banner daniela marszałka

Teglia & Monte Ceppo

Autor: admin o wtorek 8. Wrzesień 2015

We wtorek mieliśmy w planach kolejną wycieczkę na zachód. Tym niemniej Darek spodziewał się ważnej przesyłki od kuriera. Od wczoraj śledziliśmy przez internet podróż jego kolarskiego obuwia ku włoskiej ziemi przeznaczenia. Zgodnie z życzeniem Marzena nadała obie pary butów, w których Dario zwykł dotąd zdobywać rozliczne premie górskie. Podczas gdy w poniedziałek zaprzęgł do pracy swe sandały jego buty marki Time rozpoczęły zawiłą podróż lotniczą z kilkoma przesiadkami. Szlak wiódł z Gdańska do Warszawy, potem z naszej stolicy do Frankfurtu nad Menem i w końcu z Niemiec do Mediolanu. Ze stolicy Lombardii już lądem miały się dostać do Imperii. Tym niemniej trudno było przewidzieć o której godzinie mogą zawitać do naszej tymczasowej siedziby przy Via Monte Gagliardone. Darek wolał na nie poczekać do skutku czyli nie wyjeżdżać z Casa Rosmarino. Poza tym poprzedniego dnia lekko się przeziębił, więc miał dodatkowy powód ku temu by tego dnia nie wsiadać na rower. Dlatego tym razem ruszyłem w drogę samotnie. Wyjechałem z bazy około wpół do jedenastej. Do końca zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie pierwszy postój. To znaczy, które z dwóch wzniesień trzeciego etapu „zaliczyć” w pierwszej kolejności: Passo di Teglia (1388 m. n.p.m.) czy Monte Ceppo (1498 m. n.p.m.). Przez lata na takie okazje wypracowałem sobie dwa sposoby postępowania. Oba dobre – jak kawały oficera w skeczu KMN o komisji wojskowej. Zasada pierwsza mówi o tym, iż należy zacząć od góry bardziej oddalonej od bazy noclegowej po to by drugi podjazd przejechać już w drodze powrotnej. Druga zakłada natomiast, że jako pierwsze należy pokonać wzniesienie trudniejsze. Każdy solidny podjazd potrafi bowiem sponiewierać, więc będąc już nieco osłabionym lepiej ruszyć potem na górę stanowiącą nieco mniejsze wyzwanie. Tym razem skorzystałem z reguły nr 1 czyli postanowiłem dojechać do miejscowości Molini di Triora. Do półmetka 44-kilometrowej trasy dojazdowej ponownie skorzystałem z autostrady A10. Tym razem zjechałem z niej na wysokości Arma di Taggia. W pół drogi między znanymi z wyścigu Milano – San Remo pagórkami Cipressa i Poggio.

Następnie musiałem znaleźć dawną drogę krajową SS548 i przejechać po niej kolejne 22 kilometry w kierunku północnym, szlakiem wijącym się wzdłuż potoku Argentina. Dojechawszy na miejsce nie wjechałem do centrum miasteczka. Zatrzymałem się nieco niżej po lewej stronie głównej drogi. Na kamienistym placu w pobliżu boiska przypominającego nasze „orliki” oraz zdewastowanej pozostałości po dawnej stacji benzynowej Tamoil. Z tego miejsca równie dobrze co na Passo di Teglia mogłem ruszyć w przeciwnym kierunku na Colla di Langan. Zaczynał się tu bowiem wschodni podjazd na przełęcz, którą obejrzeliśmy sobie dzień wcześniej wjechawszy od strony zachodniej. Na tego rodzaju rewizytę nie miałem jednak czasu. Na podboje w Ligurii dałem nam tylko cztery dni. Z mojego punktu widzenia lepiej było w tym czasie „zaliczyć” osiem różnych gór od jednej strony, niż obejrzeć z obu stron tylko cztery „sztuki”. Już pod koniec dojazdu zauważyłem po prawej stronie wspomnianej ex-krajówki początek drogi SP17 wiodącej ku miejscowości Andagna. Będąc zadowolony ze swego odkrycia nie spostrzegłem, że alternatywny start do tego podjazdu znajduje się też na samym wjeździe do Molini di Triora. Dlatego też gdy już na rowerze wróciłem na SS548 to bez zastanowienia zjechałem nią 1100 metrów w dół Valle Argentina. Przed sobą miałem podjazd z gatunku „krótkich” lecz konkretnych. Według cyclingcols miałem do pokonania 11,6 kilometra o średnim nachyleniu 8% i max. 11,6% czyli wzniesienie o przewyższeniu 928 metrów wycenione według autora tej strony na 758 punktów. Pod każdym względem podobne do bliskiego polskim sercom podjazdu pod Pla d’Adet. Budowę asfaltowej drogi na Passo di Teglia ukończono ponoć dopiero w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mimo tego już obecnie jakość jej nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Stan drogi na pierwszym kilometrze podjazdu dawał do myślenia. Zastanawiałem się czy dodatkowym wyzwaniem nie będzie aby jazda po asfalcie podziurawionym niczym ser szwajcarski. Ogólnie nie było tak fatalnie jak się zrazu zapowiadało, acz w górnej podjazdu trafiłem jeszcze na dwa-trzy sektory „przygotowane” pod rowery przełajowe.

Wystartowałem o 11:35 przy prawdziwie letniej temperaturze 30 stopni. Dzień był ciepły, acz na niebie zbierały się chmury. Obawiałem się przeto, że nie zdobędę obu wtorkowych wzniesień na sucho. Początek zachodniego szlaku na Passo di Teglia jest bardzo kręty. Po przejechaniu ledwie kilometra dojechałem już do szóstego wirażu będącego łącznikiem z alternatywną drogą startującą prosto z Molini di Triora. W połowie trzeciego kilometra miałem już za sobą jedenaście serpentyn, zaś po przebyciu 3,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,9% dotarłem do wirażu nr 12 na wysokości wioski Andagna. Czterysta metrów dalej na zakręcie trzynastym minąłem plac zabaw oraz kościółek pod wezwaniem św. Bernarda. To był początek najtrudniejszego z czterech segmentów tego wzniesienia. Dwa kilometry na dojeździe do Santuario di Santa Brigida trzymały na średnim poziomie 9,4%. Z kolei trzecia „kwarta” była najłatwiejsza. Odcinek 2,8 kilometra o średniej 6,4% z dwoma parami wiraży i przejazdem po półce skalnej skończył się na wysokości agroturystycznej osady Drego. Z niej do przełęczy pozostawały niemal cztery kilometry. W sumie dość trudny odcinek o długości 3,9 kilometra i średniej 7,9% prowadzący po raczej kiepskiej nawierzchni. Ostatni (osiemnasty) wiraż wyznaczono w pobliżu szczytu Monte Fenaria (1459 m. n.p.m.). Po zakręcie w lewo do przełęczy brakowało już tylko 550 metrów. Pokonując ostatnie metry w stronę przełęczy za plecami miałem Morze Liguryjskie, zaś po lewej ręce panoramiczny widok na górną część pokonanego właśnie podjazdu jak i spory kawał Valle Argentina. Dobrze widoczne były też góry po zachodniej stronie owej doliny, w tym zalesiony wierzchołek Monte Ceppo będący moim kolejnym celem. Zatrzymałem się na zakręcie w prawo nieopodal wierzchołka Monte Pizzo (1417 m. n.p.m.) przejeżdżając 11,8 kilometra w czasie 53:11. Na stravie znalazłem za to segment o długości 11,5 kilometra, który przejechałem w czasie netto 52:55 (avs. 13,0 km/h i VAM 1054 m/h) co jest szóstym wynikiem pośród 63 dotychczas zarejestrowanych. Co ciekawe piąte miejsce na tej liście ma Niccolo Bonifazio, który w lipcu 2013 roku zapędził się w te strony. Dziś jest to jeden z najbardziej obiecujących kolarzy we włoskim peletonie. Niespełna 23-letni zawodnik mogący się pochwalić piątym miejscem w klasycznym monumencie Milano – San Remo z 2015 roku.

Na górze spędziłem kilkanaście minut. Fotkę pod tablicą zrobił mi cyklista nieco starszej daty, który wraz z kolegą wjechał od tej samej strony aby potem zjechać na wschód ku Pieve di Teco. Ja musiałem zawrócić. Zjeżdżałem spokojnie uważając na wszelakie dziurawe niespodzianki. W końcówce postanowiłem wybrać drogę wiodącą prosto do Molini di Triora, więc zjazd okazał się dwieście metrów dłuższy od podjazdu. Ja zaś uwieczniłem na zdjęciach oba początki zachodniego podjazdu pod Passo di Teglia. Cała wycieczka zajęła mi około dwóch godzin. Wyprawa na Monte Ceppo miała być znacznie dłuższa. Najszybciej dotarłbym na ten szczyt gdybym porzucił auto w miejscu gdzie stało i ruszył na to wzniesienie szlakiem północnym czyli z Molini di Triora. Ten podjazd ma 15 kilometrów długości i przewyższenie 1046 metrów, zaś droga wiedzie przez Colla di Langan i sanktuarium San Giovanni dei Prati. Ja byłem zainteresowany czymś trudniejszym. Dlatego w grę wchodziły dwie opcje. Podjazd południowy ze startem w San Remo o długości 33 kilometrów i przewyższeniu niemal 1500 metrów. Wiedzie on początkowo szosą SP55 przez Poggio di San Remo i Cerianę oraz przełęcz Ghimbegna, która trzykrotnie „wystąpiła” na Giro d’Italia w latach 1968, 1974 i 2001. Alternatywą był bardziej konkretny podjazd wschodni od strony Valle Argentina z początkiem w miejscowości Taggia. Niewiele mniejszy od południowego, lecz wyraźnie krótszy dzięki temu że zdecydowałem się pominąć bardzo łagodny wstęp na drodze SS548. To znaczy odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 1,9%. W tym celu zjechałem 14 kilometrów w dół Valle Argentina po drodze mijając urocze Badalucco. Zatrzymałem się poniżej tego miasteczka na wysokości restauracji Ca’ Mea, jakieś sto metrów od początku drogi SP54. Wspinaczkę nr 2 rozpocząłem o 14:15 przy temperaturze 26 stopni. Wciąż było ciepło i wbrew moim obawom nie padało. Miałem przed sobą najdłuższy i największy z ośmiu wybranych liguryjskich podjazdów. Wzniesienie o długości 24 kilometrów i średnim nachyleniu 5,6%. Na którym maksymalna stromizna sięga 12,6%, zaś w pionie trzeba pokonać 1339 metrów. Podjazd ten autor strony cyclingcols wycenił na 936 punktów.

Pierwszy kilometr był całkiem mocny tzn. na poziomie 9%. Kolejne trzy kilometry stopniowo łagodniały do pierwszego „falsopiano” na piątym kilometrze. Po trzech kolejnych niezbyt trudnych kilometrach minąłem boczną drogę do Ciabaudo, zaś chwilę później byłem już w Argallo. Po niespełna pół godzinie jazdy miałem w nogach pierwszą tercję podjazdu o długości 8,2 kilometra i średnim nachyleniu 5,8%. Następne półtora kilometra zawiodło mnie w pobliże kościółka przy osadzie Pallera (9,7 km). Na początku dwunastego kilometra minąłem wioskę Zerni (11,1 km), zaś półtora kilometra dalej byłem już w Vignai (12,6 km). Kolejne cztery kilometry miały średnio 6,8%. Kilkaset metrów za ostatnią wioską na dobre wjechałem do gęstego lasu. Po przejechaniu 16,6 kilometra w czasie poniżej 59 minut musiałem opuścić drogę SP54 by po ciasnym zakręcie w prawo wjechać na szosę SP75. Na tym wirażu moja wschodnia droga na Monte Ceppo zeszła się z południowym szlakiem od San Remo. Na nowej drodze pierwsze kilkaset metrów były całkiem solidne, lecz kolejne dwa kilometry niemal płaskie. Ten łatwy odcinek przejechałem z pewną rezerwą spodziewając się ciężkiej przeprawy na ostatnich kilku kilometrach. Niemal na sam koniec czekał mnie bowiem odcinek 4,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4% z momentami do 12%. Oczywiście prędkości mi tu siadła, bowiem praw natury się nie oszuka. Niemniej zafiniszowałem całkiem dobrze jadąc tu ze średnią prędkością około 12 km/h. Prawdziwa wspinaczka skończyła się dla mnie na lewym zakręcie po przejechaniu 23,6 kilometra w pobliżu wierzchołka Monte Ceppo (1627 m. n.p.m.). Spośród skałek na prawym skraju drogi był stąd niezły punkt widokowy. Niemniej sprawdziłem go dopiero w drodze powrotnej. Jadąc do góry nie zatrzymałem się jeszcze. Szukając przydrożnej tablicy przejechałem już niemal po płaskim terenie kolejne 800 metrów. Zatrzymałem się dopiero tam gdzie rozpoczynał się zjazd na północną stronę góry. To znaczy po przebyciu 24,4 kilometra w czasie 1h 31:01. Ciekawe, że powrót do samochodu przerywany licznymi foto-przystankami i rozmową z rolnikiem zachwalającym aromat miejscowej oliwy (oliva taggiasca) zajął mi o minutę więcej. Na szczycie było tylko 15 stopni, o cztery mniej niż na pierwszej górze. Jeśli chodzi o podjazd to na stravie znalazłem segment o długości 23,3 kilometra, który pokonałem w czasie 1h 28:23 (avs. 15,8 km/h i VAM 873 m/h). W tym momencie to piąty wynik pośród 78 dotychczas odnotowanych. Trzeci etap zakończyłem przejechawszy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2294 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Melosa (Langan) & Gouta

Autor: admin o poniedziałek 7. Wrzesień 2015

Największe podjazdy w alpejskiej części prowincji Savona poznaliśmy na pierwszym etapie. Dzięki temu w kolejnych trzech dniach mogliśmy się skupić wyłącznie na najciekawszych wzniesieniach goszczącej nas prowincji Imperia. Wybrałem ich sześć. Każde o przewyższeniu przeszło 900 metrów i długości co najmniej 12 kilometrów. Tradycyjnie ułożyłem je w pary aby każdego dnia zdobywać dwie premie górskie położone najbliżej siebie. Na poniedziałek zaproponowałem Darkowi: Colla Melosa i Passo Gouta, na wtorek Passo di Teglia i Monte Ceppo, zaś na środę Colle d’Oggia i Colla San Bernardo (in Mendatica). Tym samym w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas wycieczka do miejscowości Pigna oddalonej od naszej bazy noclegowej o jakieś 68 kilometrów. Jak już wcześniej wspomniałem pod nosem mieliśmy wjazd na autostradę A10. Dzięki szybkim 40 kilometrom na tej drodze cały dojazd miał nam zająć godzinę i kilka minut. W praktyce było to nieco bardziej skomplikowane za sprawą dłuższej przeprawy przez miasteczko Ventimiglia. Musieliśmy tu wskoczyć na zatłoczoną krajówkę SS1, po to by znaleźć szosę SP64, która miała nas zawieść do podnóża obu wybranych gór. Przez ostatnie 20 kilometrów jechaliśmy już tylko prosto na północ wzdłuż potoku Nervia. Po dotarciu na miejsce zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem. Na przestrzeni wieków Pigna przechodziła z rąk do rąk. W średniowieczu należała tak do Królestwa Prowansji jak i Republiki Genueńskiej. Na początku XIX wieku znalazła się w granicach I Cesarstwa Francuskiego, by po kongresie wiedeńskim przypaść Królestwu Sardynii, które w roku 1861 zjednoczyło Italię. Dziś może się pochwalić „pomarańczową banderą” przyznawaną przez Touring Club Italiano atrakcyjnym turystycznie miasteczkom z włoskiej prowincji. Na co dzień żyje tu niespełna 900 mieszkańców. Niegdyś było tu znacznie więcej życia poza sezonem. Pod koniec XIX wieku mieszkało w tej miejscowości przeszło 3 tysiące ludzi. Giro d’Italia zajrzało w te strony tylko raz. To znaczy w 1974 roku na etapie z Finale Ligure do San Remo. Wtedy to na pobliskiej przełęczy Langan jako pierwszy zameldował się Włoch Giuseppe Perletto. Zawodnik urodzony w Dolcedo nieopodal Imperii. Dojechał on też najszybciej do mety w San Remo, triumfując z przewagą 21 sekund nad Wladimiro Panizzą i 40 nad grupką przyprowadzoną przez Gianbattistę Baronchellego.

Miejscówka w Pigny pozwalała nam na wypad pod obie poniedziałkowe góry z tego samego miejsca. Na pierwszy rzut czekał nas blisko 20-kilometrowy podjazd pod najwyższe szosowe wzniesienie w całej Ligurii. To znaczy wspinaczka ku Colla Melosa (1540 m. n.p.m.), gdzie asfalt kończy się na wysokości 1566 metrów n.p.m. Zasadniczo można ją podzielić na dwa dłuższe segmenty. Pierwszy składa się z wstępu na drodze SP64 i niespełna 11 kilometrów na szosie SP65 o łącznej długości 12,5 kilometra i stromiźnie 6,7%. Ta faza podjazdu kończy się na Colle Langan (1127 m. n.p.m.). Drugi to odcinek 6,8 kilometra powyżej wspomnianej przełęczy. Ma on średnie nachylenie 6,4% i wiedzie do kresu asfaltowej drogi jakieś 300 metrów za zakrętem wokół restauracji Melosa. Darek kolejny dzień musiał sobie radzić bez butów kolarskich. Tym razem postawił na sandały, jako że miały podeszwy twardsze niż przetestowane dzień wcześniej „biegówki” od Asics’a. Wobec owych kłopotów sprzętowych nie mogliśmy liczyć na równą, wspólną jazdę. Wystartowałem z centrum Pigny o godzinie 12:10, dziewięć minut po Darku. Pierwsze 1700 metrów to miała być spokojna rozgrzewka po łatwym terenie o średnim nachyleniu 3%. Najpierw spokojne 500 metrów do mostku nad Nervią. Po prawej ręce w dole spostrzec mogłem spory hotel i baseny czyli ośrodek Terme di Pigna. Jeszcze ładniejszy widok miałem na wprost. W górze miałem kolorowe domy składające się na miejscowość Castel Vittorio. Wiedziałem, że aby dostać się na Colle Langan już na drugim kilometrze tej trasy będę musiał odbić w prawo i opuścić drogę SP64. Nieco się z tym jednak pośpieszyłem to znaczy skręciłem już po przejechaniu 1200 metrów i wbrew swoim planom zacząłem się wspinać ku wspomnianemu Castel Vittorio. Szybko nabrałem podejrzeń, że coś tu nie gra i po przejechaniu nieco ponad kilometra zatrzymałem się jak i samochód jadący z naprzeciwka. Zapytałem kierowcę czy to aby na pewno droga na przełęcz Langan. Gdy uzyskałem odpowiedź przeczącą zawróciłem do rozjazdu. Przez swoją pomyłkę dodałem sobie do programu niespełna 2,5 kilometra tracąc na tym przeszło 6 minut. Drugi raz nie mogłem się już pomylić, albowiem prawdziwy wjazd na SP65 był dobrze oznaczony. Poza tym stały tu też znaki drogowe zwiastujące marny stan nawierzchni. O fakcie tym zostałem już wcześniej uprzedzony przez zaprzyjaźnionego „szpiega” czyli Daniela Pawelca, który zwiedzał te okolice pod koniec czerwca. Dzięki temu wiedziałem, że pomimo rozmaitych niespodzianek będzie można spokojnie dotrzeć na sam szczyt wzniesienia.

20150907_155331

20150907_145250

20150907_142832

Po przejechaniu półtora kilometra po drodze SP65 trafiłem na roboty drogowe. W tym miejscu spory kawał asfaltu został zmyty po zimowych lub wiosennych ulewach. Trzeba się było zmieścić pomiędzy zboczem góry a płotkiem rozstawionym przez drogowców. Plus tej przeszkody był przynajmniej taki, że skutecznie eliminował samochody. Auta pojawić się mogły co najwyżej od przeciwnej strony, więc w sumie cała góra należała do cyklistów. A zatem można się było męczyć w spokoju. Pogoda nam dopisała. Ciepły dzień przy umiarkowanym zachmurzeniu. Średnia temperatura na całej górze 26 stopni, zaś na przełęczy Langan nawet 30! Chłodniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilometrach z minimum w postaci 18 stopni na samej mecie. Na pierwszych trzech kilometrach tego szlaku znajduje się pięć wiraży. W połowie szóstego kilometra (choć dla mnie był to koniec ósmego) mija się restaurację Palazzo Maggiore. Wzdłuż drogi rosną imponujących rozmiarów agawy, zaś wyżej wśród drzew dominuje kasztan jadalny. Każdy kilometr podjazdu odmierza tu stosowny znak na prawym skraju drogi. Pośród górskich zboczy dostrzec można pojedyncze domostwa. Droga jest wąska, acz niezłej jakości poza dwoma kolejnymi miejscami gdzie została również podmyta. Jechało mi się całkiem dobrze i na samej Colla Langan złapałem Darka. Ten jechał dość oszczędnie, więc w pierwszej części finałowego odcinka był w stanie wyraźnie przyśpieszyć. Dlatego po zakręcie w prawo przejechaliśmy razem po SP67 dobre dwa-trzy kilometry. Ostatecznie Dario uznał, że nie będzie forsować swych mięśni i ścięgien nie będąc odpowiednio „zadokowany” do swego Simplona. Niespełna trzy kilometry przed finałem minąłem przełęcz Colle Belenda. Nie zatrzymałem się przed schroniskiem Allavena. Dojechałem do końca prostej, czyli miejsca gdzie skończył się asfalt. Po niespełna trzech minutach dojechał mój dzielny kompan. Na linii naszej mety rozpoczynał się kamienisty dukt ku przygranicznym fortom na Monte Grai (1899 m. n.p.m.). W sumie przejechałem 21,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 1328 metrów. Tymczasem miało być 19,4 kilometra o amplitudzie 1292 metrów. Można powiedzieć, że nadwyżkę sam sobie załatwiłem. Klasyczną część podjazdu pokonałem w 1h 15:22 przy średniej prędkości 15,6 km/h i VAM 1028 m/h. Na stravie jedyny ciekawszy odcinek, który znalazłem obejmuje 6,4 kilometra pomiędzy Langan a Melosą. Ten segment przejechałem w czasie 25:20 (avs. 15,3 km/h i VAM 950 m/h) co obecnie jest 11 wynikiem pośród 175 odnotowanych.

20150907_142333

20150907_135442

20150907_134943

Na górze spędziliśmy niemal pół godziny. Zjazd rozpoczęliśmy tuż po czternastej. Spokojna droga pełna sielskich widoków nie skłaniała do szybkiej jazdy. Często zatrzymywałem się aby zrobić zdjęcia. Na nasz parking dotarłem o 15:25. Darkowi te urokliwe strony spodobały się jeszcze bardziej. Rzec by można, iż przepadł gdzieś po drodze. Do samochodu zjechał dopiero o szesnastej. Po kolejnych dwudziestu minutach ruszyliśmy ku naszej drugiej premii górskiej czyli na Passo Gouta (1212 m. n.p.m.). Najpierw trzeba było znaleźć miejsce, w którym zaczyna się ów 14-kilometrowy podjazd. Wiedziałem, że musimy zjechać parę kilometrów w kierunku południowym. Drogi na tą przełęcz trzeba było szukać po prawej stronie szosy SP64. Po przejechaniu dwóch kilometrów od centrum Pigny znaleźliśmy drogę SP69. To wzniesienie liczy sobie w teorii 14 kilometrów o średnim nachyleniu niemal 7% i przewyższeniu 983 metrów. Jak widać na załączonym obrazku jest to podjazd dość równy, na którym trudniejsza jest pierwsza połowa wspinaczki. Pierwsze siedem kilometrów ma średnio 7,6 %, zaś kolejne siedem już „tylko” 6,3 %. Teren całkiem dobry do płynnej jazdy. Z jednej strony bez zbędnych wypłaszczeń, zaś z drugiej strony pozbawiony bardzo stromych ścianek. Maksymalna stromizna sięga ponoć 10%, acz mój licznik pokazał „chwilówki” na poziomie 13%. Jak wiele szlaków na niespokojnym niegdyś włosko-francuskim pograniczu również ta droga powstała ze względów militarnych. Szosa jest wąska, kręta i co ważne dla kolarzy cicha czyli niemal pozbawiona ruchu samochodowego. Nie prowadzi do żadnej miejscowości, zaś zamieszkały jest teren tylko do wysokości około 500 metrów n.p.m. Na dole rosną tu drzewka oliwne, zaś wyżej szosa wpada do gęstego lasu o strukturze mieszanej, w którym jeśli wierzyć opisom przeważają jodły i buki. Dzięki nim w środku lata można się tu skutecznie schować przed słońcem. Dla nas którzy zapędzili się w te strony późnym popołudniem na początku września ta osłona nie miała już jednak większego znaczenia. Gdyby po drodze ktoś zanadto osłabł z sił to u kresu tej wspinaczki może się posilić lub napoić w schronisku Gola di Gouta. Na całym wzniesieniu jest osiemnaście klasycznych wiraży, z czego osiem mija się w trakcie pierwszej ćwiartki wspinaczki czyli do połowy czwartego kilometra. Z niektórych mieliśmy ładny widok na sięgający niemal dwóch tysięcy metrów szczyt Monte Toraggio (1973 m. n.p.m.). Jak przystało na podjazd liguryjski z pewnych miejsc można też było dojrzeć błękitne wody Morza Śródziemnego.

Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:25. Obaj w tym samym momencie. Dlatego od razu ustaliliśmy, iż każdy z nas jedzie swoje czyli na ile tylko własne nogi i buty pozwolą. Starałem się jechać na tyle mocno na ile byłem w stanie po szybkiej wspinaczce na Colla Melosa. Mój plan minimum zakładał wyrobienie się w czasie poniżej godziny. To się udało, acz nie stać mnie było na jakieś rewelacyjne tempo. Według danych z Garmina przejechałem 14 kilometrów w czasie 58:15 czyli przy średniej prędkości 14,5 km/h. Na stravie w zasadzie ten sam odcinek opisano jako segment o długości 13,7 kilometra z przewyższeniem 969 metrów. Zmierzono mi na nim czas 58:10 przy avs. 14,2 km/h i VAM 1000 m/h. Ten wynik daje mi 43 miejsce na liście obejmującej 230 osób. Darek na pokonanie tego segmentu potrzebował 1h 08:39 (avs. 12,0 km/h i VAM 847 m/h). Parę godzin wcześniej na dojeździe do Langan wykręcił VAM 860 m/h, zaś na finałowym odcinku pod Melosę 858 m/h. Z pełnym przekonaniem stwierdził, więc że sandały bardziej nadają się do kolarstwa niż sportowe buty do biegania. Zanim nadjechał mój przyjaciel zaczepili mnie dwaj niemieccy motocykliści. Pytali o drogę ku francuskiej granicy. Z przełęczy droga SP69 wiodła dalej prosto, ale tylko przez niespełna dwa kilometry i kończąc się ni stąd ni zowąd w leśnej głuszy. Mogli odbić w prawo na graniczną Passo Muratone (1157 m. n.p.m.), ale wygodnym szutrowym szlakiem dojechaliby tylko do wcześniejszego Colle Scarassan (1226 m. n.p.m.). Po bardzo spokojnym zjeździe i krótkim odcinku w dolinie do samochodu dojechaliśmy kwadrans przed siódmą. W sumie na drugim etapie przejechałem 73,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2336 metrów. Dario miał śmiały plan by przed 20:00 odnaleźć oddział UPS w Imperii. Trzeba się było pośpieszyć. Doliną Nervia pognałem na tyle szybko na ile się dało. Zapomniałem wyłączyć Garmina, przez co nieopatrznie „ustanowiłem” parę rekordów na stravie. Na autostradzie pełen gaz. Niemniej wcześniej wstrzymały nas korki na ulicach Ventimigli. Natomiast tuż przed wjazdem na autostradę zapytano mnie, w którą stronę chcemy jechać. W związku z początkiem kryzysu imigracyjnego wprowadzono kontrolę samochodów zmierzających ku granicy francuskiej. Na zachodniej nitce A10 szybko powstał kilkunastokilometrowy korek. Po dojechaniu do Imperii spodziewany oddział (agencja) firmy kurierskiej okazał się ledwie kioskiem. Zresztą zamkniętym, gdyż spóźniliśmy się o kilka minut. Jednak skoro już byliśmy w mieście to postanowiliśmy podjechać na bulwar nadmorski i sprawdzić pizzerię, którą zachwalał nam Daniel. Niemniej i tu nie mieliśmy szczęścia, bo akurat w poniedziałki bywa ona zamknięta. Aby nie wracać do domu z pustymi żołądkami zasiedliśmy w ogródku konkurencji.

20150907_182304

20150907_175620

20150907_174024

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Melogno & Caprauna

Autor: admin o niedziela 6. Wrzesień 2015

Niespełna dwa tygodnie po powrocie z Południowego Tyrolu już pakowałem się do kolejnej podróży z ziemi polskiej do włoskiej. W międzyczasie niewiele pojeździłem. Przez dwanaście dni zrobiłem niespełna 200 kilometrów. Przy tym ani kilometra na drogach Kaszub i Trójmiasta. Jedyne okazje do jazdy miałem na Mazowszu, gdzie zawitałem w związku z komentarzami do trzech etapów Vuelty. Pokręciłem trochę od piątku do niedzieli na trasach wokół Błonia i Łosia. Jak by nie patrzeć nigdy jeszcze nie ruszałem na górskie wojaże tak późno. Kalendarzowo najpóźniejszym wyjazdem była bowiem dopiero co zakończona wycieczka po szosach prowincji Bolzano. Teraz miałem się przekonać czy wysokie góry Starego Kontynentu można zwiedzać również w pierwszej i drugiej dekadzie września. Nie planowałem tego. Wyprawa do Ligurii i Piemontu miała się odbyć na początku, a nie pod koniec lata. Owe plany pokrzyżował jednak mój wypadek z 7 czerwca, po którym wsiadłem na rower dopiero 1 lipca. Oryginalnie do Włoch mieliśmy pojechać we trzech. Pozą mną szykowali się na całą ponad dwutygodniową eskapadę również Darek Kamiński i Adam Kowalski. Do tego już na miejscu na kilka etapów dołączyć miał do nas Daniel Pawelec, który zabukował sobie rodzinne wakacje w Imperii. Ostatecznie ja zostałem w domu. Adam pojechał gdzie indziej czyli do austriackiego Tyrolu oraz Trentino. Natomiast Daniel kręcił po górach na włosko-francuskim pograniczu samotnie przy niemal 40-stopniowym upale. Jedynie Dario był w stanie elastycznie zareagować na niespodziewaną zmianę mego letniego programu. Dlatego w daleką podróż ku północno-zachodniej Italii ruszyliśmy w minimalistycznym dwuosobowym składzie. Wystartowaliśmy około północy z piątku na sobotę (4/5 września). Czekała nas 19-godzinna podróż do Imperii na trasie liczącej niemal 1800 kilometrów. Jednym słowem dojazd o długości porównywalnej do tego jaki zaliczyliśmy rok wcześniej zmierzając na start naszego Giro dell’Appennino.

Tak dla mnie jak i dla Darka nie była to pierwsza wyprawa do Ligurii i Piemontu. Jeśli chodzi o mnie w Ligurii byłem wcześniej dwa razy, acz przelotnie. Przy tych okazjach zaliczyłem w tym regionie tylko trzy solidne wzniesienia. Podczas wakacji z 2011 roku wracając z samochodowej wycieczki do Portofino zahaczyłem rowerem o Passo del Ghiffi. Natomiast trzy lata później na piętnastym etapie wyprawy po Apeninach wjechałem na Monte Beigua oraz do Santuario di Nostra Signora della Guardia. Teraz chciałem poznać najciekawsze podjazdy w alpejskiej czyli zachodniej części Ligurii. Na dobrą sprawę gdy spojrzymy na mapę nie bardzo widać gdzie przebiega naturalna granica między Apeninami i Alpami. Przyjęło się uważać, że tym miejscem jest przełęcz Cadibona (459 m. n.p.m.) leżąca na terenie prowincji Savona. Dlatego też interesowały mnie liguryjskie wzniesienia na zachód od tego miejsca. Oczywiście te najtrudniejsze i to najchętniej o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Wybrałem ich osiem, w tym wysokie na ponad 1500 metrów n.p.m. Colle Melosa i Monte Ceppo. Pierwszy z owych ośmiu chciałem „zaliczyć” jeszcze w sobotni wieczór. Sześć kolejnych od niedzieli do wtorku, zaś ósme już w ramach pierwszej części piątego etapu. To znaczy podczas środowej przeprowadzki do Piemontu, gdzie mieliśmy spędzić pozostałe dwanaście dni tej wyprawy. Tam zaś mieliśmy się skupić wyłącznie na podjazdach z prowincji Cuneo oraz Torino czyli na szosach Alp: Nadmorskich, Kotyjskich i Graickich. Podczas wypraw z lat: 2008, 2010, 2011 i 2013 zdobyłem tu już łącznie dziewiętnaście „skalpów”, z czego czternaście na terenie dwóch prowincji, które ponownie wziąłem na swój celownik. Choć miałem już w swym dorobku przełęcze: Agnello, Fauniera, Lombarda, Sampeyre oraz Tenda jak i wspinaczki do stacji narciarskich Sestriere czy Pratonevoso wciąż wiele pozostało mi tu do zdobycia. Chciałem zobaczyć graniczną Maddalenę, przetestować trzecie drogi na Faunierę i Sampeyre, a przede wszystkim zmierzyć się z szutrową Finestre i „maratońskim” podjazdem na niebotyczny Nivolet. Nasz pobyt w Piemoncie podzieliłem równo na obie prowincje. Noclegi nr 5-10 zarezerwowałem u znajomego kolarza-amatora w Borgo San Dalmazzo. Natomiast lokalu pod noce nr 11-16 szukałem w pobliżu Turynu. Ostatecznie już podczas trwania tej wyprawy wybrany wcześniej hotel w Pianezzy zamieniłem na mieszkanie w San Mauro Torinese.

Podróż nad Morze Liguryjskie szlakiem przez Bregenz, San Bernardino oraz Como była długa i męcząca. Do tego nadspodziewanie kosztowna za sprawą wpadki na krótkim odcinku austriackiej autostrady. Tym niemniej Darek dodatkowo „zadbał” o ożywienie atmosfery. Podczas przejazdu przez Bawarię mój przyjaciel zdał sobie sprawę z tego, iż zapomniał spakować obie pary swych butów kolarskich! W całym zamieszaniu pomiędzy powrotem z Brunico, tygodniową wycieczką z do Barcelony i ponownym wyjazdem do Italii o takie niedopatrzenie nie było trudno. Cóż było robić? Wykonał szybki telefon do swej niewiasty by czym prędzej nadała kurierem przesyłkę specjalnego znaczenia do Imperii. Marzena spisała się na medal. Niemniej była to sobota, więc buty mogły wyruszyć do Italii dopiero w poniedziałek. Tym samym Dario musiał na nie poczekać do wtorkowego popołudnia, zaś do tego czasu radzić sobie w sposób alternatywny. Ponieważ do Casa Rosmarino na Via Monte Gagliardone dotarliśmy dopiero około 19-tej mogliśmy zapomnieć o „prologu” zaplanowanym na sobotni wieczór. Z naszej pierwszej bazy noclegowej mieliśmy ledwie 6 kilometrów do miasteczka Dolcedo u podnóża Colle d’Oggia. Stąd wzniesienie to upatrzyłem sobie na pierwszy cel. Trzeba było dokonać roszady w programie zwiedzania Alp Liguryjskich. To znaczy rozpocząć nasze zwiedzanie Alp Liguryjskich dopiero w niedzielę czyli 6 września, zaś wspinaczkę pod przełęcz Oggia przełożyć na środowe przedpołudnie. Baza noclegowa nr 1 przypadła nam do gustu. Casa Rosmarino położona jest na parę kilometrów na zachód od centrum Imperii na wzgórzach powyżej Porto Maurizio. Ostatni kilometr dojazdu wiodący wąską Via Tommaso Littardi był dość techniczny, zaś z tarasu mieliśmy widok na autostradowy wiadukt. Tym niemniej hałasu nie było słychać, zaś w tle drogi szybkiego ruchu widać było nadmorskie wzgórza oraz górskie szczyty z prawdziwego zdarzenia. Poza tym spoglądając z ogrodu pod odpowiednim kątem można było dojrzeć lazurowe wody Mar Ligure. Przede wszystkim jednak samemu apartamentowi nic nie brakowało. Mieliśmy w nim salon z kuchnią, pokój służący Darkowi za sypialnię i łazienkę. Do tego dobre połączenie z internetem, ganek z drewnianym stołem i krzesłami oraz bezpieczne miejsce parkingowe, acz sam wyjazd z podwórka do łatwych nie należał.

20150905_195132

20150906_102812

20150906_103118

Zmęczeni długą podróżą nie nastawialiśmy się na wczesną pobudkę. Nazajutrz spokojnie szykowaliśmy się do pierwszego etapu. Ostatecznie z Casa Rosmarino wyjechaliśmy o wpół do jedenastej. Na pierwszy rzut przewidziałem dla nas wspinaczki pod Colle Melogno (1028 m. n.p.m.) i Colle Caprauna (1379 m. n.p.m.). Dlatego czekała nas wycieczka do prowincji Savona czyli ku wschodniej części Riviera Ponente znanej jako Riviera delle Palme. Kolejność premii górskich zgodna z utartym zwyczajem. Najpierw dalsza od domu, następnie ta nieco bliższa niejako w drodze powrotnej. Podjazd pod przełęcz Melogno zaczyna się na wysokości miasteczka Finale Ligure oddalonego od naszej bazy noclegowej o 55 kilometrów. Podczas naszych codziennych dojazdów postanowiłem korzystać z autostrady A10. Nie była to tania opcja, lecz pozwalała zaoszczędzić mnóstwo czasu. Alternatywą była powolna jazda po nadmorskiej „krajówce” SS1 czyli drodze krętej i generalnie jednopasmowej. Z Casa Rosmarino do wjazdu na autostradę (Imperia Ovest) mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. A potem już pełen gaz, więc u podnóża góry byliśmy po około 40 minutach. Podjazd na dobre zaczyna się jakieś półtora kilometra na północ od morskiego wybrzeża. Dlatego zatrzymaliśmy się w Finalborgo w pobliżu miejscowego cmentarza. Klasyczna wersja południowego podjazdu pod Colle Melogno w całości prowadzi po drodze SP490. Ewentualnie wspinaczkę można też zacząć w pobliskim Borgio Verezzi. Namawiał mnie do tego Daniel Pawelec, któremu w czerwcu bardzo spodobał się malowniczy odcinek na dojeździe do Gorry. Pomimo tej zachęty postanowiłem się trzymać „podręcznikowego” profilu. W siedemnastym tomiku „Passi e Valli in Bicicletta” czyli „Liguria 2 – Il Ponente, Province Genua e Savona” napisano, że to gigant zwrócony ku morzu. Jedna z niewielu gór we Włoszech, która w mniej niż 20 kilometrów zawiedzie znad morza na wysokość ponad 1000 metrów. Zdaniem autorów tej książki to wspinaczka pierwszej kategorii, koniecznie do zrobienia przynajmniej raz w życiu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Podjazd ma długość 15,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6% i max. 10% co daje przewyższenie 1009 metrów. Po raz pierwszy pojawił się na trasie Giro d’Italia już w 1922 roku na etapie z Genui do Turynu. W ostatnim ćwierćwieczu wypróbowano go dwukrotnie. W sezonie 1993 na odcinku z Varazze do Chianale górską premię wygrał tu Gianluca Bortolami, zaś w 2000 na etapie z Genui do Pratonevoso jako pierwszy na przełęcz dotarł Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez.

Rozpoczęliśmy wspinaczkę o 11:41. Całe wzniesienie można podzielić na cztery fragmenty. Na przemian trudniejsze i łatwiejsze. Pierwszy segment od Finalborgo do Gorra to 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,2%. Na samym początku jest dość głośno, albowiem pierwsze 1200 metrów służy kierowcom za dojazd do autostrady A10. Potem tuż przed Gorrą droga łączy się ze wspomnianym szlakiem z Borgio Verezzi. Drugi segment również o długości 2,7 kilometra jest znacznie łatwiejszy, gdyż ma ledwie 4,2%. Szosa biegnie tu wśród drzewek oliwnych, mija boczne drogi do Calice Ligure i Bardino Vecchio, a w końcu dociera do kościółka pod wezwaniem św. Pantaleona. Odtąd nie ma już łatwo. Kolejne 8,6 kilometra ma średnio 7,1 % i kończy się przy zbiegu z drogą SP15. Szosa niemal cały czas wiedzie w kierunku północno-zachodnim. W zasadzie nie ma tu typowych wiraży, acz dłuższych prostych odcinków też trudno uświadczyć. Teren jest odsłonięty, więc słonko potrafi ostro przygrzać. Ponoć nawet zimą można dotrzeć rowerem na tą przełęcz. Licznik pokazał mi 26 stopni jako średnią temperaturę z całego wzniesienia. Po lewej ręce niemal przez cały czas jest piękny widok na Morze Liguryjskie. W samej końcówce podjazd nieco odpuszcza. Ostatnie półtora kilometra ma średnie nachylenie 5,5%. Finał podjazdu jest wielce oryginalny, albowiem mieści się w bramie fortu Centrale del Melogno wybudowanego w latach 1883-1895. Od początku do końca jechało mi się bardzo dobrze. Po blisko dwutygodniowym lenistwie jazdę zacząłem bardzo ochoczo. Chyba nawet na zbyt twardym przełożeniu, bo nogi szybko zapiekły. Tym niemniej nie podcięło mi to skrzydeł. Byłem w stanie utrzymać równe mocne tempo na całej długości wzniesienia. Według danych z licznika przejechałem 15,2 kilometra w czasie 53:38 (avs. 17,0 km/h), co przy nieco zaniżonym przewyższeniu 996 metrów oznacza VAM na poziomie 1114 m/h. Zapisy na stravie wyglądają jeszcze korzystniej. Otóż ponad 8-kilometrowy trzeci segment pokonałem w tempie 1185 m/h, zaś najdłuższy „wyróżniony” odcinek czyli ostatnie 12 kilometrów zrobiłem w 43:58 (avs. 16,4 km/h i VAM 1153 m/h). W tym momencie jest to 19 wynik pośród 523 zarejestrowanych osób. Tymczasem Darek w „środowisku rowerowym” testował swe buty do biegania. Siłą rzeczy musiał potraktować ten podjazd ulgowo. Jechał w tempie turystycznym i dotarł na przełęcz w czasie 1h i 20 minut.

20150906_130639

20150906_132645

20150906_135414

20150906_141554

Na przełęczy spędziliśmy około dwudziestu minut. Następną godzinę zajął nam spokojny zjazd przeplatany tradycyjnymi foto-przystankami. Przy słonecznej pogodzie było wiele okazji do tego by zawiesić oko na na okolicznych widoczkach. Do samochodu zjechaliśmy około 14:20. Z tego miejsca do podnóża drugiego wzniesienia mieliśmy 37 kilometrów. Aby dostać się tam jak najszybciej skorzystaliśmy z autostrady na odcinku Finale Ligure – Albegna. Potem zjechaliśmy na drogę SP582 dojeżdżając do Martinetto. Oficjalnie podjazd pod Colle Caprauna zaczyna się właśnie w tym miejscu wraz z początkiem doliny rzeki Pennavaire jak i drogi SP 14. Moja lektura określiła Capraunę mianem „niekończącej się”. Co więcej dodała, że dzięki swym wymiarom i spektakularnemu pejzażowi może wzbudzać zazdrość nawet wśród alpejskich przełęczy. W pełnej wersji to wzniesienie to liczy sobie aż 28,5 kilometra. Niemniej pierwsze 9 kilometrów to zaledwie falsopiano o nachyleniu 2,1%. Dlatego ten odcinek postanowiliśmy sobie darować. Zatrzymaliśmy się dopiero przy mostku tuż przed Nasino. Dario wystartował z tego miejsca, zaś ja cofnąłem się jeszcze kilkaset metrów w dół doliny do miejsca, które wyglądało mi na początek prawdziwego podjazdu. Poczynając od Mulino di Nasino wzniesienie ma 19,5 kilometra o przewyższeniu 1119 metrów. To daje średnie nachylenie rzędu 5,7%. Natomiast maksymalna stromizna sięga 11%. Można na nim wyróżnić dwa dłuższe segmenty solidnej wspinaczki. Pierwszy o długości 9,6 kilometra przy średniej 6,4% oraz drugi czyli 7,8 kilometra ze średnią 6,1%. Są one przedzielone niemal płaskim odcinkiem 2100 metrów. Wystartowałem o 15:34. Po przejechaniu 600 metrów minąłem nasze miejsce postojowe, zaś na początku drugiego kilometra przejechałem przez Nasino. Po przebyciu 2,4 kilometra minąłem boczną drogę do Vignolo, a następnie kościół w stylu romańskim. Ciekawostką wschodniego podjazdu pod Capraunę jest fakt, iż pomimo swego niezaprzeczalnie liguryjskiego charakteru przebiega on głównie po terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Okazało się, że od miejsca swego startu do granicy obu regionów miałem tylko 3,1 kilometra.

Tym samym na początku czwartego kilometra byłem już w Piemoncie jadąc po tej samej drodze, lecz oznaczonej jako SP107. W połowie piątego kilometra droga oddala się od rio Pennavaire. Długimi fragmentami chowa się w lesie. W niższych partiach wzniesienia cień podróżnym dają kasztany, zaś w wyższych jodły i buki. Oczywiście podczas jazdy nie miałem czasu prowadzić badań miejscowej flory, lecz różne mądre rzeczy można wyczytać na temat zwiedzanych miejsc czytając mądre księgi. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Alto, na terenie której trzeba było pokonać trzy wiraże. Dwa kilometry za tą miejscowością to bodaj najtrudniejszy fragment całego podjazdu. Po przejechaniu 8,7 kilometra minąłem boczną drogę do położonego na wysokości 1008 metrów n.p.m. sanktuarium Madonna del Lago. Z kolei po 11 kilometrach od startu przebiłem się przez skalny tunel. Ponoć miejscowe góry ze swymi wieloma pionowymi ścianami są popularnym miejscem klasycznej wspinaczki czyli zdobywania gór metodą free-climbing. Dwa kilometry za tunelem dotarłem do Caprauna. Nie była to jeszcze przełęcz, a jedynie wioska o tej samej nazwie. To w tym miejscu trzeba było pokonać odcinek o nachyleniu dochodzącym do 11%, by po przejechaniu dwóch wiraży znaleźć się ponad dachami miejscowych domostw. Do końca wspinaczki brakowało mi jeszcze 6,5 kilometra. Droga ponownie zmieniła oznaczenie, odtąd nazywała się już SP216. Trzy kilometry przed finałem minąłem ostatni wiraż, zaś po przejechaniu 18,7 kilometra pieszy szlak do Rifugio Pian dell’Arma. Koniec podjazdu znajduje się na zakręcie w prawo i w zasadzie ociera się o granicę z Ligurią. Według licznika dystans 19,8 kilometra przejechałem w czasie 1h 06:48 (avs. 17,8 km/h) co przy zanotowanym przewyższeniu 1106 metrów daje VAM na poziomie 993 m/h. Nie była to więc już jazda na miarę wyczynu z Colle Melogno. Na stravie najdłuższy zarejestrowany segment ma długość 18,6 kilometra. Pokonałem ten odcinek w czasie 1h 04:20 (avs. 17,4 km/h i VAM 996 m/h), co dało 171 miejsce na liście obejmującej aż 796 nazwisk. Dario w obuwiu od Asisca przejechał ten segment w czasie 1h 29:33. Bez właściwego sprzętu każdy wjazd na górę, niezależnie od uzyskanego czasu, był zwycięstwem. Natomiast samo podjęcie wyzwania wypełnieniem olimpijskiego motta, iż „najważniejszy jest udział”. Żartowaliśmy, sobie że inspiracją dla niego był napotkany przed sześciu laty facet w klapkach spod Mont du Chat. Do samochodu zjechaliśmy kwadrans po osiemnastej. W drodze powrotnej przed wskoczeniem na autostradę zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy w Cisano sul Neva. Na pierwszym etapie przejechaliśmy w sumie 71 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2108 metrów.

20150906_170541

20150906_173237

20150906_174821

20150906_181704

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Lago di Neves & Riva di Tures

Autor: admin o niedziela 23. Sierpień 2015

Po dziesięciu dniach każdy z nas miał już co najmniej tuzin sporych gór w nogach. Wszystkie najważniejsze cele tej wyprawy zostały osiągnięte. Tymczasem za rogiem czaiła się perspektywa wielogodzinnej podróży powrotnej do Gorzowa, Warszawy czy Trójmiasta. Stąd przed ostatnim odcinkiem Giro dell’Alto Adige zapanowało pewne rozprężenie. Połowa członków naszej ekipy zastanawiała się czy ruszać na trasę jedenastego etapu. Ostatecznie wystartowało nas siedmiu tzn. wszyscy poza Arturem. Niemniej tylko trzech z myślą o zrobieniu pełnego programu czyli dwóch podjazdów. Niemal do końca zastanawiałem się co nam tu jeszcze pozostało do zrobienia. W ostatnich dwóch dekadach wyścig Dookoła Włoch trzykrotnie bywał w tych okolicach. Za każdym razem etapową metę Giro d’Italia wyznaczano w Falzes (niem. Pfalzen), niewielkim miasteczku położonym jakieś 7 kilometrów na północny-zachód od Brunico. Etap z roku 1997 wygrał Hiszpan Jose Luis Rubiera, zaś odcinek z sezonu 2004 Włoch Damiano Cunego. Przy ostatniej okazji czyli w 2012 roku najszybciej linię mety minął tu Bask Jon Izagirre, zwycięzca ubiegłorocznego Tour de Pologne. Tym niemniej w bezpośrednim sąsiedztwie tej miejscowości brak jest gór, które mogły zaspokoić nasze ambicje poznawcze. W 1997 roku ostatnią premią górską przed metą w Falzes było Montassilone (podjazd o długości 7,1 km przy średniej 8%), zaś siedem lat później nieco łatwiejsze Terento (8,4 km przy średniej 6%). Z kolei na etapie sprzed trzech lat premii górskich w ogóle zabrakło i najtrudniejszy był niespełna 5-kilometrowy łagodny podjazd do mety. To wszystko nie były wzniesienia godne naszej uwagi. Ostatnich wyzwań musieliśmy poszukać nieco dalej od domu. Gdyby stać nas było na mocne kończące uderzenie to udalibyśmy się na zachód do oddalonego o 22 kilometry Rio di Pusteria. Wybierając to miasteczko za punkt startu moglibyśmy w ramach około 90-kilometrowego etapu zaliczyć trzy solidne wzniesienia. To znaczy: Kieneralm (14 km przy średniej 6,9%), Val di Valles (14 km x 6,8%) oraz Alpe di Rodengo (11,7 km x 8,2%). Każdy z nich kończący się na wysokości ponad 1700 metrów n.p.m. po pokonaniu niemal tysiąca metrów przewyższenia.

Jednak na tak hardcorowe akcje nie było nas już stać. Dlatego wybrałem opcję nieco krótszej, bo 16-kilometrowej wycieczki w kierunku północnym ku Valle Aurina. To dolina sięgająca północnych kresów Italii. Kraina długich i mroźnych zim, w której mało kto mówi po włosku. Nie musieliśmy jednak jechać do końca drogi SS621 czyli na wysokości około 1600 metrów n.p.m. Interesowały nas podjazdy zaczynające się w tej dolinie, lecz wytyczone na bocznych drogach. Zachodni pod Lago di Neves (1856 m. n.p.m.) oraz wschodni do Riva di Tures (1675 m. n.p.m.). W tym celu podjechaliśmy do Molini di Tures (niem. Muhlen di Taufers) – miejscowości położonej u podnóża pierwszego z wybranych podjazdów i oddalonej ledwie dwa kilometry od początku drugiego z tych wzniesień. Wystartowaliśmy kilka minut przed dwunastą. W ramach krótkiej rozgrzewki przejechaliśmy płaski kilometr po wspomnianej krajówce. Następnie skręciliśmy w lewo i tu na drodze SP42 czekał już na nas podjazd o długości 17,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,6%. Co ciekawe wedle wszelkich dostępnych danych mający przewyższenie równo 1000 metrów. Ta dość długa i nierówna wspinaczka kończy się przy sztucznym jeziorze Neves Stausee, powstałym wśród szczytów Alp Zillertalskich za sprawą tamy wybudowanej w latach 1960-64. Cały podjazd streścić można w następujący sposób: solidny początek, długi i łatwy środek oraz bardzo trudna końcówka. Już na pierwszym kilometrze, gdzie chwilowe nachylenie przekraczało 12% podzieliliśmy się na dwa pododdziały czyli sekcję sportową i turystyczną. Czułem się dobrze, więc pociągnąłem żwawiej i ze mną zabrali Romek, Tomek oraz Adam. Pozostali czyli Daniel, Darek i Rafał spasowali niejako z założenia chcąc na zakończenie tej wycieczki raczej zwiedzać niż się ścigać. Pierwsza faza wspinaczki skończyła się już w połowie trzeciego kilometra. Potem droga się wypłaszczyła, więc nasza prędkość znacząco wzrosła. Najmocniejsze zmiany dawał Adam, na płaskich odcinkach podkręcając tempo naszej grupki do 36 km/h.

Na początku siódmego kilometra minęliśmy urocze jeziorko, przy którym nasi koledzy-turyści urządzili sobie później sesję zdjęciową. W tle widać już było wioskę Selva di Molini (niem. Muhlwald), której centrum minęliśmy po przejechaniu 7,3 kilometra. Nasz szlak przybrał nazwę SP156, acz wciąż jeszcze prowadził nas prosto w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu 11,1 kilometra odbiliśmy na północ wciąż jednak pozostając na lewym brzegu miejscowej rzeki. Tym niemniej na pierwszy trudniejszy odcinek przyszło nam jeszcze poczekać do połowy trzynastego kilometra. Jakieś 5 kilometrów przed szczytem zaczęła się decydująca rozgrywka. Na czele pozostałem razem z Tomkiem. Po przebyciu 13,9 kilometra dotarliśmy do Lappago (niem. Lappach), gdzie w dużym namiocie trwał właśnie w najlepsze wiejski festyn w prawdziwie tyrolskim stylu. W okolicy tej wioski trzeba było pokonać dwa tunele. Po wyjechaniu z drugiego do przejechania pozostało nam 3500 metrów. Pod koniec piętnastego kilometra jeszcze na terenie zabudowanym przyszło nam się zmierzyć ze stromizną sięgającą 17%. Na dwa kilometry przed finałem minęliśmy symboliczne rondo i budkę ze szlabanem przy, której kierowcy samochodów musieli zapewne uiszczać myto. Stroma końcówka, na której wedle prognoz maksymalne nachylenie miało wynieść 20% to był teren w sam raz dla ważącego niewiele ponad 60 kilogramów Tomka. Wąska dróżka ze stromym górskim zboczem po lewej stronie i wysokim na dwa metry murem po naszej prawicy. Na stravie jako finałowy zaznaczono segment o długości 2,7 kilometra i przewyższeniu 302 metrów czyli ze średnią 11%. Przejechałem ten odcinek z prędkością VAM na poziomie 1117 m/h, a mimo to nie dałem rady utrzymać koła swemu młodszemu koledze. Cały podjazd o długości 18,2 kilometra pokonałem zaś w czasie 1h 06:13 (avs. 16,5 km/h). „Bury” był ode mnie szybszy o 18 sekund. Romek stracił do zwycięzcy 1:41, zaś Adam 2:11. Na samej górze wjechaliśmy na tamę, co na swych zdjęciach i filmach uwiecznił Romano.

Neves_1

Neves_2

Neves_3

Przy Lago di Neves spędziliśmy około dwudziestu minut. Jako pierwszy w dół popędził Romek, któremu cały zjazd zajął 25 minut. Dla niego było to już ostatnie wzniesienie, albowiem umówił się z Arturem na szybszy powrót do kraju. Nasi koledzy z Mazowsza chcieli ruszyć jeszcze w niedzielne popołudnie. Ja zjeżdżałem tradycyjnie zjeżdżałem najwolniej, zatrzymując się na zdjęcia w co ciekawszych dla oka miejscach. Na drugim kilometrze zjazdu minąłem się z Danielem, Darkiem i Rafałem nieśpiesznie zdążającymi do swej ostatniej premii górskiej. Do drogi krajowej dotarłem kwadrans po czternastej. Następnie odbiłem w lewo czyli w górę Valle Aurina. Przejechałem jakiś kilometr w kierunku Campo Tures (niem. Sand in Taufers). Tu od razu skręciłem w Via Wiesenhof, ale Adama i Tomka nie spotkałem. W rozmowie telefonicznej wyjaśniło się, że obaj wrócili na chwilę do samochodów. Podjechałem więc dalsze kilkaset metrów do centrum tej miejscowości i tu postanowiłem zaczekać na moich wspólników w ostatniej akcji. Wspólną jazdę rozpoczęliśmy od przejechania mostku nad potokiem Aurina (niem. Ahr). Następnie musieliśmy skręcić w prawo na drogę SP43. Do pokonania mieliśmy podjazd o długości 12,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7% z przewyższeniem 808 metrów. Całkiem solidna premia górska na koniec całej zabawy. W odróżnieniu od wspinaczki pod Lago di Neves tu największe wrażenie robiły pierwsze kilometry. Znak drogowy u skraju szosy straszył nawet stromizną na poziomie 17%, ale to była drobna przesada. Wedle danych odczytanych z Garmina maksymalne nachylenie sięgnęło tu kilkakrotnie 15 % na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Przez dwa pierwsze kilometry jechaliśmy w cieniu gęstego lasu. Po przejechaniu trzech kilometrów minęliśmy drogę odchodzącą w lewo ku wiosce Acereto (niem. Ahornach). Czterysta metrów dalej „przeskoczyliśmy” na południowy brzeg potoku Reinbach, którego szum miał nam towarzyszyć niemal do końca dziewiątego kilometra. Na szóstym i siódmym kilometrze przejechaliśmy pod trzema galeriami, z których najdłuższa była druga.

Podczas tej wspinaczki dość szybko wyszło na jaw, że pierwszy podjazd najwięcej sił wyssał z Tomka. Ja czułem się nadspodziewanie dobrze i mogłem dyktować znacznie szybsze tempo. Z czasem okazało się ono za mocne także dla Adama. Mimo to miarkowałem swe siły, chcąc zachować kontakt wzrokowy z kolegami jadącymi za mną. Gdy po przejechaniu 7,4 kilometra skończyła się najtrudniejsza część tego wzniesienia zwolniłem tak by dojechałem do mnie Adam. Od wjazdu do Riva di Tures (10,4 km) dzieliły nas niemal płaskie trzy kilometry. Na tym łatwym odcinku jechaliśmy bardzo spokojnie, aby i Tomek złapał z nami kontakt. Wiedziałem, że przed samą miejscowością droga się rozjeżdża i trzeba będzie odbić w prawo. Dojeżdżając razem do tego miejsca miałem przynajmniej pewność, że się tu nie rozjedziemy w różnych kierunkach. Do końca wspinaczki mieliśmy jeszcze 2100 metrów o średnim nachyleniu 7,6%. Na początek dwa wiraże przy przejeździe przez Riva di Tures, z czego ten drugi przy typowym tyrolskim kościele ze strzelistą wieżą. Znowu nieco podkręciłem tempo przejeżdżając finałowy segment z prędkością ponad 15 km/h. Jak można było się spodziewać „ugotowany” Tomek szybko odpadł. Adam trzymał się blisko, więc do końca asfaltowej drogi dojechaliśmy praktycznie razem. Zatrzymaliśmy się przy parkingu na początku drogi szutrowej biegnącej ku Passo Gola (niem. Klammljoch). To przełęcz na granicy z Austrią położona na wysokości 2291 metrów n.p.m. Gdybyśmy chcieli na nią dotrzeć musielibyśmy jeszcze przejechać odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 8,9%. Początek tej „strada bianca” wyglądał całkiem zachęcająco, ale nie mieliśmy czasu i ochoty na podjęcie tego ryzyka. Zakończyłem więc swój ostatni podjazd po przejechaniu 12,5 kilometra w czasie 54:51 (avs. 13,7 km/h). Jakimś dziwnym zrządzeniem losu zajął mi on co do sekundy tyle samo czasu co Passo San Lugano zdobyte na samym początku tej wyprawy. Gdy staliśmy na górze zgasł mi Garmin, którego zapomniałem podładować. Z kolei Adamowi już na samym dole zepsuł się „bębenek”, więc do naszego parku maszynowego dojechał holowany przez Tomka. To były już chyba znaki od niebios, iż czas kończyć naszą przygodę w Południowym Tyrolu. Ja wraz z Danielem i Darkiem opuściłem gościnne progi Hausstatterhof jeszcze wieczorem czyli po godzinie 20-tej. Jedynie Rafał i spółka przed powrotem do Polski spędzili jeszcze jedną noc na swej stancji pod San Martino in Badia.

Spisaliśmy się bardzo dzielnie na przekór nie zawsze uprzejmej dla nas pogodzie. Ja dodałem do swej kolekcji 20 premii górskich, z czego 15 o przewyższeniu przynajmniej 1000 metrów! W tej liczbie 19 zupełnie nowych podjazdów. Plus „stara znajoma” czyli Costalunga, którą poznałem jedenaście lat wcześniej, acz wtedy w niepełnym wymiarze. Tym razem wespół z siedmioma kolegami przejechałem ją w pełnej 26-kilometrowej wersji od tunelu w Cardano. W sumie podczas tych jedenastu etapów przejechałem 729 kilometrów, z czego 355 pod górę. Łączne przewyższenie moich wszystkich premii górskich wyniosło 22.726 metrów. Tym samym moja „przeciętna góra” na tym wyjeździe miała długość niespełna 17,8 kilometra i amplitudę 1136 metrów. Koledzy też nie próżnowali. Nasze codzienne trasy nie zawsze się pokrywały. W miarę logistycznych możliwości działaliśmy bowiem wedle zasady: „każdemu wedle potrzeb”. Po to by każdy z nas wyniósł z tego wyjazdu maksimum satysfakcji z własnych odkryć i dokonań. Jeśli dobrze policzyłem Adam również przejechał 20 podjazdów o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Darek zrobił ich 19, Romek 18, Artur i Tomek po 16, Rafał 14 i Daniel 13. Członkom tej drużyny nie straszne było niebotyczne Stelvio, zimne Rombo, deszczowa Sella, strome Pampeago czy kamienisty Kronplatz. Najważniejsze jednak, że potrafiliśmy ze sobą współpracować, a nawet poratować się w potrzebie czego przykładem była akcja-ewakuacja spod Arabby. W tym składzie możemy zawojować niejeden region Europy. Na koniec pozostaje mi tylko dodać: „Grazie Ragazzi & Ci vediamo a Trentino”. Z większością tej ekipy spotkam się, bowiem w sierpniu 2016 roku na szosach Trydentu. Wcześniej bo na przełomie maja i czerwca zamierzam się sprawdzić na górskich drogach Katalonii i Andory w towarzystwie Darka i Rafała.

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Kronplatz (Plan de Corones) & Erbe NE

Autor: admin o sobota 22. Sierpień 2015

W końcu przyszła pora na Kronplatz lub Plan de Corones jak mawiają Włosi. Ta góra pochodzenia wulkanicznego wznosi się na wysokość 2275 metrów n.p.m. czyli niemal półtora tysiąca metrów powyżej Brunico oraz innymi miejscowościami tej części Val Pusteria. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych górę tą „oswojono” na potrzeby narciarstwa alpejskiego. Dziś działają na niej 32 wyciągi różnego typu służące amatorom „białego szaleństwa”, którzy mogą się sprawdzić na 49 różnych trasach o łącznej długości 116 kilometrów. Dla kolarstwa górę tą odkryto dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Górskie drogi najczęściej prowadzą na przełęcze lub do stacji narciarskich. Niekiedy wiodą ku zagubionym w górskiej głuszy: wioskom, gospodarstwom, schroniskom czy sanktuariom. Natomiast rzadko kiedy ubita droga (acz niekoniecznie asfaltowa) dociera na sam wierzchołek górskiego szczytu. Kronplatz jest jednak oryginalnym okazem pośród alpejskich szczytów. To znaczy takim, który przy odpowiedniej dawce samozaparcia do walki ze stromizną oraz zdradliwym podłożem zdobyć można na rowerze. W sprzyjających okolicznościach nawet na szosowym. Przed około dziesięciu laty tą górą zainteresował się ówczesny dyrektor Giro d’Italia czyli Angelo Zomegnan. Człowiek słynący z zamiłowania do odkrywania ekstremalnych tras dla „swego” wyścigu. Zanim tak się stało uczestnicy „La Corsa Rosa” już czterokrotnie śmigali po południowym zboczu tej góry. To znaczy ku premiom górskim wytyczonym na Passo di Furcia vel Furkel Sattel (1759 m. n.p.m.). Przy dwóch pierwszych okazjach w 1981 i 1994 roku peleton podjeżdżał od strony północno-wschodniej z początkiem wspinaczki w Valdaora (niem. Olang) czyli z doliny Pusteria. Natomiast w latach 1997 i 2004 wspinano się od strony południowo-zachodniej ze startem we wiosce Longega leżącej na skraju Val Badia. Dwa spośród tych etapów zadecydowały o wynikach całego wyścigu.

W 1981 roku na odcinku do San Vigilio di Marebbe zaatakował Giovanni Battaglin. Włoch był pierwszy na premii, po czym po krótkim zjeździe wygrał też etap. Dzień później zdobył koszulkę lidera i ostatecznie wygrał całe Giro niespełna miesiąc po swym triumfie w Vuelta a Espana. Natomiast podczas edycji z 2004 roku pierwszy na tej premii był Szwajcar Niki Aebersold, lecz co ważniejsze wielokilometrową akcję zainicjował tu Damiano Cunego. „Mały Książę” zgubił lidera czyli Ukraińca Jarosława Popowicza i ze sporą przewagą wygrał etap do Falzes. Odzyskał „maglia rosa” i przy okazji „zaszachował” nominalnego szefa swej drużyny czyli Gilberto Simoniego z Saeco. Siedem lat wcześniej na podobnej trasie punkty na owej premii zgarnął Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś po etapowe zwycięstwo w Falzes sięgnął Hiszpan Jose Luis Rubiera. Z kolei w 1994 roku pierwszy na tej premii górskiej był Szwajcar Pascal Richard, lecz wiele kilometrów dalej na mecie w Merano triumfował Marco Pantani. W sezonie 2006 przełęcz Furcia to było już za mało dla Signore Zomegnana i spółki. Organizatorzy Giro postanowili, że etap z Termeno (niem. Tramin) zakończy się na Kronplatz. Kibice ostrzyli sobie zęby na stromy finał tego odcinka. Walka bark w bark na wąskim kawałku drogi, w dodatku po szutrowej nawierzchni przypominającej czasy Bartalego i Coppiego rozpalała wyobraźnię. Do takiej rozgrywki jednak nie doszło. W ludzkie plany wmieszała się natura. Warunki atmosferyczne były na tyle złe, że szefostwo wyścigu „skasowało” wcześniejsze premie górskie, zaś finisz tego odcinka przeniesiono ze szczytu góry na przełęcz Furcia. Na mecie jako pierwsi zjawili się Włosi: triumfujący Leonardo Piepoli i tuż za nim rządzący niepodzielnie w tym wyścigu Ivan Basso. Trzeci ze stratą 16 sekund był niespodziewany wicelider Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez. Po tych problemach z aurą włodarze Giro zmienili koncepcję. Gdy w latach 2008 i 2010 znów zaproponowali kolarzom wizytę na Kronplatzu, zaprojektowali ją w bezpieczniejszej dla przebiegu rywalizacji formule górskiej czasówki. Start do obu tych „etapów prawdy” wyznaczono przy tym nie na samym początku podjazdu, lecz w miasteczku San Vigilio di Marebbe. Znacznie lepiej przystosowanym do goszczenia kolumny wyścigu niż malutka Longega.

Obie próby czasowe miały jednakową długość tzn. 12 kilometrów i 850 metrów. Na tej trasie tylko pierwsze 7,6 kilometra biegnie po asfalcie, zaś pozostałe 5250 metrów już po drodze gruntowej. Wspinaczkę z roku 2008 wygrał Franco Pellizotti z czasem 40:26. „Delfin z Bibbione” wyprzedził o 6 i 17 sekund swych rodaków: Emanuele Sellę i Gilberto Simoniego. Liderujący w tym wyścigu Hiszpan Alberto Contador był czwarty tracąc do Pellizottiego 22 sekundy. Cronoscalata z 2010 roku jeszcze bardziej zaskoczyła wynikami. Ponoć wpływ na nie miał zmienny kierunek wiatru. Zdecydowanie najlepszy czas czyli 41:28 uzyskał Stefano Garzelli, który jednak z tym wynikiem dwa lata wcześniej byłby ledwie siódmy. Włoch o 42 sekundy wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa i o 54 Francuza Johna Gadret. Niespodziewany lider wyścigu Hiszpan Daniel Arroyo był ledwie szesnasty (+ 2:16), zaś późniejszy triumfator tego Giro czyli Ivan Basso szósty (+ 1:10). W obu tych próbach dobrze spisał się nasz Sylwek Szmyd. W 2008 roku jeszcze jako kolarz Lampre uplasował się na szesnastej pozycji (strata 2:37, czas 43:03), zaś dwa lata później jadąc w barwach Liquigasu zajął piętnaste miejsce (strata 2:02, czas 43:30). Tą drugą czasówkę obejrzałem na żywo i na miejscu. Najpierw stanęliśmy z Darkiem na wirażu przy przejściu z asfaltu na odcinek szutrowy. Potem przenieśliśmy się na stromą prostą za zakrętem Belloniego, gdzie lepiej było usiąść lub się położyć by „pod jakimś takim dziwnym kątem” oglądać przebieg wypadków. Owego dnia aby dojechać w rejon wielkich wydarzeń wspięliśmy się na Furcię od strony północno-wschodniej. To znaczy pokonaliśmy podjazd o długości 10,1 kilometra ze średnim nachyleniem 7,1 % (max. 14,3 %) i przewyższeniem 722 metrów. Przeciwległy podjazd południowo-zachodni poznałem jeszcze wcześniej. To znaczy w 2007 roku, gdy wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim wybrałem się na długą przejażdżkę w przeddzień startu w słynnym Maratona dles Dolomites. W ramach specyficznego „przetarcia nogi” zafundowaliśmy sobie tą 12-kilometrową wspinaczkę o średnim nachyleniu 6,2 % (max. 15,5 %) i przewyższeniu 752 metrów. Tamten wysiłek z pewnością nie pomógł mi w uzyskaniu dobrego wyniku we wspomnianym Gran Fondo, lecz przynajmniej „oswoił” mnie z większą częścią czekającego nas teraz wzniesienia.

Do podnóża tej góry mieliśmy blisko. Longega (niem. Zwischenwasser) leżała mniej więcej w połowie drogi między naszymi bazami noclegowymi. Moja piątka ze Santo Stefano musiała przebyć 12,5 kilometra, w dużej mierze po drodze krajowej SS244. Dojazd ten prowadził lekko pod górę, po dość ruchliwej szosie, w dodatku z paroma tunelami. Dlatego mimo umiarkowanego dystansu zdecydowaliśmy się raz jeszcze skorzystać z samochodów. Dla odmiany Adam, Rafał i Tomek pomieszkujący w Ties nieopodal San Martino in Badia dojechali do Longegi rowerami. Od miejsca zbiórki dzieliło ich 11 kilometrów i to głównie z górki. Spotkaliśmy się w punkcie zbornym około wpół do dwunastej. Rozpoczęliśmy ostatnie przygotowania. Dario na tak szczególną okazję wystroił się bodaj po raz pierwszy w tęczowy trykot spod znaku Etixx-Quick Step. Można by sparafrazować Mikołaja Reja: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi swego mistrza świata mają”. Ruszyliśmy do boju dokładnie o godzinie 11:52. Według danych z cyclingcols czekał nas podjazd długi na 16,8 kilometra o średnim nachyleniu 7,5% i przewyższeniu 1268 metrów. Wyceniony na 1144 punkty. Zaczęliśmy spokojnie i solidarnie czyli wespół w zespół. Wiedzieliśmy, że pierwsza tercja tego wzniesienia jest stosunkowo łatwa, przeto była okazja do wspólnej jazdy przez kilka kilometrów. Początkowo podjazd prowadzi w kierunku południowo-wschodnim ku San Vigilio di Marebbe vel Sankt Vigil in Enneberg. Jedynie czwarty kilometr o średniej 7% zmusza do umiarkowanego wysiłku. Po przebyciu czterech kilometrów droga SP43 skręca na północ. Dario ściął tu zakręt w iście pirackim stylu czyli jadąc pod prąd. Zrobił kilkadziesiąt metrów przewagi, lecz nie zamierzał tego wykorzystywać. Wkrótce przemknęliśmy obok Miary czyli dolnej stacji kolejki linowej na Kronplatz. Na wyjeździe z miasteczka ponownie jechaliśmy razem czyli całą ósemką. Największą ochotę do podkręcania tempa przejawiał tu Rafał. Łatwiejszy fragment podjazdu skończył się w połowie siódmego kilometra tuż za szerokim łukiem przy osadzie Curt (6,4 km). Droga się tu rozjeżdżała. Wariant lewy wiedzie ku wiosce Pieve di Marebbe. Nasza SP43 zbaczała w prawo ku Olang (Valdaora) czyli na Passo di Furcia. Do końca ósmego kilometra nachylenie jeszcze nie podcinało nóg, acz stopniowo stawiało coraz większy opór.

Pierwsze stromizny tuż przed półmetkiem wzniesienia dokonały naturalnej selekcji w naszym gronie. Wspólnie z Romkiem znaleźliśmy się na przedzie. Za nami samotnie kręcił Adam, a niedaleko za nim Darek z Tomkiem. Potem z nieco większą stratą jechali Daniel i Artur, a za nimi jeszcze Rafał. Na stromym dojeździe do wioski Costamesana (9,2 km) przejechaliśmy przez cztery wiraże. Starałem się dotrzymać tempa mojemu kompanowi i jednocześnie zachować nieco sił na jeszcze trudniejsze następne dwa kilometry. Im bliżej było przełęczy tym pewniej się czułem i mogłem dyktować tempo w naszym duecie. Być może tylko dlatego, że Romano na najbardziej stromych odcinkach musiał przepychać swoje twardsze przełożenie z tarczą 39 na przodku. Po przejechaniu 11,4 kilometra minęliśmy Ruis czyli pośrednią stację kolejki linowej, po czym na chwilę zniknęliśmy w krótkim tunelu pod wiaduktem. Po jego drugiej stronie mieliśmy dwieście metrów płaskiego terenu na złapanie oddechu przed spodziewanym szutrowym piekłem. Jak wynika ze stravy odcinek od Longegi do tunelu przed Furcią przejechaliśmy w czasie 48:12 ze średnią prędkością 14 km/h. W tym miejscu Adam tracił do nas 1:05, zaś Tomek z Darkiem 1:15-1:20. Daniel dotarł tu w czasie 51:53, Artur potrzebował na to 52:13, zaś Rafał 54:06. Po drugiej stronie tunelu mieliśmy dwieście metrów płaskiego terenu. Jednym słowem chwilę czasu na złapanie oddechu przed szutrowym piekłem. W oddali po lewej stronie drogi tuż za przystankiem autobusowym przy kapliczce spostrzegłem go. Mam na myśli zakręt, na którym kończy się asfalt i zaczyna kamienisty dukt ku wierzchołkowi góry. Mając w pamięci dwie czasówki z wyścigu Dookoła Włoch obawiałem się raczej stromizny dochodzącej do 24% niż stanu drogowej nawierzchni. Tymczasem w ciągu pięciu lat dzielących nas od ostatniej wizyty Giro w tym miejscu „strada bianca” na Kronplatz uległa znaczącej degradacji. Pokonaliśmy sprawnie pierwsze 150 metrów do zakrętu z Bellonim, po czym wyrosła przed nami ściana o nachyleniu 20%. Jednak pal licho tą stromiznę. Byłaby do przeżycia, gdyby tylko podłoże dostosowane było do potrzeb kolarza szosowego. Tymczasem był to jakiś popękany szlak pełen luźnych kamyków. Romek mający bogate doświadczenia z wyścigów MTB organizowanych przez Grzegorza Golonko, Czesława Langa i Cezarego Zamanę czuł się tu jak ryba w wodzie.

20150822_153202

20150822_152218

Ja szybko pozbyłem się wiary w możliwość sprawnego pokonania tego odcinka. Straciłem równowagę i musiałem się wypiąć. Gdy się zatrzymałem to nie mogłem ponownie ruszyć na tej stromej ścianie. Postanowiłem się przespacerować do najbliższego wirażu i tam spróbować szczęścia. Tymczasem za moimi plecami już nadciągał pościg. Tercet Adama stracił nieco sekund z rozpędu przejechawszy zakręt ku Kronplatz, ale teraz widziałem już ich na początku tej stromej prostej. Każdy walczył z nią na swój sposób. Tomek radził sobie całkiem zgrabnie, Darek niewiele gorzej, zaś Adam ratował się zjechaniem na trawiaste pobocze. Pierwsze 1600 metrów tego odcinka to był dla mnie istny koszmar. Zanim dotarłem do wirażu nr 8 musiałem się zatrzymać sześć razy, aby następnie przejść krótszy lub dłuższy odcinek drogi. Straciłem kontakt wzrokowy tak z prowadzącą trójką jak i będącym za moimi plecami Adamem. Apropos zakrętów na tym ponad 5-kilometrowym odcinku jest ich trzynaście. Numerowanych od góry niczym na L’Alpe d’Huez. Patroni owych wiraży to niemal wyłącznie sławy z zamierzchłej historii światowego kolarstwa. Najstarsi wiekiem na początku, zaś najmłodsza legenda włoskiego kolarstwa na samym końcu. Z tablicy przy nr 13 spogląda Gaetano Belloni, nr 12 to Costante Girardengo, nr 11 Giovanni Brunero, nr 10 Alfredo Binda, nr 9 Learco Guerra, nr 8 Giovanni Valetti, nr 7 Gino Bartali, nr 6 Hugo Koblet, nr 5 Fausto Coppi, nr 4 Gastone Nencini, nr 3 Charly Gaul, nr 2 Jacques Anquetil i w końcu nr 1 to o kilka dekad od nich młodszy Marco Pantani. Jak dla mnie w pełni przejezdny okazał się jedynie odcinek od Bartalego (13,2 km) do Pantaniego (15,9 km). Na zdecydowanie najłatwiejszym, przedostatnim kilometrze jazda zaczynała być znów przyjemnością. Niestety pozostałe do szczytu 1200 metrów okazało się kolejnym „polem minowym”. Tuż za wirażem nr 1 kryła się maksymalna na całej górze stromizna o nachyleniu 24%. Nie miałem sposobu na przejechanie takiej przeszkody po tym gruncie. Z tego co widziałem na filmie nagranym przez „Burego” tylko Romano dał tu jakoś radę po chwili zastanowienia. Niemniej nawet on w innym miejscu musiał postawić buta na gruncie. Heroicznie walczący Tomek do pokonania tego zakrętu zabierał się parę razy. Dał za wygraną dopiero gdy przy czwartej próbie poleciał na plecy. Tymczasem ja między wirażem Pantaniego a metą przy dzwonnicy Concordia 2000 wypiąłem się jeszcze cztery razy. Za to dość gładko uporałem się z pasterską bramką pod napięciem.

Szutrowy szlak pod Kronplatz dociera na wysokości 2273 metrów n.p.m. Według danych z Garmina moja droga krzyżowa z Longegi na Plan de Corones miała długość 17,1 kilometra. Ten dystans przejechałem, a poniekąd przeszedłem w czasie brutto 1h 33:12 (netto 1h 29:39). Oczywiście najszybciej na szczyt dotarli Romek i Tomek. Ten pierwszy nieco lepiej radził sobie z podstępną nawierzchnią. Drugi był mocniejszy na stromych odcinkach. Na dojeździe do Pantaniego Tommy był nawet samotnym liderem. Dario stracił do nich około półtorej minuty, zaś ja dalsze cztery. Na stravie znalazłem tylko nasze czasy z „oficjalnego” odcinka 12,8 kilometra od zakrętu w San Vigilio di Marebbe. Tomek uzyskał na nim łączny czas 1h 12:30 (avs. 10,7 km/h), Romek 1h 12:34, Darek 1h 14:02, zaś ja 1h 18:00 (avs. 9,9 km/h). Co ciekawe najniższy czas samej jazdy miał Dario tzn. 1h 09:36. W cieniu dzwonnicy mieliśmy czas na odpoczynek, przebranie się i przede wszystkim snucie opowieści na temat swych osobistych przygód na tej górze. Wspomniana Concordia 2000 została otwarta w lipcu 2003 roku. Dzwon jest wysoki na przeszło trzy metry i waży 18 ton, będąc drugim największym w całych Alpach. Ponoć dzwoni każdego dnia w południe oraz wtedy gdy gdzieś na świecie kończy się wojna lub zniesiona zostaje kara śmierci. Z kolei w tym roku na Kronplatz otwarto kolejny oddział Górskiego Muzeum Reinholda Messnera, pierwszego zdobywcy Korony Himalajów. Jakieś 20 minut po mnie do mety dotarł zdegustowany jakością drogi Adam. Arturro i Rafaello zobaczywszy stan nawierzchni na finałowym segmencie poprzestali na dotarciu do Passo di Furcia. Natomiast Daniel dotarł na szczyt pieszo alternatywnym szlakiem południowym, po tym jak dwa kilometry przed finałem (między wirażami nr 4 i nr 3) niepotrzebnie skręcił w lewo ku schroniskom Panorama i Graziani. Gdy dotarł na górę poszliśmy całą szóstką do tutejszej restauracji. Mało komu uśmiechała się perspektywa zjazdu po zapoznanym właśnie żwirowym szlaku. Tylko nieustraszony Romek się na to zdecydował, dzięki czemu nie zabrakło nam zdjęć z tego piekielnego odcinka. Natomiast my zwykli „śmiertelnicy” postanowiliśmy skorzystać z usług kolei linowej i kosztem 5 Euro od osoby wygodnie zjechać sobie na poziom Furkel Sattel. Tam czekał już na nas Rafał. Nareszcie byliśmy w swoim asfaltowym środowisku. Do parku maszynowego w Longedze zjechałem o 15:40. Na szczęście nie musieliśmy się nigdzie przenosić, gdyż kolejny podjazd mieliśmy w najbliższej okolicy.

20150822_133759

Zatrzymawszy się przy samochodach nadal wymienialiśmy się wrażeniami z wizyty na Kronplatzu. Równo pół godziny zbieraliśmy się do rozpoczęcia drugiej części dziesiątego etapu. Ostatecznie na Passo delle Erbe (2004 m. n.p.m.) ruszyliśmy w sześciu tzn. bez Daniela i Rafała. Z parkingu do podnóża tej góry mieliśmy ledwie pół kilometra. Dwa dni wcześniej dotarłem na Wurzjoch wraz z Adamem południowo-zachodnim szlakiem przez Val di Funes. Z kolei w sobotę postanowiłem wypróbować drogę północno-wschodnią przetestowaną na Giro d’Italia w roku 1994. Tym samym miałbym już na swym koncie trzy z pięciu sposobów dotarcia na tą przełęcz. Warto podkreślić, że żadna z tych dróg do łatwych nie należy. Według cyclingcols najtrudniejszy jest nieregularny podjazd północno-zachodni przez Luson, który wyceniono tu aż na 1194 punkty czyli wyżej niż Plan de Corones. Czy słusznie nie miałem jeszcze okazji sprawdzić. Tymczasem podjazd od Longegi zajmuje w tym zestawieniu drugie miejsce i wart jest 1081 punktów. Pozornie nie wygląda na aż tak wymagający. Do przejechania mieliśmy mieć do przejechania 14 kilometrów o średnim nachyleniu 7,2% i przewyższeniu netto 1001 metrów. Niemniej suche dane nie zawsze oddają wiernie to z czym mamy faktycznie do czynienia. Po pierwsze ogólna stromizna wzniesienia bywa znacząco zaniżona za sprawą płaskich czy nawet zjazdowych „przerywników” pomiędzy kolejnymi fazami wspinaczki. To realia każdej z pięciu dróg ku Ju de Furcia. Na północno-wschodnim szlaku pod przełęcz Erbe tego rodzaju „pusty” odcinek ma długość aż 2600 metrów. Po drugie utraconą wysokość trzeba potem odzyskać co oznacza, iż de facto do pokonania w pionie jest znacznie więcej metrów niż wynika to z różnicy pomiędzy wysokością mety i startu. Stąd gdy wyciśniemy z tej góry same odcinki wspinaczkowe okaże się, że podjazd ma 11,9 kilometra i przewyższenie brutto 1102 metry. Takie dane dają zaś już średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Pomimo ciężkiej przeprawy na Kronplatz wspinaczkę pod Erbe zaczęliśmy na wysokich obrotach. Głównie ze sprawą Darka, który od czasu środowego Passo delle Palade pragnął się zrewanżować Romkowi za tą minimalną porażkę. W specyficznych warunkach panujących na Plan de Corones to mu się nie udało. Wymagający podjazd pod Erbe był dla niego niemal ostatnią okazją do „wyrównania rachunków”.

Ruszyli ostro do przodu i już po przejechaniu pierwszego kilometra byłem jedynym, który utrzymał się w ich towarzystwie. Pierwsze cztery kilometry mają tu średnie nachylenie 10,7%. Tymczasem na trzecim kilometrze moi kompani zaczęli się atakować niczym autentyczni „profi”. Ostra jazda na wyczerpanie przeciwnika. Nie było mi łatwo reagować na te góralskie skoki. Z najwyższym trudem utrzymałem się z nimi na dojeździe do wioski Rina (niem. Welschellen). Według stravy początkowy segment o długości 3,8 kilometra przejechaliśmy w 20:46 tzn. z przeciętną prędkością 11 km/h i VAM 1101 m/h. Za nami ze stratą 34 sekund jechał Tomek, który jednak wkrótce spasował. Droga wznosiła się, acz lżej jeszcze do połowy piątego kilometra. Potem zaczął się odcinek „lekko zjazdowy”. Tu nie podjąłem ryzyka na wąskiej ścieżce o nie najlepszej jakości. „Charty” pognały naprzód. Na mostku przed osadą Ru (7,4 km) traciłem do nich kilkanaście sekund. Dario od razu poszedł za ciosem i Romano „zagotował się” zmianą rytmu czyli nagłym przejściem do kolejnej fazy wspinaczki. Dlatego już po chwili złapałem Romka. Postanowiłem mądrze rozłożyć siły i nie gonić Darka za wszelką cenę. W końcu byliśmy kolegami z zespołu Moto-1. Pod koniec dziewiątego kilometra nasz podjazd zbiegł się z drogą SP29 czyli szlakiem południowo-wschodnim od Piccolino. Po przejechaniu 9,5 kilometra byliśmy już w Antermoia (niem. Untermoia). Jechało mi się dobrze. Miałem rezerwy i wiedziałem, że jestem w stanie dojść Darka. Tymczasem Romek z coraz większym trudem dotrzymywał mi kroku i w końcu odpadł. Teraz mogłem nieco przyśpieszyć i złapać swego kolegę z drużyny. Stało się to pod koniec jedenastego kilometra na wysokości osady Biei. Dario powiedział żebym jechał swoje. Na wiodących przez las ostatnich czterech kilometrach po lewicy miałem ładny widok na szczyt Sass de Putia (2875 m. n.p.m.). Do samego końca kręciłem mocno. Drugą połowę podjazdu czyli odcinek 7,3 kilometra pokonałem z prędkością VAM 1092 m/h. Segment Wurzjoch o długości 14,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 04:16 (avs. 13,4 km/h) co obecnie jest szóstym wynikiem na liście obejmującej 63 nazwiska. Darek ukończył wspinaczkę w 1h 05:22, zaś Romek dotarł na przełęcz w 1h 06:50. Niespodziewanie jako czwarty zjawił się czyniący stałe postępy Arturro z czasem 1h 10:12. Po trzech dalszych minutach przyjechali Tomek (1h 13:10) i Adam (1h 13:22). No i jak tu nie wierzyć w przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.

20150822_173749

20150822_172200

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Stalle & Prato Piazza

Autor: admin o piątek 21. Sierpień 2015

Ostatnie trzy doby mieliśmy spędzić na włoskich kresach północnych. Na szosach wokół Brunico, do którego bardziej pasuje niemiecka nazwa Bruneck. W rejonie, który od blisko stulecia jest formalnie włoskim lecz kulturowo pozostaje germański. Dość powiedzieć, że około 80% miejscowej ludności uważa język niemiecki za swój ojczysty. To zresztą lingwistyczna reguła na terenie Południowego Tyrolu, za wyjątkiem stolicy prowincji oraz paru gmin na południe od Bolzano. Brunico dało Italii wielu mistrzów w sportach zimowych, w tym czterech braci Huberów – medalistów IO i MŚ w saneczkarstwie. Urodził się tu również Hubert Pallhuber – mistrz świata MTB w wyścigu cross-country z roku 1997. Jeśli chodzi o kolarskie atrakcje to wokół nas było z czego wybierać. W zasięgu godzinnego dojazdu samochodem mieliśmy przynajmniej tuzin ciekawych podjazdów. Pośród nich kilka przełęczy położonych 2000 i więcej metrów n.p.m. Tym niemniej z uwagi na ograniczony czas naszego pobytu w tym miejscu nie mogliśmy odwiedzić ich wszystkich. Trzeba było się zdecydować na sześć spośród nich. Odpuściliśmy sobie dojazdy do Vipiteno czy Rio di Pusteria na zachodzie tego rejonu. Wybór padł na góry komunikacyjnie najbliższe naszym bazom noclegowym w Santo Stefano i San Martino in Badia. Oznaczało to dla nas dwie wycieczki na północ i północny-wschód od Brunico oraz jedną wyprawę na południe od tego miasta. Najtrudniejszy z finałowych etapów – ten z wspinaczką na Kronplatz – wpisaliśmy do naszego grafiku na sobotę. Przede wszystkim dlatego by w piątek nie zarzynać się na drugi dzień po ciężkim dla wszystkich odcinku czwartkowym. Z drugiej zaś strony nie chcieliśmy się przesadnie zmęczyć w niedzielę, bezpośrednio przed długą drogą powrotną do ojczystego kraju. Z dwojga północnych wypraw w piątek postawiliśmy na tą z dłuższymi dojazdami. Wynikiem tego rodzaju „strategicznych” kalkulacji do programu dziewiątego etapu weszły podjazdy pod Passo Stalle vel Staller Sattel (2052 m. n.p.m.) i Prato Piazza alias Platzwiesen (1993 m. n.p.m.). Wspinaczkę pod pierwsze z owych wzniesień można zacząć w Bagni di Salomone (niem. Bad Salomonsbrunn) na wysokości 1105 metrów n.p.m. lub nieco wyżej w Anterselva di Mezzo (niem. Antholz Mittertal) leżącej jakieś 1230 m. n.p.m.

Ponieważ ruszyliśmy w drogę dopiero wczesnym popołudniem wybraliśmy to drugie rozwiązanie. Od miejsca zbiórki w San Lorenzo di Sebato mieliśmy jeszcze do przejechania 24 kilometry. Najpierw na wschód wzdłuż Val Pusteria (niem. Pustertal) po krajówce SS49, a potem w górę Valle di Anterselva na drodze SP44. Na miejsce dotarliśmy kwadrans po trzynastej. Zatrzymaliśmy się u wrót do królestwa włoskiego biathlonu. Na terenie tej doliny co roku odbywają się zawody o Puchar Świata w tzw. dwuboju zimowym. Co więcej w minionych czterdziestu latach Anterselva aż sześciokrotnie organizowała Mistrzostwa Świata w tej profesji. Po raz ostatni miało to miejsce w 2007 roku. Warto przy tej okazji wspomnieć, że podczas czempionatu rozegranego w 1995 roku złoty medal w biegu indywidualnym na 20 kilometrów wywalczył tu nasz Tomasz Sikora, będący wtedy u progu swej długiej i bogatej kariery. Passo Stalle jak dotąd tylko raz została wykorzystana na trasie wyścigu Dookoła Włoch. W dodatku zdobyta została od wschodniej czyli austriackiej strony. Stało się tak na czternastym etapie Giro z roku 1994. Ten wspominany już przeze mnie górski odcinek miał długość aż 235 kilometrów i wiódł z austriackiego Lienz przez przełęcze Stalle, Furcia, Erbe i Monte Giovo do mety w Merano. Etap wygrał Marco Pantani, zaś na pierwszej tego dnia premii górskiej najszybciej zameldował się jego starszy kolega z ekipy Carrera tzn. Claudio „Il Diablo” Chiappucci. Podjazd od włoskiej czyli południowo-zachodniej strony jest krótszy niż austriacki z Huben przez dolinę Defereggen, lecz wydaje się być trudniejszym z dwóch dróg na tą graniczną przełęcz. Według danych z „cyclingcols” startując z poziomu Anterselva di Mezzo mieliśmy do przejechania 12 kilometrów o średnim nachyleniu 6,7% i przewyższeniu 806 metrów. Przy tym ostatnie cztery kilometry o stromiźnie średnio 9, zaś maksymalnie ponad 13%. Ruszyliśmy kilka minut po wpół do drugiej. Początkowe 1600 metrów posłużyło nam za rozgrzewkę. Po tym łatwym wstępie trzeba się było zmierzyć z około 4-kilometrowym odcinkiem o średnim nachyleniu niemal 9 %. Podjazd prowadził tu szeroką doliną z długimi prostymi odcinkami lub co najwyżej szerokimi łukami. Dlatego owej stromizny gołym okiem nie było widać, acz dało się ją odczuć w nogach. Dokładnie po trzech kilometrach od startu minęliśmy wioskę Anterselva di Sopra. Nasz oddział dość szybko stopniał i na czele pozostało nas pięciu.

Na dojeździe do Biathlon Center Antholz (5,7 km) dwa mocne skoki oddał Adam. Czułem się na tyle dobrze, że mogłem poprowadzić pościg. Na wysokości Huber Alm prowadził Signore Kolarski z przewagą 5-10 sekund nad 4-osobową grupką, w której oprócz mnie byli jeszcze: Artur, Daniel i Darek. Rafał tracił do nas już przeszło trzy minuty, zaś Romek i Tomek niemal pięć. Na początku siódmego kilometra wjechaliśmy na płaski odcinek o długości 1900 metrów. Pełen turystów, którzy zawitali nad Lago di Anterselva. Drugi i zarazem finałowy segment wspinaczki zaczął się po przebyciu 7,9 kilometra. Stąd do przełęczy pozostawało nam jeszcze 4,5 kilometra po szosie o szerokości ledwie 2,5 metra. Ze względów bezpieczeństwa wprowadzono tu ruch wahadłowy. Przejazd dozwolony jest tylko w godzinach od 6:00 do 22:00 i to na szczególnych zasadach. Otóż w pierwszej kwarcie każdej godziny można rozpocząć zjazd ku Valle di Anterselva, zaś w trzeciej podjazd ku przełęczy. Niemniej z tych regulacji zdaliśmy sobie sprawę dopiero na górze. Walka rozgorzała na całego, gdy na samym początku stromego odcinka ostro zaatakował Dario. Nikt nie był w stanie siąść mu na koło. Przyśpieszyłem na tyle by dogonić Daniela, który próbował złapać kontakt z Darkiem. Wkrótce jechałem już jako drugi kontrolując dystans dzielący mnie od lidera. Na finałowym odcinku było w sumie dziesięć wiraży i jeden krótki tunel o długości 45 metrów. W końcu na około kilometr przed finałem dogoniłem Darka. Do nas z kolei zaczął się zbliżać kontratakujący Adam. Dario rzucił hasło by odeprzeć ten atak. Ostatkiem sił jeszcze przyśpieszyłem i przez kilkaset metrów byłem nawet samotnym liderem. W samej końcówce minimalnie zwolniłem abyśmy razem dotarli do premii górskiej. Od startu do granicznej przełęczy przejechaliśmy 12,3 kilometra w czasie 51:31 czyli przy średniej prędkości 14,4 km/h. Na stravie znalazłem za to segment o długości 11,4 kilometra, który „przerobiliśmy” w 49 minut (avs. 14,0 km/h) z VAM na poziomie 962 m/h. Ten wynik daje nam obecnie 25-26 miejsce pośród 232 zarejestrowanych osób. Adam uzyskał czas 49:41 (poz. 32), Daniel 50:49 (poz. 39), zaś Artur 51:11 (poz. 41). Rafał zakończył swoją wspinaczkę w czasie 1h 00:51. Tymczasem Romka i Tomka spotkaliśmy dopiero na początku swego zjazdu. Koledzy wspinali się co prawda w czasie netto 1h 04:45. Niemniej dodatkowe 20 minut stracili jeszcze na „bramce” grzecznie czekając na włączenie się do ruchu.

Stalle_1

Stalle_2

Stalle_3

Około wpół do czwartej byliśmy już z powrotem przy naszych autach. Od podnóża drugiego wzniesienia dzieliły nas 23 kilometry. Zapakowaliśmy się do samochodów tylko w siedmiu. Tomek miał swój drugi słabszy dzień i zrezygnował z forsowania drugiej premii górskiej. W ramach rozjazdu zdecydował się przejechać wspomniany odcinek dojazdowy na rowerze by następnie zaczekać na nasz powrót u podnóża góry. Po zjechaniu do Rasun skręciliśmy na wschód by tuż za Monguelfo-Tesido (niem. Wasberg-Taisten) odbić na południe wybrawszy drogę SP47 ku wiosce Braies (niem. Prags). Przed południem moi koledzy poważnie rozważali wyprawę na legendarne Tre Cime di Lavaredo (2362 m. n.p.m.) w sąsiednim regionie Veneto. Na tym stromym wzniesieniu już siedmiokrotnie wyznaczano finisze górskich etapów Giro d’Italia. Po raz ostatni w 2013 roku gdy triumfował Vincenzo Nibali. Przed nim na szlaku do miejscowego Rifugio Auronzo rządzili m.in. Eddy Merckx, Jose-Manuel Fuente czy Lucho Herrera. Ja byłem w tym miejscu już dwukrotnie. Najpierw w maju 2007 roku w roli kibica, gdy na trasie Giro triumfował „niesławny” Riccardo Ricco. Następnie w czerwcu 2008 roku gdy na przekór zimnu i wilgoci przejechałem ostatnie 7,5 kilometra od Lago di Misurina. Z tej przyczyny na swe piątkowe drugie danie i tak wybrałbym sobie Prato Piazza. Niemniej moi kompani mogli pognać dalej do Dobbiacco (niem. Toblach), po czym skręcić w SS51 i już niebawem byliby w Carbonin u podnóża słynnych Tre Cime. Z sobie wiadomych względów jednak zrezygnowali z tej ambitniejszej wycieczki. Ja nie miałem powodów do narzekania. Dzięki ich bardziej racjonalnej niż romantycznej decyzji mogłem liczyć na dobre towarzystwo podczas wspinaczki pod Platzwiesen. Zatrzymaliśmy się na rozjeździe przy punkcie informacji turystycznej. Szosa SP skręca tu w prawo nad niewielkie Lago di Braies vel Prags Wildsee. My jednak musieliśmy ruszyć prosto na południe. Przed nami było wzniesienie o długości 12 kilometrów, średnim nachyleniu 6,5% (max. 14%) i przewyższeniu 784 metrów. Można powiedzieć, że w teorii był to nieomal brat-bliźniak dopiero co zdobytej przez nas Passo Stalle.

Na tej górze można się rozgrzać na dojeździe do Ponticello (niem. Bruckele). Ten fragment trasy to długie proste odcinki przez górskie łąki. W sumie 5,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 %. Z kolei druga faza to już kręta droga przez iglasty las. Trudniejszy segment o długości 6,3 kilometra i średniej 7,5 %. Jednak prawdziwy deser to ostatni kilometr. Najpierw 600 metrów o średnim nachyleniu ponad 12%, a potem znacznie łatwiejsze 400 metrów prowadzące po drodze szutrowej. Wystartowaliśmy o wpół do piątej. Nastawienie w grupie było zrazu bardzo pokojowe. Na pierwszym kilometrze aby „utrzymać” się w grupie musiałem nawet zawrócić. Z czasem ożywił się Adam i przede wszystkim Arturro, starający się wykorzystać łatwiejsze odcinki pod koniec trzeciego i piątego kilometra podjazdu. Za drugim razem skoczył za samochodem. Sędziowie przymknęli oko na to cwaniactwo i nasz kolega wypracował sobie m/w 20 sekund przewagi. To był akcja rasowego harcownika. Tymczasem trzej górale cierpliwie czekali na drugą część wzniesienia. Począwszy od siódmego kilometra wspólnie z Adamem zaczęliśmy stopniowo niwelować zyski Artura. Towarzyszył nam Romek, którego z racji miejsca pochodzenia można uznać za klubowego kolegę naszego uciekiniera. Romano był świeższy od nas po ulgowym potraktowaniu Passo Stalle i potrafił wykorzystał pracę swego „gregario di lusso”. Po złapaniu Artura jakiś czas jechaliśmy w czwórkę. Po wzmocnieniu tempa najpierw odpadł Arturro, zaś na przedostatnim kilometrze również mi zabrakło sił do dalszej jazdy w czołówce. Ostatni kilometr rzeczywiście zmusił wszystkich do największego wysiłku. Zgodnie z planem łatwiej zrobiło się dopiero za parkingiem czyli po wjeździe na drogę gruntową. Z dwojga moich pogromców silniejszy okazał się Romek. O ile? Tego nie jestem w stanie stwierdzić, albowiem na stravie nie znalazłem jego czasu. W sumie przejechałem tu 12,3 kilometra w czasie 52:19 (avs. 14,1 km/h). Najdłuższy segment ze stravy obejmuje 11,2 kilometra pokonane w 48:55 (avs. 13,8 km/h i VAM 890 m/h). Do Adama straciłem na nim 1:10, zaś nad Arturem nadrobiłem 1:15. Za naszymi plecami toczyła się ponoć równie ciekawa rozgrywka o piątą lokatę. Rafał dzielnie atakował, ale ostatecznie górę wzięło doświadczenie Darka i moc Daniela. Na stromej końcówce wyprzedzili „Rafę” o jakieś 40-45 sekund. Na mecie mogliśmy sobie wynagrodzić wysiłek kawą i pokaźną porcją ciasta. Nasz nadworny fotograf czyli Dario strzelił świetne zdjęcie wszystkich zdobywców tej góry. Do kompletu zabrakło nam tu tylko Tomka. Na szczycie w miłej atmosferze spędziliśmy aż 40 minut.

Prato Piazza_1

Prato Piazza_2

Prato Piazza_3

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Erbe-Val di Funes & Pinei

Autor: admin o czwartek 20. Sierpień 2015

Ten czwartek zapowiadał się na bodaj najciekawszy dzień całej wyprawy do włoskiej części Tyrolu. Dla większości naszej ekipy etap ósmy miał być zarazem królewskim odcinkiem na szosach Alto-Adige. Po pierwsze tego dnia musieliśmy się przenieść z południa na północ prowincji Bolzano. To znaczy opuścić nasze lokum w Coronie nad Cortaccią na rzecz dwóch nowych przystani w San Stefano i San Martino nieopodal San Lorenzo di Sebato. Mniej więcej na półmetku tego przeszło 100-kilometrowego transferu zaplanowaliśmy sobie postój w Ponte Gardena, skąd mieliśmy ruszyć na spotkanie z kolejną kolarską przygodą. Szóstce kolegów (wszystkim poza Adamem) podsunąłem pomysł na przejechanie kultowej trasy wokół masywu Sella. Na etapie długości 103 kilometrów mieli pokonać kolejno przełęcze: Gardena (2121 m. n.p.m.), Campolongo (1875 m. n.p.m.), Pordoi (2239 m. n.p.m.) i Sella (2244 m. n.p.m.) bądź też Sella, Pordoi, Campolongo i Gardena – kolejność dowolna i zależna od decyzji, którą musieli podjąć najpóźniej na Pian de Gralba (1871 m. n.p.m.) po 25 kilometrach od startu. Tak czy owak czekała ich jazda szlakiem wielu edycji Giro d’Italia. Mieli zdobyć legendarne przełęcze wielokrotnie wykorzystane w wyścigu Dookoła Włoch. Pordoi i Sella po raz pierwszy pojawiły się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1940 roku. Natomiast Campolongo i Gardena zadebiutowały w sezonie 1949. W ostatnim półwieczu peleton Giro przejechał przez Gardenę dwanaście razy, zaś przez Sellę i Campolongo o jeden raz więcej. Niemniej prawdziwą rekordzistką pośród wszystkich włoskich przełęczy jest Passo Pordoi. W całej historii Giro kolarze przemknęli przez nią aż 37 razy, z czego 27 wizyt miało miejsce w okresie ostatnich 50 lat. Trzynaście razy była ona najwyższym punktem na trasie wyścigu, więc wyznaczano na niej premię górską Cima Coppi. Poza tym czterokrotnie kończyły się tu etapy Giro. W 1990 roku triumfował Francuz Charly Mottet, zaś w latach 1991 i 1996 Włosi: Franco Chioccioli i Enrico Zaina. Natomiast w 2001 roku do mety na tej górze jako pierwszy dotarł Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio.

Oczywiście bardzo wysoko cenię sobie piękno tej części Dolomitów jak i przebogatą kolarską historię tych gór. Tym niemniej motywem przewodnim moich górskich wojaży od dłuższego czasu jest chęć poznania kolejnych czyli zupełnie nowych podjazdów. Tymczasem miałem już na swym koncie trzy pełne rundki wokół masywu Sella. Pierwszą w 2003 roku przejechałem w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego. Drugą rok później zrobiłem wraz z Jarkiem Chojnackim. Natomiast w 2007 roku razem z Piotrkiem Mrówczyńskim zaliczyłem kolejną Sellarondę startując w Maratona dles Dolimites. Trasa tej wielce prestiżowej imprezy dla amatorów „leci” przez każdą ze wspomnianych przełęczy, zaś Campolongo „zalicza” nawet dwukrotnie. Na dodatek w 2010 roku wspólnie z Darkiem przejechałem całą trasę od Ponte Gardena do Passo della Gardena. Z tych powodów na czwartkowe popołudnie musiałem sobie poszukać innych wyzwań. W zasadzie miałem do wyboru trzy wzniesienia. Przełęcze Erbe (2004 m. n.p.m.) i Pinei (1437 m. np.m.) na wschodnim brzegu Isarco lub jedną z dwóch opcji podjazdu do znajdującej się po zachodniej stronie doliny gospody Gasserhutte (1752 m. n.p.m.). Wybrałem wspinaczki ku obu przełęczom by poznać kolejne drogi przetestowane już na wyścigu Dookoła Włoch. Na moje szczęście Adam podczas swych długich alpejskich wakacji zdążył zaliczyć trasę Sellaronda i to zapewne nie raz. Dlatego dał się przekonać do dwójkowej wyprawy na Passo delle Erbe oraz Passo Pinei. Aby dojechać do naszej bazy wypadowej w Ponte Gardena musieliśmy pokonać samochodowy odcinek o długości 59 kilometrów. Trasa tego dojazdu była nam dobrze znana z wypadów do Prato all’Isarco, Cardano i Bolzano w końcówce ubiegłego tygodnia. To znaczy kierunek ten sam, droga czyli SS12 ta sama i tylko dystans nieco większy. Gdy późnym przedpołudniem rozbiliśmy swój obóz startowy na parkingu przy Via Paese (niem. Dorfstrasse) zapowiadał się piękny dzień na rowerową eskapadę. Temperatura 25 stopni i niebo błękitne, niemal bezchmurne. Wespół z Adamem jako pierwsi zebraliśmy się do drogi. W przeciwieństwie do naszych kolegów do podnóża swego pierwszego podjazdu mieliśmy solidny dojazd, to znaczy nie jak oni kilkaset metrów lecz kilkanaście kilometrów.

Wystartowaliśmy o godzinie 12:05 i na samym początku popełniliśmy falstart. Zamiast ruszyć z parkingu w prawo zrazu odbiliśmy w lewo. Na skutek tego już po kilkuset metrach jazdy wyrosła przed nami góra. Nadzialiśmy się na alternatywny podjazd ku Ortisei w dolinie Val Gardena czyli drogę SP82 łączącą się ze szlakiem wybranym naszych kolegów na wysokości Pontives. Szybko zorientowałem się w naszej pomyłce, więc już na drugim wirażu zawróciliśmy. Tym samym po przejechaniu 1600 metrów wróciliśmy do punktu wyjścia. Wkrótce przejechaliśmy przez most nad Isarco i nie chcąc wjeżdżać na drogę krajową SS12 postanowiliśmy przetestować fragment słynnej ścieżki rowerowej ciągnącej się wzdłuż Valle d’Isarco od Bolzano aż po przełęcz Brenner. Wytrzymaliśmy na niej przez ponad 7 kilometrów. Pod koniec tego odcinka przejechaliśmy przez Chiusę (niem. Klausen). Po wyjechaniu z tego miasteczka wbiliśmy się w końcu na krajówkę by przejechać po niej trzy następne kilometry. W końcu mając już na licznikach 12,4 kilometra skręciliśmy o 180 stopni na równoległą do autostrady szosę SP27. Przejechaliśmy na wschodni brzeg rio Isarco i czterysta metrów dalej skończył się nasz 13-kilometrowy dojazd do podnóża Passo delle Erbe – kolarskiej góry o wielu obliczach i imionach. Dróg prowadzących na tą przełęcz jest aż pięć! Trzy od strony zachodniej i dwie od flanki wschodniej. To znaczy wariant północno-zachodni z Bresanonne przez Luson, zachodni z Bresanonne przez Eores oraz południowo-zachodni czyli ten, który mieliśmy właśnie wypróbować od drogi SS12 przez Val di Funes. Wszystkie one łączą się z sobą w końcowej fazie długiej wspinaczki. Podobnie po wschodniej stronie można zacząć podjazd od północnego-wschodu w miejscowości Longega lub od południowego-wschodu w Piccolino. Te dwie wschodnie opcje łączą się z sobą na około sześć kilometrów przed szczytem. Z kolei na drogowych tablicach znajdziemy trzy różne nazwy tej przełęczy. Włoska to oczywiście Passo delle Erbe, niemiecka (tyrolska) to Wurzjoch, w końcu zwie się ją również Ju de Borz w romańskim języku miejscowych górali znanym jako ladino. Jak by tego było mało nie ma też jasności w kwestii jej wysokości. Rozpiętość danych sięga kilkunastu metrów tzn. od 1987 do 2004 metry n.p.m.

Giro d’Italia zmierzyło się z tą przełęczą tylko trzykrotnie, acz za każdym razem z innej strony. W 1993 roku na etapie z Asiago co Corvary pojechali naszym tegorocznym południowo-zachodnim szlakiem przez dolinę Funes. Pierwszy na premii górskiej był Andrew Hampsten, znakomity amerykański góral rodem z Colorado. Rok później na odcinku z austriackiego Lienz do Merano wspinano się od strony północno-wschodniej, zaś pierwszy na przełęcz dotarł Szwajcar Pascal Richard. Natomiast w 2005 roku podczas etapu z Mezzocorony do Ortisei jechano od południowego-wschodu i wówczas najwyżej zapunktował hiszpański Bask Juan Manuel Garate. Ja jak dotąd zdobyłem tą przełęcz tylko raz w maju 2010 roku od strony zachodniej czyli ze startem w Bresanonne (niem. Brixen) i przejazdem przez Eores di Sopra. Wówczas wraz z Darkiem miał do pokonania 29,9 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu netto 1427, zaś brutto aż 1626 metrów. Teraz do spółki z Adamem musieliśmy „przerobić” dystans 26,1 kilometra o średniej stromiźnie 5,5 % i max. niemal 16 %. Od tej strony góra ma amplitudę netto 1441 metrów, zaś łącznie trzeba pokonać w pionie 1526 metrów. Cyclingcols ten wariant podjazdu wycenia na 1042 punkty. Ruszyliśmy o godzinie 12:39 przy temperaturze 31 stopni. Po przejechaniu 1,7 kilometra minęliśmy tartak przy bocznej drodze do Gudon (niem. Gufidaun). Na pierwszych kilometrach podjazd trzymał na równym poziomie 6-7 %, by dopiero na szóstym postawić nam nieco twardsze warunki. W tej okolicy przejechaliśmy przez wioskę Pradel. Trzy następne kilometry były stosunkowo łatwe. Doliną rzeczki Funes przejechaliśmy w sumie 8,6 kilometra. Według stravy ten fragment wzniesienia pokonaliśmy w 36 minut z przeciętną prędkością 13,9 km/h. Następnie odbiliśmy w lewo zjeżdżając z drogi SP27 na SP163. Przed nami był teraz najtrudniejszy fragment całego wzniesienia czyli 6 kilometrów o średniej 8,9 %. Niemal każdy kilometr na poziomie 9-10 % i liczne ścianki na poziomie od 12 do 14 %. Już sam dojazd do San Pietro (9,1 km) zwiastował niezłą zabawę. W centrum tej wioski trzeba było pokonać ciasny wiraż przy Albergo Kabis, a potem stromy fragment drogi za miejscowym kościołem.

Podjazd trzymał mocno niemal do końca piętnastego kilometra i odpuścił tylko na krótko przy przejeździe przez Colle (12,2 km). W tym momencie jadący z tyłu Adam stanął na około trzy i pół minuty. Zanim ponownie obejrzałem się za siebie straciłem z nim kontakt wzrokowy. Ta różnica utrzymała się między nami do końca środkowej części podjazdu. Natomiast na ostatniej tercji wzniesienia straciłem połowę podarowanej zaliczki. Z początkiem siedemnastego kilometra droga wkroczyła do lasu, by po przebyciu 17,6 kilometra połączyć się z szosą SP29 rozpoczynającą się w Bresanonne. Tym samym ostatnie 8,5 kilometra mogłem przejechać po szlaku znanym mi sprzed pięciu lat. Kolejne 3700 metrów z przejazdem obok schroniska Edelweiss (19,9 km) było dość łagodną wspinaczką, chwilowo kończącą się na poziomie Passo Eores (1863 m. n.p.m.) po przejechaniu 21,3 kilometra. Potem 1600 metrów zjazdu do zbiegu wspomnianej drogi z Luson. Na tym odcinku straciliśmy 79 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Z tego miejsca do szczytu pozostało już tylko 3200 metrów kilometra, z czego 1200 metrów na długiej prostej po ostatnim na tej górze wirażu. Na przełęczy było całkiem tłoczno i gwarno. Zajechałem do restauracji z górskim hotelu Utia de Borz i już po chwili zjawił się tam również Adam. W sumie dystans 26,1 kilometra pokonałem w czasie h 46:20 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem nasze wyniki z całej góry wyliczone segmencie równo 26-kilometrowym. Mój czas to 1h 46:11, zaś Adama 1h 48:01 acz samej jazdy 1h 44:10. Mój wynik jest 33-tym pośród 157 zarejestrowanych czasów. Wartość VAM wyszła teoretycznie skromna bo 825 m/h, ale wobec profilu podjazdu nie dziwi. Dodać można, że jedynie lider i wicelider tego zestawienia złamali tu „tysiaka” z czasami około 20 minut lepszymi od naszych. Na górze było tylko 15 stopni. Mimo to spędziliśmy tam około 40 minut głównie przy stole na ciastku i kawie. Dopiero ciemniejące chmury na niebie wygoniły nas stamtąd. Na zjeździe Adam pojechał swoje, zaś ja wykonałem zwyczajową foto-robotę. Umówiliśmy się, że poczeka na mnie na dole jakiś 15-20 minut. Tak się też stało dzięki czemu następne 11 kilometrów mogłem przejechać na jego kółku.

Na parking w Ponte Gardena wróciliśmy około 16:35. Niespodziewanie spotkaliśmy tam Artura i Rafała. Od nich usłyszeliśmy pierwszą część opowieści rodem z „krainy deszczowców”. Długo szykowali się do jazdy, po czym ruszyli na krótko przed wpół do pierwszą. Zdecydowali się objechać masyw Sella jadąc w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. To znaczy po przejechaniu 25 kilometrów skierowali się na Passo di Sella wybrawszy trudniejszą z dostępnych końcówek swego pierwszego podjazdu. Jechali spokojnie, chcąc przejechać jak najdłuższy odcinek w komplecie. Niestety eufemistycznie mówiąc nie mieli szczęścia do pogody. Słońce towarzyszyło im tylko przez pierwsze kilkanaście kilometrów. Powyżej Ortisei, gdzie przed dziesięciu laty triumfował na Giro Kolumbijczyk Ivan Parra, zaczęło się chmurzyć. Jechali dalej mijając Santa Cristinę i znaną z alpejskich zawodów o Puchar Świata Selvę di Val Gardena, zaś nad ich głowami robiło się coraz ciemniej. Apropos Selvy warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie XX wieku aż trzy razy gościła uczestników Giro. Wygrywali na jej ulicach Włosi: Massimiliano Lelli (1991), Giuseppe Guerini (1998) oraz Hiszpan Jose Luis Rubiera (2000). Dojechawszy na Pian de Gralba trzymali się dalej drogi SS242 tzn. odbili w prawo kierując się na południe. Tu na ostatnich 6 kilometrach wspinaczki zaczęło padać, a im bliżej przełęczy tym mocniej. Na przełęcz Sella dotarli o godzinie 14:50 po przejechan 31 kilometrów. Według oficjalnych danych to wzniesienie miało długość 30,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 % i przewyższeniu aż 1777 metrów. Niebo nad całym masywem Sella było stalowoszare. Widoki na rychłą poprawę pogody mizerne. Pomimo tego większość tej ekipy czyli: Daniel, Darek, Romek i Tomek postanowiła kontynuować swoje zmagania z aurą i naturą na trasie królewskiego etapu. Co więcej zjazdu z Selli nie zamienili czym prędzej na górną część wspinaczki pod Pordoi, lecz wydłużyli sobie wcześniejszy plan o kilkanaście kilometrów. Dario namówił swych trzech kompanów na zjazd do Canazei. Chciał bowiem pokonać cały zachodni podjazd pod Passo Pordoi czyli 12 kilometrów przy średniej 6,6 % z przewyższeniem 785 metrów. Na szczęście dla dalszych losów czterech wspomnianych śmiałków, Artur i Rafał postanowili nie igrać z kapryśną górską pogodą. Po wspólnym pobycie na Selli zawrócili do naszego parku maszynowego w Ponte Gardena.

Tu ich spotkaliśmy. Dwójkę naszych „nawróconych” kolegów udało mi się namówić na podjazd z towarzystwie moim i Adama pod Passo Pinei vel Panider Sattel. To przełęcz, która jak dotąd dwukrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Najpierw w 1991 roku wjechano tu od wschodu na początku etapu z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi. Pierwszy na tej górze zameldował się wówczas hiszpański Bask Inaki Gaston. Natomiast w sezonie 1997 podjeżdżano pod tą przełęcz od naszej zachodniej strony kiedy to na etapie z Predazzo do Falzes na premii górskiej najwyżej zapunktował Kolumbijczyk Chepe Gonzalez. W teorii czekał nas podjazd o długości 15,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,3 % i przewyższeniem 968 / 989 metrów. Prawdziwej wspinaczki było tu co najmniej o kilometr mniej. Niestety zanim około 17:10 ruszyliśmy na spotkanie z tą górą wspomniane chmury znad Val Gardena zeszły już i do naszej doliny Isarco. Ledwie ruszyliśmy, a zaczęło padać. Tego było już za wiele dla Artura i Rafał, którzy mieli przecież za sobą bardzo długi i w dużej mierze deszczowy zjazd z Selli. Zawrócili do samochodów zanim jeszcze na dobre wystartowaliśmy. Można zatem powiedzieć, że opatrzność jednak czuwała nad naszymi czterema kolegami. Tymczasem deszcz jeszcze się wzmógł i po chwili również Adam spasował. Ja postanowiłem dać tej górze szanse. Stwierdziłem, że przejadę pierwsze trzy kilometry i jak nadal będzie lało to najwyżej zawrócę. Na moje szczęściu już po kilkuset metrach czyli po wyjechaniu z pierwszego tunelu padało jakby słabiej, zaś na trzecim kilometrze deszcz zupełnie ustał. Pierwsze 1800 metrów było łatwe i szybkie. Pod koniec trzeciego kilometra droga zmieniała kierunek z południowego na wschodni. Z czasem zaczęło mi się ciężej jechać, więc zastanawiałem się czy długa Erbe nie wyssała ze mnie zbyt wielu sił. Tym niemniej jeśli spojrzymy na profil tego podjazdu miałem prawo czuć większy opór pod nogą. Średnie nachylenie pięciu kolejnych kilometrów wynosi tu niemal 9,9 %. Dwa z nich mają średnio po 11,5 i 10,5 %. Zatem było co jechać. Przejechawszy 5,1 kilometra minąłem skręt ku wiosce Tisana, zaś dwieście metrów dalej raz jeszcze skręciłem na południe.

Po przebyciu 6,4 kilometra dojechałem do szerokiego wirażu, przy którym stały znaki wskazujące dwa kierunki jazdy: w lewo do Casterotto (Kastelruth) i w prawo do Alpe di Siusi (Seiser Alm). Tej jesieni ogłoszono, że na piętnastym etapie przyszłorocznego Giro d’Italia owe miasteczko i stację narciarską połączy trasa niespełna 11-kilometrowej górskiej czasówki. Alpe di Siusi gościło już zresztą Giro w 2009 roku, gdy na piątym etapie triumfował przyszły zwycięzca całego wyścigu Rosjanin Denis Mienszow. Ja wspólnie z Darkiem wjechałem do stacji w maju 2010 roku innym szlakiem od Prato all’Isarco. Tymczasem na rozdrożu zastanawiałem się chwilę jak mam dalej jechać w kierunku Passo Pinei. Ostatecznie zjechałem z drogi SP24 chcąc jak najszybciej dotrzeć do Castelrotto. Tym samym skróciłem sobie podjazd znany z profilu o 1300 metrów i zarazem wydatnie „podrasowałem” średnie nachylenie tego wzniesienia. Po przejechaniu 7,3 kilometra byłem już w centrum tej miejscowości, z powrotem na głównym szlaku ku przełęczy, którą w tym miejscu wiedzie już pod drodze SP64. Teraz do końca ósmego kilometra czekały mnie tylko krótkie zjazdy i odcinki płaskiego terenu. Jednak już po przebyciu 8,3 kilometra trzeba było się zmierzyć ze ścianką o stromiźnie sięgającej 16 %. W drugiej części jedenastego kilometra znów zrobiło się spokojniej, po czym musiałem się jeszcze sprężyć na ostatnie 2300 metrów. Niespełna dwa kilometry przed szczytem minąłem wioskę San Michele vel Sankt Michael (11,5 km). Ostatecznie moja wersja tego podjazdu miała 13,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 %. Wjechałem na przełęcz w czasie 1h 03:40 (avs. 12,7 km/h). Na stravie najdłuższy segment, który znalazłem obejmował odcinek 5,4 kilometra od wyjazdu z Casterotto do samej przełęczy. Ten fragment trasy pokonałem w 24:43 przy średniej prędkości 13,3 km/h i VAM ledwie 924 m/h. Na górze o zrobienie pamiątkowego zdjęcia poprosiłem pieszych turystów. Po około dziesięciu minutach rozpocząłem zjazd. Kilka kilometrów przed Ponte Gardena napotkałem jadącego z naprzeciwka Adama. Ten opowiedział mi dalszą część mokrych przygód naszych „muszkieterów” z Sellaronda. Drużyna Dariusza utknęła w Arabbie, więc Artur i Rafał wsiedli do samochodów ruszając im na ratunek.

Okazało się, że nasi kompani po niespełna 20-minutowym zjeździe do Canazei od razu pognali na Passo Pordoi chcąc się rozgrzać na tym 12-kilometrowym podjeździe. Zadbał o to Romano, który przez całą górę dyktował mocne równe tempo zmuszając pozostałych do sporego wysiłku. Niestety w górnych partiach gór cały czas padało. Poza tym o ile na Selli było jeszcze 16 stopni to na Pordoi już tylko 10. Dlatego ledwie na chwilę stanęli przy dolnej stacji kolejki linowej na Sass Pordoi (2950 m. n.p.m.), po czym ruszyli na wenecki szlak po wschodniej stronie tej przełęczy. Chcieli czym prędzej dotrzeć do Arabby licząc, że zastaną tam lepszą pogodę. Niestety ten 9-kilometrowy zjazd okazał się dla nich traumatycznym przeżyciem. Zziębnięci, przemoczeni i roztrzęsieni zjeżdżali znacznie wolniej niż miałoby to miejsce w normalnych warunkach. Gdy dotarli na dół mieli już dość dalszej jazdy. Schronili się po dachem pewnej pizzerii, gdzie rozweseliły ich acz nie ogrzały piękne widoki rodem z Afryki. W sumie swe pierwsze w życiu podejście pod Sellarondę skończyli na przejechaniu 63,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2459 metrów. Zrobili dystans podobny do tego jaki przejechali Artur i Rafał, acz pod względem przewyższenia wykonali aż 3/4 z założonego sobie planu. Wszystko wskazuje na to, iż okazję do rewanżu nadarzy się już w przyszłym roku. Na szóstym etapie naszego Giro del Trentino planowanego na sierpień 2016 roku mają w programie dużą rundę ze startem i metą w Canazei oraz podjazdami pod Sellę, Gardenę, Campolongo oraz Fedaia-Marmolada. Wcześniej będą mogli obejrzeć większość z tych wzniesień w Eurosporcie podczas relacji z czternastego etapu Giro 2016 (Alpago – Corvara). Ewakuacja z Arabby przebiegła sprawnie. Artur zabrał Romka i pojechali prosto do San Lorenzo di Sebato szlakiem przez Passo di Campolongo i dalej w dół Val di Badia. Natomiast Rafał zgarnął Darka, Tomka oraz Daniela (wraz z kluczykami od Citroena) i zawrócił na parking w Ponte Gardena. Dla mnie był to zdecydowanie najdłuższy etap tej podróży. Przejechałem w sumie 103 kilometry o łącznym przewyższeniu 2938 metrów. Zjechawszy na dół „zadekowałem się” w pobliskim barze. Po około godzinie dołączył do mnie Adam, któremu nie udało się dotrzeć na Alpe di Siusi przed zmierzchem. Rafał przywiózł naszych „rozbitków” około 21:30. Przepakowaliśmy się do dwóch aut i ruszyliśmy w 50-kilometrową drogę po SS12 i SS49 ku naszym nowym noclegom. Ja wraz z Danielem, Darkiem, Arturem i Romkiem miałem zarezerwowany lokal we wiosce Santo Stefano. Natomiast Adam, Rafał i Tomek zamieszkali w równie uroczej okolicy San Martino in Badia. Magnesem, który przywiódł nas w te strony był słynny Kronplatz, z którym umówiliśmy się na sobotnią ustawkę.

Sella_1

Sella_2

Pordoi_1

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Val d’Ultimo

Autor: admin o środa 19. Sierpień 2015

W środę zamierzaliśmy zdobyć dwa wzniesienia pomiędzy Bolzano a Merano. Oryginalny plan zakładał przejazd samochodem do miasteczka Lana. Z tego miejsca ja miałem się udać na zachód czyli w długą podróż ku krańcom doliny Ultimo. Natomiast reszta ekipy z tego samego miejsca miała ruszyć na południe i zdobyć bywałą na Giro d’Italia przełęcz Palade. Następnie w drodze powrotnej do naszej bazy noclegowej mieliśmy się zatrzymać w Terlano i pokonać bardzo trudny podjazd pod Il Salto (1449 m. n.p.m.) drogą przez Frassineto. Niestety tego dnia pogoda była bardzo podejrzana wobec czego realizacja drugiej części tego programu od samego początku stała pod znakiem zapytania. Do Lany było nam znacznie bliżej niż do poniedziałkowego San Leonardo in Passiria czy wtorkowych „miejscówek” w Coldrano i Prato allo Stelvio. Szlakiem przez Strada del Vino mieliśmy do pokonania ledwie 44 kilometry, których przejechanie miało nam zabrać ze trzy kwadranse. Na ulicach Lany od tego samego ronda przy Via Max Vilier rozpoczynają się dwa solidne podjazdy. Bardziej znanym jest wjazd od północnej strony na Passo delle Palade vel Gampenjoch (1512 m. n.p.m.). Liczy on sobie 18,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6 % i max. 10,8 %. To wzniesienie ma 1195 metrów przewyższenia i na trasie wielkiego Giro zostało wypróbowane po raz pierwszy już w 1940 roku na etapie z Ortisei do Trento. Na premii górskiej pierwszy był wówczas słynny Gino Bartali, choć sam etap padł łupem jego rodaka Glauco Servadei. W późniejszych dekadach wyścig Dookoła Włoch przejechał przez tą przełęcz jeszcze sześciokrotnie, z czego trzy razy od „naszej” północnej strony. Po raz drugi podczas edycji z roku 1962 gdy pierwszy na górze był kolejny Włoch Armando Pellegrini. Po raz trzeci w sezonie 1978 gdy na premii górskiej najwyżej zapunktował Szwajcar Ueli Sutter i w końcu przy czwartej okazji w 2010 roku gdy na etapie do Peio Terme wygranym przez Francuza Damiena Monier najszybszy był tu Hiszpan Daniel Moreno. Jednym słowem jest to wzniesienie o niemałych walorach fizycznych, ale też ciekawej karcie w dziejach naszego sportu.

Pomimo takich atutów pominąłem to wzniesienie w swym programie na Sud Tirol 2015, albowiem poznałem je podczas jednej ze swych wcześniejszych wypraw do Italii. Zdobyłem je w trakcie wiosennej wycieczki do regionu Trentino-Alto Adige z roku 2010. Wówczas też nie miałem tu szczęścia do pogody. Tym niemniej na przekór deszczowej aurze zaliczyłem wtedy Palade w pakiecie z podjazdem do Falzeben / Merano 2000. Przyjeżdżając ponownie do Lany miałem na oku drugie z miejscowych wzniesień. Co prawda nieznane kolarskim wyścigom elity, lecz pod względem sportowym będące jeszcze większym wyzwaniem. Miał to być 37-kilometrowy podjazd ku Lago di Fontana Bianca (niem. Weissbrunnsee). To sztuczne jezioro powstało pod koniec lat pięćdziesiątych u kresu Val Ultimo (niem. Ultental). Leży ono na wysokości 1872 metrów n.p.m. w cieniu szczytów górskiej grupy Ortles-Cevedale, na południowo-wschodnim skraju Parco Nazionale dello Stelvio. Prowadząca ku niemu droga dociera nieco wyżej, bo na wysokość 1880 metrów n.p.m. Według „cyclingcols” wzniesienie to liczy sobie 36,6 kilometra o średnim nachyleniu 4,3 % i przewyższeniu netto 1565 metrów. Brutto czyli z odzyskiwaniem wysokości po niewielkich zjazdach amplituda wynosi nawet 1660 metrów. Cieszyłem się na spotkanie z tak sporym wyzwaniem. Żałowałem tylko, że owo przewyższenie nie jest zbite w jakiś konkretny 20- czy 25-kilometrowy dystans o stałym nachyleniu. Wiedziałem, że będę musiał na nim pokonać dłuższe odcinki w niemal płaskim terenie, na których trzeba będzie wrzucić łańcuch na dużą tarczę. Na załączonym profilu widać przynajmniej dwa odcinki, zasługujące co najwyżej na miano „falsopiano”. Niechaj jednak wszelakich śmiałków nie zwiodą suche liczby. Już sam przeszło 30-kilometrowy dystans potrafi zmęczyć nogi. Na domiar złego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia jest ostatnie sześć kilometrów, na których stromizna momentami przekracza 13 %. Na stronie „cyclingcols” ten bardzo długi i nierówny podjazd wyceniono aż na 1117 punktów czyli wyżej niż Val Martello (1062) i Monte Giovo (1033), nie mówiąc już o pobliskim Palade (805).

Do Lany dotarliśmy wczesnym popołudniem. Niestety wtorkowe problemy żołądkowe na tyle osłabiły Daniela, że nie czuł się on na siłach by stanąć na starcie „wyścigu” pod Passo delle Palade. Z kolei u Tomka nie było już śladu po wczorajszym kryzysie zdrowotnym. „Bury” stał się wkrótce jednym z głównych rozgrywających podczas zaciętej rywalizacji na Gampenjoch. Wystartowałem kilka minut przed kolegami rozpoczynając swą długą solówkę na drodze SP9 o godzinie 12:35. Pierwsze 2100 metrów prowadziło krętym szlakiem między winnicami z pięcioma serpentynami i widokiem na Val d’Adige. Tak długi podjazd podzieliłem sobie w głowie na mniejsze kawałki za kolejne cele biorąc poszczególne miejscowości na mojej drodze. Zmagając się z pierwszymi kilometrami tego wzniesienia wolałem nie pamiętać, że do końca wspinaczki zostało ich jeszcze ze trzydzieści. Tymczasem początek podjazdu do Lago di Fontana Bianca wcale nie należał do łatwych. Do połowy siódmego kilometra nachylenie było całkiem solidne, zaś na czwartym wynosiło średnio 9,5 %. Potem góra zupełnie odpuściła i to niemal do końca dziesiątego kilometra. W zasadzie na odcinku ponad trzech kilometrów straciłem tu 55 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Po przejechaniu 9,6 kilometra dojechałem do San Pancrazio (niem. St. Pankraz), miejscowości która może się pochwalić najstarszym kościołem w całej tej dolinie. Na początku dwunastego kilometra rozpoczęła się druga faza podjazdu czyli ponad 7-kilometrowy odcinek pomiędzy 11,3 a 18,6 kilometra od startu. Jechałem cały czas wzdłuż rzeczki Valsura (niem. Falschauer). Po przejechaniu 15,6 kilometra minąłem odchodzącą w lewo drogę SP88 wiodącą na Passo Castrin (1785 m. n.p.m.). Ta przełęcz omal nie zadebiutowała na Giro d’Italia w 2013 roku gdy organizatorzy „La Corsa Rosa” szukali ad hoc awaryjnej drogi z Ponte di Legno do Val Martello. To znaczy szlaku z pominięciem zasypanych wówczas śniegiem Gavii i Stelvio. Trzy kilometry dalej byłem już w Santa Valburga (niem. St. Walburg), liczącej 2200 mieszkańców największej miejscowości Val d’Ultimo. Jechałem już 64 minuty pokonawszy w tym czasie 18,6 kilometra. Tymczasem byłem dopiero na półmetku wzniesienia.

Kilkanaście następnych kilometrów okazało się najłatwiejszym i tym samym najszybszym odcinkiem tego podjazdu. Najpierw pięć zupełnie płaskich kilometrów, w większej części prowadzących wzdłuż sztucznego jeziora Lago di Zoccolo alias Zoggler Stausee. Następnie niespełna osiem kilometrów delikatnego wzniesienia o średniej około 3%. Na tym segmencie przejechałem przez wioskę San Nicolo (26,8 km). Kolejne kilometry płynęły szybko, ale do czasu. W końcu po przebyciu 31,3 kilometra skończyła się sielanka. Teraz trzeba było pokonać odcinek 900 metrów o średniej 8% z przejazdem przez wioskę Santa Geltrude d’Ultimo (niem. Sankt Gertraud). Nagła zmiana terenu, a zatem rytmu jazdy potrafi podciąć nogi. Jednak z tym krótkim odcinkiem jakoś sobie poradziłem. Tym niemniej po przejechaniu 32,2 kilometra dotarłem do rozjazdu, na którym miałem małą zagadkę którędy dalej mam jechać. Trochę czasu tu niepotrzebnie straciłem, ale czym że to jest w skali przeszło dwóch godzin jakie potrzebowałem na zdobycie całego wzniesienia. Ostatecznie dokonałem prawidłowego wyboru kierując się w prawo ku widzianej w oddali stromiźnie. Do szczytu brakowało już tylko kilku kilometrów, lecz dopiero tu zaczynał się najbardziej stromy fragment całej wspinaczki czyli 5,2 kilometra o średniej 8,1 %. Jak widać na załączonym obrazku zdecydowanie najtrudniejszy był tu czwarty kilometr od końca, z maximum powyżej 13 %. Szczególnie dłużył mi się dojazd do pierwszego z czterech wiraży. W połowie 34-tego kilometra wjechałem do lasu, gdzie podjazd trzymał jeszcze przez dobre trzy kilometry. Pod koniec 37-mego na krótkim zjeździe mogłem złapać oddech na ostatnie trzysta metrów wspinaczki. Poprzestałem na dojechaniu do najwyższego punktu tej drogi rezygnując z dotarcia do schroniska na przeciwległym brzegu jeziora. Według danych z Garmina przejechałem dystans 37,4 kilometra w czasie 2h 08:17 (avs. 17,5 km/h). Na stravie znalazłem wyniki segmentu o długości 36,5 kilometra. Ten dystans pokonałem w czasie netto 2h 06:48 (avs. 17,2 km/h). Przy tak łagodnym profilu góry VAM wyszedł skromny tzn. ledwie 738 m/h. Na górze spędziłem niespełna kwadrans. Nie spodziewałem się, że największe wyzwanie dopiero przede mną. Już po kilkuset metrach zjazdu złapała mnie ostra ulewa. Stromy odcinek do Św. Gertrudy dosłownie przepłynąłem z nurtem strumieni tworzących się na asfalcie. Teoretycznie poniżej tej wsi mogłem się rozgrzać kręcąc na płaskich odcinkach, ale na to byłem już zbyt zziębnięty i przemoczony do suchej nitki. Poza tym od czasu do czasu zatrzymywałem się chcąc uwiecznić ten podjazd na zdjęciach. Do kolegów czekających na mnie od godziny piętnastej dotarłem dopiero około 16:30.

Z zainteresowaniem wysłuchałem relacji Darka z przebiegu rywalizacji na Palade. Wystartowali w niewielkich odstępach czasu, by niebawem zjechać się po tym gdy część ekipy stanęła przy drodze w wiadomym celu. Po neutralizacji jako pierwszy zaatakował Dario. Po kilku kilometrach dojechali do niego Romek i Tomek, biorąc na siebie ciężar prowadzenia. Zdaniem Darka o wyniku ich trójkowej rywalizacji zadecydowała „zmasowana akcja dezinformacji”. Tomek z regularnością szwajcarskiego zegarka przypominał kolegom, iż trzeba zachować siły na rzekomo trudny finałowy kilometr o średnim nachyleniu 11%. Zwiedziony tą informacją Darek nie zareagował na przyśpieszenie Romka około sześciu kilometrów przed końcem podjazdu. Postanowił spokojnie dokończyć konsumowany właśnie posiłek. Ufny w swoją moc na najbardziej stromych odcinkach pozwolił kolegom na zdobycie 20-30 sekundowej przewagi. Wierzył bowiem, że na zapowiadanej końcówce odrobi owe straty, może nawet z nawiązką. Bliżej szczytu zorientował się po danych ze swego licznika, iż zabraknie tu metrów przewyższenia na zapowiadany stromy finał. Przeszedł do kontrataku, lecz okazał się on spóźniony. Na przełęczy do dwójki liderów zabrakło mu ledwie 6 sekund. Nie wdając się w zbyt szczegółowe analizy niepewnych danych ze stravy dodam tylko, że tercet Dario-Romano-Tomasso pokonał ten podjazd w czasie około 1h i 17 minut. Jadący na czwartej pozycji Arturro potrzebował na to 1h i 24 minut, zaś zamykający stawkę Adam i Rafał z grubsza 1h i 31 minut. Ta minimalna porażka nie dała Darkowi spokoju. Do końca wyprawy szukał dobrej okazji do rewanżu. Na to musiał trochę poczekać, albowiem tego dnia z uwagi na stosunkowo późną porę i niepewne warunki pogodowe zrezygnowaliśmy z drugiego podjazdu. Decyzja była jednogłośna, tym bardziej że każdy z nas zmókł na swym zjeździe. Zaoszczędzony czas wykorzystaliśmy wszyscy na wizytę w sklepie rowerowym pod Appiano. Poza tym ja wraz z Danielem i Darkiem wpadłem jeszcze do dwóch winiarskich kantyn w okolicy Termeno (niem. Tramin). Na zakupy szlachetnych trunków była już bowiem niemal ostatnia okazja. Nazajutrz mieliśmy opuścić te strony by po przejechaniu trasy ósmego etapu przenieść się do nowych baz noclegowych w pobliżu Brunico.

Palade_1

Palade_2

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Val Martello & San Martino

Autor: admin o wtorek 18. Sierpień 2015

We wtorek ponownie obraliśmy kurs na Merano. Jednak tym razem po dojechaniu do miasta dalej trzymaliśmy się drogi krajowej SS38. Tym samym skręciliśmy na zachód ku Val Venosta (niem. Vinschgau) jednej z najwcześniej zasiedlonych alpejskich dolin. Rzymianie zdobyli te tereny w 15 roku p.n.e. i wkrótce wytyczyli przez nią pierwszą drogę przez Alpy czyli Via Claudia Augusta. Dla amatorów kolarstwa największą atrakcją tego rejonu jest jednak znacznie nowsza, bo wytyczona w latach 1820-25 droga na Passo dello Stelvio vel Stilfserjoch. Historii tego szlaku po raz wtóry opisywać nie będę. Po pierwsze dlatego, że ze szczegółami zrobiłem to choćby przed rokiem we wpisie na temat naszego wjazdu od strony Bormio. Po drugie ponieważ tym razem darowałem sobie kolejną wycieczkę na tą legendarną przełęcz. W latach 2003-2011 wjechałem na nią trzykrotnie wschodnim tzn. tyrolskim szlakiem ze słynnymi 48 wirażami. Obejrzałem ją sobie również po jednym razie od zachodniej (lombardzkiej) i północnej (szwajcarskiej) strony. Przy trzech z owych pięciu wspinaczek towarzyszył mi Darek Kamiński. Uznaliśmy więc, że tym razem nie mamy już czego szukać na Stelvio. Zadanie zdobycia tej najwyższej z włoskich przełęczy drogowych pozostawiliśmy szóstce naszych kolegów. My dwaj nastawiliśmy się na wyprawę w górę Val Martello (2068 m. n.p.m.). Organizatorzy Giro d’Italia chcieli pokazać światu ten wymagający podjazd już w 2013 roku, lecz ze względu na zimowe warunki pogodowe dziewiętnasty etap tej edycji wyścigu musieli ostatecznie odwołać. Nie zrażeni tym faktem rok później ponownie „zaproponowali” kolarzom ten sam „wysokogórski” odcinek z Ponte di Legno przez Gavię i Stelvio do Martelltal. Aura na szesnastym etapie Giro 2014 była niewiele lepsza niż 12 miesięcy wcześniej. Z tego względu na zjeździe ze Stelvio próbowano wprowadzić neutralizację, ale ten pomysł okazał się niewypałem i doprowadził do pewnego „zafałszowania” wyników całego wyścigu. Etap wygrał późniejszy triumfator całej imprezy Kolumbijczyk Nairo Quintana, który o 8 sekund wyprzedził Kanadyjczyka Rydera Hesjedala i o 1:13 Francuza Pierre’a Rollanda. Pozostali liderzy wyścigu stracili co najmniej trzy i pół minuty. Nasz Rafał Majka finiszował tego dnia siódmy ze stratą 4:08 do górala rodem z Andów.

Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu musieliśmy przejechać samochodami aż 84 kilometry. Dojazd do Coldrano miał nam zająć godzinę i kilkanaście minut. W jego końcówce zjechaliśmy z krajówki na boczną szosę prowadzącą przez miasteczko Laces (Latsch). Ostatecznie zatrzymaliśmy się przy rondzie na skrzyżowaniu SP90 i SP2 nieopodal biegnącej doliną linii kolejowej. Gdy dotarliśmy w to miejsce okazało się, że jeden z członków Moto-2 jest „ledwie żywy”. Tomek był blady jak ściana cierpiąc na problemy żołądkowe. Nie nadawał się do jazdy, więc postanowił zostać i odpocząć w tym miejscu. Pożegnaliśmy zatem Adama, Artura, Daniela, Rafała i Romka, którzy mieli jeszcze do przejechania ponad 20 kilometrów ku własnej bazie wypadowej w Prato allo Stelvio. Tymczasem mnie i Darka czekało wzniesienie o wymiarach podobnych do poniedziałkowego Monte Giovo. Według „cyclingcols” do przejechania mieliśmy 22,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu netto 1407 metrów (brutto nawet 1450). Były jednak wyraźne różnice między tymi dwoma wzniesieniami. Przede wszystkimi Val Martello było nieregularne. Na Jaufenpass było równiutko. Każdy kilometr na poziomie od 7 do 8,5 % i max. 10 %. Natomiast tu liczne zmiany rytmu. Nie zbrakło niczego. Mieliśmy tu zjazdy i odcinki falsopiano, lecz również fragmenty solidnej wspinaczki czy nawet stromizny dochodzące do 15 %. Z jednej z strony długie proste odcinki, zaś z drugiej serpentyny tak pokręcone, że z jednego wirażu nieomal przechodziło się w drugi. Ale o wszystkim po kolei. Wystartowaliśmy bardzo późno, bo tuż przed godziną trzynastą. Na dole było 27 stopni, więc zimy na górze nie musieliśmy się obawiać. Na łatwym początku droga wiodła prosto na południe. Na drugim kilometrze ominęliśmy od wschodu miejscowość Morter. Dopiero wraz z początkiem trzeciego zaczęła się solidna wspinaczka. Każdy z najbliższych czterech kilometrów trzymał na poziomie 9 lub 10 %. Do połowy piątego jechaliśmy równolegle do rzeczki Plima pośród sadów jabłkowych. Następnie na odcinku 1200 metrów zaliczyliśmy siedem zakrętów bądź klasycznych wiraży. Pierwszy stromy fragment tego wzniesienia zakończył się po przejechaniu 6,7 kilometra na wysokości drewnianego mostu w Bagni di Salto (niem. Bad Salt). Potem przyszła pora na 600-metrowy zjazd w kierunku Ośrodka Sportu i Rekreacji Trattla (7,6 km).

Wkrótce zgodnie z nurtem wspomnianej rzeczki szosa ponownie skręciła na południe by przez kolejne dwa kilometry z hakiem prowadzić przez teren zabudowany. W tym czasie minąłem trzy wioski tzn. Transacqua / Ennewasser (8,6 km), Gluder (9,2 km) i największą z nich Ganda / Gand (9,8 km). Pod koniec dwunastego kilometra na wysokości osady Ronahof przejechałem pod pierwszą galerią. Dwa kilometry dalej mój wzrok przykuł przydrożny kościółek w Santa Maria in der Schmelz (13,9 km). Na początku szesnastego kilometra musiałem pokonać dwa strome wiraże, zaś po przejechaniu 15,7 kilometra wyjechałem na tętniącą życiem polanę. Pełno tu było drewnianych chatek, a nie brakowało nawet indiańskich wigwamów. Osiołki skubały sobie spokojnie trawkę, zaś ludzie uwijali się przy pracy na grządkach truskawek. Nie spodziewałem się ujrzeć tego rodzaju upraw na wysokości niemal 1700 metrów n.p.m! Ten „rolniczy” teren o pofałdowanym profilu ciągnął się przez 1200 metrów tj. niemal do końca siedemnastego kilometra. Z kolei następny stromy kilometr to była istna karuzela. W sumie dziesięć wiraży w dwóch ratach tzn. najpierw cztery i za chwilę jeszcze sześć. Potem jeszcze kilkaset metrów, w tym przejazd przez 80-metrowy tunel i po przebyciu 18,3 kilometra byłem już przy zaporze na Lago di Gioveretto. Teraz w końcu można było odpocząć. Płaska szosa przez równo dwa kilometry ciągnęła się nad zachodnim brzegiem jeziorka, a potem jeszcze przez trzysta metrów w dół do mostku przy pierwszym z miejscowych parkingów. Niemniej ta góra miała jeszcze dla nas jedną niespodziankę. Ostatnie dwa kilometry trzymają tu na średnim poziomie 9 %. W pierwszej połowie 23-ciego kilometra trzeba pokonać kolejny stromy i bardzo zakręcony segment czyli siedem wiraży na odcinku ledwie 570 metrów. Trudna wspinaczka kończy się na wysokości Alpengasthof Enzian (22,8 km). Stąd do końca asfaltowej drogi pozostało mi już tylko czterysta metrów. Według stravy przejechałem na tej górze w sumie 23,2 kilometra w czasie 1h 36:04 (avs. 14,5 km/h). Z kolei Darkowi licznik naliczył czas 1h 41:57 na dystansie 22,7 kilometra. Nie znalazłem segmentu obejmującego całe wzniesienie. Najdłuższy fragment ma 12,1 kilometra i obejmuje dolny odcinek od Morter do Santa Maria. Przejechałem go w czasie 52:40 (avs. 13,8 km/h i VAM 948 m/h) co daje 106 wynik na 627 osób. Dla porównania kolarze z ubiegłorocznego etapu Giro potrzebowali na to samo od 35 do 46 minut i to w końcówce bardzo ciężkiego etapu.

20150818_145447

20150818_151514

20150818_154913

20150818_155807

Gdy my dwaj podjeżdżaliśmy pod Val Martello piątka naszych kompanów miała ustawkę z jej wysokością Stelvio (2758 m. n.p.m.). Daniel jak na razie nie ma szczęścia do tej góry. Przed rokiem wjechał na nią na miękko, nieomalże jedną nogą, po tym jak przypomniała mu się kontuzja kolana. Tym razem jak sam twierdzi zaatakował go ten sam „wirus”, który dopadł Tomka. Początkowo jechał na czele stawki wespół z Romkiem z niewielką przewagą nad Adamem. Jednak w połowie wzniesienia zaczął się zmagać z problemami żołądkowymi, które na tyle go męczyły, iż znów na przełęcz dotarł przede wszystkim siłą woli. Najszybciej na górze zameldowali się Romek i Adam. Strava nie daje tu jasnej odpowiedzi na pytanie w jakim dokładnie czasie tam dotarli, albowiem każdemu z piątki mych kolegów zarejestrowała różną ilość i to nie zawsze tych segmentów. Dla przypomnienia według danych z „cyclingcols” ten podjazd ma 24,6 kilometra długości przy średnim nachyleniu 7,5 i max. 12 % oraz przewyższeniu 1837 metrów. Romek i Adam pokonali go w czasie około 2 godzin i 3 minuty. Rafał i Daniel wspinali się m/w przez 2h 18 / 2h 20 minut. Najwięcej czasu po tej stronie wzniesienia spędził Artur, ale na własne życzenie. Po przejechaniu 7 kilometrów czyli na wysokości niespełna 1300 metrów n.p.m. zjechał z drogi SS38 i odbił w kierunku północnym zasugerowawszy się znakami drogowymi na Stelvio Paese (niem. Stilf Dorf). Tym samym dokręcił poza trasą nieco ponad 5 kilometrów w łatwiejszym terenie, tracąc na tym jakieś 14 minut. Na przełęcz dotarł po 2h 31 minutach czyli samą wspinaczkę wykonał w czasie około 2h i 17 minut. Przełęcz tego dnia była opanowana nie tylko przez kolarzy, ale i dziesiątki polskich kierowców uczestniczących w charytatywnej akcji Złombol 2015, którzy to wjazdem na Stelvio od strony Bormio zakończyli swą czterodniową wyprawę. Daniel i Rafał poprzestali na wjechaniu na Stilfserjoch od najtrudniejszej z trzech stron. Natomiast Adam, Artur i Romek zjechali do Santa Maria in Munstair aby pokonać także ponad 16-kilometrowy podjazd od szwajcarskiej strony czyli szlakiem przez Umbrailpass. Tego dnia zrobili sobie zatem przeszło 80-kilometrowy etap z przewyższeniem powyżej 3200 metrów. Czapki z głów. Adam dzięki temu, że przed rokiem zdobył tą przełęcz od strony Bormio tym samym „przerobił” już Stelvio w każdej możliwej wersji.

O świetną relację ze Stelvio postarał się Artur (czytelników zachęcam do lektury, zaś kolegę będę musiał chyba poprosić o podobne wstawki na temat wrażeń z Rombo, Palade i Selli) > Stelvio by Arturro

Natomiast filmiki kręcił Romek:

Stelvio_1

Stelvio_2

Stelvio_3

Tymczasem my u kresu Val Martello ubraliśmy się cieplej, po czym zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową w pobliżu Alpengasthof Schonblick (Hotel Bellavista). Zjeżdżaliśmy nieśpiesznie, albowiem było co fotografować. Dario wjechał nawet na wspomnianą tamę i nakręcił z niej parę krótkich filmów. Jakieś sześć kilometrów przed końcem zjazdu tj. na wysokości Burgauner Hof spotkałem Tomka, który nieco odżył i wsiadł na rower. Sił starczyło mu na te kilka niełatwych kilometrów. Do Citroena, którego zostawił nam Daniel zjechaliśmy kilka minut przed 16:30. Teraz musieliśmy podjechać do Castelbello i przed drugą górą znaleźć w tym miasteczku jakiś lokal gastronomiczny. Przejechaliśmy zatem siedem kilometrów w kierunku powrotnym tzn. na wschód. Tam znaleźliśmy uliczkę Winkelweg / Via al Tre Canti prowadzącą w kierunku podjazdu pod San Martino (1736 m. n.p.m.). Następnie wybraliśmy się na przymusowy spacer po miasteczku, nad którym góruje zamek z pierwszej połowy XIII wieku. Poszukiwania strefy bufetowej zaprowadziły nas na przeciwległy czyli południowy brzeg Adygi. To wszystko zabrało nam trochę czasu, ale jeszcze dłużej czekaliśmy na posiłek zamówiony w gospodzie Angerguterkeller, której historia sięga roku 1583. Za sprawą wszystkich poślizgów czasowych na drugą premię górską wyruszyliśmy dopiero o godzinie 18:27. Rzec można o całą minutkę szybciej niż dzień wcześniej udało nam się wystartować pod Caurię. Co ciekawe oba te podjazdy były bardzo podobne do siebie. Tyrolski św. Marcin jest co prawda znacznie wyższy, ale to z racji znacznie wyżej położonego miejsca startu. Natomiast z praktycznego punktu widzenia podjazd ten był tylko o 500 metrów dłuższy i 53 metry większy. Do pokonania w tej kolejnej sesji wieczornej mieliśmy 11,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,8 % i przewyższeniu 1161 metrów. Nie byle jaka kolacja. Od startu było jasne, że znów czeka nas walka nie tylko ze stromizną, ale i z czasem by wrócić do auta przed zmierzchem. Tym razem praktycznie całą górę przejechaliśmy razem. Bark w bark niczym Anquetil i Poulidor na Puy de Dome w 1964 roku. Zapewne tylko tempo jazdy się nie zgadzało, no i zabrakło nam tłumów kibiców. Już początkowa ścianka doprowadzająca do wirażu nr 1 robiła wrażenie. Natomiast pierwsze 2,2 kilometra na tej górze miało średnie nachylenie 10,9 %. Po tym odcinku można było chwilę odpocząć na 300-metrowym zjeździe, który jednak od razu przechodził w kolejną stromiznę.

Podjazd początkowo prowadził po Trumsberger Weg / Via Monte Trumes. Po pięciu serpentynach na pierwszych dwóch kilometrach droga wiodła dalej raczej długimi prostymi odcinkami wzdłuż zbocza góry. Wiraż szósty przejechaliśmy po 3,2 kilometra od startu, zaś dziesiąty dopiero trzy kilometry dalej. Na zakręcie jedenastym minęliśmy skręt ku miejscowości Trumsberg / Montetrumes (7,4 km). Jechaliśmy cały czas w kontakcie, co najwyżej jeden drugiemu odjeżdżał na kilkanaście metrów. Tym razem nie miałem kryzysu. Za sprawą posiłku zjedzonego w Angerguterkeller obyło się bez „klątwy siódmego kilometra”. Przepychałem swoje 34/27 z kadencją w okolicach 50-60 rpm. Spokój jazdy zakłóciło nam jedynie wydarzenie z połowy dziesiątego kilometra. Dario łapiąc oddech złapał muchę w rozmiarze „kingsajz”. Takiego posiłku oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. Tym bardziej podczas forsownej wspinaczki. Musieliśmy się zatrzymać na niespełna dwie minuty by mógł ją wykrztusić i dojść do siebie. Po ponownym starcie zostało nam do przejechania 2,5 kilometra. Na przełomie dziesiątego i jedenastego pokonaliśmy kręty odcinek z czterema wirażami. Natomiast po przejechaniu 10,8 kilometra wyjechaliśmy w końcu spośród drzew na odkryty teren. W połowie dwunastego kilometra minęliśmy osadę składającą się z kilku domostw, zaś po 11,8 kilometra od startu pokonaliśmy ostatni osiemnasty zakręt. Wspinaczkę zakończyliśmy po przejechaniu 12 km i 160 metrów w czasie netto 1h 13:36 (avs. 9,9 km/h). Na stravie zaznaczono 12-kilometrowy segment z przewyższeniem 1124 metrów. Pokonaliśmy go w czasie brutto 1h 15:22 (bez postoju 1h 13:35). Wypadliśmy całkiem nieźle. Oficjalny czas daje nam 22-23 miejsce, zaś realny 20-21 pośród 144 zarejestrowanych osób. Na górze ujrzeliśmy: kościół, szkołę podstawową i górną stację kolejki linowej. Stał tam też krzyż z Chrystusem o obliczu równie zmęczonym co twarze cykloamatorów docierających w to miejsce. Swój pobyt na niej ograniczyliśmy do dwunastu minut rozpoczynając zjazd o godzinie 19:55. Niespełna pół godziny później byliśmy na dole. Tym niemniej finisz o 20:24 okazał się i tak swego rodzaju „rekordem” podczas moich tegorocznych wojaży. Oczywiście znów nie udało się uwiecznić na zdjęciach uroków wzniesienia. Trzeba będzie coś zrobić z tym faktem. Plan na sezon 2016 mam taki by zaczynać podjazd nr 1 najpóźniej o godzinie 11:00, zaś drugi o 15:00. Tym samym o osiemnastej bylibyśmy już po wszystkim, mając przy okazji więcej czasu na regenerację przed kolejnym dniem zabawy.

20150818_195000

20150818_195510

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Monte Giovo & Cauria

Autor: admin o poniedziałek 17. Sierpień 2015

W niedzielę zamknęliśmy rozdział z wycieczkami w okolicach Bolzano. Począwszy od nowego tygodnia obraliśmy kurs na Merano czyli góry w zachodniej części sub-regionu Sud Tirol. Oznaczało to dłuższe niż dotąd dojazdy samochodowe. W poniedziałek naszą baza wypadową do górskiej wspinaczki miało być San Leonardo in Passiria. A może raczej St. Leonhard in Passeier zważywszy, że 98 % mieszkańców tej gminy za ojczysty uważa język niemiecki. Miasteczko to położone jest 21 kilometrów na północ od Meran. Co jednak najważniejsze tuż przed nim rozchodzą się drogi na dwie wysokie przełęcze. W lewo czyli na zachód odbija droga SS44bis prowadząca ku granicy z Austrią na Passo del Rombo vel Timmelsjoch (2474 metrów n.p.m.). Z kolei w prawo ku centrum miasta i dalej na północ biegnie szosa SS44 na Passo di Monte Giovo alias Jaufenpass (2099 metrów n.p.m.). Według „cyclingcols” podjazd na pierwszą z w/w przełęczy liczy sobie aż 29 kilometrów o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniem aż 1793 metrów czyli niewiele mniejszym niż na legendarnym Stelvio. Drugie ze wspomnianych wzniesień jest mniejsze i krótsze, lecz też może się pochwalić niezłymi wymiarami. Aby na nie wjechać trzeba bowiem pokonać 19,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 1418 metrów. Tym samym śmiałek, który chciałby jednego dnia zdobyć obie te przełęcze musiałby przejechać 97 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3211 metrów! Wyzwanie leżące w zasięgu naszych możliwości przy odpowiedniej dawce wolnego czasu. Niemniej z uwagi na długie transfery nie braliśmy tej hardcorowej opcji pod uwagę. Już aby dotrzeć do San Leonardo musieliśmy przejechać samochodem odcinek 76 kilometrów, który w teorii powinien był nam zabrać godzinę i 15 minut. W praktyce zajęło to nam ponad półtorej godziny, po tym jak zjechawszy z drogi krajowej SS38 utknęliśmy w korkach na ulicach Merano.

Jeszcze przed wyruszeniem z Graun mieliśmy skonkretyzowane plany. Podzieliliśmy się zadaniami. Ci, którzy nigdy dotąd nie byli w tych stronach czyli piątka: Artur, Daniel, Rafał, Romek i Tomek mieli ruszyć na Rombo. Pozostała trójka czyli: Adam, Dario i ja miała już na rozkładzie wschodni podjazd pod tą przełęcz. Dodam, że ja wraz z Darkiem zdobyłem Rombo przed dziewięcioma laty. Dokładnie zaś 3 lipca 2006 roku, dzień po tym jak wspólnie zdobyliśmy też północne Monte Giovo, które dla mojego przyjaciela było pierwszym w życiu podjazdem z prawdziwego zdarzenia. Dla odmiany Adam miał Rombo świeżo w pamięci. Pierwszą część swych dwumiesięcznych alpejskich wakacji spędził w Tyrolu pomieszkując w dolinie Oetz. Dzięki temu 24 czerwca pokusił się o nie lada wyczyn czyli przejechanie Timmelsjoch od obu stron w ramach 142-kilometrowego etapu ze startem i metą w Langenfeld. Żaden z nas nie miał za to okazji do obejrzenia Jaufenpass od południowej strony. Dlatego to właśnie ten podjazd stał się naszym celem na poniedziałkowe popołudnie. Nasze Monte Giovo jak dotąd trzykrotnie zostało wypróbowane na trasie Giro d’Italia. Tym niemniej za każdym razem w nieco łatwiejszej wersji północnej ze startem w Casateia koło Vipiteno, która ma długość „tylko” 15 kilometrów o średniej 7,5 % i przewyższeniu 1124 metrów. Za pierwszym razem w 1961 roku na etapie do Bormio pierwszy na tej górze był Belg Rik Van Looy. Ówczesny król klasyków na tym wyścigu miał ambicje powalczenia o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej Giro. Skończyło się na siódmej pozycji. Następnie w latach 1994 i 1995 na etapach do Merano i Kurzas / Maso Corto premie górskie na tej przełęczy wygrywali Szwajcar Pascal Richard (późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty) oraz Kolumbijczyk Nelson Rodriguez (znany najlepiej z wygranego etapu do Val Thorens na TdF 1994). Co ciekawe żadnemu ze zdobywców tej góry nie było dane było potem cieszyć się z etapowego sukcesu. Wygrali je bowiem: Luksemburczyk Charly Gaul, Włoch Marco Pantani i Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Legendarny „Il Pirata” dzięki ryzyku podjętemu na mokrym zjeździe z Monte Giovo do Merano wygrał swój pierwszy w karierze etap Wielkiego Touru.

Naszą trójkową wspinaczkę pod Jaufenpass zaczęliśmy o godzinie 12:40. Parę chwilę wcześniej nieco liczniejszy oddział naszego „wojska” wyruszył na pojedynek z Timmelsjoch. Dodam, że „cyclingcols” wycenił wschodnie Rombo na 1327 punktów, zaś południowe Monte Giovo na 1033 punkty. Dla porównaniu powszechnie znane L’Alpe d’Huez zasłużyło tu sobie na 1039 punktów. Pierwsze półtora kilometra naszej wspinaczki wiodło przez ulice San Leonardo. Potem wjechaliśmy na pierwszy leśny odcinek, który poprzez pięć serpentyn doprowadził nas do końca szóstego kilometra. Wcześniej na czwartym wirażu minęliśmy Gasthof Schlossberg (5 km). Ciekawostką jest, że droga na Monte Giovo powstała w roku 1912 czyli jeszcze za korony z budżetu Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego. Niemniej już siedem lat później na mocy traktatu z Saint-Germain przeszła w zarząd Królestwa Włoch. Adam i Darek choć ruszyli całkiem ochoczo wkrótce zluzowali. Parę razy odjechałem im na kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów bez szczególnego przyśpieszenia. Następnie zwalniałem sądząc, że jednak nabiorą ochoty do nieco szybszej jazdy. Ostatecznie w połowie piątego kilometra uznałem, że nie ma co rwać tempa. Postanowiłem jechać swoje czyli sprawdzić na co mnie w tym dniu stać. Po przejechaniu 7,3 kilometra wyjechałem z lasu, zaś na początku dziewiątego kilometra przebiłem się przez jedyny na całym szlaku tunel. Na półmetku wzniesienia minąłem wioskę Walten / Valtina (9,6 km), zaś niespełna dwa kilometry dalej dotarłem do wirażu nr 6 tuż za gospodą Innerwalten we wiosce Bach (11,2 km). Tu zaczął się drugi leśny odcinek, kończący się pod koniec siedemnastego kilometra. W jego początkowej fazie minąłem osadę Trotter (12,5 km), zaś już po wyjechaniu między alpejskie hale gospodę Jaufenalm (17,2 km) znajdującą się na wysokości 1875 metrów n.p.m. Stąd do szczytu pozostały jeszcze trzy kilometry. Najpierw długi odcinek ku ostatniemu wirażowi na tej górze (18,5 km). Potem jeszcze dłuższy kawałek zboczem góry już do samej przełęczy. Cała wspinaczka od rozdroża miała 20,2 kilometra, które przejechałem w czasie 1h 30:10. Natomiast na stravie zmierzono nam czasy z ostatnich 19 kilometrów. Ten segment pokonałem w czasie 1h 27:10 (avs. 13,1 km/h) z VAM 978 m/h co daje mi 167 miejsce na 916 zdobywców tej góry. Na przełęczy wiał zimny wiatr, więc ubrałem się cieplej czekając na przyjazd Adama i Darka. Moi kompani jechali spokojnie rozprawiając o kolarskiej kuchni. Ostatecznie dojechali na szczyt z wynikiem 1h 39:05.

20150817_150327

20150817_151446

20150817_154028

Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt w Edelweisshutte. Nie śpieszyło nam się na dół. Wszak nasi koledzy mieli do przejechania o blisko dziesięć kilometrów więcej w każdą stronę, a sam wjazd na Rombo musiał im zająć co najmniej dwie godziny. To wielkie wzniesienie tylko raz pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Włoch. To znaczy podczas szesnastego etapu Giro z roku 1988 prowadzącego z Merano do Innsbrucku. Premię górską na tej granicznej przełęczy wygrał Szwajcar Daniel Gisiger, lecz w stolicy Tyrolu ze zwycięstwa etapowego cieszył się Włoch Franco Vona. Rombo znana jest przede wszystkim jako ostatnia góra na trasie Oetztaler Radmarathon – jednego z najtrudniejszych górskich wyścigów typu Gran Fondo. Podczas tej sierpniowej imprezy amatorzy kolarstwa na austriacko-włoskiej trasie długości 238 kilometrów mają do pokonania cztery solidne wzniesienia z łącznym przewyższeniem rzędu 5500 metrów! Gdy my siedzieliśmy przy cieście za stołem wspomnianej gospody nasi koledzy dopiero kończyli swą maratońską wspinaczkę. Dość niespodziewanie najmocniejszy w ich gronie – na przekór niedoborom treningu i bolącym plecom – okazał się Daniel. Na stravie najdłuższy segment z tej góry ma 26,5 kilometra i obejmuje odcinek niemal od początku wzniesienia do kiosku przed tunelem na wysokości około 2400 metrów n.p.m. Daniele pokonał ten dystans w czasie 2h 00:35 (avs. 13,2 km/h i VAM 871 m/h). Nad Romkiem i Tomkiem zyskał tu kilka, zaś nad Rafałem kilkanaście minut. Czasy tej trójki to odpowiednio: 2h 06:19, 2h 06:36 i 2h 14:06. Ciężkie chwile przeżywał na tej górze Artur, któremu pokonanie tego segmentu zajęło aż 2h 31:40. Niestety żaden z nich nie mógł zbyt długo cieszyć się swym sukcesem jakim niezależnie od czasu wjazdu pozostaje samo pokonanie takiego wzniesienia. Na tej przełęczy pogoda była znacznie gorsza niż na Monte Giovo. Ledwie 4 stopnie plus wilgoć z nisko położonych chmur. Na domiar złego wichura na tyle mocna, że trudniej im się jechało pod wiatr na falsopiano niż z wiatrem pod najgorszą stromiznę. W obliczu takich warunków czym prędzej zarządzili odwrót ku dolinie. Na zjeździe Daniel dał czadu. Według stravy odcinek 26,2 kilometra pokonał w 31:04 (avs. 50,8 km/h). To dało mu drugi wynik pośród 134 zarejestrowanych osób. Tomek był niewiele wolniejszy i z czasem 32:53 uplasował się w tym zestawieniu na szóstej pozycji.

Do samochodów zaparkowanych przy tablicy informacyjnej naprzeciw hotelu Wiesenhof dotarliśmy około szesnastej. Ponieważ na swojej przełęczy spędziliśmy kilkadziesiąt minut nie byliśmy pierwsi na dole. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musieliśmy jeszcze poczekać na bezpieczny powrót Artura. Wiedzieliśmy już, że przejazd w rejon bazy noclegowej zająć nam może nawet półtorej godziny. Tymczasem naszym drugim podjazdem tego dnia miał być wjazd z poziomu Val d’Adige po drodze SP129 do położonej na wysokości 1320 metrów n.p.m. wioski Cauria (niem. Gfrill). Wspinaczka do niej zaczyna się w Salorno (niem. Salurn) – najdalej na południe położonej miejscowości w całym Południowym Tyrolu. Bliżej stąd do Trento niż Bolzano. Nie dziwi więc, że to jedna z pięciu gmin na terenie Alto-Adige, gdzie większość mieszkańców mówi po włosku, a nie niemiecku. Podczas samochodowego transferu dowiedzieliśmy się od kolegów z Moto-2 i Moto-3, że oni rezygnują z podjazdu pod Caurię. Jednak nie wszyscy pożegnali się z rowerem do dnia następnego. Adam z Rafałem zrobili sobie jeszcze przeszło 10-kilometrową przejażdżkę z Termeno do Corony. Przy tej okazji zaliczając nasz 6-kilometrowy podjazd do domu, na którym liderem ze stravy jest Moreno Moser. Tym niemniej do Salorno pojechaliśmy tylko we trójkę. Daniel dowiózł nas na miejsce przeznaczenia, lecz wzorem pozostałych kolegów darował sobie ponowne wsiadanie na rower. Miał ku temu dobry powód czyli niemal 30 kilometrów wspinaczki w nogach. Ja i Darek „przerobiliśmy” ich jak na razie tylko 20, stąd dla równego rachunku wypadało nam coś dokręcić. Stanęliśmy więc na starcie kolejnego wyzwania i to nie byle jakiego. Jeśli pominiemy łagodny początek czyli pierwsze 1600 metrów od drogi krajowej SS12 podjazd z Salorno do Caurii liczy sobie 11,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,7 % i max. 15 % przy przewyższeniu 1100 metrów. Dojechawszy do tego miasteczka zaparkowaliśmy na miejscowym rynku. Z miejsca startu mieliśmy widok na kościół i ratusz, za którymi piętrzyły się zalesione góry, w które wkrótce mieliśmy podążyć. W końcu tuż przed wpół do siódmą Darek i ja ruszyliśmy do boju, zaś Daniel poszedł w miasto na zasłużoną obiadokolację. Po chwili delikatnego podjazdu wzdłuż Piazza Municipio zaraz za kościołem skręciliśmy w lewo pokonując płaski kilometr ulicami: Via Loreto i Via Molino.

Prawdziwy podjazd zaczął się po wyjechaniu z miasteczka, tuż za znakiem drogowym straszącym nachyleniem o wartości 14 %. Niemal do końca trzeciego kilometra jechaliśmy po stromej drodze wśród winnic. Pierwsze 2700 metrów tej góry ma średnie nachylenie na poziomie 10,4 %. Darek z wolna się rozgrzewał, więc na pierwszych kilometrach musiałem kilkakrotnie zwalniać byśmy nadal mogli jechać razem. Końcówka trzeciego i cały czwarty kilometr pozwolił mu złapać głębszy oddech na znacznie łatwym dojeździe do Pochi vel Buchholz (4,2 km). W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do lasu, gdzie szosa już wkrótce ponownie się wypiętrzyła. Najbardziej strome na tej górze są kilometry szósty i ósmy, na których średnie nachylenie sięga niemal 12 %. Dystans biegł powoli, a mi sił jakby szybciej ubywało. Od połowy wzniesienia to Darek zaczął dyktować tempo, zaś ja spadałem z jego koła. Niemniej mając w pamięci moją koleżeńską taktykę z pierwszych kilometrów tego wzniesienia tym razem to Dario zaczął się oglądać i lekko zwalniać gdy było trzeba. Po doświadczeniach z Passo Pampeago i Prati di Kohl ukuliśmy teorię, że na tego rodzaju stromych podjazdach „prawo ciążenia” dopada mnie po przejechaniu siedmiu kilometrów. Przemęczyłem jakoś te trzy najgorsze dla mnie kilometry, zaś na finałowym zapewne zmobilizowany bliskim końcem tego cierpienia nieco odżyłem. Na ostatnich 800 metrach podjazd prowadził drogą przez łąkę będącą wysepką pośród tego gęstego górskiego lasu. Na samym końcu asfaltowej drogi znajduje się Cauria (niem. Gfrill). Wioska licząca sobie ledwie 50 mieszkańców i kilkanaście domostw wokół gotyckiego kościółka pod wezwaniem św. Małgorzaty. Przejechaliśmy przez wieś po kostce i zatrzymaliśmy się na jej końcu, tuż przed wjazdem na prowadzący dalej szutrowy dukt. W sumie przejechaliśmy 11,5 kilometra w 1h 06:20 (avs. 10,5 km/h). Gdyby nie wzajemna solidarność zapewne każdy z nas mógłby z tego czasu urwać jakąś minutę. Tym niemniej bardziej sobie cenię ten fajny przykład sportowej współpracy. Na stravie zmierzono nam czas 1h 05:59 na dystansie 11,1 kilometra (avs. 10,1 km/h i VAM 999 m/h). Po przymusowo krótkim pobycie na szczycie pozostało nam tylko bezpiecznie zjechać przed zapadnięciem zmierzchu. Nie było czasu ani warunków to zrobienia dokumentacji zdjęciowej. Dojechałem na rynek około 20:20. Byliśmy zmęczeni i głodni. Dlatego przed powrotem do Haus Belutti podjechaliśmy wszyscy do restauracji, którą Daniel odkrył podczas swego spaceru po Salorno.

20150817_193847

20150817_200633

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone