banner daniela marszałka

Monte Scalaro (Vancale) & Alpe Buri

Autor: admin o piątek 18. Wrzesień 2015

Po trzech dniach z coraz gorszą pogodą w końcu doczekaliśmy się jej poprawy. Piątek zapowiadał się całkiem nieźle, zaś weekend jeszcze lepiej. Sugerując się takimi prognozami rozpisaliśmy sobie program na trzy ostatnie dni naszej wyprawy. Najlepsze warunki mieliśmy mieć w niedzielę, więc tego dnia postanowiliśmy zdobyć najwyższy z wyznaczonych sobie celów czyli Colle del Nivolet. Dzień wcześniej główną atrakcją miała być dobrze znana z Giro d’Italia szutrowa Colle delle Finestre. Tym samym w piątek nie pozostało nam już nic innego jak ruszyć na północ ku podjazdom pod Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe Buri (1525 m. n.p.m.). Z tego co wiem żadna z nich nie została jeszcze odkryta przed organizatorów profesjonalnych wyścigów. Tym niemniej na pobliskim Piani di Tavagnasco zakończył się jeden z etapów Giro delle Valle d’Aosta 2012 wygrany przez Fabio Aru. Sardyńczyk wyprzedził na tym odcinku innych współczesnych „profich” tzn. Manuela Boungiorno i Davide Formolo. Jakkolwiek stosunkowo niewysokie oba te wzniesienia zapowiadały się bardzo ciekawie. Czekała nas ciężka przeprawa na dwóch bliźniaczo podobnych wzniesieniach. Według danych ujawnionych na stronie zanibike.net (archivio delle salite d’europa) wspinaczka pod Monte Scalaro to 13 kilometrów o średnim nachyleniu 8,9% i przewyższeniu 1159 metrów. Z kolei podjazd pod Alpe Buri to 14 kilometrów o identycznej stromiźnie i amplitudzie 1242 metrów. Jednym słowem na dystansie ledwie 54 kilometrów mieliśmy mieć do zrobienia jakieś 2400 metrów przewyższenia. Ta pierwsza góra przez autorów „archivio salite” została wyceniona na 1105, zaś druga nawet na 1173 punkty. Te suche dane niewiele wyjaśniają. Dlatego godzi się wspomnieć jak w tej samej skali wypadają niektóre spośród najbardziej znanych podjazdów „używanych” na trzech Wielkich Tourach. Kultowe L’Alpe d’Huez oceniono tu na 913, Covadongę na 935, Fedaię-Marmoladę na 966, zaś Tourmalet na 1013 w wersji wschodniej i 1076 punktów w nieco trudniejszej opcji zachodniej. Tymczasem ruszając na start trzynastego etapu miałem w nogach 90 kilometrów z poprzedniego dnia, zaś Darek dla kontrastu dobę pełnej regeneracji. Mając to na uwadze zastanawiałem się ile może mnie kosztować czwartkowa wycieczka do krainy deszczowców. To znaczy czy będę w stanie nadążyć za swym wypoczętym kompanem. Tym bardziej, że strome premie górskie to teren wymarzony dla kolarza o sylwetce rasowego górala.

Gościnne progi Apartamento Mercedes opuściliśmy dopiero po wpół do jedenastej. Nie musieliśmy się zanadto śpieszyć bowiem od podnóża pierwszej góry czyli miasteczka Quincinetto (vel Quisne w dialekcie piemonckim) dzieliło nas 60 kilometrów do pokonania niemal w całości po drogach szybkiego ruchu. Tym razem z turyńskiej obwodnicy zjechaliśmy wcześniej niż zwykle kierując się na Aostę. To znaczy wybierając autostradę A5. Jakkolwiek nie mieliśmy w planach opuszczać Piemontu to postój wypadał nam niemal na pograniczu z miniaturowym regionem Valle d’Aosta. Po zjeździe z autostrady wjechaliśmy na Via 4 Novembre i po przejechaniu kilkuset metrów w kierunku południowym zatrzymaliśmy się na wielkim żwirowym placu w pobliżu Via Scalaro. Pomimo sporej przestrzeni i tak musieliśmy poszukać sobie miejsca na skraju tego parkingu, albowiem miejsce to spełniało rolę placu manewrowego dla wielkich ciężarówek. Wystartowaliśmy przy słonecznej pogodzie o godzinie 11:44, lecz po chwili Dario zawrócił do naszego wozu technicznego by ostatecznie ruszyć pod górę o 11:50. Tym samym na Monte Scalaro mogłem sobie zrobić co najwyżej górską czasówkę. Według danych zarejestrowanych na stravie start tej wspinaczki znajdował się na wysokości 282 metrów n.p.m. Na początek blisko 600 metrów po prostej. Potem pierwszy wiraż, następnie szeroki łuk w prawo i po przejechaniu 850 metrów już byłem w lesie. Jak widać na załączonym obrazku podjazd ani na moment nie odpuszczał. Niemal cały czas trzymał na poziomie powyżej 8%, zaś cały drugi kilometr miał średnie nachylenie aż 10,8%. Trasa była kręta. Autor wpisu ze strony salitomania.it na 13 kilometrach tego wzniesienia naliczył aż 34 wiraże. Wydawało mi się, że nie mam najlepszego dnia. Męczyłem się, ale miałem ku temu dobre powody. Po prostu góra była bardzo trudna. Po zapoznaniu się z jej profilem utkwił mi w głowie przede wszystkim żółty kolor. Dlatego zacząłem odważnie. Szło mi ciężko, ale jechałem na swych wysokich obrotach. Dolny odcinek o długości 6,2 kilometra przy średniej 9% pokonałem w 31:20 (avs. 11,9 km/h i VAM 1131 m/h). Ten segment kończy się na wysokości Ristoro Alpino przy osadzie Santa Maria. Liderem jest czyniący obecnie szybkie postępy w zawodowym peletonie Louis Vervaeke z Lotto-Soudal. W sezonie 2012 jeszcze jako 19-letni młodzieżowiec młody Belg przejechał ten segment w ledwie 25:42.

W górnej połowie wzniesienia jechałem równie mocno. Zaraz po minięciu bocznej drogi do wioski Lechia (7 km) rozpoczyna się najtrudniejszy fragment „oficjalnej” wersji tego podjazdu. Następne półtora kilometra trzyma na średnim poziomie 11,2%, zaś maksymalna stromizna pod koniec ósmego kilometra sięga aż 15%. Po przejechaniu 8,8 kilometra przejechałem na prawy brzeg Rio Renanchio, która bynajmniej nie przypomina rzeki lecz wartki górski potok. Najtrudniejsza część zakładanej wspinaczki skończyła się na wysokości Agriturismo „Le Capanne” (11,3 km). Na stravie zaznaczono segment od Santa Maria o długości 5,1 kilometra przy średniej 10%. Przejechałem ten fragment wzniesienia w 26:50 (avs. 11,5 km/h i VAM 1173 m/h) czyli w poziomie nieco wolniej, zaś w pionie nawet szybciej niż dolną połówkę. W teorii z tego miejsca końca podjazdu miało nam pozostać ledwie półtora kilometra. Najpierw 500 metrów dość solidnej wspinaczki, następnie równie długie falsopiano i na sam koniec półkilometrowy odcinek delikatnie w dół do wioski Scalaro. Tymczasem jakieś 800 metrów za wspomnianą agroturystyką czekała na mnie interesująca niespodzianka. Zamiast jechać na wprost ku Area Picnic Scalaro mogłem wziąć wiraż w lewo i kontynuować wspinaczkę w nieznane na drodze niewidzialnej dla google-maps. Ciekaw byłem jak wysoko mnie doprowadzi. Przejechałem kolejne 1400 metrów i dotarłem do osady Alpe Fuma’ Inferiore (13,5 km), ale na tym nie koniec. Odbijając w prawo wjechałem na węższą dróżkę do Fuma’ Superiore (14 km). Dojechawszy tam byłem już na wysokości 1600 metrów n.p.m. Pomimo tego asfaltowa ścieżka wciąż wiła się przede mną. Brnąłem więc dalej przed siebie mijając kolejne gospodarstwa pasterskie: Alpette (14,3 km) i Cavanna Nouva (14,8 km). W końcu dotarłem do Vancale (15,4 km) gdzie asfalt był niemal brązowy po przejściu stadka krów. Musiałem jechać slalomem, nie tyle z powodu sporej stromizny co chcąc uniknąć poślizgu na świeżym nawozie. Minąłem to gospodarstwo, po chwili wziąłem ciasny zakręt w lewo i jakieś 120 metrów dalej w końcu się zatrzymałem, gdyż pod kołami skończył mi się asfalt. Co prawda w oddali pośród chmur majaczył jeszcze jakiś zagubiony odcinek asfaltu, lecz nie chciało mi się już sprawdzać czy aby wzrok mnie nie zawodził ze zmęczenia.

20150918_135610

20150918_140811

20150918_144356

Tym samym zakończyłem swoją wspinaczkę na wysokości 1809 metrów n.p.m. po przejechaniu 15,7 kilometra w czasie 1h 20:18 (avs. 11,7 km/h). Mój podjazd pod Monte Scalaro + Alpe Vancale miał przewyższenie aż 1527 metrów. Biorąc pod uwagę uzyskany czas wykręciłem tu VAM na poziomie 1141 m/h. Przyznam, że nie przypuszczałem, iż stać mnie jeszcze na taki wyczyn. Owszem przed kilku laty na odpowiednio stromych premiach górskich potrafiłem nawet przeskoczyć pułap 1200 m/h. Niemniej działo się to na znacznie krótszych podjazdach typu Cuvignone czy Kitzbuheler Horn (Alpenhaus), których pokonanie zajmowało mi 40 czy 50 minut. Tymczasem na dotarcie do Alpe Vancale potrzebowałem aż 80 minut co oznacza, że musiałem kręcić z podobną mocą niemal dwa razy dłużej. Darek na tej górze nie ujawnił pełni swych możliwości. Po przejechaniu 12 kilometrów również skusił się na dalszą wspinaczkę w nieznane. Co więcej przebrnął nawet odcinek gruntowej drogi powyżej Vancale i wjechał na dodatkowy odcinek szosy. Zatrzymał się dopiero na ostatecznym krańcu tej asfaltowej drogi przy znakach wskazujących pieszy szlak na pobliski szczyt Cima Battaglia. Tym samym Dario dotarł na wysokość aż 1842 metrów n.p.m. pokonawszy 16,2 kilometra w czasie netto 1h 38:42 (avs. 9,9 km/h). Ze stravy wynika, iż mało kto zabrnął na tej górze równie daleko co my. Dla przykładu na najdłuższym z moich segmentów o długości 15,2 kilometra zanotowano wyniki tylko dziewięciu osób. Można powiedzieć, że na razie tu rządzimy. Ja uzyskałem na nim czas 1h 18:57 (avs. 11,6 km/h i VAM 1144 m/h) zaś Darek 1h 32:08 (avs. 10,0 km/h i VAM 980 m/h) co daje nam pierwsze i trzecie miejsce na tej bardzo krótkiej liście rankingowej. Na profilu mojego kolegi strava zapisała wynik z jeszcze dłuższego odcinka o długości 15,7 kilometra. Przed Darkiem cały ten segment pokonały tylko dwie osoby. Aby jakoś sensownie porównać się z innymi cykloamatorami musieliśmy zerknąć niżej czyli na wyniki z segmentu obejmującego klasyczną wersję podjazdu pod Monte Scalaro. Na odcinku 12,1 kilometra od startu w Quincinetto do wirażu na wysokości Area Picnic Scalaro zarejestrowano wyniki 82 osób. Ten fragment wzniesienia pokonałem w czasie 1h 01:24 (avs. 11,9 km/h i VAM 1091 m/h) co dało mi 11 miejsce. Darek uzyskał na nim 33. wynik czyli 1h 10:14 (avs. 10,4 km/h i VAM 954 m/h). Po ledwie paru minutach rozpocząłem zjazd do Quincinetto. Jadącego z naprzeciwka Darka spotkałem jakieś półtora kilometra za Alpe Vancale.

Zjechawszy niespełna cztery kilometry zatrzymałem się na przeszło kwadrans przy drewnianym budynku Area Picnic Scalaro. Chciałem tu poczekać na Darka, lecz ten znacznie dłużej zabawił na samej górze. Ostatecznie choć zjeżdżałem przeszło półtorej godziny to i tak do auta dotarłem jako pierwszy. Przy samochodzie spędziliśmy dłuższą chwilę zanim ruszyliśmy ku Settimo Vittone. Od tego miasteczka dzieliły nas ledwie cztery kilometry. Wystarczyło przejechać pod autostradą A5, dalej mostem na lewy brzeg rzeki Dora Baltea i pokonać krótki odcinek na południe po krajowce SS26. Dość szybko znaleźliśmy boczną drogę SP72, na której zaczyna się podjazd do Trovinasse i Alpe Buri. Przy okazji wypatrzyliśmy otwarty do godziny 19:30 supermarket i uznaliśmy, iż po zjeździe z drugiej góry warto będzie w nim zrobić zakupy przed ostatnim weekendem. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed kościołem pod wezwaniem św. Andrzeja. Poszliśmy na spacer by znaleźć coś gorącego do zjedzenia przed drugą wspinaczką. Niestety te poszukiwania nie zakończyły się sukcesem, więc musiały nam wystarczyć zapasy, które przywieźliśmy z sobą. Ostatecznie podjazd pod Alpe Buri rozpoczęliśmy dopiero o godzinie 16:33. Wystartowaliśmy dość spokojnie. Od startu czułem, że wspinaczka pod Monte Scalaro wyssała ze mnie sporo energii. Pierwsze 500 metrów było jeszcze stosunkowo łagodne. Niemniej już kolejne pół kilometra na dojeździe do kościoła Madonna delle Grazie stało się zapowiedzią tego jak to wzniesienie będzie wyglądać. Pod koniec drugiego kilometra musieliśmy opuścić szosę SP72 zmierzającą do Nomaglio i Andrate. Musieliśmy skręcić w lewo biorąc kurs na Cornaley i Trovinasse. Na tym zapoznawczym odcinku wykręciliśmy VAM na stosunkowo niskim poziomie 930 m/h. Niemniej powoli rozkręcaliśmy się. Spora w tym zasługa Darka, który nie wyjechał się na pierwszej górze i teraz mobilizował mnie do żwawszej jazdy. W połowie trzeciego kilometra rozpoczęliśmy stromy odcinek na dojeździe do Cornaley (3,9 km). Jeśli wierzyć danym z krótszych odcinków na stravie to tą stromiznę przejechaliśmy już w tempie 1260 m/h. Powyżej tej wioski minęliśmy Hotel Il Falco e La Volpe (Sokół & Lis), zaś przy osiemnastym wirażu niedawno odrestaurowaną kapliczkę. Pod koniec szóstego kilometra Dario zaatakował po raz pierwszy. Niemniej zrobił to tuż przed krótkim zjazdem. Na nim rozpędziłem się na dużej tarczy i dopadłem go na początku kolejnej fazy wspinaczki. Po tej próbie sił przejechaliśmy razem jeszcze jakieś półtora kilometra kręcąc VAM na poziomie 1140 m/h.

Pod koniec ósmego kilometra Darek ponowił swój atak. Na ten mocny skok nie byłem już w stanie zareagować. Tymczasem teren mi nie sprzyjał. Ostatnie 6 kilometrów powyżej osady Valcauda miało bowiem średnio 9,6%. Mogłem się tylko mądrze bronić czyli jechać równo i mocno w granicach własnych możliwości. Pozostało mi liczyć na to, że atakujący nieco przeliczy się z własnymi siłami jak na Passo delle Erbe. Zaczęła się ostra walka: „Quintana” z przodu, „Froome” z tyłu. O’K żarty na bok. Niemniej tak zacięty pojedynek chciałbym widzieć na każdym z górskich odcinków Tour de France. Istne przeciąganie liny. Żaden z nas nie chciał odpuścić. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy. Pomiędzy 8 a 11 kilometrem na stravie wyznaczono segment o długości 2,8 kilometra przy średniej 12%. Przejechaliśmy go w około 16 minut, przy czym Darek nadrobił nade mną 12 sekund. On wykręcił tu VAM 1271 m/h, zaś ja 1257 m/h. Minęliśmy Alpe Surro (10,5 km) i wciąż otwarty Camping Nosy zbliżając się do ostatniej wioski na tym szlaku czyli Trovinasse (12,4 km). Czułem, że jeszcze trochę sił mi zostało. Różnica między nami cały czas wahała się w granicach 10-15 sekund. Wolałem zbyt wcześnie nie przyśpieszać ponad „stan wrzenia” by za taki zryw nie zapłacić. Postanowiłem zaczekać z kontratakiem na ostatni kilometr czy nawet 500 metrów. Jechaliśmy na granicy swych możliwości. Pomiędzy 11 a 14 kilometrem na stravie zaznaczono dwa odcinki o łącznej długości 2,7 kilometra i średnim nachyleniu 11%. Przejechałem ten fragment w czasie 13:37 i odrobiłem do Darka kilka sekund. Na tym finałowym odcinku swoją prędkość w pionie czyli sławetny VAM rozkręciliśmy do poziomu 1330 m/h! Za ostatnim 29. wirażem mieliśmy jeszcze do pokonania 200 metrów do mety na rozdrożu gdzie skończył się asfalt. Dario dotarł do tego miejsca pierwszy odnosząc zasłużone zwycięstwo. Przegrałem po walce. Według stravy segment o długości 13,9 kilometra obaj przejechaliśmy ze średnią prędkością 12,2 km/h. Przy czym Darek pokonał go w czasie 1h 08:21 (VAM 1051 m/h), zaś ja potrzebowałem na to 1h 08:27 (VAM 1049 m/h). To dało nam 9 i 10 miejsce wśród 50 zarejestrowanych osób. Do Settimo Vittone zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Zakupy zrobiliśmy w pośpiechu z czego wynikła nam dodatkowa (nerwowa) akcja poszukiwawcza. Dzień mogliśmy uznać za bardzo udany. Stosunkowo krótki etap trzynasty okazał się bardzo konkretny. Przejechałem na nim 60 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2747 metrów. Zrobiliśmy sobie bardzo mocne przetarcie przed weekendowymi wyprawami na dwa olbrzymy.

20150918_175116

20150918_181605

20150918_184744

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Pian della Mussa & Lago di Malciaussa

Autor: admin o czwartek 17. Wrzesień 2015

Czwartek zapowiadał się ponuro. Sprawdziłem prognozy dla wszystkich czterech rejonów, które pozostały nam jeszcze do odwiedzenia. W każdym z nich miało być chłodno i deszczowo. Miało mocno lać przynajmniej do wczesnego popołudnia. Dopiero później mogły się pojawić pierwsze przejaśnienia. Darek po mokrej „robocie” w Valle di Susa zapowiedział, że jeśli ta pesymistyczna przepowiednia się potwierdzi to on nie wychyli nosa z domu. Nazajutrz powitała nas ulewa, więc Dario nie miał najmniejszych powodów by zmienić swą decyzję. Ja nie chciałem marnować całego dnia na siedzenie pod dachem. Nie miałem wielkich nadziei na przychylność niebios i nagłą zmianę pogody. Od środowego wieczora rozmyślałem gdzie mógłbym pojechać przy tak kiepskiej pogodzie. Wycieczki na dwutysięczniki typu Colle del Nivolet czy Colle delle Finestre nie wchodziły w grę przy tak marnej aurze. Do wyboru pozostały mi dwie opcje. Pierwszą była wycieczka na zachód ku długim podjazdom na Pian della Mussa (1750 m. n.p.m.) i pod Lago di Malciaussa (1804 m. n.p.m.). Drugą wypad na północ ku krótszym, lecz bardziej stromym wspinaczkom na Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe di Buri (1525 m. n.p.m.). Wiedziałem, że ta druga para będzie bardziej odpowiadać Darkowi, który lubi podjazdy konkretne czyli strome i bez wypłaszczeń w drodze na szczyt. Dlatego jako dobry kolega postanowiłem się poświęcić i zaserwować sobie na czwartek ten pierwszy duet. Przy najgorszym scenariuszu mogłem mieć do przejechania w deszczu nawet 90 kilometrów. Pomiędzy Valle di Susa na południu a Valle di Locana na północy we włoskich Alpach Graickich znajdują się trzy inne doliny tzn. Valle di Viu, Valle di Ala i w końcu Valle Grande. Ta ostatnia mnie nie interesowała, gdyż jest zbyt płaska. Kończy się ona we wiosce Forno Alpi Graie na marnej wysokości 1219 m. n.p.m. Natomiast do kresu dwóch pozostałych prowadzą podjazdy o długości 20-25 kilometrów i przewyższeniu przynajmniej tysiąca metrów. Postanowiłem zacząć od trudniejszego z nich. Wzniesienie to mogłem sobie przedłużyć o przeszło dwa kilometry dojeżdżając do Rifugio Citta di Cirie na wysokość 1847 metrów n.p.m.

Na ściągniętym z sieci profilu ów podjazd rozpoczyna się w miejscowości Lanzo Torinese. Tym niemniej ja wolałem wystartować z miejsca, w którym zaczyna się on na dobre. Dlatego postanowiłem dojechać samochodem do Pessinetto. Wyjechałem z San Mauro Torinese około dziesiątej. Na drogę zabrałem dwa komplety kolarskich strojów. Liczyłem się z tym, że po pierwszej górze będę musiał wskoczyć w zupełnie nowe (suche) ciuchy. Na dojeździe miałem do pokonania autem 45 kilometrów. Tym razem z obwodnicy Turynu musiałem zjechać na wysokości Venaria Reale czyli w pobliżu dawnej rezydencji królewskiej dynastii Sabaudzkiej. Potem krótki odcinek po drodze SP501 i znacznie dłuższy na SP1. Jadąc pod prąd potoku Stura di Lanzo przemknąłem koło Cirie i Nole rodzinnych miejscowości aż trzech kolarskich mistrzów. W tym pierwszym miasteczku urodzili się Giovanni Brunero zwycięzca Giro di Italia z lat 1921-22 i 1926 oraz Giuseppe Enrici triumfator wyścigu Dookoła Włoch z roku 1924. Z kolei w tym drugim przyszedł na świat Franco Balmamion czyli kolarz który wygrał Giro w latach 1962-63, choć osobliwie nie triumfował na żadnym z odcinków obu tych edycji. Do Pessinetto dojechałem przed jedenastą i zatrzymałem się na miejskim parkingu jakieś 150 merów przed centrum tej miejscowości. Miałem z niego widok na linię kolejową kończącą się w pobliskim Ceres. Szosa była mokra, chmury schodziły nisko, ale chwilowo nie padało. Ubrałem się stosownie do okoliczności ładując do pseudo-bidonu jak i kieszonek na plecach ciuchy na czarną godzinę. Wystartowałem o godzinie 11:04 z wysokości niespełna 580 metrów n.p.m. Miałem do pokonania 26-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 4,8% i przewyższeniu 1257 metrów. Maksymalna stromizna na zasadniczej części tego podjazdu miała wynieść 12%, lecz na ostatni metrach przed wspomnianym schroniskiem mogła sięgnąć aż 17%. Tym niemniej początek był łatwy. Po przejechaniu 1700 metrów minąłem zjazd na drogę SP33 wiodącą w głąb Valle Grande. Półtora kilometra dalej szerokim łukiem ominąłem dworzec na końcu linii kolejowej. Nieco dalej wziąłem zaś zakręt w lewo i po niespełna 4 kilometrach od startu dotarłem do centrum Ceres. Ten wstęp o średnim nachyleniu 3% przejechałem w tempie 20,6 km/h. Tu kierując się znakami skręciłem w lewo wjeżdżając na Via Ala.

Niebawem minąłem wioski: Voragno (5,5 km) i Bracchiello (7,1 km), zaś na początku dziesiątego kilometra wjechałem już do gminy Ala di Stura (9,2 km). Nieco wyżej przejechałem pod króciutkim, acz efektownie wyglądającym tunelem. Następnie po przejechaniu 11,8 kilometra byłem już w miejscowości Ala di Stura. Segment 7,6 kilometra o średniej 5% pomiędzy Ceres i Alą pokonałem ze średnią prędkością 18,4 km/h. Na brak wrażeń turystycznych nie mogłem narzekać. Niemal każda mijana miejscowość miała swój górski klimat. Gorzej, że na łatwym odcinku za wioską Cresta (13 km) wzmógł się deszcz i zacząłem się zmagać z prawdziwą ulewą. Na szesnastym kilometrze pokonałem trudniejsze kilkaset metrów na wysokości Mondrone (15,8 km) czyli odcinek z max. 14%. Przez kolejne półtora kilometra droga trzymała na solidnym poziomie, a łatwiej zrobiło się dopiero za Molette (17,3 km). Czterysta metrów dalej po raz pierwszy przeskoczyłem na prawy brzeg Stura di Ala. Niemniej jeszcze przed końcem 19. kilometra ponownie znalazłem się po północnej stronie tego potoku. Tu podjazd ponownie stał się trudniejszy jeszcze przed dojazdem do Balme (19,7 km). Tymczasem odcinek 7,5 kilometra o średniej 5% między Alą i Balme przejechałem ze średnią 17,6 km/h. Niestety znów zaczęło lać. Po opuszczeniu Balme miałem do pokonania trzy najtrudniejsze kilometry na stałym poziomie od 8,5 do 9,5%, z max. do 16%. Do walki z własną słabością zagrzewały mnie napisy na szosie „non mollare campione”. Żaden ze mnie mistrz, ale tekst wziąłem do siebie i nie zamierzałem odpuszczać. Ten leśny odcinek z dziesięcioma wirażami ozdabiały widoki górskich wodospadów, szczególnie obfitych w tych mokrych warunkach atmosferycznych. Gdy na liczniku miałem już 23,3 kilometra po raz drugi przejechałem na południowy brzeg Stura di Ala i znalazłem się już na Pian della Mussa. Niespełna 4-kilometrowy odcinek za Balme pokonałem z prędkością 13,2 km/h i VAM o wartości 1080 m/h. Teoretycznie byłem już u celu swej pierwszej wspinaczki. Tym niemniej szosa uparcie ciągnęła się w głąb płaskowyżu. Mimo rzęsistego deszczu postanowiłem brnąć przed siebie do kresu doliny. Gdybym się zatrzymał to pewnie nie miałbym już ochoty ruszyć dalej. Kolejne dwa kilometry z hakiem były zupełnie płaskie. Minąłem osadę Grange della Mussa (24,4 km) i kilka pojedynczych budynków tzn. bary, trattorie i kościółki. Na sam deser pozostał mi stromy dojazd do Rifugio Citta di Cirie czyli odcinek 400 metrów z maksimum na poziomie 17%. Pragnąc się schować przed deszczem z rozpędu przejechałem przez restauracyjny ogródek i zatrzymałem się dopiero na ganku.

Pech chciał, że akurat tego dnia schronisko było zamknięte. W końcu kto normalny zwiedzałby te strony w takiej ulewie! Piszący te słowa desperat na dotarcie w to miejsce potrzebował 1h 29:06. Wzniesienie miało długość przeszło 25,9 kilometra, co oznacza że jechałem ze średnią prędkością 17,5 km/h. Na stravie nie znalazłem segmentu obejmującego cały ów podjazd. Najdłuższy odcinek to 16,3 kilometra pomiędzy Ceres a Balme, które przejechałem w czasie 54:33 (avs. 18,0 km/h i VAM 848 m/h). Dało mi to 39 miejsce pośród 307 osób. Drugi fragment wart odnotowania to z kolei 11,4 kilometra między Ala di Stura i Pian della Mussa. Ten odcinek pokonałem w czasie 42:48 (avs. 16,0 km/h i VAM 930 m/h). Tempo miałem równe o czym świadczy podobne miejsce w szyku. To znaczy 35. lokata na liście obejmującej 306 nazwisk. Jednak swoje wyniki mogłem obejrzeć dopiero wieczorem. Tymczasem na najbliższe godziny moim podstawowym zadaniem było dotrzeć cało i zdrowo do samochodu porzuconego w Pessinetto. Widoki miałem nieciekawe. Temperatura na szczycie o godzinie wpół do pierwszej wynosiła ledwie 10 stopni Celsjusza i do tego padało w najlepsze. Skryty pod daszkiem kombinowałem jak tu się ubrać na długi, zimny i mokry zjazd. Zapukałem w okiennice, bowiem schronisko najwyraźniej nie było opuszczone. Niestety nie doczekałem się zaproszenia pod dach Rifugio. Poczekałem więc aż deszcz zelżeje i kilka minut po trzynastej spróbowałem szczęścia. Jechałem powoli tu i ówdzie przystając. Uznałem, że skoro już się namęczyłem to pomimo chłodu i wilgoci zadam sobie jeszcze trochę trudu by uwiecznić na zdjęciach swą kolejną zdobycz. Tym niemniej w tych warunkach trudno było robić wyraźne fotki. Co gorsza deszcz się wzmógł i już po kilku minutach miałem serdecznie dość takiej jazdy. Na szczęście po 1400 metrach od schroniska znalazłem schronienie w restauracji „Il Bricco”. Spotkałem tu przyjaznych i cierpliwych gospodarzy czyli starsze małżeństwo prowadzące ów lokal. Zadekowałem się w tym lokalu na przeszło półtorej godziny. Zamówiłem niejedną kawę, herbatę czy ciastko. W pustej sali restauracyjnej stał piecyk typu koza przy którym mogłem wysuszyć niektóre części swej garderoby oraz ogrzać zziębnięte dłonie i plecy. Grzejąc się i schnąc oczekiwałem poprawy pogody. Byłem już niemal pogodzony z myślą, iż nie starczy mi czasu na zaliczenie podjazdu pod Lago di Malciaussa.

Na szczęście niebo w końcu się wypłakało i kilka minut przed piętnastą mogłem ruszyć w dalszą drogę. Oczywiście jechałem po mokrej szosie, ale tym razem przynajmniej nie leciało na mnie z góry. Po zjechaniu do Balme aż zatrzymałem się z wrażenia. Po raz pierwszy tego dnia pośród stalowoszarych chmur pokazał się błękitny skrawek nieba. To był zwiastun dobrej nowiny. Gdy około 16:20 dotarłem do samochodu niebo na Pessinetto było już prawie bezchmurne, zaś temperatura sięgnęła 24 stopni. Przebrałem się w suche ciuchy i podjąłem wyzwanie „numero due”. Ruszyłem w kierunku Lanzo Torinese, po czym na wysokości Germagnano odbiłem w prawo na drogę SP32. Jadąc w górę Val di Viu zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie start rowerowego odcinka specjalnego. Wstępnie myślałem o miasteczku Viu lub położonym dwa kilometry dalej miejscu na styku z drogą SP197 wiodącą na znaną mi już przełęcz Colle del Lys. Tym niemniej w takim przypadku miałbym do pokonania aż 23-kilometrowy podjazd. Tymczasem było już po siedemnastej i do zmierzchu pozostały mi co najwyżej dwie i pół godziny. Dlatego zdecydowałem się zabrnąć autem do Forno di Lemie. Tym samym start wypadł mi na wysokości 820 metrów n.p.m. Od tego miejsca miałem do przejechania 19,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,1% i przewyższeniu 984 metrów. Maksymalne nachylenie miało wynieść 16% na trzecim kilometrze od końca. Wystartowałem o godzinie 17:39. Za punkt startu obrałem sobie mostek nad Stura di Viu, tuż przed wjazdem do Forno. Początkowe półtora kilometra po południowej stronie rzeczki były łatwe i szybkie. Nieco trudniej zrobiło się na początku trzeciego kilometra przy dojeździe do Lemie (2,4 km). Pierwszy wyraźnie trudniejszy odcinek czekał mnie dopiero od połowy piątego kilometra. Za wioską Saletta (5,1 km) przyszło mi pokonać kręty odcinek 1200 metrów z pięcioma wirażami. W połowie ósmego kilometra góra znów odpuściła i kolejne cztery kilometry z okładem minęły mi bardzo szybko. Przy przejeździe przez Piazzette (7,9 km) spodobał mi się widok górskich szczytów na wprost drogi. Naiwnie pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej zrobię tu niezłe zdjęcie. Następnie przejechałem przez Usseglio (10,7 km). Miejscowość gminną z kościołem w stylu neo-barokowym oraz starym kompleksem parafialnym, którego romańska dzwonnica powstała w XI wieku.

Na wysokości Crot (11,9 km) minąłem budynek miejscowej centrali hydroelektrycznej, potem stumetrowy tunel i boczną drogę do Perinery (12,7 km). Dojechawszy do Margone (13,9 km) znalazłem się na węższej dróżce, która na kolejne 1200 metrów wpadła do lasu. Za Barmafreida (15,1 km) wyjechałem pomiędzy górskie łąki, gdzie zaczęła się zabawa na całego. Najpierw wymagające 500 metrów w połowie szesnastego kilometra. Następnie strasznie zakręcony i jeszcze trudniejszy odcinek między Ciape (16,5 km) i Pian Ande (17,3 km). To znaczy aż dziesięć mniej lub bardziej ciasnych zakrętów na 800-metrowym odcinku drogi! Potem jeszcze trzy zakręty w połowie osiemnastego kilometra, za którymi ujrzałem ostatni fragment całej wspinaczki. W oddali widać już było tamę na sztucznym jeziorze Malciaussa. Do niego prowadziła wąska droga wzdłuż górskiego zbocza, ze stromym odcinkiem pomiędzy 18,2 a 18,5 kilometra od startu. Kolejne pół kilometra było już łatwiejsze. Natomiast ostatnie 200 metrów tej drogi okazało się być tylko zjazdem na plac przed Rifugio Vulpot. Z tego miejsca miałem ładny widok na lazurowe wody Lago di Malciaussa otoczone szeregiem trzytysięczników, z których najwyższym jest Punta Sule (3384 m. n.p.m.). Niestety dotarłem tu ledwie kwadrans przed dziewiętnastą. Zdecydowanie za późno na to by należycie uwiecznić uroki tej pięknej okolicy. Na pokonanie 19,1 kilometra potrzebowałem 1h 07:09 (avs. 17,2 km/h). Na stravie najdłuższym segmentem jest odcinek 7,6 kilometra o średniej 7% wytyczony powyżej Usseglio. Przejechałem go w 31:51 czyli ze średnią 14,4 km/h i VAM 961 m/h. Na tle osiągnięć innych śmiertelników wypadłem bardzo dobrze. Zanotowano tu wyniki 224 osób, zaś mój czas dał mi ex-aequo 11-12 miejsce. Zatem mogłem być zadowolony ze swojej postawy na całym etapie. Niemniej na owej wspinaczce przygoda się jeszcze nie skończyła. Teraz trzeba było przed zmierzchem zdążyć z powrotem do Forno di Lemie. Dlatego nad jeziorem zabawiłem tylko kilka minut. Możliwie szybko pognałem w dół. W pierwszej połowie zjazdu starałem się jeszcze zrobić trochę zdjęć. Poniżej Usseglio nie miało to już jednak większego sensu. Ostatecznie do samochodu dotarłem w półmroku o godzinie 19:55. W sumie przejechałem 90 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2367 metrów. Na koniec czekał mnie szybki odcinek specjalny za kierownicą samochodu. Nocny rajd po zupełnie nieznanych sobie drogach też daje pewien dreszczyk emocji.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Frais & Lys

Autor: admin o środa 16. Wrzesień 2015

W San Mauro Torinese trafił nam się bardzo dobry lokal. Apartamento Mercedes okazało się być mieszkaniem w bloku, do którego trzeba się było wspiąć na trzecie piętro. Niemniej to była bodaj jedyna niedogodność, a poza tym zmęczone nogi ratowała winda. Gospodyni była nieobecna, więc na pokoje wprowadził nas jej zaufany sąsiad. Skądinąd bardzo sympatyczny Signore starszej daty. Na miejscu same plusy. Duży salon z dobrze wyposażoną kuchnią, który zaadoptowałem na swą sypialnię. Dario do swej wyłącznej dyspozycji miał drugi mniejszy pokój. Ucieszyliśmy się na widok aż dwóch łazienek. Jedna miała prysznic, zaś druga wannę. Z pomocą nieocenionej farelki mniejsze z tych pomieszczeń można było przerobić na nocną suszarnię. Najważniejsze jednak, że była tu też pralka. Urządzenie dla nas bezcenne w tych deszczowych dniach u progu włoskiej jesieni. Poza tym zaopatrzoną w duże biurko część korytarza mogłem przerobić na biuro naszej wyprawy. Do tego zabudowany balkon mógł służyć za garaż dla naszych rowerów, a w razie konieczności stać się warsztatem do pracy nad nimi. Jednym słowem trzecia baza spełniała niemal wszystkie nasze wymagania. Niestety poza czterema ścianami tego lokalu atmosfera była mniej korzystna. W pogodzie czekało nas kolejne załamanie. Środa wyglądała mocno niepewnie, zaś czwartek zapowiadał się jeszcze gorzej. Nie należało się jednak martwić na zapas. Trzeba było planować z dnia na dzień. W każdym razie zapowiadało się na to, iż najbardziej ambitne wycieczki czyli te ze wspinaczkami pod Colle delle Finestre (2176 m. n.p.m.) i Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.) trzeba będzie odłożyć na finałowy weekend. Siłą rzeczy w środę musieliśmy poprzestać na wyborze znacznie niższych wzniesień. W tym celu pojechaliśmy w kierunku Valle di Susa, gdzie mogliśmy zaliczyć dwie niewysokie, acz mimo to wymagające wspinaczki. Pierwszą z nich miał być podjazd z Susy do wypoczynkowej miejscowości Frais (1490 m. n.p.m.), zaś drugą już w drodze powrotnej wjazd z Almese na przełęcz Colle del Lys (1311 m. n.p.m.).

Etap jedenasty zapowiadał się na stosunkowo krótki. Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy sen i nieśpieszne przygotowania do wyruszenia w trasę. Ostatecznie wyjechaliśmy z domu dopiero około południa. Przeszło 65-kilometrowy dojazd do Susy miał nam zabrać blisko godzinę. Dość szybko wjechaliśmy na turyńską obwodnicę i ruszyliśmy na zachód. Z obwodnicy zjechaliśmy na wysokości Collegno wjeżdżając na drogę A32. Z kolei autostradę opuściliśmy na wylocie Susa Est nie dojeżdżając do centrum wspomnianej miejscowości. Po zjeździe na krótko trzeba było wjechać na szosę SP24 i po chwili skręcić w boczną SP172 ku gminie Meana di Susa. Zatrzymaliśmy się dwieście metrów dalej na poboczu tej drogi. Wspinaczka do Frais zaczyna się w tym samym miejscu co kultowy podjazd na przełęcz Finestre. Tym samym miejscówka ta miała nam się przydać raz jeszcze przed końcem owego tygodnia. Zanim jednak przyszło nam się zmierzyć z szutrowym gigantem należało się zabrać do pojedynku z jego znacznie niższym, acz ostrym sąsiadem. Przed sobą mieliśmy podjazd, który wedle ściągniętego profilu miał mieć 12,4 kilometra o średnim nachyleniu 8% i przewyższeniu 990 metrów. Tym niemniej na załączonym obrazku start zaznaczono na wysokości 500 metrów n.p.m. Tymczasem z innego wiarygodnego źródła wiedzieliśmy, że początek tej wspinaczki musi się znajdować na poziomie 484 metrów. Wystartowaliśmy o godzinie 13:14, przy czym Dario jakieś pół minuty wcześniej. Pierwsze trzysta metrów do łagodnie wznosząca się prosta. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się za pierwszym zakrętem w prawo. Na długiej prostej w kierunku linii kolejowej Torino – Bardonecchia chwilowe nachylenie sięgało aż 15%. Na pierwszym kilometrze złapałem kontakt z Darkiem, który w swoi stylu zaczął spokojnie. Po niespełna 1300 metrach przejechaliśmy pod kolejowym wiaduktem. Tuż za nim musieliśmy odbić w prawo wybierając krętą Via della Losa. Jakiś kilometr dalej minęliśmy ostatnie zabudowania w Meana di Susa i wjechaliśmy do lasu. Do połowy czwartego kilometra trzymaliśmy się razem. Potem droga SP254 skręciła na południe, połączyła się z szosą wychodzącą z centrum Susy, zaś sam podjazd stał się bardziej stromy. Powoli zacząłem dyktować tempo odrobinę za szybkie dla swego kompana.

Od połowy szóstego do końca ósmego kilometra droga była nie tylko stroma, ale też ponownie bardzo kręta. Na odcinku 2300 metrów trzeba było pokonać aż siedem klasycznych wiraży. Na niektórych z nich mogłem spojrzeć w dół by zobaczyć jakie postępy czyni Dario. Im wyżej tym warunki do jazdy mieliśmy gorsze. Szosa stroma i śliska. Od połowy podjazdu towarzyszył nam deszcz. Z kilometra na kilometr coraz mocniejszy. Widoczność była kiepska ze względu na niski pułap chmur. Po przejechaniu 8 kilometrów minąłem zjazd do Madonna della Losa. Stromy odcinek skończył się 1200 metrów dalej. Ostatnie cztery kilometry były już znacznie łatwiejsze. Niemniej sama jazda do przyjemnych nie należała. Wszystko przez ulewę, która zastała nas na tym fragmencie podjazdu. Po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem jeszcze drogę w lewo wiodącą na Pian Gelassa nieczynną stację narciarską, która swój okres świetności miała w latach 60. XX wieku. Przed przyjazdem w te strony zastanawiałem się nawet nad wyznaczeniem mety owej wspinaczki w tym miejscu. Ostatecznie pozostaliśmy wierni znanemu sobie profilowi wzniesienia. Ostatni kilometr przed Frais był praktycznie płaski. Dojechawszy w rejon wyciągów narciarskich postanowiłem się trzymać głównej drogi czyli Via Soubeyrand. Finisz wypadł mi już na Via Clot Rosset, gdzie zatrzymałem się po przejechaniu 13,3 kilometra w czasie 1h 01:08 (avs. 13,0 km/h). Na stravie najdłuższy segment jaki znalazłem to 9000 metrów od połowy czwartego do połowy trzynastego kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie 40:58 (avs. 13,2 km/h i VAM 1007 m/h) co dało mi 5 miejsce wśród 84 sklasyfikowanych osób. Dario uzyskał tu trzynasty czas czyli 43:29 (avs. 12,4 km/h i VAM 949 m/h). Zdecydowanym liderem jest zaś ex-profi Sergio Barbero (rocznik 1969), który w maju 2014 roku wykręcił na tym segmencie czas 32:03. Bardzo trudny środek przejechaliśmy na wysokich obrotach. Na dojeździe do Madonna della Losa czyli odcinku o długości 4,4 kilometra ze średnią 10% wykręciłem VAM na poziomie 1122 m/h, zaś mój amico 1085 m/h. Na górze było tylko 11 stopni. Poza tym byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tymczasem trzeba się było przygotować na nieprzyjemny zjazd.

Zadekowaliśmy się pod zadaszeniem najbliższego domostwa by ubrać cieplejsze ciuchy. Znalazłem tam również gazety, których nie zawahałem się użyć do walki z chłodem i wilgocią. Na pierwszych kilometrach zjazdu niewiele było widać. Zrobiliśmy tylko kilka obowiązkowych fotek na ulicach Frais, po czym każdy na własną odpowiedzialność ruszył w dół. Owszem zatrzymywałem się od czasu do czasu, lecz jak widać na załączonych obrazkach w tych warunkach efekt owych przystanków okazał się dość mizerny. Dopiero w połowie zjazdu widoczność poprawiła się na tyle, że robienie zdjęć nabrało jakiegoś sensu. Niestety spełniając się w roli podróżnego fotografa poniosłem nieodżałowaną stratę. Ściągnąłem rękawiczki Defeet E-Touch i na samym dole okazało się, że do tylnej kieszonki wpakowałem tylko jedną z nich, zaś druga została gdzieś na drodze. Rzecz jasna nie miałem ochoty po nią wracać na rowerze, a nie chciałem też tracić czasu na „akcję poszukiwawczą” z wykorzystaniem samochodu. Do samochodu zjechałem o 15:40. Darek po tak mokrej robocie miał już dość kolarstwa na środę. Jednak ja zdecydowałem się na tradycyjną poprawkę. Teoretycznie mogliśmy się nie ruszać z okolic Susy. Otóż po północnej stronie autostrady A32 jest ciekawy podjazd z Mompantero do Rifugio Il Trucco. Wzniesienie to ma długość 14,4 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5% i kończy się na wysokości 1731 metrów n.p.m. Tym niemniej nie wybrałem go zawczasu, bo w przeciwieństwie do Frais nie miałem pewności, iż cały ten szlak jest asfaltowy. Poza tym przeciwko wycieczce na tą górę dodatkowo przemawiała ponura aura. Dopiero co przekonaliśmy się jakie warunki panują na wysokości 1500 metrów n.p.m i nie miałem zamiaru sprawdzać jak zimno i mokro jest 230 metrów wyżej. Rozsądną alternatywą był znacznie niższy, lecz wciąż całkiem solidny podjazd na Colle del Lys. W tym celu zapakowaliśmy się do samochodu i po wskoczeniu na Autostrada del Frejus pognaliśmy w stronę Turynu. Opuściliśmy ją na zjeździe Avigliana Ovest wybierając szosę SP197 prowadzącą do Almese. Zatrzymałem się na końcu płaskiego odcinka. Postój wypadł nam w pobliżu posterunku miejscowych carabinierich. Jeden z nich zagaił do mnie po polsku. Ale to nie koniec niespodzianek. Z tablicy drogowej dowiedziałem się, że Almese jest miastem partnerskim naszego Szczyrku. Czyżby ów stróż prawa był na delegacji w naszym kraju?

Darek przyjechał tu po cywilnemu i wyłącznie w celach kulinarnych. Natomiast mnie czekał 14-kilometrowy podjazd o przewyższeniu 956 metrów ze średnim nachyleniem 6,7 % i maximum 11,5%. Ruszając do boju musiałem pamiętać, iż najtrudniejsza będzie trzecia tercja wzniesienia trzymająca na stałym poziomie 8-9% i przy średniej 8,3%. Wystartowałem o godzinie 16:35. Na pierwszym kilometrze szeroka szosa niczym obwodnica ominęła centrum Almese. Przez trzy pierwsze kilometry nachylenie jest całkiem solidne. Znacznie luźniej zrobiło się na kilometrze czwartym przy dojeździe do Rubiany (3,9 km). Kolejne półtora kilometra spędziłem jeszcze w terenie zabudowanym jadąc momentami po bardzo wąskiej drodze. Na tym krótkim odcinku minąłem bodaj pięć kościołów różnej wielkości. W połowie szóstego kilometra wjechałem do lasu i zrobiło się na tyle spokojnie, że mogłem słyszeć swój własny oddech. Na przełomie siódmego i ósmego kilometra znów można było nieco wypocząć. Pod koniec dziewiątego kilometra znów znalazłem się na „drodze mlecznej”. Chmury były tak gęste, że mój wzrok sięgał co najwyżej kilkudziesięciu metrów. Przejechałem przez mostek nad potokiem Messa (10 km), po czym dojechałem do ostatniej osady na tym szlaku czyli Mompellato (11,5 km). Wyżej odnotowałem już tylko zjazd do lasu ku Santuario Madonna della Bassa po przejechaniu 11,9 kilometra. Niespodziewanie na jakieś trzysta metrów przed przełęczą wybiłem się ponad chmury. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 13,8 kilometra w czasie 55:04 czyli ze średnią prędkością 15,1 km/h. Na stravie znalazłem segment o długości 13,2 kilometra i przewyższeniu 887 metrów. Ten odcinek pokonałem w czasie 52:44 (avs. 15,1 km/h i VAM 1009 m/h). Lista zdobywców tej góry jest całkiem okazała, bo liczy już 834 nazwiska. Mój wynik dał mi w tym wielkim peletonie 93 miejsce. Sama przełęcz okazała się być nieźle zagospodarowana. Po lewej stronie drogi stoi bar La Pineta oraz pomnik ku czci 26 partyzantów poległych w walce z siłami faszystowskimi w trakcie bitwy z 1-2 lipca 1944 roku. Natomiast po prawej jest duży plac otoczony tablicami upamiętniającymi tamte wydarzenia, a poniżej także schronisko. Jest tu dość terenu na zlokalizowanie mety górskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej jak dotąd wyścig Dookoła Włoch nie był tu nawet przejazdem. Na górze pokręciłem się kwadrans, po czym trzy kolejne zajął mi zjazd. Do samochodu dotarłem o wpół do siódmej. Na jedenastym etapie przejechałem w sumie 54,5 kilometra o łącznym przewyższeniu „tylko” 1983 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Barbara Lowrie & Vaccera

Autor: admin o wtorek 15. Wrzesień 2015

We wtorek czekał nas drugi transfer czyli przenosiny z Borgo San Dalmazzo w okolice Turynu. Podczas każdego z sześciu ostatnich etapów tej wyprawy mieliśmy kręcić na drogach prowincji Torino. Dlatego na te kilka dni i nocy musiałem znaleźć nocleg w stolicy Piemontu lub jej bliskim sąsiedztwie. Od środy do niedzieli czekały nas wycieczki wyłącznie w kierunku zachodnim i północno-zachodnim. Dlatego początkowo szukałem lokalu w pobliżu turyńskiej obwodnicy. Najlepiej na odcinku między Rivoli i Venaria Reale. W tak zawężonej lokalizacji znalazłem tylko hotelowy pokój w miejscowości Pianezza. Zabukowałem go aby mieć coś pewnego przed wyruszeniem do Italii, acz hotel nie do końca pasował do naszej koncepcji. Na tego typu wyprawy znacznie lepiej nadają się apartamenty czyli lokale z dostępem do własnej kuchni. W domu PierAngelo internetowe łącze działało bez zarzutu, dzięki czemu podczas wieczornego serfowania po sieci mogłem poświęcić nieco czasu na przeglądanie najnowszych ofert serwisu booking.com. Szczęśliwie udało mi się znaleźć coś znacznie lepszego niż mały pokoik w Hotelu Galia. To znaczy całe mieszkanie w miasteczku San Mauro Torinese wystawione do wynajmu pod nazwą Apartamento Mercedes. W dodatku za skromne 50 Euro za dobę. Przy wszystkich atutach tego lokalu nie miało większego znaczenia, że sama miejscowość znajdowała się na wschód od Turynu. Tym bardziej, że oddalona była ledwie kilka kilometrów od najbliższego wjazdu na turyńską obwodnicę. Wspomniany transfer bynajmniej nie oznaczał dla nas dnia wolnego od roweru. Gdzieś po drodze z punktu A do B czyli jeszcze na południe od Turynu trzeba było sobie znaleźć odcinki specjalne na dziesiąty etap naszego wrześniowego Giro. Potrzebowaliśmy dwóch wymagających wzniesień o przewyższeniu około tysiąca metrów każde. Oczywistym kandydatem był superstromy podjazd pod Rifugio Barbara Lowrie (1753 m. n.p.m.). Swego rodzaju piemoncki Zoncolan. Nawet wysokość góry niemal zgadzała się ze słynnym oryginałem. Po takim wyborze przesądzone było, iż na szlaku z Borgo San Dalmazzo do San Mauro Torinese skręcimy ku Val Pellice. Szczęśliwie w tej samej dolinie znalazłem jeszcze jeden podjazd wart naszej uwagi czyli drogę na Colle Vaccera (1461 m. n.p.m.).

B&B Il Melograno opuściliśmy dopiero około jedenastej. Pierwszy przystanek mieliśmy mieć w miejscowości Bobbio Pellice. Dojazd trasą przez Cuneo, Saluzzo i Cavour o długości 83 kilometrów zajął nam półtorej godziny. Na wysokości Ponte di Bibiana wjechaliśmy na drogę SP161 prowadzącą w górę Val Pellice. Gdy już dojechaliśmy do Bobbio okazało się, że podjazd do schroniska nie zaczyna się w centrum tej miejscowości. Musieliśmy się cofnąć jakiś kilometr, po czym skręcić w prawo i przejechać na południowy brzeg potoku Pellice. Zatrzymaliśmy się tuż za mostem, choć do początku wzniesienia brakowało jeszcze czterystu metrów. Wedle posiadanego profilu podjazdu zacząć się on miał przy osadzie Giorna, która to na mapach google widnieje pod nazwą Perla. Po mini-rozgrzewce na drodze równoległej do SP161 zatrzymaliśmy się na zakręcie w lewo pod znakami drogowymi na Comba Carbonieri i Colle Barant. Mieliśmy przed sobą wzniesienie, które ze wszechmiar zasługuje na miano kolarskiej wspinaczki. Szczegółowe dane ze stron zanibike.net, cyclingcols.com czy massimoperlabici.eu nieco różnią się między sobą, ale dają obraz tego jak trudne to wyzwanie. Według profilu z „archivio salite” mieliśmy pokonać podjazd długości 9,3 kilometra ze średnim nachyleniem 11,3% i przewyższeniem 1045 metrów. Górę na której maksymalne nachylenie sięga 22%, zaś najtrudniejszy piąty kilometr trzyma na średnim poziomie 15,1%. Tym niemniej tak jak na każdej innej miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 34×27. Dario miał w zanadrzu tryb 29 oraz swój ultralekki Simplon ważący mniej niż UCI nakazuje. Poza tym sam waży niewiele ponad 60 kilogramów. Dlatego pomny przebiegu naszej sierpniowej rywalizacji wzniesieniach typu Prati di Kohl czy Cauria spodziewałem się, że tym razem to ja będę w defensywie. Wystartowaliśmy o godzinie 12:35. Pierwsze 160 metrów łagodne. Na sam początek krótka prosta, delikatny łuk w lewo i przejazd między domostwami wspomnianej osady. Jednak już po chwili na widok znaku wskazującego, że do Rifugio Barbara pozostaje 9 kilometrów należało skręcić w prawo nieco mocniej pod górę. Samo schronisko ma ciekawą historię. Budynek powstał w roku 1928 za sprawą amerykańskiego małżeństwa Waltera i Barbary Lowrie jako ich dom myśliwski. Trzy lata później podarowali go oni stowarzyszeniu Club Alpino Italiano, które przerobiło go na schronisko.

Spoglądając na profil wzniesienia czerwony kolor aż raził po oczach. Dlatego niemożliwie stromych ścianek spodziewaliśmy się niemal od startu. Tymczasem pierwsze trzy kilometry nieco nas rozczarowały. Jakkolwiek nie brakowało na nich stromych kawałków to jednak nie było to jeszcze jakieś ekstremum. Poza tym trudniejsze fragmenty podjazdu były przedzielone nieco łatwiejszymi, a nawet krótkimi chwilami zjazdów. Mijaliśmy kolejne opuszczone osady powstałe niegdyś wzdłuż potoku Gicciard. Najpierw Arnaud (1,8 km), potem Giraudin (2,4 km) i w końcu Raymond (3 km). W tym czasie zdołałem już nieznacznie odjechać Darkowi, ale spodziewałem się przed końcem wspinaczki i tak zostanę dogoniony. Czwarty kilometr był już bardzo trudny, zaś piąty jeszcze trudniejszy. Między połową czwartego a szóstego kilometra aż osiem razy chwilowa stromizna sięgnęła przynajmniej 20%! Niekończąca się prosta z widokiem na przydrożne głazy skończyła się na mostku przed Pralapi (5,4 km). Niemniej nie od razu można było odpocząć. Trzeba było jeszcze pokonać stromy i kręty odcinek z czterema wirażami, na którym minąłem pasterza ze stadem krów. Łatwiej zrobiło się dopiero na wysokości osady Cialancie (6,7 km), ale tylko na jakieś pół kilometra. Od mostku w pobliżu Le Selle (7,1 km) do mety pozostało jeszcze dwa i pół kilometra. Pod koniec ósmego kilometra minąłem dwa kolejne wiraże. Tym razem z widokiem na osadę Ponset. Potem długa prosta i następne dwa zakręty na zakończenie dziewiątego kilometra wspinaczki. Darka od czasu widziałem w dole, ale w bezpiecznej dla siebie odległości. Wyglądało na to, że jednak dotrę na szczyt jako pierwszy. Być może mój kolega czuł w nogach ciężar podwójnej Fauniery z dnia poprzedniego? Po przejechaniu 9,4 kilometra dotarłem do rozdroża na wysokości kolejnego okazałego głazu. Tablice i znaki drogowe nie pozostawiały wątpliwości. Po lichym asfalcie w lewo prosimy na Rifugio Barbara, zaś po szutrze w prawo zapraszamy na Colle Barant (2373 m. n.p.m.). Jadąc na rowerze górskim i wybierając tą drugą opcję moglibyśmy sobie dodać jeszcze jakieś 5,6 kilometra podjazdu o typowym dla tych stron nachyleniu 11,1%. Jednak dla nas szosowców był to już niemal koniec męczarni. Do pokonania pozostała jeszcze tylko niespełna dwustumetrowa stromizna i znacznie łatwiejsza finałowa setka do mostku na wysokości osady Grange de Pis. W tym miejscu zaczekałem na Darka, po czym już po szutrze dokręciliśmy ostatnie metry do tarasu przed schroniskiem.

20150915_135642

Licznik wyłączyłem na wspomnianym mostku po przejechaniu 9,68 kilometra w czasie 56:34 (avs. 10,3 km/h). Kręciłem ze średnią kadencją 60 rpm co dobrze obrazuje ile było tu przepychania pomimo miękkiego przełożenia. Na stravie znalazłem segment „Cronoscalata del Barbara” o długości 9,4 kilometra i przewyższeniu 1009 metrów. Ten odcinek pokonałem w czasie 55:50 ze średnią prędkością 10,2 km/h i VAM na poziomie 1084 m/h. Dario uzyskał czas 57:16 (avs. 9,9 km/h i VAM 1057 m/h). To dało nam odpowiednio 33. i 37. miejsce pośród 153 osób, które przetrwały starcie z tą morderczą górą. Nieco korzystniej wypadliśmy na górnym segmencie obejmującym ostatnie 5,5 kilometra powyżej osady Poutas. Ten odcinek o średnim nachyleniu 13% ja przejechałem w 37:36 (avs. 8,9 km/h i VAM 1146 m/h) co daje 24 miejsce wśród 189 osób. Natomiast Darek z czasem 38:48 (avs. 8,6 km/h i VAM 1111 m/h) jest 30. na tej nieco dłuższej liście. Jeśli chodzi o wyniki z pełnego podjazdu to 21 z 50 najlepszych, w tym aż 8 czasów z czołowej „10-tki” pochodzi z soboty 12 września 2015 roku! Z tego co zdołałem się dowiedzieć na podstawie wikipedii od roku 2007 na tej górze organizowana jest cronoscalata dla ambitnych „ciclo-amatori”. Trzykrotnie imprezę tą wygrał Tommaso Tomaino, acz rekord trasy czyli 40:08 należy do zwycięzcy z sezonu 2013 niejakiego Pietro Castellino. Sądząc po wynikach na stravie kolejna odsłona tych zawodów odbyła się na trzy dni przed naszą wtorkową wizytą. Co ciekawe aktualnym „Królem Gór” wg. stravy jest na tym wzniesieniu 23-letnia Erica Magnaldi z pół-profesjonalnej ekipy Team De Rosa Santini, która wykręciła tu czas 46:50. Jednym słowem dołożyła mi 9 minut. Niemal minutę na każdym kilometrze. Ciekaw jestem ile na pokonanie tego szlaku dla kolarskich kozic potrzebowałyby nasze mistrzynie: Kasia Niewiadoma i Maja Włoszczowska. Na górze pogoda była całkiem przyjazna. Temperatura około 18 stopni. Słońce potrafiło się jeszcze przebić przez gęstniejące powoli chmury. Okolica z kamiennymi domami na soczyście zielonej polanie bardzo przypadła mi do gustu. Miło byłoby sobie dłużej posiedzieć w tak ładnych okolicznościach przyrody. Niemniej po około 20 minutach ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadowolony ze swej postawy na podjeździe zjeżdżałem w dobrym nastroju. Tu i ówdzie przystanąłem by uwiecznić zarówno piękno okolicy jak i srogość szosowego szlaku, który udało nam się pokonać. Ostatecznie do samochodu zjechałem o 14:35. Można więc powiedzieć, że wizyta u Barbary zabrała nam równo dwie godziny.

Darek po zjeździe był w kiepskim nastroju. Narzekał, że podczas zjazdu mocno go wytrzęsło na nierównej nawierzchni. Przez pewien czas zastanawiał się nawet czy chce mu się podjąć kolejne wyzwanie czyli zdobyć drugie z zaplanowanych na wtorek wzniesień. Od podnóża Colle Vaccera dzieliło nas niespełna 9 kilometrów. Zatem sam dojazd w to miejsce zajął nam ledwie kwadrans. Zainteresowałem się tą nieznaną mi wcześniej górą przeglądając zasoby „archivio salite”. Spostrzegłem, że ma ona nie tylko dogodną lokalizację, ale też przewyższenie m/w tysiąca metrów. Według profilu z portalu „zanibike.net” podjazd miał mieć długość 15,9 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3%, aczkolwiek przy założeniu że rozpoczniemy tą wspinaczkę na poziomie 460 metrów n.p.m. w miejscowości Luserna San Giovanni. Wiedziałem jednak, że droga na szczyt prowadzi przez wioskę Angrogna. Dlatego po minięciu Torre Pellice, a jeszcze przed Luserną gdy tylko dojrzałem pierwszy znak drogowy na Angrognę skręciłem w boczną uliczkę wytyczoną wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Po przejechaniu trzystu metrów zaparkowaliśmy w zatoczce tuż za pierwszym zakrętem naszego górskiego szlaku. Dario ostatecznie dał się namówić na kolejną wspinaczkę. Niemniej mój kolega nie był w bojowym nastroju i założył sobie jazdę umiarkowanym tempem. Dłużej też zbierał się do ponownego wskoczenia na rower. Dlatego ruszyłem jako pierwszy. Najpierw jednak zjechałem do wspomnianej już drogi SP161, aby rozpocząć jazdę z małego placu przy głównej drodze. To miejsce wydawało mi się naturalnym początkiem owego wzniesienia, acz jak się później okazało położone było kilkadziesiąt metrów wyżej niż start zaznaczony na znanym mi profilu. Wystartowałem o godzinie 15:37. Po niespełna minucie jazdy minąłem miejsce naszego postoju i skręciłem w prawo. Szybko zdałem sobie sprawę, że wystartowałem z innego miejsca niż planowałem. Tuż za kolejnym zakrętem (tym razem w lewo) ujrzałem przed sobą stromą ściankę, a przy niej tablicę straszącą 15%-ową stromizną. Po przejechaniu 900 metrów na Strada del Palas wjechałem na nieco szerszą SP163. Następnie gdy na liczniku miałem już 2,3 kilometra musiałem podjąć szybką decyzję: jechać prosto czy skręcić w prawo szosą idącą mocniej w górę? Po zerknięciu na przydrożną tablicę wybrałem to drugie rozwiązanie. Tym samym na swoim szlaku ominąłem Angrognę czyniąc drugie odstępstwo od trasy widniejącej na znanym nam profilu.

Dla odmiany jadący kilkanaście minut później Darek pojechał tu prosto, więc niejako wspólnymi siłami rozpracowaliśmy oba warianty tego wzniesienia. Po niespełna czterech kilometrach rozłąki obie drogi połączyły się z sobą na wysokości około 940 metrów n.p.m. Mój segment miał średnie nachylenie 7,7% i wiódł krętym szlakiem przez szereg wiosek oznaczonych brązowymi dwujęzycznymi tablicami. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Ciava Inferiore (alias Chava w lokalnym dialekcie) docierając na wysokość 1000 metrów n.p.m. Na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra można było nieco odpocząć na łatwiejszym odcinku przed Seitoreite (8,6 km). Im wyżej jechałem tym mniej przed sobą widziałem ze względu na niski pułap chmur. Jakieś trzy kilometry przed finałem wyprzedziłem dość żwawo jadącego górala. Tuż przed ostatnim wirażem minąłem jeszcze kolorowy budynek schroniska Jumarre (13,5 km). Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu niespełna 14,3 kilometra w czasie 57:16 (avs. 15,0 km/h). Na stravie znalazłem 11-kilometrowy segment o przewyższeniu 789 metrów rozpoczynający się na rozjeździe z trzeciego kilometra. Ten odcinek pokonałem w 48:03 (avs. 13,8 kmh/ i VAM 985 m/h) co dało mi 10 miejsce wśród 114 osób. Po kilku minutach nadjechał wspomniany amator MTB, którego poprosiłem o zrobienie mi zdjęcia pod tablicą. Chwilę porozmawialiśmy. Okazało się, że ma on w planach zjazd na drugą stronę góry. Dysponując rowerem o grubszych oponach można się bowiem dotrzeć tu także 9-kilometrowym północnym szlakiem zaczynającym się w miejscowości San Germano Chisone (nieopodal Pinerolo). Rozpocząłem zjazd nie czekając na Darka, który swoje 14,4 kilometra przejechał w czasie 1h 15:00. Zjeżdżałem momentami w pozycji stojącej co prawie mnie zgubiło. W pewnym zacienionym miejscu podbiło mi tylne koło na tyle mocno iż prawie poleciałem do przodu. Widziałem się już z nosem na asfalcie, ale na szczęście skończyło się tylko na strachu. Cało i zdrowo dotarliśmy do samochodu. Około godziny osiemnastej ruszyliśmy w dalszą drogę do San Mauro Torinese. Gdybyśmy trzymali się twardo autostrady A55 to ten dojazd zabrałby nam około godziny. Niemniej chcieliśmy jeszcze zrobić zakupy. Szukając marketu lub choćby sklepu spożywczego wjechaliśmy do Turynu. Popołudniowe korki w stolicy Piemontu znacznie wydłużyły nam tą podróż. Sam przejazd przez tą metropolię był nieco stresującym, acz przyznam, że dla mnie jako kierowcy ciekawym doświadczeniem.

20150915_171142

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Colle dei Morti (Fauniera) & Vallone del Preit

Autor: admin o poniedziałek 14. Wrzesień 2015

Naszym najtrudniejszym wyzwaniem na terenie prowincji Cuneo miał być pojedynek z olbrzymią Faunierą. Od wjazdu do Piemontu czekaliśmy na dzień, w którym natura pozwoli nam na zapoznanie się z tą przełęczą przy korzystnej aurze. Co prawda nie dotyczył nas „extreme weather protocol”, lecz w górach warto zachować zdrowy rozsądek. To znaczy na ryzyko decydować się jedynie w ostateczności. Przeszło 20-kilometrowy wjazd w deszczu i przy temperaturze bliskiej zeru na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. byłby wątpliwą przyjemnością. Jeszcze gorzej byłoby zjeżdżać w takich warunkach. Poza tym wiedziałem, że to góra rzadkiej urody więc chciałem ją odpowiednio uwiecznić na zdjęciach. Wiadomo wszak, że im lepsza pogoda, tym lepsze zdjęcia. Dlatego cierpliwie czekaliśmy na dobrą okazję. W czwartek i piątek było pochmurno. Sobota była lepsza, acz wciąż nie dość pewna. Za to w niedzielę dopadł nas pogodowy dołek, gdyż prawie cały czas padało. Pozostał nam już tylko poniedziałek i na szczęście tym razem niebo nad Borgo San Dalmazzo było błękitne. Decyzja była prosta jedziemy ku Valle Maira. Fauniera czy raczej Colle dei Morti (Przełęcz Umarłych) to pod względem geograficznym góra zupełnie wyjątkowa w kolarskim światku. W Europie jest kilkaset wzniesień z przewyższeniem powyżej 1000 metrów. Kilkadziesiąt spośród nich ma amplitudę ponad 1500 metrów. Nieliczne przełęcze stwarzają okazję do zrobienia jednego dnia dwóch podjazdów, z których każdy zmusza do pokonania półtora tysiąca metrów w pionie. Niemniej bodaj tylko jedna Fauniera miłośnikom górskich wspinaczek może zaproponować trzy alternatywne drogi na szczyt o przewyższeniach przeszło 1500 metrów każda! Nawet mityczne Passo dello Stelvio nie spełnia tych bardzo wygórowanych kryteriów, albowiem szlak północny (szwajcarski) jest na to zbyt skromny. Tymczasem warunki fizyczne Fauniery wręcz porażają. Na Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.) można dotrzeć na trzy sposoby. Podjazd południowy zaczyna się w Demonte (Valle Stura), wschodni w Pradleves (Val Grana), zaś północny w Ponte Marmora (Valle Maira). Ten pierwszy ma długość 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1700 metrów, brutto nawet 1711. Drugi to z kolei 21,9 kilometra o średniej 7,6% i amplitudzie 1658 metrów. Natomiast trzeci ma wymiary 22,3 kilometry na 6,9% z przewyższeniem 1536, a brutto 1544 metrów. Jednym zdaniem to premia górska najwyższej kategorii od której strony by nie spojrzeć.

Droga południowa prowadząca przez pośrednią przełęcz Valcavera (2416 m. n.p.m.) jest przy tym w pełni unikalna, zaś dwa pozostałe szlaki mają wspólny jedynie krótki odcinek finałowy o długości 1400 metrów. Gdyby jakiś śmiałek o mężnym sercu, żelaznych płucach i mocnych nogach chciał jednego dnia zdobyć tą górę od każdej możliwej strony to musiałby przejechać dystans 137,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 4913 metrów. Ja rozpracowywałem ją latami. Po raz pierwszy miałem wjechać na tą przełęcz od strony północnej w czerwcu 2008 roku podczas GF Fausto Coppi. Niemniej na skutek osuwisk po wiosennych ulewach droga z Ponte Marmora na pośrednią przełęcz Colle dell’Esischie (2370 m. n.p.m.) stała się nieprzejezdna wobec czego Fauniera „wyleciała” z tej edycji wyścigu. Do Piemontu ponownie przyjechałem w lipcu 2010 roku i wtedy też zacząłem zwiedzać Colle dei Morti od najtrudniejszej ze stron czyli szlakiem rozpoczynającym się w Pradleves. Według autorów bazy kolarskich podjazdów „archivio salite” ów wariant wschodni wart jest 1511 punktów. Dodam, że południowy uzyskał wynik 1388 pkt, zaś północny tylko 1247. Dla porównania najtrudniejszy z trzech podjazdów pod Stelvio wyceniono na 1411 punktów. Potem południowy podjazd pod Faunierę wrzuciłem do programu Route des Grandes Alpes, którą w towarzystwie Adama, Darka, Piotra i Romka przejechałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku. Na trasie ósmego etapu tej wspaniałej przygody czyli odcinku z Borgo San Dalmazzo do Borgata Villar pokonaliśmy go w pakiecie z południowo-zachodnim podjazdem na przełęcz Sampeyre. Do zaliczenia pozostał mi zatem już tylko podjazd północny z Ponte Marmora via Colle dell’Esischie. Darkowi do kompletu brakowało dwóch wersji tego wzniesienia. Dlatego zdecydował, że po wjechaniu na przełęcz szlakiem północnym zjedzie następnie ku Pradleves i na dobicie zdobędzie ją również od strony wschodniej. Ja mogłem sobie darować podobne ekscesy. Tym bardziej, że na drugie danie miałem upatrzone inne całkiem ciekawe wzniesienie. Zjechawszy na wysokość niespełna 1200 metrów n.p.m. mogłem odbić w lewo ku wiosce Canosio i tam pokonać podjazd do kresu Vallone del Preit (2083 m. n.p.m.). To wzniesienie, acz w pełnej jego wersji czyli z poziomu Ponte Marmora wyceniono na 1028 punktów. To znaczy o 15 oczek wyżej niż wschodni podjazd pod legendarny Col du Tourmalet.

Colle dei Morti alias Fauniera została odkryta dla Giro d’Italia dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku. To samo można zresztą powiedzieć o innych gigantach z prowincji Cuneo takich jak: Monviso (1991), Agnello (1994) czy Sampeyre (1995). Dotychczas organizatorzy „La Corsa Rosa” trzykrotnie wstawili tą przełęcz do programu swego wyścigu. Za każdym razem kolarze mieli się na nią wspinać od strony wschodniej czyli przez Valle Grana. W 1999 roku pojawiła się ona na trasie odcinka czternastego z Bra do Borgo San Dalmazzo. Jako pierwsi wjechali na nią trzej zawodnicy z ucieczki. Najszybszym z nich był Włoch Gabriele Missaglia, który obecnie jest jednym z dyrektorów sportowych ekipy CCC-Sprandi. Z topniejącego peletoniku wyskoczył Marco Pantani i jako czwarty zameldował się na szczycie. Niemniej losy tego etapu rozstrzygnęły się na wzniesieniu Madonna del Coletto, gdzie skutecznie zaatakował inny Włoch Paolo Savoldelli. „Sokół” wygrał z przewagą aż 1:47 nad Pantanim, Hiszpanem Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Niemniej to „Pirat” został wtedy nowym liderem wyścigu odbierając „maglia rosa” Francuzowi Laurentowi Jalabertowi. Dwa lata później ten sam podjazd miał być pokonany na odcinku osiemnastym z Imperii do Sant’Anna di Vinadio. Jednak po wieczornym „nalocie” policji na hotele w San Remo samo dokończenie wyścigu stanęło pod znakiem zapytania. Ostatecznie skończyło się „tylko” na anulowaniu kolejnego etapu. Na nieszczęście dla kibiców był to akurat ten z Faunierą. Akcja służb antydopingowych przeprowadzona w trakcie Giro 2001 wykazała, iż zwyczaje w zawodowym peletonie niewiele zmieniły się od czasu afery Festiny (1998). Niemniej ona sama też nie oczyściła środowiska. Dość powiedzieć, że gdy w 2003 roku peleton Giro znów zawitał w te strony to po sukces etapowy na odcinku (znów osiemnastym) z Santuario di Vicoforte do Chianale sięgnął Dario Frigo. Zawodnik, który dwa lata wcześniej musiał wycofać się z Giro po tym jak policjanci odkryli jego bogatą „aptekę”. Tym razem jechano z Val Grana na północ, więc kolarze nie mogli dotrzeć na Colle dei Morti. Musieli zjechać ku Valle Maira i tym samym premię górską wyznaczono na Colle d’Esischie. Wygrał ją Kolumbijczyk Fredy Gonzalez. W 13-osobowej ucieczce uczestniczył Darek Baranowski z CCC-Polsat walczący w tej imprezie o czołową „10-tkę”. Ostateczną selekcję zrobił podjazd pod Sampeyre. Po czym na zjeździe z tej drugiej przełęczy leżeli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Natomiast na finałowym wzniesieniu Frigo wyprzedził prowadzącego w wyścigu Simoniego o 10 sekund oraz Austriaka Georga Totschniga o 2:38. „Ryba” był trzynasty ze stratą 6:59.

Wyruszyliśmy z bazy o wpół do jedenastej. Na dojeździe do Ponte Marmora musieliśmy pokonać ponad 45 kilometrów. Poruszaliśmy się niemal wyłącznie prowincjonalnymi szosami (SP23 i SP422), więc przejechanie odcinka przez Caraglio, Dronero i Stroppo zajęło nam m/w godzinę. Sporo czasu zmarnowaliśmy już na miejscu. Trzy kwadranse zbieraliśmy się do drogi. Dario długo nie mógł się zdecydować jaką odzież zabrać z sobą na tak długą i wysoką przejażdżkę. Ostatecznie w górę SP113 ruszyliśmy dopiero o godzinie 12:28. Wystartowałem znacznie szybciej od Darka i już na pierwszym kilometrze nadrobiłem nad swym kolegą blisko minutę. Drugi kilometr był stosunkowo łatwy, zaś na przełomie trzeciego i czwartego trzeba było pokonać galerię chroniącą przed lawinami i ciemny tunel wykuty w skale. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem skręt ku Canosio, na którym jakieś trzy godziny później miałem zacząć podjazd ku Vallone del Preit. Pół kilometra i trzy wiraże dalej przejechałem obok wioski Vernetti (4,4 km). Rzuciłem na nią okiem biorąc zakręt w lewo i uznałem, że warto będzie bliżej się jej przyjrzeć w trakcie zjazdu. Na trudnym szóstym kilometrze o średniej 8,8% droga minąłem boczne drogi do Brieis i Reinero. Na siódmym kilometrze mogłem nieco odpocząć, bowiem nachylenie na dojeździe do Arata (7,1 km) wynosi ledwie 2,1%. Dopiero za tą osadą zaczyna się szlak przez Vallone di Marmora. Wkrótce minąłem skręt ku Urzio / Vaglia (8,3 km) i dojechałem do wioski Tolosano (9,3 km). Byłem już prawie na półmetku podjazdu pod Colle d’Esischie i zastanawiałem się co czeka na mnie w górnej połowie tego wzniesienia. W pamięci miałem nasz zjazd z 2013 roku gdy po wjechaniu na Colle dei Morti od południowej strony musieliśmy zjechać ku Ponte Marmora. Tuż przed przełęczą Esischie powitała nas wtedy olbrzymia zaspa, która w zamyśle drogowców miała powstrzymać kierowców przed ruszeniem w dół doliny Marmora. Wszystko zaś dlatego, że w dwóch czy trzech miejscach odcinek asfaltu został zmyty i ten kawałek terenu trzeba było pokonać na pieszo. Na szczęście tym razem nie musiałem zsiadać z roweru. Co prawda w tych paru newralgicznych miejscach nie wylano jeszcze nowego asfaltu, lecz przynajmniej utwardzono ją na tyle, że przejazd stał się możliwy po krótkich szutrowych odcinkach. Gorzej, że kamyczków nie brakowało też na stromych ściankach, które pojawiały tu i ówdzie począwszy od dwunastego kilometra. O stromiźnie kolejnych odcinków zaczęły informować przydrożne tabliczki w kolorze brązowym. Dodam, że maksymalne nachylenie na tej górze znajduje się tuż za ósmym wirażem (11,8 km) i sięga 15%.

Kilometry trzynasty i czternasty były kręte i strome. Trzeba było na nich pokonać w sumie sześć wiraży i średnie nachylenie na poziomie 8,9% i 8,1%. Kolejne trzy kilometry prowadziły ku polanie, na której stoi gospodarstwo rolne czyli Malga. Można w nim nabyć mleko, masło i sery pochodzące od miejscowych krów. Funkcjonuje ono na wysokości 2094 metrów n.p.m. w odległości 17 kilometrów od Ponte Marmora. Szosa po szerokim łuku skręca tu w kierunku wschodnim, zaś na południe odbija stary szutrowy szlak na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). Do końca całej wspinaczki zostaje stąd blisko pięć kilometrów, zaś do Colle d’Esischie ledwie 3400 metrów. Pierwsza połowa tego odcinka ma średnie nachylenie 6,9%, zaś druga już 8,4%. Na pierwszą z pośrednich przełęczy dotarłem po przejechaniu 20,4 kilometra. Od szosy z Pradleves dzieliło mnie tylko kilkadziesiąt metrów zjazdu. Finałowy odcinek zaczyna się z poziomu 2362 metrów n.p.m. Trzeba na nim pokonać 1400 metrów o średniej 8,4%. Gdy tylko skręciłem w prawo nadziałem się na bardzo silny tego dnia południowy wiatr. Po przejechaniu kilometra minąłem pośrednią przełęcz „numero due” czyli Colle Vallonetto (2447 m. n.p.m.). Jeszcze tylko czterysta metrów i po raz trzeci w życiu dotarłem na Colle dei Morti. Przełęcz ta znajduje się na zakręcie w prawo. Dalej droga wiedzie już lekko w dół ku Colle Valcavera i dalej bardziej śmiało poprzez Vallone d’Arma ku Demonte w dolinie Stura. Przełęcz wzięła swą nazwę za sprawą XVII-wiecznej bitwy jaką mieszkańcy Piemontu stoczyli tu z wojskami francuskimi idącymi szlakiem z Valle Maira. Miejscowi zaskoczyli najeźdźców z Zachodu i dali im strasznego łupnia. W światku kolarskim przyjęła się jednak nazwa Fauniera, która de facto oznacza wierzchołek górski (2515 m. n.p.m.) znajdujący się na lewo od zakrętu tuż za pomnikiem Marco Pantaniego. Na szczyt dotarłem po przejechaniu 21,9 kilometra w czasie 1h 35:11 (avs. 13,8 km/h i VAM 969 m/h). O dziwo na stravie nie można znaleźć wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy zmierzony segment to odcinek 15,7 kilometra od skrętu na Canosio do przełęczy Esischie. Ten kawał drogi o przewyższeniu 1137 metrów przejechałem w 1h 10:00 (avs. 13,5 km/h i VAM 974 m/h) co daje mi 22 miejsce pośród 279 osób.

20150914_142826

20150914_143507

20150914_144011

Darek ten sam segment pokonał w 1h 24:52. Dzięki czemu jest tu sklasyfikowany na 89 miejscu. Wydaje mi się, że pojechał to wzniesienie z pewną rezerwą mając przed sobą jeszcze trudniejszy „orzech do zgryzienia”. Na przełęczy wiatr tak dokazywał, iż dla bezpieczeństwa lepiej było nie opierać roweru o barierki, skały czy wspomniany monument. Należało go położyć na ziemi, gdyż wtedy mógł nim co najwyżej szurać po podłożu. Po opróżnieniu kieszonek swej kolarskiej koszuli przekonałem się o różnicy ciśnień między doliną a przełęczą, gdy tylko ujrzałem jak bardzo napęczniało hermetyczne opakowanie ciastka zabranego ze śniadania. Swój zjazd na spodziewany bufet we wiosce Vernetti rozpocząłem dokładnie o 14:30. Mogłem się nie śpieszyć. Na górze Dario potwierdził, że zjeździe do Pradleves by późnym południem raz jeszcze pojawić się na Colle dei Morti. To oznaczało, że będzie miał do przejechania przeszło 20 kilometrów więcej niż ja. Turlałem się zatem spokojnie zatrzymując się przy byle okazji. Najpierw na wysokości Colle Vallonetto, potem nieco dłużej na Colle d’Esischie. Następnie wszędzie tam gdzie jakiś ładny widok przypadł mi do gustu i uznałem, że warto będzie zapisać na karcie telefonu. W górnej partii zjazdu spotkałem więcej świstaków niż na sobotniej Maddalenie. Jednego z tych gryzoni udało mi się nawet złapać na zdjęciu jak przystanął sobie na skałkach nieopodal wspomnianego gospodarstwa. Nie był to jednak koniec spotkań z miejscową fauną. Zanim dojechałem do Tolosano spotkałem na swej drodze najpierw dwa osły, zaś nieco niżej konia korzystającego z przydrożnego wodopoju. Z kolei na wysokości wspomnianej wioski nie dane mi było zrobić zdjęcia, bowiem za bardzo się mną zainteresowały psy z pewnego obejścia. Z niektórych wiraży miałem ładny widok na oddalony o kilkadziesiąt kilometrów szczyt Monte Viso (3841 m. n.p.m.). Do Vernetti zjechałem dopiero kwadrans przed szesnastą. Wjechałem pomiędzy wiekowe domy z kamienia i znalazłem sobie przyjemny przystanek na przy ławie przed lokalem zwanym Locanda Ceaglio. W poczuciu dobrze wykonanego zadania i celem posilenia się przed drugim wyzwaniem zamówiłem sobie kawkę i ciastko. Słonko ładnie przygrzewało. Takie luksusy potrafią człowieka rozleniwić. Nie specjalnie chciało mi się z tego miejsca ruszać. Ostatecznie opuściłem to przyjazne miejsce po około 20 minutach. Postój wykorzystałem też na „odchudzenie” swego stroju przed kolejną wspinaczką.

Z Vernetti do skrętu na Canosio miałem ledwie pół kilometra. Zastanawiałem się jeszcze na zjazdem do Ponte Marmora i zrobieniem podjazdu pod Vallone del Preit w pełnej wersji. Do dziennego przebiegu dodałbym sobie osiem kilometrów, w tym cztery pod górę o średnim nachyleniu 6,2%. Dzięki temu miałbym w swej kolekcji kolejne wzniesienie o przewyższeniu ponad tysiąca metrów. Niemniej w przeciwieństwie do nieustraszonego Darka, który zdecydował się na taki manewr w sobotę i to w dłuższej wersji, jakoś nie mam weny do męczenia się dwa razy jednego dnia na tym samym szlaku. O czekającym mnie teraz podjeździe po raz pierwszy usłyszałem, a w zasadzie przeczytałem we wrześniowym numerze Bicisport z roku 2009. W magazynie tym znalazłem reportaż z wyścigu Giro delle Valli Cuneesi, w którym najwięcej miejsca poświęcono na etap kończący się właśnie w tym miejscu. Wygrał go zaledwie 19-letni Fabio Felline, dziś kolarz z worldtourowej ekipy Trek-Segafredo. W sezonie 2013 uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu ponownie. Tym razem wygrał Gianfranco Zilioli, który tej zimy zamienił trykot Androni Giocattoli na barwy ekipy Nippo-Fantini. Ten podjazd w szosowej wersji kończy się obecnie na poziomie 2086 metrów n.p.m. To znaczy na wysokości powstałej w 1991 roku Azienda Agrituristica La Meja. Ostatni ponad 2-kilometrowy i najbardziej stromy kawałek asfaltu położono tu zapewne w roku 2008, albowiem gdy GdVC zawitała w te strony w roku 2007 etap zakończono we wiosce Preit (1540 m. n.p.m.). Wydana w lutym 2003 roku książka „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ wspomina, iż droga asfaltowa kończyła się wówczas na wysokości 1817 metrów n.p.m. przy osadzie Servino. Podjazd ten w jego skróconej wersji można podzielić na cztery części. Pierwsza to kilometrowy wstęp na dojeździe do Canosio. Dość łatwy odcinek o średnim nachyleniu 4,7%. Drugi segment to fragment z Canosio do Preit liczący 3,4 kilometra przy średniej 8,4 %, który zawiera m.in. 300-metrowy odcinek o nachyleniu 14% pod koniec trzeciego kilometra od rozjazdu. Trzeci fragment to przestrzeń między Preit i Servino o długości 3,5 kilometra i średniej 7,9%. Na dobicie pozostaje zaś finałowy odcinek 2,2 kilometra o niebagatelnej stromiźnie 12,1 %, który kończy się przy wspomnianym gospodarstwie rolnym na Altopiano della Gardetta.

Wystartowałem o godzinie 16:11. Ze stravy wynika, iż dosłownie minutę wcześniej Dario zaczął swą znacznie dłuższą od mojej wspinaczkę wschodnim szlakiem na Colle dei Morti. Czyżbyśmy po siedmiu latach wspólnych wypraw nabyli łączność telepatyczną? Dojazd do Canosio zgodnie z oczekiwaniami okazał się łatwy. Na polanie po prawej stronie drogi dojrzałem dziesięć wigwamów, lecz nie kręcili się wśród nich żadni Indianie. Z kolei po lewej stronie szosy Tak na wjeździe jak i wylocie z wioski przy szosie stały ludziki z napoleońskich kapeluszach. Tuż za Canosio droga znacząco się zwęziła. Po przejechaniu 2 kilometrów minąłem skręt na Colle San Giovanni (1621 m. n.p.m.). Gdybym skręcił tu w prawo to dotarłbym na to wzniesienie po przejechaniu 3,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4%. Jednak na wprost przed sobą miałem ciekawszy cel. Na trzecim kilometrze wspinaczki trzeba było się już bardziej wysilić. Najpierw 700 metrów o średniej 8,3%, a potem wspomniana już 300-metrowa stromizna. Pod koniec czwartego kilometra dwa pierwsze wiraże na wysokości Pian Preit. W połowie piątego kilometra byłem już we wiosce o tej samej nazwie. Odcinek czterystu metrów bezpośrednio za tą miejscowością był ostatnim miejscem na złapanie głębszego oddechu. Na 3-kilometrowym dojeździe do Servino droga trzyma bowiem już niemal cały czas na poziomie 8,6-8,9%. Na 5 kilometrów przed szczytem minąłem dużą tablicę, z którą bliżej zapoznałem się dopiero na zjeździe. Wynika z niej, że w każdy lipcowy i sierpniowy weekend oraz w pierwsze dwie niedziele września na tym finałowym odcinku asfaltowej drogi obowiązuje zakaz ruchu samochodowego. Po przejechaniu 6,3 kilometra przejechałem obok miejsca zwanego Grange Salvest, zaś niedługo potem minąłem kolejne dwa wiraże przy Grange Pratolungo (6,7 km). Najgorsze miało się zacząć dopiero na dziewiątym kilometrze. Tam pokonałem dwie pary wiraży pod tytułem w prawo i w lewo. Jednak zdecydowanie najtrudniejszy okazał się kilometr dziesiąty. Czekała tu na mnie najpierw prosta o długości 600 metrów, a potem dwa wiraże, zaś wszystko na stałym poziomie kilkunastu procent. Na ostatnich trzystu metrach minąłem polanę, na której trawkę skubały trzy górskie mustangi. W sumie przejechałem 10,3 kilometra w czasie netto 52:13. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 10,2 kilometra, który pokonałem w 51:22 (avs. 12,0 km/h i VAM 991 m/h). To jedenasty wynik na 97 dotychczas odnotowanych, a przy tym najlepszy ze wszystkich w sezonie 2015. Widać żaden as z Garminem w tym roku tu nie zaglądał. Co ciekawe 6 z 7 najlepszych czasów pochodzi z 29 lipca 2013 roku czyli ze wspomnianego etapu Giro delle Valli Cuneesi.

20150914_171555

Miejsce do którego dotarłem wygląda jak kawałek górskiego raju. Płaskowyż otoczony szczytami, z których najwyższa jest Rocca La Meja (2830 m. n.p.m.). Kamienista droga leci stąd jeszcze dalej w dwóch kierunkach: na wprost i w prawo. Ta druga pnie się do góry jeszcze przez cztery kilometry z hakiem. Gdybym dojechał tu na góralu lub choć na przełajówce mógłbym kontynuować wspinaczkę i dotrzeć do Rifugio Gardetta (2335 m. n.p.m.), a nawet na Passo della Gardetta (2437 m. n.p.m.). Jednak tego dnia w pełni zadowolił mnie kolejny zdobyty „dwutysięcznik”. Dodam, że góra ta miała średnie nachylenie 8,7 % i przewyższenie 891 metrów. Taki finał poprzedzony podjazdem pod Colle dell’Esischie od Pradleves lub wspinaczką pod Colle delle Morti od Demonte byłby godny królewskiego etapu Giro d’Italia. Niemniej ze względów logistycznych tak się chyba nigdy nie stanie. Niestety za mało tu miejsca na rozlokowanie karawany wielkiego wyścigu. Może to i lepiej. Pewnych skarbów natury warto nie zadeptywać. Po trwającym godzinę zjeździe do samochodu w Ponte Marmora dotarłem kwadrans po osiemnastej. Na przyjazd Darka czekałem przeszło godzinę. Nie bez przyczyny. Mój kolega miał znacznie trudniejsze zadanie do wykonania. Jak wspomniałem aby wrócić na Colle dei Morti musiał pokonać 21,9 kilometra o średniej stromiźnie 7,6 % i amplitudzie 1658 metrów. Ale to jeszcze nic. Ostatnie 15 kilometrów tego wzniesienia, powyżej wioski Campomolino trzyma tam na średnim poziomie 9 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 14%. Dodam, że na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów obejmujących kilkaset wzniesień ta góra zajmuje siódme miejsce. Najciekawszym dla oka miejscem na szlaku Darka było znajdujące się na wysokości 1761 metrów n.p.m. Santuario di Santo Magno. Pomimo zmęczenia pierwszą wspinaczką Dario trzymał fason. Całą górę pokonał w czasie 1h 48:25. Na pierwszych kilometrach jechał z rezerwą, gdy zrobiło się stromo depnął już mocniej. Według stravy przeszło 14-kilometrowy segment pomiędzy Campomolino a Colle dei Morti pokonał w czasie 1h 22:12 przy średniej prędkości 10,6 km/h i VAM 936 m/h. Dało mu to 195 miejsce pośród 945 osób. Mój kolega na obu zboczach Fauniery przejechał w sumie 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3200 metrów. W porównaniu z nim miałem stosunkowo luźny dzień. Mój licznik zatrzymał się po 64 kilometrach. Przy tym w pionie pokonałem „tylko” 2419 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Monte Ray

Autor: admin o niedziela 13. Wrzesień 2015

Prognozy pogodowe na niedzielę były jak najgorsze. Miało padać niemal przez cały dzień. W trakcie kilkudniowego przystanku pod Cuneo zostały nam jeszcze do zrobienia wycieczki do Valle Maira i Valle Gesso. Ta pierwsza oznaczała wspinaczkę na niebotyczną Faunierę, więc przy „pogodzie pod psem” była wykluczona. Tym samym nie musiałem się specjalnie zastanawiać jakie tereny możemy zwiedzić w ramach ósmego etapu tej podróży. Poza tym do doliny Gesso mieliśmy całkiem blisko dzięki czemu mogliśmy dłużej niż zwykle zwlekać z wyruszeniem z domu. Postanowiliśmy przeczekać opady. Łudziliśmy się, iż może skończą się do południa. Niestety wczesnym popołudniem wciąż siąpiło. W tej sytuacji Darek postanowił, że tego dnia nie wychyli nosa poza progi „B&B Il Melograno”. Ja podjąłem śmiałą decyzję uratowania choćby części swego oryginalnego planu na wspomnianą dolinę. Doświadczenie nauczyło mnie przez lata, że czasami warto podjąć takie ryzyko, albowiem zrazu podła aura może się zlitować nad żądnym przygód śmiałkiem. Jakiż zatem magnes skłaniał mnie do wycieczki w te strony pomimo okoliczności sugerujących by nie wyjeżdżać z Borgo San Dalmazzo? Na szosach Valle Gesso miałem do wyboru pięć nieznanych mi dotąd wzniesień, z czego cztery na terenie Parco Naturale Alpi Marittime. Dwa z nich wydały mi się całkiem interesujące. Uznałem, iż jeśli tylko pogoda pozwoli to zmierzę się z podjazdami pod Lago delle Rovine (1540 m. n.p.m.) oraz Monte Ray (1828 m. n.p.m.). Tą pierwszą wspinaczkę o długości 12,5 kilometra przy średniej 5,8% i przewyższeniu 734 metrów mogłem sobie jeszcze znacząco przedłużyć. Otóż wjeżdżając pod koniec owej wspinaczki na boczną drogę służącą pracownikom koncernu energetycznego ENEL mógłbym dotrzeć do brzegów Lago del Chiotas, jeziora położonego na wysokości 1978 metrów n.p.m. Aby tego dokonać musiałbym przejechać dodatkowe 5,2 kilometra przy średniej 8,4%, z czego 1100 metrów w tunelu. Zadanie jak najbardziej do wykonania, acz nie wiedziałem czy starczy mi na nie czasu. Dodatkową nagrodą za ten ekstra wysiłek mógł być widok na pobliską Monte Argentera (3297 m. n.p.m.), najwyższą górę Alp Nadmorskich.

Przed trzynastą opuściłem naszą bazę by spróbować swego szczęścia. Nie zakładałem pustego przebiegu. Uznałem, że nawet przy marnej pogodzie coś sobie wywalczę. To znaczy zaliczę jedną premię górską i jakoś tam stoczę się później do auta. Założyłem sobie dojazd do oddalonej o 18 kilometrów miejscowości Entracque. Wyjeżdżając z miasta musiałem znaleźć biegnącą na południowy-zachód drogę SP22. Potem minąłem miejscowość Valdieri gdzie przed siedmioma laty zaczynałem ostatni z pięciu podjazdów na trasie maratońskiego GF Fausto Coppi. Dwa kilometry dalej skręciłem na południe by po przejechaniu jeszcze kilometra odbić w lewo ku miasteczku, w którym zamierzałem się wypakować. Ostatecznie zmieniłem jednak plany i postanowiłem dotrzeć do równoległej SP San Giacomo, która na miejscu wydała mi się bardziej naturalnym miejscem na start do obu wybranych wspinaczek. Przejechawszy obok restauracji Vecchio Mulino dotarłem w rejon elektrowni wodnej i zapory na Lago della Piastra. Znalazłem tam duży parking, na którym postanowiłem zostawić samochód. To była lokalizacja u podnóża Monte Ray, więc uznałem że swój ósmy etap zacznę jednak od tego wzniesienia. Poza tym jako krótsze z dwojga dawało ono większą szansę na przejazd tzw. suchą szosą. Jednak zanim wskoczyłem na rower wolałem jeszcze zbadać okolicę by wybrać punkt startu do dłuższej wyprawy na Lago delle Rovine lub Chiotas. W tym celu zjechałem przeszło trzy kilometry w stronę wioski Tetti Miclot. Zdecydowałem że drugi podjazd zacznę na wysokości niespełna 820 metrów n.p.m. tzn. od rozjazdu pomiędzy SP22 i SP San Giacomo. Ułożywszy sobie w głowie pomysł na spędzenie kilku najbliższych godzin wróciłem na wspomniany parking aby przygotować się do jazdy. Los zdawał mi się sprzyjać. Niebo było owszem zachmurzone, ale nie padało. Co więcej tu i ówdzie przez chmury przedzierało się słońce. Dla lepszego efektu wspinaczkę pod Monte Ray postanowiłem zacząć z najniższego miejsca w zasięgu mego wzroku czyli spod bramy Elektrowni im. Luigi Einaudi.

Według „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ten podjazd ma 10,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,6% i max. 11%. Do pokonania w pionie miałem mieć 898 metrów. Tym niemniej już przed startem dodałem sobie blisko pół kilometra drogi i przeszło dwadzieścia metrów przewyższenia. Wystartowałem o godzinie 13:37. Po przejechaniu przeszło trzystu metrów wróciłem na drogę SP San Giacomo, by po kolejnych dwustu odbić w prawo. Tym samym wjechałem na Strada Comunale Rovine. Niemniej to jeszcze nie był czas na spotkanie z tą górą. Bardzo szybko tzn. po niespełna siedmiuset metrach od startu musiałem z niej zjechać wykonując zakręt w prawo o 180 stopni ku Strada Comunale Monte Ray. Dostępu do niej bronił biało-zielony szlaban podobny do tego bywalcy kaszubskich tras znają z podjazdu pod zbiornik w Czymanowie. Czekał mnie trudny, ale bardzo regularny podjazd. Tylko pierwszy kilometr można tu uznać za stosunkowo łatwy. Dziesięć kolejnych trzyma niemal cały czas na poziomie powyżej 8%, zaś najtrudniejszy tzn. przedostatni ma średnio 9,2%. Z drugiej strony brak tu szczególnie stromych ścianek, zaś trudy wspinaczki odrobinę ułatwiają liczne wiraże. Powyżej parkingu jest ich w sumie piętnaście, rozlokowanych przede wszystkim w dolnej i górnej tercji całego wzniesienia. Droga jest wąska i nie miejscami przybrudzona żwirem, liśćmi oraz drewnem. Tym niemniej bardzo spokojna. Podczas swego przejazdu nie napotkałem żadnego samochodu, a jedynie na drugim kilometrze spotkałem spacerujące starsze małżeństwo. Według mej lektury łatwiej tu spotkać górskie kozice i koziorożce niż ludzi. Mogłem się o tym zresztą naocznie przekonać biorąc jeden z zakrętów w górnej partii wspinaczki. Oprócz kozicy natknąłem się tu również na śmigającą po szosie salamandrę plamistą czyli czarnego płaza upstrzonego żółtymi plamami. W końcówce podjazdu przebijając się przez gęste chmury musiałem uważać na kamienie leżące na drodze. Podjazd zakończył się na zakręcie w lewo obok niewielkiej stacji meteorologicznej spod znaku Brigata Alpina Taurinense. Ja odczytałem pomiary ze swego licznika. Było tu ledwie 12 stopni.

Wspinaczkę zakończyłem przejechawszy 10,9 kilometra w czasie netto 53:21 (avs. 12,4 km/h). Na stravie opracowano segment o długości 10,3 kilometra rozpoczynający się od wspomnianego szlabanu. Ten zasadniczy fragment wzniesienia pokonałem w czasie 50:25 (avs. 12,3 km/h i VAM 1078 m/h) co daje mi obecnie 11 miejsce na 46 sklasyfikowanych tu osób. Zatrzymawszy się dostrzegłem przed sobą wierzchołek Monte Ray (2318 m. n.p.m.). Jeszcze ładniejszy widok miałem na inny szczyt po wschodniej stronie doliny. Niemniej zanim przebrałem się na zjazd i wyjąłem telefon by strzelić te kilka fotek naszły chmury i nie było już czego podziwiać z tej miejscówki. Obawiałem się, że wkrótce „klimat” do jazdy może się pogorszyć. Czym prędzej rozpocząłem więc ostrożny zjazd. Na pierwszych kilometrach ledwie turlałem się w dół ze względu na bardzo ograniczoną widoczność. Dopiero w połowie zjazdu warunki poprawiły się na tyle, że robienie zdjęć nabrało większego sensu. Najładniejszym z zapamiętanych obrazków był widok tamy powstrzymującej lazurowe wody Lago della Piastra. Poza tym złapałem też w obiektywie wspomniane Entracque. Praktycznie udało mi się zjechać na sucho, acz tu i ówdzie postraszyły mnie krople deszczu. Na parking dotarłem o wpół do czwartej. Rower oparłem o barierkę, zaś sam wsiadłem do auta aby zrobić sobie w nim zrobić krótką strefę bufetę. To znaczy zjeść parę kostek czekolady i wypić kawę z termosu. Przy okazji miałem nieco się ogrzać i zmienić spoconą koszulę na suchą. Następnie chciałem wrócić na rower i zjechać trzy kilometry w dół SP San Giacomo by od upatrzonego rozjazdu podjechać przynajmniej do Lago delle Rovine. Niemniej na przekór tym planom rozpętała się górska ulewa. Z początku miałem nadzieję, że skoro pada intensywnie to szybko się ów opad skończy. Godzina była względnie młoda, więc mogłem poczekać. Siedziałem zatem w aucie słuchając płyty AC/DC i patrząc jak moknie mi rower. Po godzinie straciłem nadzieję, że niebosa się nade mną zlitują. Musiałem zadowolić się jedną premią górską. Jednak w tych warunkach nie było co wybrzydzać. Tego dnia przejechałem zatem tylko 22 kilometry o przewyższeniu 938 metrów czyli na półmetku wyprawy trafił mi się dzień ulgowy. Darek jak już wspomniałem postawił na pełną regenerację. W trakcie mej nieobecności nie narzekał na brak towarzystwa. W porze sjesty wpadł do niego z niezapowiedzianą wizytą kot sąsiadów.

 

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Maddalena & San Bernolfo

Autor: admin o sobota 12. Wrzesień 2015

Po dwóch wycieczkach na północ prowincji Cuneo nie miałem ochoty trzeci raz z rzędu ruszać autem w tą samą stronę. Zresztą jedynym powodem do kolejnego takiego wyjazdu z naszej bazy noclegowej w Borgo San Dalmazzo byłaby wyprawa na Faunierę (alias Colle dei Morti). Niemniej do udanej wycieczki z tą przełęczą w roli głównej potrzebowaliśmy wybornej pogody. Czekałaby nas bowiem wspinaczka na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. Sobotnia aura była już całkiem przyzwoita, lecz do ideału jeszcze sporo jej brakowało. Dlatego też uznałem, że będzie to właściwy dzień na zmierzenie się z premiami górskimi w dolinie Valle Stura di Demonte. Dla mnie głównym daniem miał być przeszło 30-kilometrowy podjazd na graniczną przełęcz Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.). Natomiast w ramach dokładki chciałem podjechać do górskiej osady San Bernolfo (1702 m. n.p.m.) powyżej uzdrowiska Bagni di Vinadio. Normalnie wzniesieniem tego typu co piemoncka „Magdalena” raczej bym się nie zainteresował. Podjazd ten ma marne średnie nachylenie rzędu 3,5%. Tym niemniej były trzy ważkie powody aby uczynić wyjątek od reguł swej selekcji. Argumenty natury sportowej, geograficznej jak i historycznej. Po pierwsze choć jest on bardzo łagodny to ma w ofercie przeszło 1000 metrów przewyższenia. Po drugie chciałem zdobyć kolejną przełęcz na granicy włosko-francuskiej. Tym bardziej, że od włoskiej strony wdrapałem się już niemal na wszystkie. Rozpocząłem to zwiedzanie w czerwcu 2008 roku „lepką” wspinaczką pod Colle dell’Agnello. Następnie w lipcu 2010 roku wjechałem na Piccolo San Bernardo, Colle della Lombarda i Colle di Tenda, zaś w sezonie 2013 na dziesiątym etapie Route des Grandes Alpes opuściłem Italię szlakiem przez Colle del Moncenisio. Do kompletu brakowało mi więc tylko Maddaleny oraz najłatwiejszej ze wszystkich siedmiu dróg ku owej granicy czyli Colle del Monginevro. Na tej ostatniej byłem jednak dwukrotnie tyle że podjechawszy od strony francuskiej. A zatem jedynie „Magdalena” była mi dotąd kompletnie nieznana. Trzecim i najważniejszym powodem aby ją w końcu odwiedzić był motyw historyczny. Ta góra ma swoje ważne miejsce w historii włoskiego kolarstwa. Stało się tak za sprawą wyczynu „Campionissimo” Fausto Coppiego.

Jak wiadomo największy z włoskich mistrzów w ciągu swej 20-letniej kariery zawodowej wygrał wiele prestiżowych wyścigów. Niemniej jego legendę zbudowała nie tyle ich ilość co jakość. Wrażenie robił przede wszystkim styl w jakim potrafił zwyciężać. Dla przykładu Milano – San Remo 1946 zwyciężył po blisko 150-kilometrowym rajdzie z przewagą równo 14 minut na drugim zawodnikiem. Tour de France z roku 1952 wygrał z przewagą ponad 28 minut nad Belgiem Stanem Ockersem. Natomiast po swój jedyny tytuł mistrza świata na szosie sięgnął w sezonie 1953 gdy na trasie wokół Lugano zdystansował najbliższego ze swych rywali o ponad 6 minut. Niemniej nawet te wyczyny bledną przy tym czego „L’Airone” dokonał 10 czerwca 1949 roku na trasie 254-kilometrowego etapu Giro d’Italia z Cuneo do Pinerolo. Na odcinku tym trzeba było pokonać aż pięć premii górskich czyli przełęcze: Maddalena, Vars, Izoard, Montgenevre i Sestriere. Coppi zaatakował już pod koniec pierwszego podjazdu podczas przejazdu przez miejscowość Argentera. I tyle go rywale widzieli. Po solowej ucieczce na dystansie 192 kilometrów dotarł do mety z przewagą 11:52 nad wielkim Gino Bartalim! Jako trzeci finiszował Alfredo Martini (przyszły selekcjoner włoskiej kadry), który wraz z trzema innymi zawodnikami stracił aż 19:14! Natomiast dotychczasowy lider wyścigu czyli Adolfo Leoni dotarł do mety na ósmym miejscu z bagażem 23:37! To tego dnia Mario Ferretti sprawozdawca z radia RAI wypowiedział słynne słowa „Samotny człowiek na prowadzeniu, jego koszulka biało-błękitna, nazywa się Fausto Coppi”. W późniejszych latach organizatorzy Giro jeszcze dwukrotnie zorganizowali górskie etapy na identycznej trasie. W 1964 roku wygrał go Franco Bitossi z przewagą 1:58 nad 6-osobową grupą z Vittorio Adornim i Giannim Mottą na czele. Przy tej okazji jako pierwszy ma przełęcz Maddalena wjechał Italo Zillioli. Natomiast podczas edycji z roku 1982 do mety w Pinerolo dojechała 13-osobowa grupka. Na finiszu Giuseppe Saronni wyprzedził Bernarda Hinault i Szweda Tommy Prima. Początek etapu musiał być leniwy, skoro na premii górskiej pierwszy pojawił się szwajcarski sprinter Urs Freuler. Dodam, że Coppiemu przejechanie tego maratońskiego odcinka zajęło 9h 19:55. Bitossi wyrobił się już w czasie 8h 22:09, zaś Saronni finiszował po upływie 7h 35:49. Ciekawe co bardziej sprzyjało coraz szybszej jeździe peletonu: lepsze metody treningowe, postęp techniczny w zakresie sprzętu czy też lepsza jakość drogowej nawierzchni?

Po raz czwarty i ostatni jak dotąd Maddalena pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1996 na znacznie krótszym etapie z Santuario di Vicoforte do francuskiego Briancon. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się wtedy Mariano Piccoli, zaś etap wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty o przeszło 40 sekund wyprzedził Claudio Chiappuciego i Baska Abrahama Olano. A zatem umówiłem się na spotkanie z Maddaleną ze względu na jej ciekawą przeszłość. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to co mnie mogło przekonać tej wycieczki pomimo oczywistych niedostatków tej góry niekoniecznie musiało przemawiać do Darka. Na szczęście miałem dla swego wspólnika do przerobienia bardzo ciekawy temat zastępczy w postaci bardziej stromych podjazdów pod Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) i Sant’Anna di Vinadio (2010 m. n.p.m.). Tym samym tego dnia mieliśmy dwa zupełnie rozbieżne plany zajęć, acz ze wspólnym miejscem startu na rozdrożu jakiś kilometr za Vinadio. Miejscowości słynącej z fortu Albertino wybudowanego w pierwszej połowie XX wieku za czasów Królestwa Sardynii. Aby dotrzeć na start naszego siódmego etapu musieliśmy przejechać blisko 30 kilometrów w kierunku zachodnim niemal cały czas po „krajówce” SS21. Po drodze minęliśmy m.in. miasteczko Demonte, w którym zaczyna się południowy podjazd pod słynną Faunierę prowadzący przez pośrednią przełęcz Valcavera. Z tym wielkim wzniesieniem poradziliśmy sobie już dwa lata wcześniej na ósmym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Tym razem zadania mieliśmy łatwiejsze. Moja pierwsza premia górska czyli Maddalena miała mieć długość 31,4 kilometra o średnim nachyleniu 3,5% i przewyższeniu 1110 metrów. Przełęcz, która była moim celem stanowi naturalną granicę pomiędzy położonymi na południu Alpami Nadmorskimi (Alpi Marittime) oraz biegnącymi na północ Alpami Kotyjskimi (Alpi Cozie). Natomiast w ujęciu wschód-zachód łączy ona włoską dolinę Valle Stura di Demonte z francuską Val d’Ubaye. Warto przy tym dodać, że Francuzi swoją „Magdalenę” mają w Sabaudii pomiędzy dolinami Tarentaise i Maurienne, zaś tą przełęcz na granicy z Italią znają pod nazwą Col de Larche. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na małym parkingu w pobliżu mostku nad Sturą. Jako pierwszy do boju ruszył Dario wjeżdżając na drogę SP255 prowadzącą ku wiosce Pratolungo i wyżej ku granicy francuskiej lub wspomnianego sanktuarium.

Ja wystartowałem o godzinie 11:49 przy temperaturze 21 stopni. Pierwsze trzy kilometry były niemal płaskie tzn. z nachyleniem zaledwie 1,8%. Dalej podobne odcinki „falsopiano” przeplatały się z segmentami o umiarkowanej stromiźnie. Długo nie miałem powodu do tego by zrzucić łańcuch na małą tarczę. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem Pianche, gdzie miałem się zatrzymać w drodze powrotnej. Tu droga krajowa nr 21 skręca na północ. Na szóstym kilometrze pokonałem pierwszy solidny fragment wspinaczki czyli 700 metrów o średniej 5,7%. O tym jak łagodna to góra najlepiej niech świadczy fakt, że na pierwszych 25 kilometrach podjazdu był to najbardziej „stromy” odcinek. Zresztą maksymalna stromizna na tym wzniesieniu to tylko 9%. Jechałem więc szybko mijając Sambuco (8,2 km) i Pietraporzio (12,4 km). Na piętnastym kilometrze zataczając szeroki łuk objechałem miejscowość Pontebernardo, w której urodziła się słynna narciarka Stefania Belmondo. Ta filigranowa biegaczka podczas kilkunastoletniej kariery zawodowej zdobyła dwa złote medale olimpijskie, z czego pierwszy w Albertville, zaś drugi dziesięć lat później w Salt Lake City. Poza tym wywalczyła cztery tytuły mistrzyni świata oraz wygrała 21 biegów pucharowych. Na półmetku czyli po przebyciu 15,7 kilometra wjechałem do tunelu o długości 830 metrów. Tuż za nim przejechałem przez dwa wiraże, zaś tuż przed Bersezio (21,1 km) przez cztery kolejne. Na tych krętych odcinkach nachylenie znów nieznacznie przekroczyło 5%. Minąłem wyciągi stacji Pie del Beu i wkrótce miałem już przed sobą Argenterę (24,6 km), na terenie której wprowadzono ruch wahadłowy. Dopiero powyżej tej wioski zaczyna się ciekawsza wspinaczka. Na kolejnych pięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi bowiem 5,5%. Na tym odcinku trzeba pokonać 14 ze wszystkich 21 serpentyn. Spokojnie zrobiło się znów na wysokości Lago dell’Argentera. Na koniec pozostał mi jeszcze delikatny podjazd na ostatnich 400 metrach. Ostatecznie dotarłem na przełęcz po przejechaniu 31 kilometrów w czasie 1h 27:55 (avs. 21,2 km/h). Na stravie moje wyniki wyglądają całkiem nieźle. Dolny odcinek o długości 14,4 kilometra od startu do Pontebernardo przejechałem w 38:51 (avs. 22,3 km/h i VAM 693 m/h) co jest 33 wynikiem pośród 254 zarejestrowanych. W górnej partii było jeszcze lepiej. Na segmencie liczącym 14,2 km od wyjazdu z tunelu do samej przełęczy uzyskałem wynik 42:38 (avs. 20,1 km/h i VAM 804 m/h) co daje mi 6 miejsce na 300 osób. To się nazywa finisz.

Na górze było 16 stopni. Po lewej stronie drogi stoi tu włoskie Rifugio della Pace, zaś po prawej dla równowagi francuski sklep z pamiątkami. Nieco niżej znajduje się kamienny pomnik poświęcony Coppiemu wraz z nieśmiertelną frazą wypowiedzianą przez włoskiego radiowca. Na przełęczy spędziłem ledwie 10 minut. Na nieco dłuższą chwilę zatrzymałem się dopiero w Ristorante del Lago. To znaczy niewielkim barze położonym jakieś 700 metrów przed granicą. Zamówiłem tam ciastko i kawę aby posilić się przed długim zjazdem. Zważywszy na łagodny profil tego wzniesienia w drodze powrotnej musiałem częściej niż zwykle przekręcić korbami. Jechałem jednak spokojnie by jak najwięcej sił zostawić sobie na drugi z sobotnich podjazdów. Wielokrotnie zatrzymywałem się aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Szczególnie na krętym odcinku powyżej Argentery było ku temu wiele okazji. Na tym wysokogórskim odcinku udało mi się dojrzeć kilka świstaków. Zazwyczaj te płochliwe zwierzaki tylko słychać, a nie widać. Niemniej tu czuły się na tyle pewnie, że można je było spotkać nawet przemykające po szosie. Po przeszło 27-kilometrowym zjeździe kilka minut przed piętnastą zatrzymałem się w Pianche. Tu miałem zacząć podjazd pod drugą ze swych premii górskich. Na pustym przystanku autobusowym przy drodze SS21 przygotowałem się do tej wspinaczki. To znaczy zdjąłem warstwy odzienia przydatne jedynie na odcinku zjazdowym. Czekał mnie teraz przeszło 10-kilometrowy podjazd do górskiej wioski San Bernolfo (1657 m. n.p.m.). Według danych z „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2″ ma on długość 10,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,5% i max. 12%. Do pokonania miałem mieć co najmniej 701 metrów przewyższenia. Na miejscu okazało się jednak, że ten podjazd kończy się na wysokości 1702 metrów n.p.m. Niemniej moja nadwyżka nie ograniczyła się wyłącznie do owych 45 metrów o czym za chwilę. Wystartowałem o godzinie 15:02. Na pierwszych kilometrach nie jechało mi się dobrze. Czułem, że długi i przejechany mocno (na twardym przełożeniu) podjazd pod Maddalenę wszedł mi w nogi. Poza tym co tu dużo mówić początek wspinaczki do San Bernolfo do łatwych nie należy. Pierwsze półtora kilometra na drodze SP238 ma bowiem średnie nachylenie na poziomie 8%. Odpocząć mogłem w końcówce drugiego kilometra, gdzie rozpoczyna się kilkusetmetrowy odcinek „falsopiano”. W początkach trzeciego i czwartego kilometra droga dwukrotnie przeskoczyła nad wodami potoku Corborant.

Pod koniec trzeciego kilometra musiałem pokonać 600-metrowy segment o nachyleniu 9%. Wkrótce przejechałem pod czterema galeriami osłaniającymi drogę przed zimowymi lawinami i przebiłem się przez dwa krótkie, acz nieoświetlone tunele. W połowie piątego kilometra minąłem budynek uzdrowiska Terme di Vinadio, zaś dwieście metrów dalej dojechałem do rozdroża. Wydawało mi się naturalne, że powinien tu odbić w prawo. Po pierwsze był to szlak prowadzący do centrum Bagni di Vinadio, a po drugie w przeciwieństwie do alternatywnej drogi na wprost wiodła ona pod górę. Ten wybór okazał się jednak błędem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Do prawdziwego podjazdu pod San Bernolfo dodałem sobie blisko trzy kilometry ostrej wspinaczki ku wiosce Besmorello i wyżej aż do końca asfaltowej drogi na wysokości niemal 1550 metrów n.p.m. Wróciwszy do rozdroża wiedziałem już gdzie muszę jechać. Pierwsze 200 metrów prowadziło w dół, zaś kolejne 500 tylko delikatnie pod górę. Po minięciu Strepeis do przejechania pozostało mi jeszcze 5,5 kilometra. Ten finałowy odcinek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to umiarkowane 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,7% kończący się na wysokości osady Callieri. Drugi to już bardzo wymagające 2,8 kilometra o stromiźnie 9,5%. Na czterysta metrów przed finałem skręciłem w prawo ku zabudowaniom San Bernolfo. W lewo z tego miejsca odchodzi gruntowa ścieżka ku Rifugio De Alexandris Foches znajdującego się na wysokości 1910 m. n.p.m. Po dotarciu do wioski skręciłem jeszcze w lewo by dotrzeć do ostatnich metrów asfaltu. Zatrzymałem się po przejechaniu 16,8 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 15,2 km/h). Niemniej to mniej istotne bo obejmuje także 3-kilometrowy zjazd. Ustaliłem swój wynik na San Bernolfo z połączenia dwóch połówek właściwego wzniesienia. Wyszło mi, że dystans 10,9 kilometra przejechałem w czasie 44:34 (avs. 14,7 km/h). Natomiast na stravie znalazłem segment od Pianche do Bagni di Vinadio czyli 4,3 kilometra przejechane w 17:40 (avs. 14,9 km/h i VAM 925 m/h) co jest 22 wynikiem na liście obejmującej 84 pozycje oraz odcinek 4,7 kilometra od Strepeis do rozdroża tuż przed wioską pokonany w czasie 21:23 (avs. 13,3 km/h i VAM 1024 m/h). Na tym górnym odcinku „prowadzi” profi z Team Sky Ian Boswell. Ja jestem trzeci pośród 30 osób. Co ciekawe dopiero ósmy na tym segmencie jest Joe Dombrowski z Cannondale-Garmin, który najwyraźniej kręcił na tej górze tylko jedną nogą.

Po blisko 11-kilometrowym zjeździe i niemal 4-kilometrowy odcinku w dolinie dotarłem do naszego parkingu jakiś kwadrans po siedemnastej. W tym samym czasie Darek zwiedzał jeszcze sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Czekając na swego kompana cieszyłem się z wiadomości otrzymywanych z kraju. To znaczy z sms-ów od Iwony i Jurka Plietha, a także telefonu mojej siostry Karoliny. Wszyscy oni donosili mi o ciekawym przebiegu przedostatniego etapu Vuelty. Wszystko wskazywało na to, że Rafał Majka wskoczy jednak na generalne podium hiszpańskiego touru i to być może nawet na drugi jego stopień. Na mego wspólnika przyszło mi czekać równo godzinę, albowiem Dario zagrał Vabank. Zaproponowałem mu ostrożny plan czyli podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) oraz następnie po 8-kilometrowym zjeździe skręt ku Sant’Anna di Vinadio (2017 m. n.p.m.) i pokonanie odcinka 2,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3%. Niemniej mój przyjaciel nie zadowolił się takimi półśrodkami. Pomimo, że droga na przełęcz Lombarda i ku wspomnianemu Santuario jest wspólna przez pierwsze 13 kilometrów to postanowił on pokonać oba te wzniesienia w pełnej wersji. Tym samym dwukrotnie jednego dnia pokonał ten sam kawał góry i to za drugim razem znacznie szybciej niż na rozpoznaniu terenu. Poniekąd powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Adama Kowalskiego i Tomka Buszty na drodze z Sondrio do Chiareggio i Diga di Campomoro. Zaliczył najpierw podjazd o długości 20,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1453 metrów przetestowany na Tour de France w 2008 roku. Następnie zmierzył się z wzniesieniem o długości 15,3 kilometra przy średniej 7,5% i amplitudzie 1148 metrów. Co więcej dojechawszy do Sant’Anna di Vinadio dotarł jeszcze do końca obu asfaltowych dróg ponad tą miejscowością tzn. północnej na wysokość 2049 m. n.p.m. i południowej na 2068 m. n.p.m. W sumie na siódmym etapie przejechał 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu ponad 2600 metrów. Ja tego dnia pokonałem co prawda dystans 89,5 kilometra, lecz o amplitudzie „tylko” 2096 metrów. Kilka tygodni po naszej wizycie w tych stronach organizatorzy Giro d’Italia ogłosili, że przedostatni etap 99. edycji tego wyścigu prowadził będzie z francuskiego Guillestre do Sant’Anna di Vinadio m.in. przez przełęcz Lombarda, acz pokonywaną od zachodniej strony. Warto dodać, że to najwyżej położone sanktuarium Starego Kontynentu miało już gościć uczestników Giro w roku 2001. Niemniej w rozegraniu owego etapu przeszkodził nocny nalot służb antydopingowych na hotelowe pokoje kolarzy w San Remo.

20150912_134549

20150912_142533

20150912_172655

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Ciabra & Sampeyre N

Autor: admin o piątek 11. Wrzesień 2015

Piątek nie przyniósł nam znaczącej poprawy jeśli chodzi o warunki pogodowe. Temperatura w okolicach 20 stopni i niebo raczej pochmurne. Niemniej jak śpiewał Eric Idle w „Żywocie Briana” trzeba spoglądać na jasną stronę życia. Dla nas takim plusem był już brak deszczu. Wyspaliśmy się do woli, zjedliśmy śniadanie i przed jedenastą ruszyliśmy w drogę. Kolejny raz pojechaliśmy na północ. Tym razem ku Valle Varaita. W dolinie tej byłem już wcześniej dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku gdy wraz z Piorkiem Mrówczyńskim wybraliśmy się na Colle dell’Agnello i dwa dni później gdy obaj ścigaliśmy się w blisko 250-kilometrowym Gran Fondo Fausto Coppi. Po pięciu latach wróciłem w te strony w zacnym towarzystwie: Piotra, Darka, Adama Kowalskiego i Romka Abramczyka. Naszą bazą noclegową po ósmym etapie Route de Grandes Alpes była bowiem wioska Borgata Villar położona cztery kilometry na zachód od miasteczka Sampeyre. W ostatnim ćwierćwieczu profesjonalny peleton przemierzał tą dolinę ośmiokrotnie. Począwszy od roku 1993 Giro d’Italia złożyło w tej okolicy w sumie sześć wizyt. Trzy przy okazji transgranicznych etapów do Briancon lub Les Deux Alpes, zaś trzy kolejne gdy mety górskich odcinków świadomie lub z konieczności (przy gorszej pogodzie) wyznaczano w Chianale. Tour de France zajrzał w te strony dwukrotnie. Najpierw w 2008 roku zjechał tędy na etapie z Embrun do Pratonevoso, zaś trzy lata później podjechał ku przełęczy Anioła na odcinku prowadzącym z Pinerolo na Col du Galibier. Ponieważ Colle dell’Agnello mieliśmy już zaliczone nie planowaliśmy kolejnej wspinaczki na to najwyższe przejście graniczne w całych Alpach. Zawczasu przygotowałem dla nas inne atrakcje. To znaczy dwie wspinaczki o przewyższeniu ponad tysiąca metrów, w tym jedną na wysokość niemal 2300 metrów n.p.m. Na pierwsze danie mieliśmy „połknąć” Colle della Ciabra (1723 m. n.p.m.), zaś na drugie „zjeść” Colle di Sampeyre (2284 m. n.p.m.). To powinno było zaspokoić nasz głód górskich przygód. Aczkolwiek przyznam, iż w głowie świtał mi jeszcze pomysł na lekkostrawny deser czyli niespełna 10-kilometrowy podjazd z Casteldelfino do Sant’Anna di Bellino (1842 m. n.p.m.). Jako, że szósty etap mieliśmy zacząć od wjazdu na przełęcz Ciabra w ramach zwyczajowego transferu samochodowego musieliśmy dojechać do Brossasco. Tym razem z drogi krajowej SS589 przyszło nam zjechać na wysokości Costigliole Saluzzo. Po chwili byliśmy już w Piasco gdzie wjechaliśmy na drogę SP8 wiodącą w głąb Valle Varaita.

Po dotarciu do upatrzonego wcześniej miasteczka zatrzymaliśmy się na pustym parkingu przed miejscowym motelem. Podobnie jak dzień wcześniej wystartowaliśmy po południu, acz tym razem o całą godzinę szybciej niż w czwartek bo o 12:10. Jakby nie patrzeć był to jakiś organizacyjny postęp. Szybko okazało się, że nasz pierwszy podjazd nie zaczyna się w samym Brossasco, lecz niespełna trzy kilometry dalej na zachód w miejscu zwanym Ponte Valcurta. Tym samym w ramach niezamierzonej rozgrzewki przejechaliśmy odcinek 2600 metrów o przewyższeniu 40 metrów. Zaraz za wspomniany mostem skręciliśmy w prawo ku bocznej dolinie Valmala. Jej nazwę można sobie przetłumaczyć jako „Zła Dolina”. W dawnych wiekach cieszyła się ona złą sławą, albowiem jej niedostępne tereny były siedzibą lokalnych zbójów. Pewne wydarzenie z pierwszej połowy XIX wieku odmieniło jej losy. W sierpniu i wrześniu 1834 roku miejscowym pasterzom miała się tu wielokrotnie objawić Matka Boska. Rozpoczęły się pielgrzymki do miejsca owego widzenia, zaś w 1851 roku powstało okazałe Il Santuario Diocesio della Madre della Misericordia (Sanktuarium Diecezjalne Matki Boskiej Miłosierdzia). Leży ono na wysokości 1379 metrów n.p.m., więc aby do niego dotrzeć pieszo czy też rowerem trzeba się najpierw „fizycznie umartwić” na przeszło 9-kilometrowej górskiej trasie. Tym niemniej z naszego punktu widzenia ów szlak pielgrzymkowy był tylko częścią większej całości, niejako lotną premią na drodze do mety. Według „PVB – Piemonte 2″ podjazd pod Colle delle Ciabra wiedzie na wysokość 1689 metrów n.p.m. i liczy 16 kilometrów o średnim nachyleniu 6,7% i max. 13%. Przewyższenie netto to 1043 metry, acz de facto do pokonania w pionie jest 1070. Tym niemniej niektóre źródła jak choćby strona www.massimoperlabici.eu czy też tablica drogowa u kresu wspinaczki sugerują, iż przełęcz ta leży na wysokości 1723 metrów n.p.m. Pierwszy kilometr wspinaczki na drodze SP109 ma „tylko” 5,3 %, ale już dwa kolejne trzymają na średnim poziomie 7,1%. Po przejechaniu 1300 metrów mija się most nad potokiem Valmala, zaś nieco wyżej osadę Borgata Mulino (1,7 km). Po trzech kilometrach dojeżdża się do Valmali, wsi leżącej na wysokości 841 metrów n.p.m. Niegdyś zamieszkanej przez ponad 800 mieszkańców, lecz dziś mającej ich ledwie kilkudziesięciu.

Czułem się dobrze. Mogłem jechać na relatywnie twardym przełożeniu. Poza tym potrafiłem pokonać długie odcinki stojąc w pedałach. Ten podjazd ma swoje ostre kawałki. Na czwartym, piątym i ósmym kilometrze średnie nachylenie wynosi co najmniej 9%, zaś na ostatnich trzystu metrach przed Sanktuarium stromizna sięga 11%. W niejednym miejscu na przydrożnych skałach wierni ustawili figurki Matki Boskiej. To zapewne pielgrzymkowe przystanki. Niestety niezbyt uważnie zapoznałem się ze swoją książkową lekturą, bowiem wydawało mi się, że w drodze na szczyt trzeba minąć Santuario di Valmala. Zdziwiłem się zatem gdy dojechawszy do niego nie widziałem przed sobą dalszej drogi pod górę. Zacząłem jej szukać po okolicy. Wkrótce nadjechał Darek. Razem sprawdziliśmy najbliższą boczną drogę, ale okazała się ślepa. Na szczęście Dario wspomniał, że nieco niżej jest jeszcze jedna tego typu ścieżka. Przyznam, że podczas swej wspinaczki nawet jej nie spostrzegłem. Tymczasem jakieś 100 metrów przed świątynnym parkingiem należało wziąć ciasny zakręt w lewo o 180 stopni i wjechać na węższą szosę w kierunku Pian Pietro. Na tych poszukiwaniach straciłem w sumie siedem minut. Gdy już wjechaliśmy na właściwy szlak to kolejne 1300 metrów okazało się delikatnym zjazdem. Druga faza wspinaczki rozpoczęła się od kolejnego ciasnego zakrętu, tym razem w prawo. Od Piotrowej Polany do szczytu brakowało jeszcze 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 7%. Ostatnie kilometry prowadziły po bardzo wąskim pasku asfaltu wciśniętym między bujną roślinność. Poza tym wjechaliśmy w gęste chmury, więc widoczność była mocno ograniczona. Finałowy kilometr okazał się być niemal zupełnie płaski, zaś ostatnie 200 metrów przed przełęczą prowadziło po drodze szutrowej. Moja wycieczka z Brossasco na przełęcz Ciabra miała 19,6 kilometra, które przejechałem w czasie netto 1h 18:12 (avs. 15,1 km/h). Ze względu na błądzenie pod Sanktuarium tak długość jak i czas swej wspinaczki mogłem jedynie oszacować. Wyszło mi 15,9 km w czasie 1h 04:29 (avs. 14,8 km/h). Według stravy 9-kilometrowy segment do poziomu Santuario di Valmala przejechałem w czasie 40:52 (avs. 13,3 km/h i VAM 1038 m/h) co daje mi 139 miejsce pośród 490 osób. Natomiast finałowy odcinek 4,7 kilometra powyżej Pian Pietro pokonałem w czasie 21:01 (avs. 13,6 km/h i VAM 1022 m/h) uzyskując szósty wynik wśród 116 zarejestrowanych. Wychodzi więc na to, że bardzo dobrze „finiszowałem”. Darek oba te wspinaczkowe segmenty przejechał odpowiednio w 43:12 oraz 24:15. Na górze było tylko 10 stopni i widoczność prawie żadna. Można się było zastanawiać jakie warunki zastaną nas na znacznie wyższej przełęczy Sampeyre.

20150911_135414

Po około dwudziestu minutach rozpocząłem spokojny zjazd i kilka minut po piętnastej dotarłem do samochodu. Darek zjechał do Brossasco bez przystanków, więc czekał już tam na mnie od przeszło 30 minut. Załadowaliśmy się do auta aby podjechać do podnóża drugiej premii górskiej czyli położonego 17 kilometrów dalej na zachód Sampeyre. Wjechaliśmy do centrum tego miasteczka. Przejechaliśmy przez olbrzymi jak na rozmiar samej miejscowości plac Piazza della Vittoria. W końcu zjechaliśmy zaś ku szosie SP8 aby ostatecznie zatrzymać się na sporym parkingu po drugiej stronie głównej ulicy. Colle di Sampeyre to kolarskie wzniesienie najwyższej klasy i to w każdym z trzech wydań. Na przełęcz prowadzą dwie drogi południowe i jedna północna. Te rozpoczynające się w Valle Maira łączą się z sobą na cztery kilometry przed szczytem. Każdy z trzech podjazdów ma przewyższenie powyżej 1300 metrów. Według cyclingcols najtrudniejszy jest wariant południowo-zachodni prowadzący przez Vallone di Elva, który wyceniono na 1210 punktów. Pokonałem go na ósmym etapie naszego Route des Grandes Alpes. Natomiast wartą 1178 punktów opcję południowo-wschodnią z początkiem w Stroppo „zaliczyłem” jeszcze wcześniej uczestnicząc w GF Fausto Coppi 2008. Pozostał mi więc do przejechania tylko „najłatwiejszy” szlak północny, który dostał od Michiela 1125 punktów. Przymiotnik celowo wziąłem w cudzysłów zważywszy, że ten podjazd liczy sobie 16,3 kilometra o średnim nachyleniu 8% przy max. 13%. Trzeba na nim pokonać 1318 metrów w pionie i to de facto na dystansie 15,8 kilometra. Peleton Giro d’Italia wjeżdżał na przełęcz Sampeyre dwukrotnie. Tak w 1995 jak i 2003 roku od strony południowej. Oba górskie odcinki zakończyły się w Chianale u podnóża stromej części podjazdu Colle dell’Agnello. Za pierwszym razem premię górską na Sampeyre wygrał Kolumbijczyk Nelson Rodriguez, zaś etap Szwajcar Pascal Richard. Przy drugiej okazji na wyścigu rządzili Włosi. Na przełęczy najwyżej punktował Gilberto Simoni, zaś ze zwycięstwa na mecie cieszył się „niesławny” Dario Frigo. Ponieważ tak w trakcie wyścigu jak i podczas śmiałej wyprawy z 2013 roku zjeżdżałem ku Sampeyre to zdążyłem już wcześniej poznać tą drogę. Tym niemniej doświadczenie zjazdowe niewiele mogło nam pomóc, bo przecież dwa lata wcześniej obejrzeliśmy ją sobie z zupełnie innej czyli szybszej i łatwiejszej perspektywy.

Ruszyliśmy razem o godzinie 16:05. Pierwsze trzysta metrów od zjazdu z szosy SP8 prowadzi w dół ku potokowi Varaita. Kolejne dwieście to zaledwie „falsopiano”. Za to pozostałe 15,8 kilometra to już bardzo regularny podjazd na wysokim poziomie. Najłatwiejszy kilometrowy odcinek ma tu średnio 7,4%. Ani chwili odpoczynku. Dario z rozpędu ruszył pod górę. Ja zatrzymałem się jeszcze na moście by strzelić dwie fotki. Dlatego na pierwszym kilometrze wspinaczki odrabiałem 30-sekundową stratę do lidera. Potem niemal cały podjazd przejechaliśmy razem. Darek jechał w swoim stylu często przyśpieszając po stanięciu w pedałach. Byłem w stanie przetrzymać te zrywy. Po chwili mój kompan łapał głębszy oddech jadąc w siodle i zostawał na chwilę w tyle. Potem łapał ze mną kontakt i ponownie „dokładał do pieca”. Taki rytm jazdy stał się normą. Widziałem, że jestem minimalnie mocniejszy, ale z respektu do góry jak i szacunku dla ambicji swego wspólnika jechałem z odrobiną rezerwy. Im wyżej tym widoczność była gorsza. W górnej partii wzniesienia przebijaliśmy się już przez białą zasłonę chmur. Największą osadą po drodze jest Sant Anna (5,6 km), skąd startuje górny odcinek wyciągu narciarskiego Varisella. Na całym szlaku jest ledwie osiem wiraży, ostatni po przejechaniu 12,6 kilometra od wspomnianego mostu. W końcówce wspinaczki Dario zaczął częściej niż zwykle spoglądać na licznik i rzucił hasło, że mamy szansę wykręcić VAM na poziomie 1000 m/h. Dlatego na ostatnim kilometrze każdy z nas finiszował już na swój sposób czyli kto ile miał jeszcze mocy pod nogą. Ja przejechałem w sumie 15,8 kilometra w czasie 1h 18:03 (avs. 12,2 km/h) dojeżdżając na przełęcz z 20-sekundową przewagą nad Darkiem. Na stravie znalazłem segment, którego długość oceniono na 15,4 kilometra. Ten odcinek pokonałem w 1h 17:55 (avs. 11,9 km/h i VAM 1008 m/h) co jest obecnie 31 wynikiem pośród 368 zarejestrowanych. Dario uzyskał czas 1h 18:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 998 m/h) co daje mu 35 miejsce na tej liście. Na górze było tylko 8 stopni. Niemniej i tak cieplej niż można było się spodziewać. Przebraliśmy się na zjazd przekładając mokre podkoszulki na wierzch odzienia. Wykonaliśmy po kilka zdjęć. Dario nakręcił krótki filmik. Po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy zjazd, na którym ze względu na warunki pogodowe zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu dotarłem o 18:25. Do zmroku pozostała nam godzina z małym hakiem co skłoniło mnie do rezygnacji z trzeciej wspinaczki. W sumie na szóstym etapie przejechałem 70 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2526 metrów. Ruszyliśmy zatem w drogę powrotną do bazy, ale po drodze zatrzymaliśmy się w Busce by zjeść pizze w tamtejszej Ristorante Capri.

20150911_173920

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Rucas di Montoso & Pian Mune

Autor: admin o czwartek 10. Wrzesień 2015

W czwartek obudziliśmy się pod znajomym dachem. W B&B „Il Melograno” nocowaliśmy już dwa lata wcześniej na półmetku naszej Route des Grandes Alpes. Siódmy etap tej śmiałej wyprawy zawiódł nas bowiem do Borgo San Dalmazzo. Przy tej okazji poznaliśmy Pier Angelo, który jest zapalonym cyklistą acz preferującym off-roadową odmianę kolarstwa. Tym razem zatrzymaliśmy się u niego na sześć nocy. Od czwartku do poniedziałku mieliśmy kręcić po górskich szosach prowincji Cuneo. Przyznam, że zdążyłem bardzo polubić te okolice. Miejscowe podjazdy są bardzo wymagające i piękne w swej dzikości. Długie, strome i wysokie, a przy tym poprowadzone przez tereny słabo zaludnione, w których intensywniej można odczuć kontakt z naturą. Główną atrakcją tego rejonu są Alpy Kotyjskie z najwyższym szczytem w postaci masywu Mont Viso (3841 m. n.p.m.). Z północnych zboczy tej góry spływają źródła Padu – najdłuższej i największej rzeki całej Italii. Z kolei od Niziny Padańskiej w kierunku granicy francuskiej biegnie siedem górskich dolin. Poczynając od południa są to: Val Vermegnana, Valle Gesso, Valle Stura, Val Grana, Valle Maira, Valle Varaita oraz L’alta Valle del Po czyli Dolina Górnego Padu. Dwie pierwsze znajdują się jeszcze na terenie Alp Nadmorskich (Alpi Marittime), zaś trzecia wyznacza już południową granicę wspomnianych Alp Kotyjskich (Alpi Cozie), w których znajdują się pozostałe cztery doliny. Do ich kresów jak i na łącznikach pomiędzy poszczególnymi dolinami poprowadzono drogi, które są sporym wyzwaniem nawet dla „profich”. Oczywiście spełniają one też sportowe ambicje nawet najbardziej wybrednych amatorów kolarskich wspinaczek. Nic dziwnego, że w tych stronach organizowano do niedawna jeden z najtrudniejszych włoskich wyścigów etapowych dla kolarzy do lat 23 czyli Giro delle Valli Cuneesi. Jeszcze w 2011 roku impreza ta liczyła pięć etapów, z których niemal każdy kończył się poważnym podjazdem. Zwycięzcą został znany dziś powszechnie Fabio Aru. Niestety w 2014 roku wyścig trwał już tylko trzy dni, zaś w w sezonie 2015 skreślono go z kalendarza. Warto dodać, że w ostatniej dotychczas rozegranej edycji tych zawodów trzecie miejsce w „generalce” zajął Marcin Mrożek, który od roku 2016 będzie kolarzem CCC Sprandi.

Przed oczyma miałem pięć ciężkich górskich etapów z dziesięcioma wspinaczkami pośród nierzadko ośnieżonych trzytysięczników. Zdawałem sobie jednak sprawę, że u kresu lata w Piemoncie naszym największym problemem może być pogoda. Wyjechawszy z Ligurii straciliśmy bowiem naszą „licencję na promienie słońca”. Odtąd każdego wieczora i poranka serfując po necie z niepokojem spoglądaliśmy na informacje ze znakomitego portalu pogodowego www.ilmeteo.it. Od początku było dla nas jasne, że wstępny program na etapy od piątego do piętnastego będzie podlegał licznym zmianom dokonywanym na bieżąco. To znaczy w zależności od pogodowych okoliczności. Reguła była prosta. Im aura lepsza tym wyżej jedziemy. Na przełęcze położone powyżej 2000 metrów n.p.m. ruszamy wtedy gdy pogoda jest dobra czyli dzień słoneczny i stosunkowo ciepły. W pozostałe dni celujemy w podjazdy kończące się na nieco niższej wysokości. Czwartek 10 września należał do tych słabszych dni. Kiedy około godziny dziesiątej Darek robił zdjęcie na balkonie naszej stancji to słupek rtęci na termometrze ledwie dobiegał 18 stopni, zaś zachmurzenie było całkowite. Dlatego wyjechaliśmy z domu późno i ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć ku północnym kresom prowincji aby w pierwszej kolejności zaliczyć podjazd pod Rucas di Montoso (1521 m. n.p.m.). Następnie w drodze powrotnej ja miałem zahaczyć o Pian Mune (1532 m. n.p.m.). Natomiast Darek w razie względnej przychylności niebios miał zaś „zaliczyć” znacznie trudniejsze Monviso – Pian del Re (2020 m. n.p.m.), które ja zdobyłem już w lipcu 2010 roku. Tym samym naszym pierwszym przystankiem na czwartkowym etapie stało się 6-tysięczne miasteczko Bagnolo Piemonte. Aby do niego dotrzeć musieliśmy przejechać 66 kilometrów szlakiem na: Cuneo, Saluzzo i Cavour. W końcówce tego dojazdu trzeba było jeszcze zamienić drogę krajową SS589 na prowincjonalną SP155 i tak niedługo przed trzynastą zatrzymaliśmy się na parkingu przy szosie SP246. W miejscu, które jak się okazało służyło przede wszystkim kierowcom ciężarówek wożących bloki skalne rozłupane w pobliskich kamieniołomach.

Mieliśmy przed sobą podjazd mało znany, na Giro d’Italia dotąd niebywały, lecz godny sporego respektu. Wspinaczka z Bagnolo Piemonte do stacji narciarskiej Rucas to 15,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15%. Przewyższenie netto na tej górze to 1154 metry, zaś brutto nawet 1192. Niemniej te ogólne dane o stromiźnie są „zafałszowane” przez dwa-trzy łatwiejsze odcinki. Na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie wynosi jedynie 5,4%. Przejazd przez Montoso na jedenastym kilometrze jest jeszcze łatwiejszy, zaś ostatnie 1600 metrów całego wzniesienia – przynajmniej w teorii – zupełnie płaskie. Z kolei największe wyzwanie stanowi środkowy segment czyli odcinek o długości 7,2 kilometra na dojeździe do Montoso, na którym średnie nachylenie przekracza 9,8%. Drugi trudniejszy kawałek zaczyna się wraz z początkiem dwunastego kilometra i liczy sobie 3,3 kilometra o średniej niemal 7,7%. Na stronie cyclingcols podjazd ten wyceniono aż na 1047 punktów. Co godne podkreślenia jest i drugi niewiele łatwiejszy wariant podjazdu na tą górę rozpoczynający się w miejscowości Bibiana (prov. Torino). Liczy on sobie 14,5 kilometra przy średniej 7,8% warte w skali CC 1032 punkty. Oba podjazdy mają wspólną końcówkę łącząc się w Montoso na wysokości niespełna 1250 metrów n.p.m. W pierwszej części wzniesienia warto odnotować przejazd przez Villar (2,0 km) czyli wioskę z kościołem pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz skręt do sanktuarium Madonna delle Neve (6,0 km). Natomiast na trzynastym kilometrze droga na szczyt przez 700 metrów przylega do kamieniołomów Cava di Luserna. W samej końcówce szosa dociera na maksymalną wysokość 1541 metrów n.p.m., lecz ostatnie 400 metrów znów prowadzi lekko w dół. Ponieważ wypadło nam się zmierzyć z tą górą w czwartek trafiliśmy na dzień roboczy. Ciężarówki kursowały w obie strony uprzykrzając nam tą wspinaczkę. Szosa długimi fragmentami była kiepskiej jakości. Za sprawą przeładowanych aut była nie tylko miejscami dziurawa, ale przed wszystkimi pofałdowana i zryta niczym tarka. Dlatego późniejszy zjazd nie należał do przyjemności.

Podjazd przejechaliśmy osobno, bowiem Dario cofnął się do samochodu i ostatecznie wystartował osiem minut po mnie. Niemniej podjazd udał się nam i to bardzo. Jechaliśmy obaj na najwyższych obrotach. Ja przejechałem 15,8 kilometra w czasie 1h 09:12 (avs. 13,8 km/h). Na stravie najdłuższy zmierzony segment obejmuje dystans 15,4 kilometra o przewyższeniu 1141 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 08:56 (avs. 13,5 km/h i VAM 993 m/h), zaś Dario uzyskał tu 1h 10:00 (avs. 13,3 km/h i VAM 978 m/h). Na skromnej liście obejmującej tylko 18 osób daje to nam drugie i trzecie miejsce. Znacznie więcej „korespondencyjnych rywali” mieliśmy na krótszych segmentach. Niemniej i tu wypadliśmy bardzo godnie. Natomiast tempo wspinaczkowe – jak na nasze możliwości – mieliśmy wprost rewelacyjne. Najtrudniejszy odcinek o długości 7,2 kilometra przejechałem w czasie 38:15 (avs. 11,3 km/h) przy VAM 1169 m/h, zaś Darek pokonał go w 38:46 (avs. 11,2 km/h) przy VAM 1153 m/h. To obecnie wystarcza na 11 i 13 miejsce pośród 109 osób. Zdecydowanym „królem” południowej wspinaczki do poziomu Montoso jest Davide Villela, dziś „profi” z ekipy Cannondale-Garmin. W lipcu 2011 roku czyli miesiąc po swych dwudziestych urodzinach, gdy jeździł jeszcze w młodzieżowym Team Colpack, pokonał ten odcinek w czasie 29:14 (VAM 1529 m/h). Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi, która urywa się na nagle przechodząc w gruntowy plac przed jednym z dwóch tutejszych hoteli. O tej porze roku nie było tu żywego ducha poza miejscowym „bacą” i jego psem pasterskim. Na górze warunki były cokolwiek rześkie. Temperatura ledwie 12 stopni. Niebo niezmiennie zachmurzone. Na szczęście nadal nie padało. Tym niemniej i tak trzeba się było cieplej ubrać przed zjazdem. Znaleźliśmy sobie miejscówkę pod przydrożnym głazem. Na tle stosownej tablicy zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Jeśli wierzyć przewodnikom to w najbardziej pogodne dni można ponoć dojrzeć z Rucas nawet dalekie masywy Monte Bianco i Monte Rosa. To jednak nie był jeden z owych dni. Jako takie widoki były tylko na wschodzie. Przede wszystkim pobliski „zakład pracy” specjalizujący się w rozbiórce góry na czynniki pierwsze. Poza tym w tle położone przeszło tysiąc metrów niżej pola na zachodnim skraju Niziny Padańskiej. Po zjeździe na którym dłonie mogły rozboleć od kumulacji wszystkich drgań kilka minut po wpół do czwartej dotarłem do samochodu. Teraz musieliśmy podjechać do Paesany. Wybraliśmy najkrótszą drogę czyli przeszło 12-kilometrowy górzysty szlak po drodze SP27 przez miasteczko Barge.

20150910_144726

20150910_145148

20150910_150731

Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się na Piazza Vittorio Veneto w pobliżu potoku Agliasco. Za plecami mieliśmy okazały kościół parafialny pod wezwaniem św. Marii. Paesana jak wiele górskich miejscowości mocno „skarlała” na skutek odpływu ludności z rejonów wiejskich do miast. Sto lat temu żyło w tej gminie przeszło osiem tysięcy mieszkańców, zaś dziś niespełna trzy. Około wpół do piątej pogoda nadal była niepewna. Na starcie mieliśmy 18 stopni. Pomimo tego Dario postanowił zagrać o najwyższą stawkę i wjechać na Pian del Re. Wyprawa na polanę, której nazwa pochodzi od osoby Karola VIII Walezjusza (króla Francji z końca XV wieku) to nie lada wyzwanie. Według „Passi e Valli in Bicicetta – Piemonte 2″ podjazd ten liczy sobie 20,8 kilometra o średnim nachyleniu 6,8% i max. 13 %. Trzeba na nim pokonać przewyższenie rzędu 1406 metrów. To wzniesienie miało swoje lata świetności w dziejach włoskiego kolarstwa. W latach 1991 i 1992 skończyły się na nim górskie odcinki Giro d’Italia. Oba przyniosły sukces zawodnikom gospodarzy. W 1991 roku pierwszy na linii mety pojawił się Massimiliano Lelli, zaś rok później Marco Giovanetti. Z tej racji ta góra była wysoko na piemonckiej liście moich celów. Nie miałem czasu jej odwiedzić podczas grandfondowej wyprawy z Piotrem w czerwcu 2008 roku. Niemniej już w lipcu 2010 roku w trakcie alpejskich wakacji z Iwoną nie przepuściłem lepszej ku temu okazji i zdobyłem tą górę w czasie 1h 23:02. Wtedy też przypadkiem wpadł mi w oko pobliski podjazd do stacji Pian Mune. Gdy wyjechałem na drogę SP26 wyskoczył mi zza pleców młody kolarz, na oko wyglądający na miejscowego młodzieżowca. Usiadłem mu na koło i po chwili jadąc za nim skręciłem w lewo. Niemniej coś mnie tknęło i zapytałem go czy aby na pewno jedzie ku Pian del Re. Okazało się, że on na ten dzień miał mniej ambitne cele w postaci wspomnianego Pian Mune. Ta znacznie skromniejsza, acz wcale nie łatwa góra tylko raz zetknęła się z kolarstwem szosowym w jego profesjonalnym wydaniu. W sezonie 1995 skończył się tu drugi etap Trofeo Scalatore wygrany przez Leonardo Piepolego. Impreza pod nazwą Nagroda Wspinaczy rozgrywana była w latach 1987-2001 w oryginalnej formule kilku (na ogół trzech) górskich wyścigów jednodniowych. Klasyfikację generalną układano na bazie punktów przyznawanych za czołowe miejsca w poszczególnych etapach. W 1994 roku to Trofeum zdobył nasz Zenon Jaskuła.

Wyjechaliśmy z miasteczka ulicą Via Monviso. Po dojechaniu do drogi SP26 Darek musiał odbić w prawo na Calcinere i Crissolo. Miał stąd do przejechania 19 kilometrów o średniej około 7%. Ja skręciłem w lewo by po 800 metrach łagodnego zjazdu dotrzeć do podnóża swej góry na wysokości osady Erasca. Według „PVB” miałem do pokonania podjazd o długości 13,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,7% i max. 10% oraz przewyższeniem 887 metrów. Cyclingcols wycenił Pian del Re na 1091 punktów, zaś moje Pian Mune tylko na 642. Tym niemniej w oczach organizatorów Giro czy Touru i tak byłaby to premia górska pierwszej kategorii. Podjazd jest regularny. Najłatwiejszy szósty kilometr ma średnio 5,8%, zaś najtrudniejszy dziewiąty 7,9%. Na podjeździe jest sporo długich prostych odcinków. Wiraży z prawdziwego zdarzenia naliczyłem siedem. Przez pierwsze siedem kilometrów droga niemal cały czas biegnie w cieniu drzew. Największą miejscowością na szlaku jest San Lorenzo di Prato Guglielmo (7,0 km). Po drodze jest też parę osad złożonych z kilku domostw: Terragni (1,8 km), Barra (3,0 km), Garzino (4,5 km) czy Fantoni (5,7 km). Pięć kilometrów przed szczytem mija się też zjazd do wioski Droe (8,3 km). Asfaltowa droga dociera do miejsca zwanego Pian Croesio. Do położonego nieco wyżej Pian Mune trzeba by się przebić już po drodze gruntowej. Zatrzymałem się po przejechaniu 13 kilometrów w czasie 53:19 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 12,8 km i przewyższeniu 875 metrów. Przejechałem go w czasie 52:58 czyli ze średnią prędkością 14,6 km/h i VAM 991 m/h. Daje mi to 6 miejsce pośród 58 zarejestrowanych osób. Miejscowe schronisko było właśnie remontowane przed zimowym sezonem, zaś wyciąg krzesełkowy na Testa della Sandua (1958 m. n.p.m.) „drzemał” w oczekiwaniu na białą porę roku. Na górze było tylko 11 stopni. Czym prędzej rozpocząłem zjazd, na którym zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu zjechałem około 18:30. Dzięki temu zdążyłem zrobić zakupy spożywcze przed zamknięciem pobliskiego supermarketu. Na piątym etapie przejechałem 61 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2085 metrów. Dario pokonał o 10 kilometrów więcej. Na Pian del Re spisał się dzielnie. Segment o długości 16,3 kilometra z początkiem w Calcinere przejechał w 1h 22:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 908 m/h) co jest 51 wynikiem pośród 247 odnotowanych. Jako, że Pian del Re leży blisko 500 metrów wyżej niż Pian Mune było tam zimniej i mgliściej niż na mojej górze. Dlatego po pstryknięciu kilku zdjęć i nakręceniu krótkiego filmiku czym prędzej się ewakuował. Do Paesany zjechał w 26 minut, zaś na przeszło 8-kilometrowym odcinku poniżej Crissolo wykręcił nawet jedenasty czas.

20150910_182123

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Oggia & San Bernardo in Mendatica

Autor: admin o środa 9. Wrzesień 2015

Nasz ostatni dzień w Ligurii – krainie gór, morza i gwarantowanego słońca. Nawet pod koniec kalendarzowego lata. Darek dzień wcześniej odzyskał swe buty, więc był już uzbrojony i niebezpieczny. W tym miejscu podziękowania należą się naszej gospodyni z Casa Rosmarino, która we wtorkowe popołudnie wsiadła na skuter i na mieście złapała kuriera przewożącego przesyłkę dla mego kolegi. W środę pomimo transferu do Borgo San Dalmazzo tak jak w każdy inny mieliśmy pokonać przynajmniej dwa podjazdy. Wedle wstępnych założeń obie wspinaczki miały nam wypaść już po drodze do nowej bazy noclegowej. Pierwsza jeszcze w Ligurii, zaś druga już na terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Te plany uległy jednak zmianie już w sobotni wieczór gdy z uwagi na zbyt późny przyjazd nie dane nam było ruszyć na pobliską Colle d’Oggia. Tego wzniesienia nie chciałem jednak definitywnie skreślać z naszego „menu”. Lepiej już było poświęcić jeden z piemonckich podjazdów. Tym bardziej, że pozostałe jedenaście dni wyprawy i tak mieliśmy spędzić wyłącznie w tym niegdyś stołecznym regionie. Dlatego po korekcie środowych planów ustaliliśmy, że na pożegnanie z Ligurią zaliczymy jeszcze dwa podjazdy na jej terenie. W pierwszej kolejności wspomnianą Colle d’Oggia (1167 m. n.p.m.) i następnie Colla San Bernardo in Mendatica (1272 m. n.p.m.). Dzięki uprzejmości naszej gospodyni nie musieliśmy obu wzniesień robić w trasie. Ta zacna niewiasta zgodziła się byśmy opuścili apartament znacznie później niż zapisane to było w warunkach rezerwacji. W teorii wyjechać mieliśmy do godziny 11:00. Na szczęście ewentualni nowi goście mogli się tam meldować od 16:00. Dzięki temu uzyskaliśmy zgodę na wyjazd wczesnym popołudniem. Perspektywa ożywczego prysznica po zaliczeniu pierwszej góry czwartego etapu zachęciła Darka do szybszego niż zwykle wyrwania się z objęć Morfeusza. Warto było ruszyć z domu około 9:00 po to by po pierwszej wspinaczce umyć się i zjeść coś na gorąco przed czekającym nas 150-kilometrowym transferem.

Pierwszy ze środowych podjazdów mieliśmy zacząć w Dolcedo czyli miejscowości oddalonej niespełna 6 kilometrów od naszego wzgórza. Pomimo skromnego dystansu zdecydowaliśmy się skorzystać z samochodu. Pojechaliśmy najkrótszą trasą przez Isolalungę. Początek tego dojazdu prowadził po Strada Colla. Drodze tak wąskiej, iż zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem nie wbiłem się na ulicę jednokierunkową. Po kilkunastu minutach byliśmy już w Dolcedo, nad którym góruje dzwonnica kościoła pod wezwaniem św. Tomasza. Tu zaczyna się najtrudniejszy z trzech podjazdów na Colle d’Oggia. Podjazd północny zaczyna się w Pieve di Teco, zaś zachodni poniżej miejscowości Montalto Ligure. Oba te wzniesienia mają po około 930 metrów przewyższenia i przez cyclingcols zostały wycenione odpowiednio na 527 i 662 punktów. My wybraliśmy drogę południową czyli szlak o długości 17,7 kilometra przy średnim nachyleniu 6,1% i max. 10%. Do pokonania w pionie mieliśmy mieć 1082 metry, zaś brutto nawet 1087. Ta premia górska warta była według Michiela z CC 725 punktów. Droga na szczyt nie była szczególnie trudna. Niemniej dość długa, a przy tym skomplikowana pod względem nawigacyjnym. Dość powiedzieć, że na tym niespełna 18-kilometrowym szlaku trzeba było czterokrotnie zmieniać szosę. Pierwsze 2400 metrów po starcie przy moście nad potokiem Prino prowadziło po drodze SP39. Następne 4,3 kilometra biegło po SP40, zaś kolejne 5800 metrów po SP93. W połowie trzynastego kilometra trzeba było wybrać drogę SP24 i trzymać się jej przez niemal 5,5 kilometra. Natomiast tuż przed finałem należało jeszcze wskoczyć na wspólną z zachodnim wariantem podjazdu szosę SP21 i pokonać na niej ostatnie 170 metrów wzniesienia. Całkiem niezła kombinacja alpejska. Nic dziwnego, że jeden z nas się pogubił i to już przy pierwszej okazji. Tym razem padło na Darka. Mało który z naszych liguryjskich podjazdów miał zaszczyt „poznać się” z Giro d’Italia. W zasadzie można to powiedzieć tylko o Colle di Melogno. Oggia również nie miała dotąd tego szczęścia. Niemniej podobnie jak spory kawałek mojego wtorkowego Monte Ceppo w sezonie 2015 zagościła przynajmniej na trasie słynnego niegdyś rajdu samochodowego Rally San Remo. Jeden z odcinków specjalnych tej imprezy poprowadzono bowiem po wspomnianym segmencie na drodze SP24.

Darek ruszył ku przełęczy o godzinie 9:26, zaś ja trzy minuty później. Mój kompan był w najlepszej formie od lat i już podczas sierpniowego wyjazdu parę razy pokazał mi plecy. Jednak na wzniesieniu takim jak Oggia spodziewałem się go złapać po kilku kilometrach. Tymczasem Dario w sposób niezamierzony uniemożliwił mi wykonanie tego zadania. Dojechawszy do Molini di Prela (2,3 km) odbił w lewo i kontynuował jazdę po szosie SP39 przez kolejne dwa kilometry z hakiem. Zanim po około piętnastu minutach spędzonych poza trasą wrócił do feralnego rozjazdu, ja byłem już połowie szóstego kilometra swojej wspinaczki. Jechałem w miarę mocno urokliwą trasą wśród oliwnych gajów i zastanawiałem się czemu jeszcze nie widzę przed sobą znajomej sylwetki. Do tego momentu zdążyłem już minąć Casa Carli (4,1 km) i wiraż nr 4 na wysokości Praelo (4,6 km). Kolejną miejscowością na mojej drodze była Pantasina. Tu po przejechaniu 6,7 kilometra należało skręcić w lewo aby wjechać na drogę SP93. Kilometr dalej minąłem szósty zakręt na wysokości ukrytego w cieniu drzew kościoła w stylu romańskim. Wyżej można było napotkać co najwyżej pojedyncze domy i gospodarstwa hodowlane. W połowie trzynastego kilometra zatrzymałem się na przeszło półtorej minuty u kresu szosy SP93. Z tego miejsca w lewo szła droga gruntowa, zaś w prawo zjazd ku miejscowości Ville San Pietro. Po krótkiej rozmowie z angielskim cykloturystą ruszyłem dalej prosto, tym samym wjeżdżając na rajdowy sektor po drodze SP24. Ten fragment podjazdu miał swój dziki urok. Przy drodze spore stado krów, które zrobiły mi dość szczelną blokadę podczas późniejszego zjazdu. Na zboczu góry dojrzeć też można było konie. Po przebyciu 17,5 kilometra już mogło się wydawać że to koniec wspinaczki. Tym niemniej po przecięciu starego szlaku via Marenca trzeba było jeszcze przejechać niespełna czterysta metrów lekko w dół, zaś po ostrym zakręcie w prawo wspomniany już finał na drodze SP21. W sumie przejechałem 18,1 kilometra w czasie netto 1h 09:08 (avs. 15,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 17,4 kilometra przejechany w czasie netto 1h 07:53 (avs. 15,4 km/h i VAM 936 m/h). Ten wynik dałby mi 26 miejsce pośród 224 sklasyfikowanych osób. Tymczasem gorszy o 99 sekund czas brutto zdegradował mnie na 31 pozycję. Ogólnie tempo niezłe, lecz nie rewelacyjne. Znacznie lepszy VAM tzn. 1013 m/h wykręciłem w środkowej fazie tego podjazdu. Na odcinku niespełna 10 kilometrów pomiędzy Molini di Prela a końcem drogi SP93.

20150909_112045

20150909_114806

20150909_115727

20150909_123937

Na Darka przyszło mi czekać około 40 minut. W tym czasie mogłem wygrzać się na słońcu. Na przełęczy temperatura wynosiła 22 stopnie, zaś niebo było bezchmurne. Siadłem sobie na poboczu podziwiając piękno tej cichej okolicy. Skontaktowałem się ze swym zagubionym kolegą, który miał jeszcze do szczytu kilka kilometrów. Porozmawiałem chwilę ze spotkanym niemieckim cykloturystą. Zadzwoniłem również do Sopotu złożyć życzenia urodzinowe swojej mamie. Dario ostatecznie dotarł na szczyt po upływie 1h i 52 minut. Nie znaczy to wcale, że jechał aż tak wolno. Kwadrans stracił na dole wyjeżdżając poza trasę. Potem z ostrożności zatrzymywał się jeszcze pięć razy. Na tych przystankach stracił dwanaście minut, z czego siedem przy przejściu z drogi SP93 na SP24. Ogólnie te wszystkie przerwy wybiły go z rytmu, więc jechał bez bojowego nastawienia w tempie 12-13 km/h. Z pewnością poniżej swych aktualnych możliwości. Na przełęczy spędziliśmy razem około 15 minut, po czym rozpoczęliśmy spokojny odwrót do Dolcedo. W moim przypadku oznaczało to trzy kwadranse spokojnego zjazdu i pół godziny spędzone na przystankach. Przy samochodzie i tak byłem pierwszy, gdyż Darek dodatkowo kręcił jeszcze filmiki. Przed przyjazdem kolegi zdążyłem jeszcze zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepiku spożywczym. Do apartamentu zajechaliśmy po trzynastej. W ciągu następnej godziny przygotowaliśmy się do wyjazdu z Ligurii. Około wpół do trzeciej opuściliśmy gościnne progi Casa Rosmarino i zjechaliśmy ze wzgórza w kierunku Porto Maurizio. Naszym przystankiem w drodze do południowego Piemontu miało być miasteczko Pieve di Teco. Dojazd do niego miał nam zająć około 35 minut i w dużej mierze prowadzić po drodze krajowej SS28. Aby do niej dojechać musieliśmy przejechać przez centrum Imperii. Pomijając wieczorny wypad w poniedziałek jakoś nie mieliśmy okazji by przyjrzeć się temu pięknemu miasteczku. Za dnia łatwiej można było dostrzec jego uroki. Dario kręcił filmiki z jadącego auta i dla lepszego efektu jeden podczas krótkiego przystanku. Po przyjechaniu do Pieve di Teco mieliśmy kłopot ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ostatecznie postanowiliśmy skorzystać z patentu miejscowych mieszkańców i stanąć przy głównej drodze jednym kołem na ulicy, zaś drugim na wąskim chodniku. Z naszej miejscówki zjechaliśmy kilkaset metrów do zbiegu z drogą SP7 na wysokości całodobowej stacji benzynowej TotalERG.

20150909_144611

Przed sobą mieliśmy blisko 20-kilometrowy podjazd na Colla San Bernardo. Dla mnie miała to być już piąta w życiu wspinaczka pod górę noszącą imię św. Bernarda z Methon k. Annecy. To znaczy urodzonego pod koniec X wieku zakonnika, który jest patronem alpinistów i mieszkańców Alp, a także turystów, narciarzy i ratowników górskich. Najpierw w czerwcu 2009 roku zdobyłem Col du Grand Saint-Bernard czyli przełęcz Wielką Świętego Bernarda (2469 m. n.p.m.) od strony szwajcarskiej, zaś w lipcu 2010 roku Passo Piccolo San Bernardo (2188 m. n.p.m.) czyli przełęcz Małą Świętego Bernarda od włoskiej strony. Potem obie te przełęcze pokonałem od przeciwnych stron podczas jedenastego i dwunastego etapu Route Grandes Alpes. Naszej wielkiej wyprawy z przełomu czerwca i lipca 2013 roku, którą odbyliśmy w towarzystwie Adama Kowalskiego, Piotra Mrówczyńskiego i Romana Abramczyka. Na tle dwóch wielkich przełęczy z pogranicza Francji, Włoch i Szwajcarii ten podjazd był ledwie ich dalekim i ubogim krewnym. Niemniej i na tej górze było co jechać. Po starcie z Pieve di Teco mieliśmy mieć do przejechania 19,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,2% i max. 10,5%. Wzniesienie to miało przewyższenie netto 1034 metry, zaś brutto nawet 1087. Dla odróżnienia od innych przełęczy imienia św. Bernarda ta góra znana jest pod nazwą Colla San Bernardo in Mendatica czyli z dodatkiem pochodzącym od nazwy wioski leżącej na wysokości niespełna 800 metrów n.p.m. Wystartowaliśmy o 15:40, przy czym Darek ruszył jakieś pół minuty wcześniej. Początek był łatwy więc ruszyłem na dużej tarczy i w połowie drugiego kilometra dogoniłem kolegę. W połowie trzeciego kilometra Dario w swoim stylu ściął małe rondo i znów musiałem odrobić kilkadziesiąt metrów. Tym razem też szybko poszło, więc do zjazdu z drogi SP28 dotarliśmy razem. Po przejechaniu 2,9 kilometra trzeba było odbić w lewo i zjechać na drogę SP3 prowadzącą wzdłuż potoku Aroscia. Przez następne półtora kilometra zamiast się wspinać straciliśmy 38 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Podczas zjazdu przez Aquetico Dario ostro zaatakował. Ja wolałem nie zrywać tempa tak wcześnie. Czułem się bardzo dobrze, więc postanowiłem skorzystać z taktyki, która przyniosła mi powodzenie podczas rywalizacji z Darkiem i Romkiem na Passo delle Erbe. Teren był tak łagodny, że przez pierwsze siedem kilometrów nie musiałem zrzucać łańcucha na małą tarczę.

Pod koniec szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Ponti di Pornassio. Na ósmym kilometrze złapałem kontakt z liderem. Po dziesięciu kilometrach minęliśmy drogę do Montegrosso Pian Latte. Przyjemność wspólnej jazdy przerwał nam dopiero niespodziewany atak owada. Dario połknął jakieś latające stworzenie i mocno się zakrztusił, więc po przejechaniu 11,7 kilometra musieliśmy się zatrzymać na dobre dwie minuty. Po ponownym starcie Darek zrazu jechał wolniej i sugerował bym jechał swoje. Niemniej już podczas przejazdu przez Mendaticę na przełomie trzynastego i kilometra poczuł się lepiej, więc gdy lekko zwolniłem szybko do mnie dojechał. Na ostatnich 9 kilometrach nachylenie było całkiem solidne tzn. średnio 7,3%. Za Mendatiką droga nadal była mocno zawinięta. Na dojeździe do Cian Prai (18,3 km) trzeba było pokonać 10 następnych wiraży. Jechaliśmy razem niemal do samego końca. Darek osłabł nieco dopiero na ostatnim kilometrze. W sumie przejechałem 19,6 kilometra w czasie netto 1h 08:07 (avs. 17,3 km/h). Na stravie znalazłem segment o kilometr krótszy. Uzyskałem na nim czas brutto 1h 07:35. Natomiast Darek 1h 08:46. To dało nam odpowiednio 13 i 14 miejsce pośród 108 zarejestrowanych osób. Gdyby nie przymusowy postój skończylibyśmy o trzy lokaty wyżej. Zatrzymawszy się na przełęczy na wprost przed sobą mieliśmy zjazd do Ponte di Nava, zaś w lewo drogę do Monesi, gdzie w 1966 roku drugi etap Giro d’Italia wygrał znakomity hiszpański góral Julio Jimenez. Niemniej czasu na dotarcie do miejscowości już nie było, a poza tym byłaby to już tylko „dokrętka” po płaskowyżu. Trzeba się było szybko ewakuować do Pieve di Teco. Tym bardziej, że chmary złośliwych meszek nie dawały nam spokoju. Do samochodu dotarliśmy około 18:10. Dzienny przebieg miałem w normie. Tym razem przejechałem 75,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2147 metrów. Po wszystkim chcieliśmy zjeść obiadokolację pod arkadami w historycznym centrum tego miasteczka. Niestety bez powodzenia. Ruszyliśmy, więc w trasę do drugiej bazy noclegowej z nadzieją na znalezienie czegoś po drodze. Ostatecznie zjedliśmy pizzę w jednym z lokali na Colle di Nava (939 m. n.p.m.). O zmroku minęliśmy Garessio, gdzie według wstępnych planów mieliśmy zaczynać podjazd na Colla di Casotto (1379 m. n.p.m.). Na sam koniec straciliśmy jeszcze trochę czasu na ulicach Borgo San Dalmazzo mając problem ze znalezieniem po ciemku naszej mety czyli B&B Il Melograno. Znajomy gospodarz wyjechał akurat z krótką wizytą do Francji, ale na posterunku zostawił swą małżonkę.

20150909_165458

20150909_172920

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone