banner daniela marszałka

La Crosetta & Piancavallo

Autor: admin o czwartek 19. Lipiec 2012

W ciągu sześciu dni od wkroczenia do Italii zaliczyłem tuzin najciekawszych podjazdów we włoskiej części Alp Julijskich i Karnickich. W pobliżu Ovaro zaczęło mi brakować „smakołyków” do dalszej degustacji. Co najwyżej mogłem zdobyć jedną czy drugą spośród już poznanych gór, lecz od przeciwnej strony. Dlatego podczas ostatniego dnia naszego pobytu we Friuli-Venezia Giulia wolałem sobie poszukać „delicji” dalej od domu. Moja wyprawa do tego regionu Włoch nie byłaby kompletna gdybym nie zafundował sobie wspinaczki do stacji narciarskiej Piancavallo (1267 m. n.p.m.). Pomimo upływu lat w pamięci miałem emocjonujący pojedynek jaki w trakcie Giro d’Italia z roku 1998 stoczyli na tej górze śp. Marco Pantani, Rosjanin Paweł Tonkow i Szwajcar Alex Zulle. Jednak aby dotrzeć do podnóża tego wzniesienia trzeba było się zdecydować na około dwugodzinną podróż samochodem i to w jedną stronę. Nie każdy z nas miał na to ochotę. Adam i Darek wybrali stricte rowerowe wycieczki po najbliższej okolicy. Tym niemniej na wspólną wyprawę ku zachodnim krańcom regionu Friuli udało mi się namówić Piotra. Aby nadać większy sens kilku godzinom w aucie uznałem, iż trzeba będzie jak zwykle zrobić nie jedno, lecz dwa wzniesienia. Do tej koncepcji znakomicie pasował porównywalnie trudny i również widywany na Giro podjazd do osady La Crosetta (1118 m. n.p.m.) leżącej na płaskowyżu Piancansiglio. To od niego postanowiłem zacząć czwartkową potyczkę z kolarskimi górami, zaś następnie resztki naszych sił rzucić na Piancavallo. Na dojazd w rejon obu gór wybrałem szlak krótszy dystansem, lecz w teorii bardziej czasochłonny. Do Caneva di Sacile leżącej u podnóża Crosetty na wysokości ledwie 51 metrów n.p.m. dojechaliśmy drogami: SR 355, SS52, SR 552, SP 2, SP 69 i SP 29. Wybraliśmy więc szlak przez Villę Santina, Priuso, przełęcz Forcella di Monte Rest, Tramonti di Sopra, Meduno, Maniago i obrzeża Aviano.

Na miejscu byliśmy około wpół do pierwszej. Dzień był słoneczny i od razu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że równie trudnym przeciwnikiem co górski teren będzie upalna pogoda. Wschodni podjazd na La Crosetta zaczyna się na północnych obrzeżach miasteczka u styku Via Zat Sereno i Via Rupolo D. Na górze tej czterokrotnie podczas wyścigu Dookoła Włoch wyznaczano linię górskiej premii. Tym niemniej bodaj nigdy nie zdobywano jej od najtrudniejszej wschodniej strony. Nie mam pewności co do wariantu wykorzystanego w roku 1962 gdy pierwszy na górze zameldował się Nino Defilippis. Tym niemniej ustaliłem, iż w latach 1966, 1968 i 1978 jeżdżono tylko od strony północnej lub zachodniej po starcie w Farra d’Alpago lub Anzano w regionie Veneto. Następcami Piemontczyka w roli zdobywcy tego wzniesienia byli jego mniej znani rodacy Pietro Scandelli i Lino Farrisato oraz Szwajcar Ueli Sutter. Pierwsze 1100 metrów ma średnie nachylenie 5,4 % i na końcu tego odcinka otwiera się widok na wybudowany na pobliskim wzgórzu zamek. Drugi kilometr jest łatwiejszy za sprawą krótkich zjazdów. Po pokonaniu 1,9 kilometra dociera się uprawy winorośli prowadzonej w gospodarstwie agroturystycznym Le Favole. Kolejne 800 metrów łatwego terenu poprzedza cały kilometr o przeciętnej 10,1 %. Mniej więcej w połowie tego trudnego odcinka bierze się ostry zakręt w lewo i do góry zostawiając po prawej ręce zjazd do miasteczka Sarone. Po zakręcie jedzie się drogą SP 61, niezmiennie w terenie odsłoniętym mijając pojedyncze domy wakacyjne. Pokonując wiraże na piątym kilometrze podjazdu razi w oczy widok pobliskiego kamieniołomu.

Na starcie naszej wspinaczki temperatura wynosiła 29 stopni, lecz w połowie wzniesienia wzrosła aż do 35. Dlatego w pobliżu rozgrzanych skał czułem się jakbym przejeżdżał obok otwartego piekarnika. W tym ukropie minąłem zjazd ku osadzie Malorla (7,3 km) i Agriturismo La Genzianella (10,3 km). Do końca jedenastego kilometra wspinaczki za plecami miałem piękny widok na Nizinę Padańską. Widok masztów w okolicy restauracji Coda del Bosco (11,1 km) zwiastował bliski koniec najtrudniejszej części wzniesienia. Poprzedzające ten lokal osiem kilometrów miało średnie nachylenie 8,6 % przy max. 15 %. Jeszcze tylko kilkaset metrów w pełnym słońcu i po przebyciu 11,7 kilometra mogłem schować się przed słońcem w cieniu lasu. Do początków czternastego kilometra podjazd trzymał jeszcze na poziomie 7-8 %. W lesie drzewa iglaste mieszały się z liściastymi, zaś pomiędzy nimi aż roiło się od białych skałek. Na ostatnich 2800 metrach droga wiedzie cały czas pograniczem regionów Friuli i Veneto. Końcówka w cieniu i łatwiejszym terenie wygląda jak nagroda za wcześniejsze cierpienia. Najpierw 600 metrów podjazdu na poziomie 4,8 %. Potem 1,4 kilometra płaskiego terenu, nawet z krótkim zjazdem do Strada Vecchia dell’Istria i na koniec 800 metrów o nachyleniu 5,1 %. Wspinaczkę o długości 16,1 kilometra przy średniej 6,6 % ukończyłem w czasie 1 godziny 5 minut i 10 sekund czyli z przeciętną prędkością 14,731 km/h. Piotrek, który odpuścił moje koło już na samym początku spisał się całkiem zgrabnie docierając na szczyt w czasie 1 godziny i 11 minut. Na przełęczy jest kilka budynków m.in. restauracja „Stella Alpina” oferująca swym gościom kuchnię domową. Z tablicy informacyjnej można się dowiedzieć, iż gminę Fregona zamieszkują Cimbri czyli ludność pochodzenia germańskiego przybyła w te strony z terenów Bawarii jeszcze w średniowieczu.

Z Canevy do Piedemonte di Aviano gdzie zaczyna się podjazd do Piancavallo mieliśmy ledwie 18 kilometrów. Zjechawszy na dół około piętnastej nie musieliśmy się więc zanadto śpieszyć. Dojechawszy na miejsce skręciliśmy z SP 29 na via Monte Cavallo i po stu metrach podjazdu zatrzymaliśmy samochód w zatoczce po prawej stronie drogi. Czekał nas podjazd o długości 13,8 kilometra i średnim nachyleniu 8 %, przy max. 13,5 %. Został on dwukrotnie przetestowany na wielkim Giro. Po raz pierwszy w roku 1998 gdy walkę o zwycięstwo na czternastym etapie stoczyli tu główni aktorzy tamtego wyścigu czyli Pantani, Tonkow i Zulle. Wygrał Włoch z przewagą 13 sekund nad Rosjaninem i Szwajcarem. Niespełna pół minuty do zwycięzcy stracił Giuseppe Guerini, który parę dni później w Dolomitach pomógł słynnemu „Piratowi” pokonać cudzoziemską opozycję. Na piątym miejscu, ale ze stratą już blisko dwóch minut etap ukończył jednodniowy lider Andrea Noe’, który tym samym utracił różową koszulkę na rzecz Zulle. Na swój drugi występ w Giro Piancavallo poczekało do roku 2011. Znalazło się wówczas na początku morderczego etapu piętnastego, który przez pięć sporej wielkości podjazdów wiódł do mety przy Rifugio Gardeccia. Premię górską w Piancavallo wygrał Włoch Emanuele Sella, lecz sam etap padł łupem Baska Mikela Nieve. Stacja narciarska u podnóża Monte Cavallo (2251 m. n.p.m.) powstała w latach sześćdziesiątych XX wieku. Jako pierwsza we Włoszech została wyposażona w system sztucznego dośnieżania. Od roku 1979 przez kilkanaście sezonów gościła najlepszych alpejczyków na zawodach o Puchar Świata. Oprócz osiemnastu tras zjazdowych ma też 30 kilometrów tras biegowych. Można się do niej dostać również od strony wschodniej z początkiem wspinaczki w miejscowości Barcis. Ten wariant dojazdu jest bardziej przyjazny dla amatorów kolarstwa, gdyż liczy sobie 15,3 kilometra o umiarkowanym nachyleniu 5,7 %.

Wspinaczkę zaczęliśmy kwadrans przed szesnastą przy obłędnej temperaturze 39 stopni Celsjusza! Piotrek ruszył na górę z parominutowym zapasem tak abyśmy osiągnęli metę wzniesienia mniej więcej w tym samym czasie. Po spokojnych 600 metrach kolejny kilometr ma już średnio 10,6 %. Na początku tego trudnego odcinka pokonuje się pierwszą z piętnastu serpentyn. Na drugim wirażu znajdującym się 1,3 kilometra po starcie znak drogowy ostrzega przed nachyleniem rzędu 15 %. Niemniej na pierwszych pięciu kilometrach nie odnotowałem takich stromizn. Odcinek między 1,6 a 5,1 kilometra podjazdu miał średnio 8,6 %, ale przy max. około 10 %. W tym czasie mija się Albergo Bornass (2,1 km) i Pra’de Plana (3,0 km). Pomiędzy początkiem czwartego a połową siódmego kilometra przy Rifugio Bornas (6,4 km) droga wiedzie po długich prostych przedzielonych sześcioma wirażami. Zdecydowanie najtrudniej jest na szóstym kilometrze, gdzie na przestrzeni blisko 900 metrów podjazd trzyma na średnim poziomie 13 %. Chwilowo sięga więc pewnie obiecywanej niżej piętnastki. Za schroniskiem czeka kolejne wyzwanie czyli 1200 metrów o średniej 11 %. Na początku ósmego kilometra czyli znacznie wcześniej niż się spodziewałem wyprzedziłem Piotra. Pokonawszy 7,8 kilometra najgorsze miałem już za sobą. Na pozostałych sześciu kilometrach nachylenie poszczególnych odcinków nie przekraczało już 8 %. Natomiast po osiągnięciu wysokości 900 metrów n.p.m. temperatura po raz pierwszy spadła poniżej poziomu 30 stopni. Dalej trzeba było pokonać przeszło dwa kilometry o średniej 6,8 % i półkilometrowy odcinek falsopiano na poziomie tylko 2,9 %. Praktycznie do końca jedenastego kilometra z drogi na szczyt widać wybudowane nieopodal Aviano lotnisko wojskowe NATO obsługiwane przez wojsko amerykańskie. Łatwy odcinek kończy się na wysokości Castaldii (10,6 km) skąd w prawo odchodzi boczna droga na Collalto. Tym szlakiem również można dotrzeć do Piancavallo najpierw wspinając się na wysokość 1365 metrów n.p.m. by następnie zjechać do stacji.

Po minięciu pagórka z pięcioma masztami na początku dwunastego kilometra przejeżdża się przez długą galerię. Momentami jest tu prawie płasko, zaś całe 1200 metrów ma średnie nachylenie tylko 4,8 %. Ostatnim trudniejszym kawałkiem jest półtora kilometra o średniej 6,9 %. Droga biegnie przez las, który w pewnym miejscu zagospodarowano do celów rozrywkowych. Ostatnie 500 metrów mija szybko za sprawą skromnego nachylenia 3,3 %, zaś cały podjazd kończy się na dużym rondzie, przy którym łączą się drogi z Barcis i Aviano. Na pokonanie wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 15 sekund. Wspinałem się więc z przeciętną prędkością 13,090 km/h przy wartości VAM 1050 m/h. Pietro na dobicie do ronda potrzebował 1 godziny i 12 minut. Przez następne dwadzieścia minut obejrzeliśmy sobie dokładnie całe centrum tego ośrodka. Do samochodu zjechałem kilka minut przed osiemnastą, a mimo to zegar na pierwszej prostej wzniesienia pokazywał temperaturę 35 stopni! W tego rodzaju cieplarnianych warunkach przejechaliśmy w sumie 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2174 metrów. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy hipermarkecie w Roveredo in Piano. Zrobiliśmy w nim duże zakupy w celach importowych. Do Ovaro wróciliśmy nizinnym szlakiem przez Pordenone, Codroipo, Udine, Gemonę i Tolmezzo. Nasi dwaj kompani również w tym dniu nie próżnowali. Darek wjechał na Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.) przez Val Pesarina. Natomiast Adam spróbował dojechać na Monte Crostis od strony Ravascletto, lecz zatrzymał się u skraju asfaltu na wysokości 1871 m. n.p.m. Następnie zjechał do Val But i zaatakował Monte Zoncolan od wschodu. Jednak inaczej niż Dario przed dwoma dniami. To znaczy nie od Sutrio, lecz krótszym i bardziej stromym wariantem z Prioli. Ta nieodkryta jeszcze przez Giro wersja wzniesienia ma tylko 8,9 kilometra, ale o średnim nachyleniu aż 12,8 %!

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Monte Zoncolan & Sella di Razzo

Autor: admin o środa 18. Lipiec 2012

W połowie drugiego tygodnia przyszedł w końcu czas na starcie z zachodnim Monte Zoncolan (1730 m. n.p.m.) czyli przetestowanie swych wątłych sił na najtrudniejszej górze kolarskiej Europy. Po udanej wyprawie na Monte Crostis byłem optymistycznie nastawiony do konfrontacji ze słynną ścianą z Ovaro. Wspinaczką o długości 10,2 kilometra przy średniej 11,8 %. To niezbyt wysokie, ani tym bardziej długie, wzniesienie dzięki swej niebywałej stromiźnie szybko stało się legendą w kolarskim światku. Jak dotąd stanowi ono kulminacyjny punkt trwającej od ponad dwóch dekad włosko-hiszpańskiej wojny na procenty. Giro i Vuelta od zarania dziejów żyją się w cieniu wielkiego Tour de France. Nie mogąc przeskoczyć starszego brata pod względem rozmachu, prestiżu czy obsady zapragnęły go pobić na otwartym polu kolarskiej geografii. W 1991 roku Włosi pokazali światu gorsze oblicze Mortirolo. Osiem lat później Hiszpanie przebili tą ofertę za sprawą Alto de Angliru. Ripostą Włochów na podjazd z Asturii był właśnie Zoncolan. Do dnia dzisiejszego czterokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Za pierwszym razem „zrobiono go” od łatwiejszej wschodniej strony, zaś przy trzech kolejnych okazjach już od zachodu. Zarówno w 2003 jak i 2007 roku pierwszy na mecie etapu był znakomity włoski góral Gilberto Simoni. Za pierwszym razem „Gibo” wyraźnie wyprzedził swych dwóch rodaków: o 34 sekundy Stefano Garzellego i o 39 Francesco Casagrande. Natomiast cztery lata później wjechał na szczyt w towarzystwie kolegi z drużyny Leonardo Piepolego dystansując o skromne 7 sekund rewelacyjnego 22-latka z Luksemburga Andy Schlecka. W roku 2010 prawdziwy popis jazdy dał Ivan Basso, który o minutę i 19 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa oraz o półtorej Michele Scarponiego. Natomiast w sezonie 2011 czołowym kolarzom Giro urwał się Bask Igor Anton. Góral z ekipy Euskaltel wyprzedził o 33 sekundy lidera wyścigu Hiszpana Alberto Contadora oraz o 40 faworyta gospodarzy Vincenzo Nibalego.

Jako się rzekło Darek miał już Zoncolan w nogach i to w podwójnej dawce. Dlatego mógł sobie pozwolić na relaks do południa albo i dłużej. Natomiast ja w towarzystwie Adama i Piotra wyjechałem na szosę m/w kwadrans po dziesiątej. Podjechaliśmy do styku szosy SR 355 z prowadzącą na Zoncolan drogą SP 123 by po chwili postoju spędzonym na ustawieniu liczników ruszyliśmy do boju. Adam od razu wysforował się do przodu. Na dojeździe do Liariis starałem się jechać równym tempem na przełożeniu 39 x 28 utrzymując stratę 10-15 metrów do naszej gazeli. Piotr od początku zamykał doborową stawkę trójmiejskich górali. Pierwsze 1700 metrów na tej górze ma średnio 8,5 %, acz ponad półkilometrowy odcinek między kościołem w Lenzone (0,55 km) a mniejszym Chiesetta del Carmine (1,1 km) trzyma na poziomie 11,3 %. Po wjechaniu do Liariis skręca się w prawo i przez 500 metrów jedzie się niemal po płaskim. W tym miejscu dogoniłem Adama, który bynajmniej mi nie uciekał. Mieliśmy dosłownie minutkę czasu by chwiać głębszy oddech przed tym co miało dopiero nastąpić. Po przejechaniu 2,2 kilometra minąwszy ostatni kamienny dom po lewej stronie drogi dojeżdża się do zwężenia drogi. Odtąd na szczyt prowadzi 8-kilometrowa ścieżka o ledwie trzymetrowej szerokości. Jej pierwsze sześć kilometrów kończące się przy skręcie ku Malga Pozof (1569 m. n.p.m.) ma średnie nachylenie aż 14,9 %, przy max. 20 %! Już pierwsza prosta pozbawia złudzeń i zmusza do wrzucenia najlżejszego z przełożeń czyli w moim przypadku oryginalnej kombinacji 39×32. Na pierwszych 500 metrach średnia stromizna wynosi 15,6 %. Na kolejnym kilometrze waha się na nieco niższym poziomie 13,4-13,8 %. Na całej długości drogi co kilkaset metrów ustawiono tablice ze zdjęciami legend kolarstwa szosowego.

Na dole wszystkich śmiałków wita Ottavio Bottecchia, za nim na cierpiących amatorów kolarstwa spoglądają: Alfredo Binda (500 m), Louison Bobet (1000 m), Charly Gaul (1300 m), Federico Bahamontes (1500 m), Jacques Anquetil (1900 m), Felice Gimondi (2500 m), Eddy Merckx (3100 m), Francesco Moser (3500 m), Bernard Hinault (4000 m), Giuseppe Saronni (4500 m), Gianni Bugno (5000 m), Miguel Indurain (5700 m), Marco Pantani (6800 m), pomiędzy tunelami czai się Fiorenzo Magni (7100 m), zaś powyżej nich stoją jeszcze: Gino Bartali (7300 m), Fausto Coppi (7500 m) i Simoni (7600 m). Wspina się więc istną aleją gwiazd. Dodać jednak trzeba, że poza „Gibo”, żaden z wyżej wymienionych mistrzów nie napotkał na swej drodze do sławy tego makabrycznego podjazdu. Przyznam, że ze swoim kompanem wagi lekkiej wytrzymałem tylko kilkaset metrów. Trzynaście kilogramów różnicy szybko dało o sobie znać. Nie było sensu, ani też chyba szans, trzymać się dłużej jego koła. Musiałem rozpocząć własną walkę z grawitacją. Tym niemniej już na wysokości Bahamontesa miałem poważne wątpliwości czy sobie poradzę. Pozostało mi tylko przepychać pedały i liczyć na to, że jakoś to będzie. Tymczasem już sto metrów za „Orlem z Toledo” na wysokości drzeworytu z obliczem św. Antoniego (3,8 km) zaczynał się jeden z najtrudniejszych fragmentów wspinaczki czyli 750 metrów o średnim nachyleniu 19,5 %! W tych warunkach ciążył mi każdy z moich 75 kilogramów, szczególnie te dwa-trzy ostatnie, które można było realnie zrzucić przy poważniejszym treningu na wiosnę. Tym niemniej przetrwałem tą ciężką próbę i w nagrodę mogłem odrobinę odpocząć na znacznie łatwiejszym odcinku 250 metrów o średniej „tylko” 8,4 %. Wraz z końcem piątego kilometra ustabilizowałem oddech, złapałem właściwy sobie – czyli w tych warunkach – żółwi rytm i zacząłem nawet odczuwać swego rodzaju masochistyczną radość z jazdy. Nadal było piekielnie ciężko, ale już wiedziałem że wytrwam do końca tzn. nie postawię stopy na szosie i pokonam „potwora”.

Czekały na mnie jeszcze dwie super-strome ściany a’la Zonco. Najpierw między Gimondim a Merckx’em 600 metrów o średniej 17,3 % i następnie między Hinault a Saronnim 400 metrów o średniej 20,3 %! Po minięciu tablicy z wizerunkiem Beppe do końca środkowej części wzniesienia zostało jeszcze półtora kilometra. Niemniej bez przesadnych stromizn czyli z maximum rzędu 14 %. Po wcześniejszych ściankach takie kilkanaście procent nie robiło już większego wrażenia. Na szóstym kilometrze napotkałem wypisane na szosie nazwiska i numery startowe naszych dwóch doborowych górali. Niżej widziałem też bardziej efektowne dzieło czeskich kibiców czyli pająka krzyżaka z podpisem Kreuziger. Za bivio Malga Pozof było już znacznie „łatwiej”. Finałowy fragment Zoncolanu pod względem stromizny nie różni się bowiem od setek innych alpejskich podjazdów. Przedostatni kilometr ma średnio tylko 7 %, zaś ostatni rozpoczynający się przejazdem przez trzy krótkie tunele również nie trzyma wysokich standardów tej góry wobec przeciętnej 9,1 %. Tunele pomimo że krótkie są ciasne i mokre, a przede wszystkim tak ciemne, że można stracić orientacje gdzie się człowiek znajduje. W jednym z nich straciłem równowagę i musiałem wypiąć nogę z pedałów aby się podeprzeć. Na szczyt wjechałem w czasie 1h 09:49 czyli z przeciętną ledwie 8,765 km/h przy VAM 1035 m/h. Dla porównania Adam wyrobił się w czasie 1h 04:05, Piotr który ścigał mnie dzielnie w dolnej połowie podjazdu 1h 11:45, zaś Darek dzień wcześniej potrzebował 1h 29:41. Niedługo po nas na szczyt wjechał Nicolo drugoroczny junior z regionu Friuli, który wyrobił się w czasie 56 minut. Myślę, że będąc w optymalnej formie mógłbym pojechać na poziomie zbliżonym Adama. Cztery lata wcześniej od strony Sutrio dotarłem na szczyt w czasie 1h 05:42, a tamten podjazd choć minimalnie mniejszy jest wyraźnie dłuższy, gdyż liczy sobie 13,45 kilometra. na górze pokręciliśmy się trochę po placu z widokiem na Monte Crostis (2251 m. n.p.m.) po północnej stronie i Monte Arvenis (1968 m. n.p.m.) na południu. Zrobiliśmy zdjęcia na tle pomnika i tablicy, po czym spokojnie czyli z licznymi przystankami zjechaliśmy do Ovaro na półgodzinną przerwę w Casa „In Clementa”.

W domu natknęliśmy się na Darka, który właśnie ruszał na spotkanie z Monte Crostis. Pół godziny później ruszyliśmy jego śladem czyli drogą SR 355 w kierunku północnym. Tym niemniej naszym celem była Sella di Razzo (1739 m. n.p.m.), do której wiedzie podjazd pod każdym względem inny od zaliczonego przed południem Zoncolanu. Zaczyna się on we wiosce Patusera trzysta metrów za mostem nad potokiem Degano. Przez pierwsze 22 kilometry przemierza całą Val Pesarina nazywaną też Doliną Zegarów. W sumie wzniesienie to ma 26,5 kilometra przy średnim nachyleniu 4,6 % i max. 10 %. Na most skręca się po pokonaniu 2400 metrów od centrum Ovaro tj. w miejscu oddalonym ledwie 700 metrów od początku podjazdu na Crostis. Wyścig Dookoła Włoch jak dotąd nie zahaczył o Sella di Razzo. Tym niemniej trzy miesiące później okazało się, iż podobnie jak Cason di Lanza czy Altopiano del Montasio góra ta zostanie po raz pierwszy przetestowana na Giro już w 2013 roku. Stanie się to na jedenastym etapie z Tarvisio do Vajont. Aczkolwiek premię górską wyznaczono na położonej nieco wyżej i jakieś 2,5 kilometra dalej na zachód przełęczy Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.). Podjazd zaczyna się bardzo niewinnie. Pierwsze 4,6 kilometra od Patusery do największej miejscowości na szlaku czyli Prato Carnico ma średnie nachylenie ledwie 2,9 %. Na początku trzeciego kilometra przy bocznej drodze do Sostasio (2,2 km) mija się zegar reklamujący produkt, z którego słynie ta dolina. Kolejna wioska to położona w połowie czwartego kilometra Avausa. Na dojeździe do Prato robi się niemal zupełnie płasko. W położonej nieco wyżej osadzie Pieria (5,3 km) uwagę zwraca krzywa wieża. Nie tak efektowna jak ta w Pizie, lecz i ta dzwonnica jest nieźle oderwana od pionu.

Następnie wjeżdża się do Oasis (6,3 km) by po pokonaniu kolejnego kilometra dotrzeć do słynącej ze starych domostw z kamienia wioski Pesariis (7,3 km). W okolicy tej miejscowości odpadł od nas Piotrek. W połowie dziewiątego kilometra na szerokim łuku w lewo mija się rozciągniętą wzdłuż prawego skraju drogi Fabrykę Zegarów (8,5 km). Podjazd do końca czternastego kilometry cały czas jest łagodny. Maksymalne nachylenie nie przekracza tu 6 %. Mija się pojedyncze domki, kapliczkę, kamienny mostek i przebija przez długą galerię. Trudniej robi się dopiero w okolicy osady Rio Bianco (14,1 km). Poprzedzający to miejsce ponad 9,5-kilometrowy odcinek za Prato Carnico ma średnio ledwie 3,8 %. Po przejechaniu 16,7 kilometra na końcu szerokiego łuku w prawo mija się sporych rozmiarów hotel Pra di Bosco. Niespełna kilometr dalej znajduje się kilka drewnianych domków w tym Osteria Pian di Casa (17,6 km). Za nią wjeżdża się na liczącą aż 1300 metrów prostą, na które wypadł mi bidon, po który musiałem zawrócić. Adam poczekał na mnie. Na początku dwudziestego kilometra szosa chowa się w lesie, staje się kręta i bardziej stroma, ale bez przesady czyli max. 7,2 %. Na tym odcinku Adam zaczął mieć problemy, zrezygnował z oferty holowania i dał mi wolną rękę jeśli chodzi o tempo jazdy na ostatnich sześciu kilometrach tego podjazdu. Niewątpliwie ten typ wzniesienia pasował mi bardziej niż przeraźliwie stromy Zoncolan. Po przejechaniu 21,4 kilometra wjeżdża się do regionu Veneto w rejonie Cadore. Na znajdującym się 1100 metrów dalej rozjazdu trzeba skręcić w lewo tzn. na wysokości Forcella Lavardet (22,5 km) zjechać z drogi SS 465 na SS 614. Pokonany właśnie odcinek 8,4 kilometra od Rio Bianco do Lavardet ma średnio blisko 5 %.

Od rozdroża do Casera di Razzo pozostaje jeszcze 3900 metrów pośrednim nachyleniu 5,3 %. Trudne jest jedynie pierwsze pół kilometra o średniej 9,6 %. W końcówce minęli mnie z naprzeciwka nasi dwaj znajomi Czesi. Ze względu na zmęczenie i różnice prędkości nie poznałem ich od razu. Teren w końcówce podjazdu jest mniej atrakcyjny dla oka niż dolne i środkowe partie tego wzniesienia. Zbocza góry zostały ogołocone z trawy, zaś postępująca w tych warunkach erozja gleby zmusiła drogowców do zabezpieczenia skarp betonowymi osłonami. Po przejechaniu 26,1 kilometra mija się dochodząca do naszego szlaku drogę SS 619, która jest przedłużeniem SP 73 rozpoczynającej się w Ampezzo i wiodącej na Sella di Razzo przez Lago di Sauris. Do tablicy na wysokości otwartej latem Casera di Razzo, w której można kupić lokalne specjały brakuje już tylko 350 metrów. Wspinaczkę czy może raczej gładki przejazd ukończyłem w czasie 1 godziny i 28 minut czyli z prędkością 18,034 km/h. Na Adama przyszło mi czekać dwie minuty, na Piotra dziewięć. Poprzestaliśmy na dotarciu do tego miejsca, choć jak wspomniałem można by pojechać nieco dalej i wyżej na Ciampigotto pokonawszy 2,6-kilometrowy odcinek falsopiano. Na górze było tylko 18 stopni czyli o dobre 15 mniej niż na początku podjazdu w okolicy mostu nad Degano. Powietrze było przejrzyste, więc z polany rozpościerały się przepiękne widoki na pasma górskie po obu stronach drogi. Na południu szczyt Monte Tiarfin (2417 m. n.p.m.), zaś na północy Monte Terza Grande (2585 m. n.p.m.). Na przełęczy posiedzieliśmy razem dobry kwadrans. Długi zjazd ze wszystkimi przystankami zajął mi ponad godzinę. Do bazy zjechałem za dwadzieścia piąta. W nogach miałem w sumie 80,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2422 metrów. O wpół do szóstej wraz z młodszą połową naszej ekipy ruszyłem na zwiedzanie pobliskiego Tolmezzo.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Monte Crostis & Pura

Autor: admin o wtorek 17. Lipiec 2012

W połowie drugiego tygodnia był już najwyższy czas na zajęcie się najtrudniejszymi podjazdami we włoskich Alpach Karnickich. Jak już wspomniałem zachodni Monte Zoncolan czyli najtrudniejszą z wielkich gór kolarskiej Italii czy nawet całej Europy mieliśmy dosłownie pod nosem. Do podnóża Monte Crostis, najwyższego i największego asfaltowego podjazdu w regionie Friuli-Venezia Giulia, wystarczyło podjechać kilka kilometrów. Ze względu na dogodną lokalizację kusiło więc by zaliczyć za jednym zamachem wspinaczki pod te premie górskie najwyższej kategorii. Taki pomysł miałem nawet wpisany w oryginalny program naszej wycieczki. Jednak ostatecznie zdecydowałem się rozdzielić owe atrakcje na dwa kolejne dni dołączając do każdego z ekstremalnych podjazdów po jednym łatwiejszym wzniesieniu pierwszej kategorii. Tym sposobem na wtorek przygotowałem sobie Monte Crostis (1982 m. n.p.m.) w parze Passo del Pura (1428 m. n.p.m.). Natomiast na środowe drugie danie po Zoncolanie zaserwowałem podjazd na Sella di Razzo, acz od strony wschodniej, a nie południowej do której się przymierzałem. Skoro na Monte Crostis mogliśmy ruszyć rowerami z naszej bazy w Casa „In Clementa” to oznaczało leniwy poranek czytaj dłuższy sen i późniejsze śniadanie. Tym niemniej był wśród nas niespokojny duch o imieniu Adam, który zerwał się z łóżka o brzasku i już kilka minut po godzinie szóstej wybrał się na pierwszą wycieczkę. Gdy nasza trójka jeszcze spała on wjechał na Monte Arvenis dojeżdżając na wysokość 1645 metrów n.p.m. Góra ta jest najbliższym sąsiadem słynnego Zoncolanu. Nawet dzieli z nim pierwsze kilkaset metrów, po czym na wysokości wioski Lenzone szlak na Arvenis odbija w kierunku południowym. Wedle danych z „archivio salite” to 6,5 kilometra asfaltu o średnim nachyleniu 11,5 % z finałem na wysokości 1281 m. n.p.m. Jednak dla Adama nie straszna była i gorsza nawierzchnia. Pojechał znacznie wyżej i zrobił w sumie podjazd o długości 9,65 km przy średniej 11,57 % czyli z przewyższeniem 1117 metrów.

Na Monte Crostis wyruszyliśmy kwadrans po jedenastej w składzie 3-osobowym. O ile Adam uchodzić mógł w naszym gronie za skowronka, o tyle Darek był bez dwóch zdań sową. Dario postanowił nie śpieszyć z wyjazdem i ostatecznie wsiadł na rower około wpół do drugiej. Mając kilka ciekawych podjazdów w najbliższej okolicy Ovaro mogliśmy zapomnieć o korzystaniu z samochodu. Dzięki temu byliśmy od siebie organizacyjnie niezależni, więc na dobrą sprawę każdy z nas tak w środę jak i czwartek mógł jechać gdzie chce i to o każdej porze dnia. My pojechaliśmy na północ czyli w górę Val Degano ku Comeglians. Podjazd na Monte Crostis oficjalnie zaczyna się z chwilą zjechania z szosy SR 355 na drogę SR 465 stąd cały dojazd zajął nam ledwie 3,5 kilometra. Na pierwszych kilkuset metrach przejeżdża się przez Comeglians. Po siedmiuset metrach od startu należy opuścić drogę SR 465 czyli tuż za wioską nie skręcać w prawo ku Ravascletto, lecz pojechać na wprost czyli po kostce ku tunelowi, który jawi się niczym brama do „zakazanego” Monte Crostis. Podjazd ten miał pojawić się na trasie czternastego etapu Giro d’Italia z 2011 roku i poprzedzać finałową wspinaczkę na Monte Zoncolan. Niemniej po wcześniejszym śmiertelnym wypadku Woutera Weylandta w ostatniej chwili zrezygnowano z tej wspinaczki obawiając się wydarzeń na niebezpiecznym (częściowo szutrowym) zjeździe do Ravascletto. Za tunelem skręca się w prawo i jeszcze przez blisko kilometr jedzie się po łatwej drodze o nachyleniu nie przekraczającym 3,5 %. Po przejechaniu 1100 metrów od startu mija się łącznik z drogą SR 355 ku Rigolato i Sappadzie, by po przebyciu 1,4 kilometra dotrzeć do mostku nad rzeczką Margo. Dopiero za nim rozpoczyna się zasadnicza część wzniesienia czyli 14,1 kilometra o średnim nachyleniu aż 10,1 %.

Stosunkowo szybko zgubiliśmy Piotra, który w obliczu tak trudnej góry rozsądnie uznał, iż lepiej nie walczyć za wszelką cenę o utrzymanie się na kole moim i Adama. W połowie trzeciego kilometra dojechaliśmy do pierwszej z trzech osad na szlaku czyli wioski Mieli (2,5 km). Następnie jadąc cały czas po drodze o średnim nachyleniu 9,3 % minęliśmy Noiaretto (4,0 km) by wraz z końcem piątego kilometra dotrzeć do Tualis. Kto nie czuje się na siłach dalsze 10,5 kilometra podobnej i jeszcze trudniejszej wspinaczki może w tym miejscu odbić w prawo i zjechać do Ravascletto. Nieustraszonym amatorom dwóch kółek pozostaje jazda na wprost i jeszcze blisko 1100 metrów przewyższenia do zdobycia. Trzeba przyznać, iż góra została znakomicie przygotowana na przybycie uczestników 94. Giro d’Italia. Przy drodze co kilometr czy dwa ustawiono różowe tablice w kolarze wyścigu informujące kolarzy o tym na jakiej wysokości aktualnie się znajdują, ile kilometrów zostało im do szczytu oraz jak stromy będzie kolejny odcinek wspinaczki. Tuż za Tualis na ponad sześć kilometrów wjeżdża się do lasu świerkowo-jodłowego. Droga staje się węższa, bardziej chropowata i miejscami zabrudzona rożnego rodzaju naleciałościami z lasu. W lesie jest aż osiemnaście wiraży, lecz na ogół na tyle ciasnych i ciężko złapać głębszy oddech. Na prostych nachylenie trzyma na poziomie od 10 do 14 %. Po drodze spotykaliśmy grupki pieszych turystów, a także drwali zajętych wycinką drzew. Z szacunku dla naszego wysiłku jedni nas pozdrawiali, drudzy przerywali pracę by umożliwić nam przejazd na wąziutkiej ścieżce. Jechałem głownie na przełożeniu 39 x28, czasami pozwalając sobie na skorzystanie z trybu 24. Pod koniec dwunastego kilometra las przerzedza się na wysokości ponad 1500 m. n.p.m. czyli w okolicy gospodarstwa Casera Agar di Galante (11,7 km). Pół kilometra dalej na wirażu w lewo straszy znak ostrzegający przed nachyleniem rzędu 20 %.

Jednak w rzeczywistości na stromiznę tego typu trzeba jeszcze trochę poczekać. O ile 8-kilometrowy odcinek za Tualis ma średnie nachylenie 9,7 % o tyle przeciętna na dwóch kolejnych kilometrach czyli czternastym i piętnastym wynosi aż 12,1 % z maximum sięgającym aż 18 %. Niewątpliwie w pokonaniu tych stromych ścianek pomaga świadomość, że już bardzo niewiele zostało końca tej pięknej wspinaczki. Na szczęście stromizna wiedzie po dziewięciu serpentynach, która w razie potrzeby można wziąć nieco szerzej. Ostatnie kilometry to jazda w terenie odsłoniętym wśród alpejskich hal i nielicznych drzewek, z pięknymi widokami na zielone górskie szczyty i położone daleko w dole doliny. Po zmęczeniu morderczych dwóch kilometrów do końca podjazdu pozostaje już tylko 500 metrów po drodze stopniowo coraz łatwiejszej. Podjazd pokonaliśmy w czasie 1 godziny 24 minut i 56 sekund czyli z przeciętną prędkością 10,737 km/h i VAM 1024 m/h. Piotrek dojechał do nas po dziesięciu minutach (Darek dzień później zdobył tą górę w czasie 1 godziny 44 minut i 28 sekund). Patrząc w prawo ze szczytu wzniesienia widzimy w dole gospodarstwo agroturystyczne Casera Chiadinis. Za nim zaś pierwszy kilometr zjazdu do Ravascletto, przechodzący w płaską, lecz szutrową Panoramica della Vetta o długości sześciu kilometrów, która to wystraszyła uczestników wspomnianego Giro. W oddali widać bandy w kolorze niebieskim, które ustawiono tuż przed wyścigiem na każdym z zakrętów tej niebezpiecznej drogi. Nie mieliśmy zamiaru przyglądać im się z bliska. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod pomnikiem z łabędziem ufundowanym przez Frulijskie Stowarzyszenie Dawców Krwi. Wymieniliśmy się wrażeniami z dwoma spotkanymi na górze Czechami (Oswaldem i Lukasem z Ostrawy), którzy dosłownie na kilka dni wpadli w te strony w tym samym co my celu. Po czym tą samą drogą zjechaliśmy do gorącej doliny Degano, w której około godziny czternastej było aż 32 stopni Celsjusza.

Wróciwszy do domu zrobiliśmy sobie niemal trzygodzinną sjestę. Po pierwsze dla odpoczynku po ciężkiej górze, po drugie z chęci uniknięcia dalszej jazdy w panującym na zewnątrz ukropie. Tym niemniej do siedemnastej temperatura ani odrobinę nie spadła. Nie było jednak na co czekać. Wsiedliśmy w auta by drogami SR 355 i SS 52 podjechać do Ampezzo. Według pierwotnego planu mieliśmy jednego dnia zrobić Monte Crostis i Monte Zoncolan ze startem w Ovaro, zaś następnego Sella di Razzo i Passo del Pura ze startem w Ampezzo właśnie. Po rozdzieleniu dwóch „potworów” postanowiłem, że nie będziemy sobie robić dwóch wycieczek do tego miasteczka, zaś do Casera di Razzo dojedziemy od wschodu czyli startując z domu i wspinając się przez Val Pesarina. Po 22 kilometrach transferu zatrzymaliśmy się w zatoczce przy głównej drodze, jakieś 300 metrów przed budynkiem lokalnego merostwa. Na pierwszym i drugim kilometrze przejechaliśmy ze wschodu na zachód całe Ampezzo. W międzyczasie po przebyciu 1,2 kilometra minęliśmy zjazd na SP 73. Ta droga to południowy wariant podjazdu na Sella di Razzo, a przy tym pierwsze 9 kilometrów alternatywnego, północno-wschodniego szlaku na przełęcz Pura. My jednak chcieliśmy zdobyć tą górę od trudniejszej, zachodniej strony. Dlatego trzymaliśmy się szosy SS 52 jeszcze przez trzy kilometry. Po przejechaniu 3,9 kilometra dotarliśmy do zajazdu Albergo al Pura. Dwieście metrów za nim trzeba było zjechać z głównej drogi tzn. odbić w prawo by zacząć prawdziwą wspinaczkę na bocznej via San Valentino. Na zakończonych właśnie czterech kilometrach średnie nachylenie wyniosło ledwie 4,2 %. Tymczasem na pozostałych ośmiu, między wspomnianym zakrętem a samą przełęczą niemal 8,8 % przy max. na poziomie 12-13 %.

Pierwszą tercje podjazdu przejechałem, więc na przełożeniu 39 x 21. Natomiast na drodze św. Walentego w użyciu miałem już tylko tryby 24 i 28. Po kilkusetmetrowym wstępie następne pięć kilometrów z hakiem trzyma na poziomie od 8,1 do 10,4 %. Pomiędzy 5,5 a 8,4 km od startu trzeba pokonać siedem wiraży. Pomiędzy 10,9 a 11,2 km dwa kolejne. W końcówce jest nieco łatwiej, bowiem ostatnie 2,4 kilometra ma średnio 6,9 %. Droga jest wąska i chropowata. W prześwitach między drzewami można złapać ładny widok na leżące w dole Ampezzo. Na ostatnich kilkuset metrach wyjeżdża się na obszerną polanę, która rozpościera się po lewej stronie wjeżdżających. Wspinaczkę ukończyłem w towarzystwie Adama. Na zdobycie góry potrzebowaliśmy 51 minut i 20 sekund co dało przeciętną prędkość 14,142 km/h i VAM 1032 m/h. Piotrek odpadł na początku ósmego kilometra i stracił około trzech minut. Na górze spędziliśmy dobry kwadrans. Korzystając ze słonecznej pogody robiliśmy sobie zdjęcia na tle postawionej tam kapliczki. Natomiast na tablicy znaleźliśmy dowód na to, że „nasi już tu byli” czyli nalepkę z frazą „Droga do Urzędowa – Penisula Iberica 2012”. Po drugiej stronie przełęczy widzieliśmy położone w odległości dwustu metrów schronisko Tito Piaz. Tego dnia ja i Piotrek przejechaliśmy 62 kilometry o łącznym przewyższeniu 2330 metrów. Adam ze 20 kilometrów więcej o sumie amplitud blisko 3450 metrów. Operujący niezależnie od nas Dario również nie próżnował. Wykazał się wielką fantazją i sporym hartem ducha. Przejechał Monte Zoncolan od obu stron! Najpierw pokonał jej wariant zachodni z początkiem w naszym Ovaro, zaś w drodze powrotnej zdobył ścianę wschodnią ze startem w Sutrio.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Val di Lauco, Monte Croce Carnico & Malga Valdajer

Autor: admin o poniedziałek 16. Lipiec 2012

Poprawa pogody w niedzielne popołudnie zachęciła mnie do większej aktywności u progu drugiego tygodnia wyprawy. Pierwotnie na poniedziałek zaplanowałem tylko wycieczkę do Paluzzy i zaliczenie z tego miejsca dwóch podjazdów w centralnej części rejonu Carnia. Mieliśmy wjechać na znaną z Giro d’Italia przełęcz Monte Croce Carnico (1360 m. n.p.m.) oraz dotrzeć do położonego w cieniu góry Monte Paularo hotelu Castello Valdajer (1340 m. n.p.m.). Przy stosunkowo krótkim dojeździe i wspólnym dla obu wzniesień miejscu startu mogliśmy się z tym zadaniem uwinąć w kilka godzin. Zaplanowaliśmy ten wypad na godziny popołudniowe. Miałem więc dość wolnego czasu by obejrzeć jeszcze coś ciekawego w najbliższej okolicy. Postanowiłem aktywnie spędzić również poniedziałkowe przedpołudnie. Dlatego w ostatniej chwili dodałem do swego friulijskiego menu podjazd na Val di Lauco (1180 m. n.p.m.). Darek z Piotrem woleli się trzymać oryginalnego planu, ale Adama nie trzeba było długo przekonywać do śmiałej koncepcji pt. „trzy w jednym”. Dojazd samochodem do Villa Santina zajął nam ledwie kwadrans. Zatrzymaliśmy się na małym parkingu przed miejscowym supermarketem i około 9:45 byliśmy już gotowi do spotkania z południowym sąsiadem Zoncolanu. Drogą SS-52 podjechaliśmy sto metrów w kierunku ronda, na którym trzeba było wybrać pierwszy zjazd i wbić się na prowadzącą do góry drogę SP-44.

Czekało nas 14,7 kilometra podjazdu o średnim nachyleniu 5,6 %. Z suchych danych wyłania się obraz wzniesienia o umiarkowanej stromiźnie. Nic bardziej mylnego. Sprawcą owego fałszerstwa jest zjazd w środkowej części podjazdu. Wspinaczka zaczyna się całkiem przyjemnie, bowiem na pierwszym kilometrze średnie nachylenie wynosi 5,8 %, zaś droga jest szeroka i dobrej jakości. Aczkolwiek my w okolicy pierwszego wirażu natrafiliśmy na krótki odcinek „tarki” czyli chwilowo zdartego asfaltu. Na pierwszych dwóch kilometrach jest w sumie siedem serpentyn. Potem szerokim łukiem mija się polanę, na której po lewej stronie drogi stoi kilka domostw. W połowie czwartego kilometra po pokonaniu jeszcze trzech wiraży mija się zjazd w lewo ku wiosce Avaglio. Kilometry od drugiego do piątego mają średnie nachylenie 6,5 do 6,9 %. Droga odpuszcza na około 700 metrów na dojeździe do największej osady na tym szlaku czyli Lauco (5,8 km). Za wioską trudne 1100 metrów o nachyleniu 8,9 % i łatwiejsze półtora kilometra z przejazdem przez Porteal (7,9 km). Śmignął tędy na zjeździe peleton Giro z roku 2003, podczas pierwszego w historii etapu z metą na Monte Zoncolan. Jednak sam podjazd nie został jak dotąd przetestowany przez „profich”. W połowie dziewiątego kilometra zaczyna się wspomniany zjazd. Na 1700 metrach przed wioską Vinaio traci się w sumie 65 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. U jego kresu mija się odchodzącą w prawo drogę ku Buttea, Fusea i Tolmezzo.

Chcąc dotrzeć do Val di Lauco należy jechać prosto. Do pokonania zostaje jeszcze 4,5 kilometra, z czego 3600 metrów o średnim nachyleniu 9,9 %. Ponieważ w samej końcówce zjazdu dobiłem felgę na dziurawej w tym miejscu drodze i mieliśmy przymusowy przystanek na wymianę przebitej gumy. Po naprawieniu defektu ruszyliśmy dalej i zaraz po restarcie czekał na sztywny kilometr o średnim nachyleniu 11,1 %. Następnie kilkaset metrów względnego odpoczynku i jeszcze trudniejsze 900 metrów o stromiźnie średniej 13,1 i max. 16 %. Po czym raz jeszcze kilkaset łatwiejszych metrów i jako ostatnie wyzwanie 500 metrów o średniej 11 %. Pech chciał, że na samym początku najtrudniejszego z hardcorowych odcinków wąziutką drogę na szczyt zablokowała koparka obsługiwana przez dwóch robotników drogowych. Nie było jej jak ominąć i trzeba się było wypiąć z pedałów. Po ominięciu owej blokady miałem niemały problem z ponownym startem przy takim nachyleniu stoku. Ostatecznie byłem zmuszony podejść do najbliższego wirażu by tam na kilku metrach łatwiejszego terenu ponownie wskoczyć na rower. Za ostatnim stromym odcinkiem drogi do końca wzniesienia pozostało już tylko 900 metrów w typie „falsopiano”. Zakończyliśmy wspinaczkę w czasie 1 godziny 2 minut i 3 sekund (przeciętna 14,117 km/h) na samym końcu parkingu wybudowanego w centrum osady Val di Lauco. Droga ciągnie się jeszcze niespełna dwa kilometry w kierunku północnym, ale po ledwie pofałdowanym terenie. Kończy się za wioską Trischiamps, położoną w cieniu Monte Arvenis. Ten odcinek musieliśmy sobie podarować z uwagi na brak czasu.

Do Paluzzy wyruszyliśmy około trzynastej. Tym razem w pełnym składzie czyli dwoma wozami technicznymi. Najkrótszy droga z Ovaro do owego miasteczka wiedzie przez Comeglians, Ravascletto i Sutrio. Dlatego po trzech dniach przemierzania tam i z powrotem szosy nr 52 chętnie skorzystaliśmy z północnego szlaku. Prowadzi on drogą SR 465 przez przełęcz Sella Valcada (958 m. n.p.m.), która w minionym ćwierćwieczu czterokrotnie pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch. W końcówce owego dojazdu minęliśmy też wrota do wschodniego podjazdu pod Monte Zoncolan czyli miejsce, w którym rozpoczął się romans Giro z tym słynnym wzniesieniem. Wjechawszy na drogę prowincjonalną nr 111 skręciliśmy na północ, przejechaliśmy przez osadę Rivo i zatrzymaliśmy się przy moście nad potokiem But. W zasięgu wzroku mieliśmy Paluzzę, zaś tuż przed sobą rozdroże, z którego rozchodzą się drogi SP-111 i SP 24. Uznałem, że na pierwsze danie połkniemy dłuższy, lecz łagodny podjazd na graniczne Monte Croce Carnico (niem. Plockenpass). Przełęcz ta trzykrotnie znalazła się na trasie Giro. Przy dwóch pierwszych okazjach tj. w latach 1990 i 2006 zdobywana była jednak od austriackiej strony. Jedynie za trzecim podejściem tzn. w sezonie 2011 peleton forsował ją od południa, kiedy to jako pierwszy na górze zameldował się Białorusin Bronisław Samojłow. Trzeba powiedzieć, że Croce Carnico to dość nietypowa góra jak na Carnię. Rejon ten podobnie jak bodaj cały region Friuli słynie z podjazdów niezbyt wysokich czy długich, lecz przede wszystkim stromych. Skrajnym przypadkiem potwierdzającym ową regułę jest oczywiście każdy z trzech wariantów podjazdów pod Monte Zoncolan. Tymczasem południowy szlak na Górę Kryża Karnickiego ma 17,4 kilometra o średnim nachyleniu tylko 4,5 % i skromnym maximum 9 %. Dzięki temu mogłem niemal cały czas jechać na przełożeniu 39 x 21, zaś w łatwiejszych momentach korzystać z 18-tki.

Wystartowaliśmy kwadrans przed czternastą przy temperaturze 30 stopni. Darek ruszył jako pierwszy. Pozostała trójka razem, parę minut później. Na pierwszym kilometrze kończącym się przejazdem nad potokiem Pontaiba omija się od zachodu wspomnianą Paluzzę. Dwa pierwsze kilometry są łatwe, lecz już trzeci i czwarty trzymają na solidnym poziomie 6,7 %. Tu nasza grupka rozsypała się, po czym każdy z nas przegonił Darka. Dario czuł się tego dnia przemęczony i uznał, że przejedzie tylko jedno wzniesienie i to bardzo na spokojnie. Pierwsza faza wspinaczki kończy się na wysokości wioski Cleulis (5,1 km), po czym można wrzucić dużą tarczę na minimalnym zjeździe do Timau (7,3 km). Następnie przez cztery kilometry droga wiedzie niemal prosto na zachód. Na dziesiątym kilometrze przejeżdża się pod długą galerią. Natomiast pod koniec jedenastego po lewej stronie drogi stoi dom gościnny Casetta in Canada (10,8 km). Pół kilometra za nim znajduje się pierwszy z tuzina wiraży numerowanych w kolejności od góry do dołu. Serpentyny dodatkowo ułatwiają jazdę na tym niezbyt trudnym wzniesieniu. Niektóre zakręty chowają się tunelach i galeriach. Niemal przez cały czas jedzie się w terenie o nachyleniu od 5 czy 6 %. Najtrudniejszy jest odcinek za Cantonierą (13,4 km), dawnym budynkiem dróżników czyli 800 metrów o średnim nachyleniu 7 %. Na ostatnich kilometrach po każdym zakręcie w lewo dobrze widać górujący nad przełęczą szczyt Creta della Collinetta (2238 m. n.p.m.). Ostatnia galeria kończy się ledwie 200 metrów przed finałem podjazdu. Ukończyłem go w czasie 56 minut i 30 sekund czyli z przeciętną 18,371 km/h. Na górze o tak łagodnym profilu moje 75 kilogramów nie stanowiło żadnego problemu. Na przełęczy stoją schroniska, są też pomniki poświęcone żołnierzom poległym w czasie I Wojny Światowej, zaś po austriackiej stronie nawet małe muzeum poświęcone tej wojnie. Jest tu nawet monument z czasów rzymskich, gdyż droga na Monte Croce Carnico to dawna via Iulia Augusta, której budowę ukończono w 15 roku p.n.e.

Po zjeździe z przełęczy zrobiliśmy sobie przeszło pół godzinną przerwę. Darek postanowił zostać przy samochodach i wykorzystać wolny czas na dokładny przegląd techniczny swego roweru. Jako pierwszy na spotkanie z „zameczkiem” Valdajer ruszył Piotrek. Ja w towarzystwie Adama rozpocząłem wspinaczkę parę minut później. Na rozdrożu trzeba było pojechać w prawo czyli wybrać drogę SP 24. Dlatego tym razem na pierwszym kilometrze objechaliśmy Paluzzę od wschodniej strony. Po przebyciu 2,1 kilometra przejechaliśmy  mostek nad potokiem Orteglas, zaś wraz z końcem trzeciego kilometra dotarliśmy do wioski Troppo Carnico przeskakując na prawy brzeg potoku Pontaiba. Za wioską pokonaliśmy jeszcze jeden mostek, tym razem nad potokiem Mauran, dopływem Pontaiby. Pierwsze cztery kilometry miały średnie nachylenie zaledwie 4,3 %. Znacznie trudniej zrobiło się od połowy piątego kilometra, po minięciu bocznej drogi ku osadom Tavielle i Tausia. To w tym miejscu spotkaliśmy Piotra, który nie był pewien jak dalej jechać. Czekały nas teraz trzy ciężkie kilometry o średnim nachyleniu 9 % i maximum sięgającym 13 % na ciasnych zakrętach w pobliżu Ligosullo (6,6 km). Na odcinku pomiędzy 5,5 a 7,2 kilometra od startu jest ich aż jedenaście. Dokładnie w połowie ósmego kilometra trzeba było w końcu zjechać z drogi SP 24 na wysokości gospody Camoscio (7,5 km). Gdybyśmy dalej trzymali się tej drogi to po około dwóch kilometrach dotarlibyśmy do przełęczy Forcella Duron (1076 m. n.p.m.), która podczas Giro z 2010 roku została zdobyta od wschodniej strony przez Francuza Ludovica Turpina. Działo się to na etapie zakończonym słynnym pojedynkiem Basso i Evansa na Zoncolanie.

Tym niemniej nas interesowało nieznane „profim” Castello Valdajer czyli trudniejszy podjazd o długości 10,8 kilometra przy średniej 7,1 %. Trzecia tercja tego wzniesienia czyli odcinek między rozdrożem a hotelem jest nawet nieco trudniejszy od środkowej fazy wspinaczki. Ma bowiem w sumie 3,3 kilometra o średniej 9,4 % i prowadzi po wąskiej, leśnej drodze o nawierzchni słabej jakości. Wybierając ten podjazd zastanawiałem się czy będziemy zmuszeni skończyć wspinaczkę na wysokości hotelu. Czy też może uda nam się pojechać dalej w kierunku góry Monte Paularo (2043 m. n.p.m.). Taką możliwość sugerował kupiony przeze mnie dwa lata wcześniej atlas Włoch z serii „Touring Editore”. Okazało się, że nasza droga mija zameczek, po czym rozchodzi się na dwie strony. Szlak lewy na Monte Paularo wyglądał jednak zaledwie na kamienisty dukt przystosowany co najwyżej do jazdy rowerem górskim. Więcej nadziei dawała opcja prawa czyli wąska i bardzo stroma asfaltowa ścieżka o kiepskiej jakości. Pojechaliśmy więc w prawo, lecz na górę nie dotarliśmy razem. Zatrzymał mnie jeden z progów do odprowadzania wody z górskich zboczy. Po restarcie swoją wspinaczkę zakończyłem przed Malga Valdajer na wysokości 1464 m. n.p.m. Tym samym finałowy kilometr za Castello Valdajer miał średnio 12,4 % z max. 18 % na ostatniej prostej. Jednak na końcu swej drogi nie spotkałem Adama. Okazało się, że mój kolega tuż przed finałem odbił w prawo i przejechał niespełna czterysta metrów docierając do poziomu 1491 m. n.p.m. Poczekałem przed gospodarstwem na przyjazd kolegów, po czym sam sprawdziłem końcówkę podjazdu wybraną przez Adama. Tego dnia obaj przejechaliśmy w sumie 91 kilometrów o łącznym przewyższeniu aż 2610 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Altopiano del Montasio & Sella di Sampdogna

Autor: admin o niedziela 15. Lipiec 2012

Region Friuli Venezia-Giulia nie przywitał nas dobrą pogodą. Zachmurzone niebo w piątek. W sobotę przelotne opady deszczu, w tym wieczorna nawałnica. Niedzielne przedpołudnie wcale nie wyglądało lepiej. Dlatego nie mieliśmy dobrego powodu by spieszyć się z opuszczeniem Ovaro. Czekaliśmy na przejaśnienie i ruszyliśmy się z domu dopiero około jedenastej gdy stało się jasne, że na poprawę aury możemy się nie doczekać. Podobnie jak w sobotę czekała nas wycieczka ku dolinie rzeki Fella. Tym razem nieco krótsza czyli 45 kilometrów drogi do naszego pierwszego przystanku w okolicy miasteczka Chiusaforte. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane trasy we włoskiej części Alp Julijskich. Dwie wspinaczki rozpoczynające się przy drodze krajowej nr 13 i biegnące ku wschodowi w górę dolin wyznaczonych przez górskie potoki Raccolana i Dogna. Pierwszym miał być ponad 20-kilometrowy podjazd na Altopiano del Montasio (1515 m. n.p.m.), zaś drugim niewiele krótszy wjazd na Sella Sampdogna (1392 m. n.p.m.). Najpierw 21,3 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 %, a następnie 17,8 kilometra o średniej 5,4 %. Dwa wzniesienia pierwszej kategorii i każdy o przewyższeniu około tysiąca metrów. Bez dwóch zdań cenne nabytki do mojej kolekcji górskich skalpów. Trzy miesiące później okazało się, że na wspomnianym płaskowyżu zakończy się dziesiąty etap Giro d’Italia 2013. Dla kolarzy, którzy staną na starcie tego wyścigu będzie to pojedynek w trudnym i nieznanym terenie. Tak Altopiano del Montasio jak i poprzedzający ów finał podjazd na Cason di Lanza nie zostały dotąd przetestowane na żadnym większym wyścigu kolarskim.

W drodze do Chiusaforte towarzyszył nam deszcz. Po zjechaniu z SS-13 chcieliśmy znaleźć jakieś zadaszone miejsce, aby się spokojnie przygotować się do pierwszej wspinaczki. Nie zatrzymaliśmy się w miasteczku, lecz zjechaliśmy na drogę SP-76 aby przejechać na wschodni brzeg rzeki. Chwilę po minięciu wioski Raccolana zjechaliśmy w prawo znajdując sobie miejsce postojowe pod wiaduktem, na którym biegnie autostrada A-23. Około południa było tylko 17 stopni i padał deszczyk. Ubraliśmy się stosownie do okazji i zdecydowaliśmy się ruszyć w drogę na przekór pogodzie. Pierwsza tercja tego podjazdu czyli odcinek kończący się na wysokości Ponte di Tamaroz ma średnie nachylenie zaledwie 2,3 %. Jedyny w miarę kłopotliwy fragment to pierwsza połowa drugiego kilometra kończąca się na wysokości kościółka stojącego po prawej stronie drogi. Tym niemniej jazda nie była łatwa i przyjemna. Z każdym kilometrem padało co raz mocniej, zaś na trzecim i czwartym lało już jak z cebra. W dodatku zaczął nas bombardować grad. Dlatego po przejechaniu 4,1 kilometra daliśmy za wygraną zatrzymując się przy gospodarstwie w okolicy Pezzeit. Schowaliśmy się na kilkanaście minut w szopie stojącej na tyłach tego domu. W tym miejscu przeczekaliśmy najgorsze. W tym czasie minął nas Darek, który już wcześniej zatrzymał się by ubrać się jak najcieplej. Gdy deszcz zaczął słabnąć ja i Piotr zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę. Natomiast Adam wolał jeszcze trochę poczekać. Później okazało się, że gospodarze zaprosili go do środka, poczęstowali gorącą herbatą i dali do ubrania ciuchy zgoła nie kolarskie, lecz przynajmniej skutecznie chroniące przed chłodem i wszechobecną wilgocią. Po restarcie czekało nas jeszcze kilka łatwych kilometrów, na których minęliśmy wioskę Saletto (5,7 km) i ponte di Tamaroz (7,8 km). Wraz z końcem dziewiątego kilometra dotarliśmy do Piani di Qua. Za wioską minęliśmy kościół wybudowany w drugim roku pontyfikatu Jana Pawła II.

Trudniej zrobiło się dopiero na dwunastym kilometrze czyli za osadą Pian della Sega (10,7 km) gdzie trzeba było pokonać 730 metrów o średnim nachyleniu 10%. Kolejny ciężki odcinek to 780 metrów o średniej 9,1 % za ponte Volt d’Aghe na czternastym kilometrze. W tej okolicy droga zaczęła się wić po serpentynach  Na trzech kilometrach przed Sella Nevea (16,8 km) było ich w sumie siedem. Stromizna drogi oscylowała na przyzwoitym poziomie od 6 do 9 %. Po drodze trzeba też było przejechać przez trzy galerie. W ośrodku Sella Nevea można było złapać głębszy oddech przed stromym finałem tego podjazdu. Dokładnie po przejechaniu 17,1 kilometra od startu trzeba było zjechać z drogi SP-76, która w tym miejscu skręca w prawo  na przełęcz położona 1190 metrów n.p.m. Chcąc dostać się na płaskowyż należało pojechać prosto i wbić się na stromą leśną ścieżkę. Tu od razu trzeba było pokonać ściankę o długości 320 metrów przy średniej 14,7 %, zaś nieco wyżej kilka ciasnych wiraży, na których maksymalne nachylenie sięga 18 %. Cała stromizna ma długość 1900 metrów o średnim nachyleniu 11,8 % i powinna stanowić idealne miejsce do ataku po etapowe zwycięstwo na tegorocznym Giro. Ostatni odcinek podjazdu to 2,4 kilometra o umiarkowanej średniej 5,1 %. Wspinaczkę zakończyłem na rozdrożu przy długim budynku gospodarskim. Roztacza się stąd piękny widok na masyw górski wyznaczający północną granicę płaskowyżu. Darka nie spotkałem bo źle skręcił na wysokości Sella Nevea. Cofnąłem się kilkaset metrów do wcześniejszego rozdroża i w tym miejscu poczekałem na przyjazd wszystkich kolegów. Na szczęście zaczęło się rozpogadzać, więc warunki na zjeździe były lepsze od spodziewanych. Nad dolną częścią Canale di Raccolana świeciło już słońce i temperatura wzrosła do przyjemnych 24 stopni. Można było strzelić ładne fotki tak mijanym wioskom i górom jak i samej rzeczce oraz wodospadom, które znacznie przybrały na sile po niedawnej burzy.

Do Raccolany zjechaliśmy około szesnastej, lecz naszą przystań pod wiaduktem opuściliśmy bliżej siedemnastej, po dłuższym oczekiwaniu na Darka, który zawieruszył się nam na zjeździe. Do podnóża kolejnego podjazdu mieliśmy niespełna 6 kilometrów i można było się pokusić o zaatakowanie obu gór ze wspólnego miejsca parkingowego. Jednak czas nas gonił, więc zdecydowaliśmy się podjechać do Dogny samochodami. Po paru kilometrach jazdy w górę SS-13 ponownie przejechaliśmy na wschodni brzeg Felli zatrzymując się na samym początku podjazdu w cieniu starego wiaduktu. Po niespełna 400 metrach od startu trzeba było przejechać przez ciasny, ciemny i mokry tunel. Pod koniec pierwszego kilometra przejeżdża się przez położone jedna po drugiej osady Roncheschin i Chiout di Puppe. Na drugim średnia stromizna wzrosła z niespełna 6 % do prawie 8 %. Następnie półtora kilometra łatwiejszego terenu zakończonego ładnym dla oka odcinkiem drogi wykutej w skałach. Za mostem  i tunelem podjazd robi się trudniejszy. Dwa kręte kilometry poprzedzające osadę Chiutzuquin (5,5 km od startu) ma średnie nachylenie bliskie 7,9 %. Łatwiej jest na dojeździe do bocznej drogi schodzącej ku osadzie Pleziche (6,8 km). Tuż przed rozjazdem przejeżdża się między betonowymi słupami będącymi pozostałością jakiejś konstrukcji. zaś tuż za zakrętem otwiera się piękny widok na górskie szczyty, w tym najwyższy w całej okolicy Jof di Montasio (2753 m. n.p.m.). Następnie droga odbija w kierunku północnym i oddala się od rzeźbiącego dolinę koryta potoku Dogna. Prawie cały ósmy kilometr trzyma na poziomie 9,2 %. Pierwsza faza podjazdu czyli 9,3 kilometra przy średniej 6,1 % kończy się na wysokości około 1000 metrów n.p.m. Kilkaset metrów za Mincigos (8,9 km) po przebyciu 450 metrów o niebagatelnym nachyleniu 10,5 %. Z początku jechałem sam na czele naszej grupki. Na pierwszych kilometrach Adam robił zdjęcia w akcji i jechał w towarzystwie Piotra. Później bez większych problemów mnie dogonił.

Po stromym odcinku za Mincigos przyszedł czas na dłuższy odpoczynek. Droga przez kolejne trzy kilometry z hakiem wiedzie po lekko pofałdowanym terenie czyli: dół, góra, dół i chwila płaskiego. W sumie na odcinku 3,4 kilometra zamiast zyskiwać wysokość traci się kilkanaście metrów. Jechało się szybko, lecz trzeba było uważać na kamienie, które odpadły od zbocza góry. W jednym miejscu wyłamał się całkiem spory kawałek skały. Ten fragment podjazdu kończy się po minięciu kapliczki jakieś 12,7 kilometra od startu. Następny kilometr jest jeszcze stosunkowo łagodny, gdyż ma tylko 4,8 %. Dopiero cztery kolejne o średniej 8,7 % i max. 12 % stanowią prawdziwe wyzwanie. Pierwsze 800 metrów do Cappella Alpini Baite Gemona (14,5 km) to zaledwie 5,9 %, w tym cztery ciasne wiraże na dystansie ledwie pół kilometra. Za kaplicą robi się znacznie trudniej, bo kolejne 2,1 kilometra ma średnio niemal 8,9 %. Aczkolwiek w pierwszej połówce tego odcinka z pomocą kolarzom przyszli architekci drogi projektując w sumie 9 wiraży na dystansie tylko 1100 metrów. Na kolejnym kilometrze po raz ostatni przejeżdża się nad korytem potoku Dogna, by po przebyciu 16,6 kilometra dotrzeć do budynku Casermetta Vuerich. Stąd do mety pozostaje już tylko 1200 metrów. W teorii o średnim nachyleniu 10,4 %, lecz w praktyce nie było aż tak stromo czyli najpewniej wcześniej zyskaliśmy nieco więcej metrów niż to wynika z załączonego profilu. Fragment drogi został zawalony skalnym osuwiskiem i kilometr przed finałem musieliśmy na chwilę zejść z rowerów aby przejść tą przeszkodę. Dojechaliśmy do końca asfaltowej drogi w czasie 1 godziny i niespełna 13 minut czyli z przeciętną prędkość 14,646 km/h. Dalej na wprost i w lewo wiodły już tylko dwie szutrowe ścieżki, na które nie chcieliśmy wjeżdżać. Na zboczu góry po lewej stronie względem końca drogi stoi gospodarstwo Malga Sampdogna. Za sprawą dwóch długich podjazdów zrobiliśmy jak dotąd największy dzienny dystans. W sumie 81 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2089 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Cason di Lanza & Pramollo-Watschiger Alm

Autor: admin o sobota 14. Lipiec 2012

Po pierwszej nocy pod włoskim niebem zaczęliśmy zwiedzanie górskich atrakcji regionu Friuli-Venezia Giulia. Postanowiłem, że tak jak w Słowenii zaczniemy objazd okolicy od wschodnich krańców naszego nowego „rejonu łowieckiego”.  Następnie dzień po dniu przesuwając swe zainteresowanie w stronę zachodniej części rejonu Carnia. Dzięki temu mogliśmy zyskać na czasie przed wyruszeniem na podbój najtrudniejszych wzniesień tzn. budzącego trwogę swą stromizną Monte Zoncolan oraz pominiętego w ostatniej chwili na Giro d’Italia z roku 2011 Monte Crostis. Tym samym podczas pierwszego włoskiego weekendu czekały nas dwie wycieczki w górę rzeki Fella przy drodze krajowej SS13. Po nadspodziewanie długim transferze z Radovlijcy należał się nam dobry wypoczynek. Dlatego w sobotni poranek nie śpieszno było nam do wylotu z Casa Clementa. Najpierw długi sen, każdemu wedle potrzeb. Potem dla chętnych spacer po okolicy i lustracja miejscowych sklepów, głównie spożywczych. Śniadanie około godziny dziesiątej, a sam wyjazd z Ovaro dopiero punkt jedenasta. Do miejsca przeznaczenia, niespełna dwutysięcznego miasteczka Pontebba, nie mieliśmy daleko. Niespełna 60 kilometrów czyli jakieś 50 minut jazdy najpierw na południe drogą SR 335, potem na wschód po drodze SS52 i w końcu na północ wspomnianą krajówką nr 13. Po drodze minęliśmy miejscowości Chiusaforte i Dogna, w których mieliśmy się dotrzeć następnego dnia. Zatrzymaliśmy się na parkingu w centrum Pontebby przy Via Giuseppe Mazzini. Pogoda była tego dnia mocno niepewna. Na razie nie padało, lecz gęste szare chmury nie zwiastowały nic dobrego. Rozpakowując się w zasięgu wzroku mieliśmy miejsca startowe do obu wybranych na sobotę podjazdów.

Pierwszym miała być wschodnia droga pod Passo di Cason di Lanza (1552 m. n.p.m.), zaś drugim wjazd na graniczną przełęcz Pramollo vel Nassfeldpass (1530 m. n.p.m.). Na dzień 14 lipca 2012 roku żadne z tych wzniesień nie zaliczyło jeszcze występu na Giro d’Italia. Aczkolwiek gdy pisze te słowa już wiadomo, iż Cason di Lanza zadebiutuje w wielkim Giro na dziesiątym etapie tegorocznej edycji. Odcinek ten prowadzić będzie z Cordenons do Altopiano del Montasio. i uczestnicy 96. wyścigu Dookoła Włoch będą się wspinać na tą przełęcz od jeszcze trudniejszej i bardziej nieregularnej strony zachodniej. Tym niemniej jak mieliśmy się przekonać również wschodnie oblicze tej góry kryje przed śmiałkami parę niemiłych niespodzianek. Na spotkanie z tym podjazdem ruszyliśmy kilka minut przed wpół do pierwszą. Jak widać na załączonym profilu wzniesienie to ma dwie wyraźnie różniące się swym charakterem części. To znaczy łatwą pierwszą połówkę i znacznie trudniejszy drugi odcinek o podobnej długości. Kilka fragmentów tego podjazdu sprawia, iż było to niezły poligon doświadczalny przed wyprawą na Zoncolan. Szlak na Passo di Cason di Lanza zaczyna się od przejazdu pod wiaduktem kolejowym tuż za Bed & Breakfast Melani. Za przejazdem po prawej stronie drogi znajduje się siedziba lokalnego merostwa. Po 350 metrach od startu na chwilę wjeżdża się na drogę SP112, której lewa odnoga prowadzi ku przełęczy Sella Cereschaitis, zaś prawa na wschodnim brzegu potoku Pontebbana łączy się z drogą SP110 zmierzającą ku Passo di Pramollo. Tymczasem pod Cason di Lanza wiedzie skromniejsza droga lokalna. Po przejechaniu 1,8 kilometra mija się skręt w prawo ku osadzie Gruben, zaś z początkiem czwartego kilometra przejeżdża się przez największą na całym szlaku osadę czyli Studena Bassa (3,1 km). Niespełna pięć kilometrów po starcie należy przejechać pierwszy most nad Pontebbaną czyli ponte Lavaz (4,9 km).

Na lewym brzegu tego potoku trafił nam się ledwie przejezdny odcinek drogi pokryty żwirem i kamieniami z pobliskiego zbocza. Chwilę później przejechaliśmy dwa blisko siebie położone mostki. Pierwszy 6,7, zaś drugi 7,3 kilometra od startu. Za trzecim mostem zaczyna się pierwsza stroma ścianka, a w zasadzie cały kilometr na poziomie około 10 %. Nie byłem w stanie dłużej dotrzymać tempa Adamowi. Przed stromizną przy dwóch domach (km 9,2) miałem jeszcze nadzieje do niego doskoczyć. Jednak wkrótce stało się jasne, że na pozostałych do szczytu sześciu kilometrach będę walczył tylko o przetrwanie. Kolejna stroma ściana czekała nas na łące przed Casera Rio Secco (km 10,9), gdzie w desperacji wrzuciłem już tryb 32. Odrobinę można było odpocząć na łatwiejszym kilometrze dwunastym. Niemniej była to tylko cisza przed burzą czyli całym kilometrem o średnim nachyleniu 14,7 %. Były na nim dwa odcinki serpentyn, pierwszy w lesie i drugi wśród skał. Goniąc resztkami sił na jednym z wiraży wypiąłem nogę z pedału i na chwilę stanąłem. Poniekąd z uwagi na żwirek dodatkowo utrudniający przejazd przez tą stromiznę. Po przebyciu 13,3 kilometra minąłem zniszczone zabudowania gospodarcze oznaczone na profilu jako Casarotta i już prawie byłem w domu. Po łatwym przedostatnim kilometrze trzeba było się jeszcze wysilić na ostatnich 800 metrach. Dystans 15,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 5 minut i 30 sekund czyli z przeciętną 14,015 km/h. Na szczycie było wietrznie i mokro przy rześkiej temperaturze 14 stopni. Jeszcze nie padało, ale powietrze było przesiąknięte wilgocią. Przełęcz wyglądała na miejsce wypadowe do rozmaitych górskich wędrówek. Znajduje się na niej schronisko i gospodarstwo agroturystyczne. Natomiast po drugiej stronie drogi za drzewami widać też opuszczony budynek Gwardii Finansowej. Z ciekawostek historycznych warto odnotować bitwę jaką miejscowi wojacy w 1478 roku stoczyli z Turkami, którzy ćwierć wieku po zdobyciu Konstantynopola najechali tereny należące do Wenecji.

Po zjeździe do Pontebby nie prędko wybraliśmy się na drugi podjazd. Jeszcze przed piętnastą rozpadało się i to całkiem zdrowo. Dlatego zamiast od razu ruszyć na Passo Pramollo schowaliśmy się w samochodach, aby przeczekać niekorzystne warunki pogodowe. Nasza cierpliwość została wystawiona na próbę, lecz opłaciło się poczekać. Po godzinie szesnastej nieco się przejaśniło i postanowiliśmy spróbować szczęścia. Szlak na przełęcz Pramollo w całości przebiega po drodze SP 110. Nigdy nie został przetestowany na Giro, lecz tym roku zajrzało tu młodzieżowe Giro del Friuli – wygrał niejaki Diego Rosa. Podjazd rozpoczyna się przy domku z napisem Francesco Parisi, w miejscu oddalonym ledwie 130 metrów od ulicy, na której cztery godziny wcześniej zaczęliśmy pierwszą wspinaczkę. Tu również zaraz po starcie trzeba przejechać pod linią kolejową z Tarviso do Udine. Po kilkuset łatwych metrach wspinaczka zaczyna się na dobre za mostem nad rzeczką Bombaso. Drugi kilometr miał średnio 8,8 %. Znów łatwiej zrobiło się wśród łąk na trzecim i czwartym kilometrze tzn. 4,9 i 5,1 %. Prawdziwa wspinaczka zaczęła się w okolicy tunelu wykutego skręcającego o 180 stopni w lewo. W połowie piątego kilometra napotkaliśmy maksymalną stromiznę rzędu 12,2 % i Adam ponownie mi odjechał. Trzy kolejne kilometry trzymały na bardzo podobnym do siebie poziomie od 8,5 do 8,7 %. W tym czasie jeszcze dwukrotnie trzeba było przeskoczyć ponad nurtem rio Bombaso. W drugiej połowie ósmego i na całym dziewiątym kilometrze droga wiodła łagodnymi serpentynami na górskiej hali. Po każdym zakręcie w prawo trzeba się było zmagać z przeciwnym wiatrem. Minąłem gospodarstwo Malga Tratten (8,6 km) otoczone przez stadko rozbieganych kóz. Dwieście metrów za nim droga ponownie schowała się w lesie.

Ósmy i dziewiąty kilometr miały średnio 7,1 i 7,6 %. Nieco trudniej było na dziesiątym i jedenastym czyli 8 i 8,9 %. Jak widać góra była dość sztywna, lecz przynajmniej regularna. Nachylenie niemal cały czas oscyluje tu między 7 a 9 %, przy max. 12 %. W lesie czekały nas teraz długie proste, w tym najdłuższa kończąca się szerokim wirażem przy Caserma Marta e Laritti (11,5 km). Z tego miejsca do końca planowanej wspinaczki było jeszcze półtora kilometra, w tym kolejna serpentyna, dokładnie po dwunastu kilometrach od startu. Podjazd skończył się na wysokości Albergo Wulfenia (12,7 km). Do granicy brakowało jeszcze trzystu płaskich metrów wzdłuż brzegów małego sztucznego jeziorka. Na przełęcz wjechałem po pokonaniu 13 kilometrów o średnim nachyleniu 7,45 % w czasie 1 godziny 2 minut i 10 sekund czyli z przeciętną prędkością 12,546 km/h. Dawne przejście graniczne znajduje się na zakręcie w prawo. Odkrylismy jednak, że po austriackiej stronie od głównej drogi odbija w prawo świeżutka asfaltowa ścieżka do Watschiger Alm (1638 m. n.p.m.). Była ona naszą szansą na zaliczenie kolejnego „tysięcznika” czyli kolarskiej góry o przewyższeniu co najmniej tysiąca metrów. Aby dotrzeć do kresu drogi przy górskim schronisku nad stawem trzeba było przejechać dodatkowe 1300 metrów o średnim nachyleniu 8,3 % i minąć po drodze malutki kościółek, zaś tuż przed finałem dom gościnny Alpenhof Plattner. Do Pontebby zjechaliśmy tuż przed dziewiętnastą. Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i ruszyliśmy do bazy na nocleg w Ovaro. W drodze powrotnej natknęliśmy się na prawdziwe oberwanie chmury. Przyznać trzeba, że pomimo pewnych niedogodności mieliśmy sporo szczęścia. Pomimo wielce kapryśnej pogody udało nam się wykonać sobotni plan w całości i to z małą nawiązką. Na siódmym etapie wyprawy przejechaliśmy wszyscy 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu blisko 2068 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Monte Matajur

Autor: admin o piątek 13. Lipiec 2012

W piątek 13-tego … lipca przyszedł w końcu czas na przeprowadzkę ze Słowenii do Włoch. Czekał nas przeszło dwustukilometrowy transfer do Ovaro w rejonie Carnia, małego miasteczka u podnóża najbardziej surowego z trzech obliczy słynnego Zoncolanu. Sam przejazd miał nam zająć blisko cztery godziny, zaś cała podróż z dwoma podgórskimi przystankami po drodze przynajmniej dwa razy dłużej. Nasze plany zakładały zdobycie dwóch sąsiadujących z sobą gór po obu stronach słoweńsko-włoskiej granicy. Po raz pierwszy mieliśmy się zatrzymać w Idrsku i z tego miasteczka wjechać na Kolovrat (1169 m. n.p.m.) czyli zaliczyć podjazd o długości 10,5 km przy średnim nachyleniu 9,1 %. Według „archivio salite” klasyfikowany na trzecim miejscu pośród najtrudniejszych kolarskich wspinaczek w Słowenii (po poznanych przez nas Mangarcie i Kum). Po powrocie do Idrska mieliśmy wsiąść w auta, przekroczyć włoską granicę powyżej wioski Livek i po zaledwie 14 kilometrach dojazdu zatrzymać się w Savogny. Następnie zaś zaatakować Monte Matajur (1320 m. n.p.m.) czyli wzniesienie o wymiarach 12,2 km przy średniej 9,1 %. Niestety zgodnie z panującymi przesądami w/w data okazała się pechowa i udało nam się zrealizować jedynie drugi punkt piątkowego programu. Prawdę mówiąc w luźnej atmosferze czwartkowego wieczoru w mojej głowie roiły się jeszcze śmielsze wizje. Budząc się o świcie można było wszak jeszcze podskoczyć do oddalonego o niespełna pół godziny drogi miasteczka Bohinj i z tego miejsca „przebadać” podjazd na Soriską Planinę (1277 m. n.p.m.) tzn. 12,4 km przy średniej 6,1 %. Góra ta na tegorocznym wyścigu Dirka po Sloveniji była zdobywana z obu stron na etapie do Skofja Loka wygranym przez Włocha Domenico Pozzovivo po śmiałej akcji wespół z faworytem gospodarzy Janezem Brajkovicem.

Niemniej to co wieczorem wydawało się realne nie miało szans na realizację w starciu z poranną ospałością i deszczowym porankiem. Teoretycznie to samo wzniesienie mogliśmy jeszcze zdobyć od południowej strony gdybyśmy podczas naszego transferu pojechali drogą nr 403 i zatrzymali się w okolicy wioski Zali Log. Czekał by nas wówczas podjazd krótszy, ale bardziej treściwy tzn. 9,9 km o średniej 7 %. Niemniej ponieważ gościnne progi Apartaments Jansa opuściliśmy po godzinie dziesiątej, zaś w biurze Albergo Diffuso Il Grop w Ovaro mieliśmy się zameldować około osiemnastej to z góry było widać, iż nie mamy czasu na aż trzy przystanki. Co więcej podróż nie układała się po naszej myśli. Wybraliśmy bardziej południowy wariant dojazdu do włoskiej granicy tzn. zamiast przez Zelezniki, Podbrdo i Grahovo pojechaliśmy drogami nr 210 i nr 102 przez Skofja Loka i Cerko, który na mapach sprawiał wrażenie szybszej opcji. W rzeczywistości była to również droga jednopasmowa i kreta, na której nie dało się jechać zbyt szybko. Poza tym dodatkowo spowolnił nas korek wywołany wypadkiem drogowym. Na domiar złego psuła się pogoda. Gdy około wpół do pierwszej dotarliśmy do Idrska już padało. Nie mogliśmy sobie pozwolić na przeczekiwanie kaprysów aury, więc przed wkroczeniem do kraju drogiej benzyny zrobiliśmy tankowanie po słoweńskiej stronie i pojechaliśmy ku włoskiej granicy. Przy tej okazji zza okien samochodów obejrzeliśmy sobie pierwsze pięć kilometrów podjazdu na Kolovrat czyli odcinek od Idrska do Livka. Po włoskiej stronie nadal było pochmurno, ale przynajmniej nie padało. Dojechawszy do Savogny zatrzymaliśmy się nad rzeką po prawej stronie drogi, jakieś sto metrów za budynkiem merostwa. Piotrek nie czuł się tego dnia dobrze, dopadły go kłopoty żołądkowe, więc postanowił sobie zrobić dzień przerwy. Dlatego zaczęliśmy się szykować do drogi na szczyt w okrojonym trzyosobowym składzie.

Ruszyliśmy na górę kilka minut przed czternastą. Wybrałem bardziej treściwy wariant podjazdu czyli około 12 kilometrów wspinaczki z przejazdem w dolnej części przez wioski Ieronizza i Stermizza. Alternatywna droga na szczyt liczy sobie 14 kilometrów również ze startem w Savogny, lecz początkowo jedzie się na wschód ku Cepletischis. W tym przypadku w dolnej części wspinaczki mija się wioski Gabrovizza i Masseris. Obie drogi łączą się ponownie na wysokości około 950 metrów n.p.m. tuż za wioską Montemaggiore. Ta położona na północno-wschodnich kresach Włoch góra nigdy nie dostąpiła zaszczytu goszczenia uczestników Giro d’Italia. Tym niemniej niejednokrotnie była używana na rozgrywanej od roku 1962 i bardzo poważanej w tym kraju „młodzieżowej” etapówce Giro Ciclistico della regione Friuli Venezia Giulia. Podczas tej imprezy korzystano zazwyczaj z dłuższej wersji podjazdu. Po raz ostatni w latach 2008 i 2011. W sezonie 1991 zacięty pojedynek na tej górze stoczyli przyszli królowie gór czyli Gilberto Simoni i Marco Pantani (wygrał ten pierwszy), zaś w roku 1998 jako pierwszy na mecie zameldował się inny włoski as minionej dekady czyli Danilo Di Luca. Jako się rzekło zaproponowałem kolegom krótszy czyli zachodni wariant wzniesienia. Tym samym już po 150 metrach od miejsca startu musieliśmy odbić w lewo na prowadzącą ku Ieronizzy (2,3 km) via Alta. Pierwsza kwarta wzniesienia nie była jeszcze szczególnie trudna. Ponad dwukilometrowy dojazd do wspomnianej wioski miał średnio 6,33 % i prowadził z grubsza prostą drogą cały czas w kierunku północnym. Za Ieronizzą droga wpadła do lasu i stała się bardzo kręta. Dość powiedzieć, że na ponad trzykilometrowym odcinku przed Stermizzą (5,4 km) spotkaliśmy aż szesnaście ciasnych wiraży.

Nawierzchnia drogi była dość kiepska, a przy tym zabrudzona leśnymi naleciałościami po niedawnym deszczu. Jechało mi się ciężko, iż podejrzewałem jakiś kłopot z tylnym kołem. Wyjaśnienie kłopotów było zaś prozaiczne tzn. średnie nachylenie tej ćwiartki wynosiło aż 10,56 %. Zresztą nie było ze mną tak źle skoro wciąż jechałem razem z Adamem. Kolejne trzy kilometry na dojeździe do Montemaggiore (8,4 km) były nieco łatwiejsze, acz wciąż trzymały na solidnym poziomie 8,55 %. Na ulicach do wioski na chwilę się wypłaszczyło co wprawiło nas w chwilowe rozterki czy przypadkiem nie przegapiliśmy skrętu ku ostatniej części podjazdu. Jakieś dwieście metrów za wioską dotarliśmy do zbiegu naszego drogi z szosą biegnącą od strony Masseris. Tam spostrzegłem rozwiewającą wszelkie wątpliwości czerwoną tablicę z napisem Rifugio Pelizzo. Przed tym górskim schroniskiem, kończy swój bieg asfaltowa część szlaku na Monte Matajur. Od Montemaggiore do końca podjazdu brakowało jeszcze 3,8 kilometra o średnim nachyleniu 9,92 % Maksymalna stumetrowa stromizna dwukrotnie sięgnęła 15 %. Najpierw w połowie dziesiątego kilometra, a następnie pod koniec dwunastego, ledwie 400 metrów przed finałem. Do tego tylko pięć wiraży i parę długich prostych, najdłuższa na przedostatnim kilometrze. W końcówce podobnie jak na Mangarcie pętelka i ostatni fragment podjazdu po skręcie w prawo. W najwyższej partii podjazdu było już tylko kilka zakrętów, zaś droga prowadziła w terenie bardziej odsłoniętym. Na szczyt dojechaliśmy w czasie 1 godzinę 2 minuty i 50 sekund tzn. ze średnią prędkością 11,649 km/h i VAM 1058 m/h. Temperatura na szczycie była ledwie umiarkowana czyli 15 stopni. Od schroniska po niespełna półgodzinnym marszu z buta można by dotrzeć na sięgający 1641 metrów n.p.m. wierzchołek Monte Matajur. My nie mieliśmy ochoty na takie spacery. Grzecznie poczekaliśmy na Darka i następnie z zachowaniem niezbędnej ostrożności pokonaliśmy trudny technicznie, acz na tak wąskiej i krętej drodze niezbyt szybki zjazd do Savogny.

Zanim ponownie zapakowaliśmy się do samochodów było już po wpół do piątej. Przed nami było jeszcze blisko około 90 kilometrów do pokonania i tylko miejscami po szybkiej drodze. Czasowo zapowiadało się na co najmniej półtorej godziny jazdy, więc wolałem uprzedzić telefonicznie naszych gospodarzy o spodziewanym spóźnieniu. Na początek w dół doliny Natisone po drogach SP 11 i S54. Następnie chcąc ominąć stolice prowincji czyli Udine, tuż za Cividale del Friuli wjechaliśmy na drogę SR 356 by przez Faedis, Tarcento czyli po treningowych szlakach tragicznie zmarłego Ottavio Bottecchii dojechać do autostrady A23 na wysokości Gemona del Friuli. W drodze włączyliśmy radio i złapaliśmy przypadkiem relacje z końcówki dwunastego etapu Tour de France. Na czele była kilkuosobowa ucieczka, z której odskoczyli David Millar i Jean-Christophe Peraud i ostatecznie na mecie w Annonay triumfował Szkot z ekipy Garmin. Na prowadzącej ku Tarvisio drodze szybkiego ruchu zabawiliśmy tylko kilkanaście kilometrów zjeżdżając na wysokości Amaro. Potem jeszcze SS52 przez okolice Tolmezzo i za miasteczkiem Villa Santina należało skręcić na północ w kierunku Ovaro. Do biura Albergo Diffuso Il Grop dotarliśmy około wpół do siódmej. Organizacja ta wynajmuje przyjezdnym aż 19 lokali na wakacyjny pobyt, rozrzuconych na niewielkim obszarze od Ravel na południu po Pesaria na północnym zachodzie. My trafiliśmy chyba najlepiej jak mogliśmy. Za skromne 76 Euro za dobę do podziału na cztery osoby zarezerwowałem przez stronę booking.com lokal o nazwie „In Clementa”. Trzypoziomowy domek z kamienia w starym stylu. Na parterze mieliśmy kuchnię z salą jadalną. Na pierwszym piętrze salon mogący służyć za salę TV lub sypialnię + garderoba i ubikacja. Natomiast na drugim piętrze dwa mniejsze pokoje sypialne i łazienkę. Jednym słowem wszystko czego trzeba i to za niewygórowaną stawkę. W dodatku ledwie dwieście metrów od podnóża Monte Zoncolan. Ponieważ tego dnia przejechaliśmy na rowerach tylko 25 kilometrów Adam najwidoczniej nie miał dość i przed zmierzchem wyskoczył na półgodzinne rozpoznanie terenu pokonując przy tej okazji pierwsze cztery kilometry słynnego podjazdu.

Napisany w Alpy włoskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Mangart & Vrsić

Autor: admin o czwartek 12. Lipiec 2012

Piąty i ostatni ze słoweńskich etapów naszej wyprawy miał być prawdziwym klasykiem. Na deser w czwartkowe popołudnie 12 lipca zostawiłem sobie i kolegom podjazdy pod Mangart (2055 m. n.p.m.) i przełęcz Vrsić (1611 m. n.p.m.). W krótkich słowach oznaczało to najpierw podjazd pod najwyższą i zarazem największą górę w Słowenii, a następnie wspinaczkę na najwyższą drogową przełęcz w tym kraju. Aby to uczynić musieliśmy udać się do serca Alp Julijskich na terenie Triglavskiego Parku Narodowego. Dlatego w przeciwieństwie do poprzednich dni nasz samochodowy transfer przebiegał w kierunku zachodnim. Najpierw po autostradzie A1, lecz tym razem w kierunku północnym, a następnie po drogach nr 201 i 202, włoskiej krajówce SS54 i ponownie na terenie Słowenii po szosie nr 203. Ten niespełna 80-kilometrowy szlak do miejscowości Log pod Mangartom, na odcinku około 30 kilometrów prowadził przez terytorium Włoch m.in. przez Tarvisio i rejon Lago di Predil. Do Słowenii wróciliśmy przez przełęcz Predil położoną na wysokości 1156 metrów n.p.m. Na zjeździe przejechaliśmy centrum Logu i zatrzymaliśmy się dopiero na parkingu przed motelem Encijan. To znaczy na wysokości około 625 metrów n.p.m. Z tego miejsca mieliśmy zaatakować  najwyższą szosową górę kolarskiej Słowiańszczyzny. Acz od razu przyznaje, że w swych rozważaniach pomijam ewentualne sukcesy rosyjskich inżynierów budownictwa drogowego po północnej stronie Kaukazu. Podjazd pod Mangart ze startem w Log pod Mangartom na wysokości miejscowego cmentarza (jakieś trzysta metrów od wspomnianego motelu) to w sumie 16,9 kilometra trudnej wspinaczki o średnim nachyleniu blisko 8,5 %. Z pewnością stanowi on poważne wyzwanie dla każdego kolarza niezależnie od prezentowanej klasy. Na wyścigu Dookoła Słowenii pojawił się ostatnio w 2000 roku kiedy to najlepszy był Słoweniec Mitja Mahoric, drugi jego rodak i triumfator całego wyścigu Martin Derganc, zaś na piątym i siódmym miejscu finiszowali Seweryn Kohut i Marcin Sapa.

Nasza czwórka do walki z tym alpejskim olbrzymem stanęła w samo południe przy temperaturze 34 stopni Celsjusza. Pierwszy kilometr był jeszcze stosunkowo łatwy tzn. miał średnio 4,3 % głównie za sprawą początkowych kilkuset metrów. Jednak już podczas przejazdu przez Log i dalej za mostkiem nad potokiem Koritnica szosa zaczęła się śmielej piąć ku górskim szczytom. Do połowy trzeciego kilometra droga wiedzie z grubsza w prostej linii w kierunku północno-wschodnim. Następnie po zakręcie w prawo skręca na zachód i wraz z końcem czwartego kilometra dociera do wioski Strmec na Predelu. Drugi, trzeci i czwarty kilometr trzymają już zdrowo tj. na średnim poziomie od 8,0 do 9,3 %. Przez dalsze półtora kilometra z okładem wspinaczka trwa jeszcze po drodze nr 203 w kierunku północno-zachodnim. Następnie w połowie szóstego kilometra na wysokości około 1100 metrów n.p.m. dociera się do wiaduktu, za którym w odległości 5,7 kilometra od startu znajduje się kluczowy rozjazd. Dotychczasowa droga wiedzie dalej w lewo na passo Predil, zaś w prawo ku niebu odbija droga nr 902 na Mangart. Po kolejnych sześciuset metrach przejeżdża się na lewy brzeg górskiego potoku i niedługo później zaczyna się bodaj najtrudniejszy odcinek całego wzniesienia. Podczas gdy piąty, szósty i siódmy kilometr trzymały na poziomie od 7,3 do 8,8 % o tyle najtrudniejszy ósmy kilometr miał średnio 10,5 % z maksymalną stumetrową stromizną rzędu 14,5 %. W dodatku akurat jak na złość jazdę w tym momencie utrudniał przeciwny wiatr. Po przejechaniu 7,8 kilometra wjeżdżało się do lasu na wysokości małej ścieżki prowadzącej w lewo do gospodarstwa agroturystycznego zajmującego się produkcją serów z owczego mleka.

Następne kilometry czyli od początku dziewiątego do końca dwunastego trzymały na niewygórowanym jak ten podjazd poziomie od 6,7 do 8,5 %. Na tym odcinku złapał mnie Adam i mimo, iż do czasu do czasu pstrykał zdjęcia w locie bez trudu dotrzymywał mi towarzystwa. Pod koniec dziesiątego kilometra przejeżdża się przez pierwszy ledwie stumetrowy tunel przebity w wapiennej skale. Kolejne dwa o długości odpowiednio 300 i 200 metrów wykuto niespełna dwa kilometry dalej, zaś ostatni 150-metrowy trzeba pokonać wraz z końcem czternastego kilometra całej wspinaczki. Ten fragment wspinaczki jest też najbardziej kręty – dziewięć ciasnych wiraży między km 10,4 a 13,2. Kilometry od trzynastego do szesnastego włącznie to już nie przelewki. Średnie nachylenie nie schodzi tu poniżej 9 %, zaś trzynasty ma równo 10 %. Nie tylko wysiłek, ale i same widoki na skalne ściany i przydrożne przepaście zapierają dech w piersiach. Poza tym powyżej 1700 metrów zastała nas mgła, zaś temperatura spadła do 14 stopni. Po przejechaniu 15,8 kilometra dojechaliśmy do rozjazdu, z którego odchodzą dwie drogi prowadzące do końca Mangartu. Całość wygląda jak wielka pętla autobusowa, na której wobec wprowadzenia ruchu jednokierunkowego do podjazdu służy nitka prawa, zaś do zjazdu lewa. Finałowy odcinek, na którym spotkaliśmy niemałe stadko owiec miał już średnio tylko 6,7 %. Do mety dojechaliśmy z Adamem w czasie 1h 21 minut i 30 sekund czyli przy średniej prędkości 12,441 km/h i VAM 1052 m/h. Cały podjazd przejechałem na przełożeniach 39×24 i 39×28. Wkrótce dołączył do nas Piotrek i razem doczekaliśmy na nieco lepszej aury i widoku na szczyt granicznej góry Mangart (2677 m. n.p.m.). Początek zjazdu pokonaliśmy pod prąd i przy rozjeździe spotkaliśmy Darka, który nie miał dobrego dnia. Co gorsza na ostatnich kilometrach zjazdu przebił jeszcze gumę i do postoju w Log pod Mangartom doturlał się na resztkach powietrza.

W drodze powrotnej do Radovljicy mieliśmy zaplanowany przystanek w Kranjskiej Gorze czyli w najważniejszym i najstarszym ośrodku narciarskim Słowenii, wciśniętym między Karawanki (na północy) i Alpy Julijskie (na południu). Od sezonu 1968 rokrocznie odbywają się tu zawody Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim, a ściślej rzecz ujmując w slalomach specjalnych i slalomach gigantach. Nieopodal znajduje się też słynna Letalnica czyli skocznia K-185 w Planicy. Z miasteczka tego wychodzi w kierunku południowym droga nr 206, która poprzez przełęcz Vrsić (po włosku: Passo della Moistrocca) łączy Dolinę Sawy i Dolinę Trenta, w której płynie rzeka Socza. Droga ta znana obecnie jako „ruska cesta” została zbudowana przez Austriaków rękami rosyjskich jeńców wojennych w trakcie I Wojny Światowej i oddana do użytku pod koniec roku 1915. W przeciwieństwie do Mangartu w ostatnich kilkunastu latach często gościła na trasie Dirka po Sloveniji. W 1999 roku zdecydowane zwycięstwo odniósł na niej Timothy Jones, utalentowany kolarz z egzotycznego Zimbabwe. Dwa lata później najlepszy był Rosjanin Faat Zakirow, który trzy dni wcześniej wygrał też górską czasówkę pod Roglę. Czwarty był Seweryn Kohut. Następnie w latach 2003-2004 triumfowali Słoweńcy Jure Golcer i Tomaz Nose, zaś ważny krok do generalnych zwycięstw czynił w tym miejscu ich rodak Mitja Mahoric. Z kolei w sezonie 2005 najlepszy tak na przełęczy jak w generalce wyścigu był nasz górski as czyli Przemysław Niemiec.  Rok później był jeszcze trzeci. Wygrał raz jeszcze Tomaz Nose, któremu później za praktyki dopingowe odebrano wszelkie zwycięstwa z lat 2006-2007, w tym dwa generalnego sukcesy w swym narodowym tourze. W końcu zaś w roku 2007 najlepszy na etapie z metą na Prelaz Vrsic okazał się słynny dziś Włoch Vincenzo Nibali.

Po zjechaniu z drogi nr 201 przejechaliśmy przez całą Kranjską Gorę i zatrzymaliśmy się na południowych rubieżach ośrodka na sporym parkingu przez hotelem Lek. Start mieliśmy więc na poziomie około 820 metrów n.p.m. Na starcie około wpół do piątej po południu było jeszcze całkiem ciepło czyli 27 stopni. Początkowe dwa kilometry były bardzo łatwe. Ot delikatne „falsopiano” na poziomie 1,7 % i 2,3 %. Prawdziwy podjazd zaczął się dopiero za mostem nad rzeczką Velika Pisnica. Po kilkuset metrach dojechaliśmy do pierwszego z dwudziestu czterech wiraży po północnej stronie przełęczy. Każdy z nich był numerowany i zaopatrzony w informacje o wysokości bezwzględniej na jakiej znajduje się w tej chwili mijający ów znak podróżny. Co ciekawe każdy zakręt na tym wzniesieniu był brukowany co w zderzeniu nierzadko z poważną stromizną dodatkowo utrudniało jazdę. Ja na tej nawierzchni nabawiłem się drobnych problemów technicznych przy zmianach trybów. Korzystałem z przełożeń 39×24 i 39×28, zaś na bardzo ciężkiej końcówce momentami nawet 39×32. W sumie nie bardzo potrafiłem znaleźć właściwy sobie rytm jazdy. Natomiast rewelacyjną formą na tej górze błysnął Piotrek. Dotychczas wyraźnie ustępujący mi oraz Adamowi w końcu pokazał klasę. Podobnie było przed rokiem gdy po trzech słabszych dniach Piotruś rozkręcił się i czwartego dnia deptał mi po piętach na San Bernardino i Monte Bre, piątego dnia  naciągał mnie pod Splugę, zaś szóstego dnia urwał w końcówce wspinaczki pod Maloję.

Po przejechaniu 2,9 kilometra minęliśmy Ruski Kriz, zaś w połowie czwartego kilometra gospodę Mihov Dom. W odległości równo 4 kilometrów od początku właściwego podjazdu stoi zaś Ruska kaplica postawiona ku pamięci 300 jeńców rosyjskich, którzy zginęli przy budowie tej drogi na skutek zejścia potężnej lawiny. Pierwsze trzy kilometry mają jeszcze umiarkowane nachylenie: 6,3 – 4,7 – 5,6 %, lecz trzy kolejne robią już wrażenia wartościami typu: 9,3 – 8,6 – 8,3 %. Na wysokości 1226 metrów n.p.m. po prawej stronie, nieco wypłaszczonej w tym miejscu, drogi stoi kolejna gospoda czyli Koca na Gozdu (5,3 km od startu). Tuż za nią zaczyna się najtrudniejsza część podjazdu. Odcinek 3900 metrów dzielący to miejsce od przełęczy Vrsic ma średnie nachylenie blisko 9,9 %. W tym każdy z ostatnich trzech kilometrów trzyma już na bardzo wysokim średnim poziomie 10,8 – 10,8 – 11,9! Pomiędzy połową szóstego a połową siódmego kilometra oraz od początku ósmego do połowy dziewiątego znajdują się dwa dłuższe fragmenty podjazdu z licznymi wirażami, przedzielone jedynie kilkusetmetrową przecinką bardziej na wprost przez polanę. Ostatnie 500 metrów też prowadzi na wprost i oczywiście stromo pod górę. Na linii górskiej premii jako pierwszy zameldował się Piotr. Tuż za nim nasza kozica czyli Adam. Ja straciłem około pół minuty przejeżdżając 9,1 kilometra w czasie 42 minut i 35 sekund czyli z przeciętną 12,821 km/h i VAM 1065 m/h. Darek też nie kazał zbyt długo na siebie czekać. Na górze było tylko 15 stopni i dodatkowo zaczęło się chmurzyć (na zjeździe nawet lekko kropiło), więc nie było sensu zbytnio przedłużać naszego pobytu na tej przełęczy. W sumie tego dnia przejechaliśmy tylko 58 kilometrów, ale o łącznym przewyższeniu 2220 metrów. Po powrocie do Apartaments Jansa niejako na pożegnanie z gościnnym miasteczkiem poszliśmy na wieczorny spacer po Radovlijcy zakończony kolacją w pizzerii przy miejskim basenie.

Napisany w Alpy słoweńskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Kum & Krvavec

Autor: admin o środa 11. Lipiec 2012

W środę 11 lipca zrobiliśmy trzecią i ostatnią wycieczkę na wschód Słowenii po autostradzie A1. Tym razem przyszło nam z niej zjechać nieco wcześniej, bo na wysokości Trojane. Stamtąd musieliśmy jeszcze odbić na południowy-wschód w rejon miasteczka Trbovlje. Jakieś trzy kilometry na południe od tej miejscowości zaczyna się bowiem uchodząca za jeden z najtrudniejszych podjazdów w tym kraju – niespełna 10-kilometrowa wspinaczka na górę Kum (1212 m. n.p.m.). Dojechawszy do Trbovlje po chwili poszukiwań zrezygnowaliśmy z postoju w centrum miasta i zawróciliśmy do miniętego przez kilkoma minutami podnóża wzniesienia. Początek tego podjazdu znajduje się na prawym brzegu rzeki Sawa, przy zjeździe z drogi nr 108 na wysokości fabryki materiałów budowlanych Lafarge. Dzień był słoneczny, acz po wczorajszym deszczu bardziej rześki niż dwa poprzednie. Około wpół do pierwszej na swoim liczniku zanotowałem temperaturę 26 stopni. Zaparkowaliśmy samochody zaraz za zakrętem na poboczu bocznej drogi. Byliśmy świadomi wyzwania jakie nas czeka, a nawet gdybyśmy nie oglądali czerwonego profilu tego wzniesienia to jego mroczny sekret szybko by nam zdradziła tablica drogowa stojąca na pierwszym metrach wspinaczki. Według niej maksymalna stromizna na tym podjeździe miała sięgać 16 %. W rzeczywistości „najmocniejszy” stumetrowy odcinek miał nachylenie nieco wyższe, bo 17,1 %. Na starcie można się było również dowiedzieć, iż podjazd znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego objętego unijnym programem Natura 2000.

Od samego początku trzeba było wrzucić miękkie przełożenie. W moim przypadku najpierw 39×28, a później ostatni tryb w dostępnym mi pakiecie czyli 32. Niemal do końca drugiego kilometra droga wiodła w kierunku wschodnim, równolegle do wspomnianej rzeki z ładnym widokiem na jej dolinę. Stromy start przypominał początek szwajcarskiego podjazdu pod Les Planches nieopodal Martigny. Cała góra była jednak jeszcze cięższa. Najtrudniejsze były zaś pierwsze cztery, z których każdy miał średnie nachylenie ponad 10 %. W tym drugi kilometr aż 12,4 %. Po przejechaniu 3 kilometrów minąłem zjazd w prawo ku wiosce Skofja Riza, zaś niespełna kilometr dalej dobrnęliśmy do wioski Dobovec mijając Cerkev sv. Ana (3,9 km). Przejeżdżając przez centrum tej miejscowości trzeba było pokonać nad wyraz stromy odcinek i minąć lokalny Dom Strażaka (Gasilski Dom). Pokonawszy tą ściankę należało odbić w prawo za kapliczką poświęconą Matce Boskiej. Tu chwila odpoczynku i następna stromizna w lesie na której musiałem nieco spasować nie mogąc dłużej utrzymać koła Adama. Postanowiłem jechać dalej własnym, równym i możliwie mocnym tempem trzymając kontakt wzrokowy z naszą kozicą. Piąty i szósty kilometr miały nachylenie rzędu „tylko” 9,4 i 9,8 %. Na początku siódmego kilometra dwa ciasne zakręty blisko siebie i przed nami kilometr siódmy o wartości średniej 11,1 %. Jednym słowem teren dla typowych górali czyli kolarzy wagi lekkiej. Nieco łatwiej zrobiło się za osadą Lontovz, skąd już do końca strome odcinki miały się przeplatać z łagodniejszymi wpływając na nieco niższe niż wcześniej średnie nachylenie ostatnich trzech kilometrów tzn. 7,4 – 8,5 oraz 9,4 %.

Po przejechaniu 8,3 kilometra skończyła się jazda po asfalcie i wjechaliśmy na nawierzchnię szutrową. Adam jako pierwszy, ja zaś 10-15 sekund później. Na sypkim gruncie czułem się dość dobrze i zacząłem odrabiać straty do swego młodszego kolegi. Wjechaliśmy do gęstszego lasu, gdzie czekało na nas jeszcze parę stromych ścianek na sypkim gruncie. Jednym słowem dość niepewny teren. Nie były co wstawać w pedały ze względu na niemal pewnym uślizg tylnego koła. Z drugiej strony nie można było siedzieć głęboko na tyłach siodełka bo przednie koło rwało się do podskoku. Dwukrotnie musiałem wypiąć nogi z pedałów. Za drugim razem przejazd utrudniła mi dodatkowo poprzeczna rynna do odpływu deszczówki. Pomimo tego dosłownie na ostatnich metrach udało mi się dogonić Adama i do szczytu wzniesienia dojechaliśmy razem w czasie 51 minut i 50 sekund. Podjazd miał długość 9,84 kilometra i 996 metrów przewyższenia, więc wdrapaliśmy się ze średnią prędkością 11,320 km/h i wartością VAM 1153 m/h – w moim przypadku najwyższą na tym wyjeździe. Aby dotrzeć na szczyt trzeba było się nieźle namęczyć, ale było warto i to nie tylko dla własnej sportowej satysfakcji. Na mecie natknęliśmy się nie tylko na kapliczkę, maszt telewizyjny oraz schronisko Planinski Dom. Główną atrakcją był niewielki kościółek pod wezwaniem sv. Neza z towarzyszącą mu wieżą. Na jego tle zrobiliśmy sobie zdjęcia, po czym udaliśmy się w stronę schroniska, gdzie spędziliśmy nieco czasu na słonecznym tarasie, po południowej stronie tego budynku. Kum okazał się bardzo treściwym podjazdem. Może nie jest to „killer” a’la Zoncolan, Kitzbuheler Horn czy Mortirolo, lecz spokojnie można go wymieniać w jednym rzędzie ze wspinaczkami klasy Alpe di Pampeago.

Po zjechaniu do Trbovlje udaliśmy się w drogę powrotną do Radovljicy. Oczywiście nie na odpoczynek. Trzeba było przecież wyrobić naszą dzienną normę górskich wyzwań i zaliczyć drugą wspinaczkę. Na tą okoliczność wybrałem podjazd, na którym trzykrotnie rozstrzygał się wyścig Dookoła Słowenii czyli Krvavec. Pod tą nazwą w rzeczywistości kryje się góra  o wysokości 1971 metrów n.p.m. w Alpach Kamnickich. Natomiast sam podjazd ukrywa się w zbiorach „archivio salite” pod nazwą Planina Jezerca. Według profilu umieszczonego na tej stronie kończy się on na poziomie 1374 m. n.p.m. W rzeczywistości po asfalcie można tu dojechać na wysokość około 1420 metrów. Natomiast pokonując niezbyt stromy dwukilometrowy odcinek szutru da się wjechać przynajmniej o kilkadziesiąt metrów wyżej. Oczywiście zawodowcy musieli kończyć swe zmagania na końcu asfaltowej drogi gdzie znajduje się dość miejsca na przyjęcie uczestników wyścigu kolarskiego. Po raz pierwszy na Dirka po Sloveniji zmierzyli się z tą górą w 2008 roku. Najlepszy okazał się wówczas lokalny as Jure Golcer, który wyprzedził Włocha Franco Pellizottiego i Chorwata Roberta Kiserlovskiego. Nasz Przemysław Niemiec był tego dnia szósty. Rok później pierwszy na górze zameldował się inny Słoweniec Simon Spilak, który wyprzedził Chorwata Matiję Kvasinę oraz Włocha Domenico Pozzovivo. Czwarty był kontrolujący wydarzenia na wyścigu lider rodem z Danii Jakob Fuglsang. W sezonie 2010 podobnie jak dwa lata wcześniej zwycięstwo na tym królewskim etapie było kluczem do zwycięstwa w całej imprezie. Tym razem obie nagrody zgarnął Włoch Vicenzo Nibali, który na królewskim etapie wyprzedził swego rodaka Giovanni Viscontiego i Duńczyka Chrisa Ankera Sorensena.

Nie tylko z uwagi na ową popularność i znaczenie dla losów wspomnianego wyścigu podjazd pod Krvavec można nazwać słoweńskim L’Alpe d’Huez. Przede wszystkim pod względem profilu wspinaczka ta bardzo przypomina ten najsłynniejsza wspinaczkę w kolarskim światku. Gdy doliczymy szutrową końcówkę z dojazdem do schroniska Dom na Gospincu (1491 m. n.p.m.) okaże się, że ten podjazd ma również około 14 kilometrów długości, z których najtrudniejsze są dwa pierwsze, zaś najłatwiejsze dwa ostatnie. Krvavec zaczyna się w Grad,  północnym przedmieściu Cerklje nad Gorenjskem, kilkanaście kilometrów na wschód od lepiej znanego Kranju, który w 1994 roku gościł nawet wielkie Giro d’Italia. Przejazd z Trbovlje w teorii miał potrwać około godziny, lecz przebiegając bocznymi drogami w praktyce zajął nam co najmniej półtorej. Dlatego do kolejnej akcji ruszyliśmy dopiero kwadrans przed siedemnastą. Tak się akurat złożyło, że każdy z osobna: najpierw Darek, potem Piotr, następnie ja i w końcu Adam. Mimo późnego popołudnia zrobiło się bardzo ciepło czyli 34 stopnie na starcie na wysokości około 440 metrow n.p.m.  Pierwsze dwieście metrów było jeszcze łagodnym wstępem do prawdziwej wspinaczki. Potem trzeba było skręcić w prawo czyli kontynuować jazdę po drodze nr 639. Jednak o pomyłkę nie było trudno gdyż droga w lewo odchodziła ku stacji kolejki linowej prowadzącej na Krvavec. Adam i Darek nie dość dokładnie zapoznali się z profilem podjazdu i zwabieni ową nazwą odbili w lewo dokładając po swego przebiegu około osiem kilometrów, z czego połowę stanowił wcale niełatwy podjazd do wioski Stefanja Gora. Wiedząc, że droga na szczyt musi wieść przez miejscowość Ambmroz pod Krvavcem skręciłem w prawo tak jak minutkę wcześniej uczynił to Piotrek.

Od razu postanowiłem wykorzystać tryb z 28 ząbkami. Pod koniec tego trudnego odcinka dogoniłem Piotra, chwilę pojechaliśmy razem, a potem już każdy własnym tempem. Wraz z końcem drugiego kilometra, 500 metrów przed wioską Ravne należało zjechać z drogi nr 639 i odbić w lewo na Stiska vas. Po zakręcie jeszcze kilkaset metrów solidnego podjazdu, więc w sumie pierwsze 2,5 kilometra miało średnie nachylenie 9,9 %. Potem luźny, częściowo zjazdowy, kilometr w kierunku północnym i po wirażu w prawo dalsza część wspinaczki. Dodajmy od razu, że bardzo wymagającej, albowiem kolejne 7,5 kilometra miało średnio 8,7 %, zaś pierwsza połowa dziewiątego kilometra całego wzniesienia aż 12,2 %, w tym max. na poziomie 15,5 %. Ten najtrudniejszy fragment podjazdu znajdował się tuż za wspomnianą wioską Ambroz nad Krvavcem, na początku leśnego odcinka za kościółkiem św. Ambrożego. Stromizna potrzymała jeszcze przez trzy kilometry i dopiero ostatni kilometr przed Planiną Jezerca miał ulgowa wartość 4,1 %. Asfaltowy odcinek długości o długości 11,9 kilometra (od rozjazdu) i przewyższeniu około 960 metrów pokonałem w czasie 56 minut. Postanowiłem na tym nie poprzestawać, iż omijając szlaban pojechałem jeszcze w lewo by po szutrze dotrzeć najwyżej jak się da. Na mapach „google” najśmielsza ciągła linia dochodzi do poziomicy oznaczającej 1740 metrów n.p.m. Dla mnie przejezdna okazała się dwukilometrowy odcinek do wyciągu narciarskiego przed wspomnianym schroniskiem. Aby pojechać wyżej musiałbym mieć rower górski. W tym miejscu poczekałem na Piotra, zaś w drodze powrotnej do Planina Jezerca spotkaliśmy Adama. Na polanie poczekaliśmy na Darka, który po raz drugi zmylił drogę na rozjeździe przed Ravne. Tym sposobem Dario zrobił tego dnia znacznie większy dystans i przewyższenie niż moje 48 kilometrów i 2050 metrów.

Napisany w Alpy słoweńskie 2012 | Komentarze są wyłączone

Golte & Pavlicevo

Autor: admin o wtorek 10. Lipiec 2012

Trzeci etap naszej wycieczki z grubsza przebiegał według poniedziałkowego scenariuszu. W poszukiwaniu kolejnych górskich wrażeń również musieliśmy się udać na wschód i to niemal równie daleko jak dzień wcześniej. Tradycyjnie czekały nas dwa odcinki specjalne i jak zazwyczaj: trudniejszy na pierwszy ogień i łatwiejszy na dobicie. Pierwszym wyzwaniem miała być wspinaczka z miejscowości Mozirje na górę Golte (1380 m. n.p.m.), na którym w 2011 roku kończył się królewski odcinek wyścigu Dirka po Sloveniji. Drugim podjazd z Solcavy ku austriackiej granicy na przełęczy Pavlicevo (1339 m. n.p.m.). Ten pierwszy dłuższy i większy był swego rodzaju zagadką. Nigdzie w sieci nie mogłem znaleźć dokładnego profilu tego wzniesienia. Brakowało go zarówno na „zanibike”, „cyclingcols”, „altimetrias”, „qualdich”, „climbbybike”, a nawet na oficjalnej stronie wyżej wspomnianego wyścigu. Aby dać nam choćby przybliżoną odpowiedź na to czego możemy tu oczekiwać na stronie „google-maps” wyznaczyłem szlakowi prowadzący na tą górę. Następnie spisałem informacje na temat tego co ile metrów dystansu przekraczać powinniśmy kolejne 20 metrów w pionie. Na koniec wrzuciłem wszystkie uzyskane dane do programu „salitaker”. Efekt widoczny jest na załączonym obrazku. W ten sposób sporządziłem wykres do końca ujawnionej na mapie ścieżki, nie mając jednak pewności czy powyżej wysokości, na której finiszowali „profi” zastaniemy drogę zdatną dla kolarzy szosowych. Mogliśmy się spodziewać trudnej przeprawy z zatykającym dech w piersiach finałem.

Podobnie jak w poniedziałek nie tylko góra stanowiła wyzwanie. Warunki pogodowe były także mało sprzyjające. Gdy po przejechaniu 125 kilometrów około wpół do pierwszej dotarliśmy do Mozirje słońce dokazywało w zenicie. Grzało jeszcze mocniej niż w poniedziałek. Na starcie mieliśmy godną andaluzyjskich etapów Vuelty temperaturę 39 stopni. Na początek leciutko zjechaliśmy z  zabytkowego centrum miejscowości do ronda, z którego bierze swój początek droga nr 928. To z tego miejsca na wysokości około 340 metrów n.p.m. zaczęliśmy naszą zabawę. Pierwsze dwa kilometry mając średnie nachylenie 2,2 i 2,5 % stanowiły ledwie delikatny wstęp do prawdziwej wspinaczki. Minęliśmy obchodzący jubileusz sklep ogrodniczy na świeżym powietrzu, po czym przejechawszy 1,8 kilometra dotarliśmy do wioski Brezje. Pół kilometra dalej trzeba było zjechać z drogi nr 928 tzn. odbić w prawo na szlak samochodowy pod Golte. Droga na wprost szybko zawiodła by nas do miejscowości Radegunda i zarazem dolnej stacji kolejki linowej na ten szczyt. Ten rozjazd nie zwiódł naszej czujności. Pojechaliśmy na północ i dość szybko zakosztowaliśmy prawdziwie alpejskiej jazdy. Już czwarty kilometr podjazdu miał średnie nachylenie 7,7 %. Droga na zmianę wiodła przez łąki i lasy. Siódmy kilometr przebił czwarty mając średnio 8,2 %. Niedługo potem po przebyciu 7,2 kilometra dotarliśmy do największej na tym szlaku osady czyli Smihel nad Mozirjem z kościółkiem Sv. Michaela. Jak dotąd nawierzchnia była bez zarzutu.

Niemiła niespodzianka czekała nas kilkaset metrów dalej. Po przejechaniu 7,8 kilometra trzeba było skręcić w lewo kierując się na południowy-zachód . Tu na asfalcie najpierw pojawiły się żwirowe kamyczki, a wkrótce już cała szerokość drogi była kamienista. Co gorsza na tyle sypka, że wraz z początkiem dziewiątego kilometra wolałem na chwilę zejść z roweru i wsiąść nań ponownie na kolejnym wypłaszczeniu. Tym sposobem po przebyciu 8,2 kilometra najpierw Adam, potem ja i wkrótce Piotr dobiliśmy do rozdroża, na którym czekała nas kolejna zagadka nawigacyjna. Znaki drogowe sugerowały nam jazdę na wprost. Tym niemniej następne kilkaset metrów zapowiadało lawirowanie po szutrze w dodatku po nie wyglądającym na podjazd niemal płaskim terenie. Za to w prawo odchodziła stroma, nieco węższa niż dotychczas, lecz przede wszystkim asfaltowa droga w nieznane która jak chciałem Wierzyć była właściwym szlakiem na Golte. Ruszyliśmy w tą stronę, lecz po pokonaniu 2100 metrów z paroma stromymi ściankami na wysokości około 980 metrów n.p.m. dobiliśmy do końca asfaltowej ścieżki na dziedzińcu zagubionego w górach gospodarstwa rolnego. Tym samym zafundowaliśmy sobie dodatkową dawkę wspinaczki. Następnie wróciliśmy do rozdroża i postanowiliśmy dać szansę opcji na wprost. Odcinek szutrowy był na tyle długi, że traciłem już nadzieję na to, że w ogóle się skończy. Wątpiłem by po tej nawierzchni rok wcześniej śmigali zawodowcy. Wraz z końcem dziesiątego kilometra na wysokości bocznej drogi wyznaczającej zjazd do Radegundy dotarliśmy do upragnionego asfaltu. Najwyraźniej pokaźny odcinek długości 1800 metrów zerwano celem przeprowadzenia robót drogowych.

Trzysta metrów dalej po prawej stronie drogi wycięto kawałek lasu pod budowę zatoczki, a może przystanku autobusowego. Ostatnie pięć kilometrów tego podjazdu ma średnie nachylenie 9,3 %. Zdecydowanie najgorsze jest jednak ostatnie 1300 metrów, na których dogoniliśmy Darka. Mój starszy kolega jako jedyny w naszym gronie nie stracił czasu na wspomnianym rozdrożu. Ostatni kilometr ma średnio 12,3, zaś max. aż 18,1 %. Nie miałem wyboru i używane dotychczas przełożenie 39×24 musiałem zmienić na 39×28, a nawet na wielce oryginalne 39×32. Nie przypuszczałem, że tak szybko skorzystam z trybu przygotowanego z myślą o Monte Zoncolan. Odliczając czas stracony na bocznej drodze wspinaczka na Golte o długości 15,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % zajęła nam godzinę i 4 minuty. Na górze było 29 stopni, więc warto było kupić mały drink w sklepiku z pamiątkami na końcu asfaltowej drogi. Zatrzymaliśmy się dokładnie w tym samym do którego dotarł wyścig Dookoła Słowenii na trzecim etapie swej ubiegłorocznej edycji. Odcinek ten jak i cały wyścig wygrał młody Włoch Diego Ulissi, który wyprzedził Chorwata Radoslava Roginę i Słoweńca Simona Spilaka. Gdybyśmy na mecie skręcili o 180 stopni w lewo moglibyśmy pojechać jeszcze wyżej, ale po kamieniach. Widać było jednak, że prace drogowe zostały w tym miejscu już rozpoczęte, więc być może za rok czy dwa szosowi amatorzy i zawodowcy będą mogli dotrzeć na „zaprojektowaną” przez mnie wysokość 1550 metrów. Gdy około 15:20 zjechaliśmy do samochodów w Mozirje było już „tylko” 31 stopni. Niebo zachmurzyło się. Po niemiłosiernym upale zanosiło się na letnią burzę.

Teraz czekała nas przeszło 30-kilometrowa podróż na północny-zachód do Solcavy u podnóża podjazdu na Pavlicevo sedlo. Pod koniec tego transferu złapał nas spodziewany deszcz. Zatrzymaliśmy się trzysta metrów za centrum miejscowości, w której ponad domami góruje wybudowany w iście tyrolskim stylu kościół Matki Boskiej Śnieżnej (Svete Marije Snezne). Ze względu na zapłakaną aurę nie śpieszyło nam się w drogę. Postanowiliśmy przeczekać ulewę w samochodach. Darek postanowił odpuścić sobie jazdę po mokrej nawierzchni, tym bardziej że w tych warunkach wyraźnie się ochłodziło. Po upływie około 30 minut deszcz zaczął słabnąć, więc w 3-osobowym składzie postanowiliśmy spróbować szczęścia. Piotrek ruszył jako pierwszy. Następnie ja z Adamem, choć szybko zacząłem jechać sam gdyż mój kolega wolno się rozkręcał. Pierwsze cztery kilometry były łatwe. Najtrudniejszy trzeci kilometr miał średnie nachylenie zaledwie 2,6 %. Po przejechaniu 1,6 kilometra po prawej stronie drogi minąłem Dom Gościnny „First Logarska Dolina”. Droga dalej wiła się łagodnie mając po prawej zalesione stoki gór, zaś po lewej bystry potok Slavinija. Dokładnie po przejechaniu dojechałem na wysokość kościółka Chrystusa Króla (Kapela Kristusa Krajla) u wrót to Logarskiej Doliny. Zamknięty dla rowerów wjazd do tego uroczego miejsca z pięknym widokiem na górskie szczyty zaczynał się na bocznej drodze odchodzącej w lewo. Natomiast nasza droga nr 428 niedługo później odbijała w prawo.

Dopiero w tym miejscu zaczynała się dla nas prawdziwa wspinaczka. Już piąty kilometr miał średnio 5,7 %, lecz był to tylko wstęp do trudnej drugiej połówki tego wzniesienia. Na pozostałych do granicy sześciu kilometrach stromizna poszczególnych odcinków oscylowała między 7,7 a 9,9 % przy max. 13,9 %. Najtrudniejszy był ósmy, lecz niewiele łatwiejszy dziesiąty na poziomie 9,4 %. Po przejechaniu 8,4 kilometra trzymając się swojej drogi nr 428 minąłem odchodzącą na północ boczną drogę nr 927. W tych okolicach dogoniłem Piotra, zaś niedługo potem obu nas dopadł Adam. Dalej postanowiliśmy już jechać zgodnie czyli w trójkę. Wraz z końcem dziewiątego kilometra minęliśmy ostatnie przed przełęczą przydrożne domki. Z biegiem czasu zza chmur co raz śmielej zaczęło wyglądać słońce. Pojawiła się szansa na to, iż nieco osuszy ono nawierzchnię drogi przed naszym zjazdem. Po przejechaniu 11,5 kilometra od naszego postoju dotarliśmy do końca wspinaczki na opuszczonym przez urzędników obu nacji posterunku granicznym. Na pokonanie wzniesienia o długości 11,5 km i średnim nachyleniu 5,9 % potrzebowałem 42 minut i 20 sekund przy przeciętnej prędkości 16,3 km/h. Na łatwym początku jechałem z przełożeniem 39×18. Natomiast w drugiej części podjazdu korzystałem z trybu 21, a następnie 24. Zrobiliśmy sobie zdjęcia po austriackiej stronie granicy. To znaczy na terenie Karyntii słynącej w kolarskim światku z tak ekstremalnych podjazdów jak „potworna piątka” czyli: Koralpen Grosser Speikkogel, Lammersdorfer Berg, Grosser Oscheniksee, Weisssee, Grosssee oraz południowego Grossglocknera w dwóch wersjach pt. Hochtor i Franz-Josef Hohe. Na zjeździe udało mi się uwiecznić nie tylko kilka ładnych widoczków, lecz również parującą z szosy wilgoć. Do siedzącego na posterunku w Solcavie Darka zjechaliśmy kwadrans po szóstej. W sumie przejechaliśmy tylko 60 kilometrów, ale z solidnym przewyższeniem 1800 metrów.

Napisany w Alpy słoweńskie 2012 | Komentarze są wyłączone