banner daniela marszałka

Estacion Vallter-2000 & Coll de Jou

Autor: admin o sobota 28. Maj 2016

Moje plany na rok 2016 w ogólnym zarysie były podobne do tych z dwóch poprzednich sezonów. Chciałem zorganizować dwie wyprawy: dłuższą podzieloną na co najmniej 15 etapów oraz krótszą minimum 10-dniową. Tym razem jednak postanowiłem poszerzyć swoje dotychczasowe horyzonty poznawcze i w ramach jednej z tych eskapad wybrać się tam gdzie mnie dotąd nie było. Po kilkunastu latach na szosach: Włoch, Francji, Szwajcarii, Austrii czy Niemiec zapragnąłem poznać również górskie drogi Hiszpanii. Oczywiście nie wszystkie za jednym zamachem. Ten kraj jest na to zbyt duży, a poza tym interesujących mnie wzniesień (nie tylko tych rodem z Vuelty) ma ze sto-kilkadziesiąt. Espana jest więc tematem do rozpracowania w pięciu aktach. Od czegoś trzeba było zacząć, więc na początek ostrożnie wybrałem region najbliższy naszej ojczyzny czyli Katalonię. Do niej dodałem zaś jeszcze kilkudniowy przystanek w kolarskim raju tzn. sąsiedniej Andorze. W realizacji swych planów jak zwykle mogłem liczyć na pomoc Darka Kamińskiego. Dołączył do nas Rafał Wanat, który z racji znakomitej znajomości języka i kultury mógł się sprawdzić nie tylko w roli kompana, lecz zarazem naszego przewodnika po kraju, w którym się wychował. Zaprojektowałem dla nas wyprawę obliczoną na szesnaście dni tzn. z kolarskimi etapami od 28 maja do 12 czerwca. Dwanaście mieliśmy spędzić na ziemi katalońskiej, zaś cztery we wspomnianym już pirenejskim Księstwie. W tym czasie mieliśmy zaliczyć około trzydzieści miejscowych wzniesień. Trasę naszego objazdu w skrócie można określić słowami: Girona > Barcelona > Andorra > Lleida. Ze względów logistyczno-sportowych świadomie darowałem nam zjeżdżanie w okolice Tarragony. Wydała mi się ona nazbyt oddalona od Pirenejów, a po drugie w tej południowej prowincji godna uwagi jest jedynie góra Mont Caro, którą da się kiedyś zahaczyć w drodze ku Andaluzji.

Na stronie booking.com zabukowałem sześć lokali na czas adekwatny do długości naszego pobytu w danym górskim rejonie. Dwa pierwsze noclegi w miejscowości Navata (na zachód od Figueres), potem jeden w Montseny (na terenie Parku Naturalnego o tej samej nazwie), po pięć w Baga (na północ od Berga) i Encamp (powyżej Andorra la Vella), jeden w Espot (u wrót Parku Narodowego Aiguestortes i Estany de Sant Maurici) i dwa ostatnie w miasteczku Vielha (na terenie Doliny Aran). Po trwającej nieco ponad dobę podróży z Trójmiasta przez Gorzów Wielkopolski (gdzie zgarnęliśmy Rafała), Niemcy i Francję dojechaliśmy do Apartahotel Suites Vila Birdie w piątkowy wieczór. Okazało się, że wylądowaliśmy na osiedlu dwupiętrowych apartamentowców wybudowanego na terenie klubu golfowego. Standard tej stancji był dobry, zaś koszt pobytu niezbyt wygórowany czyli 85 Euro od 3 osób za każdą dobę. In minus zaskoczyła nas dopiero pogoda w sobotni poranek. Było dość rześko i pochmurnie. Pozostało mieć nadzieję, iż inne warunki panować będą na trasie pierwszego etapu naszej podróży. Tego dnia mieliśmy zaliczyć podjazdy położone przeszło 50 kilometrów na zachód od naszej pierwszej bazy noclegowej. Czekały nas wspinaczki z Camprodon do Estacio de Esqui Vallter-2000 (2151 metrów n.p.m.) oraz z San Joan de les Abbadesses na przełęcz Coll de Jou (1637 metrów n.p.m.). Ten pierwszy aż 23-kilometrowy podjazd znany jest kolarskim kibicom z tras Volta a Catalunya. W ostatnich latach dwukrotnie zmagali się z nim zawodnicy ścigający się w tej worldtourowej etapówce. W 2014 roku etap Volty z metą w tej stacji wygrał Amerykanin Tejay Van Garderen przed Francuzem Romainem Bardet i Hiszpanem Alberto Contadorem. Natomiast rok wcześniej najszybciej zameldował się tu Kolumbijczyk Nairo Quintana, który wyprzedził Hiszpana Alejandro Valverde i Katalończyka Joaquina Rodrigueza. Dodać też można, że przeszło dwie dekady wcześniej górskie odcinki VaC wygrywali w tym miejscu: Szwajcar Tony Rominger (1992) i Hiszpan Juan Fernandez (1986).

Do Camprodon dotarliśmy wczesnym popołudniem. Do przejechania samochodem mieliśmy 62 kilometry w kierunku północno-zachodnim. Przez większą część trasy dojazdowej pogoda była nieciekawa, aż tu nagle po wyjechaniu z pewnego tunelu zniknęły szare chmury i powitał nas błękit nieba. Zaparkowaliśmy w zacisznym parku miejskim jakieś 300 metrów od ronda, przy którym mieliśmy zacząć pierwszą z sobotnich wspinaczek. Pierwsza część podjazdu do Vallter-2000 prowadzi po drodze GIV-5264. Po pierwszych 500 metrach trzeba było przejechać przez krótki tunel, zaś jeszcze przed końcem pierwszego kilometra minąć dwa ronda. Na drugim z nich należało odbić lekko w lewo ku bardzo eleganckim miejscowościom Llanars (2,6 km) i Villalonga de Ter (5,6 km). Znając profil tego wzniesienia wiedzieliśmy, że jego pierwsza połowa jest znacznie łatwiejsza od drugiej. Dojazd do Setcases (11,4 km) to w zasadzie falsopiano będące wymarzonym terenem do dobrej rozgrzewki przed właściwą wspinaczką. Zacząłem mocno i szybko kręcąc na dużej tarczy. Korzystając ze sprzyjającego wiatru odcinek 10,6 kilometra między rondami w Camprodon i Setcases przejechałem z prędkością 24,9 km/h. Na pierwszych kilometrach Rafał ambitnie starał się jechać na moim kole. Za to Dario od razu odpuścił aby w swoim stylu spokojnie się rozkręcić. Tym niemniej jak się wkrótce okazało nieco przesadziłem z oceną swych możliwości na samym początku tej wyprawy. Nie byłem do niej dobrze przygotowany. Począwszy od 20 lutego przejechałem na szosie tylko jakieś 2800 kilometrów plus miałem jeszcze w nogach 28 godzin kręcenia na trenażerze. Moja waga też pozostawiała sporo do życzenia trzymając się na poziomie 78-79 kilogramów. Gdy powyżej Setcases zrobiło się bardziej stromo te braki kondycyjne i zbytki fizyczne szybko dały o sobie znać. Najtrudniejsze kilometry miały średnie nachylenie powyżej 9%, zaś maksymalne nachylenie poszczególnych ścianek sięgało 12 czy nawet 14%.

W udach mnie zapiekło, w płucach zakuło, oddech stał się nierówny i już pod koniec szesnastego kilometra od Camprodon byłem gotów zrobić sobie postój. Walcząc z kryzysem pomyślałem jednak, że dokręcę jeszcze do najbliższego wirażu i dopiero tam stanę. Na szczęście za tym zakrętem stromizna na chwilę odpuściła co pozwoliło mi wyrównać oddech i przełamać się psychicznie. Droga nosząca od tego miejsca oznaczenie C-771 przez kolejne sześć kilometrów wiodła przez las Bosc de la Xoriguera. Najtrudniejszy fragment wspinaczki skończył się wcześniej bo po przejechaniu 19,3 kilometra. Ze wspomnianego lasu wyjeżdża się jakieś 2200 metrów przed finałem. Na przedostatnim kilometrze droga wiedzie aż przez siedem serpentyn, zaś w samej końcówce są jeszcze dwa wiraże. Na skraju czy wręcz środku szosy co rusz wyznaczone są parkingi przygotowane dla tysięcy narciarzy, którzy mogą się tu sprawdzić na 12 trasach zjazdowych. Cały podjazd o długości 23,7 kilometra i przewyższeniu 1192 metrów pokonałem w czasie 1h 21:40 (avs. 17,4 km/h). Zgodnie z oczekiwaniami w górnej połówce jechało się już znacznie trudniej czyli wolniej. Według stravy odcinek powyżej Setcases czyli 12 kilometrów przy średnim nachyleniu 7,4% pokonałem ze średnią prędkością 13,5 km/h i VAM 998 m/h. U kresu wspinaczki na moich towarzyszy czekałem równo 20 minut. Przyjechali razem, pedałując zgodnie ramię w ramię. Rafał po słabiej przepracowanej wiośnie musiał się tu trochę zaginać. Natomiast Darek wcielił się w rolę „gregario di lusso” i jak na swoje możliwości pojechał oszczędnie zachowując sporo sił na podjazd pod Coll de Jou. U góry stanęliśmy do pamiątkowych zdjęć pod drewnianą tablicą. Dario nakręcił kilka filmików. Na koniec zaszliśmy jeszcze na kawę do restauracji Moritz znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie tamtejszych stoków narciarskich. Odwrót zaczęliśmy dopiero o piętnastej. Przy dobrej pogodzie zjazd do Camprodon był czystą przyjemnością, choć w jego dolnej części z racji skromnego nachylenia trzeba było trochę dokręcać.

20160528_142919

20160528_145621

20160528_151120

Po dotarciu do auta czekał nas 13-kilometrowy transfer do San Joan de les Abbadesses. Już na rowerach przejechaliśmy całe to miasteczko ze wschodu na zachód jadąc po krajówce N-260. Następnie tuż przed rozpoczęciem drugiej wspinaczki „sforsowaliśmy” most nad rzeką Ter. Wschodni podjazd po Coll de Jou zaczyna się na drodze GIV-5211. W teorii miał liczyć 14 kilometrów o przewyższeniu netto 865 metrów. Całość tego wzniesienia podzielić można na dwie łatwe i dwie trudne kwarty. Zdecydowanie najtrudniejszy miał być odcinek pomiędzy 4 a 7 kilometrem od startu. Wystartowaliśmy o 17:10 przy niepokojąco ciemnym niebie. Tym razem Darek ruszył bardzo żwawo. Udało mi się utrzymać jego tempo tylko na pierwszych czterech kilometrach. Za Ogassą zrobiło się dla mnie zbyt stromo. Po raz pierwszy zgubiłem jego tylne koło na stromej ściance tuż za tą wioską. Jednak po przejechaniu 4,7 kilometra Dario wybrał zły skręt w prawo, ja pojechałem w ciemno za nim i tak razem nadrobiliśmy 1200 metrów. Zanim wróciliśmy na właściwy szlak chwilowo na pozycję lidera wyszedł Rafał. Gdy po kilkuset łatwiejszych metrach znów zrobiło się stromo dałem za wygraną. Darek jako pierwszy przegonił Rafała, ja wkrótce wróciłem na drugą pozycję. Stromizny sięgające 15% na razie jeszcze były ponad moje siły. Na domiar złego po przejechaniu 7,2 kilometra (tzn. 6000 metrów o ile byśmy się wcześniej nie pogubili) skończył się asfalt. Po zakręcie w lewo wjechaliśmy na Cami d’Ogassa betonową drogę kiepskiej jakości, na której maksymalne nachylenie sięgało 17-18%! To już mnie dobiło. Dwa razy zszedłem z roweru i przespacerowałem się do miejsca, w którym mógłbym się wpiąć ponownie w pedały. Już do końca jechało mi się ciężko. Byłem zagotowany i nie mogłem złapać swego rytmu. Ciężko było wyczuć, w którym miejscu kończy się ten podjazd. Przełęcz minąłem po przejechaniu 15,4 kilometra. Niemniej droga nadal lekko się wznosiła, więc przejechałem jeszcze 500 metrów do spotkania z zawracającym Darkiem. Sam dojazd na przełęcz zabrał mi w 1h 04:02, z czego około 1h 00:30 spędziłem na właściwym szlaku. Według stravy finałowe 8 kilometrów o średniej 6,7% przejechałem w czasie 39:46 ze średnią prędkością 12,2 km/h i VAM ledwie 805 m/h. Dla porównania Darek był tu o blisko trzy i pół minuty szybszy. Z kolei Rafał na pokonanie tego odcinka potrzebował niemal 51 minut.

Tym niemniej na ciężkiej wspinaczce nie skończyła się nasza pierwsza potyczka z katalońskimi górami. Na zjeździe dopadła nas górska burza. Stosunkowo najmniej odczuł ją Rafał, który nie przejmował się robieniem zdjęć z trasy i najszybciej dotarł do miasta. Ja wraz z Darkiem utknąłem w górnej części wzniesienia próbując przeczekać okresy najgwałtowniejszych opadów w cieniu drzew. Gdy deszcz lekko odpuszczał próbowaliśmy pokonać możliwie najdłuższy odcinek zjazdu. W tych trudnych warunkach Dario mając pewne problemy z hamulcami na jednym z wiraży pojechał na wprost i ledwo się wybronił z podbramkowej sytuacji. Potem już bez większych przygód zjechaliśmy do San Joan de les Abbadesses. Gdy dotarliśmy do samochodu Rafał poinformował nas, iż gdzieś na tym burzliwym zjeździe zgubił swe drogocenne okulary firmy Oakley. Postanowiliśmy je odnaleźć przed rychłym zachodem słońca. Rafa miał swoje podejrzenia co do tego gdzie mógł się z nimi rozstać. Bez wielkiej wiary w powodzenie akcji poszukiwawczej raz jeszcze ruszyliśmy więc pod górę, choć tym razem samochodem. O dziwo znaleźliśmy ową zgubę na jednym z zakrętów powyżej Ogassy. Gdy ponownie zjechaliśmy do miasta była już prawie 20:30. Dlatego zamiast na głodnego jechać do bazy w Navacie  postanowiliśmy zjeść naszą obiadokolację w San Joan. Weszliśmy do baru El Poste gdzie jednak nie dane nam było porozmawiać w spokoju. Lokal był przepełniony. Dla miejscowych znakomitą okazją do weekendowego spotkania stała się relacja z finału footballowej Ligi Mistrzów. Tym bardziej, że w finale tych rozgrywek doszło do derbów Madrytu pomiędzy Realem a Atletico. Załapaliśmy się na gola dla królewskich w 15-tej minucie meczu, lecz z wyjściem nie czekaliśmy nawet do końca pierwszej połowy. Mimo tego do bazy noclegowej wróciliśmy już po zmroku. Pierwszy dzień naszej Volty nie należał do łatwych. Na „dzień dobry” alias „bon dia” przejechałem 82 kilometry o łącznym przewyższeniu 2202 metrów.

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Colle del Nivolet

Autor: admin o niedziela 20. Wrzesień 2015

Cierpliwość jednak popłaca. Na sam koniec wyprawy trafił nam się słoneczny weekend. Mieliśmy idealne warunki do tego by ledwie dobę po wjechaniu na Colle delle Finestre (2178 m. n.p.m.) pójść za ciosem i ostatniego dnia pokonać 40-kilometrowy podjazd na Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.). Tą wyniosłą przełęcz z pogranicza Doliny Aosty i piemonckiej prowincji Torino miałem na swym celowniku od kilku lat. W sumie do roku 2011 zaliczyłem niemal wszystkie najwyższe premie górskie na Starym Kontynencie. Do kompletu wzniesień o wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. brakowało mi jedynie andaluzyjskiej Estacion Sierra Nevada (najlepiej z finałem na Pico Veleta) oraz piemonckiej Colle del Nivolet. O ile wyprawa do Grenady ze względu na dystans dzielący Trójmiasto od ostatniej stolicy Maurów pozostaje sprawą dalszej przyszłości, o tyle atak na Nivolet wydawał się jedynie kwestią czasu i sprzyjających okoliczności. Teraz się one nadarzyły i owego wyzwania nie mogło zabraknąć w programie naszej wycieczki po zachodnich rubieżach Italii. Podjazd z Locany na przełęcz Nivolet miał być najdłuższym i zarazem największym w moim życiu. Wedle danych z „archivio salite” miał liczyć 40,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,9 % i mieć przewyższenie 1999 metrów. Dotychczas moim najdłuższym podjazdem była północna wspinaczka na Col d’Iseran we francuskich Alpach. Natomiast najbliższy „zrobienia” 2000 metrów w pionie byłem o dziwo nie w Alpach, lecz w Apeninach gdy z abruzyjskiego miasteczka Scafa wjechałem na Blockhaus w masywie Majella. Teraz mogłem pobić oba te prywatne rekordy za jednym zamachem. Darek był w podobnej sytuacji. Dlatego wystarczającym magnesem do przyciągnięcia nas w te strony były już same walory fizyczne tego wzniesienia. Przełęcz Nivolet łączy piemoncką dolinę Valle d’Orco z aostańską Valsavarenche. Położona jest w Alpach Graickich na terenie najstarszego z włoskich parków narodowych czyli Parco Nazionale del Gran Paradiso. Okolice tej przełęczy cieszą się dużą popularnością w świecie astronomii z uwagi na znikome „zanieczyszczenie” sztucznym światłem. Liczący 18,5 kilometra finałowy odcinek drogi na tą przełęcz czyli fragment powyżej Ceresole Reale powstał w 1931 roku. W latach siedemdziesiątych planowano go połączyć z asfaltową drogą dochodzącą do miejscowości Pont w Dolinie Aosty. Niemniej ostatecznie projekt ten upadł ku uciesze ekologów.

Dziś asfaltowa droga SP 50 urywa się po aostańskiej stronie jakiś kilometr za przełęczą. Tym samym podjazd pod Nivolet, choć prowadzi na przełęcz de facto jest ślepą drogą. Ku Dolinie Aosty zjechać nie sposób. Ze sportowego punktu widzenia można by tu zrobić jedynie metę górskiego etapu lub jeszcze lepiej górskiej czasówki. Niestety w dziejach kolarstwa to miejsce nadal ma czystą kartę. Żaden ważny wyścig nigdy nie dotarł do kresu Doliny Orka. Aczkolwiek dolną połowę tego wzniesienia przejechano już dwukrotnie. Najpierw na Giro delle Valle d’Aosta 2009 i następnie na Giro Rosa z 2011 roku. Przy obu okazjach etapową metę wyznaczano w miejscowości Ceresole Reale. Na wyścigu młodzieżowców triumfował tu Niemiec Dominik Nerz przed Francuzem Nicolasem Edet, zaś blisko dwie minuty stracili do nich ledwie 19-letni wówczas Thibout Pinot i Nairo Quintana. Dwa lata później na kobiecym Giro d’Italia najszybciej dotarła tu Holenderka Marianne Vos, która wyprzedziła Angielkę Emmę Pooley i Niemkę Judith Arndt. Ta sama kolejność była też w klasyfikacji generalnej tej imprezy. Chociaż podjazd pod Nivolet rozpoczyna się w Locanie to my postanowiliśmy dojechać autem nieco dalej czyli do Rosone. W tej drugiej miejscowości zaczyna się bowiem bardzo stromy 12-kilometrowy podjazd do sztucznego Lago di Teleccio na końcu Vallone di Piantonetto. W przypływie sportowego entuzjazmu uznałem zawczasu, iż warto dodać tą trudną wspinaczkę na długiego podjazdu pod Nivolet. W ten sposób jednego dnia moglibyśmy przejechać przeszło 100 kilometrów z łącznym przewyższeniem grubo ponad 3000 metrów. Dojazd do Rosone miał być niemal 70-kilometrowy i zająć nam nieco ponad godzinę. Mimo tego z San Mauro Torinese wyruszyliśmy około jedenastej. W niedzielny poranek zdążyłem jeszcze zrobić wypad do pobliskiego supermarketu aby przywieźć nieco włoskich specjałów do ojczystego kraju. Pierwsza część trasy samochodowej wiodła po poznanej w piątek autostradzie A5. Na wysokości San Giorgio Canavese skręciliśmy na SP53 ku Cuorgne. Gdy byliśmy już na drodze SP460 zatrzymały nas korki. Przez chwilę obawialiśmy się, że dobra pogoda przywiodła w te strony tysiące zmotoryzowanych turystów. Na szczęście powodem całego zamieszania były jedynie dwudniowe targi Fiera di San Matteo organizowane rokrocznie w miasteczku Ponte Canavese. Za tą miejscowością podróżowaliśmy już dalej bez żadnych przeszkód. Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się w centrum Rosone na dużym placu przed miejscową stolarnią.

Na start naszej wspinaczki musieliśmy zjechać do Locany czyli pokonać prowadzący delikatnie w dół odcinek 3,9 kilometra. Dario ruszył około 12:20, zaś ja m/w 10 minut później. Gdy byłem na trzecim kilometrze dojazdu spotkałem mojego kolegę powoli rozgrzewającego swój „dieslowski silnik” na pierwszych kilometrach podjazdu. Jako, że tak na zjeździe jak i w centrum Locany robiłem zdjęcia ostatecznie pod górę wystartowałem niemal kwadrans po Darku. Gdy szykowałem się do startu minął mnie jeszcze wycieniowany włoski amator. Na starcie miałem więc dwie zagadki. Primo czy będę w stanie odrobić wielominutową stratę do Darka? Secundo czy w moim zasięgu będzie ten nieznajomy „italiano”? Początek był łatwy bo zaledwie 2-procentowy. Dlatego ruszyłem na twardym przełożeniu z łańcuchem na dużej tarczy. Odcinek poniżej Rosone pokonałem w tempie 26,5 km/h. Na kolejnych 10 kilometrach teren wznosił się już na poziomie 4-5 %, choć nie brakowało momentów zjazdu. Siłą rzeczy ten fragment podjazdu przejechałem nieco wolniej bo z prędkością 20-23 km/h. W połowie czternastego kilometra dojechałem do Noaski. Dopiero za tą wsią czeka na kolarskich śmiałków pierwszy zaiste trudny sektor całego wzniesienia. Muro di Noasca liczy sobie ledwie 800 metrów, ale o średnim nachyleniu 11%. W pierwszej połowie tego segmentu są do przejechania cztery wiraże. Trzeba było nie tylko zrzucić łańcuch na małą tarczę, ale też wybrać na kasecie przynajmniej 24 ząbki. Taka nagła zmiana rytmu jazdy potrafi nieźle podciąć nogi. Tym niemniej z tym stromym stopniem uporałem się całkiem sprawnie, bo w czasie 4:09 (avs. 11,7 km/h i VAM 1317 m/h). W drugiej połowie piętnastego kilometra nachylenie znacznie odpuściło. Jednak już wkrótce czekało na mnie innego rodzaju wyzwanie. To znaczy przejazd przez tunel Ceresole o długości aż 3535 metrów i średnim nachyleniu powyżej 7%. Nawet przy całkiem szybkiej jeździe oznaczało to 15-minutowy pobyt w klaustrofobicznym otoczeniu, gdzie samochodowe i motocyklowe silniki słychać nazbyt długo i głośno. W tunelu złapałem i wyprzedziłem Włocha z Locany, co uznałem za znak, iż jadę całkiem żwawo. Później dowiedziałem się, że przed-tunelowe 15,2 kilometra przejechałem w czasie 42:57 (avs. 21,3 km/h) co na stravie daje 18 miejsce pośród 525 zarejestrowanych osób. Najwyraźniej momentami gubił mi się tu sygnał z licznika, więc choć na przełęczy pokazał mi dystans 40,4 kilometra to strava złapała z tego niespełna 39,3 kilometra.

Po wyjechaniu z tunelu miałem już w nogach około 19 kilometrów, a nie był to jeszcze półmetek wzniesienia. Przejechawszy kolejne dwa kilometry z hakiem, w tym nieco trudniejsze odcinki na wysokości osad Prese i Broc, dotarłem do wschodniego krańca Lago di Ceresole. Wzdłuż północnych brzegów tego jeziora miałem przejechać kolejne 3400 metrów. Początkowo mniej lub bardziej pod górę do centrum Ceresole Reale (22,6 km). Następnie delikatny zjazd i długi niemal zupełnie płaski odcinek kończący się dopiero na wysokości Chiapili di Sotto (27,2 km). Na takim dystansie większość poważnych alpejskich podjazdów zdążyłaby się już skończyć i to dwukrotnie. Tymczasem wspinaczka pod Colle del Nivolet miała się dopiero zacząć na dobre! Do przełęczy pozostało mi bowiem 13 najtrudniejszych kilometrów o przewyższeniu przeszło 900 metrów. Na początek umiarkowanie trudny odcinek do Chiapili di Sopra (28,8 km) poprowadzony w otoczeniu coraz rzadszego lasu. Co ciekawe przez większą część roku szosą SP50 można dojechać co najwyżej do tego miejsca, bowiem w okresie od 15 października do 15 czerwca droga ta powyżej wysokości 1750 metrów n.p.m. jest zamknięta. Dalej krajobraz jest już typowo wysokogórski. Po obu stronach drogi ostatnie domy z kamienia, zaś na wprost w oddali widać już serpentyny prowadzące ku tamie nad sztucznym Lago di Serru. Wraz z początkiem trzydziestego kilometra rozpoczyna się prawdziwie ostra jazda. W trakcie kolejnych pięciu kilometrów (między 29 a 34 km od startu) trzeba pokonać w pionie 464 metry co daje tu średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Droga wspina się śmiało wykorzystując 10 wiraży i mija pasterskie gospodarstwa: Alpe Brengiat, Alpe Pilocca, Alpe Brencie i Alpe Renada. Gdy po raz ostatni przejechałem na północny brzeg potoku Orco jakieś dwa piętra drogi wyżej dostrzegłem sylwetkę Darka, który tego dnia podobnie jak ja przyodział się w czerwoną koszulkę rodem z Route des Grandes Alpes. Dario też mnie dostrzegł i postanowił, że nie da się dojść. Ja jechałem na wysokich obrotach już od około 100 minut i co ważne na tak długi podjazd nie wziąłem z sobą nic do zjedzenia. Tymczasem mój kolega zaczął tą wspinaczkę bardziej ekonomicznie i rozsądnie zabrał z sobą odrobinę prowiantu, z którego zdążył już skorzystać. Poza tym stromy teren odpowiadał mu znacznie bardziej niż stosunkowo łagodne dwie pierwsze tercje tego wzniesienia. Zerkając od czasu do czasu w górę szybko zdałem sobie sprawę, iż dogonienie Darka będzie bardzo trudne o ile w ogóle możliwe.

20150920_160747

20150920_155948

20150920_154357

Tym niemniej na liczącym 9,6 kilometra odcinku między Ceresole Reale a Lago di Serru zdołałem odrobić przeszło trzy minuty. Pokonałem ten segment w czasie 41:52 czyli ze średnią prędkością 13,8 km/h (27. wynik na 920 osób), zaś Dario uzyskał tu 45:13 (76. czas). W okolicy Lago di Serru (34,6 km) trzeba było minąć pięć kolejnych wiraży o bardziej łagodnym nachyleniu, a potem pokonać jeszcze kilkaset metrów podjazdu do gospodarstwa Agnel (35,4 km). Następnie można było chwilę odpocząć przed finałową fazą tej maratońskiej wspinaczki. Czekał nas bowiem niemal półkilometrowy zjazd do grobli nad Lago Agnel. Straciliśmy na nim 34 metry z dotychczas zdobytej wysokości. Jechałem już blisko dwie godziny. Bez jedzenia i de facto na jednym bidonie. Nic dziwnego, że zaczęło mi brakować „paliwa”. Pozostało tylko mieć nadzieję, że na ostatnich czterech kilometrach nie odetnie mi prądu. Skoncentrowałem się na tym by jechać równo w możliwie solidnym rytmie. Porzuciłem wszelkie nadzieje na złapanie swego ambitnego przyjaciela. Na szczęście dla mnie odcinek powyżej Lago Agnel był łatwiejszy od tego poniżej Lago di Serru. Jak zwykle pewnym ułatwieniem podczas wspinaczki były też wiraże. Tu nad wyraz liczne. Było ich w sumie czternaście plus zakręt z punktem widokowym tuż przed wyjazdem na finałową prostą. Darka oczywiście nie dogoniłem, dzięki czemu zostałem przezeń nagrany na mecie. Tym niemniej całkiem nieźle wybroniłem się z „podbramkowej sytuacji”. Ostatni segment czyli 6,1 kilometra między Lago di Serru a Colle del Nivolet przejechałem w czasie 26:22 (avs. 14,0 km/h). Dario był na nim o 35 sekund szybszy uzyskując 25:47 (avs. 14,4 km/h). Daje to nam odpowiednio 56. i 40. czas pośród 967 zarejestrowanych osób. Z rozpędu minąłem tablicę na przełęczy i dojechałem do końca prostej zatrzymując się na zakręcie w lewo. Po prawej ręce miałem widok na pobliskie Rifugio Citta di Chivasso (2604 m. n.p.m.), zaś na wprost w dole na Rifugio Albergo Savoia (2534 m. n.p.m.) i otaczające je górskie jeziorka. Nie miałem już sił i chęci by tam zjechać i zwiedzać aostańską stronę przełęczy. Byłem w pełni zadowolony z tego czego dokonałem. Podjazd o długości 40,4 kilometra i przewyższeniu brutto 2073 metrów przejechałem w czasie 2h 17:01 (avs. 17,7 km/h). Zawróciłem ku tablicy na wspólną sesję fotograficzną i naradę ze swym kompanem. Dario wjechał na przełęcz w czasie 2h 29:37 (avs. 16,2 km/h). Nadrobiłem przeszło 12 minut, lecz bardzo dużo mnie to kosztowało.

20150920_150428

20150920_153033

20150920_153217

Mój kolega dotarł na szczyt w lepszej kondycji i wciąż był w bojowym nastroju. Ani myślał rezygnować ze skrajnie trudnej wyprawy na Lago di Teleccio (1918 m. n.p.m.). Ja zaś uznałem, że wjazd na Colle del Nivolet będzie dla mnie godnym finałem tej wielkiej wyprawy. Nie chciałem gnać do podnóża drugiego podjazdu po to by zdążyć z tą wspinaczką przed dość wczesnym u progu jesieni zachodem słońca. Wolałem się nacieszyć przepięknymi widokami czekającymi na mnie w drodze powrotnej do samochodu oraz jak najlepiej uwiecznić na zdjęciach to rzadkiej urody wzniesienie. Dlatego postanowiłem spokojnie sturlać się do Rosone i po drodze zatrzymywać się tyleż razy i ile tylko będę miał na to ochotę. Na dłużej „zacumowałem” jedynie pod barem La Baita na wysokości kampingu Piccolo Paradiso. Tymczasem Dario nie tracił czasu i o godzinie 17:13 zaczął wspinaczkę, która sama w sobie (nawet bez wcześniejszego spotkania z olbrzymem Nivolet) byłaby dla każdego kolarskiego amatora nie lada wyzwaniem. Mój „amico” musiał pokonać podjazd o długości 11,8 kilometra ze średnim nachyleniem 10,4%! To znaczy po niebotycznej premii górskiej o przewyższeniu przeszło 2000 metrów dokręcić w pionie kolejne 1233 metry! Według danych ze strony „cyclingcols” zaraz po starcie miał do pokonania trzy strome kilometry o nachyleniu kolejno: 11,5, 12 i 10,5%! Następnie chwilę oddechu na dwóch znacznie łatwiejszych kilometrach rzędu 6,5 i 4%. Potem znów cztery trudne kilometry o stromiźnie 11, 9, 11 i 11,5%. W końcu na dobicie trzy mordercze „kilometrówki” o nachyleniu 13, 13,5 i 12,5% poprowadzone po betonowych płytach czy nawet krótkich odcinkach bruku. Jednym słowem masakryczna atrakcja pod wieloma względami podobna do znanej nam obu wspinaczki pod lombardzkie Prato di Maslino. Dario dzielnie sprostał temu zadaniu i przed zmierzchem pokonał to strome wzniesienie w czasie 1h 11:34 (avs. 10,2 km/h i VAM 1011 m/h), który do dziś pozostaje siódmym wynikiem pośród 63 śmiałków, którzy dotarli do tamy u kresu Vallone di Piantonetto. W ostatnim dniu wrześniowej podróży przejechał 100,1 kilometra o łącznym przewyższeniu aż 3270 metrów! Tym sposobem przebił swój wyczyn z poniedziałku 14 września jakim było podwójne zdobycie Colle delle Morti (Fauniera) tzn. tak od Ponte Marmora jak i Pradleves. Ja na zakończenie przejechałem tylko 79,6 kilometra o łącznej amplitudzie 2159 metrów wliczając drobne hopki na zjeździe. Nie pozostaje mi nic innego jak wrócić tu kiedyś i wdrapać się na Diga di Teleccio, a przy okazji zaliczyć jeszcze pobliskie Santuario di Prascondu.

20150920_183132

20150920_190251

20150920_190720

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Colle delle Finestre & Fregiusia-Jafferau

Autor: admin o sobota 19. Wrzesień 2015

Mój młodszy brat Tomek w swych przedszkolnych latach miał swoje kulinarne motto. Pytany przez dorosłych czemu w trakcie obiadu zrazu nie konsumuje kotleta czy innego mięska odpowiadał ze szczerością właściwą dziecku „najdobrejsze na końcu”. Powiedzonko to znakomicie pasuje do sytuacji w jakiej znaleźliśmy się w trakcie naszej wrześniowej podróży po północno-zachodnich Włoszech. Za sprawą kapryśnej piemonckiej pogody dwa najlepsze kąski w górskim menu (przy całym szacunku dla niesamowitej Fauniery) przyszło nam „skonsumować” dopiero na sam koniec wyprawy czyli w dniach 19-20 września. Dopiero wtedy niebiosa się do nas uśmiechnęły. Weekend miał być słoneczny i stosunkowo ciepły jak na tą porę roku. Bez obaw mogliśmy ruszyć do ataku na szutrową Colle delle Finestre jak i niebotyczny Colle del Nivolet. Na sobotę wybraliśmy sobie pierwszą z wyżej wymienionych przełęczy. Niemniej Finestre miała być owszem głównym, lecz nie jedynym wyzwaniem tego dnia. Do programu czternastego etapu wrzuciłem też inny lokalny podjazd sprawdzony na trasach Giro d’Italia. Tym dodatkiem miała być krótka, acz stroma wspinaczka z Bardonecchii do stacji Fregiusia na zboczach masywu Jafferau. Valle di Susa odwiedziliśmy już trzy dni wcześniej biorąc na celownik podjazdy do stacji narciarskiej Frais i na Colle del Lys. Pierwsze ze środowych wzniesień zaczynaliśmy nawet na via Meana czyli ulicy na której zaczyna się podjazd na przełęcz Finestre. Dzięki temu dojazd do podnóża pierwszego z sobotnich podjazdów mieliśmy rozpracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zawczasu wiedzieliśmy gdzie mamy zjechać z autostrady, jaką ulicę wybrać, gdzie skręcić i zaparkować auto aby w spokoju się przebrać i przygotować rowery do jazdy. Poprzedniego dnia daliśmy z siebie wszystko na bardzo ciężkich podjazdach pod Monte Scalaro i Alpe Buri. Do tego wróciliśmy do bazy bardzo późno bo około 21:00. Tymczasem wedle danych z „archivio salite” Colle delle Finestre miała być jednym z najtrudniejszych wyzwań w naszym kolarskim życiu. Trzeba było się odpowiednio zregenerować. To znaczy dobrze zjeść i porządnie się wyspać. Tak też uczyniliśmy spokojnie spędzając sobotni poranek. Ostatecznie z San Mauro Torinese wyjechaliśmy dopiero po wpół do dwunastej by około 12:25 pojawić się u podnóża góry, która w krótkim czasie stała się kultowym podjazdem na kolarskiej mapie świata.

Droga na Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.) wiedzie przez Parco Naturale Orsiera-Rocciavre i łączy Valle di Susa z położoną bardziej na południe Val Chisone. Nawet bez blisko 8-kilometrowego odcinka szutrowej nawierzchni to bardzo ciężki podjazd. Z pewnością jeden z najtrudniejszych jakie pojawiają się współcześnie na trasach najważniejszych wyścigów etapowych. Według „cyclingcols” to wzniesienie ma długość 18,2 kilometra o średnim nachyleniu 9,3% i max. 14%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie aż 1692 metrów. Jak dotychczas wystąpiło w wyścigu Dookoła Włoch trzykrotnie. Za każdym razem na przedostatnich etapach Giro, które niezmiennie kończyły się w Sestriere. Po raz pierwszy zaprezentowano je kolarskiemu światu w 2005 roku czyli na dwa lata przed pierwszą edycją kultowego dziś semi-klasyku Strade Bianche. Dyrektorem „La Corsa Rosa” był wtedy Angelo Zomegnan. Postanowił on przetestować współczesnych „tytanów szos” na „białej drodze”. To znaczy na nawierzchni, po której peleton Giro d’Italia jeździł w czasach gdy na górskich szlakach brylowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Włoska telewizja RAI w nawiązaniu do złotej epoki włoskiego kolarstwa pokazywała zmagania współczesnych mistrzów mieszając obraz kolorowy z czarno-białym. Natomiast kibiców kolarstwa rozpalała zacięta walka o generalne zwycięstwo w 88. edycji Giro. Przed decydującym etapem lider Paolo Savoldelli miał 2:09 przewagi nad Gilberto Simonim oraz 3:00 nad rewelacyjnym Wenezuelczykiem Jose Rujano i 3:08 nad Danilo di Luką. Tym niemniej słynący z popisów na zjazdach „Il Falco” był góralem dobrym, lecz z pewnością nie wybitnym. Poza tym miał słabą drużynę czyli drugi garnitur kolarzy Discovery Channel. Naczelnym celem tej ekipy było bowiem siódme z rzędu zwycięstwo Lance’a Armstronga w Tour de France. Dlatego też najlepsi robotnicy byli oszczędzani i wszelkimi możliwymi środkami szykowani do pomocy Teksańczykowi na trasie „Wielkiej Pętli”. Savoldelli w górach Giro musiał sobie radzić sam. Tercet Di Luca – Simoni – Rujano szybko go zdystansował i na przełęczy miał przewagę aż 2:18! Niemniej „Sokół” jechał swoim równym tempem oraz znalazł sobie (w innych ekipach) paru przyjaciół w potrzebie. Poza tym mocno finiszował na łagodniejszym podjeździe do Sestriere. Ostatecznie do zwycięzcy etapu czyli Rujano stracił 1:55 (+ 20 sekund bonifikaty), zaś do Simoniego ledwie 1:29 (+ 12″). Dzięki temu obronił prowadzenie w wyścigu i dzień później triumfował z zapasem 29 sekund nad Simonim i 45 nad Rujano.

Sześć lat później zabrakło wielkich emocji. Na dwa dni przed Mediolanem wyścig był praktycznie rozstrzygnięty. Alberto Contador miał ponad 5 minut przewagi nad Michele Scarponim i Vincenzo Nibalim. Etap rozpoczęty w Verbanii nad Lago di Maggiore liczył sobie aż 242 kilometry. Zanim kolarze dojechali do Susy pokonali płaski odcinek o długości 196 kilometrów. Peleton pozwolił na odjazd tuzina uciekinierów, którzy u podnóża Colle delle Finestre mieli ponad 6 minut zapasu. Wobec pasywnej jazdy liderów bohaterem tego odcinka został Wasilij Kirijenka. Obecny mistrz świata w jeździe na czas, jeżdżący jeszcze wówczas w ekipie Movistar łatwo zgubił towarzyszy ucieczki i z dużą przewagą nad górskimi asami dotarł do mety w Sestriere. Linię mety przekroczył o 4:43 przed Rujano i 4:50 przed Joaquinem Rodriguezem. Scarponi i Contador przyjechali razem ze stratą 5:58 do Białorusina, zaś Nibali stracił do nich 22 sekundy. Hiszpan triumfował w stolicy Lombardii, lecz to zwycięstwo później mu odebrano. Jak wiadomo wpadł na kontroli antydopingowej podczas Tour de Framce 2010 i po zakończeniu trwającej naście miesięcy procedury dyscyplinarnej ostatecznie zdyskwalifikowano go na dwa lata z mocą wsteczną od dnia wpadki na „Wielkiej Pętli”. Po tym werdykcie „Pistolero” stracił zwycięstwa w Volta a Catalunya i Giro d’Italia z pierwszej części sezonu 2011. Po raz trzeci podjazd pod Finestre pojawił się na trasie Giro w 2015 roku na blisko 200-kilometrowym etapie z Saint-Vincent w Dolinie Aosty. Contador ponownie przystąpił do tego rodzaju próby z bezpieczną przewagą nad najbliższymi rywalami czyli kolarzami Astany: Fabio Aru (+ 4:37) i Mikelem Landą (+ 5:15). Jednak tym razem przeciwnicy nie zamierzali li tylko asystować mu na drodze do generalnej wiktorii. Zaatakowali i to skutecznie na szutrowym odcinku Finestre. Contador miał kryzys, ale mądrze się obronił. Na przełęczy pierwszy był Landa. Niemniej sam etap wygrał Aru, który dzień wcześniej był też najlepszy w Cervinii. Z sekundowymi stratami do Włocha finiszowali: Ryder Hesjedal (+ 18″), Rigoberto Uran i Landa (+ 24″) oraz Steven Kruijswijk (+ 34″). Contador przyjechał ledwie szósty ze stratą 2:25 do kolarza z Sardynii, lecz spokojnie obronił prowadzenie w wyścigu.

Szykując się do własnej potyczki z tą górą o szorstkiej powierzchowności zastanawiałem się jakie zastaniemy na niej warunki drogowe. Ledwie cztery tygodnie wcześniej zmierzyliśmy się z inną szutrową legendą Giro czyli podjazdem pod Plan de Corones. Na finałowym odcinku tyrolskiej „ściany płaczu” nie wszędzie dało się jechać. Momentami musiałem po prostu prowadzić rower po nazbyt sypkim gruncie. Tym niemniej Kronplatz po raz ostatni został użyty na wyścigu Dookoła Włoch przed pięciu laty i od tego czasu droga uległa znacznej degradacji. Tymczasem Finestre gościła uczestników Giro zaledwie cztery – co ważne letnie – miesiące przed naszym przybyciem. Była więc spora szansa na to, że przejedziemy się po takiej samej jakości nawierzchni co „profi” pod koniec maja. Wystartowaliśmy o godzinie 12:43 przy słonecznej pogodzie i temperaturze 25 stopni. Początek podjazdu poznaliśmy już w środę. Najpierw łatwe 400 metrów i po zakręcie w prawo znacznie trudniejsze 900 metrów do przejazdu pod wiaduktem kolejowym. Trzy dni wcześniej po dotarciu w to miejsce odbiliśmy w prawo do Frais. Tym razem musieliśmy trzymać się odchodzącej w lewo drogi SP172. Pobliski mur zdobił okazały mural o tematyce kolarskiej. Zacząłem szybko i już na pierwszym kilometrze odjechałem Darkowi. Na kilometrze drugim minąłem cyklo-amatora, który zaczął wspinaczkę jakąś minutę przed nami. Po przejechaniu 1700 metrów skończyła się pierwsza stromizna. Droga skręciła w prawo ku centrum Meana di Susa (2,1 km). Pod koniec trzeciego kilometra skończył się przejazd przez teren zabudowany. Droga stała się węższa i otoczona coraz gęstszym lasem. Podjazd trzymał na stałym poziomie 9%, ale jechało mi się bardzo dobrze. Przyznam, że wolę zmagać się ze stromizną w takich warunkach niż na otwartym terenie jadąc po szerokiej szosie. Pod koniec piątego kilometra wjechałem na zdecydowanie najbardziej zakręcony odcinek tej wspinaczki. Na dystansie 3000 metrów trzeba było pokonać aż 26 wiraży. Ja jechałem na tym odcinku z prędkością około 12 km/h. Zakładam, że jadący znacznie szybciej zawodowcy mogą mieć tu problemy z rozpędzeniem się pomiędzy kolejnymi zakrętami. Na kolejnych trzech kilometrach szlak był już znacznie prostszy. W końcu po przejechaniu 10,7 kilometra dotarłem do miejsca zwanego Il Coletto (1452 m. n.p.m.). Tu trzeba się było w końcu rozstać z gładką szosą i wjechać na naturalne podłoże. Do przełęczy pozostało jeszcze przeszło 700 metrów przewyższenia i niemal 8 kilometrów podjazdu z grubsza o tak samo ostrym nachyleniu jak dotąd.

Gruntowa nawierzchnia okazała się w pełni przejezdna, choć trzeba było sobie ciągle właściwej szukać ścieżki do płynnej jazdy. Szutrowa droga niekiedy wychodziła z lasu i mijała pojedyncze domostwa (po 11,5 i 14,2 km od startu). Na 3,5 kilometra przed finałem ostatecznie wyjechałem ponad górną granicę lasu. Pozostało mi jeszcze do pokonania osiem wiraży. Zważywszy na stromiznę tego odcinka na niektórych z nich musiałem uważać wybierając tor jazdy. Minąłem tu „mielącego w miejscu” górala oraz dwóch starszych szosowców z wyraźną nadwagą. Z trzeciego od końca zakrętu, na 600 metrów przed finałem, złapałem niezły widok na wybudowany w 1891 roku fort Colle delle Finestre. Jeszcze trochę wysiłku i po przejechaniu 18,8 kilometra w czasie 1h 34:05 byłem u celu. Na górze zastałem kilku motocyklistów. Po prawej stronie drogi ujrzałem fontanienkę, zaś po lewej tablicę drogową i monument poświęcony pierwszemu zdobywcy tego wzniesienia, kontrowersyjnemu Danilo Di Luce. Na szczycie (w słońcu) było aż 20 stopni. Po niespełna 10 minutach oczekiwania nagrałem finisz Darka. W programie strava segment z całej tej góry ma długość 17,8 kilometra o średniej 9% i przewyższeniu 1683 metrów. Bliższa analiza danych ze stravy doprowadziła mnie do bardzo ciekawych odkryć. Okazało się, że jechałem w tempie „pasażerów autobusu” z Giro d’Italia 2015! Cały ten odcinek pokonałem w czasie 1h 33:25 (avs. 11,5 km/h i VAM 1081 m/h) co dało mi 68 miejsce na 1023 zarejestrowanych osób. Do natchnionego Kruiswijka straciłem co prawda niemal pół godziny. Niemniej do Iljo Keijsse ledwie 5 sekund, zaś do Jussi Veikkanena, Maartena Tjallingi, Moreno Hoflanda czy Luki Mezgeca mniej niż minutę. Szosowe 9,8 kilometra przejechałem w czasie 51:12 (avs. 11,5 km/h i VAM 1143 m/h) co było 83. wynikiem na 1115 odnotowanych. Byłem tu nieco szybszy od kilku profich. Z kolei szutrowy kawałek o długości 7,9 kilometra przejechałem w 41:36 (avs. 11,5 km/h i VAM 1037 m/h) co jest 69. rezultatem wśród 1294 zanotowanych. Nawet najwolniejsi uczestnicy Giro byli nieco szybsi ode mnie. Zresztą to porównanie traktować mogę jedynie jako ciekawostkę. Ja startowałem wszak na świeżości i jechałem na maksa. Oni byli po przejechaniu 150 kilometrów dwudziestego etapu i jechali w trybie oszczędnym chcąc jedynie zmieścić się w limicie czasu. Wspomniany Keijsse robił to na tyle skutecznie, że dzień później wygrał finałowy etap na ulicach Mediolanu. Dodam jeszcze, że Dario uzyskał tu czas 1h 43:22 (avs. 10,4 km/h i VAM 977 m/h – 132 miejsce). Na szosie stracił do mnie 7:20, lecz na szutrze już tylko 2:34.

20150919_142658

20150919_144632

20150919_150112

20150919_153425

Z podjazdem poradziliśmy sobie całkiem sprawnie. Inna sprawa to zjechać po szutrze. Na szczęście „biała droga” na Finestre okazał się być w świetnym stanie. Przy zachowaniu pewnej dozy ostrożności można było zjechać bez przymusowych przystanków. W zasadzie stawałem tylko tam gdzie chciałem aby wykonać zdjęcia do „albumu z wyprawy”. Około półmetka zjazdu stanęliśmy też by nakręcić filmiki z Valle di Susa w roli głównej. Do samochodu dotarłem kwadrans po szesnastej. Teraz czekała nas około 40-kilometrowa wycieczka na zachód ku Bardonecchi. Dla Darka była to niemiła niespodzianka. Nie zapoznał się z programem czternastego etapu i oczekiwał kolejnej wspinaczki w okolicy Susy. Uważał iż Monte Jafferau (1908 metrów n.p.m.) nie jest warte dodatkowego transferu. Zdania w ekipie były podzielone. Podjazd ten ma przewyższenie tylko 648 metrów. Trzeba je pokonać na dystansie ledwie 7 kilometrów co daje średnio niemal 9,3%. Maksymalna stromizna przekracza tu 12%. Krótkie lecz trudne, ale czy na tyle wartościowe by trafić na naszą listę? Gdybym brał pod uwagę tylko owe walory techniczne to raczej bym z niego zrezygnował. Tym niemniej ta góra miała też swoją kolarską historię co w moich oczach przeważyło na jej korzyść. Dwukrotnie ścigali się na niej uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1972 roku na 256-kilometrowym etapie ze startem w Savonie. Na wschodnim podjeździe do Sestriere zaatakował znakomity góral z Asturii Jose-Manuel Fuente. Jednak tym razem „El Tarangu” przeliczył się z siłami. Wyczerpał go przeciwny wiatr wiejący w dolinie pomiędzy Cesana Torinese i Bardonecchią. W teorii na podjeździe tak stromym jak Jafferau nie miałby godnych rywali. Tym razem jednak dopadł go i wyprzedził lider wyścigu Belg Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten maratoński odcinek w czasie 8 godzin i 8 minut (!) z przewagą 26 sekund nad Włochem Wladimiro Panizzą i 47 nad Fuente. Kolejny raz wyścig Dookoła Włoch dojechał w te strony w 1984 roku, lecz finisz wytyczono w Bardonecchi. Wygrał Norweg Dag-Erik Pedersen. Na drugą batalię pod Jafferau kibice musieli poczekać do roku 2013. Najlepiej z deszczem, chłodem i stromizną poradził sobie podejrzanie mocny owej wiosny Mauro Santambroggio. Wyprzedził on minimalnie lidera wyścigu Vincenzo Nibalego oraz o 9 sekund Kolumbijczyka Carlosa Alberto Betancura. Nasi górale: Rafał Majka (jedenasty) i Przemysław Niemiec (piętnasty) stracili około minuty. Sława nowego triumfatora była krótkotrwała. Tydzień po zakończeniu Giro ogłoszono, że Santambroggio wspomagał się EPO.

Do Bardonecchii dotarliśmy około siedemnastej. Dario nie znalazł motywacji do wspinaczki pod tak skromne wzniesienie jak Monte Jafferau. Czekała mnie więc solowa potyczka z tym stromym podjazdem. Nie wiedziałem jednak w której części miasteczka się on zaczyna. Pierwszy strzał okazał się chybiony. Po niespełna siedmiu minutach jazdy dotarłem na położonej przeszło sto metrów ponad Bardonecchią dolnej stacji kolejki linowej na Monte Jafferau. Zapytałem o właściwą drogę napotkanego przechodnia. Musiałem wrócić do miasteczka, znaleźć ulicę Via Sommelier i zjechać z niej w lewo na drogę SP238. Ostatecznie wystartowałem więc o godzinie 17:27. Po chwili przejechałem nad potokiem Rochemolles i pod krajówką SS335. Gdy skończył się płaski wstęp włączyłem licznik. Co raz bardziej stroma dróżka szybko przeszła pod autostradą A32, lecz niemal do końca pierwszego kilometra biegła równolegle do niej. W tym czasie dojechałem do wioski Millaures (0,9 km), zaś po przejechaniu 1800 metrów minąłem pierwszy z ledwie siedmiu wiraży na tej górze. Drugi kilometr ma tu średnie nachylenie 10,5%. Drugi zakręt minąłem w połowie trzeciego kilometra, zaś niespełna kilometr dalej byłem już we wiosce Gleise (3,4 km). Trzeci wiraż minąłem po przejechaniu 4 kilometrów od startu. Teraz miało być już tylko ciężko czyli każdy z trzech ostatnich kilometrów na poziomie około 10% czyli 10,5 – 9,8 – 10,3. Droga zrobiła się węższa i po pokonaniu 6,1 kilometra raz jeszcze wjechała w zalesiony teren. Kilometr dalej pokonałem dwa położone blisko siebie ostatnie wiraże i zaraz potem boczną uliczkę, na której wyznaczono finisz etapu Giro z roku 2013. Jakieś 150 metrów dalej skończył się asfalt, więc zatrzymałem stoper swojego licznika. Niemniej droga wiodła jeszcze wyżej po szutrze całkiem niezłej jakości. Wjechałem nią do lasu i zatrzymałem się dopiero przed hotelem Jafferau stojącym tuż obok górnej stacji kolejki Bardonecchia-Fregiusia. To była moja meta, acz na rowerze górskim po kamienistej ścieżce można by pewnie dotrzeć niemal na sam szczyt Monte Jafferau (2805 m. n.p.m.). Według zapisu na stravie mój podjazd miał długość 7,3 kilometra. W programie tym znalazłem kilka co najmniej 6-kilometrowych segmentów. Najdłuższy o długości 7,1 kilometra i przewyższeniu 662 metrów nazwano „fine asfalto”. Pokonałem go w czasie 35:02 (avs. 12,2 km/h, VAM 1133 m/h) co jest 23. wynikiem pośród 128 zarejestrowanych. W sumie na czternastym etapie przejechałem 57 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2416 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Monte Scalaro (Vancale) & Alpe Buri

Autor: admin o piątek 18. Wrzesień 2015

Po trzech dniach z coraz gorszą pogodą w końcu doczekaliśmy się jej poprawy. Piątek zapowiadał się całkiem nieźle, zaś weekend jeszcze lepiej. Sugerując się takimi prognozami rozpisaliśmy sobie program na trzy ostatnie dni naszej wyprawy. Najlepsze warunki mieliśmy mieć w niedzielę, więc tego dnia postanowiliśmy zdobyć najwyższy z wyznaczonych sobie celów czyli Colle del Nivolet. Dzień wcześniej główną atrakcją miała być dobrze znana z Giro d’Italia szutrowa Colle delle Finestre. Tym samym w piątek nie pozostało nam już nic innego jak ruszyć na północ ku podjazdom pod Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe Buri (1525 m. n.p.m.). Z tego co wiem żadna z nich nie została jeszcze odkryta przed organizatorów profesjonalnych wyścigów. Tym niemniej na pobliskim Piani di Tavagnasco zakończył się jeden z etapów Giro delle Valle d’Aosta 2012 wygrany przez Fabio Aru. Sardyńczyk wyprzedził na tym odcinku innych współczesnych „profich” tzn. Manuela Boungiorno i Davide Formolo. Jakkolwiek stosunkowo niewysokie oba te wzniesienia zapowiadały się bardzo ciekawie. Czekała nas ciężka przeprawa na dwóch bliźniaczo podobnych wzniesieniach. Według danych ujawnionych na stronie zanibike.net (archivio delle salite d’europa) wspinaczka pod Monte Scalaro to 13 kilometrów o średnim nachyleniu 8,9% i przewyższeniu 1159 metrów. Z kolei podjazd pod Alpe Buri to 14 kilometrów o identycznej stromiźnie i amplitudzie 1242 metrów. Jednym słowem na dystansie ledwie 54 kilometrów mieliśmy mieć do zrobienia jakieś 2400 metrów przewyższenia. Ta pierwsza góra przez autorów „archivio salite” została wyceniona na 1105, zaś druga nawet na 1173 punkty. Te suche dane niewiele wyjaśniają. Dlatego godzi się wspomnieć jak w tej samej skali wypadają niektóre spośród najbardziej znanych podjazdów „używanych” na trzech Wielkich Tourach. Kultowe L’Alpe d’Huez oceniono tu na 913, Covadongę na 935, Fedaię-Marmoladę na 966, zaś Tourmalet na 1013 w wersji wschodniej i 1076 punktów w nieco trudniejszej opcji zachodniej. Tymczasem ruszając na start trzynastego etapu miałem w nogach 90 kilometrów z poprzedniego dnia, zaś Darek dla kontrastu dobę pełnej regeneracji. Mając to na uwadze zastanawiałem się ile może mnie kosztować czwartkowa wycieczka do krainy deszczowców. To znaczy czy będę w stanie nadążyć za swym wypoczętym kompanem. Tym bardziej, że strome premie górskie to teren wymarzony dla kolarza o sylwetce rasowego górala.

Gościnne progi Apartamento Mercedes opuściliśmy dopiero po wpół do jedenastej. Nie musieliśmy się zanadto śpieszyć bowiem od podnóża pierwszej góry czyli miasteczka Quincinetto (vel Quisne w dialekcie piemonckim) dzieliło nas 60 kilometrów do pokonania niemal w całości po drogach szybkiego ruchu. Tym razem z turyńskiej obwodnicy zjechaliśmy wcześniej niż zwykle kierując się na Aostę. To znaczy wybierając autostradę A5. Jakkolwiek nie mieliśmy w planach opuszczać Piemontu to postój wypadał nam niemal na pograniczu z miniaturowym regionem Valle d’Aosta. Po zjeździe z autostrady wjechaliśmy na Via 4 Novembre i po przejechaniu kilkuset metrów w kierunku południowym zatrzymaliśmy się na wielkim żwirowym placu w pobliżu Via Scalaro. Pomimo sporej przestrzeni i tak musieliśmy poszukać sobie miejsca na skraju tego parkingu, albowiem miejsce to spełniało rolę placu manewrowego dla wielkich ciężarówek. Wystartowaliśmy przy słonecznej pogodzie o godzinie 11:44, lecz po chwili Dario zawrócił do naszego wozu technicznego by ostatecznie ruszyć pod górę o 11:50. Tym samym na Monte Scalaro mogłem sobie zrobić co najwyżej górską czasówkę. Według danych zarejestrowanych na stravie start tej wspinaczki znajdował się na wysokości 282 metrów n.p.m. Na początek blisko 600 metrów po prostej. Potem pierwszy wiraż, następnie szeroki łuk w prawo i po przejechaniu 850 metrów już byłem w lesie. Jak widać na załączonym obrazku podjazd ani na moment nie odpuszczał. Niemal cały czas trzymał na poziomie powyżej 8%, zaś cały drugi kilometr miał średnie nachylenie aż 10,8%. Trasa była kręta. Autor wpisu ze strony salitomania.it na 13 kilometrach tego wzniesienia naliczył aż 34 wiraże. Wydawało mi się, że nie mam najlepszego dnia. Męczyłem się, ale miałem ku temu dobre powody. Po prostu góra była bardzo trudna. Po zapoznaniu się z jej profilem utkwił mi w głowie przede wszystkim żółty kolor. Dlatego zacząłem odważnie. Szło mi ciężko, ale jechałem na swych wysokich obrotach. Dolny odcinek o długości 6,2 kilometra przy średniej 9% pokonałem w 31:20 (avs. 11,9 km/h i VAM 1131 m/h). Ten segment kończy się na wysokości Ristoro Alpino przy osadzie Santa Maria. Liderem jest czyniący obecnie szybkie postępy w zawodowym peletonie Louis Vervaeke z Lotto-Soudal. W sezonie 2012 jeszcze jako 19-letni młodzieżowiec młody Belg przejechał ten segment w ledwie 25:42.

W górnej połowie wzniesienia jechałem równie mocno. Zaraz po minięciu bocznej drogi do wioski Lechia (7 km) rozpoczyna się najtrudniejszy fragment „oficjalnej” wersji tego podjazdu. Następne półtora kilometra trzyma na średnim poziomie 11,2%, zaś maksymalna stromizna pod koniec ósmego kilometra sięga aż 15%. Po przejechaniu 8,8 kilometra przejechałem na prawy brzeg Rio Renanchio, która bynajmniej nie przypomina rzeki lecz wartki górski potok. Najtrudniejsza część zakładanej wspinaczki skończyła się na wysokości Agriturismo „Le Capanne” (11,3 km). Na stravie zaznaczono segment od Santa Maria o długości 5,1 kilometra przy średniej 10%. Przejechałem ten fragment wzniesienia w 26:50 (avs. 11,5 km/h i VAM 1173 m/h) czyli w poziomie nieco wolniej, zaś w pionie nawet szybciej niż dolną połówkę. W teorii z tego miejsca końca podjazdu miało nam pozostać ledwie półtora kilometra. Najpierw 500 metrów dość solidnej wspinaczki, następnie równie długie falsopiano i na sam koniec półkilometrowy odcinek delikatnie w dół do wioski Scalaro. Tymczasem jakieś 800 metrów za wspomnianą agroturystyką czekała na mnie interesująca niespodzianka. Zamiast jechać na wprost ku Area Picnic Scalaro mogłem wziąć wiraż w lewo i kontynuować wspinaczkę w nieznane na drodze niewidzialnej dla google-maps. Ciekaw byłem jak wysoko mnie doprowadzi. Przejechałem kolejne 1400 metrów i dotarłem do osady Alpe Fuma’ Inferiore (13,5 km), ale na tym nie koniec. Odbijając w prawo wjechałem na węższą dróżkę do Fuma’ Superiore (14 km). Dojechawszy tam byłem już na wysokości 1600 metrów n.p.m. Pomimo tego asfaltowa ścieżka wciąż wiła się przede mną. Brnąłem więc dalej przed siebie mijając kolejne gospodarstwa pasterskie: Alpette (14,3 km) i Cavanna Nouva (14,8 km). W końcu dotarłem do Vancale (15,4 km) gdzie asfalt był niemal brązowy po przejściu stadka krów. Musiałem jechać slalomem, nie tyle z powodu sporej stromizny co chcąc uniknąć poślizgu na świeżym nawozie. Minąłem to gospodarstwo, po chwili wziąłem ciasny zakręt w lewo i jakieś 120 metrów dalej w końcu się zatrzymałem, gdyż pod kołami skończył mi się asfalt. Co prawda w oddali pośród chmur majaczył jeszcze jakiś zagubiony odcinek asfaltu, lecz nie chciało mi się już sprawdzać czy aby wzrok mnie nie zawodził ze zmęczenia.

20150918_135610

20150918_140811

20150918_144356

Tym samym zakończyłem swoją wspinaczkę na wysokości 1809 metrów n.p.m. po przejechaniu 15,7 kilometra w czasie 1h 20:18 (avs. 11,7 km/h). Mój podjazd pod Monte Scalaro + Alpe Vancale miał przewyższenie aż 1527 metrów. Biorąc pod uwagę uzyskany czas wykręciłem tu VAM na poziomie 1141 m/h. Przyznam, że nie przypuszczałem, iż stać mnie jeszcze na taki wyczyn. Owszem przed kilku laty na odpowiednio stromych premiach górskich potrafiłem nawet przeskoczyć pułap 1200 m/h. Niemniej działo się to na znacznie krótszych podjazdach typu Cuvignone czy Kitzbuheler Horn (Alpenhaus), których pokonanie zajmowało mi 40 czy 50 minut. Tymczasem na dotarcie do Alpe Vancale potrzebowałem aż 80 minut co oznacza, że musiałem kręcić z podobną mocą niemal dwa razy dłużej. Darek na tej górze nie ujawnił pełni swych możliwości. Po przejechaniu 12 kilometrów również skusił się na dalszą wspinaczkę w nieznane. Co więcej przebrnął nawet odcinek gruntowej drogi powyżej Vancale i wjechał na dodatkowy odcinek szosy. Zatrzymał się dopiero na ostatecznym krańcu tej asfaltowej drogi przy znakach wskazujących pieszy szlak na pobliski szczyt Cima Battaglia. Tym samym Dario dotarł na wysokość aż 1842 metrów n.p.m. pokonawszy 16,2 kilometra w czasie netto 1h 38:42 (avs. 9,9 km/h). Ze stravy wynika, iż mało kto zabrnął na tej górze równie daleko co my. Dla przykładu na najdłuższym z moich segmentów o długości 15,2 kilometra zanotowano wyniki tylko dziewięciu osób. Można powiedzieć, że na razie tu rządzimy. Ja uzyskałem na nim czas 1h 18:57 (avs. 11,6 km/h i VAM 1144 m/h) zaś Darek 1h 32:08 (avs. 10,0 km/h i VAM 980 m/h) co daje nam pierwsze i trzecie miejsce na tej bardzo krótkiej liście rankingowej. Na profilu mojego kolegi strava zapisała wynik z jeszcze dłuższego odcinka o długości 15,7 kilometra. Przed Darkiem cały ten segment pokonały tylko dwie osoby. Aby jakoś sensownie porównać się z innymi cykloamatorami musieliśmy zerknąć niżej czyli na wyniki z segmentu obejmującego klasyczną wersję podjazdu pod Monte Scalaro. Na odcinku 12,1 kilometra od startu w Quincinetto do wirażu na wysokości Area Picnic Scalaro zarejestrowano wyniki 82 osób. Ten fragment wzniesienia pokonałem w czasie 1h 01:24 (avs. 11,9 km/h i VAM 1091 m/h) co dało mi 11 miejsce. Darek uzyskał na nim 33. wynik czyli 1h 10:14 (avs. 10,4 km/h i VAM 954 m/h). Po ledwie paru minutach rozpocząłem zjazd do Quincinetto. Jadącego z naprzeciwka Darka spotkałem jakieś półtora kilometra za Alpe Vancale.

Zjechawszy niespełna cztery kilometry zatrzymałem się na przeszło kwadrans przy drewnianym budynku Area Picnic Scalaro. Chciałem tu poczekać na Darka, lecz ten znacznie dłużej zabawił na samej górze. Ostatecznie choć zjeżdżałem przeszło półtorej godziny to i tak do auta dotarłem jako pierwszy. Przy samochodzie spędziliśmy dłuższą chwilę zanim ruszyliśmy ku Settimo Vittone. Od tego miasteczka dzieliły nas ledwie cztery kilometry. Wystarczyło przejechać pod autostradą A5, dalej mostem na lewy brzeg rzeki Dora Baltea i pokonać krótki odcinek na południe po krajowce SS26. Dość szybko znaleźliśmy boczną drogę SP72, na której zaczyna się podjazd do Trovinasse i Alpe Buri. Przy okazji wypatrzyliśmy otwarty do godziny 19:30 supermarket i uznaliśmy, iż po zjeździe z drugiej góry warto będzie w nim zrobić zakupy przed ostatnim weekendem. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed kościołem pod wezwaniem św. Andrzeja. Poszliśmy na spacer by znaleźć coś gorącego do zjedzenia przed drugą wspinaczką. Niestety te poszukiwania nie zakończyły się sukcesem, więc musiały nam wystarczyć zapasy, które przywieźliśmy z sobą. Ostatecznie podjazd pod Alpe Buri rozpoczęliśmy dopiero o godzinie 16:33. Wystartowaliśmy dość spokojnie. Od startu czułem, że wspinaczka pod Monte Scalaro wyssała ze mnie sporo energii. Pierwsze 500 metrów było jeszcze stosunkowo łagodne. Niemniej już kolejne pół kilometra na dojeździe do kościoła Madonna delle Grazie stało się zapowiedzią tego jak to wzniesienie będzie wyglądać. Pod koniec drugiego kilometra musieliśmy opuścić szosę SP72 zmierzającą do Nomaglio i Andrate. Musieliśmy skręcić w lewo biorąc kurs na Cornaley i Trovinasse. Na tym zapoznawczym odcinku wykręciliśmy VAM na stosunkowo niskim poziomie 930 m/h. Niemniej powoli rozkręcaliśmy się. Spora w tym zasługa Darka, który nie wyjechał się na pierwszej górze i teraz mobilizował mnie do żwawszej jazdy. W połowie trzeciego kilometra rozpoczęliśmy stromy odcinek na dojeździe do Cornaley (3,9 km). Jeśli wierzyć danym z krótszych odcinków na stravie to tą stromiznę przejechaliśmy już w tempie 1260 m/h. Powyżej tej wioski minęliśmy Hotel Il Falco e La Volpe (Sokół & Lis), zaś przy osiemnastym wirażu niedawno odrestaurowaną kapliczkę. Pod koniec szóstego kilometra Dario zaatakował po raz pierwszy. Niemniej zrobił to tuż przed krótkim zjazdem. Na nim rozpędziłem się na dużej tarczy i dopadłem go na początku kolejnej fazy wspinaczki. Po tej próbie sił przejechaliśmy razem jeszcze jakieś półtora kilometra kręcąc VAM na poziomie 1140 m/h.

Pod koniec ósmego kilometra Darek ponowił swój atak. Na ten mocny skok nie byłem już w stanie zareagować. Tymczasem teren mi nie sprzyjał. Ostatnie 6 kilometrów powyżej osady Valcauda miało bowiem średnio 9,6%. Mogłem się tylko mądrze bronić czyli jechać równo i mocno w granicach własnych możliwości. Pozostało mi liczyć na to, że atakujący nieco przeliczy się z własnymi siłami jak na Passo delle Erbe. Zaczęła się ostra walka: „Quintana” z przodu, „Froome” z tyłu. O’K żarty na bok. Niemniej tak zacięty pojedynek chciałbym widzieć na każdym z górskich odcinków Tour de France. Istne przeciąganie liny. Żaden z nas nie chciał odpuścić. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy. Pomiędzy 8 a 11 kilometrem na stravie wyznaczono segment o długości 2,8 kilometra przy średniej 12%. Przejechaliśmy go w około 16 minut, przy czym Darek nadrobił nade mną 12 sekund. On wykręcił tu VAM 1271 m/h, zaś ja 1257 m/h. Minęliśmy Alpe Surro (10,5 km) i wciąż otwarty Camping Nosy zbliżając się do ostatniej wioski na tym szlaku czyli Trovinasse (12,4 km). Czułem, że jeszcze trochę sił mi zostało. Różnica między nami cały czas wahała się w granicach 10-15 sekund. Wolałem zbyt wcześnie nie przyśpieszać ponad „stan wrzenia” by za taki zryw nie zapłacić. Postanowiłem zaczekać z kontratakiem na ostatni kilometr czy nawet 500 metrów. Jechaliśmy na granicy swych możliwości. Pomiędzy 11 a 14 kilometrem na stravie zaznaczono dwa odcinki o łącznej długości 2,7 kilometra i średnim nachyleniu 11%. Przejechałem ten fragment w czasie 13:37 i odrobiłem do Darka kilka sekund. Na tym finałowym odcinku swoją prędkość w pionie czyli sławetny VAM rozkręciliśmy do poziomu 1330 m/h! Za ostatnim 29. wirażem mieliśmy jeszcze do pokonania 200 metrów do mety na rozdrożu gdzie skończył się asfalt. Dario dotarł do tego miejsca pierwszy odnosząc zasłużone zwycięstwo. Przegrałem po walce. Według stravy segment o długości 13,9 kilometra obaj przejechaliśmy ze średnią prędkością 12,2 km/h. Przy czym Darek pokonał go w czasie 1h 08:21 (VAM 1051 m/h), zaś ja potrzebowałem na to 1h 08:27 (VAM 1049 m/h). To dało nam 9 i 10 miejsce wśród 50 zarejestrowanych osób. Do Settimo Vittone zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Zakupy zrobiliśmy w pośpiechu z czego wynikła nam dodatkowa (nerwowa) akcja poszukiwawcza. Dzień mogliśmy uznać za bardzo udany. Stosunkowo krótki etap trzynasty okazał się bardzo konkretny. Przejechałem na nim 60 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2747 metrów. Zrobiliśmy sobie bardzo mocne przetarcie przed weekendowymi wyprawami na dwa olbrzymy.

20150918_175116

20150918_181605

20150918_184744

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Pian della Mussa & Lago di Malciaussa

Autor: admin o czwartek 17. Wrzesień 2015

Czwartek zapowiadał się ponuro. Sprawdziłem prognozy dla wszystkich czterech rejonów, które pozostały nam jeszcze do odwiedzenia. W każdym z nich miało być chłodno i deszczowo. Miało mocno lać przynajmniej do wczesnego popołudnia. Dopiero później mogły się pojawić pierwsze przejaśnienia. Darek po mokrej „robocie” w Valle di Susa zapowiedział, że jeśli ta pesymistyczna przepowiednia się potwierdzi to on nie wychyli nosa z domu. Nazajutrz powitała nas ulewa, więc Dario nie miał najmniejszych powodów by zmienić swą decyzję. Ja nie chciałem marnować całego dnia na siedzenie pod dachem. Nie miałem wielkich nadziei na przychylność niebios i nagłą zmianę pogody. Od środowego wieczora rozmyślałem gdzie mógłbym pojechać przy tak kiepskiej pogodzie. Wycieczki na dwutysięczniki typu Colle del Nivolet czy Colle delle Finestre nie wchodziły w grę przy tak marnej aurze. Do wyboru pozostały mi dwie opcje. Pierwszą była wycieczka na zachód ku długim podjazdom na Pian della Mussa (1750 m. n.p.m.) i pod Lago di Malciaussa (1804 m. n.p.m.). Drugą wypad na północ ku krótszym, lecz bardziej stromym wspinaczkom na Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe di Buri (1525 m. n.p.m.). Wiedziałem, że ta druga para będzie bardziej odpowiadać Darkowi, który lubi podjazdy konkretne czyli strome i bez wypłaszczeń w drodze na szczyt. Dlatego jako dobry kolega postanowiłem się poświęcić i zaserwować sobie na czwartek ten pierwszy duet. Przy najgorszym scenariuszu mogłem mieć do przejechania w deszczu nawet 90 kilometrów. Pomiędzy Valle di Susa na południu a Valle di Locana na północy we włoskich Alpach Graickich znajdują się trzy inne doliny tzn. Valle di Viu, Valle di Ala i w końcu Valle Grande. Ta ostatnia mnie nie interesowała, gdyż jest zbyt płaska. Kończy się ona we wiosce Forno Alpi Graie na marnej wysokości 1219 m. n.p.m. Natomiast do kresu dwóch pozostałych prowadzą podjazdy o długości 20-25 kilometrów i przewyższeniu przynajmniej tysiąca metrów. Postanowiłem zacząć od trudniejszego z nich. Wzniesienie to mogłem sobie przedłużyć o przeszło dwa kilometry dojeżdżając do Rifugio Citta di Cirie na wysokość 1847 metrów n.p.m.

Na ściągniętym z sieci profilu ów podjazd rozpoczyna się w miejscowości Lanzo Torinese. Tym niemniej ja wolałem wystartować z miejsca, w którym zaczyna się on na dobre. Dlatego postanowiłem dojechać samochodem do Pessinetto. Wyjechałem z San Mauro Torinese około dziesiątej. Na drogę zabrałem dwa komplety kolarskich strojów. Liczyłem się z tym, że po pierwszej górze będę musiał wskoczyć w zupełnie nowe (suche) ciuchy. Na dojeździe miałem do pokonania autem 45 kilometrów. Tym razem z obwodnicy Turynu musiałem zjechać na wysokości Venaria Reale czyli w pobliżu dawnej rezydencji królewskiej dynastii Sabaudzkiej. Potem krótki odcinek po drodze SP501 i znacznie dłuższy na SP1. Jadąc pod prąd potoku Stura di Lanzo przemknąłem koło Cirie i Nole rodzinnych miejscowości aż trzech kolarskich mistrzów. W tym pierwszym miasteczku urodzili się Giovanni Brunero zwycięzca Giro di Italia z lat 1921-22 i 1926 oraz Giuseppe Enrici triumfator wyścigu Dookoła Włoch z roku 1924. Z kolei w tym drugim przyszedł na świat Franco Balmamion czyli kolarz który wygrał Giro w latach 1962-63, choć osobliwie nie triumfował na żadnym z odcinków obu tych edycji. Do Pessinetto dojechałem przed jedenastą i zatrzymałem się na miejskim parkingu jakieś 150 merów przed centrum tej miejscowości. Miałem z niego widok na linię kolejową kończącą się w pobliskim Ceres. Szosa była mokra, chmury schodziły nisko, ale chwilowo nie padało. Ubrałem się stosownie do okoliczności ładując do pseudo-bidonu jak i kieszonek na plecach ciuchy na czarną godzinę. Wystartowałem o godzinie 11:04 z wysokości niespełna 580 metrów n.p.m. Miałem do pokonania 26-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 4,8% i przewyższeniu 1257 metrów. Maksymalna stromizna na zasadniczej części tego podjazdu miała wynieść 12%, lecz na ostatni metrach przed wspomnianym schroniskiem mogła sięgnąć aż 17%. Tym niemniej początek był łatwy. Po przejechaniu 1700 metrów minąłem zjazd na drogę SP33 wiodącą w głąb Valle Grande. Półtora kilometra dalej szerokim łukiem ominąłem dworzec na końcu linii kolejowej. Nieco dalej wziąłem zaś zakręt w lewo i po niespełna 4 kilometrach od startu dotarłem do centrum Ceres. Ten wstęp o średnim nachyleniu 3% przejechałem w tempie 20,6 km/h. Tu kierując się znakami skręciłem w lewo wjeżdżając na Via Ala.

Niebawem minąłem wioski: Voragno (5,5 km) i Bracchiello (7,1 km), zaś na początku dziesiątego kilometra wjechałem już do gminy Ala di Stura (9,2 km). Nieco wyżej przejechałem pod króciutkim, acz efektownie wyglądającym tunelem. Następnie po przejechaniu 11,8 kilometra byłem już w miejscowości Ala di Stura. Segment 7,6 kilometra o średniej 5% pomiędzy Ceres i Alą pokonałem ze średnią prędkością 18,4 km/h. Na brak wrażeń turystycznych nie mogłem narzekać. Niemal każda mijana miejscowość miała swój górski klimat. Gorzej, że na łatwym odcinku za wioską Cresta (13 km) wzmógł się deszcz i zacząłem się zmagać z prawdziwą ulewą. Na szesnastym kilometrze pokonałem trudniejsze kilkaset metrów na wysokości Mondrone (15,8 km) czyli odcinek z max. 14%. Przez kolejne półtora kilometra droga trzymała na solidnym poziomie, a łatwiej zrobiło się dopiero za Molette (17,3 km). Czterysta metrów dalej po raz pierwszy przeskoczyłem na prawy brzeg Stura di Ala. Niemniej jeszcze przed końcem 19. kilometra ponownie znalazłem się po północnej stronie tego potoku. Tu podjazd ponownie stał się trudniejszy jeszcze przed dojazdem do Balme (19,7 km). Tymczasem odcinek 7,5 kilometra o średniej 5% między Alą i Balme przejechałem ze średnią 17,6 km/h. Niestety znów zaczęło lać. Po opuszczeniu Balme miałem do pokonania trzy najtrudniejsze kilometry na stałym poziomie od 8,5 do 9,5%, z max. do 16%. Do walki z własną słabością zagrzewały mnie napisy na szosie „non mollare campione”. Żaden ze mnie mistrz, ale tekst wziąłem do siebie i nie zamierzałem odpuszczać. Ten leśny odcinek z dziesięcioma wirażami ozdabiały widoki górskich wodospadów, szczególnie obfitych w tych mokrych warunkach atmosferycznych. Gdy na liczniku miałem już 23,3 kilometra po raz drugi przejechałem na południowy brzeg Stura di Ala i znalazłem się już na Pian della Mussa. Niespełna 4-kilometrowy odcinek za Balme pokonałem z prędkością 13,2 km/h i VAM o wartości 1080 m/h. Teoretycznie byłem już u celu swej pierwszej wspinaczki. Tym niemniej szosa uparcie ciągnęła się w głąb płaskowyżu. Mimo rzęsistego deszczu postanowiłem brnąć przed siebie do kresu doliny. Gdybym się zatrzymał to pewnie nie miałbym już ochoty ruszyć dalej. Kolejne dwa kilometry z hakiem były zupełnie płaskie. Minąłem osadę Grange della Mussa (24,4 km) i kilka pojedynczych budynków tzn. bary, trattorie i kościółki. Na sam deser pozostał mi stromy dojazd do Rifugio Citta di Cirie czyli odcinek 400 metrów z maksimum na poziomie 17%. Pragnąc się schować przed deszczem z rozpędu przejechałem przez restauracyjny ogródek i zatrzymałem się dopiero na ganku.

Pech chciał, że akurat tego dnia schronisko było zamknięte. W końcu kto normalny zwiedzałby te strony w takiej ulewie! Piszący te słowa desperat na dotarcie w to miejsce potrzebował 1h 29:06. Wzniesienie miało długość przeszło 25,9 kilometra, co oznacza że jechałem ze średnią prędkością 17,5 km/h. Na stravie nie znalazłem segmentu obejmującego cały ów podjazd. Najdłuższy odcinek to 16,3 kilometra pomiędzy Ceres a Balme, które przejechałem w czasie 54:33 (avs. 18,0 km/h i VAM 848 m/h). Dało mi to 39 miejsce pośród 307 osób. Drugi fragment wart odnotowania to z kolei 11,4 kilometra między Ala di Stura i Pian della Mussa. Ten odcinek pokonałem w czasie 42:48 (avs. 16,0 km/h i VAM 930 m/h). Tempo miałem równe o czym świadczy podobne miejsce w szyku. To znaczy 35. lokata na liście obejmującej 306 nazwisk. Jednak swoje wyniki mogłem obejrzeć dopiero wieczorem. Tymczasem na najbliższe godziny moim podstawowym zadaniem było dotrzeć cało i zdrowo do samochodu porzuconego w Pessinetto. Widoki miałem nieciekawe. Temperatura na szczycie o godzinie wpół do pierwszej wynosiła ledwie 10 stopni Celsjusza i do tego padało w najlepsze. Skryty pod daszkiem kombinowałem jak tu się ubrać na długi, zimny i mokry zjazd. Zapukałem w okiennice, bowiem schronisko najwyraźniej nie było opuszczone. Niestety nie doczekałem się zaproszenia pod dach Rifugio. Poczekałem więc aż deszcz zelżeje i kilka minut po trzynastej spróbowałem szczęścia. Jechałem powoli tu i ówdzie przystając. Uznałem, że skoro już się namęczyłem to pomimo chłodu i wilgoci zadam sobie jeszcze trochę trudu by uwiecznić na zdjęciach swą kolejną zdobycz. Tym niemniej w tych warunkach trudno było robić wyraźne fotki. Co gorsza deszcz się wzmógł i już po kilku minutach miałem serdecznie dość takiej jazdy. Na szczęście po 1400 metrach od schroniska znalazłem schronienie w restauracji „Il Bricco”. Spotkałem tu przyjaznych i cierpliwych gospodarzy czyli starsze małżeństwo prowadzące ów lokal. Zadekowałem się w tym lokalu na przeszło półtorej godziny. Zamówiłem niejedną kawę, herbatę czy ciastko. W pustej sali restauracyjnej stał piecyk typu koza przy którym mogłem wysuszyć niektóre części swej garderoby oraz ogrzać zziębnięte dłonie i plecy. Grzejąc się i schnąc oczekiwałem poprawy pogody. Byłem już niemal pogodzony z myślą, iż nie starczy mi czasu na zaliczenie podjazdu pod Lago di Malciaussa.

Na szczęście niebo w końcu się wypłakało i kilka minut przed piętnastą mogłem ruszyć w dalszą drogę. Oczywiście jechałem po mokrej szosie, ale tym razem przynajmniej nie leciało na mnie z góry. Po zjechaniu do Balme aż zatrzymałem się z wrażenia. Po raz pierwszy tego dnia pośród stalowoszarych chmur pokazał się błękitny skrawek nieba. To był zwiastun dobrej nowiny. Gdy około 16:20 dotarłem do samochodu niebo na Pessinetto było już prawie bezchmurne, zaś temperatura sięgnęła 24 stopni. Przebrałem się w suche ciuchy i podjąłem wyzwanie „numero due”. Ruszyłem w kierunku Lanzo Torinese, po czym na wysokości Germagnano odbiłem w prawo na drogę SP32. Jadąc w górę Val di Viu zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie start rowerowego odcinka specjalnego. Wstępnie myślałem o miasteczku Viu lub położonym dwa kilometry dalej miejscu na styku z drogą SP197 wiodącą na znaną mi już przełęcz Colle del Lys. Tym niemniej w takim przypadku miałbym do pokonania aż 23-kilometrowy podjazd. Tymczasem było już po siedemnastej i do zmierzchu pozostały mi co najwyżej dwie i pół godziny. Dlatego zdecydowałem się zabrnąć autem do Forno di Lemie. Tym samym start wypadł mi na wysokości 820 metrów n.p.m. Od tego miejsca miałem do przejechania 19,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,1% i przewyższeniu 984 metrów. Maksymalne nachylenie miało wynieść 16% na trzecim kilometrze od końca. Wystartowałem o godzinie 17:39. Za punkt startu obrałem sobie mostek nad Stura di Viu, tuż przed wjazdem do Forno. Początkowe półtora kilometra po południowej stronie rzeczki były łatwe i szybkie. Nieco trudniej zrobiło się na początku trzeciego kilometra przy dojeździe do Lemie (2,4 km). Pierwszy wyraźnie trudniejszy odcinek czekał mnie dopiero od połowy piątego kilometra. Za wioską Saletta (5,1 km) przyszło mi pokonać kręty odcinek 1200 metrów z pięcioma wirażami. W połowie ósmego kilometra góra znów odpuściła i kolejne cztery kilometry z okładem minęły mi bardzo szybko. Przy przejeździe przez Piazzette (7,9 km) spodobał mi się widok górskich szczytów na wprost drogi. Naiwnie pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej zrobię tu niezłe zdjęcie. Następnie przejechałem przez Usseglio (10,7 km). Miejscowość gminną z kościołem w stylu neo-barokowym oraz starym kompleksem parafialnym, którego romańska dzwonnica powstała w XI wieku.

Na wysokości Crot (11,9 km) minąłem budynek miejscowej centrali hydroelektrycznej, potem stumetrowy tunel i boczną drogę do Perinery (12,7 km). Dojechawszy do Margone (13,9 km) znalazłem się na węższej dróżce, która na kolejne 1200 metrów wpadła do lasu. Za Barmafreida (15,1 km) wyjechałem pomiędzy górskie łąki, gdzie zaczęła się zabawa na całego. Najpierw wymagające 500 metrów w połowie szesnastego kilometra. Następnie strasznie zakręcony i jeszcze trudniejszy odcinek między Ciape (16,5 km) i Pian Ande (17,3 km). To znaczy aż dziesięć mniej lub bardziej ciasnych zakrętów na 800-metrowym odcinku drogi! Potem jeszcze trzy zakręty w połowie osiemnastego kilometra, za którymi ujrzałem ostatni fragment całej wspinaczki. W oddali widać już było tamę na sztucznym jeziorze Malciaussa. Do niego prowadziła wąska droga wzdłuż górskiego zbocza, ze stromym odcinkiem pomiędzy 18,2 a 18,5 kilometra od startu. Kolejne pół kilometra było już łatwiejsze. Natomiast ostatnie 200 metrów tej drogi okazało się być tylko zjazdem na plac przed Rifugio Vulpot. Z tego miejsca miałem ładny widok na lazurowe wody Lago di Malciaussa otoczone szeregiem trzytysięczników, z których najwyższym jest Punta Sule (3384 m. n.p.m.). Niestety dotarłem tu ledwie kwadrans przed dziewiętnastą. Zdecydowanie za późno na to by należycie uwiecznić uroki tej pięknej okolicy. Na pokonanie 19,1 kilometra potrzebowałem 1h 07:09 (avs. 17,2 km/h). Na stravie najdłuższym segmentem jest odcinek 7,6 kilometra o średniej 7% wytyczony powyżej Usseglio. Przejechałem go w 31:51 czyli ze średnią 14,4 km/h i VAM 961 m/h. Na tle osiągnięć innych śmiertelników wypadłem bardzo dobrze. Zanotowano tu wyniki 224 osób, zaś mój czas dał mi ex-aequo 11-12 miejsce. Zatem mogłem być zadowolony ze swojej postawy na całym etapie. Niemniej na owej wspinaczce przygoda się jeszcze nie skończyła. Teraz trzeba było przed zmierzchem zdążyć z powrotem do Forno di Lemie. Dlatego nad jeziorem zabawiłem tylko kilka minut. Możliwie szybko pognałem w dół. W pierwszej połowie zjazdu starałem się jeszcze zrobić trochę zdjęć. Poniżej Usseglio nie miało to już jednak większego sensu. Ostatecznie do samochodu dotarłem w półmroku o godzinie 19:55. W sumie przejechałem 90 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2367 metrów. Na koniec czekał mnie szybki odcinek specjalny za kierownicą samochodu. Nocny rajd po zupełnie nieznanych sobie drogach też daje pewien dreszczyk emocji.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Frais & Lys

Autor: admin o środa 16. Wrzesień 2015

W San Mauro Torinese trafił nam się bardzo dobry lokal. Apartamento Mercedes okazało się być mieszkaniem w bloku, do którego trzeba się było wspiąć na trzecie piętro. Niemniej to była bodaj jedyna niedogodność, a poza tym zmęczone nogi ratowała winda. Gospodyni była nieobecna, więc na pokoje wprowadził nas jej zaufany sąsiad. Skądinąd bardzo sympatyczny Signore starszej daty. Na miejscu same plusy. Duży salon z dobrze wyposażoną kuchnią, który zaadoptowałem na swą sypialnię. Dario do swej wyłącznej dyspozycji miał drugi mniejszy pokój. Ucieszyliśmy się na widok aż dwóch łazienek. Jedna miała prysznic, zaś druga wannę. Z pomocą nieocenionej farelki mniejsze z tych pomieszczeń można było przerobić na nocną suszarnię. Najważniejsze jednak, że była tu też pralka. Urządzenie dla nas bezcenne w tych deszczowych dniach u progu włoskiej jesieni. Poza tym zaopatrzoną w duże biurko część korytarza mogłem przerobić na biuro naszej wyprawy. Do tego zabudowany balkon mógł służyć za garaż dla naszych rowerów, a w razie konieczności stać się warsztatem do pracy nad nimi. Jednym słowem trzecia baza spełniała niemal wszystkie nasze wymagania. Niestety poza czterema ścianami tego lokalu atmosfera była mniej korzystna. W pogodzie czekało nas kolejne załamanie. Środa wyglądała mocno niepewnie, zaś czwartek zapowiadał się jeszcze gorzej. Nie należało się jednak martwić na zapas. Trzeba było planować z dnia na dzień. W każdym razie zapowiadało się na to, iż najbardziej ambitne wycieczki czyli te ze wspinaczkami pod Colle delle Finestre (2176 m. n.p.m.) i Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.) trzeba będzie odłożyć na finałowy weekend. Siłą rzeczy w środę musieliśmy poprzestać na wyborze znacznie niższych wzniesień. W tym celu pojechaliśmy w kierunku Valle di Susa, gdzie mogliśmy zaliczyć dwie niewysokie, acz mimo to wymagające wspinaczki. Pierwszą z nich miał być podjazd z Susy do wypoczynkowej miejscowości Frais (1490 m. n.p.m.), zaś drugą już w drodze powrotnej wjazd z Almese na przełęcz Colle del Lys (1311 m. n.p.m.).

Etap jedenasty zapowiadał się na stosunkowo krótki. Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy sen i nieśpieszne przygotowania do wyruszenia w trasę. Ostatecznie wyjechaliśmy z domu dopiero około południa. Przeszło 65-kilometrowy dojazd do Susy miał nam zabrać blisko godzinę. Dość szybko wjechaliśmy na turyńską obwodnicę i ruszyliśmy na zachód. Z obwodnicy zjechaliśmy na wysokości Collegno wjeżdżając na drogę A32. Z kolei autostradę opuściliśmy na wylocie Susa Est nie dojeżdżając do centrum wspomnianej miejscowości. Po zjeździe na krótko trzeba było wjechać na szosę SP24 i po chwili skręcić w boczną SP172 ku gminie Meana di Susa. Zatrzymaliśmy się dwieście metrów dalej na poboczu tej drogi. Wspinaczka do Frais zaczyna się w tym samym miejscu co kultowy podjazd na przełęcz Finestre. Tym samym miejscówka ta miała nam się przydać raz jeszcze przed końcem owego tygodnia. Zanim jednak przyszło nam się zmierzyć z szutrowym gigantem należało się zabrać do pojedynku z jego znacznie niższym, acz ostrym sąsiadem. Przed sobą mieliśmy podjazd, który wedle ściągniętego profilu miał mieć 12,4 kilometra o średnim nachyleniu 8% i przewyższeniu 990 metrów. Tym niemniej na załączonym obrazku start zaznaczono na wysokości 500 metrów n.p.m. Tymczasem z innego wiarygodnego źródła wiedzieliśmy, że początek tej wspinaczki musi się znajdować na poziomie 484 metrów. Wystartowaliśmy o godzinie 13:14, przy czym Dario jakieś pół minuty wcześniej. Pierwsze trzysta metrów do łagodnie wznosząca się prosta. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się za pierwszym zakrętem w prawo. Na długiej prostej w kierunku linii kolejowej Torino – Bardonecchia chwilowe nachylenie sięgało aż 15%. Na pierwszym kilometrze złapałem kontakt z Darkiem, który w swoi stylu zaczął spokojnie. Po niespełna 1300 metrach przejechaliśmy pod kolejowym wiaduktem. Tuż za nim musieliśmy odbić w prawo wybierając krętą Via della Losa. Jakiś kilometr dalej minęliśmy ostatnie zabudowania w Meana di Susa i wjechaliśmy do lasu. Do połowy czwartego kilometra trzymaliśmy się razem. Potem droga SP254 skręciła na południe, połączyła się z szosą wychodzącą z centrum Susy, zaś sam podjazd stał się bardziej stromy. Powoli zacząłem dyktować tempo odrobinę za szybkie dla swego kompana.

Od połowy szóstego do końca ósmego kilometra droga była nie tylko stroma, ale też ponownie bardzo kręta. Na odcinku 2300 metrów trzeba było pokonać aż siedem klasycznych wiraży. Na niektórych z nich mogłem spojrzeć w dół by zobaczyć jakie postępy czyni Dario. Im wyżej tym warunki do jazdy mieliśmy gorsze. Szosa stroma i śliska. Od połowy podjazdu towarzyszył nam deszcz. Z kilometra na kilometr coraz mocniejszy. Widoczność była kiepska ze względu na niski pułap chmur. Po przejechaniu 8 kilometrów minąłem zjazd do Madonna della Losa. Stromy odcinek skończył się 1200 metrów dalej. Ostatnie cztery kilometry były już znacznie łatwiejsze. Niemniej sama jazda do przyjemnych nie należała. Wszystko przez ulewę, która zastała nas na tym fragmencie podjazdu. Po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem jeszcze drogę w lewo wiodącą na Pian Gelassa nieczynną stację narciarską, która swój okres świetności miała w latach 60. XX wieku. Przed przyjazdem w te strony zastanawiałem się nawet nad wyznaczeniem mety owej wspinaczki w tym miejscu. Ostatecznie pozostaliśmy wierni znanemu sobie profilowi wzniesienia. Ostatni kilometr przed Frais był praktycznie płaski. Dojechawszy w rejon wyciągów narciarskich postanowiłem się trzymać głównej drogi czyli Via Soubeyrand. Finisz wypadł mi już na Via Clot Rosset, gdzie zatrzymałem się po przejechaniu 13,3 kilometra w czasie 1h 01:08 (avs. 13,0 km/h). Na stravie najdłuższy segment jaki znalazłem to 9000 metrów od połowy czwartego do połowy trzynastego kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie 40:58 (avs. 13,2 km/h i VAM 1007 m/h) co dało mi 5 miejsce wśród 84 sklasyfikowanych osób. Dario uzyskał tu trzynasty czas czyli 43:29 (avs. 12,4 km/h i VAM 949 m/h). Zdecydowanym liderem jest zaś ex-profi Sergio Barbero (rocznik 1969), który w maju 2014 roku wykręcił na tym segmencie czas 32:03. Bardzo trudny środek przejechaliśmy na wysokich obrotach. Na dojeździe do Madonna della Losa czyli odcinku o długości 4,4 kilometra ze średnią 10% wykręciłem VAM na poziomie 1122 m/h, zaś mój amico 1085 m/h. Na górze było tylko 11 stopni. Poza tym byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tymczasem trzeba się było przygotować na nieprzyjemny zjazd.

Zadekowaliśmy się pod zadaszeniem najbliższego domostwa by ubrać cieplejsze ciuchy. Znalazłem tam również gazety, których nie zawahałem się użyć do walki z chłodem i wilgocią. Na pierwszych kilometrach zjazdu niewiele było widać. Zrobiliśmy tylko kilka obowiązkowych fotek na ulicach Frais, po czym każdy na własną odpowiedzialność ruszył w dół. Owszem zatrzymywałem się od czasu do czasu, lecz jak widać na załączonych obrazkach w tych warunkach efekt owych przystanków okazał się dość mizerny. Dopiero w połowie zjazdu widoczność poprawiła się na tyle, że robienie zdjęć nabrało jakiegoś sensu. Niestety spełniając się w roli podróżnego fotografa poniosłem nieodżałowaną stratę. Ściągnąłem rękawiczki Defeet E-Touch i na samym dole okazało się, że do tylnej kieszonki wpakowałem tylko jedną z nich, zaś druga została gdzieś na drodze. Rzecz jasna nie miałem ochoty po nią wracać na rowerze, a nie chciałem też tracić czasu na „akcję poszukiwawczą” z wykorzystaniem samochodu. Do samochodu zjechałem o 15:40. Darek po tak mokrej robocie miał już dość kolarstwa na środę. Jednak ja zdecydowałem się na tradycyjną poprawkę. Teoretycznie mogliśmy się nie ruszać z okolic Susy. Otóż po północnej stronie autostrady A32 jest ciekawy podjazd z Mompantero do Rifugio Il Trucco. Wzniesienie to ma długość 14,4 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5% i kończy się na wysokości 1731 metrów n.p.m. Tym niemniej nie wybrałem go zawczasu, bo w przeciwieństwie do Frais nie miałem pewności, iż cały ten szlak jest asfaltowy. Poza tym przeciwko wycieczce na tą górę dodatkowo przemawiała ponura aura. Dopiero co przekonaliśmy się jakie warunki panują na wysokości 1500 metrów n.p.m i nie miałem zamiaru sprawdzać jak zimno i mokro jest 230 metrów wyżej. Rozsądną alternatywą był znacznie niższy, lecz wciąż całkiem solidny podjazd na Colle del Lys. W tym celu zapakowaliśmy się do samochodu i po wskoczeniu na Autostrada del Frejus pognaliśmy w stronę Turynu. Opuściliśmy ją na zjeździe Avigliana Ovest wybierając szosę SP197 prowadzącą do Almese. Zatrzymałem się na końcu płaskiego odcinka. Postój wypadł nam w pobliżu posterunku miejscowych carabinierich. Jeden z nich zagaił do mnie po polsku. Ale to nie koniec niespodzianek. Z tablicy drogowej dowiedziałem się, że Almese jest miastem partnerskim naszego Szczyrku. Czyżby ów stróż prawa był na delegacji w naszym kraju?

Darek przyjechał tu po cywilnemu i wyłącznie w celach kulinarnych. Natomiast mnie czekał 14-kilometrowy podjazd o przewyższeniu 956 metrów ze średnim nachyleniem 6,7 % i maximum 11,5%. Ruszając do boju musiałem pamiętać, iż najtrudniejsza będzie trzecia tercja wzniesienia trzymająca na stałym poziomie 8-9% i przy średniej 8,3%. Wystartowałem o godzinie 16:35. Na pierwszym kilometrze szeroka szosa niczym obwodnica ominęła centrum Almese. Przez trzy pierwsze kilometry nachylenie jest całkiem solidne. Znacznie luźniej zrobiło się na kilometrze czwartym przy dojeździe do Rubiany (3,9 km). Kolejne półtora kilometra spędziłem jeszcze w terenie zabudowanym jadąc momentami po bardzo wąskiej drodze. Na tym krótkim odcinku minąłem bodaj pięć kościołów różnej wielkości. W połowie szóstego kilometra wjechałem do lasu i zrobiło się na tyle spokojnie, że mogłem słyszeć swój własny oddech. Na przełomie siódmego i ósmego kilometra znów można było nieco wypocząć. Pod koniec dziewiątego kilometra znów znalazłem się na „drodze mlecznej”. Chmury były tak gęste, że mój wzrok sięgał co najwyżej kilkudziesięciu metrów. Przejechałem przez mostek nad potokiem Messa (10 km), po czym dojechałem do ostatniej osady na tym szlaku czyli Mompellato (11,5 km). Wyżej odnotowałem już tylko zjazd do lasu ku Santuario Madonna della Bassa po przejechaniu 11,9 kilometra. Niespodziewanie na jakieś trzysta metrów przed przełęczą wybiłem się ponad chmury. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 13,8 kilometra w czasie 55:04 czyli ze średnią prędkością 15,1 km/h. Na stravie znalazłem segment o długości 13,2 kilometra i przewyższeniu 887 metrów. Ten odcinek pokonałem w czasie 52:44 (avs. 15,1 km/h i VAM 1009 m/h). Lista zdobywców tej góry jest całkiem okazała, bo liczy już 834 nazwiska. Mój wynik dał mi w tym wielkim peletonie 93 miejsce. Sama przełęcz okazała się być nieźle zagospodarowana. Po lewej stronie drogi stoi bar La Pineta oraz pomnik ku czci 26 partyzantów poległych w walce z siłami faszystowskimi w trakcie bitwy z 1-2 lipca 1944 roku. Natomiast po prawej jest duży plac otoczony tablicami upamiętniającymi tamte wydarzenia, a poniżej także schronisko. Jest tu dość terenu na zlokalizowanie mety górskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej jak dotąd wyścig Dookoła Włoch nie był tu nawet przejazdem. Na górze pokręciłem się kwadrans, po czym trzy kolejne zajął mi zjazd. Do samochodu dotarłem o wpół do siódmej. Na jedenastym etapie przejechałem w sumie 54,5 kilometra o łącznym przewyższeniu „tylko” 1983 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Barbara Lowrie & Vaccera

Autor: admin o wtorek 15. Wrzesień 2015

We wtorek czekał nas drugi transfer czyli przenosiny z Borgo San Dalmazzo w okolice Turynu. Podczas każdego z sześciu ostatnich etapów tej wyprawy mieliśmy kręcić na drogach prowincji Torino. Dlatego na te kilka dni i nocy musiałem znaleźć nocleg w stolicy Piemontu lub jej bliskim sąsiedztwie. Od środy do niedzieli czekały nas wycieczki wyłącznie w kierunku zachodnim i północno-zachodnim. Dlatego początkowo szukałem lokalu w pobliżu turyńskiej obwodnicy. Najlepiej na odcinku między Rivoli i Venaria Reale. W tak zawężonej lokalizacji znalazłem tylko hotelowy pokój w miejscowości Pianezza. Zabukowałem go aby mieć coś pewnego przed wyruszeniem do Italii, acz hotel nie do końca pasował do naszej koncepcji. Na tego typu wyprawy znacznie lepiej nadają się apartamenty czyli lokale z dostępem do własnej kuchni. W domu PierAngelo internetowe łącze działało bez zarzutu, dzięki czemu podczas wieczornego serfowania po sieci mogłem poświęcić nieco czasu na przeglądanie najnowszych ofert serwisu booking.com. Szczęśliwie udało mi się znaleźć coś znacznie lepszego niż mały pokoik w Hotelu Galia. To znaczy całe mieszkanie w miasteczku San Mauro Torinese wystawione do wynajmu pod nazwą Apartamento Mercedes. W dodatku za skromne 50 Euro za dobę. Przy wszystkich atutach tego lokalu nie miało większego znaczenia, że sama miejscowość znajdowała się na wschód od Turynu. Tym bardziej, że oddalona była ledwie kilka kilometrów od najbliższego wjazdu na turyńską obwodnicę. Wspomniany transfer bynajmniej nie oznaczał dla nas dnia wolnego od roweru. Gdzieś po drodze z punktu A do B czyli jeszcze na południe od Turynu trzeba było sobie znaleźć odcinki specjalne na dziesiąty etap naszego wrześniowego Giro. Potrzebowaliśmy dwóch wymagających wzniesień o przewyższeniu około tysiąca metrów każde. Oczywistym kandydatem był superstromy podjazd pod Rifugio Barbara Lowrie (1753 m. n.p.m.). Swego rodzaju piemoncki Zoncolan. Nawet wysokość góry niemal zgadzała się ze słynnym oryginałem. Po takim wyborze przesądzone było, iż na szlaku z Borgo San Dalmazzo do San Mauro Torinese skręcimy ku Val Pellice. Szczęśliwie w tej samej dolinie znalazłem jeszcze jeden podjazd wart naszej uwagi czyli drogę na Colle Vaccera (1461 m. n.p.m.).

B&B Il Melograno opuściliśmy dopiero około jedenastej. Pierwszy przystanek mieliśmy mieć w miejscowości Bobbio Pellice. Dojazd trasą przez Cuneo, Saluzzo i Cavour o długości 83 kilometrów zajął nam półtorej godziny. Na wysokości Ponte di Bibiana wjechaliśmy na drogę SP161 prowadzącą w górę Val Pellice. Gdy już dojechaliśmy do Bobbio okazało się, że podjazd do schroniska nie zaczyna się w centrum tej miejscowości. Musieliśmy się cofnąć jakiś kilometr, po czym skręcić w prawo i przejechać na południowy brzeg potoku Pellice. Zatrzymaliśmy się tuż za mostem, choć do początku wzniesienia brakowało jeszcze czterystu metrów. Wedle posiadanego profilu podjazdu zacząć się on miał przy osadzie Giorna, która to na mapach google widnieje pod nazwą Perla. Po mini-rozgrzewce na drodze równoległej do SP161 zatrzymaliśmy się na zakręcie w lewo pod znakami drogowymi na Comba Carbonieri i Colle Barant. Mieliśmy przed sobą wzniesienie, które ze wszechmiar zasługuje na miano kolarskiej wspinaczki. Szczegółowe dane ze stron zanibike.net, cyclingcols.com czy massimoperlabici.eu nieco różnią się między sobą, ale dają obraz tego jak trudne to wyzwanie. Według profilu z „archivio salite” mieliśmy pokonać podjazd długości 9,3 kilometra ze średnim nachyleniem 11,3% i przewyższeniem 1045 metrów. Górę na której maksymalne nachylenie sięga 22%, zaś najtrudniejszy piąty kilometr trzyma na średnim poziomie 15,1%. Tym niemniej tak jak na każdej innej miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 34×27. Dario miał w zanadrzu tryb 29 oraz swój ultralekki Simplon ważący mniej niż UCI nakazuje. Poza tym sam waży niewiele ponad 60 kilogramów. Dlatego pomny przebiegu naszej sierpniowej rywalizacji wzniesieniach typu Prati di Kohl czy Cauria spodziewałem się, że tym razem to ja będę w defensywie. Wystartowaliśmy o godzinie 12:35. Pierwsze 160 metrów łagodne. Na sam początek krótka prosta, delikatny łuk w lewo i przejazd między domostwami wspomnianej osady. Jednak już po chwili na widok znaku wskazującego, że do Rifugio Barbara pozostaje 9 kilometrów należało skręcić w prawo nieco mocniej pod górę. Samo schronisko ma ciekawą historię. Budynek powstał w roku 1928 za sprawą amerykańskiego małżeństwa Waltera i Barbary Lowrie jako ich dom myśliwski. Trzy lata później podarowali go oni stowarzyszeniu Club Alpino Italiano, które przerobiło go na schronisko.

Spoglądając na profil wzniesienia czerwony kolor aż raził po oczach. Dlatego niemożliwie stromych ścianek spodziewaliśmy się niemal od startu. Tymczasem pierwsze trzy kilometry nieco nas rozczarowały. Jakkolwiek nie brakowało na nich stromych kawałków to jednak nie było to jeszcze jakieś ekstremum. Poza tym trudniejsze fragmenty podjazdu były przedzielone nieco łatwiejszymi, a nawet krótkimi chwilami zjazdów. Mijaliśmy kolejne opuszczone osady powstałe niegdyś wzdłuż potoku Gicciard. Najpierw Arnaud (1,8 km), potem Giraudin (2,4 km) i w końcu Raymond (3 km). W tym czasie zdołałem już nieznacznie odjechać Darkowi, ale spodziewałem się przed końcem wspinaczki i tak zostanę dogoniony. Czwarty kilometr był już bardzo trudny, zaś piąty jeszcze trudniejszy. Między połową czwartego a szóstego kilometra aż osiem razy chwilowa stromizna sięgnęła przynajmniej 20%! Niekończąca się prosta z widokiem na przydrożne głazy skończyła się na mostku przed Pralapi (5,4 km). Niemniej nie od razu można było odpocząć. Trzeba było jeszcze pokonać stromy i kręty odcinek z czterema wirażami, na którym minąłem pasterza ze stadem krów. Łatwiej zrobiło się dopiero na wysokości osady Cialancie (6,7 km), ale tylko na jakieś pół kilometra. Od mostku w pobliżu Le Selle (7,1 km) do mety pozostało jeszcze dwa i pół kilometra. Pod koniec ósmego kilometra minąłem dwa kolejne wiraże. Tym razem z widokiem na osadę Ponset. Potem długa prosta i następne dwa zakręty na zakończenie dziewiątego kilometra wspinaczki. Darka od czasu widziałem w dole, ale w bezpiecznej dla siebie odległości. Wyglądało na to, że jednak dotrę na szczyt jako pierwszy. Być może mój kolega czuł w nogach ciężar podwójnej Fauniery z dnia poprzedniego? Po przejechaniu 9,4 kilometra dotarłem do rozdroża na wysokości kolejnego okazałego głazu. Tablice i znaki drogowe nie pozostawiały wątpliwości. Po lichym asfalcie w lewo prosimy na Rifugio Barbara, zaś po szutrze w prawo zapraszamy na Colle Barant (2373 m. n.p.m.). Jadąc na rowerze górskim i wybierając tą drugą opcję moglibyśmy sobie dodać jeszcze jakieś 5,6 kilometra podjazdu o typowym dla tych stron nachyleniu 11,1%. Jednak dla nas szosowców był to już niemal koniec męczarni. Do pokonania pozostała jeszcze tylko niespełna dwustumetrowa stromizna i znacznie łatwiejsza finałowa setka do mostku na wysokości osady Grange de Pis. W tym miejscu zaczekałem na Darka, po czym już po szutrze dokręciliśmy ostatnie metry do tarasu przed schroniskiem.

20150915_135642

Licznik wyłączyłem na wspomnianym mostku po przejechaniu 9,68 kilometra w czasie 56:34 (avs. 10,3 km/h). Kręciłem ze średnią kadencją 60 rpm co dobrze obrazuje ile było tu przepychania pomimo miękkiego przełożenia. Na stravie znalazłem segment „Cronoscalata del Barbara” o długości 9,4 kilometra i przewyższeniu 1009 metrów. Ten odcinek pokonałem w czasie 55:50 ze średnią prędkością 10,2 km/h i VAM na poziomie 1084 m/h. Dario uzyskał czas 57:16 (avs. 9,9 km/h i VAM 1057 m/h). To dało nam odpowiednio 33. i 37. miejsce pośród 153 osób, które przetrwały starcie z tą morderczą górą. Nieco korzystniej wypadliśmy na górnym segmencie obejmującym ostatnie 5,5 kilometra powyżej osady Poutas. Ten odcinek o średnim nachyleniu 13% ja przejechałem w 37:36 (avs. 8,9 km/h i VAM 1146 m/h) co daje 24 miejsce wśród 189 osób. Natomiast Darek z czasem 38:48 (avs. 8,6 km/h i VAM 1111 m/h) jest 30. na tej nieco dłuższej liście. Jeśli chodzi o wyniki z pełnego podjazdu to 21 z 50 najlepszych, w tym aż 8 czasów z czołowej „10-tki” pochodzi z soboty 12 września 2015 roku! Z tego co zdołałem się dowiedzieć na podstawie wikipedii od roku 2007 na tej górze organizowana jest cronoscalata dla ambitnych „ciclo-amatori”. Trzykrotnie imprezę tą wygrał Tommaso Tomaino, acz rekord trasy czyli 40:08 należy do zwycięzcy z sezonu 2013 niejakiego Pietro Castellino. Sądząc po wynikach na stravie kolejna odsłona tych zawodów odbyła się na trzy dni przed naszą wtorkową wizytą. Co ciekawe aktualnym „Królem Gór” wg. stravy jest na tym wzniesieniu 23-letnia Erica Magnaldi z pół-profesjonalnej ekipy Team De Rosa Santini, która wykręciła tu czas 46:50. Jednym słowem dołożyła mi 9 minut. Niemal minutę na każdym kilometrze. Ciekaw jestem ile na pokonanie tego szlaku dla kolarskich kozic potrzebowałyby nasze mistrzynie: Kasia Niewiadoma i Maja Włoszczowska. Na górze pogoda była całkiem przyjazna. Temperatura około 18 stopni. Słońce potrafiło się jeszcze przebić przez gęstniejące powoli chmury. Okolica z kamiennymi domami na soczyście zielonej polanie bardzo przypadła mi do gustu. Miło byłoby sobie dłużej posiedzieć w tak ładnych okolicznościach przyrody. Niemniej po około 20 minutach ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadowolony ze swej postawy na podjeździe zjeżdżałem w dobrym nastroju. Tu i ówdzie przystanąłem by uwiecznić zarówno piękno okolicy jak i srogość szosowego szlaku, który udało nam się pokonać. Ostatecznie do samochodu zjechałem o 14:35. Można więc powiedzieć, że wizyta u Barbary zabrała nam równo dwie godziny.

Darek po zjeździe był w kiepskim nastroju. Narzekał, że podczas zjazdu mocno go wytrzęsło na nierównej nawierzchni. Przez pewien czas zastanawiał się nawet czy chce mu się podjąć kolejne wyzwanie czyli zdobyć drugie z zaplanowanych na wtorek wzniesień. Od podnóża Colle Vaccera dzieliło nas niespełna 9 kilometrów. Zatem sam dojazd w to miejsce zajął nam ledwie kwadrans. Zainteresowałem się tą nieznaną mi wcześniej górą przeglądając zasoby „archivio salite”. Spostrzegłem, że ma ona nie tylko dogodną lokalizację, ale też przewyższenie m/w tysiąca metrów. Według profilu z portalu „zanibike.net” podjazd miał mieć długość 15,9 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3%, aczkolwiek przy założeniu że rozpoczniemy tą wspinaczkę na poziomie 460 metrów n.p.m. w miejscowości Luserna San Giovanni. Wiedziałem jednak, że droga na szczyt prowadzi przez wioskę Angrogna. Dlatego po minięciu Torre Pellice, a jeszcze przed Luserną gdy tylko dojrzałem pierwszy znak drogowy na Angrognę skręciłem w boczną uliczkę wytyczoną wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Po przejechaniu trzystu metrów zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za pierwszym zakrętem naszego górskiego szlaku. Dario ostatecznie dał się namówić na kolejną wspinaczkę. Niemniej mój kolega nie był w bojowym nastroju i założył sobie jazdę umiarkowanym tempem. Dłużej też zbierał się do ponownego wskoczenia na rower. Dlatego ruszyłem jako pierwszy. Najpierw jednak zjechałem do wspomnianej już drogi SP161, aby rozpocząć jazdę z małego placu przy głównej drodze. To miejsce wydawało mi się naturalnym początkiem owego wzniesienia, acz jak się później okazało położone było kilkadziesiąt metrów wyżej niż start zaznaczony na znanym mi profilu. Wystartowałem o godzinie 15:37. Po niespełna minucie jazdy minąłem miejsce naszego postoju i skręciłem w prawo. Szybko zdałem sobie sprawę, że wystartowałem z innego miejsca niż planowałem. Tuż za kolejnym zakrętem (tym razem w lewo) ujrzałem przed sobą stromą ściankę, a przy niej tablicę straszącą 15%-ową stromizną. Po przejechaniu 900 metrów na Strada del Palas wjechałem na nieco szerszą SP163. Następnie gdy na liczniku miałem już 2,3 kilometra musiałem podjąć szybką decyzję: jechać prosto czy skręcić w prawo szosą idącą mocniej w górę? Po zerknięciu na przydrożną tablicę wybrałem to drugie rozwiązanie. Tym samym na swoim szlaku ominąłem Angrognę czyniąc drugie odstępstwo od trasy widniejącej na znanym nam profilu.

Dla odmiany jadący kilkanaście minut później Darek pojechał tu prosto, więc niejako wspólnymi siłami rozpracowaliśmy oba warianty tego wzniesienia. Po niespełna czterech kilometrach rozłąki obie drogi połączyły się z sobą na wysokości około 940 metrów n.p.m. Mój segment miał średnie nachylenie 7,7% i wiódł krętym szlakiem przez szereg wiosek oznaczonych brązowymi dwujęzycznymi tablicami. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Ciava Inferiore (alias Chava w lokalnym dialekcie) docierając na wysokość 1000 metrów n.p.m. Na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra można było nieco odpocząć na łatwiejszym odcinku przed Seitoreite (8,6 km). Im wyżej jechałem tym mniej przed sobą widziałem ze względu na niski pułap chmur. Jakieś trzy kilometry przed finałem wyprzedziłem dość żwawo jadącego górala. Tuż przed ostatnim wirażem minąłem jeszcze kolorowy budynek schroniska Jumarre (13,5 km). Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu niespełna 14,3 kilometra w czasie 57:16 (avs. 15,0 km/h). Na stravie znalazłem 11-kilometrowy segment o przewyższeniu 789 metrów rozpoczynający się na rozjeździe z trzeciego kilometra. Ten odcinek pokonałem w 48:03 (avs. 13,8 kmh/ i VAM 985 m/h) co dało mi 10 miejsce wśród 114 osób. Po kilku minutach nadjechał wspomniany amator MTB, którego poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia pod tablicą. Chwilę porozmawialiśmy. Okazało się, że ma on w planach zjazd na drugą stronę góry. Dysponując rowerem o grubszych oponach można się bowiem dotrzeć tu także 9-kilometrowym północnym szlakiem zaczynającym się w miejscowości San Germano Chisone (nieopodal Pinerolo). Rozpocząłem zjazd nie czekając na Darka, który swoje 14,4 kilometra przejechał w czasie 1h 15:00. Zjeżdżałem momentami w pozycji stojącej co prawie mnie zgubiło. W pewnym zacienionym miejscu podbiło mi tylne koło na tyle mocno iż prawie poleciałem do przodu. Widziałem się już z nosem na asfalcie, ale na szczęście skończyło się tylko na strachu. Cało i zdrowo dotarliśmy do samochodu. Około godziny osiemnastej ruszyliśmy w dalszą drogę do San Mauro Torinese. Gdybyśmy trzymali się twardo autostrady A55 to ten dojazd zabrałby nam około godziny. Niemniej chcieliśmy jeszcze zrobić zakupy. Szukając marketu lub choćby sklepu spożywczego wjechaliśmy do Turynu. Popołudniowe korki w stolicy Piemontu znacznie wydłużyły nam tą podróż. Sam przejazd przez tą metropolię był nieco stresującym, acz przyznam, że dla mnie jako kierowcy ciekawym doświadczeniem.

20150915_171142

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Colle dei Morti (Fauniera) & Vallone del Preit

Autor: admin o poniedziałek 14. Wrzesień 2015

Naszym najtrudniejszym wyzwaniem na terenie prowincji Cuneo miał być pojedynek z olbrzymią Faunierą. Od wjazdu do Piemontu czekaliśmy na dzień, w którym natura pozwoli nam na zapoznanie się z tą przełęczą przy korzystnej aurze. Co prawda nie dotyczył nas „extreme weather protocol”, lecz w górach warto zachować zdrowy rozsądek. To znaczy na ryzyko decydować się jedynie w ostateczności. Przeszło 20-kilometrowy wjazd w deszczu i przy temperaturze bliskiej zeru na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. byłby wątpliwą przyjemnością. Jeszcze gorzej byłoby zjeżdżać w takich warunkach. Poza tym wiedziałem, że to góra rzadkiej urody więc chciałem ją odpowiednio uwiecznić na zdjęciach. Wiadomo wszak, że im lepsza pogoda, tym lepsze zdjęcia. Dlatego cierpliwie czekaliśmy na dobrą okazję. W czwartek i piątek było pochmurno. Sobota była lepsza, acz wciąż nie dość pewna. Za to w niedzielę dopadł nas pogodowy dołek, gdyż prawie cały czas padało. Pozostał nam już tylko poniedziałek i na szczęście tym razem niebo nad Borgo San Dalmazzo było błękitne. Decyzja była prosta jedziemy ku Valle Maira. Fauniera czy raczej Colle dei Morti (Przełęcz Umarłych) to pod względem geograficznym góra zupełnie wyjątkowa w kolarskim światku. W Europie jest kilkaset wzniesień z przewyższeniem powyżej 1000 metrów. Kilkadziesiąt spośród nich ma amplitudę ponad 1500 metrów. Nieliczne przełęcze stwarzają okazję do zrobienia jednego dnia dwóch podjazdów, z których każdy zmusza do pokonania półtora tysiąca metrów w pionie. Niemniej bodaj tylko jedna Fauniera miłośnikom górskich wspinaczek może zaproponować trzy alternatywne drogi na szczyt o przewyższeniach przeszło 1500 metrów każda! Nawet mityczne Passo dello Stelvio nie spełnia tych bardzo wygórowanych kryteriów, albowiem szlak północny (szwajcarski) jest na to zbyt skromny. Tymczasem warunki fizyczne Fauniery wręcz porażają. Na Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.) można dotrzeć na trzy sposoby. Podjazd południowy zaczyna się w Demonte (Valle Stura), wschodni w Pradleves (Val Grana), zaś północny w Ponte Marmora (Valle Maira). Ten pierwszy ma długość 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1700 metrów, brutto nawet 1711. Drugi to z kolei 21,9 kilometra o średniej 7,6% i amplitudzie 1658 metrów. Natomiast trzeci ma wymiary 22,3 kilometry na 6,9% z przewyższeniem 1536, a brutto 1544 metrów. Jednym zdaniem to premia górska najwyższej kategorii od której strony by nie spojrzeć.

Droga południowa prowadząca przez pośrednią przełęcz Valcavera (2416 m. n.p.m.) jest przy tym w pełni unikalna, zaś dwa pozostałe szlaki mają wspólny jedynie krótki odcinek finałowy o długości 1400 metrów. Gdyby jakiś śmiałek o mężnym sercu, żelaznych płucach i mocnych nogach chciał jednego dnia zdobyć tą górę od każdej możliwej strony to musiałby przejechać dystans 137,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 4913 metrów. Ja rozpracowywałem ją latami. Po raz pierwszy miałem wjechać na tą przełęcz od strony północnej w czerwcu 2008 roku podczas GF Fausto Coppi. Niemniej na skutek osuwisk po wiosennych ulewach droga z Ponte Marmora na pośrednią przełęcz Colle dell’Esischie (2370 m. n.p.m.) stała się nieprzejezdna wobec czego Fauniera „wyleciała” z tej edycji wyścigu. Do Piemontu ponownie przyjechałem w lipcu 2010 roku i wtedy też zacząłem zwiedzać Colle dei Morti od najtrudniejszej ze stron czyli szlakiem rozpoczynającym się w Pradleves. Według autorów bazy kolarskich podjazdów „archivio salite” ów wariant wschodni wart jest 1511 punktów. Dodam, że południowy uzyskał wynik 1388 pkt, zaś północny tylko 1247. Dla porównania najtrudniejszy z trzech podjazdów pod Stelvio wyceniono na 1411 punktów. Potem południowy podjazd pod Faunierę wrzuciłem do programu Route des Grandes Alpes, którą w towarzystwie Adama, Darka, Piotra i Romka przejechałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku. Na trasie ósmego etapu tej wspaniałej przygody czyli odcinku z Borgo San Dalmazzo do Borgata Villar pokonaliśmy go w pakiecie z południowo-zachodnim podjazdem na przełęcz Sampeyre. Do zaliczenia pozostał mi zatem już tylko podjazd północny z Ponte Marmora via Colle dell’Esischie. Darkowi do kompletu brakowało dwóch wersji tego wzniesienia. Dlatego zdecydował, że po wjechaniu na przełęcz szlakiem północnym zjedzie następnie ku Pradleves i na dobicie zdobędzie ją również od strony wschodniej. Ja mogłem sobie darować podobne ekscesy. Tym bardziej, że na drugie danie miałem upatrzone inne całkiem ciekawe wzniesienie. Zjechawszy na wysokość niespełna 1200 metrów n.p.m. mogłem odbić w lewo ku wiosce Canosio i tam pokonać podjazd do kresu Vallone del Preit (2083 m. n.p.m.). To wzniesienie, acz w pełnej jego wersji czyli z poziomu Ponte Marmora wyceniono na 1028 punktów. To znaczy o 15 oczek wyżej niż wschodni podjazd pod legendarny Col du Tourmalet.

Colle dei Morti alias Fauniera została odkryta dla Giro d’Italia dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku. To samo można zresztą powiedzieć o innych gigantach z prowincji Cuneo takich jak: Monviso (1991), Agnello (1994) czy Sampeyre (1995). Dotychczas organizatorzy „La Corsa Rosa” trzykrotnie wstawili tą przełęcz do programu swego wyścigu. Za każdym razem kolarze mieli się na nią wspinać od strony wschodniej czyli przez Valle Grana. W 1999 roku pojawiła się ona na trasie odcinka czternastego z Bra do Borgo San Dalmazzo. Jako pierwsi wjechali na nią trzej zawodnicy z ucieczki. Najszybszym z nich był Włoch Gabriele Missaglia, który obecnie jest jednym z dyrektorów sportowych ekipy CCC-Sprandi. Z topniejącego peletoniku wyskoczył Marco Pantani i jako czwarty zameldował się na szczycie. Niemniej losy tego etapu rozstrzygnęły się na wzniesieniu Madonna del Coletto, gdzie skutecznie zaatakował inny Włoch Paolo Savoldelli. „Sokół” wygrał z przewagą aż 1:47 nad Pantanim, Hiszpanem Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Niemniej to „Pirat” został wtedy nowym liderem wyścigu odbierając „maglia rosa” Francuzowi Laurentowi Jalabertowi. Dwa lata później ten sam podjazd miał być pokonany na odcinku osiemnastym z Imperii do Sant’Anna di Vinadio. Jednak po wieczornym „nalocie” policji na hotele w San Remo samo dokończenie wyścigu stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie skończyło się „tylko” na anulowaniu kolejnego etapu. Na nieszczęście dla kibiców był to akurat ten z Faunierą. Akcja służb antydopingowych przeprowadzona w trakcie Giro 2001 wykazała, iż zwyczaje w zawodowym peletonie niewiele zmieniły się od czasu afery Festiny (1998). Niemniej ona sama też nie oczyściła środowiska. Dość powiedzieć, że gdy w 2003 roku peleton Giro znów zawitał w te strony to po sukces etapowy na odcinku (znów osiemnastym) z Santuario di Vicoforte do Chianale sięgnął Dario Frigo. Zawodnik, który dwa lata wcześniej musiał wycofać się z Giro po tym jak policjanci odkryli jego bogatą „aptekę”. Tym razem jechano z Val Grana na północ, więc kolarze nie mogli dotrzeć na Colle dei Morti. Musieli zjechać ku Valle Maira i tym samym premię górską wyznaczono na Colle d’Esischie. Wygrał ją Kolumbijczyk Fredy Gonzalez. W 13-osobowej ucieczce uczestniczył Darek Baranowski z CCC-Polsat walczący w tej imprezie o czołową „10-tkę”. Ostateczną selekcję zrobił podjazd pod Sampeyre. Po czym na zjeździe z tej drugiej przełęczy leżeli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Natomiast na finałowym wzniesieniu Frigo wyprzedził prowadzącego w wyścigu Simoniego o 10 sekund oraz Austriaka Georga Totschniga o 2:38. „Ryba” był trzynasty ze stratą 6:59.

Wyruszyliśmy z bazy o wpół do jedenastej. Na dojeździe do Ponte Marmora musieliśmy pokonać ponad 45 kilometrów. Poruszaliśmy się niemal wyłącznie prowincjonalnymi szosami (SP23 i SP422), więc przejechanie odcinka przez Caraglio, Dronero i Stroppo zajęło nam m/w godzinę. Sporo czasu zmarnowaliśmy już na miejscu. Trzy kwadranse zbieraliśmy się do drogi. Dario długo nie mógł się zdecydować jaką odzież zabrać z sobą na tak długą i wysoką przejażdżkę. Ostatecznie w górę SP113 ruszyliśmy dopiero o godzinie 12:28. Wystartowałem znacznie szybciej od Darka i już na pierwszym kilometrze nadrobiłem nad swym kolegą blisko minutę. Drugi kilometr był stosunkowo łatwy, zaś na przełomie trzeciego i czwartego trzeba było pokonać galerię chroniącą przed lawinami i ciemny tunel wykuty w skale. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem skręt ku Canosio, na którym jakieś trzy godziny później miałem zacząć podjazd ku Vallone del Preit. Pół kilometra i trzy wiraże dalej przejechałem obok wioski Vernetti (4,4 km). Rzuciłem na nią okiem biorąc zakręt w lewo i uznałem, że warto będzie bliżej się jej przyjrzeć w trakcie zjazdu. Na trudnym szóstym kilometrze o średniej 8,8% droga minąłem boczne drogi do Brieis i Reinero. Na siódmym kilometrze mogłem nieco odpocząć, bowiem nachylenie na dojeździe do Arata (7,1 km) wynosi ledwie 2,1%. Dopiero za tą osadą zaczyna się szlak przez Vallone di Marmora. Wkrótce minąłem skręt ku Urzio / Vaglia (8,3 km) i dojechałem do wioski Tolosano (9,3 km). Byłem już prawie na półmetku podjazdu pod Colle d’Esischie i zastanawiałem się co czeka na mnie w górnej połowie tego wzniesienia. W pamięci miałem nasz zjazd z 2013 roku gdy po wjechaniu na Colle dei Morti od południowej strony musieliśmy zjechać ku Ponte Marmora. Tuż przed przełęczą Esischie powitała nas wtedy olbrzymia zaspa, która w zamyśle drogowców miała powstrzymać kierowców przed ruszeniem w dół doliny Marmora. Wszystko zaś dlatego, że w dwóch czy trzech miejscach odcinek asfaltu został zmyty i ten kawałek terenu trzeba było pokonać na pieszo. Na szczęście tym razem nie musiałem zsiadać z roweru. Co prawda w tych paru newralgicznych miejscach nie wylano jeszcze nowego asfaltu, lecz przynajmniej utwardzono ją na tyle, że przejazd stał się możliwy po krótkich szutrowych odcinkach. Gorzej, że kamyczków nie brakowało też na stromych ściankach, które pojawiały tu i ówdzie począwszy od dwunastego kilometra. O stromiźnie kolejnych odcinków zaczęły informować przydrożne tabliczki w kolorze brązowym. Dodam, że maksymalne nachylenie na tej górze znajduje się tuż za ósmym wirażem (11,8 km) i sięga 15%.

Kilometry trzynasty i czternasty były kręte i strome. Trzeba było na nich pokonać w sumie sześć wiraży i średnie nachylenie na poziomie 8,9% i 8,1%. Kolejne trzy kilometry prowadziły ku polanie, na której stoi gospodarstwo rolne czyli Malga. Można w nim nabyć mleko, masło i sery pochodzące od miejscowych krów. Funkcjonuje ono na wysokości 2094 metrów n.p.m. w odległości 17 kilometrów od Ponte Marmora. Szosa po szerokim łuku skręca tu w kierunku wschodnim, zaś na południe odbija stary szutrowy szlak na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). Do końca całej wspinaczki zostaje stąd blisko pięć kilometrów, zaś do Colle d’Esischie ledwie 3400 metrów. Pierwsza połowa tego odcinka ma średnie nachylenie 6,9%, zaś druga już 8,4%. Na pierwszą z pośrednich przełęczy dotarłem po przejechaniu 20,4 kilometra. Od szosy z Pradleves dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów zjazdu. Finałowy odcinek zaczyna się z poziomu 2362 metrów n.p.m. Trzeba na nim pokonać 1400 metrów o średniej 8,4%. Gdy tylko skręciłem w prawo nadziałem się na bardzo silny tego dnia południowy wiatr. Po przejechaniu kilometra minąłem pośrednią przełęcz „numero due” czyli Colle Vallonetto (2447 m. n.p.m.). Jeszcze tylko czterysta metrów i po raz trzeci w życiu dotarłem na Colle dei Morti. Przełęcz ta znajduje się na zakręcie w prawo. Dalej droga wiedzie już lekko w dół ku Colle Valcavera i dalej bardziej śmiało poprzez Vallone d’Arma ku Demonte w dolinie Stura. Przełęcz wzięła swą nazwę za sprawą XVII-wiecznej bitwy jaką mieszkańcy Piemontu stoczyli tu z wojskami francuskimi idącymi szlakiem z Valle Maira. Miejscowi zaskoczyli najeźdźców z Zachodu i dali im strasznego łupnia. W światku kolarskim przyjęła się jednak nazwa Fauniera, która de facto oznacza wierzchołek górski (2515 m. n.p.m.) znajdujący się na lewo od zakrętu tuż za pomnikiem Marco Pantaniego. Na szczyt dotarłem po przejechaniu 21,9 kilometra w czasie 1h 35:11 (avs. 13,8 km/h i VAM 969 m/h). O dziwo na stravie nie można znaleźć wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy zmierzony segment to odcinek 15,7 kilometra od skrętu na Canosio do przełęczy Esischie. Ten kawał drogi o przewyższeniu 1137 metrów przejechałem w 1h 10:00 (avs. 13,5 km/h i VAM 974 m/h) co daje mi 22 miejsce pośród 279 osób.

20150914_142826

20150914_143507

20150914_144011

Darek ten sam segment pokonał w 1h 24:52. Dzięki czemu jest tu sklasyfikowany na 89 miejscu. Wydaje mi się, że pojechał to wzniesienie z pewną rezerwą mając przed sobą jeszcze trudniejszy „orzech do zgryzienia”. Na przełęczy wiatr tak dokazywał, iż dla bezpieczeństwa lepiej było nie opierać roweru o barierki, skały czy wspomniany monument. Należało go położyć na ziemi, gdyż wtedy mógł nim co najwyżej szurać po podłożu. Po opróżnieniu kieszonek swej kolarskiej koszuli przekonałem się o różnicy ciśnień między doliną a przełęczą, gdy tylko ujrzałem jak bardzo napęczniało hermetyczne opakowanie ciastka zabranego ze śniadania. Swój zjazd na spodziewany bufet we wiosce Vernetti rozpocząłem dokładnie o 14:30. Mogłem się nie śpieszyć. Na górze Dario potwierdził, że zjeździe do Pradleves by późnym południem raz jeszcze pojawić się na Colle dei Morti. To oznaczało, że będzie miał do przejechania przeszło 20 kilometrów więcej niż ja. Turlałem się zatem spokojnie zatrzymując się przy byle okazji. Najpierw na wysokości Colle Vallonetto, potem nieco dłużej na Colle d’Esischie. Następnie wszędzie tam gdzie jakiś ładny widok przypadł mi do gustu i uznałem, że warto będzie zapisać na karcie telefonu. W górnej partii zjazdu spotkałem więcej świstaków niż na sobotniej Maddalenie. Jednego z tych gryzoni udało mi się nawet złapać na zdjęciu jak przystanął sobie na skałkach nieopodal wspomnianego gospodarstwa. Nie był to jednak koniec spotkań z miejscową fauną. Zanim dojechałem do Tolosano spotkałem na swej drodze najpierw dwa osły, zaś nieco niżej konia korzystającego z przydrożnego wodopoju. Z kolei na wysokości wspomnianej wioski nie dane mi było zrobić zdjęcia, bowiem za bardzo się mną zainteresowały psy z pewnego obejścia. Z niektórych wiraży miałem ładny widok na oddalony o kilkadziesiąt kilometrów szczyt Monte Viso (3841 m. n.p.m.). Do Vernetti zjechałem dopiero kwadrans przed szesnastą. Wjechałem pomiędzy wiekowe domy z kamienia i znalazłem sobie przyjemny przystanek na przy ławie przed lokalem zwanym Locanda Ceaglio. W poczuciu dobrze wykonanego zadania i celem posilenia się przed drugim wyzwaniem zamówiłem sobie kawkę i ciastko. Słonko ładnie przygrzewało. Takie luksusy potrafią człowieka rozleniwić. Nie specjalnie chciało mi się z tego miejsca ruszać. Ostatecznie opuściłem to przyjazne miejsce po około 20 minutach. Postój wykorzystałem też na „odchudzenie” swego stroju przed kolejną wspinaczką.

Z Vernetti do skrętu na Canosio miałem ledwie pół kilometra. Zastanawiałem się jeszcze na zjazdem do Ponte Marmora i zrobieniem podjazdu pod Vallone del Preit w pełnej wersji. Do dziennego przebiegu dodałbym sobie osiem kilometrów, w tym cztery pod górę o średnim nachyleniu 6,2%. Dzięki temu miałbym w swej kolekcji kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad tysiąca metrów. Niemniej w przeciwieństwie do nieustraszonego Darka, który zdecydował się na taki manewr w sobotę i to w dłuższej wersji, jakoś nie mam weny do męczenia się dwa razy jednego dnia na tym samym szlaku. O czekającym mnie teraz podjeździe po raz pierwszy usłyszałem, a w zasadzie przeczytałem we wrześniowym numerze Bicisport z roku 2009. W magazynie tym znalazłem reportaż z wyścigu Giro delle Valli Cuneesi, w którym najwięcej miejsca poświęcono na etap kończący się właśnie w tym miejscu. Wygrał go zaledwie 19-letni Fabio Felline, dziś kolarz z worldtourowej ekipy Trek-Segafredo. W sezonie 2013 uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu ponownie. Tym razem wygrał Gianfranco Zilioli, który tej zimy zamienił trykot Androni Giocattoli na barwy ekipy Nippo-Fantini. Ten podjazd w szosowej wersji kończy się obecnie na poziomie 2086 metrów n.p.m. To znaczy na wysokości powstałej w 1991 roku Azienda Agrituristica La Meja. Ostatni ponad 2-kilometrowy i najbardziej stromy kawałek asfaltu położono tu zapewne w roku 2008, albowiem gdy GdVC zawitała w te strony w roku 2007 etap zakończono we wiosce Preit (1540 m. n.p.m.). Wydana w lutym 2003 roku książka „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ wspomina, iż droga asfaltowa kończyła się wówczas na wysokości 1817 metrów n.p.m. przy osadzie Servino. Podjazd ten w jego skróconej wersji można podzielić na cztery części. Pierwsza to kilometrowy wstęp na dojeździe do Canosio. Dość łatwy odcinek o średnim nachyleniu 4,7%. Drugi segment to fragment z Canosio do Preit liczący 3,4 kilometra przy średniej 8,4 %, który zawiera m.in. 300-metrowy odcinek o nachyleniu 14% pod koniec trzeciego kilometra od rozjazdu. Trzeci fragment to przestrzeń między Preit i Servino o długości 3,5 kilometra i średniej 7,9%. Na dobicie pozostaje zaś finałowy odcinek 2,2 kilometra o niebagatelnej stromiźnie 12,1 %, który kończy się przy wspomnianym gospodarstwie rolnym na Altopiano della Gardetta.

Wystartowałem o godzinie 16:11. Ze stravy wynika, iż dosłownie minutę wcześniej Dario zaczął swą znacznie dłuższą od mojej wspinaczkę wschodnim szlakiem na Colle dei Morti. Czyżbyśmy po siedmiu latach wspólnych wypraw nabyli łączność telepatyczną? Dojazd do Canosio zgodnie z oczekiwaniami okazał się łatwy. Na polanie po prawej stronie drogi dojrzałem dziesięć wigwamów, lecz nie kręcili się wśród nich żadni Indianie. Z kolei po lewej stronie szosy Tak na wjeździe jak i wylocie z wioski przy szosie stały ludziki z napoleońskich kapeluszach. Tuż za Canosio droga znacząco się zwęziła. Po przejechaniu 2 kilometrów minąłem skręt na Colle San Giovanni (1621 m. n.p.m.). Gdybym skręcił tu w prawo to dotarłbym na to wzniesienie po przejechaniu 3,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4%. Jednak na wprost przed sobą miałem ciekawszy cel. Na trzecim kilometrze wspinaczki trzeba było się już bardziej wysilić. Najpierw 700 metrów o średniej 8,3%, a potem wspomniana już 300-metrowa stromizna. Pod koniec czwartego kilometra dwa pierwsze wiraże na wysokości Pian Preit. W połowie piątego kilometra byłem już we wiosce o tej samej nazwie. Odcinek czterystu metrów bezpośrednio za tą miejscowością był ostatnim miejscem na złapanie głębszego oddechu. Na 3-kilometrowym dojeździe do Servino droga trzyma bowiem już niemal cały czas na poziomie 8,6-8,9%. Na 5 kilometrów przed szczytem minąłem dużą tablicę, z którą bliżej zapoznałem się dopiero na zjeździe. Wynika z niej, że w każdy lipcowy i sierpniowy weekend oraz w pierwsze dwie niedziele września na tym finałowym odcinku asfaltowej drogi obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Po przejechaniu 6,3 kilometra przejechałem obok miejsca zwanego Grange Salvest, zaś niedługo potem minąłem kolejne dwa wiraże przy Grange Pratolungo (6,7 km). Najgorsze miało się zacząć dopiero na dziewiątym kilometrze. Tam pokonałem dwie pary wiraży pod tytułem w prawo i w lewo. Jednak zdecydowanie najtrudniejszy okazał się kilometr dziesiąty. Czekała tu na mnie najpierw prosta o długości 600 metrów, a potem dwa wiraże, zaś wszystko na stałym poziomie kilkunastu procent. Na ostatnich trzystu metrach minąłem polanę, na której trawkę skubały trzy górskie mustangi. W sumie przejechałem 10,3 kilometra w czasie netto 52:13. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 10,2 kilometra, który pokonałem w 51:22 (avs. 12,0 km/h i VAM 991 m/h). To jedenasty wynik na 97 dotychczas odnotowanych, a przy tym najlepszy ze wszystkich w sezonie 2015. Widać żaden as z Garminem w tym roku tu nie zaglądał. Co ciekawe 6 z 7 najlepszych czasów pochodzi z 29 lipca 2013 roku czyli ze wspomnianego etapu Giro delle Valli Cuneesi.

20150914_171555

Miejsce do którego dotarłem wygląda jak kawałek górskiego raju. Płaskowyż otoczony szczytami, z których najwyższa jest Rocca La Meja (2830 m. n.p.m.). Kamienista droga leci stąd jeszcze dalej w dwóch kierunkach: na wprost i w prawo. Ta druga pnie się do góry jeszcze przez cztery kilometry z hakiem. Gdybym dojechał tu na góralu lub choć na przełajówce mógłbym kontynuować wspinaczkę i dotrzeć do Rifugio Gardetta (2335 m. n.p.m.), a nawet na Passo della Gardetta (2437 m. n.p.m.). Jednak tego dnia w pełni zadowolił mnie kolejny zdobyty „dwutysięcznik”. Dodam, że góra ta miała średnie nachylenie 8,7 % i przewyższenie 891 metrów. Taki finał poprzedzony podjazdem pod Colle dell’Esischie od Pradleves lub wspinaczką pod Colle delle Morti od Demonte byłby godny królewskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej ze względów logistycznych tak się chyba nigdy nie stanie. Niestety za mało tu miejsca na rozlokowanie karawany wielkiego wyścigu. Może to i lepiej. Pewnych skarbów natury warto nie zadeptywać. Po trwającym godzinę zjeździe do samochodu w Ponte Marmora dotarłem kwadrans po osiemnastej. Na przyjazd Darka czekałem przeszło godzinę. Nie bez przyczyny. Mój kolega miał znacznie trudniejsze zadanie do wykonania. Jak wspomniałem aby wrócić na Colle dei Morti musiał pokonać 21,9 kilometra o średniej stromiźnie 7,6 % i amplitudzie 1658 metrów. Ale to jeszcze nic. Ostatnie 15 kilometrów tego wzniesienia, powyżej wioski Campomolino trzyma tam na średnim poziomie 9 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 14%. Dodam, że na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów obejmujących kilkaset wzniesień ta góra zajmuje siódme miejsce. Najciekawszym dla oka miejscem na szlaku Darka było znajdujące się na wysokości 1761 metrów n.p.m. Santuario di Santo Magno. Pomimo zmęczenia pierwszą wspinaczką Dario trzymał fason. Całą górę pokonał w czasie 1h 48:25. Na pierwszych kilometrach jechał z rezerwą, gdy zrobiło się stromo depnął już mocniej. Według stravy przeszło 14-kilometrowy segment pomiędzy Campomolino a Colle dei Morti pokonał w czasie 1h 22:12 przy średniej prędkości 10,6 km/h i VAM 936 m/h. Dało mu to 195 miejsce pośród 945 osób. Mój kolega na obu zboczach Fauniery przejechał w sumie 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3200 metrów. W porównaniu z nim miałem stosunkowo luźny dzień. Mój licznik zatrzymał się po 64 kilometrach. Przy tym w pionie pokonałem „tylko” 2419 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Monte Ray

Autor: admin o niedziela 13. Wrzesień 2015

Prognozy pogodowe na niedzielę były jak najgorsze. Miało padać niemal przez cały dzień. W trakcie kilkudniowego przystanku pod Cuneo zostały nam jeszcze do zrobienia wycieczki do Valle Maira i Valle Gesso. Ta pierwsza oznaczała wspinaczkę na niebotyczną Faunierę, więc przy „pogodzie pod psem” była wykluczona. Tym samym nie musiałem się specjalnie zastanawiać jakie tereny możemy zwiedzić w ramach ósmego etapu tej podróży. Poza tym do doliny Gesso mieliśmy całkiem blisko dzięki czemu mogliśmy dłużej niż zwykle zwlekać z wyruszeniem z domu. Postanowiliśmy przeczekać opady. Łudziliśmy się, iż może skończą się do południa. Niestety wczesnym popołudniem wciąż siąpiło. W tej sytuacji Darek postanowił, że tego dnia nie wychyli nosa poza progi „B&B Il Melograno”. Ja podjąłem śmiałą decyzję uratowania choćby części swego oryginalnego planu na wspomnianą dolinę. Doświadczenie nauczyło mnie przez lata, że czasami warto podjąć takie ryzyko, albowiem zrazu podła aura może się zlitować nad żądnym przygód śmiałkiem. Jakiż zatem magnes skłaniał mnie do wycieczki w te strony pomimo okoliczności sugerujących by nie wyjeżdżać z Borgo San Dalmazzo? Na szosach Valle Gesso miałem do wyboru pięć nieznanych mi dotąd wzniesień, z czego cztery na terenie Parco Naturale Alpi Marittime. Dwa z nich wydały mi się całkiem interesujące. Uznałem, iż jeśli tylko pogoda pozwoli to zmierzę się z podjazdami pod Lago delle Rovine (1540 m. n.p.m.) oraz Monte Ray (1828 m. n.p.m.). Tą pierwszą wspinaczkę o długości 12,5 kilometra przy średniej 5,8% i przewyższeniu 734 metrów mogłem sobie jeszcze znacząco przedłużyć. Otóż wjeżdżając pod koniec owej wspinaczki na boczną drogę służącą pracownikom koncernu energetycznego ENEL mógłbym dotrzeć do brzegów Lago del Chiotas, jeziora położonego na wysokości 1978 metrów n.p.m. Aby tego dokonać musiałbym przejechać dodatkowe 5,2 kilometra przy średniej 8,4%, z czego 1100 metrów w tunelu. Zadanie jak najbardziej do wykonania, acz nie wiedziałem czy starczy mi na nie czasu. Dodatkową nagrodą za ten ekstra wysiłek mógł być widok na pobliską Monte Argentera (3297 m. n.p.m.), najwyższą górę Alp Nadmorskich.

Przed trzynastą opuściłem naszą bazę by spróbować swego szczęścia. Nie zakładałem pustego przebiegu. Uznałem, że nawet przy marnej pogodzie coś sobie wywalczę. To znaczy zaliczę jedną premię górską i jakoś tam stoczę się później do auta. Założyłem sobie dojazd do oddalonej o 18 kilometrów miejscowości Entracque. Wyjeżdżając z miasta musiałem znaleźć biegnącą na południowy-zachód drogę SP22. Potem minąłem miejscowość Valdieri gdzie przed siedmioma laty zaczynałem ostatni z pięciu podjazdów na trasie maratońskiego GF Fausto Coppi. Dwa kilometry dalej skręciłem na południe by po przejechaniu jeszcze kilometra odbić w lewo ku miasteczku, w którym zamierzałem się wypakować. Ostatecznie zmieniłem jednak plany i postanowiłem dotrzeć do równoległej SP San Giacomo, która na miejscu wydała mi się bardziej naturalnym miejscem na start do obu wybranych wspinaczek. Przejechawszy obok restauracji Vecchio Mulino dotarłem w rejon elektrowni wodnej i zapory na Lago della Piastra. Znalazłem tam duży parking, na którym postanowiłem zostawić samochód. To była lokalizacja u podnóża Monte Ray, więc uznałem że swój ósmy etap zacznę jednak od tego wzniesienia. Poza tym jako krótsze z dwojga dawało ono większą szansę na przejazd tzw. suchą szosą. Jednak zanim wskoczyłem na rower wolałem jeszcze zbadać okolicę by wybrać punkt startu do dłuższej wyprawy na Lago delle Rovine lub Chiotas. W tym celu zjechałem przeszło trzy kilometry w stronę wioski Tetti Miclot. Zdecydowałem że drugi podjazd zacznę na wysokości niespełna 820 metrów n.p.m. tzn. od rozjazdu pomiędzy SP22 i SP San Giacomo. Ułożywszy sobie w głowie pomysł na spędzenie kilku najbliższych godzin wróciłem na wspomniany parking aby przygotować się do jazdy. Los zdawał mi się sprzyjać. Niebo było owszem zachmurzone, ale nie padało. Co więcej tu i ówdzie przez chmury przedzierało się słońce. Dla lepszego efektu wspinaczkę pod Monte Ray postanowiłem zacząć z najniższego miejsca w zasięgu mego wzroku czyli spod bramy Elektrowni im. Luigi Einaudi.

Według „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ten podjazd ma 10,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,6% i max. 11%. Do pokonania w pionie miałem mieć 898 metrów. Tym niemniej już przed startem dodałem sobie blisko pół kilometra drogi i przeszło dwadzieścia metrów przewyższenia. Wystartowałem o godzinie 13:37. Po przejechaniu przeszło trzystu metrów wróciłem na drogę SP San Giacomo, by po kolejnych dwustu odbić w prawo. Tym samym wjechałem na Strada Comunale Rovine. Niemniej to jeszcze nie był czas na spotkanie z tą górą. Bardzo szybko tzn. po niespełna siedmiuset metrach od startu musiałem z niej zjechać wykonując zakręt w prawo o 180 stopni ku Strada Comunale Monte Ray. Dostępu do niej bronił biało-zielony szlaban podobny do tego bywalcy kaszubskich tras znają z podjazdu pod zbiornik w Czymanowie. Czekał mnie trudny, ale bardzo regularny podjazd. Tylko pierwszy kilometr można tu uznać za stosunkowo łatwy. Dziesięć kolejnych trzyma niemal cały czas na poziomie powyżej 8%, zaś najtrudniejszy tzn. przedostatni ma średnio 9,2%. Z drugiej strony brak tu szczególnie stromych ścianek, zaś trudy wspinaczki odrobinę ułatwiają liczne wiraże. Powyżej parkingu jest ich w sumie piętnaście, rozlokowanych przede wszystkim w dolnej i górnej tercji całego wzniesienia. Droga jest wąska i nie miejscami przybrudzona żwirem, liśćmi oraz drewnem. Tym niemniej bardzo spokojna. Podczas swego przejazdu nie napotkałem żadnego samochodu, a jedynie na drugim kilometrze spotkałem spacerujące starsze małżeństwo. Według mej lektury łatwiej tu spotkać górskie kozice i koziorożce niż ludzi. Mogłem się o tym zresztą naocznie przekonać biorąc jeden z zakrętów w górnej partii wspinaczki. Oprócz kozicy natknąłem się tu również na śmigającą po szosie salamandrę plamistą czyli czarnego płaza upstrzonego żółtymi plamami. W końcówce podjazdu przebijając się przez gęste chmury musiałem uważać na kamienie leżące na drodze. Podjazd zakończył się na zakręcie w lewo obok niewielkiej stacji meteorologicznej spod znaku Brigata Alpina Taurinense. Ja odczytałem pomiary ze swego licznika. Było tu ledwie 12 stopni.

Wspinaczkę zakończyłem przejechawszy 10,9 kilometra w czasie netto 53:21 (avs. 12,4 km/h). Na stravie opracowano segment o długości 10,3 kilometra rozpoczynający się od wspomnianego szlabanu. Ten zasadniczy fragment wzniesienia pokonałem w czasie 50:25 (avs. 12,3 km/h i VAM 1078 m/h) co daje mi obecnie 11 miejsce na 46 sklasyfikowanych tu osób. Zatrzymawszy się dostrzegłem przed sobą wierzchołek Monte Ray (2318 m. n.p.m.). Jeszcze ładniejszy widok miałem na inny szczyt po wschodniej stronie doliny. Niemniej zanim przebrałem się na zjazd i wyjąłem telefon by strzelić te kilka fotek naszły chmury i nie było już czego podziwiać z tej miejscówki. Obawiałem się, że wkrótce „klimat” do jazdy może się pogorszyć. Czym prędzej rozpocząłem więc ostrożny zjazd. Na pierwszych kilometrach ledwie turlałem się w dół ze względu na bardzo ograniczoną widoczność. Dopiero w połowie zjazdu warunki poprawiły się na tyle, że robienie zdjęć nabrało większego sensu. Najładniejszym z zapamiętanych obrazków był widok tamy powstrzymującej lazurowe wody Lago della Piastra. Poza tym złapałem też w obiektywie wspomniane Entracque. Praktycznie udało mi się zjechać na sucho, acz tu i ówdzie postraszyły mnie krople deszczu. Na parking dotarłem o wpół do czwartej. Rower oparłem o barierkę, zaś sam wsiadłem do auta aby zrobić sobie w nim zrobić krótką strefę bufetę. To znaczy zjeść parę kostek czekolady i wypić kawę z termosu. Przy okazji miałem nieco się ogrzać i zmienić spoconą koszulę na suchą. Następnie chciałem wrócić na rower i zjechać trzy kilometry w dół SP San Giacomo by od upatrzonego rozjazdu podjechać przynajmniej do Lago delle Rovine. Niemniej na przekór tym planom rozpętała się górska ulewa. Z początku miałem nadzieję, że skoro pada intensywnie to szybko się ów opad skończy. Godzina była względnie młoda, więc mogłem poczekać. Siedziałem zatem w aucie słuchając płyty AC/DC i patrząc jak moknie mi rower. Po godzinie straciłem nadzieję, że niebosa się nade mną zlitują. Musiałem zadowolić się jedną premią górską. Jednak w tych warunkach nie było co wybrzydzać. Tego dnia przejechałem zatem tylko 22 kilometry o przewyższeniu 938 metrów czyli na półmetku wyprawy trafił mi się dzień ulgowy. Darek jak już wspomniałem postawił na pełną regenerację. W trakcie mej nieobecności nie narzekał na brak towarzystwa. W porze sjesty wpadł do niego z niezapowiedzianą wizytą kot sąsiadów.

 

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Maddalena & San Bernolfo

Autor: admin o sobota 12. Wrzesień 2015

Po dwóch wycieczkach na północ prowincji Cuneo nie miałem ochoty trzeci raz z rzędu ruszać autem w tą samą stronę. Zresztą jedynym powodem do kolejnego takiego wyjazdu z naszej bazy noclegowej w Borgo San Dalmazzo byłaby wyprawa na Faunierę (alias Colle dei Morti). Niemniej do udanej wycieczki z tą przełęczą w roli głównej potrzebowaliśmy wybornej pogody. Czekałaby nas bowiem wspinaczka na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. Sobotnia aura była już całkiem przyzwoita, lecz do ideału jeszcze sporo jej brakowało. Dlatego też uznałem, że będzie to właściwy dzień na zmierzenie się z premiami górskimi w dolinie Valle Stura di Demonte. Dla mnie głównym daniem miał być przeszło 30-kilometrowy podjazd na graniczną przełęcz Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.). Natomiast w ramach dokładki chciałem podjechać do górskiej osady San Bernolfo (1702 m. n.p.m.) powyżej uzdrowiska Bagni di Vinadio. Normalnie wzniesieniem tego typu co piemoncka „Magdalena” raczej bym się nie zainteresował. Podjazd ten ma marne średnie nachylenie rzędu 3,5%. Tym niemniej były trzy ważkie powody aby uczynić wyjątek od reguł swej selekcji. Argumenty natury sportowej, geograficznej jak i historycznej. Po pierwsze choć jest on bardzo łagodny to ma w ofercie przeszło 1000 metrów przewyższenia. Po drugie chciałem zdobyć kolejną przełęcz na granicy włosko-francuskiej. Tym bardziej, że od włoskiej strony wdrapałem się już niemal na wszystkie. Rozpocząłem to zwiedzanie w czerwcu 2008 roku „lepką” wspinaczką pod Colle dell’Agnello. Następnie w lipcu 2010 roku wjechałem na Piccolo San Bernardo, Colle della Lombarda i Colle di Tenda, zaś w sezonie 2013 na dziesiątym etapie Route des Grandes Alpes opuściłem Italię szlakiem przez Colle del Moncenisio. Do kompletu brakowało mi więc tylko Maddaleny oraz najłatwiejszej ze wszystkich siedmiu dróg ku owej granicy czyli Colle del Monginevro. Na tej ostatniej byłem jednak dwukrotnie tyle że podjechawszy od strony francuskiej. A zatem jedynie „Magdalena” była mi dotąd kompletnie nieznana. Trzecim i najważniejszym powodem aby ją w końcu odwiedzić był motyw historyczny. Ta góra ma swoje ważne miejsce w historii włoskiego kolarstwa. Stało się tak za sprawą wyczynu „Campionissimo” Fausto Coppiego.

Jak wiadomo największy z włoskich mistrzów w ciągu swej 20-letniej kariery zawodowej wygrał wiele prestiżowych wyścigów. Niemniej jego legendę zbudowała nie tyle ich ilość co jakość. Wrażenie robił przede wszystkim styl w jakim potrafił zwyciężać. Dla przykładu Milano – San Remo 1946 zwyciężył po blisko 150-kilometrowym rajdzie z przewagą równo 14 minut na drugim zawodnikiem. Tour de France z roku 1952 wygrał z przewagą ponad 28 minut nad Belgiem Stanem Ockersem. Natomiast po swój jedyny tytuł mistrza świata na szosie sięgnął w sezonie 1953 gdy na trasie wokół Lugano zdystansował najbliższego ze swych rywali o ponad 6 minut. Niemniej nawet te wyczyny bledną przy tym czego „L’Airone” dokonał 10 czerwca 1949 roku na trasie 254-kilometrowego etapu Giro d’Italia z Cuneo do Pinerolo. Na odcinku tym trzeba było pokonać aż pięć premii górskich czyli przełęcze: Maddalena, Vars, Izoard, Montgenevre i Sestriere. Coppi zaatakował już pod koniec pierwszego podjazdu podczas przejazdu przez miejscowość Argentera. I tyle go rywale widzieli. Po solowej ucieczce na dystansie 192 kilometrów dotarł do mety z przewagą 11:52 nad wielkim Gino Bartalim! Jako trzeci finiszował Alfredo Martini (przyszły selekcjoner włoskiej kadry), który wraz z trzema innymi zawodnikami stracił aż 19:14! Natomiast dotychczasowy lider wyścigu czyli Adolfo Leoni dotarł do mety na ósmym miejscu z bagażem 23:37! To tego dnia Mario Ferretti sprawozdawca z radia RAI wypowiedział słynne słowa „Samotny człowiek na prowadzeniu, jego koszulka biało-błękitna, nazywa się Fausto Coppi”. W późniejszych latach organizatorzy Giro jeszcze dwukrotnie zorganizowali górskie etapy na identycznej trasie. W 1964 roku wygrał go Franco Bitossi z przewagą 1:58 nad 6-osobową grupą z Vittorio Adornim i Giannim Mottą na czele. Przy tej okazji jako pierwszy ma przełęcz Maddalena wjechał Italo Zillioli. Natomiast podczas edycji z roku 1982 do mety w Pinerolo dojechała 13-osobowa grupka. Na finiszu Giuseppe Saronni wyprzedził Bernarda Hinault i Szweda Tommy Prima. Początek etapu musiał być leniwy, skoro na premii górskiej pierwszy pojawił się szwajcarski sprinter Urs Freuler. Dodam, że Coppiemu przejechanie tego maratońskiego odcinka zajęło 9h 19:55. Bitossi wyrobił się już w czasie 8h 22:09, zaś Saronni finiszował po upływie 7h 35:49. Ciekawe co bardziej sprzyjało coraz szybszej jeździe peletonu: lepsze metody treningowe, postęp techniczny w zakresie sprzętu czy też lepsza jakość drogowej nawierzchni?

Po raz czwarty i ostatni jak dotąd Maddalena pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1996 na znacznie krótszym etapie z Santuario di Vicoforte do francuskiego Briancon. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się wtedy Mariano Piccoli, zaś etap wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty o przeszło 40 sekund wyprzedził Claudio Chiappuciego i Baska Abrahama Olano. A zatem umówiłem się na spotkanie z Maddaleną ze względu na jej ciekawą przeszłość. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to co mnie mogło przekonać tej wycieczki pomimo oczywistych niedostatków tej góry niekoniecznie musiało przemawiać do Darka. Na szczęście miałem dla swego wspólnika do przerobienia bardzo ciekawy temat zastępczy w postaci bardziej stromych podjazdów pod Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) i Sant’Anna di Vinadio (2010 m. n.p.m.). Tym samym tego dnia mieliśmy dwa zupełnie rozbieżne plany zajęć, acz ze wspólnym miejscem startu na rozdrożu jakiś kilometr za Vinadio. Miejscowości słynącej z fortu Albertino wybudowanego w pierwszej połowie XX wieku za czasów Królestwa Sardynii. Aby dotrzeć na start naszego siódmego etapu musieliśmy przejechać blisko 30 kilometrów w kierunku zachodnim niemal cały czas po „krajówce” SS21. Po drodze minęliśmy m.in. miasteczko Demonte, w którym zaczyna się południowy podjazd pod słynną Faunierę prowadzący przez pośrednią przełęcz Valcavera. Z tym wielkim wzniesieniem poradziliśmy sobie już dwa lata wcześniej na ósmym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Tym razem zadania mieliśmy łatwiejsze. Moja pierwsza premia górska czyli Maddalena miała mieć długość 31,4 kilometra o średnim nachyleniu 3,5% i przewyższeniu 1110 metrów. Przełęcz, która była moim celem stanowi naturalną granicę pomiędzy położonymi na południu Alpami Nadmorskimi (Alpi Marittime) oraz biegnącymi na północ Alpami Kotyjskimi (Alpi Cozie). Natomiast w ujęciu wschód-zachód łączy ona włoską dolinę Valle Stura di Demonte z francuską Val d’Ubaye. Warto przy tym dodać, że Francuzi swoją „Magdalenę” mają w Sabaudii pomiędzy dolinami Tarentaise i Maurienne, zaś tą przełęcz na granicy z Italią znają pod nazwą Col de Larche. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na małym parkingu w pobliżu mostku nad Sturą. Jako pierwszy do boju ruszył Dario wjeżdżając na drogę SP255 prowadzącą ku wiosce Pratolungo i wyżej ku granicy francuskiej lub wspomnianego sanktuarium.

Ja wystartowałem o godzinie 11:49 przy temperaturze 21 stopni. Pierwsze trzy kilometry były niemal płaskie tzn. z nachyleniem zaledwie 1,8%. Dalej podobne odcinki „falsopiano” przeplatały się z segmentami o umiarkowanej stromiźnie. Długo nie miałem powodu do tego by zrzucić łańcuch na małą tarczę. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem Pianche, gdzie miałem się zatrzymać w drodze powrotnej. Tu droga krajowa nr 21 skręca na północ. Na szóstym kilometrze pokonałem pierwszy solidny fragment wspinaczki czyli 700 metrów o średniej 5,7%. O tym jak łagodna to góra najlepiej niech świadczy fakt, że na pierwszych 25 kilometrach podjazdu był to najbardziej „stromy” odcinek. Zresztą maksymalna stromizna na tym wzniesieniu to tylko 9%. Jechałem więc szybko mijając Sambuco (8,2 km) i Pietraporzio (12,4 km). Na piętnastym kilometrze zataczając szeroki łuk objechałem miejscowość Pontebernardo, w której urodziła się słynna narciarka Stefania Belmondo. Ta filigranowa biegaczka podczas kilkunastoletniej kariery zawodowej zdobyła dwa złote medale olimpijskie, z czego pierwszy w Albertville, zaś drugi dziesięć lat później w Salt Lake City. Poza tym wywalczyła cztery tytuły mistrzyni świata oraz wygrała 21 biegów pucharowych. Na półmetku czyli po przebyciu 15,7 kilometra wjechałem do tunelu o długości 830 metrów. Tuż za nim przejechałem przez dwa wiraże, zaś tuż przed Bersezio (21,1 km) przez cztery kolejne. Na tych krętych odcinkach nachylenie znów nieznacznie przekroczyło 5%. Minąłem wyciągi stacji Pie del Beu i wkrótce miałem już przed sobą Argenterę (24,6 km), na terenie której wprowadzono ruch wahadłowy. Dopiero powyżej tej wioski zaczyna się ciekawsza wspinaczka. Na kolejnych pięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi bowiem 5,5%. Na tym odcinku trzeba pokonać 14 ze wszystkich 21 serpentyn. Spokojnie zrobiło się znów na wysokości Lago dell’Argentera. Na koniec pozostał mi jeszcze delikatny podjazd na ostatnich 400 metrach. Ostatecznie dotarłem na przełęcz po przejechaniu 31 kilometrów w czasie 1h 27:55 (avs. 21,2 km/h). Na stravie moje wyniki wyglądają całkiem nieźle. Dolny odcinek o długości 14,4 kilometra od startu do Pontebernardo przejechałem w 38:51 (avs. 22,3 km/h i VAM 693 m/h) co jest 33 wynikiem pośród 254 zarejestrowanych. W górnej partii było jeszcze lepiej. Na segmencie liczącym 14,2 km od wyjazdu z tunelu do samej przełęczy uzyskałem wynik 42:38 (avs. 20,1 km/h i VAM 804 m/h) co daje mi 6 miejsce na 300 osób. To się nazywa finisz.

Na górze było 16 stopni. Po lewej stronie drogi stoi tu włoskie Rifugio della Pace, zaś po prawej dla równowagi francuski sklep z pamiątkami. Nieco niżej znajduje się kamienny pomnik poświęcony Coppiemu wraz z nieśmiertelną frazą wypowiedzianą przez włoskiego radiowca. Na przełęczy spędziłem ledwie 10 minut. Na nieco dłuższą chwilę zatrzymałem się dopiero w Ristorante del Lago. To znaczy niewielkim barze położonym jakieś 700 metrów przed granicą. Zamówiłem tam ciastko i kawę aby posilić się przed długim zjazdem. Zważywszy na łagodny profil tego wzniesienia w drodze powrotnej musiałem częściej niż zwykle przekręcić korbami. Jechałem jednak spokojnie by jak najwięcej sił zostawić sobie na drugi z sobotnich podjazdów. Wielokrotnie zatrzymywałem się aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Szczególnie na krętym odcinku powyżej Argentery było ku temu wiele okazji. Na tym wysokogórskim odcinku udało mi się dojrzeć kilka świstaków. Zazwyczaj te płochliwe zwierzaki tylko słychać, a nie widać. Niemniej tu czuły się na tyle pewnie, że można je było spotkać nawet przemykające po szosie. Po przeszło 27-kilometrowym zjeździe kilka minut przed piętnastą zatrzymałem się w Pianche. Tu miałem zacząć podjazd pod drugą ze swych premii górskich. Na pustym przystanku autobusowym przy drodze SS21 przygotowałem się do tej wspinaczki. To znaczy zdjąłem warstwy odzienia przydatne jedynie na odcinku zjazdowym. Czekał mnie teraz przeszło 10-kilometrowy podjazd do górskiej wioski San Bernolfo (1657 m. n.p.m.). Według danych z „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ma on długość 10,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,5% i max. 12%. Do pokonania miałem mieć co najmniej 701 metrów przewyższenia. Na miejscu okazało się jednak, że ten podjazd kończy się na wysokości 1702 metrów n.p.m. Niemniej moja nadwyżka nie ograniczyła się wyłącznie do owych 45 metrów o czym za chwilę. Wystartowałem o godzinie 15:02. Na pierwszych kilometrach nie jechało mi się dobrze. Czułem, że długi i przejechany mocno (na twardym przełożeniu) podjazd pod Maddalenę wszedł mi w nogi. Poza tym co tu dużo mówić początek wspinaczki do San Bernolfo do łatwych nie należy. Pierwsze półtora kilometra na drodze SP238 ma bowiem średnie nachylenie na poziomie 8%. Odpocząć mogłem w końcówce drugiego kilometra, gdzie rozpoczyna się kilkusetmetrowy odcinek „falsopiano”. W początkach trzeciego i czwartego kilometra droga dwukrotnie przeskoczyła nad wodami potoku Corborant.

Pod koniec trzeciego kilometra musiałem pokonać 600-metrowy segment o nachyleniu 9%. Wkrótce przejechałem pod czterema galeriami osłaniającymi drogę przed zimowymi lawinami i przebiłem się przez dwa krótkie, acz nieoświetlone tunele. W połowie piątego kilometra minąłem budynek uzdrowiska Terme di Vinadio, zaś dwieście metrów dalej dojechałem do rozdroża. Wydawało mi się naturalne, że powinien tu odbić w prawo. Po pierwsze był to szlak prowadzący do centrum Bagni di Vinadio, a po drugie w przeciwieństwie do alternatywnej drogi na wprost wiodła ona pod górę. Ten wybór okazał się jednak błędem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Do prawdziwego podjazdu pod San Bernolfo dodałem sobie blisko trzy kilometry ostrej wspinaczki ku wiosce Besmorello i wyżej aż do końca asfaltowej drogi na wysokości niemal 1550 metrów n.p.m. Wróciwszy do rozdroża wiedziałem już gdzie muszę jechać. Pierwsze 200 metrów prowadziło w dół, zaś kolejne 500 tylko delikatnie pod górę. Po minięciu Strepeis do przejechania pozostało mi jeszcze 5,5 kilometra. Ten finałowy odcinek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to umiarkowane 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,7% kończący się na wysokości osady Callieri. Drugi to już bardzo wymagające 2,8 kilometra o stromiźnie 9,5%. Na czterysta metrów przed finałem skręciłem w prawo ku zabudowaniom San Bernolfo. W lewo z tego miejsca odchodzi gruntowa ścieżka ku Rifugio De Alexandris Foches znajdującego się na wysokości 1910 m. n.p.m. Po dotarciu do wioski skręciłem jeszcze w lewo by dotrzeć do ostatnich metrów asfaltu. Zatrzymałem się po przejechaniu 16,8 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 15,2 km/h). Niemniej to mniej istotne bo obejmuje także 3-kilometrowy zjazd. Ustaliłem swój wynik na San Bernolfo z połączenia dwóch połówek właściwego wzniesienia. Wyszło mi, że dystans 10,9 kilometra przejechałem w czasie 44:34 (avs. 14,7 km/h). Natomiast na stravie znalazłem segment od Pianche do Bagni di Vinadio czyli 4,3 kilometra przejechane w 17:40 (avs. 14,9 km/h i VAM 925 m/h) co jest 22 wynikiem na liście obejmującej 84 pozycje oraz odcinek 4,7 kilometra od Strepeis do rozdroża tuż przed wioską pokonany w czasie 21:23 (avs. 13,3 km/h i VAM 1024 m/h). Na tym górnym odcinku „prowadzi” profi z Team Sky Ian Boswell. Ja jestem trzeci pośród 30 osób. Co ciekawe dopiero ósmy na tym segmencie jest Joe Dombrowski z Cannondale-Garmin, który najwyraźniej kręcił na tej górze tylko jedną nogą.

Po blisko 11-kilometrowym zjeździe i niemal 4-kilometrowy odcinku w dolinie dotarłem do naszego parkingu jakiś kwadrans po siedemnastej. W tym samym czasie Darek zwiedzał jeszcze sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Czekając na swego kompana cieszyłem się z wiadomości otrzymywanych z kraju. To znaczy z sms-ów od Iwony i Jurka Plietha, a także telefonu mojej siostry Karoliny. Wszyscy oni donosili mi o ciekawym przebiegu przedostatniego etapu Vuelty. Wszystko wskazywało na to, że Rafał Majka wskoczy jednak na generalne podium hiszpańskiego touru i to być może nawet na drugi jego stopień. Na mego wspólnika przyszło mi czekać równo godzinę, albowiem Dario zagrał Vabank. Zaproponowałem mu ostrożny plan czyli podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) oraz następnie po 8-kilometrowym zjeździe skręt ku Sant’Anna di Vinadio (2017 m. n.p.m.) i pokonanie odcinka 2,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3%. Niemniej mój przyjaciel nie zadowolił się takimi półśrodkami. Pomimo, że droga na przełęcz Lombarda i ku wspomnianemu Santuario jest wspólna przez pierwsze 13 kilometrów to postanowił on pokonać oba te wzniesienia w pełnej wersji. Tym samym dwukrotnie jednego dnia pokonał ten sam kawał góry i to za drugim razem znacznie szybciej niż na rozpoznaniu terenu. Poniekąd powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Adama Kowalskiego i Tomka Buszty na drodze z Sondrio do Chiareggio i Diga di Campomoro. Zaliczył najpierw podjazd o długości 20,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1453 metrów przetestowany na Tour de France w 2008 roku. Następnie zmierzył się z wzniesieniem o długości 15,3 kilometra przy średniej 7,5% i amplitudzie 1148 metrów. Co więcej dojechawszy do Sant’Anna di Vinadio dotarł jeszcze do końca obu asfaltowych dróg ponad tą miejscowością tzn. północnej na wysokość 2049 m. n.p.m. i południowej na 2068 m. n.p.m. W sumie na siódmym etapie przejechał 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu ponad 2600 metrów. Ja tego dnia pokonałem co prawda dystans 89,5 kilometra, lecz o amplitudzie „tylko” 2096 metrów. Kilka tygodni po naszej wizycie w tych stronach organizatorzy Giro d’Italia ogłosili, że przedostatni etap 99. edycji tego wyścigu prowadził będzie z francuskiego Guillestre do Sant’Anna di Vinadio m.in. przez przełęcz Lombarda, acz pokonywaną od zachodniej strony. Warto dodać, że to najwyżej położone sanktuarium Starego Kontynentu miało już gościć uczestników Giro w roku 2001. Niemniej w rozegraniu owego etapu przeszkodził nocny nalot służb antydopingowych na hotelowe pokoje kolarzy w San Remo.

20150912_134549

20150912_142533

20150912_172655

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone