podjazd z gatunku „krótkich” lecz konkretnych. Według cyclingcols miałem do pokonania 11,6 kilometra o średnim nachyleniu 8% i max. 11,6% czyli wzniesienie o przewyższeniu 928 metrów wycenione według autora tej strony na 758 punktów. Pod każdym względem podobne do bliskiego polskim sercom podjazdu pod Pla d’Adet. Budowę asfaltowej drogi na Passo di Teglia ukończono ponoć dopiero w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mimo tego już obecnie jakość jej nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Stan drogi na pierwszym kilometrze podjazdu dawał do myślenia. Zastanawiałem się czy dodatkowym wyzwaniem nie będzie aby jazda po asfalcie podziurawionym niczym ser szwajcarski. Ogólnie nie było tak fatalnie jak się zrazu zapowiadało, acz w górnej podjazdu trafiłem jeszcze na dwa-trzy sektory „przygotowane” pod rowery przełajowe.

Wystartowałem o 11:35 przy prawdziwie letniej temperaturze 30 stopni. Dzień był ciepły, acz na niebie zbierały się chmury. Obawiałem się przeto, że nie zdobędę obu wtorkowych wzniesień na sucho. Początek zachodniego szlaku na Passo di Teglia jest bardzo kręty. Po przejechaniu ledwie kilometra dojechałem już do szóstego wirażu będącego łącznikiem z alternatywną drogą startującą prosto z Molini di Triora. W połowie trzeciego kilometra miałem już za sobą jedenaście serpentyn, zaś po przebyciu 3,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,9% dotarłem do wirażu nr 12 na wysokości wioski Andagna. Czterysta metrów dalej na zakręcie trzynastym minąłem plac zabaw oraz kościółek pod wezwaniem św. Bernarda. To był początek najtrudniejszego z czterech segmentów tego wzniesienia. Dwa kilometry na dojeździe do Santuario di Santa Brigida trzymały na średnim poziomie 9,4%. Z kolei trzecia „kwarta” była najłatwiejsza. Odcinek 2,8 kilometra o średniej 6,4% z dwoma parami wiraży i przejazdem po półce skalnej skończył się na wysokości agroturystycznej osady Drego. Z niej do przełęczy pozostawały niemal cztery kilometry. W sumie dość trudny odcinek o długości 3,9 kilometra i średniej 7,9% prowadzący po raczej kiepskiej nawierzchni. Ostatni (osiemnasty) wiraż wyznaczono w pobliżu szczytu Monte Fenaria (1459 m. n.p.m.). Po zakręcie w lewo do przełęczy brakowało już tylko 550 metrów. Pokonując ostatnie metry w stronę przełęczy za plecami miałem Morze Liguryjskie, zaś po lewej ręce panoramiczny widok na górną część pokonanego właśnie podjazdu jak i spory kawał Valle Argentina. Dobrze widoczne były też góry po zachodniej stronie owej doliny, w tym zalesiony wierzchołek Monte Ceppo będący moim kolejnym celem. Zatrzymałem się na zakręcie w prawo nieopodal wierzchołka Monte Pizzo (1417 m. n.p.m.) przejeżdżając 11,8 kilometra w czasie 53:11. Na stravie znalazłem za to segment o długości 11,5 kilometra, który przejechałem w czasie netto 52:55 (avs. 13,0 km/h i VAM 1054 m/h) co jest szóstym wynikiem pośród 63 dotychczas zarejestrowanych. Co ciekawe piąte miejsce na tej liście ma Niccolo Bonifazio, który w lipcu 2013 roku zapędził się w te strony. Dziś jest to jeden z najbardziej obiecujących kolarzy we włoskim peletonie. Niespełna 23-letni zawodnik mogący się pochwalić piątym miejscem w klasycznym monumencie Milano – San Remo z 2015 roku.

Na górze spędziłem kilkanaście minut. Fotkę pod tablicą zrobił mi cyklista nieco starszej daty, który wraz z kolegą wjechał od tej samej strony aby potem zjechać na wschód ku Pieve di Teco. Ja musiałem zawrócić. Zjeżdżałem spokojnie uważając na wszelakie dziurawe niespodzianki. W końcówce postanowiłem wybrać drogę wiodącą prosto do Molini di Triora, więc zjazd okazał się dwieście metrów dłuższy od podjazdu. Ja zaś uwieczniłem na zdjęciach oba początki zachodniego podjazdu pod Passo di Teglia. Cała wycieczka zajęła mi około dwóch godzin. Wyprawa na Monte Ceppo miała być znacznie dłuższa. Najszybciej dotarłbym na ten szczyt gdybym porzucił auto w miejscu gdzie stało i ruszył na to wzniesienie szlakiem północnym czyli z Molini di Triora. Ten podjazd ma 15 kilometrów długości i przewyższenie 1046 metrów, zaś droga wiedzie przez Colla di Langan i sanktuarium San Giovanni dei Prati. Ja byłem zainteresowany czymś trudniejszym. Dlatego w grę wchodziły dwie opcje. Podjazd południowy ze startem w San Remo o długości 33 kilometrów i przewyższeniu niemal 1500 metrów. Wiedzie on początkowo szosą SP55 przez Poggio di San Remo i Cerianę oraz przełęcz Ghimbegna, która trzykrotnie „wystąpiła” na Giro d’Italia w latach 1968, 1974 i 2001. Alternatywą był bardziej konkretny podjazd wschodni od strony Valle Argentina z początkiem w miejscowości Taggia. Niewiele mniejszy od południowego, lecz wyraźnie krótszy dzięki temu że zdecydowałem się pominąć bardzo łagodny wstęp na drodze SS548. To znaczy odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 1,9%. W tym celu zjechałem 14 kilometrów w dół Valle Argentina po drodze mijając urocze Badalucco. Zatrzymałem się poniżej tego miasteczka na wysokości restauracji Ca’ Mea, jakieś sto metrów od początku drogi SP54. Wspinaczkę nr 2 rozpocząłem o 14:15 przy temperaturze 26 stopni. Wciąż było ciepło i wbrew moim obawom nie padało. Miałem przed sobą najdłuższy i największy z ośmiu wybranych liguryjskich podjazdów. Wzniesienie o długości 24 kilometrów i średnim nachyleniu 5,6%. Na którym maksymalna stromizna sięga 12,6%, zaś w pionie trzeba pokonać 1339 metrów. Podjazd ten autor strony cyclingcols wycenił na 936 punktów.

Pierwszy kilometr był całkiem mocny tzn. na poziomie 9%. Kolejne trzy kilometry stopniowo łagodniały do pierwszego „falsopiano” na piątym kilometrze. Po trzech kolejnych niezbyt trudnych kilometrach minąłem boczną drogę do Ciabaudo, zaś chwilę później byłem już w Argallo. Po niespełna pół godzinie jazdy miałem w nogach pierwszą tercję podjazdu o długości 8,2 kilometra i średnim nachyleniu 5,8%. Następne półtora kilometra zawiodło mnie w pobliże kościółka przy osadzie Pallera (9,7 km). Na początku dwunastego kilometra minąłem wioskę Zerni (11,1 km), zaś półtora kilometra dalej byłem już w Vignai (12,6 km). Kolejne cztery kilometry miały średnio 6,8%. Kilkaset metrów za ostatnią wioską na dobre wjechałem do gęstego lasu. Po przejechaniu 16,6 kilometra w czasie poniżej 59 minut musiałem opuścić drogę SP54 by po ciasnym zakręcie w prawo wjechać na szosę SP75. Na tym wirażu moja wschodnia droga na Monte Ceppo zeszła się z południowym szlakiem od San Remo. Na nowej drodze pierwsze kilkaset metrów były całkiem solidne, lecz kolejne dwa kilometry niemal płaskie. Ten łatwy odcinek przejechałem z pewną rezerwą spodziewając się ciężkiej przeprawy na ostatnich kilku kilometrach. Niemal na sam koniec czekał mnie bowiem odcinek 4,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4% z momentami do 12%. Oczywiście prędkości mi tu siadła, bowiem praw natury się nie oszuka. Niemniej zafiniszowałem całkiem dobrze jadąc tu ze średnią prędkością około 12 km/h. Prawdziwa wspinaczka skończyła się dla mnie na lewym zakręcie po przejechaniu 23,6 kilometra w pobliżu wierzchołka Monte Ceppo (1627 m. n.p.m.). Spośród skałek na prawym skraju drogi był stąd niezły punkt widokowy. Niemniej sprawdziłem go dopiero w drodze powrotnej. Jadąc do góry nie zatrzymałem się jeszcze. Szukając przydrożnej tablicy przejechałem już niemal po płaskim terenie kolejne 800 metrów. Zatrzymałem się dopiero tam gdzie rozpoczynał się zjazd na północną stronę góry. To znaczy po przebyciu 24,4 kilometra w czasie 1h 31:01. Ciekawe, że powrót do samochodu przerywany licznymi foto-przystankami i rozmową z rolnikiem zachwalającym aromat miejscowej oliwy (oliva taggiasca) zajął mi o minutę więcej. Na szczycie było tylko 15 stopni, o cztery mniej niż na pierwszej górze. Jeśli chodzi o podjazd to na stravie znalazłem segment o długości 23,3 kilometra, który pokonałem w czasie 1h 28:23 (avs. 15,8 km/h i VAM 873 m/h). W tym momencie to piąty wynik pośród 78 dotychczas odnotowanych. Trzeci etap zakończyłem przejechawszy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2294 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Melosa (Langan) & Gouta

Autor: admin o poniedziałek 7. Wrzesień 2015

Największe podjazdy w alpejskiej części prowincji Savona poznaliśmy na pierwszym etapie. Dzięki temu w kolejnych trzech dniach mogliśmy się skupić wyłącznie na najciekawszych wzniesieniach goszczącej nas prowincji Imperia. Wybrałem ich sześć. Każde o przewyższeniu przeszło 900 metrów i długości co najmniej 12 kilometrów. Tradycyjnie ułożyłem je w pary aby każdego dnia zdobywać dwie premie górskie położone najbliżej siebie. Na poniedziałek zaproponowałem Darkowi: Colla Melosa i Passo Gouta, na wtorek Passo di Teglia i Monte Ceppo, zaś na środę Colle d’Oggia i Colla San Bernardo (in Mendatica). Tym samym w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas wycieczka do miejscowości Pigna oddalonej od naszej bazy noclegowej o jakieś 68 kilometrów. Jak już wcześniej wspomniałem pod nosem mieliśmy wjazd na autostradę A10. Dzięki szybkim 40 kilometrom na tej drodze cały dojazd miał nam zająć godzinę i kilka minut. W praktyce było to nieco bardziej skomplikowane za sprawą dłuższej przeprawy przez miasteczko Ventimiglia. Musieliśmy tu wskoczyć na zatłoczoną krajówkę SS1, po to by znaleźć szosę SP64, która miała nas zawieść do podnóża obu wybranych gór. Przez ostatnie 20 kilometrów jechaliśmy już tylko prosto na północ wzdłuż potoku Nervia. Po dotarciu na miejsce zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem. Na przestrzeni wieków Pigna przechodziła z rąk do rąk. W średniowieczu należała tak do Królestwa Prowansji jak i Republiki Genueńskiej. Na początku XIX wieku znalazła się w granicach I Cesarstwa Francuskiego, by po kongresie wiedeńskim przypaść Królestwu Sardynii, które w roku 1861 zjednoczyło Italię. Dziś może się pochwalić „pomarańczową banderą” przyznawaną przez Touring Club Italiano atrakcyjnym turystycznie miasteczkom z włoskiej prowincji. Na co dzień żyje tu niespełna 900 mieszkańców. Niegdyś było tu znacznie więcej życia poza sezonem. Pod koniec XIX wieku mieszkało w tej miejscowości przeszło 3 tysiące ludzi. Giro d’Italia zajrzało w te strony tylko raz. To znaczy w 1974 roku na etapie z Finale Ligure do San Remo. Wtedy to na pobliskiej przełęczy Langan jako pierwszy zameldował się Włoch Giuseppe Perletto. Zawodnik urodzony w Dolcedo nieopodal Imperii. Dojechał on też najszybciej do mety w San Remo, triumfując z przewagą 21 sekund nad Wladimiro Panizzą i 40 nad grupką przyprowadzoną przez Gianbattistę Baronchellego.

Miejscówka w Pigny pozwalała nam na wypad pod obie poniedziałkowe góry z tego samego miejsca. Na pierwszy rzut czekał nas blisko 20-kilometrowy podjazd pod najwyższe szosowe wzniesienie w całej Ligurii. To znaczy wspinaczka ku Colla Melosa (1540 m. n.p.m.), gdzie asfalt kończy się na wysokości 1566 metrów n.p.m. Zasadniczo można ją podzielić na dwa dłuższe segmenty. Pierwszy składa się z wstępu na drodze SP64 i niespełna 11 kilometrów na szosie SP65 o łącznej długości 12,5 kilometra i stromiźnie 6,7%. Ta faza podjazdu kończy się na Colle Langan (1127 m. n.p.m.). Drugi to odcinek 6,8 kilometra powyżej wspomnianej przełęczy. Ma on średnie nachylenie 6,4% i wiedzie do kresu asfaltowej drogi jakieś 300 metrów za zakrętem wokół restauracji Melosa. Darek kolejny dzień musiał sobie radzić bez butów kolarskich. Tym razem postawił na sandały, jako że miały podeszwy twardsze niż przetestowane dzień wcześniej „biegówki” od Asics’a. Wobec owych kłopotów sprzętowych nie mogliśmy liczyć na równą, wspólną jazdę. Wystartowałem z centrum Pigny o godzinie 12:10, dziewięć minut po Darku. Pierwsze 1700 metrów to miała być spokojna rozgrzewka po łatwym terenie o średnim nachyleniu 3%. Najpierw spokojne 500 metrów do mostku nad Nervią. Po prawej ręce w dole spostrzec mogłem spory hotel i baseny czyli ośrodek Terme di Pigna. Jeszcze ładniejszy widok miałem na wprost. W górze miałem kolorowe domy składające się na miejscowość Castel Vittorio. Wiedziałem, że aby dostać się na Colle Langan już na drugim kilometrze tej trasy będę musiał odbić w prawo i opuścić drogę SP64. Nieco się z tym jednak pośpieszyłem to znaczy skręciłem już po przejechaniu 1200 metrów i wbrew swoim planom zacząłem się wspinać ku wspomnianemu Castel Vittorio. Szybko nabrałem podejrzeń, że coś tu nie gra i po przejechaniu nieco ponad kilometra zatrzymałem się jak i samochód jadący z naprzeciwka. Zapytałem kierowcę czy to aby na pewno droga na przełęcz Langan. Gdy uzyskałem odpowiedź przeczącą zawróciłem do rozjazdu. Przez swoją pomyłkę dodałem sobie do programu niespełna 2,5 kilometra tracąc na tym przeszło 6 minut. Drugi raz nie mogłem się już pomylić, albowiem prawdziwy wjazd na SP65 był dobrze oznaczony. Poza tym stały tu też znaki drogowe zwiastujące marny stan nawierzchni. O fakcie tym zostałem już wcześniej uprzedzony przez zaprzyjaźnionego „szpiega” czyli Daniela Pawelca, który zwiedzał te okolice pod koniec czerwca. Dzięki temu wiedziałem, że pomimo rozmaitych niespodzianek będzie można spokojnie dotrzeć na sam szczyt wzniesienia.

20150907_155331

20150907_145250

20150907_142832

Po przejechaniu półtora kilometra po drodze SP65 trafiłem na roboty drogowe. W tym miejscu spory kawał asfaltu został zmyty po zimowych lub wiosennych ulewach. Trzeba się było zmieścić pomiędzy zboczem góry a płotkiem rozstawionym przez drogowców. Plus tej przeszkody był przynajmniej taki, że skutecznie eliminował samochody. Auta pojawić się mogły co najwyżej od przeciwnej strony, więc w sumie cała góra należała do cyklistów. A zatem można się było męczyć w spokoju. Pogoda nam dopisała. Ciepły dzień przy umiarkowanym zachmurzeniu. Średnia temperatura na całej górze 26 stopni, zaś na przełęczy Langan nawet 30! Chłodniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilometrach z minimum w postaci 18 stopni na samej mecie. Na pierwszych trzech kilometrach tego szlaku znajduje się pięć wiraży. W połowie szóstego kilometra (choć dla mnie był to koniec ósmego) mija się restaurację Palazzo Maggiore. Wzdłuż drogi rosną imponujących rozmiarów agawy, zaś wyżej wśród drzew dominuje kasztan jadalny. Każdy kilometr podjazdu odmierza tu stosowny znak na prawym skraju drogi. Pośród górskich zboczy dostrzec można pojedyncze domostwa. Droga jest wąska, acz niezłej jakości poza dwoma kolejnymi miejscami gdzie została również podmyta. Jechało mi się całkiem dobrze i na samej Colla Langan złapałem Darka. Ten jechał dość oszczędnie, więc w pierwszej części finałowego odcinka był w stanie wyraźnie przyśpieszyć. Dlatego po zakręcie w prawo przejechaliśmy razem po SP67 dobre dwa-trzy kilometry. Ostatecznie Dario uznał, że nie będzie forsować swych mięśni i ścięgien nie będąc odpowiednio „zadokowany” do swego Simplona. Niespełna trzy kilometry przed finałem minąłem przełęcz Colle Belenda. Nie zatrzymałem się przed schroniskiem Allavena. Dojechałem do końca prostej, czyli miejsca gdzie skończył się asfalt. Po niespełna trzech minutach dojechał mój dzielny kompan. Na linii naszej mety rozpoczynał się kamienisty dukt ku przygranicznym fortom na Monte Grai (1899 m. n.p.m.). W sumie przejechałem 21,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 1328 metrów. Tymczasem miało być 19,4 kilometra o amplitudzie 1292 metrów. Można powiedzieć, że nadwyżkę sam sobie załatwiłem. Klasyczną część podjazdu pokonałem w 1h 15:22 przy średniej prędkości 15,6 km/h i VAM 1028 m/h. Na stravie jedyny ciekawszy odcinek, który znalazłem obejmuje 6,4 kilometra pomiędzy Langan a Melosą. Ten segment przejechałem w czasie 25:20 (avs. 15,3 km/h i VAM 950 m/h) co obecnie jest 11 wynikiem pośród 175 odnotowanych.

20150907_142333

20150907_135442

20150907_134943

Na górze spędziliśmy niemal pół godziny. Zjazd rozpoczęliśmy tuż po czternastej. Spokojna droga pełna sielskich widoków nie skłaniała do szybkiej jazdy. Często zatrzymywałem się aby zrobić zdjęcia. Na nasz parking dotarłem o 15:25. Darkowi te urokliwe strony spodobały się jeszcze bardziej. Rzec by można, iż przepadł gdzieś po drodze. Do samochodu zjechał dopiero o szesnastej. Po kolejnych dwudziestu minutach ruszyliśmy ku naszej drugiej premii górskiej czyli na Passo Gouta (1212 m. n.p.m.). Najpierw trzeba było znaleźć miejsce, w którym zaczyna się ów 14-kilometrowy podjazd. Wiedziałem, że musimy zjechać parę kilometrów w kierunku południowym. Drogi na tą przełęcz trzeba było szukać po prawej stronie szosy SP64. Po przejechaniu dwóch kilometrów od centrum Pigny znaleźliśmy drogę SP69. To wzniesienie liczy sobie w teorii 14 kilometrów o średnim nachyleniu niemal 7% i przewyższeniu 983 metrów. Jak widać na załączonym obrazku jest to podjazd dość równy, na którym trudniejsza jest pierwsza połowa wspinaczki. Pierwsze siedem kilometrów ma średnio 7,6 %, zaś kolejne siedem już „tylko” 6,3 %. Teren całkiem dobry do płynnej jazdy. Z jednej strony bez zbędnych wypłaszczeń, zaś z drugiej strony pozbawiony bardzo stromych ścianek. Maksymalna stromizna sięga ponoć 10%, acz mój licznik pokazał „chwilówki” na poziomie 13%. Jak wiele szlaków na niespokojnym niegdyś włosko-francuskim pograniczu również ta droga powstała ze względów militarnych. Szosa jest wąska, kręta i co ważne dla kolarzy cicha czyli niemal pozbawiona ruchu samochodowego. Nie prowadzi do żadnej miejscowości, zaś zamieszkały jest teren tylko do wysokości około 500 metrów n.p.m. Na dole rosną tu drzewka oliwne, zaś wyżej szosa wpada do gęstego lasu o strukturze mieszanej, w którym jeśli wierzyć opisom przeważają jodły i buki. Dzięki nim w środku lata można się tu skutecznie schować przed słońcem. Dla nas którzy zapędzili się w te strony późnym popołudniem na początku września ta osłona nie miała już jednak większego znaczenia. Gdyby po drodze ktoś zanadto osłabł z sił to u kresu tej wspinaczki może się posilić lub napoić w schronisku Gola di Gouta. Na całym wzniesieniu jest osiemnaście klasycznych wiraży, z czego osiem mija się w trakcie pierwszej ćwiartki wspinaczki czyli do połowy czwartego kilometra. Z niektórych mieliśmy ładny widok na sięgający niemal dwóch tysięcy metrów szczyt Monte Toraggio (1973 m. n.p.m.). Jak przystało na podjazd liguryjski z pewnych miejsc można też było dojrzeć błękitne wody Morza Śródziemnego.

Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:25. Obaj w tym samym momencie. Dlatego od razu ustaliliśmy, iż każdy z nas jedzie swoje czyli na ile tylko własne nogi i buty pozwolą. Starałem się jechać na tyle mocno na ile byłem w stanie po szybkiej wspinaczce na Colla Melosa. Mój plan minimum zakładał wyrobienie się w czasie poniżej godziny. To się udało, acz nie stać mnie było na jakieś rewelacyjne tempo. Według danych z Garmina przejechałem 14 kilometrów w czasie 58:15 czyli przy średniej prędkości 14,5 km/h. Na stravie w zasadzie ten sam odcinek opisano jako segment o długości 13,7 kilometra z przewyższeniem 969 metrów. Zmierzono mi na nim czas 58:10 przy avs. 14,2 km/h i VAM 1000 m/h. Ten wynik daje mi 43 miejsce na liście obejmującej 230 osób. Darek na pokonanie tego segmentu potrzebował 1h 08:39 (avs. 12,0 km/h i VAM 847 m/h). Parę godzin wcześniej na dojeździe do Langan wykręcił VAM 860 m/h, zaś na finałowym odcinku pod Melosę 858 m/h. Z pełnym przekonaniem stwierdził, więc że sandały bardziej nadają się do kolarstwa niż sportowe buty do biegania. Zanim nadjechał mój przyjaciel zaczepili mnie dwaj niemieccy motocykliści. Pytali o drogę ku francuskiej granicy. Z przełęczy droga SP69 wiodła dalej prosto, ale tylko przez niespełna dwa kilometry i kończąc się ni stąd ni zowąd w leśnej głuszy. Mogli odbić w prawo na graniczną Passo Muratone (1157 m. n.p.m.), ale wygodnym szutrowym szlakiem dojechaliby tylko do wcześniejszego Colle Scarassan (1226 m. n.p.m.). Po bardzo spokojnym zjeździe i krótkim odcinku w dolinie do samochodu dojechaliśmy kwadrans przed siódmą. W sumie na drugim etapie przejechałem 73,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2336 metrów. Dario miał śmiały plan by przed 20:00 odnaleźć oddział UPS w Imperii. Trzeba się było pośpieszyć. Doliną Nervia pognałem na tyle szybko na ile się dało. Zapomniałem wyłączyć Garmina, przez co nieopatrznie „ustanowiłem” parę rekordów na stravie. Na autostradzie pełen gaz. Niemniej wcześniej wstrzymały nas korki na ulicach Ventimigli. Natomiast tuż przed wjazdem na autostradę zapytano mnie, w którą stronę chcemy jechać. W związku z początkiem kryzysu imigracyjnego wprowadzono kontrolę samochodów zmierzających ku granicy francuskiej. Na zachodniej nitce A10 szybko powstał kilkunastokilometrowy korek. Po dojechaniu do Imperii spodziewany oddział (agencja) firmy kurierskiej okazał się ledwie kioskiem. Zresztą zamkniętym, gdyż spóźniliśmy się o kilka minut. Jednak skoro już byliśmy w mieście to postanowiliśmy podjechać na bulwar nadmorski i sprawdzić pizzerię, którą zachwalał nam Daniel. Niemniej i tu nie mieliśmy szczęścia, bo akurat w poniedziałki bywa ona zamknięta. Aby nie wracać do domu z pustymi żołądkami zasiedliśmy w ogródku konkurencji.

20150907_182304

20150907_175620

20150907_174024

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Melogno & Caprauna

Autor: admin o niedziela 6. Wrzesień 2015

Niespełna dwa tygodnie po powrocie z Południowego Tyrolu już pakowałem się do kolejnej podróży z ziemi polskiej do włoskiej. W międzyczasie niewiele pojeździłem. Przez dwanaście dni zrobiłem niespełna 200 kilometrów. Przy tym ani kilometra na drogach Kaszub i Trójmiasta. Jedyne okazje do jazdy miałem na Mazowszu, gdzie zawitałem w związku z komentarzami do trzech etapów Vuelty. Pokręciłem trochę od piątku do niedzieli na trasach wokół Błonia i Łosia. Jak by nie patrzeć nigdy jeszcze nie ruszałem na górskie wojaże tak późno. Kalendarzowo najpóźniejszym wyjazdem była bowiem dopiero co zakończona wycieczka po szosach prowincji Bolzano. Teraz miałem się przekonać czy wysokie góry Starego Kontynentu można zwiedzać również w pierwszej i drugiej dekadzie września. Nie planowałem tego. Wyprawa do Ligurii i Piemontu miała się odbyć na początku, a nie pod koniec lata. Owe plany pokrzyżował jednak mój wypadek z 7 czerwca, po którym wsiadłem na rower dopiero 1 lipca. Oryginalnie do Włoch mieliśmy pojechać we trzech. Pozą mną szykowali się na całą ponad dwutygodniową eskapadę również Darek Kamiński i Adam Kowalski. Do tego już na miejscu na kilka etapów dołączyć miał do nas Daniel Pawelec, który zabukował sobie rodzinne wakacje w Imperii. Ostatecznie ja zostałem w domu. Adam pojechał gdzie indziej czyli do austriackiego Tyrolu oraz Trentino. Natomiast Daniel kręcił po górach na włosko-francuskim pograniczu samotnie przy niemal 40-stopniowym upale. Jedynie Dario był w stanie elastycznie zareagować na niespodziewaną zmianę mego letniego programu. Dlatego w daleką podróż ku północno-zachodniej Italii ruszyliśmy w minimalistycznym dwuosobowym składzie. Wystartowaliśmy około północy z piątku na sobotę (4/5 września). Czekała nas 19-godzinna podróż do Imperii na trasie liczącej niemal 1800 kilometrów. Jednym słowem dojazd o długości porównywalnej do tego jaki zaliczyliśmy rok wcześniej zmierzając na start naszego Giro dell’Appennino.

Tak dla mnie jak i dla Darka nie była to pierwsza wyprawa do Ligurii i Piemontu. Jeśli chodzi o mnie w Ligurii byłem wcześniej dwa razy, acz przelotnie. Przy tych okazjach zaliczyłem w tym regionie tylko trzy solidne wzniesienia. Podczas wakacji z 2011 roku wracając z samochodowej wycieczki do Portofino zahaczyłem rowerem o Passo del Ghiffi. Natomiast trzy lata później na piętnastym etapie wyprawy po Apeninach wjechałem na Monte Beigua oraz do Santuario di Nostra Signora della Guardia. Teraz chciałem poznać najciekawsze podjazdy w alpejskiej czyli zachodniej części Ligurii. Na dobrą sprawę gdy spojrzymy na mapę nie bardzo widać gdzie przebiega naturalna granica między Apeninami i Alpami. Przyjęło się uważać, że tym miejscem jest przełęcz Cadibona (459 m. n.p.m.) leżąca na terenie prowincji Savona. Dlatego też interesowały mnie liguryjskie wzniesienia na zachód od tego miejsca. Oczywiście te najtrudniejsze i to najchętniej o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Wybrałem ich osiem, w tym wysokie na ponad 1500 metrów n.p.m. Colle Melosa i Monte Ceppo. Pierwszy z owych ośmiu chciałem „zaliczyć” jeszcze w sobotni wieczór. Sześć kolejnych od niedzieli do wtorku, zaś ósme już w ramach pierwszej części piątego etapu. To znaczy podczas środowej przeprowadzki do Piemontu, gdzie mieliśmy spędzić pozostałe dwanaście dni tej wyprawy. Tam zaś mieliśmy się skupić wyłącznie na podjazdach z prowincji Cuneo oraz Torino czyli na szosach Alp: Nadmorskich, Kotyjskich i Graickich. Podczas wypraw z lat: 2008, 2010, 2011 i 2013 zdobyłem tu już łącznie dziewiętnaście „skalpów”, z czego czternaście na terenie dwóch prowincji, które ponownie wziąłem na swój celownik. Choć miałem już w swym dorobku przełęcze: Agnello, Fauniera, Lombarda, Sampeyre oraz Tenda jak i wspinaczki do stacji narciarskich Sestriere czy Pratonevoso wciąż wiele pozostało mi tu do zdobycia. Chciałem zobaczyć graniczną Maddalenę, przetestować trzecie drogi na Faunierę i Sampeyre, a przede wszystkim zmierzyć się z szutrową Finestre i „maratońskim” podjazdem na niebotyczny Nivolet. Nasz pobyt w Piemoncie podzieliłem równo na obie prowincje. Noclegi nr 5-10 zarezerwowałem u znajomego kolarza-amatora w Borgo San Dalmazzo. Natomiast lokalu pod noce nr 11-16 szukałem w pobliżu Turynu. Ostatecznie już podczas trwania tej wyprawy wybrany wcześniej hotel w Pianezzy zamieniłem na mieszkanie w San Mauro Torinese.

Podróż nad Morze Liguryjskie szlakiem przez Bregenz, San Bernardino oraz Como była długa i męcząca. Do tego nadspodziewanie kosztowna za sprawą wpadki na krótkim odcinku austriackiej autostrady. Tym niemniej Darek dodatkowo „zadbał” o ożywienie atmosfery. Podczas przejazdu przez Bawarię mój przyjaciel zdał sobie sprawę z tego, iż zapomniał spakować obie pary swych butów kolarskich! W całym zamieszaniu pomiędzy powrotem z Brunico, tygodniową wycieczką z do Barcelony i ponownym wyjazdem do Italii o takie niedopatrzenie nie było trudno. Cóż było robić? Wykonał szybki telefon do swej niewiasty by czym prędzej nadała kurierem przesyłkę specjalnego znaczenia do Imperii. Marzena spisała się na medal. Niemniej była to sobota, więc buty mogły wyruszyć do Italii dopiero w poniedziałek. Tym samym Dario musiał na nie poczekać do wtorkowego popołudnia, zaś do tego czasu radzić sobie w sposób alternatywny. Ponieważ do Casa Rosmarino na Via Monte Gagliardone dotarliśmy dopiero około 19-tej mogliśmy zapomnieć o „prologu” zaplanowanym na sobotni wieczór. Z naszej pierwszej bazy noclegowej mieliśmy ledwie 6 kilometrów do miasteczka Dolcedo u podnóża Colle d’Oggia. Stąd wzniesienie to upatrzyłem sobie na pierwszy cel. Trzeba było dokonać roszady w programie zwiedzania Alp Liguryjskich. To znaczy rozpocząć nasze zwiedzanie Alp Liguryjskich dopiero w niedzielę czyli 6 września, zaś wspinaczkę pod przełęcz Oggia przełożyć na środowe przedpołudnie. Baza noclegowa nr 1 przypadła nam do gustu. Casa Rosmarino położona jest na parę kilometrów na zachód od centrum Imperii na wzgórzach powyżej Porto Maurizio. Ostatni kilometr dojazdu wiodący wąską Via Tommaso Littardi był dość techniczny, zaś z tarasu mieliśmy widok na autostradowy wiadukt. Tym niemniej hałasu nie było słychać, zaś w tle drogi szybkiego ruchu widać było nadmorskie wzgórza oraz górskie szczyty z prawdziwego zdarzenia. Poza tym spoglądając z ogrodu pod odpowiednim kątem można było dojrzeć lazurowe wody Mar Ligure. Przede wszystkim jednak samemu apartamentowi nic nie brakowało. Mieliśmy w nim salon z kuchnią, pokój służący Darkowi za sypialnię i łazienkę. Do tego dobre połączenie z internetem, ganek z drewnianym stołem i krzesłami oraz bezpieczne miejsce parkingowe, acz sam wyjazd z podwórka do łatwych nie należał.

20150905_195132

20150906_102812

20150906_103118

Zmęczeni długą podróżą nie nastawialiśmy się na wczesną pobudkę. Nazajutrz spokojnie szykowaliśmy się do pierwszego etapu. Ostatecznie z Casa Rosmarino wyjechaliśmy o wpół do jedenastej. Na pierwszy rzut przewidziałem dla nas wspinaczki pod Colle Melogno (1028 m. n.p.m.) i Colle Caprauna (1379 m. n.p.m.). Dlatego czekała nas wycieczka do prowincji Savona czyli ku wschodniej części Riviera Ponente znanej jako Riviera delle Palme. Kolejność premii górskich zgodna z utartym zwyczajem. Najpierw dalsza od domu, następnie ta nieco bliższa niejako w drodze powrotnej. Podjazd pod przełęcz Melogno zaczyna się na wysokości miasteczka Finale Ligure oddalonego od naszej bazy noclegowej o 55 kilometrów. Podczas naszych codziennych dojazdów postanowiłem korzystać z autostrady A10. Nie była to tania opcja, lecz pozwalała zaoszczędzić mnóstwo czasu. Alternatywą była powolna jazda po nadmorskiej „krajówce” SS1 czyli drodze krętej i generalnie jednopasmowej. Z Casa Rosmarino do wjazdu na autostradę (Imperia Ovest) mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. A potem już pełen gaz, więc u podnóża góry byliśmy po około 40 minutach. Podjazd na dobre zaczyna się jakieś półtora kilometra na północ od morskiego wybrzeża. Dlatego zatrzymaliśmy się w Finalborgo w pobliżu miejscowego cmentarza. Klasyczna wersja południowego podjazdu pod Colle Melogno w całości prowadzi po drodze SP490. Ewentualnie wspinaczkę można też zacząć w pobliskim Borgio Verezzi. Namawiał mnie do tego Daniel Pawelec, któremu w czerwcu bardzo spodobał się malowniczy odcinek na dojeździe do Gorry. Pomimo tej zachęty postanowiłem się trzymać „podręcznikowego” profilu. W siedemnastym tomiku „Passi e Valli in Bicicletta” czyli „Liguria 2 – Il Ponente, Province Genua e Savona” napisano, że to gigant zwrócony ku morzu. Jedna z niewielu gór we Włoszech, która w mniej niż 20 kilometrów zawiedzie znad morza na wysokość ponad 1000 metrów. Zdaniem autorów tej książki to wspinaczka pierwszej kategorii, koniecznie do zrobienia przynajmniej raz w życiu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Podjazd ma długość 15,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6% i max. 10% co daje przewyższenie 1009 metrów. Po raz pierwszy pojawił się na trasie Giro d’Italia już w 1922 roku na etapie z Genui do Turynu. W ostatnim ćwierćwieczu wypróbowano go dwukrotnie. W sezonie 1993 na odcinku z Varazze do Chianale górską premię wygrał tu Gianluca Bortolami, zaś w 2000 na etapie z Genui do Pratonevoso jako pierwszy na przełęcz dotarł Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez.

Rozpoczęliśmy wspinaczkę o 11:41. Całe wzniesienie można podzielić na cztery fragmenty. Na przemian trudniejsze i łatwiejsze. Pierwszy segment od Finalborgo do Gorra to 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,2%. Na samym początku jest dość głośno, albowiem pierwsze 1200 metrów służy kierowcom za dojazd do autostrady A10. Potem tuż przed Gorrą droga łączy się ze wspomnianym szlakiem z Borgio Verezzi. Drugi segment również o długości 2,7 kilometra jest znacznie łatwiejszy, gdyż ma ledwie 4,2%. Szosa biegnie tu wśród drzewek oliwnych, mija boczne drogi do Calice Ligure i Bardino Vecchio, a w końcu dociera do kościółka pod wezwaniem św. Pantaleona. Odtąd nie ma już łatwo. Kolejne 8,6 kilometra ma średnio 7,1 % i kończy się przy zbiegu z drogą SP15. Szosa niemal cały czas wiedzie w kierunku północno-zachodnim. W zasadzie nie ma tu typowych wiraży, acz dłuższych prostych odcinków też trudno uświadczyć. Teren jest odsłonięty, więc słonko potrafi ostro przygrzać. Ponoć nawet zimą można dotrzeć rowerem na tą przełęcz. Licznik pokazał mi 26 stopni jako średnią temperaturę z całego wzniesienia. Po lewej ręce niemal przez cały czas jest piękny widok na Morze Liguryjskie. W samej końcówce podjazd nieco odpuszcza. Ostatnie półtora kilometra ma średnie nachylenie 5,5%. Finał podjazdu jest wielce oryginalny, albowiem mieści się w bramie fortu Centrale del Melogno wybudowanego w latach 1883-1895. Od początku do końca jechało mi się bardzo dobrze. Po blisko dwutygodniowym lenistwie jazdę zacząłem bardzo ochoczo. Chyba nawet na zbyt twardym przełożeniu, bo nogi szybko zapiekły. Tym niemniej nie podcięło mi to skrzydeł. Byłem w stanie utrzymać równe mocne tempo na całej długości wzniesienia. Według danych z licznika przejechałem 15,2 kilometra w czasie 53:38 (avs. 17,0 km/h), co przy nieco zaniżonym przewyższeniu 996 metrów oznacza VAM na poziomie 1114 m/h. Zapisy na stravie wyglądają jeszcze korzystniej. Otóż ponad 8-kilometrowy trzeci segment pokonałem w tempie 1185 m/h, zaś najdłuższy „wyróżniony” odcinek czyli ostatnie 12 kilometrów zrobiłem w 43:58 (avs. 16,4 km/h i VAM 1153 m/h). W tym momencie jest to 19 wynik pośród 523 zarejestrowanych osób. Tymczasem Darek w „środowisku rowerowym” testował swe buty do biegania. Siłą rzeczy musiał potraktować ten podjazd ulgowo. Jechał w tempie turystycznym i dotarł na przełęcz w czasie 1h i 20 minut.

20150906_130639

20150906_132645

20150906_135414

20150906_141554

Na przełęczy spędziliśmy około dwudziestu minut. Następną godzinę zajął nam spokojny zjazd przeplatany tradycyjnymi foto-przystankami. Przy słonecznej pogodzie było wiele okazji do tego by zawiesić oko na na okolicznych widoczkach. Do samochodu zjechaliśmy około 14:20. Z tego miejsca do podnóża drugiego wzniesienia mieliśmy 37 kilometrów. Aby dostać się tam jak najszybciej skorzystaliśmy z autostrady na odcinku Finale Ligure – Albegna. Potem zjechaliśmy na drogę SP582 dojeżdżając do Martinetto. Oficjalnie podjazd pod Colle Caprauna zaczyna się właśnie w tym miejscu wraz z początkiem doliny rzeki Pennavaire jak i drogi SP 14. Moja lektura określiła Capraunę mianem „niekończącej się”. Co więcej dodała, że dzięki swym wymiarom i spektakularnemu pejzażowi może wzbudzać zazdrość nawet wśród alpejskich przełęczy. W pełnej wersji to wzniesienie to liczy sobie aż 28,5 kilometra. Niemniej pierwsze 9 kilometrów to zaledwie falsopiano o nachyleniu 2,1%. Dlatego ten odcinek postanowiliśmy sobie darować. Zatrzymaliśmy się dopiero przy mostku tuż przed Nasino. Dario wystartował z tego miejsca, zaś ja cofnąłem się jeszcze kilkaset metrów w dół doliny do miejsca, które wyglądało mi na początek prawdziwego podjazdu. Poczynając od Mulino di Nasino wzniesienie ma 19,5 kilometra o przewyższeniu 1119 metrów. To daje średnie nachylenie rzędu 5,7%. Natomiast maksymalna stromizna sięga 11%. Można na nim wyróżnić dwa dłuższe segmenty solidnej wspinaczki. Pierwszy o długości 9,6 kilometra przy średniej 6,4% oraz drugi czyli 7,8 kilometra ze średnią 6,1%. Są one przedzielone niemal płaskim odcinkiem 2100 metrów. Wystartowałem o 15:34. Po przejechaniu 600 metrów minąłem nasze miejsce postojowe, zaś na początku drugiego kilometra przejechałem przez Nasino. Po przebyciu 2,4 kilometra minąłem boczną drogę do Vignolo, a następnie kościół w stylu romańskim. Ciekawostką wschodniego podjazdu pod Capraunę jest fakt, iż pomimo swego niezaprzeczalnie liguryjskiego charakteru przebiega on głównie po terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Okazało się, że od miejsca swego startu do granicy obu regionów miałem tylko 3,1 kilometra.

Tym samym na początku czwartego kilometra byłem już w Piemoncie jadąc po tej samej drodze, lecz oznaczonej jako SP107. W połowie piątego kilometra droga oddala się od rio Pennavaire. Długimi fragmentami chowa się w lesie. W niższych partiach wzniesienia cień podróżnym dają kasztany, zaś w wyższych jodły i buki. Oczywiście podczas jazdy nie miałem czasu prowadzić badań miejscowej flory, lecz różne mądre rzeczy można wyczytać na temat zwiedzanych miejsc czytając mądre księgi. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Alto, na terenie której trzeba było pokonać trzy wiraże. Dwa kilometry za tą miejscowością to bodaj najtrudniejszy fragment całego podjazdu. Po przejechaniu 8,7 kilometra minąłem boczną drogę do położonego na wysokości 1008 metrów n.p.m. sanktuarium Madonna del Lago. Z kolei po 11 kilometrach od startu przebiłem się przez skalny tunel. Ponoć miejscowe góry ze swymi wieloma pionowymi ścianami są popularnym miejscem klasycznej wspinaczki czyli zdobywania gór metodą free-climbing. Dwa kilometry za tunelem dotarłem do Caprauna. Nie była to jeszcze przełęcz, a jedynie wioska o tej samej nazwie. To w tym miejscu trzeba było pokonać odcinek o nachyleniu dochodzącym do 11%, by po przejechaniu dwóch wiraży znaleźć się ponad dachami miejscowych domostw. Do końca wspinaczki brakowało mi jeszcze 6,5 kilometra. Droga ponownie zmieniła oznaczenie, odtąd nazywała się już SP216. Trzy kilometry przed finałem minąłem ostatni wiraż, zaś po przejechaniu 18,7 kilometra pieszy szlak do Rifugio Pian dell’Arma. Koniec podjazdu znajduje się na zakręcie w prawo i w zasadzie ociera się o granicę z Ligurią. Według licznika dystans 19,8 kilometra przejechałem w czasie 1h 06:48 (avs. 17,8 km/h) co przy zanotowanym przewyższeniu 1106 metrów daje VAM na poziomie 993 m/h. Nie była to więc już jazda na miarę wyczynu z Colle Melogno. Na stravie najdłuższy zarejestrowany segment ma długość 18,6 kilometra. Pokonałem ten odcinek w czasie 1h 04:20 (avs. 17,4 km/h i VAM 996 m/h), co dało 171 miejsce na liście obejmującej aż 796 nazwisk. Dario w obuwiu od Asisca przejechał ten segment w czasie 1h 29:33. Bez właściwego sprzętu każdy wjazd na górę, niezależnie od uzyskanego czasu, był zwycięstwem. Natomiast samo podjęcie wyzwania wypełnieniem olimpijskiego motta, iż „najważniejszy jest udział”. Żartowaliśmy, sobie że inspiracją dla niego był napotkany przed sześciu laty facet w klapkach spod Mont du Chat. Do samochodu zjechaliśmy kwadrans po osiemnastej. W drodze powrotnej przed wskoczeniem na autostradę zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy w Cisano sul Neva. Na pierwszym etapie przejechaliśmy w sumie 71 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2108 metrów.

20150906_170541

20150906_173237

20150906_174821

20150906_181704

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Lago di Neves & Riva di Tures

Autor: admin o niedziela 23. Sierpień 2015

Po dziesięciu dniach każdy z nas miał już co najmniej tuzin sporych gór w nogach. Wszystkie najważniejsze cele tej wyprawy zostały osiągnięte. Tymczasem za rogiem czaiła się perspektywa wielogodzinnej podróży powrotnej do Gorzowa, Warszawy czy Trójmiasta. Stąd przed ostatnim odcinkiem Giro dell’Alto Adige zapanowało pewne rozprężenie. Połowa członków naszej ekipy zastanawiała się czy ruszać na trasę jedenastego etapu. Ostatecznie wystartowało nas siedmiu tzn. wszyscy poza Arturem. Niemniej tylko trzech z myślą o zrobieniu pełnego programu czyli dwóch podjazdów. Niemal do końca zastanawiałem się co nam tu jeszcze pozostało do zrobienia. W ostatnich dwóch dekadach wyścig Dookoła Włoch trzykrotnie bywał w tych okolicach. Za każdym razem etapową metę Giro d’Italia wyznaczano w Falzes (niem. Pfalzen), niewielkim miasteczku położonym jakieś 7 kilometrów na północny-zachód od Brunico. Etap z roku 1997 wygrał Hiszpan Jose Luis Rubiera, zaś odcinek z sezonu 2004 Włoch Damiano Cunego. Przy ostatniej okazji czyli w 2012 roku najszybciej linię mety minął tu Bask Jon Izagirre, zwycięzca ubiegłorocznego Tour de Pologne. Tym niemniej w bezpośrednim sąsiedztwie tej miejscowości brak jest gór, które mogły zaspokoić nasze ambicje poznawcze. W 1997 roku ostatnią premią górską przed metą w Falzes było Montassilone (podjazd o długości 7,1 km przy średniej 8%), zaś siedem lat później nieco łatwiejsze Terento (8,4 km przy średniej 6%). Z kolei na etapie sprzed trzech lat premii górskich w ogóle zabrakło i najtrudniejszy był niespełna 5-kilometrowy łagodny podjazd do mety. To wszystko nie były wzniesienia godne naszej uwagi. Ostatnich wyzwań musieliśmy poszukać nieco dalej od domu. Gdyby stać nas było na mocne kończące uderzenie to udalibyśmy się na zachód do oddalonego o 22 kilometry Rio di Pusteria. Wybierając to miasteczko za punkt startu moglibyśmy w ramach około 90-kilometrowego etapu zaliczyć trzy solidne wzniesienia. To znaczy: Kieneralm (14 km przy średniej 6,9%), Val di Valles (14 km x 6,8%) oraz Alpe di Rodengo (11,7 km x 8,2%). Każdy z nich kończący się na wysokości ponad 1700 metrów n.p.m. po pokonaniu niemal tysiąca metrów przewyższenia.

Jednak na tak hardcorowe akcje nie było nas już stać. Dlatego wybrałem opcję nieco krótszej, bo 16-kilometrowej wycieczki w kierunku północnym ku Valle Aurina. To dolina sięgająca północnych kresów Italii. Kraina długich i mroźnych zim, w której mało kto mówi po włosku. Nie musieliśmy jednak jechać do końca drogi SS621 czyli na wysokości około 1600 metrów n.p.m. Interesowały nas podjazdy zaczynające się w tej dolinie, lecz wytyczone na bocznych drogach. Zachodni pod Lago di Neves (1856 m. n.p.m.) oraz wschodni do Riva di Tures (1675 m. n.p.m.). W tym celu podjechaliśmy do Molini di Tures (niem. Muhlen di Taufers) – miejscowości położonej u podnóża pierwszego z wybranych podjazdów i oddalonej ledwie dwa kilometry od początku drugiego z tych wzniesień. Wystartowaliśmy kilka minut przed dwunastą. W ramach krótkiej rozgrzewki przejechaliśmy płaski kilometr po wspomnianej krajówce. Następnie skręciliśmy w lewo i tu na drodze SP42 czekał już na nas podjazd o długości 17,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,6%. Co ciekawe wedle wszelkich dostępnych danych mający przewyższenie równo 1000 metrów. Ta dość długa i nierówna wspinaczka kończy się przy sztucznym jeziorze Neves Stausee, powstałym wśród szczytów Alp Zillertalskich za sprawą tamy wybudowanej w latach 1960-64. Cały podjazd streścić można w następujący sposób: solidny początek, długi i łatwy środek oraz bardzo trudna końcówka. Już na pierwszym kilometrze, gdzie chwilowe nachylenie przekraczało 12% podzieliliśmy się na dwa pododdziały czyli sekcję sportową i turystyczną. Czułem się dobrze, więc pociągnąłem żwawiej i ze mną zabrali Romek, Tomek oraz Adam. Pozostali czyli Daniel, Darek i Rafał spasowali niejako z założenia chcąc na zakończenie tej wycieczki raczej zwiedzać niż się ścigać. Pierwsza faza wspinaczki skończyła się już w połowie trzeciego kilometra. Potem droga się wypłaszczyła, więc nasza prędkość znacząco wzrosła. Najmocniejsze zmiany dawał Adam, na płaskich odcinkach podkręcając tempo naszej grupki do 36 km/h.

Na początku siódmego kilometra minęliśmy urocze jeziorko, przy którym nasi koledzy-turyści urządzili sobie później sesję zdjęciową. W tle widać już było wioskę Selva di Molini (niem. Muhlwald), której centrum minęliśmy po przejechaniu 7,3 kilometra. Nasz szlak przybrał nazwę SP156, acz wciąż jeszcze prowadził nas prosto w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu 11,1 kilometra odbiliśmy na północ wciąż jednak pozostając na lewym brzegu miejscowej rzeki. Tym niemniej na pierwszy trudniejszy odcinek przyszło nam jeszcze poczekać do połowy trzynastego kilometra. Jakieś 5 kilometrów przed szczytem zaczęła się decydująca rozgrywka. Na czele pozostałem razem z Tomkiem. Po przebyciu 13,9 kilometra dotarliśmy do Lappago (niem. Lappach), gdzie w dużym namiocie trwał właśnie w najlepsze wiejski festyn w prawdziwie tyrolskim stylu. W okolicy tej wioski trzeba było pokonać dwa tunele. Po wyjechaniu z drugiego do przejechania pozostało nam 3500 metrów. Pod koniec piętnastego kilometra jeszcze na terenie zabudowanym przyszło nam się zmierzyć ze stromizną sięgającą 17%. Na dwa kilometry przed finałem minęliśmy symboliczne rondo i budkę ze szlabanem przy, której kierowcy samochodów musieli zapewne uiszczać myto. Stroma końcówka, na której wedle prognoz maksymalne nachylenie miało wynieść 20% to był teren w sam raz dla ważącego niewiele ponad 60 kilogramów Tomka. Wąska dróżka ze stromym górskim zboczem po lewej stronie i wysokim na dwa metry murem po naszej prawicy. Na stravie jako finałowy zaznaczono segment o długości 2,7 kilometra i przewyższeniu 302 metrów czyli ze średnią 11%. Przejechałem ten odcinek z prędkością VAM na poziomie 1117 m/h, a mimo to nie dałem rady utrzymać koła swemu młodszemu koledze. Cały podjazd o długości 18,2 kilometra pokonałem zaś w czasie 1h 06:13 (avs. 16,5 km/h). „Bury” był ode mnie szybszy o 18 sekund. Romek stracił do zwycięzcy 1:41, zaś Adam 2:11. Na samej górze wjechaliśmy na tamę, co na swych zdjęciach i filmach uwiecznił Romano.

Neves_1

Neves_2

Neves_3

Przy Lago di Neves spędziliśmy około dwudziestu minut. Jako pierwszy w dół popędził Romek, któremu cały zjazd zajął 25 minut. Dla niego było to już ostatnie wzniesienie, albowiem umówił się z Arturem na szybszy powrót do kraju. Nasi koledzy z Mazowsza chcieli ruszyć jeszcze w niedzielne popołudnie. Ja zjeżdżałem tradycyjnie zjeżdżałem najwolniej, zatrzymując się na zdjęcia w co ciekawszych dla oka miejscach. Na drugim kilometrze zjazdu minąłem się z Danielem, Darkiem i Rafałem nieśpiesznie zdążającymi do swej ostatniej premii górskiej. Do drogi krajowej dotarłem kwadrans po czternastej. Następnie odbiłem w lewo czyli w górę Valle Aurina. Przejechałem jakiś kilometr w kierunku Campo Tures (niem. Sand in Taufers). Tu od razu skręciłem w Via Wiesenhof, ale Adama i Tomka nie spotkałem. W rozmowie telefonicznej wyjaśniło się, że obaj wrócili na chwilę do samochodów. Podjechałem więc dalsze kilkaset metrów do centrum tej miejscowości i tu postanowiłem zaczekać na moich wspólników w ostatniej akcji. Wspólną jazdę rozpoczęliśmy od przejechania mostku nad potokiem Aurina (niem. Ahr). Następnie musieliśmy skręcić w prawo na drogę SP43. Do pokonania mieliśmy podjazd o długości 12,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7% z przewyższeniem 808 metrów. Całkiem solidna premia górska na koniec całej zabawy. W odróżnieniu od wspinaczki pod Lago di Neves tu największe wrażenie robiły pierwsze kilometry. Znak drogowy u skraju szosy straszył nawet stromizną na poziomie 17%, ale to była drobna przesada. Wedle danych odczytanych z Garmina maksymalne nachylenie sięgnęło tu kilkakrotnie 15 % na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Przez dwa pierwsze kilometry jechaliśmy w cieniu gęstego lasu. Po przejechaniu trzech kilometrów minęliśmy drogę odchodzącą w lewo ku wiosce Acereto (niem. Ahornach). Czterysta metrów dalej „przeskoczyliśmy” na południowy brzeg potoku Reinbach, którego szum miał nam towarzyszyć niemal do końca dziewiątego kilometra. Na szóstym i siódmym kilometrze przejechaliśmy pod trzema galeriami, z których najdłuższa była druga.

Podczas tej wspinaczki dość szybko wyszło na jaw, że pierwszy podjazd najwięcej sił wyssał z Tomka. Ja czułem się nadspodziewanie dobrze i mogłem dyktować znacznie szybsze tempo. Z czasem okazało się ono za mocne także dla Adama. Mimo to miarkowałem swe siły, chcąc zachować kontakt wzrokowy z kolegami jadącymi za mną. Gdy po przejechaniu 7,4 kilometra skończyła się najtrudniejsza część tego wzniesienia zwolniłem tak by dojechałem do mnie Adam. Od wjazdu do Riva di Tures (10,4 km) dzieliły nas niemal płaskie trzy kilometry. Na tym łatwym odcinku jechaliśmy bardzo spokojnie, aby i Tomek złapał z nami kontakt. Wiedziałem, że przed samą miejscowością droga się rozjeżdża i trzeba będzie odbić w prawo. Dojeżdżając razem do tego miejsca miałem przynajmniej pewność, że się tu nie rozjedziemy w różnych kierunkach. Do końca wspinaczki mieliśmy jeszcze 2100 metrów o średnim nachyleniu 7,6%. Na początek dwa wiraże przy przejeździe przez Riva di Tures, z czego ten drugi przy typowym tyrolskim kościele ze strzelistą wieżą. Znowu nieco podkręciłem tempo przejeżdżając finałowy segment z prędkością ponad 15 km/h. Jak można było się spodziewać „ugotowany” Tomek szybko odpadł. Adam trzymał się blisko, więc do końca asfaltowej drogi dojechaliśmy praktycznie razem. Zatrzymaliśmy się przy parkingu na początku drogi szutrowej biegnącej ku Passo Gola (niem. Klammljoch). To przełęcz na granicy z Austrią położona na wysokości 2291 metrów n.p.m. Gdybyśmy chcieli na nią dotrzeć musielibyśmy jeszcze przejechać odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 8,9%. Początek tej „strada bianca” wyglądał całkiem zachęcająco, ale nie mieliśmy czasu i ochoty na podjęcie tego ryzyka. Zakończyłem więc swój ostatni podjazd po przejechaniu 12,5 kilometra w czasie 54:51 (avs. 13,7 km/h). Jakimś dziwnym zrządzeniem losu zajął mi on co do sekundy tyle samo czasu co Passo San Lugano zdobyte na samym początku tej wyprawy. Gdy staliśmy na górze zgasł mi Garmin, którego zapomniałem podładować. Z kolei Adamowi już na samym dole zepsuł się „bębenek”, więc do naszego parku maszynowego dojechał holowany przez Tomka. To były już chyba znaki od niebios, iż czas kończyć naszą przygodę w Południowym Tyrolu. Ja wraz z Danielem i Darkiem opuściłem gościnne progi Hausstatterhof jeszcze wieczorem czyli po godzinie 20-tej. Jedynie Rafał i spółka przed powrotem do Polski spędzili jeszcze jedną noc na swej stancji pod San Martino in Badia.

Spisaliśmy się bardzo dzielnie na przekór nie zawsze uprzejmej dla nas pogodzie. Ja dodałem do swej kolekcji 20 premii górskich, z czego 15 o przewyższeniu przynajmniej 1000 metrów! W tej liczbie 19 zupełnie nowych podjazdów. Plus „stara znajoma” czyli Costalunga, którą poznałem jedenaście lat wcześniej, acz wtedy w niepełnym wymiarze. Tym razem wespół z siedmioma kolegami przejechałem ją w pełnej 26-kilometrowej wersji od tunelu w Cardano. W sumie podczas tych jedenastu etapów przejechałem 729 kilometrów, z czego 355 pod górę. Łączne przewyższenie moich wszystkich premii górskich wyniosło 22.726 metrów. Tym samym moja „przeciętna góra” na tym wyjeździe miała długość niespełna 17,8 kilometra i amplitudę 1136 metrów. Koledzy też nie próżnowali. Nasze codzienne trasy nie zawsze się pokrywały. W miarę logistycznych możliwości działaliśmy bowiem wedle zasady: „każdemu wedle potrzeb”. Po to by każdy z nas wyniósł z tego wyjazdu maksimum satysfakcji z własnych odkryć i dokonań. Jeśli dobrze policzyłem Adam również przejechał 20 podjazdów o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Darek zrobił ich 19, Romek 18, Artur i Tomek po 16, Rafał 14 i Daniel 13. Członkom tej drużyny nie straszne było niebotyczne Stelvio, zimne Rombo, deszczowa Sella, strome Pampeago czy kamienisty Kronplatz. Najważniejsze jednak, że potrafiliśmy ze sobą współpracować, a nawet poratować się w potrzebie czego przykładem była akcja-ewakuacja spod Arabby. W tym składzie możemy zawojować niejeden region Europy. Na koniec pozostaje mi tylko dodać: „Grazie Ragazzi & Ci vediamo a Trentino”. Z większością tej ekipy spotkam się, bowiem w sierpniu 2016 roku na szosach Trydentu. Wcześniej bo na przełomie maja i czerwca zamierzam się sprawdzić na górskich drogach Katalonii i Andory w towarzystwie Darka i Rafała.

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone