banner daniela marszałka

Montecassino, Forca d’Acero & Campo Catino

Autor: admin o czwartek 26. Czerwiec 2014

Bed & Breakfast Le Ninfee okazało się bardzo ładnym miejscem. Duży dom z kilkoma pokojami gościnnymi. Wielki ogród pełen drzewek oliwnych. W ogrodzie basen, z którego Darek zdołał skorzystac pomimo bardzo późnej pory. Hacjenda sprawiała wrażenie posiadłości dawnych rzymskich patrycjuszy. Mogliśmy tu skorzystać z dobrze wyposażonej kuchni i przygotować sobie gorący posiłek na koniec dnia. Co więcej gospodyni zgodziła się wyprać nasze brudne rzeczy. Przede wszystkim kolarskie ciuchy niepierwszej świeżości, których trochę się nazbierało podczas minionego tygodnia. Co prawda pokój był niewielki, ale ze sporym balkonem. W pakiecie mieliśmy więc ładny widok na okoliczne wzgórza. Między innymi na Montecassino, które chcieliśmy zdobyć w czwartkowe przedpołudnie. Nocleg za cenę 60 Euro dla dwóch osób. Niewątpliwie wart swej ceny. W programie ósmego etapu mieliśmy trzy wzniesienia w południowej części regionu Lazio. Wszystkie na terenie prowincji Frosinone. Najpierw niejako na przystawkę wspomniane Montecassino (490 m. n.p.m.). Następnie w godzinach popołudniowych dwa główne dania z czwartkowego menu. Jako pierwsze podjazd pod przełęcz Forca d’Acero (1535 m. n.p.m.), zaś na drugie wspinaczka do stacji narciarskiej Campo Catino (1790 m. n.p.m.). Pod tą pierwszą górę nie przyciągnęły nas walory sportowe czy nawet religijne tego miejsca. Pierwszy klasztor powstał tu w 529 roku na miejscu dawnej świątyni Apolla. Fundatorem był św. Benedykta z Nursji, założyciel najstarszego zakonu Zachodniej Europy. Następnie zburzony przez Longobardów w 577 roku po raz pierwszy został odbudowany dopiero w roku 717. Po niszczycielskim najeździe Saracenów z roku 883 odrodził się już szybciej bo w roku 949. Kolejny dramat tego miejsca jest już mocno związany XX-wieczną historią Polski. Dlatego dla nas było to przede wszystkim miejsce krwawych bitew prowadzonych od stycznia do maja roku 1944 pomiędzy wojskami niemieckimi a siłami alianckimi. Alianci dążyli tu do przełamania tzw. linii Gustawa celem otwarcia sobie drogi na Rzym. W czwartej i ostatniej fazie tych zmagań kluczową rolę odegrali polscy żołnierze II Korpusu Wojska Polskiego pod wodzą generała Władysława Andersa. 18 maja zatknęli biało-czerwoną flagę w ruinach opactwa, które zostało zniszczone już w połowie lutego po ciężkich bombardowaniach lotnictwa alianckiego.

Miesiąc przed nami w sam raz na 70 rocznicę tej krwawej bitwy po raz pierwszy zajrzało tu Giro d’Italia. W końcówce liczącego aż 247 kilometrów szóstego etapu ze startem w Sassano wiele się działo. Niemniej to nie sama góra rozbiła stawkę, lecz wielka kraksa na przedzie peletonu która wydarzyła się podczas przejazdu przez rondo już na ulicach Cassino. Na zamieszaniu skorzystali przede wszystkim kolarze BMC i Orica-Greenegde. Ostatecznie do mety razem dojechało czterech kolarzy, z których najszybszy okazał się Michael Matthews. Australijczyk wyprzedził na finisz Belga Tima Wellensa i swego rodaka Cadela Evansa. Ponad 20-osobowa grupa z większością faworytów, w tym nasz Rafał Majka straciła do nich 49 sekund. Góra nie jest na tyle trudna by w normalnych warunkach rozbić w puch profesjonalny peleton. Długa na 8,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 % i max. ledwie 7,4 % zasługuje tylko na miano premii górskiej drugiej kategorii. Ścigano się na niej także podczas wyścigu Tirreno – Adriatico z 1980 roku. Również wówczas zmagania „profich” zakończyły się finiszem z grupy. Wygrał Belg Roger De Vlaeminck przed Szwedem Alfem Segersallem i Włochem Francesco Moserem. Wyścig „Dwóch Mórz” zaglądał też i to dwukrotnie do położonego u podnóża klasztornej góry miasta Cassino. W 1968 roku najszybszy okazał się tu Niemiec Rudi Altig, zaś w sezonie 1988 włoski sprinter Adriano Baffi. Z naszego nocnego lokum pod wsią Portella do podnóża góry mieliśmy nieco ponad pięć kilometrów. Z tego powodu jak i na skutek porannego deszczu nieco ociągaliśmy się z opuszczeniem gościnnych progów Le Ninfee. W Cassino dość szybko znaleźliśmy początek podjazdu u zbiegu Via Casilina Sud i Via Montecassino, zaś nieopodal kryty parking, na którym przebraliśmy się i zostawiliśmy samochód. Kilka minut po jedenastej byliśmy gotowi do jazdy. Dario sugerując się zapewne wcześniejszym deszczem ubrał się zbyt ciepło, więc ruszył spokojnie. Ja nieco szybciej, acz nie na pełen gaz. Na dole były 23 stopnie Celsjusza. W środkowej fazie gdy tylko wyjrzało słońce temperatura skoczyła do 27, zaś na samej górze mój licznik zanotował wciąż przyjazne 22 stopnie.

Na mapie podjazd wygląda na bardzo kręty. Niemniej w praktyce jest na nim tylko siedem ciasnych wiraży. Pierwszy bierze się tuż po przejechaniu pierwszego kilometra. Drugi dopiero w połowie trzeciego kilometra na wysokości zamku Rocca Janula (2,45 km). Trzeci i czwarty mija się na czwartym kilometrze wzniesienia, po przejechaniu odpowiednio 3,22 i 3,78 kilometra od startu. Regularne nachylenie tej góry pozwala na jazdę w równym, dostosowanym do własnych możliwości rytmie. Z niejednego miejsca na drodze dobrze widoczny jest potężny gmach benedyktyńskiego opactwa. Po przeciwnej stronie jeszcze lepszy widok mamy na dolinę rzeki Liri i 35-tysięczne dziś Cassino. Bez trudu spostrzec można było feralne rondo, na którym poległ niejeden z faworytów tegorocznego Giro. Piąty wiraż mija się dopiero po przejechaniu 5,32 kilometra już po zachodniej stronie góry. Ostatnie dwa w mniejszych odstępach czasu tj. po przebyciu 5,97 i 6,33 kilometra od startu. Na początku ósmego kilometra droga zaczyna się owijać się wokół wierzchołka góry, której najwyższy punkt wznosi się na wysokość 519 metrów n.p.m. Po przejechaniu 7,94 kilometra od głównej drogi w prawo odchodzi uliczka prowadząca na położony nieco niżej Polski Cmentarz Wojskowy. Pochowano na nim 1072 naszych żołnierzy poległych w bitwie oraz kilka osób w okresie późniejszym, w tym gen. Andersa po śmierci w roku 1970. Ostatnie kilkaset metrów jest już niemal płaskie i prowadzi po szerokim łuku w lewo. Etapowa meta rodem z Giro została usytuowana na rozszerzeniu drogi, które na co dzień służy też za parking dla autobusów wycieczkowych. My dokręciliśmy jeszcze ze sto metrów zatrzymując się u samych bram opactwa na brukowanym placu. W naszych kolarskich strojach wejść dalej już się nie godziło. Na pokonanie tego dość skromnego podjazdu potrzebowałem tylko 27 minut i 17 sekund jadąc z przeciętną prędkością 17,7 km/h. Przy bardziej bojowym nastawieniu tego typu wzniesienie mógłbym zapewne przejechać ze średnią 19, a może nawet 20 km/h. W trakcie zjazdu odwiedziliśmy oczywiście Polski Cmentarz, acz do mogił się zjechaliśmy. Poprzestaliśmy na krótkiej wizycie w muzeum otwartym całkiem niedawno przy wejściu do tej nekropolii.

20140626a_monte cassino

Po zjechaniu do Cassino mieliśmy do pokonania samochodem 31 kilometrów po drodze SR509 przez Atinę Inferiore do San Donato Val di Comino. To urocze miasteczko znajduje się na liczącej przeszło 200 miejscowości liście „i borghi piu belli d’Italia”. Na terenie Lacjum takich „perełek” jest trzynaście, w tym słynne Castel Gandolfo oraz Subiaco, które mieliśmy odwiedzić już w piątek. Czekał nas długi, acz łagodny podjazd na przełęcz Forca d’Acero (1531 m. n.p.m.). Leży ona w paśmie Monti Marsicani na granicy regionów Lazio i Abruzzo. Na terenie jednego z najstarszych włoskich parków narodowych czyli powstałego w 1922 roku Parco Nazionale d’Abruzzo, Lazio e Molise. W długiej historii Giro peleton przemknął przez nią tylko trzy razy. Za każdym razem od innej strony. W 1970 roku podjeżdżano od strony zachodniej z początkiem w mieście Sora. Pierwszy na szczycie był Belg Martin Van den Bossche. W sezonie 1985 wspinano się od południowej strony ze startem we wsi Rosanisco. Najszybciej na górę wjechał Portugalczyk Acacio Da Silva. W końcu zaś podczas Gro z roku 2008 przełęcz zdobyto od znacznie łatwiejszej strony północnej wyruszając z miasteczka Opi na terenie Abruzji. Na premii najwyżej zapunktował Włoch Alessandro Spezialetti. Podjazd południowy, który nam wybrałem w pełnej wersji liczy sobie aż 25,9 kilometra o średnim nachyleniu 4,6 % i przewyższeniu 1180 metrów. Niemniej za namową mojej lektury obowiązkowej czyli „Passi e Valli in Bicicletta no. 16 – Lazio” postanowiłem zrezygnować z pierwszych siedmiu nazbyt łagodnych kilometrów. Na rowery wsiedliśmy tuż przed czternastą. Z parkingu, na którym się zatrzymaliśmy zawróciłem jakieś dwieście metrów, aby wystartować z samego centrum San Donato. Pierwsze siedem kilometrów podjazdu wiedzie niemal cały czas w kierunku północno-zachodnim. Na wysokości 992 metrów n.p.m. i po przejechaniu 7,7 kilometra nasza droga połączyła się z dochodzącą od prawej strony SR666 (Strada di Sora). W przyszłym roku Forca d’Acero pojawi się na Giro po raz czwarty. Kolarze będą się na nią wspinać od strony Sory, w pierwszej połowie etapu ósmego, którego metę wyznaczono w Campitello Matese.

Potem na niemal sześć kilometrów skręcała na wschód by po przebyciu 13,6 kilometra od startu odbić na północ. W międzyczasie dokładnie po dziesięciu kilometrach wspinaczki minęła most w miejscy zwanym Tre Ponti Superiore. Na początku piętnastego kilometra droga na około 1100 metrów schowała się w lesie. Niemniej temperatura zdążyła już spaść z początkowych 34 do umiarkowanych 21 stopni, więc ta odrobina cienia nieszczególnie nam się przydała. Po wyjechaniu z lasu na górską polanę wpadłem w nisko wiszące chmury. Pogoda się psuła, w powietrzu czuć było wilgoć. Widoki były już typowo górskie. Na szerokim zakręcie pod koniec szesnastego kilometra minąłem nieczynną restauracje, zaś kilometr dalej ostatni ciasny wiraż (16,9 km). Potem już tylko niemal prosta droga na północ, w tym ostatnie 1300 metrów ponownie w lesie. Finał wzniesienia pokonałem czym prędzej bo zaczęło właśnie padać. Podjazd miał długości 19,2 kilometra przy średnim nachyleniu 4,6 % i przewyższeniu 881 metrów. Pokonałem go w czasie 1h 01:41 czyli z przeciętną prędkością 18,8 km/h. Na szczycie było nie tylko mokro, ale i dość chłodno. Ledwie 16 stopni. Na szczęście po prawej stronie drogi zastałem szereg ogródków restauracyjnych, a wśród nich otwarty bar „La Taverna del Lupo” prowadzony przez rodzinę D’Agostino. Pomni przykrych doświadczeń z dni minionych postanowiliśmy nie tracić takiej okazji i koniecznie coś przekąsić przed wyprawą na trzecie wzniesienie. Ze specjałów lokalnej kuchni wybrałem Pizzę Lupo czyli zawijany placek wypełniony podobnym do mozzareli serem scamorza i dość ostro przyprawioną białą kiełbasą. Przy okazji mogliśmy się trochę zagrzać i przeczekać chwilowe załamanie pogody. Na początku zjazdu było jeszcze rześko. Troszkę trzeba było uważać na przedstawicielki miejscowej fauny tzn. białe krowy, które nieśpiesznie przeprawiały się na drugą stronę szosy. Po wskoczeniu do auta jedną z bocznych dróg zjechaliśmy do drogi krajowej SS690 i tym szlakiem dotarliśmy do Sory, gdzie na krótko zatrzymaliśmy pod jednym z marketów. Z tego miasta do Guarcino, które miało być naszym ostatnim przystankiem na czwartkowym szlaku pozostało nam jeszcze w sumie do zrobienia 46 kilometrów, najpierw na zachód po drodze SS214 i dalej na północ po SS155.

20140626b_forca d’acero

Do podnóża Campo Catino (1795 m. n.p.m.) zajechaliśmy dopiero około dziewiętnastej. Podobnie jak w przypadku Forca d’Acero również ten podjazd można było zacząć niżej niż miejsce, które wybraliśmy na postój. Według „cyclingcols” podjazd ten ma 22,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 % i przewyższeniu 1300 metrów. W praktyce już droga SS155 wiodła delikatnie pod górę. Bardziej konkretna była droga SR411 Sublacense, na którą wjechaliśmy po minięciu wioski Pitocco na wysokości 470 metrów n.p.m. Zatrzymaliśmy się jednak w centrum Guarcino, zgodnie z sugestią „Passi e Valli in Bicicletta”. Czekała nas góra określana mianem trzeciej najtrudniejszej na terenie regionu Lacjum. W sumie 17,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,5 % i max. 11,4 %. Moja włoska lektura wyżej oceniła jedynie podjazdy z Rieti na Sella Leonessa (via Terminillo) oraz z Subiaco na Monte Autore (via Monte Livata). Jako, że do pokonania w pionie było 1155 metrów nie miałem wątpliwości, iż ta góra zabierze mi ponad 60 minut. Biorąc pod uwagę godzinę startu w najlepszym razie spodziewałem się dojechać na szczyt kwadrans po dwudziestej. Powątpiewałem w jakość zdjęć zaplanowanych do wykonania na górze, a tym bardziej tych późniejszych tradycyjnie pstrykanych na zjeździe. Przede wszystkim jednak można było się obawiać o nasze bezpieczeństwo jeśli nie wyrobimy się z powrotem do zmierzchu. Sam podjazd zaczął się kilkadziesiąt metrów po starcie wraz z zakrętem w prawo i wjazdem na drogę SR411dir. Najtrudniejszy był sam początek tzn. pierwsze 900 metrów na średnim poziomie 9 %. Na całej górze jest czternaście wiraży. Trzy pierwsze do połowy trzeciego kilometra. Niemal brak ludzkich siedzib. Ot pojedyncze domy na niektórych zakrętach. Aczkolwiek po przejechaniu 12,8 kilometra od startu mija się Obserwatorium Astronomiczne na Colle Pannunzio (1479 m. n.p.m.). Ostatni klasyczny wiraż przejeżdża się po przebyciu 15,1 kilometra czyli niespełna trzy kilometry przed finałem. Meta znajduje się na Piazzale Monte Ernici z widokiem na górskie hale i okoliczne szczyty, w tym Monte Vermicano (1958 m. n.p.m.). Na górze było już tylko 12 stopni. Stacja o tej porze dnia i roku robiła dość ponure wrażenie. Niemniej sądząc po liczbie budynków zimą zmienia się nie do poznania służąc za miejsce aktywnego wypoczynku mieszkańcom Rzymu i okolic. Na górę wjechałem w czasie 1h 07:10 czyli z przeciętną 15,9 km/h. Do samochodu zjechaliśmy już przy zapadającym zmroku. W dolnej połowie zjazdu nie było już sensu robić zdjęć. W trzech ratach przejechałem w sumie 91,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2383 metrów. Na koniec czekał nas jeszcze 16-kilometrowy dojazd do Fiuggi i poszukiwanie Hotelu Iris Crilion.

20140626c_campo catino

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Aremogna & Campitello Matese

Autor: admin o środa 25. Czerwiec 2014

W środowy poranek obudziła nas górska wichura. Wiatr wiejący ze szczytów masywu Majella w leciał w dół ku Lettomanopello z prędkością wyższą niż ta, którą swego czasu był w stanie rozwinąć na zjazdach Paolo Savoldelli. W oknach trzaskały okiennice, z balkonów spadały doniczki, zaś plastikowe krzesła na rynku zmieniały lokalizację. Po kilku upalnych dniach w powietrzu zanosiło się na pogodowe przesilenie. Tego dnia mieliśmy osiągnąć biegun południowy naszej wyprawy. Początkowo zakładałem, że zrobimy tego dnia dwa wzniesienia i oba w Abruzji. Najpierw trzecie oblicze Blockhausu drogą zachodnią przez Roccamorice, ale „tylko” do poziomu Hotelu Mamma Rosa (1648 m. n.p.m.), aby nie powtarzać ani metra drogi poznanej we wtorek. Potem jako drugi podjazd do stacji narciarskiej Aremogna (1663 m. n.p.m.), położonej powyżej mającego przebogate związki z historią Giro d’Italia miasteczka Roccaraso. Jednak kilka tygodni przed wyjazdem zmieniłem zdanie. Uznałem, iż zamiast poznawać Blockhaus od jeszcze jednej strony warto będzie zaliczyć dwa zupełnie inne podjazdy czyli: Rionero Sannitico (1036 m. n.p.m.) oraz Campitello Matese (1433 m. n.p.m.). Oba położone w Molise czyli regionie graniczącym z Abruzją od południa. W miejsce ponad 25-kilometrowego podjazdu chciałem wstawić dwa mniejsze. Pierwszy 9-kilometrowy drugi o długości 13 kilometrów. Głównym magnesem, który skłonił mnie do przedłużenia naszego szlaku na południe o kolejny region był ten większy czyli Campitello Matese z prowincji Campobasso. Niemniej zależało mi również na tym wcześniejszym, zgoła niepozornym położonym na ternie prowincji Isernia. Normalnie podjazd tej wielkości co Rionero Sannitico (czyli 9,1 kilometra przy średniej 6,8 %) nie zajmowałby mojej uwagi. Tym niemniej ze względów historycznych nie była to pierwsza lepsza góra. Znalazła się ona już na trasie pierwszej edycji wyścigu Dookoła Włoch z 1909 roku, acz w znacznie łatwiejszej wersji północnej. Od interesującej mnie południowej strony po raz pierwszy wspinano się w sezonie 1913. W sumie zaś z jednej bądź drugiej strony aż 29 razy, z czego 17-krotnie od południa. Po raz ostatni w 2010 roku.

Niemniej jak już zdążyliśmy się wcześniej przekonać program z trzema podjazdami i tylomaż postojami (wypakowaniami i zapakowaniami) to bardzo czasochłonne przedsięwzięcie. Pełna realizacja tego planu zależała od płynności naszej podróży. Do pierwszego postoju w Castel di Sangro mieliśmy 95 kilometrów. Wyjechaliśmy z Lettomanopello po godzinie dziesiątej. Zjechawszy do Scafy zatrzymaliśmy się jeszcze na tankowanie. Potem ruszyliśmy na zachód drogą krajową SS5 ku Popoli. Tu skręciliśmy na południe by niemal całą resztę trasy przebyć po drodze SS17. Przejechaliśmy przez Sulmonę, w której 5-krotnie kończyły się etapy Giro (ostatnio w 1992 roku). Później przemierzyliśmy Altopiano delle Cinquemiglia czyli położony na wysokości 1250 m. n.p.m. płaskowyż o długości 9 km i szerokości 1 kilometra. Nie tak imponujący jak Campo Imperatore, lecz i tak robiący spore wrażenie. Po nim pozostało nam już tylko zjechać ku Castel di Sangro, gdzie zameldowaliśmy się tuż przed południem. Zaparkowaliśmy na wylocie z miasteczka przy drodze SP119. Przed nami był podjazd do Rifugio Aremogna, który uczestnicy Giro tylko raz przejechali w pełnej postaci. Stało się to na dziewiątym etapie wyścigu z roku 1976. Ten odcinek wygrał Włoch Fabrizio Fabbri z ekipy Bianchi dowodzonej przez Felice Gimondiego. Na finiszu wyprzedził on swego rodaka Arnaldo Caverzasiego oraz o 1:52 Belga Jos Deschoenmackera, który z kolei był pomocnikiem Eddy Merckxa w ekipie Molteni. Liderzy przyjechali na metę ze stratą ponad czterech minut do zwycięzcy. Tym niemniej do położonego niespełna 10 kilometrów przed szczytem Roccaraso wyścig zaglądał wiele razy. Miasteczko to pojawiło się już na trasie trzeciego etapu pierwszej edycji włoskiego touru. Dokładnie zaś na szlaku z Chieti do Neapolu i była to pierwsza góra w historii Giro! W sumie „la corsa rosa” gościła tu 20-krotnie, acz 12 razy działo się to jeszcze przed II Wojną Światową. We wczesnych latach pięćdziesiątych wyznaczano tu nawet etapowe finisze. W 1952 roku nadjechano od południa i na finiszu z 6-osobowej grupki Włoch Giorgio Albani wyprzedził słynnego Francuza Rafaela Geminianiego. Rok później przyjechano z północy czyli od strony Cinquemiglia. Tym razem wygrał Fausto Coppi, który na finiszu z większej grupy wyprzedził Albaniego i takich asów jak: Louison Bobet, Gino Bartali, Stan Ockers, Ferdy Kubler i Fiorenzo Magni.

Czekał nas podjazd o długości 17,1 kilometra i średnim nachyleniu 5 % przy przewyższeniu 857 metrów („cyclingcols” uwzględniając wszelkie zjazdy i odzyski podaje nawet 930 metrów). Pierwszy osiemset metrów na wprost. Po przejechaniu 2,7 kilometra minąłem skręt w kierunku wioski Roccacinquemila. Dokładnie po pięciu kilometrach trzeba było opuścić zaciszną SP119 i chcąc nie chcąc na parę minut wjechać na ruchliwą SS17. Na drodze krajowej trzeba było pokonać 800 metrów, zaś przy pierwszej okazji zjechać w lewo by jadąc po Viale Napoli dojechać do wspomnianego już Roccaraso (7,5 km). W centrum tej miejscowości przejechałem krótki odcinek po Viale Roma, aby po zakręcie w lewo skierować się w górę przez Via Claudio Mori. Jakieś 8,2 kilometra po starcie byłem już praktycznie powyżej poziomu miasta. Jeszcze 600 metrów na Via Vallone San Rocco i pod koniec dziewiątego kilometra należało skręcić w prawo na górską drogę Via Aremogna, wciąż trzymając się drogi SR437. Kolejne 2,7 kilometra umiarkowanie trudne, z krótkimi odcinkami w lesie. W połowie dwunastego kilometra zakręt w lewo i wyjazd na prostą o długości 1200 metrów, z pięknym widokiem po prawej ręce na Altopiano delle Cinquemiglia. W międzyczasie mija się skręt ku Monte Zurrone (12,2 km). W tym momencie droga jest już na wysokości 1480 metrów. Potem wznosi sie jeszcze na poziom 1510 metrów by znów opaść do poprzedniego pułapu za sprawą krótkiego zjazdu, który kończy się na rondzie po przejechaniu 14,6 kilometra. Do szczytu pozostało mi więc jeszcze 2,5 kilometra. Jeszcze kilkaset metrów stosunkowo łatwych. Przynajmniej jeśli chodzi o teren, bo przy przeciwnym wietrze w tym zupelnie otwartym terenie naprawdę niekoniecznie. Końcówka wymagająca. Szczególnie ostatni kilometr o średnim nachyleniu 10,5 % i max. dochodzącym do 13 %. Dojechawszy do ośrodka początkowo odbiłem od głównej drogi w lewo w kierunku różowego budynku schroniska i kościoła. Wspinaczka zajęła mi w sumie 59:49 czyli jechałem z przeciętną 17,1 km/h. Po prostu godzina solidnej roboty. Ponieważ jednak w tym opuszczonym przez ludzi miejscu zaczęła się mną niezdrowo interesować sfora lokalnych piesków wolałem się zawczasu wycofać do głównej drogi. Następnie zjechałem w poszukiwaniu Darka i tym sposobem wraz z kolegą powtórzyłem sobie ostatnie dwa kilometry podjazdu. Na sam koniec wjechaliśmy jak najwyżej się dało tzn. na plac obok miejscowej szkółki narciarskiej.

Przy samochodzie byliśmy ponownie około 14:30. Teraz czekał nas 56-kilometrowy dojazd do podnóża masywu Matese. Po drodze mogliśmy jeszcze zahaczyć o wspomniany podjazd pod Rionero Sannitico. Niemniej całą „operację” z kolejnym wypakowaniem się, 9-kilometrową wspinaczką, zdjęciami, zjazdem i ponownym zapakowaniem auta obliczałem na co najmniej półtorej godziny. Dlatego postanowiłem zrezygnowałem z tego wzniesienia, aby skupić się na naszej drugiej „lekturze obowiązkowej” czyli Campitello Matese. Pojechaliśmy zatem prosto do San Massimo omijając Rionero wschodnim wariantem drogi SS17. Niedługo później wjechaliśmy do regionu Molise. Pod względem administracyjnym to najmłodszy z dwudziestu włoskich regionów. Powstał dopiero w 1963 roku, po wydzieleniu prowincji Isernia i Campobasso z regionu Abruzja. Przed wspinaczką pod drugą górę chcieliśmy koniecznie zjeść coś na gorąco. Trzeba było lepiej poszukać w Isernii, bowiem w maleńkim San Massimo nie znaleźliśmy żadnego lokalu. Musieliśmy więc zjechać z optymalnego szlaku i podjechać do pobliskiego Bojano. Tu na biegunie południowym naszej wyprawy znależliśmy w końcu jakiś bar nieopodal rynku. Zamówiliśmy odgrzewaną pizzę al taglio w myśl zasady „lepszy rydz niż nic”. Po takim lunchu byliśmy gotowi na kolejne wyzwanie. Na upatrzone miejsce przy rondzie poniżej Massimo wróciliśmy kwadrans po siedemnastej. Stąd mieliśmy zdobyć podjazd, który w dziejach Giro jest najpopularniejszym górskim finiszem spośród tych położonych na południe od Rzymu. Po raz pierwszy wspinano się tu już w 1969 roku. Wygrał Włoch Carlo Chiappano, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Ugo Colombo. Trzeci ze stratą 1:13 był kolejny przedstawiciel gospodarzy Silvano Schiavon. Najcześciej wyścig zaglądał tu w latach osiemdziesiątych. W 1982 roku wygrał tu słynny Bernard Hinault, który o sekundę wyprzedził Włocha Mario Beccię i o 21 sekund Szweda Tommy Prim’a. Dzięki temu Francuz odebrał różową koszulkę lidera wielkiemu Francesco Moserowi. Rok później też wygrał „stranieri”. Tym razem był to Hiszpan Alberto Fernandez, który o 23 sekundy zdystansował Włochów: Giuseppe Saronniego i Franco Chiocciolego. Ten ostatni okazał się najlepszy w sezonie 1988, gdy wyprzedził o 12 sekund Amerykanina Andy Hampsten i Szwajcara Ursa Zimmermanna.

Przyznam, że Campitello Matese było pierwszym górskim finiszem z prawdziwego zdarzenia, który oglądałem na żywo w telewizji. Działo się to dokładnie przed 20 laty, zaś relacja dostępna była w niemieckiej stacji DSF. Był to finał czwartego etapu Giro z roku 1994. Wygrał go Rosjanin Jewgieniej Bierzin, który na finiszu wyprzedził Włocha Oscara Pelliciolego. Trzeci ze stratą 17 sekund przyjechał linię mety Wladimir Belli. Za ich plecami finisz z grupy po czwarte miejsce wygrał pozostający do dziś w kolarskim peletonie Davide Rebellin. Wyścig Dookoła Włoch zajrzał tu po raz ostatni w 2002 roku. Najmocniejszy okazał się wtedy Włoch Gilberto Simoni, który po zaciętym finiszu pokonał swego rodaka Francesco Casagrande. Sześcioosobową grupkę pościgową ze stratą 4 sekund przyprowadził na kreskę Franco Pellizotti. W październiku tego roku ogłoszono, iż Campitello Matese po raz siódmy pojawi się na trasie Giro już w 2015 roku, na etapie ósmym ze startem we Fiuggi. Góra jest całkiem solidna. Liczy sobie 13 kilometrów ze średnim nachyleniem 6,7 % i max. niespełna 12 % pod koniec pierwszego kilometra. Podjazd ma 872 metry przewyższenia, zaś jego najtrudniejszy kilometr 9,3 %. Niemniej gdy zatrzymaliśmy się u podnóża wydawało się, że naszym głównym przeciwnikiem będzie tu wręcz huraganowy wiatr. Chyba nigdy jeszcze nie spotkałem się z takim wietrzyskiem podczas swych górskich wojaży. Wiało z południowego-zachodu czyli dokładnie od strony góry. Zastanawiałem się w jakim tempie będziemy mogli posuwać się do przodu. Gdyby ten wiatr był boczny to pewnie by nas powywracał. Ruszyliśmy około 17:20 na tyle szybko na ile się dało. Najgorzej było na samym początku czyli najbardziej stromym odcinku, który na domiar złego prowadził wprost pod wiatr. W tym czasie po przejechaniu dokładnie kilometra minęliśmy skręt ku centrum San Massimo. Na szczęście 1,7 kilometra po starcie na wysokości skrętu ku Roccamandolfi, nasza droga po szerokim łuku skręciła w lewo i tym samym schowała się przed wiatrem niejako w cieniu góry. Tym samym wiatr, choć odczuwalny nie dokuczał nam już tak bardzo.

W połowie trzeciego kilometra minąłem serię blisko siebie położonych wiraży, zaś po przejechaniu 3,1 kilometra osadę Serra San Giorgio. Cały czas po prawej ręce miałem górskie zbocze. Na odcinku trzech kilometrów, między 4,7 oraz 7,7 kilometra od startu, trzeba było pokonać długie proste zamykane klasycznymi agrafkami. W połowie dziesiątego kilometra wyjechałem na polanę wokół osady Pianelle. Napotkałem tu stado koni, które przechadzały się nie tylko po pobliskiej łące, ale też niemal pozbawionej ruchu samochodowego szosie. Po kolejnym wirażu w prawo droga SP 106 przez dobre dwa kilometry wiła się w kierunku północnym. W międzyczasie po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem wiadukt, z którego miałem dobry widok na dolinę w której rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę. Na końcu tego odcinka przypomniał nam o sobie huraganowy wiatr. Na wirażu w lewo zaatakował z taką furią, iż moja prędkość w jednej chwili spadła z 14 do 12 km/h. Natomiast Darek przyznał, że aby utrzymać równowagę zmuszony był czym prędzej wybrać największy tryb aby mieć na czym kręcić. Z miejsca tej wietrznej zasadzki do końca wspinaczki pozostało jeszcze 1300 metrów. Niemal cały odcinek „prosto w paszczę lwa” czyli pod wiatr. Podjazd kończy się na wysokości wiaty. Z tego miejsca w lewo odchodzi droga ku Sella del Perrone. Natomiast my musieliśmy skręcić w prawo by zakończyć całą zabawę na 300-metrowej prowadzącej lekko w dół. Na finiszu po lewej ręce zielone stoki najwyższej w tym rejonie góry Monte Miletto (2050 m. n.p.m.), zaś po prawej liczne hotele, najwidoczniej niezamieszkane o tej porze roku. Jazdę zakończyłem na placu przed miejscowym kościółkiem. Moja wspinaczka trwała 55:24 co na dystansie 13,4 kilometra obejmującym też finałowy mini-zjazd na metę rodem z Giro przekłada się na przeciętną prędkość rzędu 14,5 km/h. Zanim na dobre zaczęliśmy wspólny zjazd Dario próbował jeszcze zdobyć boczną drogę prowadzącą na wysokość 1490 metrów n.p.m. Prawie mu się udało, lecz tym razem żywioł okazał się silniejszy od człowieka. Do samochodu zjechaliśmy około 19:30. Ze sportowego punktu widzenia etap siódmy był relatywnie łatwy. Przejechałem tylko 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1845 metrów. Na koniec dnia mieliśmy jeszcze do pokonania autem odcinek 72 kilometrów drogami SS17, SS85 i SS6 przez Isernię i Venafro do B&B Le Ninfee w okolicy Cassino, już na terenie stołecznego regionu Lacjum.

20140625_campitello matese

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Blockhaus (N) & Lanciano (E)

Autor: admin o wtorek 24. Czerwiec 2014

We wtorek 24 czerwca mogliśmy sobie pozwolić na luksus dłuższego snu i leniwe spędzenie poranka. Obie czekające nas góry były do zrobienia z bazy noclegowej w centrum Lettomanopello. Start i meta szóstego etapu w tym samym miejscu. Do tego bonus w postaci kolejnego noclegu pod tym samym dachem. Po raz pierwszy i zarazem ostatni w trakcie tej wyprawy można było zapomnieć o samochodzie. Mieliśmy cały dzień do naszej dyspozycji, więc wcale nam się nie śpieszyło. Około dziesiątej wybraliśmy się na zakupy. Ponieważ w mieście nie znaleźliśmy sklepu spożywczego zeszliśmy ponad kilometr wzdłuż drogi SP65. Tym samym w drodze powrotnej do domu przyszło nam zrobić na piechotę fragment podjazdu, z którym już wkrótce mieliśmy się zmierzyć na rowerze. Tego dnia mieliśmy zdobyć słynny Blockhaus (2068 m. n.p.m.) od strony północnej i następnie jego „stację pośrednią” czyli Passo Lanciano (1308 m. n.p.m.) od strony wschodniej. Blockhaus della Majella w różnych kształtach i wymiarach jak dotąd sześciokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Po raz pierwszy na dwunastym etapie Giro z roku 1967. Tego dnia 220-kilometrowy odcinek z wcześniejszym przejazdem przez premie górskie: Macerone, Rionero Sannitico i Roccaraso wygrał pewien 22-letni Belg. Dopiero debiutował w Wielkim Tourze, lecz już wkrótce miał zdominować zawodowy peleton na całą dekadę. Eddy Merckx wygrał z przewagą 10 sekund nad „wiecznie drugim” w Giro Włochem Italo Zilioli’m oraz 20 sekund nad Hiszpanem Jose Perez-Frances’em. Dla Merckxa był to pierwszy triumf w wysokich górach. Kolarscy eksperci szybko musieli skorygować swe prognozy co do ścieżki rozwoju jego kariery. To nie był jeszcze jeden Belg z talentem wyłącznie do sprintu i klasyków. Na tym Giro Eddy wygrał jeszcze sprinterski odcinek z finiszem w Lido degli Estensi, lecz w „generalce” był tylko dziewiąty. Rok później zdominował już cały wyścig Dookoła Włoch z metą w Rzymie. Finisz przedostatniego etapu tej imprezy wyznaczono na Blockhaus. Tym razem pierwszy „na kresce” był Włoch Franco Bodrero, który o 10 sekund wyprzedził swych rodaków Franco Bitossiego i Silvano Schiavona.

W latach sześćdziesiątych Vincenzo Torriani (dyrektor Giro) nie oszczędzał kolarzy. W obu przypadkach zawodnicy musieli dotrzeć na wysokość powyżej 2000 metrów n.p.m. Niemal przy wszystkich kolejnych okazjach tutejsza meta znajdowała się na poziomie 1600-1700 m. n.p.m. W sezonie 1972 etap ze startem Francavilla al Mare był w zasadzie górskim sprintem o długości 48 kilometrówz finałem po wschodniej stronie góry. Krótko i konkretnie wedle włoskiej terminologii jazda od startu „a tutta”. Wymarzony scenariusz dla kozicy z Asturii czyli Hiszpana Jose-Manuela Fuente. Mimo nad wyraz skromnego dystansu wyprzedził on Baska Miguela Marię Lasę o 1:35 i Włocha Gianniego Mottę, który podobnie jak Merckx stracił aż 2:36. Dla odmiany na 194-kilometrowym etapie z roku 1984 roku różnice w czołówce były mikroskopijne. Wygrał najszybszy pośród czołowych górali Włoch Moreno Argentin, który o dwie sekundy wyprzedził przyszłego triumfatora całej imprezy czyli Francesco Mosera i o trzy Portugalczyka Acacio Da Silvę. Następnie na przeszło dwie dekady Giro zapomniało o „Gigancie z Abruzji”. Przypomniano sobie o nim w 2006 roku. Wybrano trudniejszą północną stronę góry, lecz metę usytuowano ledwie an poziomie Passo Lanciano. Wygrał jak chciał Ivan Basso (dominator tego wyścigu), który o 30 sekund wyprzedził swego rodaka Damiano Cunego oraz podejrzanie mocnego Hiszpana Jose-Enrique Gutierreza. W końcu zaś w 2009 roku Blockhaus pojawił się jako meta siedemnastego, zaledwie 83-kilometrowego etapu ze startem w Chieti. Ten górski sprint wygrał Włoch Franco Pellizotti o 42 i 43 sekundy wyprzedzając swych rodaków Stefano Garzellego i Danilo Di Lukę. Inna sprawa, że po pewnym czasie wyniki Franka (na skutek medycznych nieprawidłowości w paszporcie biologicznym) i Danilo (wobec pozytywnego wyniku kontroli antydopingowej) zostały wykreślone z archiwów tego wyścigu. Godzi się jeszcze przypomnieć, że wysokie siódme miejsce zajął tego dnia Sylwester Szmyd tracąc do kolegi z Liquigasu 1:55.

Niemniej nie tylko sama historia tej góry przykuła moją uwagę. Jeszcze bardziej atrakcyjne były fizyczne atuty tego wzniesienia. Sugerując się informacjami z „archivio salite” prowadzonego przez autorów strony „zanibike.net” liczyłem na to, iż po raz pierwszy w życiu zdobędę kolarską górę o przewyższeniu ponad 2000 metrów. Jednak ostatecznie po obejrzeniu dokładnej mapy tego podjazdu w programie „velowiever” stwierdziłem, iż dane zgodne ze stanem faktycznym podaje Michiel van Lonkhuijzen, niezmordowany zdobywca gór wszelakich ze strony „cyclingcols.com”. Tym niemniej Blockhaus dzięki 1962 metrom przewyższenia i tak stał się liderem na mojej prywatnej liście największych podjazdów. Niech schowają się więc wyniosłe alpejskie olbrzymy: Stelvio, Val Thorens, Iseran, Gran San Bernardo czy dotąd prowadząca Gavia (liczona od poziomu Edolo). Tym samym dopóki nie wybiorę się na andaluzyjski Pico Veleta lub wulkany Wysp Kanaryjskich w tym zestawieniu rządzić będzie podjazd rodem z Apenin i serca Italii, acz o bardzo germańskiej nazwie. Już same podstawowe rozmiary tej kolarskiej góry są imponujące czyli 27,5 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 %. Czyli stromizna podobna jak na Stelvio, ale długość o ponad trzy kilometry większa. Według „cyclingcols” maksymalne nachylenie na tym podjeździe to 12,5 %, najtrudniejszy kilometr ma aż 10,4 %, zaś dłuższy 5-kilometrowy fragment wciąż budzącą respekt wartość 9,2 %. Michiel dodaje też, iż na dystansie 22,9 kilometra nachylenie przekracza tu 5 %, z czego w sumie 5300 metrów wiedzie na poziomie powyżej 10 %. Nic dziwnego, że także w rankingu moich „najtrudniejszych” podjazdów góra ta wskoczyła na podium. W punktacji rodem z „archivio salite” ustępuje tylko austriackiej Edelweissspitze i włoskiemu Zoncolanowi.

Ponieważ nocowaliśmy w Lettomanopello do podnóża podjazdu musieliśmy zjechać ponad 5 kilometrów. Na szosę ruszyliśmy osobno tzn. ja kilka minut po dwunastej, zaś Dario przeszło półtorej godziny później. Dzień był niesamowicie upalny. W normalnych warunkach tego rodzaju zjazd po starcie byłby przyjemną rozgrzewką. Tymczasem gorące powietrze aż zatykało. Na samym dole czyli starcie podjazdu na wysokości drogi SR 5 – via Tiburtina Valeria było aż 37 stopni Celsjusza. Co więcej na pierwszych kilkunastu kilometrach wzniesienia słońce jeszcze „dodawało do pieca”, więc na trzynastym kilometrze licznik pokazał mi nawet 40 stopni! Początek podjazdu stosunkowo łatwy. Nieco trudniej zrobiło się dopiero po minięciu znanego nam ze spaceru skrętu do Manopello (4,2 km). Potem solidny kilometr z hakiem w kierunku Lettomanopello (5,4 km), przy czym tuż przed miasteczkiem trzeba było wziąć pełny wiraż w lewo i nie wjeżdżać do centrum. Po chwili jeszcze dwa zakręty w prawo i pod koniec szóstego kilometra początek naprawdę ostrej zabawy. Następne 10,4 kilometra ma średnio 8,4 %. Nieco łatwiej robi się dopiero kilkaset metrów przed passo Lanciano. Wraz z końcem siódmego kilometra wjechałem na teren Parco Nazionale della Majella. Parku Narodowego utworzonego w roku 1991 na obszarze 740 km². Jest tu siedem wierzchołków o wysokości ponad 2500 metrów, w tym mierząca 2793 m. n.p.m. Monte Amaro. Wspinaczka pod Blockhaus dość szybko dała mi się we znaki. Spora stromizna i do tego ten nieznośny upał. Mimo to wspomniany ponad 10-kilometrowy odcinek pokonałem z przyzwoitą prędkością 11,9 km/h. Odliczałem jednak czas i dystans do lasku tuż przed przełęczą Lanciano, który miał mnie osłonić przed morderczym słońcem. Najcięższe chwilę przeżywałem na 2,5-kilometrowej prostej, między 11,3 a 13,8 km od podnóża podjazdu. To właśnie w tym miejscu podczas tegorocznego Tirreno – Adriatico Alberto Contador zgubił nie tylko lidera wyścigu czyli naszego Michała Kwiatkowskiego, ale i całą resztę swych rywali, w tym tak znamienitego górala jak Nairo Quintana.

Wjechawszy na Lanciano (16,8 km) mogłem przez chwilę odetchnąć. Na przełęczy droga najpierw się wypłaszczyła, by po chwili zafundować mi nawet króciutki zjazd. Tenże skończył się na placu, z którego w lewo odchodzi droga ku Adriatykowi, zaś w prawo dalsza część podjazdu na Blockhaus. Wybrałem oczywiście tą drugą opcję. Droga ponownie schowała się w lesie na kolejne 2300 metrów, co rzecz jasna mnie ucieszyło. Minusem był zgodny z ostrzeżeniem na drogowej tablicy kiepski stan jej nawierzchni. Niemniej z dwojga złego wolałem aby szosa mnie trochę wytrzęsła aniżeli słońce wyssało ze mnie resztki sił witalnych. Las ustąpił pola górskim łąkom na wysokości około 1470 metrów n.p.m. Po przejechaniu 20,2 kilometra wjechałem pomiędzy zabudowania ostatniej górskie osady. Jeszcze jeden wiraż oraz długa (coraz szersza) prosta i znalazłem się na wysokości hotelu Mamma Rosa (21,7 km), gdzie niejednokrotnie kończono etapy Giro d’Italia. Choćby w trakcie niedawnego Giro 100-lecia. Sto metrów dalej minąłem drogę, która jest trzecim wariantem podjazdu pod Blockhaus. Zachodnia opcja czyli tzw. strada di Roccamorice od nazwy miejscowości położonej na wysokości 500 metrów n.p.m. jest dłuższa i niewiele łatwiejsza od wybranej przeze mnie wersji północnej. Liczy sobie aż 31,7 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 %. Stąd do pokonania pozostało mi jeszcze sześć kilometrów, acz nie miałem pewności czy do samego końca wiedzie asfalt. Na włoskiej wikipedii wyczytać można, iż droga powyżej Rifugio Pomilio (1980 m. n.p.m.) od kilku już lat jest szutrowa. Minąłem podniesiony szlaban między dwoma głazami z tablicą Parku Narodowego. Następnie najpierw pięć klasycznych wiraży, po czym jeszcze pięć łagodniejszych zakrętów między rozlicznymi masztami. Tym sposobem dojechałem do miejsca, gdzie droga owszem zwężała się o połowę lecz nadal była utwardzona i tym samym w pełni przydatna dla kolarzy szosowych. Z tego miejsca do końca podjazdu miałem niespełna dwa kilometry. Asfalt skończył się na małym placu, wedle moich danych po przejechaniu 27,7 kilometra. Przy czym można było jeszcze po chodniku podjechać do lepszego miejsca widokowego. Swoją wspinaczkę skończyłem w czasie 2h 05:07 jadąc ze średnią prędkością 13,3 km/h. Na górze zameldowałem się około 14:30. Na szczycie było „tylko” 27 stopni. Ciepło, ale dało się już oddychać. Dech w piersi zapierać mogły jedynie widoki.

20140624_blockhaus 1

20140624_blockhaus 2

20140624_blockhaus 3

Teraz czekał mnie co najmniej 30-kilometrowy zjazd. Najpierw 11 kilometrów do przełęczy Lanciano i kolejne 19 w nieznane czyli na wschód ku miasteczku Fara Filiorum Petri. Zakładałem, że już na pierwszej części zjazdu spotkam Darka. Tymczasem Dario gdzieś się zapodział. Niespodziewanie objawił się przed moim obliczem dopiero kilka ładnych kilometrów poniżej przełęczy czyli po wschodniej stronie góry! Okazało się, że podobnie jak przed rokiem w okolicy Sestriere zagubił się w akcji. Zjechawszy do Scafy odbił w kierunku Adriatyku i dłuższy czas spędził na pagórkowatym terenie u podnóża góry. Wjechawszy na drogę SR539 przejechał przez miejscowości Serramonacesca i Roccamontepiano. Po czym wbił się na wschodni podjazd pod Blockhaus jakieś 10 kilometrów przed passo Lanciano. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym każdy ruszył we własną stronę. Na zjeździe wraz ze spadkiem wysokości szybko rosła temperatura. Na samym dole czyli na wysokości 210 m. np.m. znów było 37 stopni. Aby jakoś przetrwać ten skwar musiałem sobie zrobić chłodny bufet. Na rynku w Fara Filiorum Petri znalazłem niewielki bar, w którym spędziłem dobry kwadrans. Na początek soczek Pago. Potem lody. Dalej kawa na pobudzenie i jeszcze jeden sok. Plus woda mineralna do bidonu. W końcu trzeba było jednak wyjść z cienia i stanąć do pojedynku z 19-kilometrową górą pod piekącym słońcem. Na szczęście wschodnia strona góry jest znacznie łatwiejsza od północnej. Średnie nachylenie 5,8 % przy max. 9,2 %. Najtrudniejszy kilometr ma tylko 8,1 %. Prawie dwanaście kilometrów „trzyma” na poziomie powyżej 5 %. Przewyższenie tego wzniesienia to 1096 metrów. Druga połówka trudniejsza od pierwszej. Na pierwszych 9 kilometrach do zbiegu dróg na rondzie z wilkiem stromizna raczej nie przekracza 6 %. Na kolejnych 10 kilometrach nachylenie waha się już na poziomie 7-8 %.  Jednak to nie sama góra stanowiła problem. Bardziej wspomniana temperatura powietrza i fakt, iż niemal do samego końca droga wiodła w otwartym terenie. Postanowiłem nie szarżować. Główną atrakcją podjazdu okazał się przejazd przez położone na wzgórzu miasteczko Pretoro (7,5 km). Całe wzniesienie o długości 19,3 kilometra pokonałem w czasie 1h 13:57 jadąc z przeciętną prędkością 13,7 km/h czyli niewiele wyższą niż na Blockhausie. Na przełęczy Lanciano postanowiłem dłużej odpocząć i poczekać na Darka. Tym sposobem przynajmniej ostatnią część szóstego etapu pokonaliśmy razem. Do Lettomanopello zjechaliśmy już po 19:00. Jak dla mnie był to najtrudniejszy etap całej wyprawy. W sumie przejechałem 96,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 3021 metrów. Gdy pod dachem Residence La Casa di Vittorio dochodziliśmy do siebie piętro niżej „tubylcy” kibicowali swej piłkarskiej reprezentacji w grupowym starciu z Urugwajem. Jak wiemy Włosi przegrali, zaś ich rywale gryźli nie tylko przysłowiową trawę.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Monte Cristo, Campo Imperatore & Rocca di Cambio

Autor: admin o poniedziałek 23. Czerwiec 2014

Dojechawszy do L’Aquili znaleźliśmy się w samym sercu półwyspu i zarazem pośród najwyższych szczytów całych Apenin. Tylko w tym regionie czekały nas wycieczki na kolarskie dwutysięczniki. W poniedziałek na najwyższą górę całej wyprawy. Natomiast we wtorek na wzniesienie niewiele od niej niższe, a przy tym największe ze wszystkich pod względem przewyższenia jak i po prostu najtrudniejsze. Naszym głównym wyzwaniem na dzień 23 czerwca był bardzo długi podjazd znany pod hasłem Gran Sasso d’Italia. W zasadzie to dwa wzniesienia w jednym. Najpierw wspinaczka pod Valico Monte Cristo (1767 m. n.p.m.), a po niedługim zjeździe i krótkim odcinku na płaskowyżu poprawka do miejsca o dumnej nazwie Campo Imperatore (2130 m. n.p.m.). Ten podjazd czterokrotnie gościł uczestników Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1971 roku gdy wygrał na nim Vicente Lopez-Carill (trzeci kolarz TdF 1974). Hiszpan wyprzedził o 4 sekundy Bega Antoona Houbrechtsa i o 29 Włocha Pierfranco Vianelliego. W 1985 roku triumfował tu Włoch Franco Chioccioli (zwycięzca Giro 1991), który na finiszu pokonał Australijczyka Michaela Wilsona, wraz z którym o 23 sekundy zdystansował Kolumbijczyka Reynela Montoyę. Z kolei w 1989 roku najlepszym góralom wyścigu umknął Duńczyk John Carlsen, który o 29 sekund wyprzedził Kolumbijczyka Luisa Herrerę i Baska Marino Lejarretę. W końcu zaś w trakcie Giro z roku 1999 nie miał sobie równych słynny Włoch Marco Pantani. Tego dnia „Pirat” o 23 sekundy wyprzedził Hiszpana Josę-Marię Jimeneza i o 26 Szwajcara Alexa Zulle. Dzięki temu po raz pierwszy na tym wyścigu przywdział różową koszulkę lidera, którą stracił w niesławie po kontroli poziomu hematokrytu przed startem do przedostatniego etapu tej imprezy. W najnowszej historii w to miejsce zajrzało tylko tzw. „Baby Giro” (Girobio) czyli wyścig Dookoła Włoch dla kolarzy do lat 27. Prym wiedli kolarze, których dziś już dobrze znamy z profesjonalnego peletonu. Wygrał Kolumbijczyk Winner Anacona, który o 7 sekund wyprzedził Włocha Fabio Aru.

Wstaliśmy na tyle późno, iż na śniadanie w pobliskim barze (rogalik i kawa na talon od właściciela Il Quinto Quarto) zeszliśmy dopiero na kwadrans przed dziesiąta. Potem wróciliśmy jeszcze do naszego nocnego lokalu by się na spokojnie spakować. Do Paganiki 5-tysięcznej miejscowości położonej na wschód Orlego Miasta mieliśmy samochodem ledwie 11 kilometrów. Zaparkowaliśmy na wylocie z tego miasteczka, bezpośrednio przy drodze krajowej SS 17bis. Od tego miejsca do placu wieńczącego drogę pod Campo Imperatore dzieliło nas 37,5 kilometra, na których trzeba było pokonać niemal 1470 metrów przewyższenia. W praktyce nawet więcej wobec czekającego nas parokilometrowego zjazdu. Na starcie było tylko 26 stopni, lecz już po czterech kilometrach jazdy na liczniku miałem wartość 31. Początek tego podjazdu w żaden sposób nie można nazwać wspinaczką. Dość powiedzieć, że na liczącym 6,4 kilometra odcinku od Paganiki przez Camardę do Assergi średnie nachylenie wynosiło tylko 2,7 %. Dopiero na ulicach tej miejscowości na dłuższy czas należało pożegnać się z dużą tarczą. Za Assergi droga stała się bardzo szeroka i przechodziła ponad autostradą A24. Pod koniec dziewiątego kilometra skręciła na wschód w stronę. Po przejechaniu 10,7 kilometra dojechałem do Fonte Cerreto (1115 m. n.p.m.). W tym miejscu wjeżdżało się na teren Parco Nazionale del Gran Sasso e Monti della Laga. Na mapach widać, że ta górska droga nieco wyżej przecina wspomnianą autostradę, lecz de facto w tym momencie autostrada schowana jest już w ponad 10-kilometrowym tunelu. Do połowy trzynastego kilometra wzdłuż drogi rosły jeszcze niewielkie drzewka. Powyżej 1200 metrów n.p.m. wokół drogi były już tylko górskie łąki, więc krajobraz coraz bardziej nabierał „alpejskiego” charakteru. Po przejechaniu 17,6 kilometra na wysokości 1430 m. n.p.m. minąłem skrzyżowanie z dróżkami do ośrodka narciarskiego Montecristo i płaskowyżu Piano di Fugno. Stąd do szczytu było jeszcze ponad sześć kilometrów. Na przedostatnim kilometrze był nawet krótki zjazd, po którym do pokonania pozostało jeszcze 1300 metrów wspinaczki. Ta faza podjazdu pod Campo Imperatore skończyła się tuż po minięciu wierzchołka Monte Cristo (1930 m. n.p.m.). Przejechałem owe 24,1 kilometra o przewyższeniu 1107 metrów i średnim nachyleniu 4,6 % w czasie 1h 18:53 (przeciętna 18,3 km/h).

20140623a_monte cristo 1

20140623a_monte cristo 2

Wjechawszy na Valico Monte Cristo miałem teraz przed sobą 3,5-kilometrowy zjazd do San Egidio, miejsca będącego bramą do „Małego Tybetu” jak nie bez przyczyny bywa nazywane Campo Imperatore. Ten niemal nie tknięty przez cywilizację płaskowyż leży na wysokości od 1500 do 1900 metrów n.p.m. Ma 27 kilometrów długości i 8 kilometrów szerokości. Jest na tyle dziki, iż żyją tu: wilki, żbiki, lisy i kozice, zaś w przestworzach rządzą orły przednie i sokoły wędrowne. Tych przedstawicieli górskiej fauny nie napotkaliśmy, acz Darkowi udało się uchwycić w galopie miejscowe „mustangi”. W prawo od San Egidio odchodzi droga SR 17bis ku średniowiecznemu miasteczku Castel del Monte. My musieliśmy jednak pojechać w lewo by pokonaniu około dwóch kilometrów w płaskim terenie zacząć finałowy podjazd o długości 7,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,1 %. Z początku łagodny. Optycznie prawie niewidoczny na tle niezmierzonej przestrzeni tego płaskowyżu. Na ostatnich sześciu kilometrach już całkiem wymagający. Rzekłbym nawet trudny, a to na skutek mocnego wiatru z naprzeciwka. Najtrudniejszy odcinek z maksymalnym nachyleniem dochodzącym do 12 % zaczął się na 4,5 kilometra przed szczytem. Trudniejsza była pierwsza połowa tego odcinka kończąca się przy zakręcie, który kieruje drogę już bezpośrednio ku zboczom Corno Grande (2912 m. n.p.m.), najwyższej góry całych Apenin. Zdobytej już w XVI wieku i znanej z najdalej na południe Europy występującego lodowca czyli Ghiacciai del Calderone (po niewidocznej dla nas północnej stronie). Pozostałe dwa kilometry z małym hakiem wciąż przy średnim nachyleniu 8 % były już łatwiejsze jako nieco osłonięte od wiatru i wiodące paroma zakrętami. Podjazd pod Campo Imperatore pokonałem w 34:19 przy przeciętnej prędkości 13,8 km/h. Od wyruszenia z Paganiki minęły dokładnie 2h 02:37 co całej dwuetapowej wspinaczce dało średnią 18,4 km/h. Na górze mimo sporej wysokości było 25 stopni. Wjechałem na duży plac z kilkoma budynkami. Jest tu sporej wielkości hotel, w którym latem 1943 roku rząd włoski przetrzymywał odsuniętego od władzy Benito Mussoliniego. Także wyciąg górskiej kolejki linowej, kościółek oraz działające od roku 1951 obserwatorium astronomiczne. W hotelowej restauracji zamówiłem sobie kawę z ciastkiem i poczekałem na przyjazd Darka. Tak z góry jak i na zjeździe widoki przecudnej urody. Zrobiliśmy masę zdjęć, więc tym trudniejsza była ich selekcja na potrzeby tego artykułu. Na wysokości Fonte Cerreto złapał nas lekki deszczyk, acz będącymi dla nas zagadką nad wyraz wielkimi kroplami. Do samochodu zjechaliśmy dopiero około 16:30. Zmęczeni i przede wszystkim głodni. W nogach mimo zasadniczo jednej góry mieliśmy już ponad 75 kilometrów.

20140623b_campo imperatore 1

20140623b_campo imperatore 2

20140623c_gran sasso 1

20140623c_gran sasso 2

Naszym drugi celem na poniedziałek był podjazd do Rocca di Cambio (1379 m. n.p.m.), ponoć najwyżej położonego ośrodka gminnego w całych Apeninach. Znanej też z ośrodka narciarskiego Campo Felice. Góra niezbyt wymagająca. Według oficjalnych danych 15 kilometrów przy średniej 4,8 % i przewyższeniu 733 metrów. Niemniej cenna dla nas z uwagi na bogate związki z wyścigiem Dookoła Włoch. Wielkie Giro finiszowało w tym miasteczku czterokrotnie. Trzy razy w latach sześćdziesiątych, gdy wygrywali: Włoch Luciano Galbo (1965), słynny Niemiec Rudi Altig (1966) oraz Hiszpan Luis Pedro Santamarina (1968). Po wielu latach wróciło w te strony przed dwoma laty. W trakcie Giro z 2012 roku po finiszu z rozciągniętej na finałowym kilometrze dużej grupy najszybciej finiszował Włoch Paolo Tiralongo, który nieznacznie wyprzedził swego rodaka Michele Scarponiego i o 3 sekundy Luksemburczyka Franka Schlecka. Podjazd nie porwał peletonu. Dośc powiedzieć, że w minucie zmieściło 57 czołowych kolarzy. W sezonie 2002 zawitało tu Tirreno – Adriatico, zaś etap wygrał Danilo Di Luca. Pomimo relatywnie łatwego zadania chcieliśmy wcześniej coś zjeść licząc na to, iż sjesta już się skończyła. W trakcie naszych poszukiwań na 6-kilometrowej drodze z Paganiki do Monticchio straciliśmy tylko sporo czasu. Ostatecznie zdesperowani zdecydowaliśmy się ruszyć autem do Rocca di Cambio w nadziei na to, iż na górze łatwiej będzie o ciepłą strawę niż w nieprzyjaznej „Dolinie Głodu”. Jednak i na górze szczęście nam nie dopisało. Musieliśmy więc skorzystać ze skromnej oferty małego sklepu spożywczego. Około 18:15 wsiedliśmy na rowery z zamiarem dotarcia do Monticchio. Tym niemniej zbyt długo trzymaliśmy się drogi krajowej SS 5bis dotarliśmy do San Raniero zatrzymując się wysokości na poziomie około 600 metrów n.p.m. Na starcie wzniesienia Dario dostał dwie-trzy minuty zapasu. Jechał mocno, lecz ja jeszcze szybciej. Góra sprzyjała „ciężkim góralom”, więc mogłem skorzystać z twardego przełożenia. Ostatni raz takim tempem, tej wielkości górę, jechałem chyba trzy lata wcześniej zdobywając Col de Schlucht w Wogezach. W naszym wykonaniu podjazd do Rocca di Cambio miał 19 kilometrów, które przejechałem w czasie 58:27 przy średniej 19,5 km/h. Na górę wjechaliśmy około 20:00. To był nasz najdłuższy dzień na rowerze. Przejechaliśmy w sumie 113 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2396 metrów. Tymczasem na koniec dnia czekał nas jeszcze 104-kilometrowy transfer do Lettomanopello u podnóża wyniosłego pasma Majella. Dotarliśmy tam około 22:00 przeciskając się przez tłum ludzi uczestniczących w miejscowym festynie i błądząc po wąskich uliczkach w centrum tego miasteczka. Dobra wiadomość była taka, iż pod dachem Residence La Casa di Vittorio mieliśmy się zatrzymać na dwa kolejne noclegi.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Pizzo di Meta, San Giacomo & Prati di Tivo

Autor: admin o niedziela 22. Czerwiec 2014

Po mocnej sobocie w trzech aktach nie było czasu na odpoczynek. Niedziela 22 lipca wcale nie zapowiadała się łatwiej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że miało być trudniej. Kolejny dzień z trzema górami, porównywalnej wielkości i klasy do tych sobotnich. Niemniej tym razem musieliśmy sobie jeszcze poradzić z większą ilością dłuższych transferów samochodowych. To znaczy nie tylko tym jednym wieczornym, ale i paroma innymi pomiędzy kolejnymi wzniesieniami. Dzień zaczynaliśmy w regionie Marche by skończyć go już w Abruzji. Dokładnie zaś w stolicy tego regionu czyli L’Aquili. Mieście, które pięć lat wcześniej zostało nawiedzone przez silne trzęsienie ziemi, które pochłonęło aż 308 ofiar i zniszczyło tysiące budynków. Każda z czekających nas gór została już przetestowana przez największe włoskie wyścigi. Oczywiście przez Giro d’Italia, ale też przez marcowe Tirreno – Adriatico. Do pierwszej z nich mieliśmy ledwie kilka kilometrów. Zaplanowaliśmy pobudkę na godzinę ósmą. Zbudziły nas hałasy za oknem. Okazało się, że w najbliższej okolicy rozegrane zostaną zawody motocrossowe. Co więcej dosłownie kilkadziesiąt metrów od dziedzińca naszego gospodarstwa agroturystycznego urządzono park maszynowy z kilkudziesięcioma motocyklami. Hałas ich silników byłby wstanie obudzić nawet umarłego. Nie byliśmy jednak zainteresowani rolą widzów tego głośnego widowiska. Po zjedzeniu śniadania i spakowaniu naszego ekwipunku tuż przed dziesiątą ruszyliśmy ku własnym wyzwaniom. Pierwszym był podjazd pod Pizzo di Meta (1525 m. n.p.m.). W kolarskim światku znany lepiej pod hasłem Sasso Tetto od nazwy sąsiedniego wierzchołka górskiego. W każdym razie to 14,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,8 % i przewyższeniu 995 metrów. Niemniej warto zauważyć, iż na profesjonalnych wyścigach pojawia się on raczej w skróconej wersji z finałem na przełęczy Valico di Santa Maria Maddalena (1455 m. n.p.m.). Wielkie Giro przejeżdżało przez nią dwukrotnie tzn. w latach 1987 i 1990. Za pierwszym razem premię górską wygrał tu Włoch Roberto Conti, za drugim Australijczyk Phil Anderson. W bliższych nam czasach tj. latach 2009-2011 trzykrotnie znalazła się ona na trasach królewskich odcinków T-A.

Bez problemów znaleźliśmy prowadzącą ku nim drogę SP 120, zaś w bocznej uliczce miejsce do zaparkowania samochodu. O 10:20 byliśmy już gotowi na pierwszą rundę naszego niedzielnego pojedynku z Apeninami. Sam początek miał nawet lekko spadkową tendencję. Prawdziwa wspinaczka zaczęła się dopiero półtora kilometra za miastem na wysokości Ponte Romani (496 metrów n.p.m.). Na pierwszych kilku kilometrach mijamy kilka niewielkich osad tzn. Brilli (Sant’Eusebio), Marcani, Stinco i w końcu Piobbico (735 m. n.p.m.) po pokonaniu 5,4 kilometra od centrum Sarnano. Droga dobrej jakości, a przy tym kręta i zachęcająca motocyklistów do odrobiny szaleństwa. Poszczególne wiraże zostały dla nich odpowiednio zabezpieczone. Jazda w pełnym słońcu. Już na samym dole było 29 stopni Celsjusza, na trasie max. 32, zaś na górze wciąż 26. Po pokonaniu 12,4 kilometra na wysokości niespełna 1290 m. n.p.m. należało skręcić ostro w prawo, acz i droga na wprost doprowadziłaby by nas do celu, acz niejako „bocznymi drzwiami”. Na przełęcz położoną między niezbyt wyniosłymi wierzchołkami Pizzo di Meta (po prawej) i Sasso Tetto (po lewej) wjechałem w czasie 56:13 pokonując 14,7 kilometra z przeciętną prędkością 15,7 km/h. Potem już na spokojnie pokręciłem się po najbliższej okolicy. Najpierw płaską boczną drogą wzdłuż północnego zbocza Sasso Tetto. Nieco później odkryłem wznoszący się wyżej niż sama przełęcz asfalt po południowo-zachodniej stronie Pizzo di Meta. Dokręciłem 1300 metrów dzięki, którym przekroczyłem pułap 1500 m. n.p.m. Następnie rozpocząłem zjazd, lecz na wysokości około 1400 m. n.p.m. spotkałem jadącego z naprzeciwka Darka. Mój kompan stracił sporo czasu przez błędną decyzję na rozjeździe w połowie trzynastego kilometra. Zawróciłem i razem dojechaliśmy na przełęcz, a potem jeszcze wyżej bo na zachodni skraj Pizzo di Meta. Tym razem nawet kilkaset metrów dalej niż zrobiłem to wcześniej sam. Do Sarnano zjechaliśmy spokojnie, na krótko przed godziną trzynastą.

20140622a_sasso tetto

Teraz czekało nas 56 kilometrów dojazdu do podnóża Colle San Giacomo (1110 m. n.p.m.) na pograniczu regionów Marche i Abruzzo. Na Tirreno – Adriatico finiszowano tu trzykrotnie. Najpierw w latach 1977-78 po czym raz jeszcze w sezonie 2007. Wygrywali tu kolejno: Belg Roger De Vlaeminck, Szwajcar Joseph Fuchs i w końcu Włoch Matteo Bono. Na Giro d’Italia w roli etapowej mety wystąpiła tylko raz w 2002 roku. Do końca nie mogłem się zdecydować, którą wersję tego wzniesienia lepiej będzie przejechać. Pod względem sportowym bardziej zachęcająco wyglądała opcja północna na terenie regionu Marche. Podjazd ze startem w Ascoli Piceno o długości 16,4 kilometra i przewyższeniu 970 metrów przy średnim nachyleniu 5,9 %. Druga czyli zachodnia opcja zakładała wspinaczkę z początkiem przy drodze SP 49 w dolinie Castellana na terenie Abruzji. Podjazd krótszy i mniejszy, ale bardziej nieregularny to znaczy 11,1 kilometra o przewyższeniu 662 metrów i średniej 6 %, ale z maksem prawie 12 % na ósmym kilometrze. Do Ascoli Piceno mieliśmy łatwiejszy dojazd, acz z drugiej strony więcej czasu zająłby nam sam podjazd. Ostatecznie wybrałem opcję zachodnią głównie z tego powodu, iż tą właśnie drogę wybrali organizatorzy Giro. Ten etap włoskiego touru wygrał Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio, który o 13 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa. U podnóża góry panował nieznośny upał czyli 35 stopni. Aby znaleźć choć trochę cienia nie wypakowaliśmy się na samym dole, lecz w bocznej uliczce na terenie wioski Villa Franca. Dlatego na samym wstępie musieliśmy zjechać niespełna 900 metrów. Pierwsza połowa podjazdu regularna i niezbyt trudna. Na piątym kilometrze tuż przez San Vito okazja do wytchnienia. Potem ostry skręt w lewo na drogę SP 53 della Montagna dei Fiori. W połowie dziewiątego kilometra wyjazd powyżej granicy lasu czyli ciąg dalszy jazdy na rozgrzanej słońcem patelni. Na otwartym terenie jeszcze kilka serpentyn i na sam koniec czterystumetrowa prosta. Wspinaczkę zakończyłem pod wielką tablicą witającą podróżnych w Parku Narodowym Gran Sasso i Monti della Laga. Mój czas 41:37 przy przeciętnej prędkości 16,1 km/h. Prawdopodobnie podjazd dałoby się jeszcze przedłużyć o parę kilometrów aby zakończyć wspinaczkę w stacji narciarskiej Monte Piselli na wysokości 1430 metrów n.p.m. Niemniej mieliśmy za mało czasu na sprawdzanie czy wiedzie do niej asfaltowa droga. Postanowiliśmy więc poprzestać na dojechaniu do miejsca, w którym przed dwunastu laty finiszowali uczestnicy Giro d’Italia.

20140622b_san giacomo

Po zjechaniu do samochodu czekał nas 55-kilometrowy transfer, tym razem do podnóża Prati di Tivo (1470 m. n.p.m.). W drodze zatrzymaliśmy się na gorący posiłek. O tej porze dnia na restauracje nie było co liczyć. Skorzystaliśmy ze skromnej oferty jednego z przydrożnych barów zamawiając „calzone” czyli rodzaj małej pizzy zwiniętej w kształt pieroga. Niedługo przed osiemnastą wypakowaliśmy się przy zjeździe z drogi krajowej SS 80. Dokładnie 9 kilometrów za miasteczkiem Montorio al Vomano. Niejako na dobicie czekał nas teraz blisko 15-kilometrowy podjazd o przewyższeniu 1040 metrów ze średnim nachyleniem 7,2 % i maxem powyżej 11 %. Sprawdzony na trzecim etapie Giro d’Italia 1975 wygranym przez Giovanni Battaglina. Włoch znany przede wszystkim z „ustrzelenia” wiosną 1981 roku dubletu Vuelta + Giro, sześć lat wcześniej musiał zadowolić się tylko owym sukcesem etapowym, wyprzedzając Baska Francisco Galdosa o 21 sekund. Prati di Tivo powróciło na kolarskie salony w latach 2012-13 wraz z wyścigiem Tirreno – Adriatico. Przed dwoma laty etap z metą w tej stacji wygrał Vincenzo Nibali. Natomiast rok później najlepszy był Chris Froome, zaś nasz Michał Kwiatkowski finiszował czwarty co dało mu niebieską koszulkę lidera wyścigu „Dwóch Mórz”. Na starcie wciąż jeszcze 29 stopni, na górze już tylko 22. Podjazd od startu był konkretny, za wyjątkiem łatwiejszego drugiego kilometra. Początkowo bardzo kręty. Dość powiedzieć, że na pierwszych 2500 metrach trzeba pokonać aż dziewięć klasycznych zakrętów. Kolejny wiraż dopiero w połowie piątego kilometra przy zjeździe ku Intermesoli. Główną atrakcją całej wspinaczki był przypadający na dziewiąty kilometr przejazd przez wioskę Pietracamela (1005 m. n.p.m.). Na początku jedenastego kilometra ponownie wjazd do lasu i sześć kolejnych zakrętów na odcinku 1800 metrów. Potem dłuższa chwila na otwartym terenie i ostatnie półtora kilometra znów w cieniu drzew. Finisz na wielkim placu z pięknym widokiem na północną ścianę górę Corno Piccolo (2655 m. n.p.m.) w masywie Gran Sasso d’Italia. Ten podjazd zabrał mi dokładnie 1h 02:00 czyli jechałem z przeciętną prędkością 14,4 km/h. Wartość VAM wyższa niż na San Giacomo. Poniekąd z uwagi na bardziej strome średnie nachylenie. Jednak dla mnie wskazówka, iż jestem w stanie wytrzymać trzy podjazdy jednego dnia na równym i całkiem niezłym poziomie. W sumie przejechałem 91 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2861 metrów. Po zjechaniu z tej góry musieliśmy jeszcze pokonać autem 51 kilometrów do apartamentu Locanda Il Quinto Quarto po zachodniej stronie L’Aquili. Po zmroku niełatwo było znaleźć ów lokal w nieznanej okolicy. Poza tym jakby mało było gór za dnia to u progu nocy musieliśmy jeszcze zdobyć czwartą „premię górską” czyli wnieść rowery oraz bagaże na trzecie piętro budynku.

20140622c_prati di tivo 1

20140622c_prati di tivo 2

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Monte Petrano, Monte Nerone & Monte Catria

Autor: admin o sobota 21. Czerwiec 2014

Czwartkowy prolog i przymusowo skrócony etap piątkowy były ledwie przygrywką do tego co czekało nas już trzeciego dnia tej wyprawy. Naszym celem na sobotę 21 czerwca był górski hat-trick w prowincji Pesaro e Urbino. Trzy spore wzniesienia jednego dnia. Pierwsze należało zdobyć do południa, drugie wczesnym popołudniem, zaś trzecie o dowolnej porze byle przed zmierzchem. Akurat tego dnia, przynajmniej od strony organizacyjnej, nie stanowiło to dużego problemu gdyż wszystkie trzy góry były usytuowane blisko siebie. W następnych dwóch tygodniach tego rodzaju śmiały plan chcieliśmy powtórzyć jeszcze kilkukrotnie, nawet przy założeniu, iż pomiędzy kolejnymi podjazdami trzeba będzie pokonać większe dystanse samochodem. Do naszego menu na trzeci dzień wrzuciłem najciekawsze fragmenty szesnastego etapu Giro d’Italia 2009. Był to niewątpliwie jeden z najtrudniejszych górskich odcinków Giro w ostatnim ćwierćwieczu. Myśląc o królewskich etapach wyścigu Dookoła Włoch w pierwszej chwili wyobrażamy sobie przejazd przez góry takie jak: niebotyczne Stelvio, Gavia czy Fauniera, szutrowe Finestre, czy super-strome Mortirolo lub Zoncolan. Tymczasem przed pięcioma laty kolarze mieli do czynienia z kilkoma mało znanymi światu górami, z których żadna nie przekraczała poziomu 1500 metrów n.p.m. Tym niemniej dystans tego odcinka, liczba i jakość podjazdów oraz niemiłosierny upał sprawiły, iż był to etap trudniejszy od większości dotąd rozegranych w Alpach. Zresztą taki miał być z założenia. Na stulecie Giro metę włoskiego touru przewidziano w Rzymie i tym samym decydujące górskie odcinki wyznaczono w Apeninach. Na wspomnianym szesnastym etapie kolarze mieli do przejechania 237 kilometrów przez dziewięć mniejszych i większych wzniesień, z czego cztery klasyfikowane – w sumie 4800 metrów przewyższenia! Na ostatnich 94 kilometrach trzy podjazdy na miarę premii górskich pierwszej kategorii czyli: Monte Nerone, Monte Catria i finałowe Monte Petrano.

Postanowiłem, że nie będziemy się przejmować takimi detalami jak kolejność owych podjazdów. Przenocowaliśmy w okolicy Cagli, miejscowości którą wybrałem ze względu na dogodną lokalizację w centrum interesującego nas terenu poznawczego. Z Agriturismo Bufano najbliżej mieliśmy do podnóża Monte Petrano, gdzie przed pięciu laty triumfował Hiszpan Carlos Sastre. Dlatego w pierwszej kolejności skierowaliśmy się ku tej górze. Z naszej nocnej przystani na wysokości 440 m. n.p.m. zjechaliśmy do miasta i szybko znaleźliśmy zjazd z drogi SP 424 (via Flaminia). Sto metrów dalej w bocznej uliczce rozpakowaliśmy się by już na rowerach wrócić na start. Około 10:15 byliśmy już gotowi do odegrania pierwszego aktu sobotniego tryptyku. W górę łagodnie wznoszącej się drogi SP29 ruszyliśmy na tyle energicznie, iż zrazu przeoczyliśmy skręt w Strada Monte Petrano. Na szczęście szybko się w tym zorientowałem i naprawiłem swój błąd. Wystarczyło cofnąć się ze sto metrów. To znaczy tuż po minięciu średniowiecznej baszty należało wykonać skręt pod kątem 180 stopni w węższą uliczkę, która znacznie śmielej pięła się do góry. Od razu nie było wątpliwości, że to konkretny podjazd. Najtrudniejszy przeszło 12 % fragment witał nas już na pierwszym kilometrze wzniesienia. Zresztą większość tego podjazdu trzymała na poziomie około 8 %. Nieco lżej było tylko na szóstym i ostatnim kilometrze, a także dzięki serii siedmiu wiraży na wysokości pomiędzy 780 a 940 m. n.p.m. Tablica przy której zrobiliśmy sobie zdjęcia znajdowała się kilkaset metrów przed finałem. Tenże znajdował się zaś na płaskowyżu otoczonym łąką. Linię mety wymalowano na wysokości niewielkiego baru położonego w cieniu wierzchołka Monte Petrano (1162 m. n.p.m.). Cały podjazd miał 10,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,8 % przy przewyższeniu 809 metrów. Udało mi się go pokonać dokładnie w 44 minuty czyli z przeciętną prędkością 14,2 km/h.

20140621a_monte petrano

Zjechaliśmy do Cagli tuż przed południem. Rowery na pakę, ludzie do auta i już po chwili byliśmy w drodze. Ruszyliśmy wspomnianą SP29 by przez Secchiano dotrzeć do Pianello u podnóża Monte Nerone (1417 m. n.p.m.). Miasteczko to okazało się uroczym miejscem, jakby żywcem przeniesionym z dawnych filmów, których nieśpieszna akcja działa się na włoskiej prowincji. Zanim wskoczyliśmy na rowery zrobiliśmy małe zakupy spożywcze mając na uwadze, iż jutro niedziela, zaś przed nami długi dzień na sportowo i może już nie być lepszej okazji na aprowizację. Następnie ruszyliśmy na wschód drogą wzdłuż rzeczki Certano. Podjazd zaczął się na wylocie z miasteczka. Podobnie jak w przypadku Monte Petrano istnieją trzy drogi na szczyt tej kolarskiej góry. Dwie z nich mają początek w Pianello. Ta z której skorzystało Giro wiedzie przez wioskę Cerreto, druga nieco dłuższa przez Massę oraz Serravalle di Carda. Trzecia północna rozpoczyna swój bieg w Piobbico. Ze względów historycznych interesowała mnie ta pierwsza opcja. Niemniej po przejechaniu trzech kilometrów na wysokości 520 metrów n.p.m. popełniłem błąd jadąc prosto, zamiast skręcić ostro prawo w kierunku Cerreto. Dojechawszy do Pieia (660 m. n.p.m.) byłem już świadom swej pomyłki, zaś napotkany motocyklista wyjaśnił mi, że wybrana droga owszem doprowadzi mnie na Monte Nerone, ale po kamienistym dukcie. Zawróciłem, więc w kierunku Cerreto po drodze zabierając z sobą Darka, który również wybrał złą ścieżkę. Droga na szczyt bardzo mi się podobała mimo upału i trudnej końcówki o maximum ponad 11 %, na której musiałem skorzystać z trybu 27. Zatrzymaliśmy się przy pomniku upamiętniającym ów etap Giro sprzed pięciu lat. Tym samym skończyliśmy swą wspinaczkę na linii górskiej premii. Przedłużając sobie tą wycieczkę o 3,5 kilometra można było dotrzeć nawet na wysokość 1505 m. n.p.m. Jednak w naszym wykonaniu podjazd ten miał „tylko” 13,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,8 % i przewyższeniu 1026 metrów. Na jego pokonanie potrzebowałem 59:43 przy przeciętnej 14,1 km/h. Regularność jak w szwajcarskim zegarku.

20140621b_monte nerone 1

20140621b_monte nerone 2

Około 15:30 byliśmy z powrotem w Pianello. Na dokładkę została nam jeszcze Monte Catria (1368 m. n.p.m.). Góra, która jako jedyna z tych trzech debiutowała na trasie Giro przed rokiem 2009. Dokładnie zaś w 2006 roku w swej północnej wersji od strony Colombary. Na etapie do Saltary wygranym przez Belga Rika Verbrugghe tą premie górską wygrał jego rodak Staf Scheirlinckx. Natomiast w 2009 od strony Chiaserny najszybciej wspinał się Damiano Cunego. Zanim jednak zaatakowaliśmy Catrię musieliśmy sobie zorganizować strefę bufetu. Pech chciał, że w Chiasernie przy via Monte Catria otwarty był jedynie bar K2, który w swej skromnej ofercie miał tylko kanapki i odgrzewane kawałki pizzy. Nie było jednak sensu grymasić. Przekąsiliśmy małe co-nieco obiecując sobie porządny posiłek za około dwie godziny w pobliskiej restauracji Cactus. Podjazd pod Monte Catrię zaczął się od długiej prostej. Potem między 630 a 910 m. n.p.m. skorzystaliśmy z pięciu klasycznych wiraży. Nieco wyżej dłuższy odcinek pokonaliśmy w cieniu lasu. Na około dwa kilometry przed szczytem trzeba się było zmierzyć z najbardziej stromym 15 % fragmentem wzniesienia. Na premii górskiej z widokiem na ozdobiony potężnym krzyżem wierzchołek Monte Catria (1701 m. n.p.m.) mocno wiało. Wjechałem w czasie 51:50. Podjazd miał 11,3 kilometra długości, średnie nachylenie znów 7,8 %, zaś przewyższenie rzędu 882 metrów. Prędkość nieco mi siadła tzn. Do poziomu 13,1 km/h, ale taki mały regres dał się wytłumaczyć tym co już wcześniej weszło nam w nogi. W sumie tego dnia przejechaliśmy 80,5 km o łącznym przewyższeniu 2852 metrów. Po zjeździe około 19:00 zjedliśmy w końcu prawdziwą obiadokolację. Potem czekało nas jeszcze 115 kilometrów jazdy samochodem przez Fabriano i Camerino w kierunku południowo-wschodnim ku noclegowi w osadzie Da Callarella pod Sarnano. W teorii miało nam to zająć dwie godziny. Wyszło dłużej, gdyż po zmroku pobłądziliśmy trochę po lokalnych, górzystych dróżkach. Momentami czułem się jak kierowca rajdowy na nocnych odcinkach specjalnych. Ostatecznie tuż przed 22:00 dotarliśmy do gospodarstwa agroturystycznego Antica Dimora, gdzie za cenę 60 Euro na pierwszym piętrze jednego z budynków mieliśmy do dyspozycji pokój z kuchnią.

20140621c_monte catria

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Villaggio del Lago & Eremo Madonna del Faggio

Autor: admin o piątek 20. Czerwiec 2014

Dzień drugi miał być już konkretnym wyzwaniem sportowym. Etapem z prawdziwego zdarzenia. Mam tu na myśli dystans bliższy 100 niż 50 kilometrom oraz łączne przewyższenie większe niż 2000 metrów. Zaplanowałem wypad śladami ósmego etapu tegorocznego Giro d’Italia. Tego na którym długo uciekał Kolumbijczyk Julian Arredondo, zaś w samej końcówce Włoch Diego Ulissi uprzedził Chorwata Roberta Kiserlovskiego. W planach mieliśmy do pokonania dwa spore podjazdy z bazy wypadowej przy Ponte Baffoni. Pierwsza wspinaczka na Eremo Madonna del Faggio i druga w kierunku kultowej w tym rejonie Monte Carpegna. Niemniej tylko w teorii miały to być dwa wzniesienia. W praktyce każde z nich było dwuetapowe, gdyż wierzchołek pośredni jest tu oddzielony od podnóża finałowej wspinaczki kilkukilometrowym zjazdem. Tym samym oprócz czterech zasadniczych podjazdów w drodze powrotnej z dwóch wspomnianych gór czekać miały na nas jeszcze dwie mniejsze górki. Przekładając to na terminologię rodem z Giro zapowiadał się etap z jedną premią górską pierwszej kategorii (Monte Carpegna – ze względu na stromiznę), trzema wzniesieniami drugiej klasy (Villagio del Lago, Eremo Madonna del Faggio i Cantoniera di Carpegna) oraz dwoma trzeciej (Villagio del Lago i Cantoniera di Carpegna od zaplecza). Szacowałem, że będziemy mieli do przejechania 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2773 metrów. Dużo, ale wszystko to było spokojnie do zrobienia w ciągu max. 6 godzin, gdyby nie przypadek-wypadek, który na chwilę postawił pod znakiem zapytania nie tylko realizację dziennego programu, lecz nawet powodzenie całej wyprawy. Ostatecznie mój plan na piątek 20 czerwca zrealizowaliśmy jedynie w 50 %. Jednak pod koniec tego dramatycznego dnia i tak mogliśmy się cieszyć. Choćby tylko z tego, że jedziemy dalej.

W drogę ruszyliśmy około 11:00, lecz z San Marino wyjechaliśmy dopiero na kwadrans przed południem. Podskoczyliśmy jeszcze na chwilę do Starego Miasta, gdyż miałem tam do załatwienia prywatne zlecenie natury kupieckiej. Następnie zjeżdżając w kierunku Gualdicciolo przejeżdżając przez Acquavivę wpadliśmy jeszcze na stację benzynową aby zatankować samochód na kilka najbliższych dni. Przykra niespodzianka spotkała nas już po kilku minutach spędzonych na włoskiej ziemi. Gdy myślami byliśmy już przy czekających nas górach nagle usłyszeliśmy jak za naszymi plecami zsuwa się z samochodu wadliwie przez nas zamontowany bagażnik na klapę. Przed rokiem sprawdził się on bezbłędnie w drodze do Francji jak i z powrotem, mimo że miał do udźwignięcia trzy rowery: mój, Darka i towarzyszącego nam w tamtej podróży Adama Kowalskiego. Tym niemniej najwyraźniej po 12 miesiącach wyleciało nam z pamięci jako go fachowo zamontować. Pasy daliśmy za bardzo na bok i podczas jazdy po dość nierównej szosie zsunął się on nam o kilkadziesiąt metrów tym samym ciągnąc rowery po asfalcie do czasu wyhamowania samochodu. Mój Ridley i Darkowy Simplon nieźle przyszorowały po glebie. Najwyraźniej po jednej stronie mocniej co było widać po skali zniszczeń. Rowery były zamontowane na przemiennie. Ja w tym zdarzeniu straciłem tylne koło, Darek przednie na którym tuż przed wyjazdem z mozołem kleił ultralekką szytkę. Na szczęście mieliśmy zapasy. W moim rowerze ucierpiała też klamkomanetka i kierownica, lecz na szczęście było to już straty bardziej wizerunkowe niż praktyczne. Po zmianie kół oba rowery nadawały się do jazdy.

Na całym zamieszaniu z poluzowanym bagażnikiem straciliśmy też sporo czasu. Według planu przejazd z San Marino przez Novafeltrię do okolic Maciano miał nam zająć ledwie 40 minut. W praktyce gotowi do pierwszej wspinaczki byliśmy dopiero o 13:40. Na miejsce startu wybraliśmy sobie rondo przy SP Marecchia położone na wysokości 322 metrów n.p.m., mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Ponte Molino Baffoni a Maciano. Z nieba lał się żar, na liczniku 35 stopni. Nie jestem fanem tak wysokich temperatur. Pomimo tego zacząłem podjazd całkiem szybko. Po pokonaniu 1,8 kilometra dotarłem do zbiegu dróg w Maciano czyli miejsca od którego podjazd pod Villaggio del Lago zaatakował peleton 97. Giro d’Italia. Kolejny odcinek o podobnej długości doprowadził mnie na brzeg Lago di Andreuccio. Gdy po powrocie do Polski wrzuciłem dane z 20 czerwca na „stravę” okazało się, iż był to jedyny klasyfikowany fragment tego podjazdu. Dystans 1600 metrów pokonałem w czasie 6:27 co do dziś jest 16 wynikiem pośród 239 zarejestrowanych czasów. Niemniej nie to mnie zainteresowało. Bardziej osoba lidera tego zestawienia oraz nazwiska moich sąsiadów z tabeli. Jadący w czołówce ósmego etapu Wilco Keldermann przejechał ten fragment trasy w czasie 4:37, ale kilku innych uczestników tego wyścigu o dziwo jechało moim tempem: Jussi Veikkanen (6:26), Daniele Colli (6:34) czy Jetse Bol (6:35). Mógłbym sobie zażartować, że utrzymałbym się w grupetto, gdyby nie jeden drobny szczegół. Oni kończyli trudny górski etap i jechali tylko tak by zmieścić się w limicie czasu. Ja zaś śmigałem na świeżości robiąc swoją prywatną górską czasówkę. Na całym podjeździe nie sposób było schować się przed słońcem. Trochę cienia można było złapać tylko między budynkami we wiosce Soanne po przejechaniu 6,2 km. W końcówce podjazdu nie brakowało śladów po Giro. Pośród napisów wymalowanych na szosie moją szczególną uwagę zwrócił tekst włoskich kibiców skierowany do Aleksandra Winokurowa po tym jak menadżer Astany pozwolił sobie na krytykę wobec nie zachwycającego wiosną Vincenzo Nibalego. Całe wzniesienie miało 11,2 kilometra długości i 680 metrów przewyższenia (średnie nachylenie 6,1 % i max. 11 %). Wyrobiłem się w czasie 40:20 przy średniej prędkości 16,5 km/h.

Gdy dojechał do mnie Darek poświęciliśmy kilka chwil na tradycyjny rytuał zdjęciowy, po czym ruszyliśmy w dół przez gminę Montecopiolo ku jej największej miejscowości czyli Villagrande. Po minięciu tej wioski nadal trzymaliśmy się drogi SP 6 wypatrując po prawej stronie drogi miejsca, gdzie zaczyna się podjazd pod Eremo Madonna del Faggio. Znaleźliśmy je bez większych kłopotów. Za to sama wspinaczka okazała się bardziej kłopotliwa niż zapowiadały suche dane statystyczne. W teorii 409 metrów na dystansie 6,35 kilometra czyli średnio 6,4 %. Niemniej już po obejrzeniu finału wspomnianego etapu wiedziałem, że to wynik zafałszowany. Całej prawdy doświadczyliśmy na sobie. Faktycznie musieliśmy pokonać 477 metrów przewyższenia, gdyż trzykrotnie trzeba było odzyskiwać dopiero co zdobytą wysokość. To wszystko, jeśli odrzucić w sumie 800 metrów zjazdów, na dystansie 5,8 km (licznik zmierzył mi bowiem łącznie 6,6 kilometra) co dawałoby już średnie nachylenie na poziomie 8,2 %. Dwustu i trzystu-metrowe mini-zjazdy nie tylko oddalały nas od szczytu, ale też wybijały z rytmu. Z kolei odcinki wspinaczkowe nierzadko przekraczały 10 % co sprawiało, że nasze klamkomanetki były w stanie ciągłej gotowości. Najtrudniejsza była sama końcówka, w tym ostatni wiraż z maksymalnym nachyleniem 13 %. To wzniesienie pokonałem w czasie 26:44 przy średniej prędkości 14,8 km/h. Na samej górze czekał na nas duży parking, który niewątpliwie był dogodnym miejscem do lokalizacji miasteczka etapowego. W prawo od tego placu odchodziła jeszcze wyłożona chodnikiem dróżka do tytułowego kościółka poświęconego Matce Boskiej. Niemniej nie zdecydowaliśmy się na pokonanie tych dodatkowych kilkuset metrów.

Droga powrotna wydłużyła się nam o ponad dwa kilometry, po tym jak za Villagrande pojechaliśmy na północ docierając na przełęcz Serra San Marco. Aby dotrzeć do Vilaggio del Lago musieliśmy więc zawrócić. Zjechawszy do samochodu około godziny 16:30 wiedzieliśmy już, że nie mamy szans na realizację pełnego programu. Zastanawialiśmy się jeszcze nad możliwością zrobienia samej Monte Carpegna. Choćby tylko jej najtrudniejszej części w postaci ostatnich 6 kilometrów. Rozsądek kazał nam jednak spasować. Ostatecznie przejechaliśmy tylko 43,5 kilometra o przewyższeniu 1404 metrów. Następnie do godziny 19:00 trzeba się było zameldować w Cagli u naszych kolejnych gospodarzy. Tymczasem mieliśmy do pokonania autem 70 kilometrów. W tej drodze chcieliśmy jeszcze odwiedzić jakiegoś mechanika czy sklep rowerowy. Ja musiałem przerzucić z koła zniszczonego w wypadku na używane kółko zapasowe kasetę 12-27, gdyż oryginalnie miałem na nim zamontowaną jedynie swoją „kaszubską kasetę” z największym trybem 23. Pomocną dłoń podał nam właściciel sklepu Dario Gino Londei z Urbanii. Następnie dojechawszy do Cagli zmarnowaliśmy jeszcze ze 40 minut na poszukiwanie naszego lokum czyli Agriturismo Bufano na via San Fiorano 48E. Samochodowa nawigacja nie była pomocna. Co gorsza wyprowadziła nas na manowce czyli wiejskie drogi po przeciwnej stronie miasta. Trzeba było się ratować telefonem do gospodarza i wyłapaniem wskazówek z rwanej rozmowy. Nasza druga nocna przystań miała swój urok. Gospodarstwo agroturystyczne z kilkoma apartamentami dla gości i ładnym widokiem na okoliczne góry. Dostaliśmy parter naprawdę dużego lokalu. Faktycznie mieliśmy nawet dostęp do pierwszego piętra, które było nie zamieszkane. Salon z kuchnią, sypialnia i łazienka. To wszystko za skromne 55 Euro.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

San Marino

Autor: admin o czwartek 19. Czerwiec 2014

Ku kolejnej przygodzie jak zwykle ruszyliśmy wieczorem. Dokładnie zaś w środę 18 czerwca. Czekał nas długi dojazd wielokrotnie przetartym szlakiem przez Kołbaskowo, obwodnicę Berlina, Monachium i Innsbruck z wjazdem do Italii na przełęczy Brennero. Niemniej jako się rzekło tym razem naszym celem nie były włoskie Alpy, więc musieliśmy pokonać całą długość dobrze nam znanej autostrady A22. Po czym w okolicy Modeny wskoczyliśmy na prowadzącą ku Adriatykowi autostradę A14. Cały czas w oddali po swej prawej ręce mieliśmy łagodne zbocza Apenin. Minęliśmy Bolonię, Imolę, Faenzę, Forli i Cesenę by na wysokości Rimini zjechać w końcu na prowadzącą prosto ku San Marino drogę krajową N72. Tym samym do najstarszej republiki świata, założonej według legendy w 301 roku n.e. przez św. Marinusa, wjechaliśmy „głównym wejściem” od strony Serravalle. Zarezerwowałem nam nocleg w pokoju gościnnym budynku sąsiadującego z motelem Hostaria da Lino pod adresem Piazza Grande 47. Nie od razu znaleźliśmy ten adres. W trakcie poszukiwań, przejechaliśmy wjazd na wspomniany plac i dotarliśmy aż do murów Starego Miasta. W końcu około godziny 16:30 czyli po 18 godzinach jak zwykle męczącej podróży znaleźliśmy się na miejscu. Czekał na nas lokal przestronny, acz nieco ciemnawy. Niemniej nie było na co narzekać, tym bardziej że kosztował nas ledwie 41,80 Euro. Braki w dopływie dziennego światła wynikały zaś z górzystej geografii tego państewka. Pomimo, że lokal znajdował się na pierwszym piętrze wrażenia mieliśmy niczym z piwnicy, gdyż okna wychodziły na mury odgradzające Piazza Grande od położonej bezpośrednio wyżej kolejnej partii miasta.

Republika San Marino ma bogate związki z wielkim kolarskim światem. W 1965 roku wystartowało stąd Giro d’Italia wygrane w wielkim stylu przez Vittorio Adorniego. Niemniej po raz pierwszy uczestnicy „La Corsa Rosa” wspinali się po miejscowych drogach już w 1930 roku na etapie z Ankony do Forli wygranym przez słynnego czasowca Learco Guerrę. Po wojnie Giro zajrzało tu znowu w roku 1950 na etapie z Rimini do Arezzo. Natomiast już w sezonie 1951 po raz pierwszy wyznaczono tu etapową metę. Zorganizowano 24-kilometrową czasówkę ze startem w Rimini. Wygrał Giancarlo Astrua z przewagą 20 sekund nad Fausto Coppim i 40 sekund na Louisonem Bobet. Kolejny „etap prawdy” odbył się tu w 1956 roku na 13-kilometrowej trasie wytyczonej w całości po drogach Republiki. Wygrał Holender Jan Nolten z przewagą 2 sekund nad Hiszpanem Federico Bahamontesem i 8 sekund nad Jean’em Dotto. W międzyczasie przejazdowe premie górskie zdobywali tu w latach 1953 i 1955 Włosi: Pasquale Fornara i Giuseppe Minardi. Następnie w latach 1959 – 1964 – 1969 zakończyły się tu etapy ze startu wspólnego wygrane przez Nino Defilippisa, Szwajcara Rolfa Maurera i Franco Bitossiego. Lokalne drogi służyły za trasy kolejnych górskich czasówek. Od roku 1968 do 1997 zorganizowano ich jeszcze pięć. Dystanse były różne, najdłuższe 49-kilometrowe gdy start wyznaczano w Cesenatico, nieco krótsze gdy sygnał startera padał w Rimini, zaś najkrótsza ledwie 18-kilometrowa wersja czasówki miała miejsce w 1997 roku. Ten etap ze startem w Santarcangelo Romagna wygrał Paweł Tonkow. Przed Rosjaninem wspomniane dłuższe czasówki wygrali tej klasy mistrzowie co: Felice Gimondi (1968), Eddy Merckx (1969), Giuseppe Saronni (1979) i Roberto Visentini w trakcie pełnego kontrowersji Giro z 1987 roku. Natomiast ostatnim etapowym triumfatorem na ulicach San Marino był Andrea Noe’ (1998). W minionej dekadzie wyścig Dookoła Włoch bywał tu jeszcze trzykrotnie, lecz tylko przejazdem. Ostatnio w 2008 roku gdy zarówno premię górską w San Marino jak i etap z metą w Cesenie wygrał Alessandro Bertolini. Poza tematem wielkiego Giro godzi się jeszcze wspomnieć, iż w latach 1989-2005 kończył się w tym państewku, rozgrywany do roku 2010, prestiżowy włoski semi-klasyk Coppa Placci.

Jak przystało na kraj, który swego czasu mógł się pochwalić najgęstszą siecią dróg przyjeżdżając do San Marino mieliśmy do wyboru co najmniej kilka wariantów podjazdu pod Monte Titano (739 m. n.p.m.) czyli góry na zboczach której przez wieki budowano ową Republikę. W podręczniku dla cykloturystów „Passi e Valli in Bicicletta” wymieniono trzy różne, acz łączące się z sobą na pewnym etapie drogi na szczyt. Między innymi północną ze startem w Ponte Verucchio i południową z początkiem w Faetano Bassa. Niemniej według autora tej książki na miano najtrudniejszej i zarazem klasycznej zasługiwała opcja północno-zachodnia o włoskiej wioski Torello. Zdecydowałem się skorzystać właśnie z tej najbardziej konkretnej, niemal pozbawionej wypłaszczeń, propozycji wspinaczkowej. W teorii miała mieć ona 9,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,4 %, max. 10 % i przewyższeniu 510 metrów. Niemniej ponieważ pierwsze 800 metrów wyglądały na prawie płaskie postanowiłem darować sobie ten nieciekawy odcinek i zacząć podjazd dokładnie na przejściu granicznym w Gualdicciolo. Na rowery wsiedliśmy dopiero kwadrans po 19-tej, lecz był to w końcu jeden z najdłuższych dni w roku, więc czasu na zdobycie tej premii górskiej drugiej kategorii połączone ze zwiedzaniem najstarszej części miasta mieliśmy w bród. Jak wynika z danych programu „veloviewer” spaliśmy na wysokości 507 m. n.p.m. Aby zjechać do Gualdicciolo musieliśmy na drugim rondzie zjazdu skręcić w lewo. Gdy tylko dojechałem do miejsca za placami świsnął mi odgłos rower Darka i kątem oka zobaczyłem kolegę jadącego prosto czyli w kierunku Domagnano. Gdy po niespełna 7 kilometrach zjazdu dotarłem na sam dół skontaktowałem się z nim i ustaliliśmy, iż każdy zrobi pierwszą część wzniesienia od swojego miejsca postoju po czym spotkamy się na owym rondzie by razem pokonać ostatnie kilometry przed Starym Miastem.

Od granicy w Gualdicciolo do ronda na styku Strada Moricce z via 28 luglio w dzielnicy Borgomaggiore miałem 5,6 kilometra. Na tym niedługim odcinku stanąłem aż pięć razy by zrobić zdjęcia do foto-albumu z podróży. Podjazd potraktowałem dość ulgowo, jako prolog czytaj wstęp do bardzo długiej podróży, w której będę miał znacznie poważniejsze okazje do sprawdzenia swej formy fizycznej. Zgodnie z planem na rondzie spotkałem się z Darkiem, który dojechał w to miejsce jako pierwszy. Potem już wspólnie i całkiem żwawym tempem kontynuowaliśmy naszą wspinaczkę. Po przejechaniu 6,8 kilometra swego podjazdu miałem już za plecami wjazd na Piazza Grande. Z tego miejsca do końca asfaltowego podjazdu po via Piana na wysokości głównej bramy do Starego Miasta było jeszcze 2,5 kilometra. Według moich danych właściwy podjazd zakończyliśmy na wysokości 654 m. n.p.m. Pokonałem 9,3 kilometra w czasie 32:09 przy średniej prędkości 17,3 km/h. Jadąc wzdłuż murów Starego Miasta wskoczyliśmy na boczną drogę prowadzącą w górę do niewielkiego kościółka. Gdy przed nim stanęliśmy okazało się, że po lewej ręce mamy jakąś wąską dróżkę prowadzącą jeszcze wyżej. Postanowiliśmy zobaczyć gdzie nas ona zawiedzie. Tak zaczęła się stricte turystyczna część naszego wieczorku zapoznawczego z Apeninami. Najpierw dotarliśmy na mały plac przed miejscowym ratuszem (Palazzo Publicco). Potem kolejna stroma uliczka po chodniku i znaleźliśmy się przed Basilica di San Marino. Ostatni stromy kawałek po śliskiej, acz gładkiej kostce prowadził między restauracjami i zakończył się u bram Castello della Guaita na placu służącym za punkt widokowy skierowany na wybrzeże Morza Adriatyckiego. Wyżej niż zanotowane przez mój licznik 711 metrów n.p.m. nie dało się już wjechać. Jak na „prolog” przystało tego wieczora przejechałem tylko 20,3 kilometra o skromnym przewyższeniu 587 metrów.

20140619_san marino 1

20140619_san marino 2

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Giro dell’Appennino vol. 1

Autor: admin o środa 18. Czerwiec 2014

Oryginalnym pomysłem na główną wyprawę roku 2014 była wycieczka na francusko-hiszpańskie pogranicze. Po zakończonej sukcesem i pełnej niezapomnianych przygód eskapadzie szlakiem Route des Grandes Alpes zamarzyła mi się podobna etapówka na pirenejskich szosach. Co prawda idea ta spodobała się moim czterem alpejskim kompanom, lecz nie wszyscy oni mogli lub też czuli się na siłach by pójść za ciosem już w kolejnym sezonie. Piotr wolał przynajmniej na rok mentalnie i fizycznie odpocząć od tego rodzaju wyzwań. Romek zmienił charakter swej pracy zasiadając za kółkiem autobusu ekipy Active-Jet. Przez to nie mógł sobie pozwolić na solidne wiosenne treningi oraz przeszło dwutygodniowy urlop u progu kalendarzowego lata. Także Adam w trakcie naszych zimowych konsultacji wspominał o niepewnej sytuacji w swej pracy. Ja zaś nie chciałem ruszać w Pireneje za wszelką cenę tzn. w gronie nowych ludzi, bez większości swych wypróbowanych wspólników. Wolałem odłożyć ów projekt na półkę w nadziei na to, iż już w 2015 lub najpóźniej 2016 roku uda nam się zgrać swoje plany i możliwości by ponownie powołać do życia kolarską „Drużynę Pierścienia”. W realizacji jakiegokolwiek ambitnego planu zastępczego jak zwykle mogłem liczyć na pomoc i towarzystwo Darka Kamińskiego. Pozostało mi się tylko zdecydować na którykolwiek ze swych kilkunastu pomysłów na dwutygodniową podróż po górskich szosach Europy.

Ponieważ w minionej dekadzie 80% swoich kolarskich wzniesień zaliczyłem w Alpach już na wstępie owych rozważań odpadły wszelkie alpejskie projekty. W tym roku chciałem rozszerzyć swe horyzonty poznawcze tzn. zajrzeć w góry dotąd mi nieznane lub też ledwie poznane. Kusił mnie pomysł pierwszej w życiu wyprawy do Hiszpanii, najprędzej do Katalonii i Andory. Niemniej uznałem, iż skoro Pireneje i tak mnie w najbliższych latach nie ominą to w 2014 roku lepiej będzie skierować się ku Apeninom. Taki cel dalszej wyprawy wydał mi się przy tym bezpieczniejszy z uwagi na pewien poziom znajomości kraju „gospodarza” oraz miejscowego języka. Apeniny poznałem już zresztą przelotnie w lipcu 2011 roku podczas wycieczki z Iwoną do Cinque Terre i Toskanii. Teraz przyszedł czas na czysto sportowe wyzwanie. Od początku było dla mnie jasne, że organizacyjnie będzie to skomplikowane przedsięwzięcie. Jadąc na dwa tygodnie w Alpy (włoskie, francuskie, szwajcarskie czy austriackie) można sobie wybrać niemal dowolny region by z bazą noclegową w jednym czy dwóch miejscach oraz umiarkowanym korzystaniem z własnego auta zaliczyć na rowerze 20, 30 czy jeszcze więcej wartościowych podjazdów w stosunkowo bliskiej okolicy.

Powtórzenie takiego manewru w Apeninach jest niemożliwe z uwagi na to, iż choć tutejsze podjazdy swą wielkością niewiele ustępują tym alpejskim to jednak są znacznie mniej liczne, a przy tym rozrzucone na całej szerokości geograficznej włoskiego buta. Tym samym w fazie planowania podróży musiałem uwzględnić liczne i niekiedy długie transfery samochodowe oraz sporą ilość różnych miejsc noclegowych wedle zasady „niemal każda noc pod nowym dachem”. Tradycyjnie wpisując podjazdy na swą listę życzeń miałem na uwadze ich wielkość, skalę trudności a także wartość historyczną czyli częstotliwość występowania na trasach wielkich wyścigów, w tym przypadku przede wszystkim na Giro d’Italia. Szybko okazało się, że chcąc na rozległym obszarze od Monte Cimone na północy po Etnę na południu zaliczyć wszystkie wzniesienia z mojej prywatnej listy „most wanted” potrzebowałbym co najmniej 23 dni aby dopiąć swego. Tak długa podróż nie wchodziła w grę. Dlatego tyleż z musu co z rozsądku podzieliłem sobie całe Apeniny na dwie strefy geograficzne po to by w pierwszym podejściu zająć się dokładniejszym zwiedzeniem północnej i środkowej części tych gór. Natomiast na drugie danie pozostawić zaś sobie południe półwyspu połączone z przeprawą na Sycylię. Plus tego rozwiązania będzie taki, iż spędzę w Apeninach nie trzy, lecz ponad cztery tygodnie. Co za tym idzie dam sobie szansę na zbadanie nie 45 czy 50, lecz około 70 nowych podjazdów.

Na tym etapie mojego procesu decyzyjnego pozostało mi się zdecydować na to jakie regiony wchodzą w skład hasła „Apeniny Północne i Środkowe” czyli jak daleko na południe Włoch mamy zajechać. Początkowo ów biegun naszej wyprawy widziałem na południowych kresach regionów Abruzja i Lacjum. Ostatecznie uznałem jednak, iż warto będzie jeszcze zahaczyć o niewielki region Molise by już ramach Giro dell’Appennino vol. 1 zmierzyć się z często wykorzystywanym na Giro podjazdem do stacji narciarskiej Campitello Matese. Późna data tegorocznego Bożego Ciała skłoniła mnie do wydłużenia tej wycieczki z 16 do 18 dni. W zasadzie mieliśmy do swej dyspozycji czwartkowy wieczór 19 czerwca oraz 17 kolejnych, pełnych dni do niedzieli 6 lipca włącznie. Na miejsce prologu naszego Wielkiego Touru upatrzyłem sobie Republikę San Marino. Następnie planowaliśmy zjechać na południe wschodnią stroną półwyspu przez regiony: Marche, Abruzzo i Molise. Po czym bardziej zachodnią flanką wrócić na północ jadąc przez: Lacjum, Umbrię, Toskanię, Ligurię po to by finałowy weekend spędzić na drogach Emilii.

Treść menu owej górskiej uczty podyktował mi mój wielki apetyt na kolarskie podjazdy. Na terenie wszystkich w/w regionów znalazłem łącznie aż 47 „premii górskich” godnych naszego zainteresowania. To wszystko przy założeniu, że dwanaście razy uda nam się w ciągu jednego dnia pokonać aż trzy wzniesienia. Zaprojektowałem trasę naszej podróży, po czym poprzez stronę booking.com zabrałem się do rezerwacji noclegów. W sumie na czekające nas 17 noclegów musiałem znaleźć aż 15 różnych lokalizacji. Jedynie w Lettomanopello u podnóża masywu Majella oraz w Bagni di Lucca mogliśmy sobie pozwolić na dwa noclegi w jednym miejscu czyli luksus jednej doby bez przeprowadzki. Pełnego czytaj przesadnie ambitnego planu nie udało nam się zrealizować. Co prawda pogoda na ogół dopisywała, lecz z uwagi na długotrwałe transfery i jeden wypadek przy pracy musieliśmy na bieżąco korygować nasz program. Jednym słowem odchudzać go poprzez wyrzucanie mniej wartościowych lub co bardziej kłopotliwych jego elementów. Ostatecznie ze wstępnie wybranych musiałem pominąć podjazdy takie jak: Cantoniera di Carpegna, Monte Carpegna, Rionero Sannitico, Campaegli, Selva Rotonda, wschodnia Monte Amiata, Vestito, Faiallo, Bocchetta, Tomarlo, Sillara i bolońskie Santuario di San Luca. Tym niemniej skończywszy tą eskapadę po stronie swoich aktywów mogłem zapisać 37 nowych wzniesień, z czego 34 „górskie skalpy” o przewyższeniu przynajmniej 500 metrów, w tym 20 „tysięczników”.

Teraz przyszedł czas na pokuszenie się o dokładną relację z tej wspaniałej podróży. Postaram się ją podsumować w osiemnastu odcinkach, które zamierzam napisać podczas dziewięciu najbliższych tygodni.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Grand Colombier

Autor: admin o niedziela 7. Lipiec 2013

Dzięki uprzejmości napotkanej w Culoz „Samarytanki” noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w Artemare. Przybywając do tego miasteczka w sobotni wieczór nie załapaliśmy się na żaden wolny lokal w anonsowanym hotelu Michallet. Niemniej po drugiej stronie Rue Neuve vis a vis hotelu były jeszcze wolne pokoje w dwupiętrowym budynku należącym do tego samego właściciela. Ustaliliśmy cenę noclegu, odebraliśmy klucze i przemyciliśmy rowery do naszej stancji, nie chcąc ich na noc zostawiać w garażu. Po odświeżeniu się dość szybko padliśmy w objęcia Morfeusza. Plan na niedzielne pożegnanie z szosami Francji mieliśmy zacny, acz nie przesadnie ambitny, przynajmniej jeśli chodzi o długość rowerowej przejażdżki. Mogłem się wyspać do woli. Darek również skorzystał z takiej okazji. Tymczasem niespokojny duch zerwał Adama z posłania już z samego rana. Nasz młody kolega cichaczem wstał i przygotował się do wyjścia na rower. Następnie już około 7:00 wyruszył na niespełna 16 kilometrową przejażdżkę po najbliższej okolicy. Gdy my jeszcze smacznie spaliśmy on na luzie pokręcił przez trzy kwadranse zahaczając o wioskę Vireu-le-Petit położoną na zachodnim szlaku pod górę Grand Colombier (1501 m. n.p.m.). Wzniesienie to było naszym celem podczas ostatniego etapu tej wakacyjnej podróży, lecz zamierzaliśmy je zdobyć od innej strony. To znaczy klasycznym szlakiem południowym wielokrotnie wykorzystywanym na wyścigu etapowym Tour de l’Ain, zaś w sezonie 2012 zaprezentowanym całemu światu na dziesiątym odcinku Tour de France.

Adam zdążył wrócić ze swego rekonesansu zanim my zdołaliśmy się przebudzić. Po godzinie 9:00 udaliśmy się na śniadanie w hotelu Michallet, zaś po naładowaniu naszych akumulatorów z wolna przystąpiliśmy do pakowania się na długą drogę do Polski. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy w stronę ojczyzny zgodnie z planem dnia zatrzymaliśmy się w Culoz o podnóża najsławniejszej z dróg prowadzących do „Wielkiego Gołębnika”. Ja z Darkiem podjechałem w to miejsce samochodem, zaś Adam najwyraźniej nienasycony swym porannym rozruchem postanowił pokonać ów 8-kilometrowy odcinek po szosie D904 na rowerze. Dojechawszy do Culoz musieliśmy zboczyć z tej drogi na wysokości Rue du Stade. Tu skręciliśmy w lewo i niemal od razu zaparkowaliśmy na parkingu przy stadionie piłkarskim Espace Louis Falconnier. W tym miejscu ledwie 1700 metrów od błękitnych wód Rodanu, które wyznaczają naturalną granicę pomiędzy Alpami a Jurą zaczyna się jeden z najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Francji. Południowy podjazd pod Grand Colombier liczy sobie 17,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % i max. 12,5 %. Podczas tej wspinaczki trzeba pokonać 1255 metrów przewyższenia. Mało który podjazd we Francji poza Alpami i Pirenejami może pochwalić się tak imponującymi parametrami. Według skali trudności opublikowanej na stronie www.zanibike.net (archivio salite) jest on wart aż 1026 punktów. Dla porównania w tym samym zestawieniu słynne L’Alpe d’Huez zasłużyło sobie na zaledwie 913 punktów, północny Col du Galibier (acz bez przełęczy Telegraphe) na 926, zaś wschodni szlak pod Col du Tourmalet oceniony został na 1013. Warto przy tym dodać, że dróg wiodących ku Grand Colombier jest aż cztery i wcale ta z Culoz, choć najbardziej znana nie jest wcale najtrudniejsza. Porównywalnie trudny jest wschodni wariant wspinaczki ze startem w Anglefort. Natomiast na najcięższą wygląda krótszy z dwojga zachodnich szlaków biorących swój początek poznanym przez nas miasteczku Artemare (15,9 km przy średniej 7,8 % i max. 13,5 %).

Góra ta po raz pierwszy zaistniała w kolarskim światku we wrześniu 1980 roku na wyścigu Tour de l’Avenir. Pierwszy fragment jedenastego etapu tej imprezy z finałem na Grand Colombier wygrał świeżo upieczony mistrz olimpijski z Moskwy Siergiej Suchoruczenkow. Bardzo dobrze spisali się tego dnia reprezentanci Polski. Czesław Lang był trzeci ze stratą 42 sekund do znakomitego Rosjanina, zaś Jan Krawczyk finiszował ósmy. Po pod koniec XX wieku wzniesienie się to stało się niemal stałym punktem programu rozgrywanej od roku 1996 sierpniowej etapówki Tour de l’Ain. Na górze tej aż osiem razy kończyły się królewskie etapy tego wyścigu. Po raz pierwszy stało się tak w sezonie 1999 i znów wśród najlepszych mieliśmy swojego człowieka. Etap ten wygrał co prawda Nowozelandczyk Christopher Jenner, lecz drugi ze stratą 11 sekund finiszował nasz Grzegorz Gwiazdowski, który dzięki temu zapewnił sobie generalne zwycięstwo w wyścigu. Działo się to dokładnie na tydzień przed wielce niespodziewanym, acz w pełni zasłużonym triumfem „Gwiazdy” w pucharowym klasyku Meisterschaft von Zurych (Mistrzostwa Zurychu). Warto przy tym dodać, że drugi etap tej imprezy z metą w Bourg-en-Bresse wygrał nasz sprinter Artur Krzeszowiec. Na tym jednak nie koniec polskich sukcesów na drogach departamentu Ain. W 2002 roku ostatni etap owej etapówki z finałem na Grand Colombier wygrał Marek Rutkiewicz. Na górze tej finiszowano też w latach 2000-2001, 2005, 2007, 2009 i 2011, zaś na liście triumfatorów możemy znaleźć tak znane postacie jak John Gadret, Rein Taaramae czy Thibaut Pinot. Dopiero jednak w sezonie 2012 Grand Colombier wszedł na kolarskie salony, choć nie wystąpił w pierwszoplanowej roli etapowej mety. Najpierw w czerwcu znalazł się na trasie piątego etapu Criterium du Dauphine wygranym przez obecnego mistrza Francji Arthura Vichot. Natomiast miesiąc później przetestowano go na dziesiątym odcinku Tour de France. Podobnie jak na CdD ze szczytu wzniesienia do mety brakowało kilkudziesięciu kilometrów. Niemniej nie przeszkodziło to Thomasowi Voecklerowi w wygraniu tak premii górskiej jak i samego etapu do Bellegarde-sur-Valserine z parosekundową przewagą nad Michele Scarponim i Jensem Voigtem.

Na nasz własny pojedynek z „Wielkim Gołębnikiem” wyruszyliśmy kilka minut po godzinie jedenastej przy temperaturze 25 stopni Celsjusza. Jak już wspomniałem podjazd zaczyna się na Rue du Stade, która następnie przechodzi w Rue de la Millette i Rue Albert Ferier. Od samego dołu do przełęczy wyznaczonej pomiędzy niewiele wyższymi od niej wierzchołkami Grand Colombier (1531 m. n.p.m.) oraz Croix de Colombier (1525 m. n.p.m.) wspinaczka prowadzi po drodze D120. Dopiero jednak po przebyciu 2200 metrów i opuszczeniu administracyjnych granic Culoz przybiera ona nazwę Route du Grand Colombier. Pierwszy kilometr ma jeszcze umiarkowane nachylenie, lecz już dwa kolejne pną się stromo przy średnim nachyleniu na poziomie 9 %. Na pierwszych trzech kilometr droga pokonuje w sumie sześć wiraży. Okazją do odrobiny wytchnienia jest niezbyt trudny czwarty kilometr. Tuż po nim przychodzi jednak czas na jeden z dwóch najtrudniejszych, a przy tym niewątpliwie najpiękniejszy fragment całego wzniesienia. W połowie piątego kilometra na wirażu nr 7 droga dociera do swego najdalej na wschód wysuniętego punktu, a przy tym wspaniałego miejsca widokowego na dolinę Rodanu. Zresztą ta piękna rzeka to tylko jeden element niezapomnianego obrazu, który ukazuje się w tym miejscu naszym oczom. W tle widać taflę Lac du Bourget oraz otaczające to jezioro dwa górskie masywy czyli Mont du Chat po jego prawej i Mont Revard po lewej stronie. Niemniej na podziwianie tak pięknych okoliczności przyrody nie mogliśmy sobie w tym momencie pozwolić. Przez trzy kolejne kilometry trzeba się było zmagać ze stromizną na średnim poziomie 9,7 %. Przy tym cały kilometr szósty miał niemal 11 %. Ale to nie koniec atrakcji. Na początku szóstego kilometra trzeba było pokonać aż dwanaście wiraży (od 7 do 18) na przestrzeni zaledwie 400 metrów. Jeden wiraż po chwili przechodził w kolejny. Prawdziwy ślimak czy korkociąg jak kto woli. Pamiętam, że podczas relacji z ubiegłorocznego TdF zrobiono w tym miejscu ze śmigłowca przecudnej urody ujęcia topniejącego peletoniku na tle wapiennych skał i tego wszystkiego w dole o czym już napisałem.

Po przełknięciu ślimaka czekała na nas 400-metrowa prosta, a potem jeszcze trzy zakręty na przestrzeni pół kilometra. W tym pokręconym i trudnym terenie ponownie zaczęła się ujawniać moja nieznaczna przewaga nad Adamem. Po przejechaniu siódmego kilometra miałem kilkanaście sekund przewagi nad swym kolegą. Na tle tego co właśnie przebyliśmy kolejne 1800 metrów wyglądało niemal jak jazda po płaskim. Nie forsowałem tempa dając sobie szansę na chwycenie głębszego oddechu, zaś Adamowi okazję na złapanie ze mną kontaktu. Na dziewiątym kilometrze ponownie jechaliśmy razem. Po przebyciu 8,8 kilometra na wysokości około 890 metrów n.p.m. dotarliśmy do łącznika naszej drogi z szosą D120A dochodzącą w to miejsce od strony Anglefort. Najwyraźniej jednak tak trudna górę ciężko było oszukać. Gdy tylko zrobiło się bardziej stromo ponownie chcąc nie chcąc odjeżdżałem Adamowi. W końcu uznaliśmy, że każdy dotrze na szczyt własnym tempem. Po przebyciu 9,7 kilometra na zakręcie nr 22 droga zawracała w kierunku południowym, a przy tym podkręciła nam śrubę. Teraz trzeba było pokonać ponad 3-kilometrowy odcinek do miejsca zwanego Le Sapette, w tym pierwsze dwa kilometry na średnim poziomie 10,5 %, w tym cały kilometr o stromiźnie 11,6 %. O szczegółach tego rodzaju cząstkowych wyzwań informowały nas zresztą co kilometr biało-zielone tablice z danymi takimi jak: aktualna wysokość, ilość kilometr od dołu i do góry oraz średnie nachylenia kolejnego kilometra. Na wirażu w La Sapette kolejna zmiana kierunku i powrót na północ. Jeszcze dwa kilometry przez las, tym razem w bardzo nierównym terenie. Z jednej strony dość strome 600 metrów, z drugiej podobnej długości odcinek z delikatną tendencją zniżkową. Leśne ostępy ustąpiły pola górskim łąkom po przejechaniu 14,7 kilometra dokładnie na wysokości 1300 metrów n.p.m. Z tego miejsca do przełęczy pozostawały jeszcze niespełna trzy kilometry.

W tej fazie podjazdu na szosie widać było liczne ślady po zeszłorocznej wizycie Tour de France. Natomiast po prawej ręce rychły koniec wysiłku zwiastował maszt na szczycie góry. Po przejechaniu 15,1 kilometra minąłem ostatni wiraż, mocno obstawiony samochodami. Z kolei pół kilometra dalej boczną dróżkę odchodzącą w lewo ku Auberge du Colombier. Potem pozostała mi już tylko do pokonania długa, lekko wijąca się prosta do samej mety. W samej końcówce jeszcze krótki przejazd po „rolkach” czyli tzw. bariera kanadyjska oraz szeroki wiraż w lewo i na tym koniec. Wspinaczka zajęła mi 1 godzinę 17 minut i 9 sekund przy średniej prędkości 14,1 km/h i umiarkowanym VAM rzędu 976 m/h. Adam zjawił się na górze ze stratą ponad dwóch minut uzyskując czas 1h 19:24. Na Darka przyszło mi czekać ze czterdzieści minut. Wjechał na górę w 1h 57:15, ale nie był to bynajmniej wyraz jego możliwości. Od samego początku został w tyle odczuwając trudy całej wyprawy i ambitnej wspinaczki do Semnoz. Niemniej na całej trasie zrobił sobie jeszcze tuzin przystanków, które kosztować go musiały co najmniej kwadrans. Właściwego sobie rytmu nie mógł znaleźć przede wszystkim na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Adam jako pierwszy ruszył w dół i w połowie zjazdu zboczył z utartego wcześniej szlaku aby dotrzeć do Culoz dłuższą trasą przez Anglefort. Tymczasem mnie na zjeździe spowolnił defekt w postaci „kapcia” w tylnym kole. Na tym przymusowym postoju dopadł mnie Darek i dalej już pojechaliśmy razem. Przy tym bardzo spokojnie robiąc kilka foto-przystanków, w tym ten najważniejszy z widokiem na piękno doliny Rodanu. Przy aucie odnaleźliśmy się około kwadrans po czternastej. Teoretycznie można było jeszcze zahaczyć o pobliską Col de la Biche (1325 m. n.p.m.), ale przy upale dochodzącym już do 35 stopni nikt z nas nie miał na to ochoty. Samotna Grand Colombier była wystarczająco smakowitą wisienką na naszym alpejskim torcie by zadowolić nasz sportowy apetyt. Ruszyliśmy więc w długą drogę do kraju przez Szwajcarię i Niemcy. Aczkolwiek przed opuszczeniem Francji około godziny siedemnastej raz jeszcze zatrzymaliśmy się nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Tym razem tylko na obiad w Evian-les-Bains.

Napisany w Jura francuska 2013 | Komentarze są wyłączone