banner daniela marszałka

Port del Comte-L’Estivella & Tuixent-La Vansa

Autor: admin o czwartek 2. Czerwiec 2016

Czwartek zapowiadał się na długi dzień poza domem. Po pierwsze czekał nas przeszło godzinny dojazd w wybrany górski rewir. Po drugie już na miejscu mieliśmy zaliczyć dwa wzniesienia o przeszło 20-kilometrowej długości. Najpierw musieliśmy dojechać samochodem do Sant Llorenc de Morunys (com. Solsones, prov. Lleida). Następnie z okolic tego miasteczka, już na rowerach, podjechać do dwóch stacji narciarskich leżących na wysokości 1930 metrów n.p.m. każda. Pierwsza wspinaczka skończyć się miała na parkingu L’Estivella w najwyższej części rozległego ośrodka narciarstwa alpejskiego Port del Comte. Z kolei druga zawieść nas miała do kurortu Tuixent-La Vansa służącego przede wszystkim miłośnikom narciarstwa biegowego. Ze względu na zbieżny punkt startu, taką samą wysokość i przewyższenie oraz podobną długość oba podjazdy śmiało można nazwać „bliźniakami”. Wzniesienia te nie są szczególnie znane kolarskim kibicom, acz Port del Comte bywał na trasach hiszpańskich wyścigów z najwyższej półki. W latach 1989-1990 kończyły się w tej stacji etapy Volta a Catalunya. Przy pierwszej okazji wygrał w tym miejscu Francuz Thierry Claveyrolat. Późniejszy „Król Gór” Tour de France z roku 1990 wyprzedził o 2 sekundy Hiszpana Pedro Delgado i o 5 sekund Baska Marino Lejarretę. Cały wyścig Dookoła Katalonii wygrał jednak Lejarreta przed Delgado, zaś Claveyrolat był w „generalce” szósty. Rok później pierwszy linię mety minął tu Hiszpan Jesus Montoya tuż przed swym rodakiem Laudelino Cubino. Obaj o 26 sekund wyprzedzili 4-osobową grupkę, którą przyprowadził Delgado. Cubino objął prowadzenie w wyścigu i nie oddał go już do mety w Gironie. Po jego prawicy i lewicy na generalnym podium stanęli Lejarreta i Delgado. Natomiast Montoya sklasyfikowany został na ósmym miejscu. Następnie w sezonie 2004 do Port del Comte zawitała też Semana Catalana. Etap wygrał Amerykanin Levi Leipheimer, który przyjechał do celu w towarzystwie Katalończyka Joaquima Rodrigueza. „Purito” zadowolił się zdobyciem koszulki lidera, którą nie bez trudu obronił na ostatnim etapie tej imprezy. Natomiast wielka Vuelta nigdy nie dotarła do Port del Comte. Aczkolwiek dolna część tego podjazdu czyli odcinek do wysokości Coll de Jou (1461 m. n.p.m.) znalazł się na piątym etapie VaE 1980 z San Quirze del Valles do La Seu d’Urgell. Pierwszy na tą przełęcz wjechał wówczas Hiszpan Juan Fernandez. Ten sam, który w latach 1980, 1987 i 1988 dał Hiszpanii trzy brązowe medale Mistrzostw Świata.

Tradycyjnie już opuściliśmy bazę około jedenastej. Do przejechania autem mieliśmy 53 kilometry. Pierwszą część tej trasy znaliśmy już ze środowej przejażdżki. Następnie na wysokości Bergi musieliśmy zjechać z krajówki C-16 na lokalną drogę BV-4241 vel LV-4241, którą w środę przecinaliśmy na początku wspinaczki pod Rasos de Peguera. Dojechawszy do Sant Llorenc de Morunys zaparkowaliśmy od razu w pierwszej bocznej uliczce na wysokości około 880 metrów n.p.m. Niemniej do podnóża całego wzniesienia trzeba było zjechać jakieś półtora kilometra. Najniższym punktem w tej okolicy był bowiem most nad sztucznym jeziorem Panta de la Llosa del Cavall. Ten efektownie wyglądający zbiornik wodny powstał na rzece Cardener u jej zbiegu z Aigua de Valls. Rafał ruszył pod górę jako pierwszy o godzinie 12:15. Ja zjechałem na start razem z Darkiem. Niemniej chciałem jeszcze zrobić kilka zdjęć w tym miejscu. Była ku temu jedyna okazja jako, że drugi podjazd wolałem zacząć nieco wyżej by nie powtarzać wspólnego odcinka obu wzniesień. Dario nie tracił czasu i ruszył do boju o 12:27, zaś ja dwie minuty później. Już 200 metrów po starcie musiałem się jednak zatrzymać by odebrać telefon. Jak się okazało od Rafała. Ten bowiem dojechawszy do rozdroża w górnej części Sant Llorenc dopytywał się jak ma dalej jechać. Odrzekłem by trzymał się dotychczasowej drogi (mając na myśli LV-4241). Niemniej nieopatrznie wplotłem w swą wskazówkę słówko „prosto”. Tymczasem szlak na Port del Comte po 2 kilometrach od startu odbijał w lewo. Natomiast na wprost zaczynała się droga C-462 prowadząca na Coll de Port (1669 m. n.p.m.) i ewentualnie do stacji Tuixent-La Vansa. Jak się później okazało Rafa wybrał tą drugą opcję. Wskutek tego niczym Darek przed pięcioma laty w Chiavennie przerobił oba wybrane wzniesienia, acz w kolejności odwrotnej od zakładanej. Po blisko trzyminutowej rozmowie ruszyłem ponownie. Zakładałem, że w pościg nie tylko za Darkiem, ale i Rafałem. Po wspomnianym strategicznym zakręcie w lewo na wysokości około 925 m. n.p.m. podjazd jeszcze przez dwa kolejne kilometry biegł po ulicach Sant Llorenc de Morunys. Powyżej miasta droga była nadal szeroka i prowadziła w odsłoniętym terenie. Jej nachylenie było umiarkowane na średnim poziomie od 5 do 7%. Taki teren mi jak najbardziej odpowiadał. Nadawał się do jazdy w równym tempie na stosunkowo twardym przełożeniu. Pewnie dlatego jeszcze przed dojazdem do Coll de Jou udało mi się wyprzedzić Darka.

Zresztą aby dotrzeć do Port del Comte wcale nie musieliśmy mijać owej przełęczy. Tuż przed nią czyli po przejechaniu 10,3 kilometra od startu należało odbić w prawo na boczną drogę o wszystko mówiącej nazwie Carretera del Port del Comte. Stąd do stacji brakowało jeszcze prawie pięciu kilometrów. Niemniej tylko trzy z nich prowadziły pod górę, z czego ten pierwszy łagodnie. Potem za masztami na wysokości Costa de Galliners (13,3 km) było już niemal płasko. Po prawej stronie drogi w dole mieliśmy piękny widok na lazurowe wody Panta de la Llosa del Cavall. Do Port del Comte wjechałem po przebyciu 15,2 kilometra. Stacja jest dość okazała, więc można było się zastanawiać jak dalej jechać. Brnąłem po Avinguda del Port del Comte szukając na znakach drogowych słowa „L’Estivella”. Po 1200 metrach na tej alei skręciłem w lewo skuszony żółtą tablicą „Estacio d’Esqui”. Następnie przejechawszy kolejne 1600 metrów z nachyleniem nie przekraczającym 6 % dotarłem do hoteli i parkingów położonych na wysokości około 1720 metrów n.p.m. Tu trafił się nawet 300-metrowy zjazd, po którym droga skręcała w lewo na Pista acces Sucre i Estivella. To był już znak, że jestem na właściwym szlaku. Mając w nogach 19,2 kilometra dotarłem do parkingu El Sucre służącego turystom szusującym po zboczu góry El Querol (2110 m. n.p.m.). Tym niemniej do najwyżej położonego parkingu L’Estivella u stóp góry Clot Rodo (2323 m. n.p.m.) brakowało jeszcze dwóch kilometrów. Niby niewiele, lecz był to najtrudniejszy odcinek całej wspinaczki ze stromiznami sięgającymi nawet 12-13%. Zmęczyłem i ten trudny finał, acz przyznam że takie nachylenie u kresu drogi nieco mnie przytkało. W końcu dotarłem do swego celu po przejechaniu 21,2 kilometra o przewyższeniu 1120 metrów w czasie netto 1h 16:13 (avs. 16,8 km/h i VAM 882 m/h). Prędkość w pionie daleka od rewelacji, lecz przy średnim nachyleniu 5,3% i paru wypłaszczeniach nie mogła być wysoka. Na stravie wśród oficjalnych odcinków znalazłem dwa ciekawe segmenty. Jeden o długości 14,1 kilometra między Sant Llorenc (1,3 km) a Port del Comte (15,4 km) i drugi obejmujący 8-kilometrowy dojazd do zakrętu przed Coll de Jou. Ten pierwszy przejechałem w czasie 49:55 (avs. 17,0 km/h i VAM 924 m/h), zaś drugi w 31:02 (avs. 15,5 km/h i VAM 971 m/h). Dario uzyskał tu odpowiednio wyniki 55:24 i 35:12. Potem jednak począł błądzić po górskich ścieżkach stacji i zanim z godzinnym poślizgiem dotarł do parkingu L’Estivella zaliczył dwie „fałszywe mety” podkręcając swój przebieg o blisko 9 kilometrów.

20160602_144326

20160602_150623

20160602_152604

Do samochodu zjechałem o 15:11. Po kilku minutach dołączył do mnie powracający ze swej północnej wycieczki Rafał. O przygodach Darka dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej, którą przeprowadziłem stojąc jeszcze na parkingu L’Estivella. Powiedziałem więc Rafałowi, że będziemy czekać na swego kolegę dłuższą chwilę. Dlatego postanowiliśmy podjechać do centrum Sant Llorenc de Morunys by tam przechwycić naszego „Błędnego Rycerza”. Wstąpiliśmy do baru położonego w pobliżu miejscowej stacji benzynowej Repsol. Mieliśmy dość czasu by wyjaśnić sobie nasze telefoniczne nieporozumienie. Poza tym mogliśmy się wymienić swoimi doświadczeniami z pierwszej wspinaczki. Ja powiedziałem Rafałowi jak skutecznie dotrzeć do parkingu L’Estivella ponad Port del Comte. Z kolei on mógł mnie wprowadzić w temat pod tytułem Tuixent-La Vansa. Kilka minut po szesnastej dołączył do nas Dario. Już wcześniej uradziliśmy, że nie ma większego sensu zjeżdżać po drugi raz do poziomu sztucznego jeziora. Rafał mógł zacząć podjazd do Port del Comte w miasteczku św. Wawrzyńca. Natomiast my postanowiliśmy zacząć swą drugą wspinaczkę poza miastem. To znaczy w miejscu, gdzie podjazd do Tuixent już na dobre się zaczyna. Z profilu wzniesienia wynikało, że droga biegnąca na północ od miasta z początku jest ledwie pofałdowana. Prawdziwie górski charakter miała zyskać dopiero w punkcie oznaczonym jako Font de la Puda La Pedra czyli w odległości 4 kilometrów od rozjazdu dróg LV-4241 i C-462. Rafa ruszył w kierunku zachodnim o 16:15. Po chwili wsiedliśmy do samochodu udając się na północ. Mieliśmy pominąć nieciekawe ze sportowego punktu kilometry „falso llano”. Niemniej z drugiej strony nie chcieliśmy też zabrnąć autem zbyt daleko. Zatrzymaliśmy się na wysokości kampingu Morunys u kresu długiej prostej z widokiem na pozostawione za plecami Sant Llorenc. Sądziliśmy, że jesteśmy już na pierwszym kilometrze wzniesienia. Dlatego po wskoczeniu na rowery zjechaliśmy niespełna pół kilometra w kierunku miasta. Wystartowaliśmy około 16:40 z poziomu 907 metrów n.p.m. czyli wysokość bezwzględna nam się zgadzała. Niemniej wkrótce wyszło na to, że z owym startem nieco się pośpieszyliśmy. Co prawda na pierwszych 1100 metrach droga poszła w górę o 39 metrów, lecz na kolejnych 1500 metrach zjechała o 38.

W tak łatwym terenie wystartowałem szybciej od Darka. Po przejechaniu 2,6 kilometra dotarłem do wspomnianego mostu nad rzeką Cardener w pobliżu osady La Pedra. Dopiero tu wspinaczka zaczęła się na dobre. Pierwsze półtora kilometra na dojeździe do La Coma (4,2 km) było solidne czyli z nachyleniem powyżej 6 %. Za tą wioską było kilkaset metrów delikatnego zjazdu. Na górski tryb jazdy trzeba się było przestawić w połowie szóstego kilometra. Przez kolejne 7,5 kilometra teren wznosił się na poziomie od 5 do 7,5 %. Na tym krętym odcinku znajdowało się w sumie dziesięć serpentyn. Przy dziewiątej z nich (11,7 km od startu) w lewo odchodziła dróżka, którą można dojechać do Port del Comte od strony północnej. Od czasu do czasu mijałem pojedyncze domki, ostatnie tuż za wirażem przy Coma Pregona (12,8 km). Po kolejnych trzech kilometrach dotarłem do Coll de Port (15,7 km) leżącej na granicy powiatów Solsones i Alt Urgell. Ledwie 100 metrów za tą przełęczą trzeba było zjechać z drogi C-462 pokonując ciasny zakręt w lewo. Stąd do końca wspinaczki pozostało jeszcze 3200 metrów o średnim nachyleniu 8,1 %. To był trudny finał, na którym chwilowa stromizna sięgała nawet 12 %. Pokonałem go jadąc ze średnią prędkość 11,2 km/h. Asfaltowa droga skończyła się na placu przy stacji Tuixent-La Vansa. Zatrzymałem się po przejechaniu 19 kilometrów w czasie 1h 11:46 (avs. 15,9 km/h). Dalej szedł już tylko gruntowy szlak do Refugi de l’Arp tzn. schroniska wybudowanego na wysokości 1945 m. n.p.m. Czekając na Darka usiadłem sobie w okręgu wymalowanym na placu. Odpoczywałem łapiąc ostatnie promienie popołudniowego słońca. Dario dojechał po jedenastu minutach. Na stravie znalazłem dwa ciekawe segmenty. Jeden miał długość 12,8 kilometra i przewyższenie 730 metrów kończąc się na Coll de Port. Drugi obejmował 13,4 kilometra o amplitudzie 865 metrów z finałem przy stacji Tuixent-La Vansa. Ten pierwszy przejechałem w czasie 49:26 (avs. 15,6 km/h i VAM 886 m/h), zaś drugi w 56:27 (avs. 14,2 km/h i VAM 920 m/h). Dario uzyskał odpowiednio wyniki: 58:05 i 1h 04:20. Natomiast Rafa potrzebował wcześniej na to samo: 1h 08:10 i 1h 16:21. Stwierdził, że kiepsko mu się tego dnia kręciło. W trakcie późniejszej wspinaczki pod Port de Comte nie był w stanie uzyskać VAM-u na poziomie 600 m/h. Zgodnie z oczekiwaniami to był długi etap. Ja przejechałem w sumie 80,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2250 metrów. Moi koledzy jeszcze więcej – Rafał 83, zaś Darek nawet 89 kilometrów.

20160602_181137

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Rasos de Peguera & Creu de Fumanya

Autor: admin o środa 1. Czerwiec 2016

W środę do wybranych gór musieliśmy odrobinę dojechać. Czekała nas 22-kilometrowa wycieczka na południe do miasta Berga będącego stolicą comarki Bergueda. To znaczy katalońskiego powiatu na terenie którego pomieszkiwaliśmy. Miejscowość ta liczy sobie 16,5 tysiąca mieszkańców czyli jest wielkości naszych Kartuz. W 2012 roku stało się o niej głośno gdy miejscowa rada miejska uznała ex-króla Juana Carlosa za persona non grata. W pobliżu tego miasta, acz już w granicach górskiej gminy Castellar del Riu znajduje się Rasos de Peguera. To najstarsza, choć obecnie nieczynna, stacja narciarska w Katalonii. Rząd Autonomii planuje ponoć jej reaktywację połączoną z otwarciem tras biegowych, modernizacją dotychczasowych tras zjazdowych, a nawet stworzeniem parku dzikich zwierząt. Rasos de Peguera (1892 m. n.p.m.) pamięta też czasy pierwszych „flirtów” Vuelta a Espana z górskimi finiszami na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Peleton tego wyścigu zajrzał tu bowiem już w 1981 roku. Na trzynastym etapie owej edycji najlepszy okazał się maleńki hiszpański góral (154 cm wzrostu) Vicente Belda. Wieloletni kolarz, a później dyrektor sportowy słynnej ekipy Kelme wyprzedził o 36 sekund lidera i późniejszego zwycięzcę całej tej imprezy tzn. Włocha Giovanni Battaglina. Trzeci na kresce był Jose-Luis Laguia, będący na drodze do pierwszego ze swych pięciu zwycięstw w klasyfikacji górskiej VaE. Trzy lata później najmocniejszy na tym przeszło 16-kilometrowym podjeździe okazał się Francuz Eric Caritoux, urodzony w prowansalskim Carpentras. Zawodnik drużyny Skil-Reydel o 16 sekund wyprzedził Hiszpana Pedro Delgado i o 27 Kolumbijczyka Edgara Corredora. Delgado odebrał tu koszulkę lidera trenującemu przed Giro Francesco Moserowi, lecz ostatecznie całą Vueltę wygrał wspomniany już Caritoux spod Mont Ventoux. Po raz trzeci i ostatni wyścig ten dotarł na Rasos w roku 1999. Przy tej okazji pierwszy do mety dojechał Szwajcar Alex Zulle, który o 14 sekund wyprzedził Włocha Nicolę Miceliego i o 32 swego kolegę z ekipy Banesto Hiszpana Jose-Maria Jimeneza. Za ich plecami liderujący Niemiec Jan Ullrich o 13 sekund powiększył swą przewagę nad Baskiem Igorem Gonzalezem de Galdeano. Poza wielką Vueltą w stacji tej bywał też w latach 1998 i 2001 wyścig Semana Catalana. Królewskie etapy Tygodnia Katalońskiego wygrywali tu kolejno: Holender Michael Boogerd i Włoch Danilo Di Luca.

Z bazy wyjechaliśmy około jedenastej. Po dotarciu do miasta zatrzymaliśmy się na dużym parkingu przy Passeig de la Industria. Znalezienie początku podjazdu w mieście bywa kłopotliwe. Nie inaczej było tym razem. Co prawda Rafał do swego Garmina wgrał stosownego „tracka”, ale mi i Darkowi na nic się to zdało, bowiem swemu potencjalnemu przewodnikowi znów pozwoliliśmy na wcześniejszy start. Rafa po przejechaniu półtora kilometra dotarł do podnóża podjazdu na Carrer de Pere Costa około 11:37. Natomiast my najpierw błąkaliśmy się po centrum miasta wypytując o właściwą drogę przygodnych przechodniów. Potem w poszukiwaniu najniższego punktu w mieście zjechaliśmy na poziom Carrer de Prat de la Riba (669 m. n.p.m.), skąd o 11:58 ruszyliśmy w górę pod prąd Carrer del Compte Oliba. Do położonego na wysokości 709 m. n.p.m. miejsca, z którego wspinaczkę rozpoczął Rafał dotarliśmy dopiero o 12:02. Podjazd zaczął się od przeszło 400-metrowej stromej prostej. Na jej końcu nachylenie przekraczało już 12%. Jak zwykle na pierwszej górze dnia zacząłem szybciej od Darka, więc już ten krótki odcinek wystarczył by rozbić nasze szyki. Solidna stromizna trzymała do przecięcia drogi BV-4241 czyli przez pierwsze 1100 metrów. Następne 1700 metrów wiodło po drodze BV-4242. Ten odcinek drogi był stosunkowo łagodny i kończył się na rozjeździe, gdzie trzeba było skręcić w prawo wybierając drogę BV-4243. Jadąc dalej prosto można by dotrzeć do położonego na wysokości niespełna 1200 metrów n.p.m. barokowego Santuari de la Mare de Deu de Queralt. Odtąd nie było już dylematów związanych z wyborem właściwej drogi. Pierwsze 500 metrów na Carretera de Rasos było spokojne. Poprzeczka została podwyższona wraz z wjazdem na kilometrową prostą o nachyleniu bliskim 9%. Następne trzy kilometry były niewiele łatwiejsze. Po przejechaniu 5,1 kilometra byłem już we wspomnianej gminie Castellar del Riu. Następnie pokonałem zakręt z widokiem w prawo na kościółek Sant Vicenc (6,0 km), mostek nad potokiem Tagast (6,5 km) i zjazd w lewo na Camping Font Freda (6,9 km).

Na początku dziewiątego kilometra droga zmieniła kierunek z zachodniego na północny. Pogoda nam dopisywała. W pełnym słońcu można było podziwiać okoliczne widoki, w tym skały i piaszczyste bandy wzdłuż owej szosy. Było dość ciepło. Do końca dziewiątego kilometra temperatura utrzymywała się na poziomie 22-23 stopni. Po dwóch łatwiejszych kilometrach wspinaczka znów stała się trudniejsza niespełna 5 kilometrów przed finałem. Po przebyciu 11,8 kilometra szosa po raz pierwszy przecięła Torrent de Porxos. Kręcąc się przez następne półtora kilometra uczyniła to jeszcze dwa razy. Na początku piętnastego kilometra można było chwycić głębszy oddech na niemal płaskim odcinku o długości 300 metrów. Po wyjechaniu zza zakrętu ujrzałem przed sobą Rafała. Swego kompana dogoniłem na stromiźnie w pobliżu Xalet Refugi Rasos de Peguera (14,4 km). Do szczytu brakowało nam jeszcze 1700 metrów. Nieznacznie zwolniłem aby dać Rafałowi szansę na złapanie koła. Ten zaś mocno się zmobilizował by na finałowym odcinku wytrzymać moje tempo jazdy. Dał radę czym mnie pozytywnie zadziwił. W kolejnych dniach jeszcze nie raz dał nam przykład swego hartu ducha i olbrzymiej ambicji. Razem dotarliśmy do rozjazdu znajdującego się kilometr przed finałem. Okazało się, że ostatnie 1000 metrów tej wspinaczki prowadzi po drodze jednokierunkowej. Stąd droga prawa prowadzi pod górę, zaś lewa służy za początek zjazdu. Ot taka górska rundka. Z tego rodzaju „wynalazkiem” spotkałem się wcześniej tylko na słoweńskim Mangarcie. Całą wspinaczkę o długości 16,1 kilometra zrobiłem w czasie 1h 10:34 (avs. 13,7 kmh). Na stravie najdłuższy oficjalny sektor liczy sobie 15 kilometrów i ma przewyższenie 1053 metrów co daje średnio 7%. Obejmuje on odcinek powyżej skrzyżowania z drogą BV-4241. Na jego przejechanie potrzebowałem z kolei 1h 04:08 (avs. 14,1 km/h i VAM 985 m/h). Dario wspiął się w czasie 1h 14:55 (avs. 12,1 km/h), zaś Rafa 1h 27:18 (avs. 10,4 km/h). Darek stracił blisko 11 minut, acz na ostatnich 9 kilometrach powyżej wspomnianego kampingu Font Freda, już tylko 3:36. Najwyraźniej potrzebował trochę czasu na rozgrzewkę.

20160601_132911

20160601_134555

Na początku zjazdu rozdzieliśmy się. Darek z Rafałem pojechali w prawo czyli zgodnie z przepisami. Ja chcąc udokumentować na zdjęciach cały podjazd, włącznie z jego ostatnim kilometrem, zignorowałem zakaz i do wspomnianego rozjazdu dotarłem wschodnią nitką drogi. Było to całkowicie bezpieczne przy zerowym ruchu drogowym, zaś w razie konieczności można jeszcze było odbić na skraj szosy przeznaczony na parking. Do samochodu zjechałem jako drugi około 14:35, lecz i tak przyszło nam czekać około 20 minut na Darka. Mieliśmy dużo czasu. Druga wspinaczka miała być krótsza, a poza tym znajdowała się nieopodal. Dlatego nie śpieszyliśmy się z opuszczeniem miasta. Wcześniej chcieliśmy coś zjeść i w tym celu wybraliśmy się na zakupy do pobliskiego marketu sieci Mercadona. Ostatecznie z Bergi wyjechaliśmy około szesnastej. Drugim wzniesieniem w naszym środowym menu był przeszło 13-kilometrowy podjazd pod Creu de Fumanya. Według profilu znalezionego na stronie www.ramacabici.com wspinaczka miała się skończyć na wysokości 1678 metrów n.p.m. Po pokonaniu w pionie 1026 metrów. Podjazd ten zaczyna się przy drodze krajowej C-16 na wysokości północnego krańca sztucznego jeziora Panta de la Baells, którego powstało po spiętrzeniu wód rzeki Llobregat. Dojazd w to miejsce mieliśmy krótki bo niespełna 11-kilometrowy. Można powiedzieć, że przystanek wypadł nam na półmetku drogi powrotnej z Bergi do Bagi. Zaparkowaliśmy w żwirowej zatoczce po prawej stronie krajowej „szesnastki”. Mieliśmy stąd dobry widok na pierwsze kilkaset metrów czekającej nas wspinaczki. Podjazd do Creu de Fumanya (alias Coll de Peguera) w całości przebiega po drodze lokalnej BV-4025. Początkowo w kierunku północnym, zaś od piątego kilometra już prosto na zachód. Koniec podjazdu znajdować się miał kilka kilometrów na północ od Rasos de Peguera. Teoretycznie do owej stacji można było dotrzeć również tym szlakiem. Niejako „kuchennymi drzwiami”. Niemniej raczej tylko na rowerze górskim lub przełajowym jako, że tylko trzy pierwsze kilometry za Creu de Fumanya są szosowe, zaś ostatnie półtora prowadzi po stromej drodze gruntowej.

Rafał ponownie udał się na „przeszpiegi”. Tym razem z zapasem 9 minut. Ja wraz z Darkiem ruszyłem o godzinie 16:32. Przy wzniesieniu o przewyższeniu ponad tysiąca metrów i średnim nachyleniu 7,6 % każdy z nas miał szanse dotrzeć na szczyt jako pierwszy. Szybko okazało się, że za dużo sił rzuciłem na pokonanie Rasos de Peguera. Najwyraźniej nie stać mnie jeszcze było na „przerobienie” dwóch kolejnych wzniesień na wysokich obrotach. Tymczasem Darek ten pierwszy podjazd potraktował jako dobre przetarcie. Stopniowo się na nim rozgrzewał i sporo energii zostawił sobie na drugie ze środowych wyzwań. Od początku to Dario rządził. Już na dwóch pierwszych kilometrach męczyło mnie jego tempo jazdy. W końcu na trzecim mój „system się przegrzał” i musiałem puścić koło swego starszego kolegi. Na wysokości wioski Sant Corneli (3,6 km) traciłem do Darka już 40 sekund. Trzeba powiedzieć, że podjazd ten jest słabo „opracowany” na stravie. Brak rankingu z całego wzniesienia, zaś najdłuższy segment liczy sobie 6,8 kilometra. Obejmuje on środkowy fragment wspinaczki między Sant Corneli a skrętem na Coll de Fumanya (10,7 km). Dario wykręcił tu czas 32:47, ja 35:04, zaś Rafa 39:33. Jechało mi się ciężko do połowy wzniesienia. Potem nieco odpuściło. W każdym razie nie był to podjazd, który wybaczał chwile słabości. Jak widać po profilu od połowy drugiego do końca dziewiątego kilometra trzymał na poziomie powyżej 8 %, zaś momentami stromizna dochodziła nawet do 14-15 %. Jakieś trzy kilometry przed finałem dogoniłem Rafała i postanowiłem się wcielić w rolę „gregario di lusso” czyli dotrzeć do szczytu tempem holowanego kolegi. Na górze czekały nas dwie niespodzianki. Po pierwsze wspinaczka skończyła się na wysokości 1716 metrów n.p.m. Po drugie dotarliśmy tam jako pierwsi, zaś tuż po nas zza ostatniego zakrętu wyskoczył Darek. Okazało się, że tym razem to Dario pomylił trasę, gdy na jedenastym kilometrze odbił w prawo ku Coll de Fumanya. Poza szlakiem przejechał w sumie 1800 metrów co kosztowało go jakieś cztery i pół minuty. Podczas gdy ja cały podjazd o długości 13,9 kilometra pokonałem w czasie 1h 06:05 (avs. 12,9 km/h i VAM 976 m/h) to nasz „Iron-Man” na właściwej drodze spędził tylko 1h 01:37. Czapki z głów. Król był tylko jeden, choć z popsutym kompasem. Niemniej jak wiadomo „błądzić jest rzeczą ludzką”, by wspomnieć tylko mój przypadek z Montserrat. Etap piąty okazał się jak na razie najkrótszym. Przejechałem tylko 63 kilometry, ale za to z rekordowym jak dotąd przewyższeniem 2348 metrów.

20160601_174751

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Coll de Pal & Estacion Coma Oriola

Autor: admin o wtorek 31. Maj 2016

Po dotarciu do Bagi na kilka dni zatrzymaliśmy się na północnych rubieżach tego miasteczka w trzykondygnacyjnym domu przy Avinguda Disctricte Forestal 1. Na parterze tego budynku wynajęliśmy apartament typu Superior o powierzchni 81 metrów kwadratowych. Kosztował nas 475 Euro za cały pobyt czyli 95 Euro za dobę. W przeliczeniu na głowę nieco ponad 30 Euro dziennie. Nieco więcej niż normalnie jestem w stanie zaakceptować. Tym niemniej lokal był wart swej ceny. Do dyspozycji mieliśmy duży salon i trzy małe sypialnie. Zestaw łóżek na tyle bogaty, iż w mieszkaniu tym mogłaby się pomieścić nawet 6-osobowa drużyna. Do tego świetnie wyposażona kuchnia i dwie łazienki. Mniejsza z nich posłużyła nam za pralnię, skoro obok pralki miała też automatyczną suszarkę. Całe mieszkanie czyste, nowocześnie urządzone i o wysokim standardzie. Do tego w podziemiach bloku garaż z miejscem na samochód i trzy rowery. Po wyjściu z budynku mieliśmy piękny widok na górskie pasmo Serra del Cadi. Od granic Parc Natural del Cadi-Moixero dzieliło nas tylko 300 metrów. Aby wjechać na teren tego Parku wystarczyło ruszyć w górę lokalnej drogi BV-4024, która rozpoczynała się po drugiej stronie naszej ulicy. Najwyższym punktem owej górskiej drogi była zaś Coll de Pal (2104 m. n.p.m.). To najwyższa szosowa przełęcz po hiszpańskiej stronie Pirenejów. W całej Katalonii nieco wyżej sięga jedynie podjazd do stacji Vallter-2000. Natomiast za trudniejszy uchodzi tylko Turo de l’Home. Oba te giganty mieliśmy już na rozkładzie, więc i ta przełęcz nie była nam straszna. Tym niemniej z racji swych parametrów wzniesienie to znajdowało się bardzo wysoko na liście naszych celów. Szczęśliwym zrządzeniem losu jeden z największych skarbów znajdował się tuż pod naszym nosem. Faktycznie o rzut beretem z progu domu. Myśliwy rzekłby, iż grubego zwierza podprowadzono mu wprost pod ambonę. Nam nie pozostało nic innego jak rzec po katalońsku „moltes gracies”, po czym wziąć się do ciężkiej roboty.

Czekało nas trudne zadanie, bowiem szlak prowadzący z Bagi na Coll de Pal liczy sobie 19 kilometrów o średnim nachyleniu 6,8% i łącznym przewyższeniu 1285 metrów. Dwa najtrudniejsze kilometry trzymają na poziomie ponad 9%, zaś maksymalna stromizna sięga 13%. Z punktu widzenia kolarzy szosowych kataloński Pal (nie mylić ze stacją narciarską w Andorze o tej samej nazwie) to specyficzna przełęcz. W zasadzie jednokierunkowa, bowiem zdobyć ją można jedynie od południowo-zachodniej strony. Po północnej stronie asfalt kończy się już po przejechaniu półtora kilometra, przez co do pobliskiej stacji La Molina dojechać można jedynie gruntową ścieżką. Ten fakt jak i okoliczność, że wokół owej przełęczy nie powstał większy ośrodek narciarski to zapewne podstawowe przyczyny dla których uczestnicy Vuelta a Espana nie dostali dotąd szansy na zmierzenie się z tym podjazdem. Co innego obie katalońskie etapówki. Nie organizowana już Semana Catalana w ostatnich latach swego żywota bardzo polubiła ten podjazd. Na Coll de Pal kończyły się królewskie etapy tego wyścigu z lat 2002, 2003 i 2005 czyli także podczas ostatniej edycji tego wyścigu. Przy tej okazji jako pierwszy na szczyt dotarł niespełna 23-letni wówczas Alberto Contador, dla którego było to trzecie zwycięstwo w zawodowej karierze po wcześniejszych sukcesach etapowych na Tour de Pologne 2003 i Tour Down Under 2005. Przed Hiszpanem wygrywali zaś w tym miejscu dwaj Włosi: Giuseppe Guerini (2002) i Dario Frigo (2003). Z kolei Volta a Catalunya od dawna nie zagląda w to miejsce. Niemniej warto wspomnieć, że była tu dwukrotnie pod koniec lat siedemdziesiątych. W 1978 roku wygrał tu słynny Bask Francisco Galdos, zaś rok później mniej znany Katalończyk Riccardo Zuniga. Dla mnie w trakcie tej 16-dniowej wyprawy była to pierwsza z pięciu okazji gdy do podnóża wybranej góry mogłem dojechać z domu na rowerze. Ba, w tym przypadku nie trzeba było nawet jechać. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy. Zgodnie z wypróbowanym wcześniej scenariuszem Rafał ruszył jako pierwszy. Bliskość góry nieco nas rozleniwiła i ostatecznie Rafa wystartował o godzinie 10:56, zaś ja z Darkiem dopiero o 11:22.

Początkowo nasz szlak wiódł równolegle do drogi krajowej C-16 zwanej Eix del Llobregat. Darek jak ma to w zwyczaju na pierwszych górach dnia z wolna się rozgrzewał. Dlatego rozstaliśmy się już po kilkuset metrach. Drugi kilometr zgodnie z profilem był niemal płaski. Droga ponownie zaczęła się wznosić dopiero w połowie trzeciego kilometra. Po przejechaniu 4,1 kilometra przemknąłem pod Viaducte de Greixer podtrzymującym wspomnianą drogę szybkiego ruchu. Już wkrótce czekały mnie najtrudniejsze fragmenty całego wzniesienia czyli kilometr szósty i większa część siódmego. Na tym odcinku nieco mnie przytrzymało co tłumaczyłem sobie niedostatkami swej formy. Stromizna odpuściła na szerokim wirażu w prawo po 6,7 kilometra od startu. Jadąc w kierunku południowym po 9 kilometrach minąłem wodospad Font de la Doble. W połowie jedenastego kilometra droga odbiła na wschód i doprowadziła mnie do punktu widokowego Mirador de la Devesa (11,1 km). Następnie po przebyciu 12,7 kilometra szlak zawrócił na północ i niebawem minął Coll de Forn leżącą na wysokości 1713 metrów n.p.m. Po kolejnych czterech kilometrach byłem już przy Xalet del Coll de Pal (1928 m. np.m.) gdzie zimą bywa opuszczany szlaban, zaś w prawo można odbić na szlak świstaka (ruta de la marmota). Na niespełna kilometr przed finałem ujrzałem przed sobą Rafała. Niemniej zabrakło mi czasu by dogonić naszego dzielnego uciekiniera. On też mnie dostrzegł, więc zmobilizował się do mocnego finiszu nie chcąc być złapanym. Z rozpędu przejechaliśmy jeszcze 400 metrów po północnej stronie przełęczy zanim uznaliśmy, iż nie ma sensu kontynuować tego łagodnego zjazdu. Zawróciliśmy zatem pod tablicę, gdzie po niespełna 10 minutach powitaliśmy Darka. Według stravy na pokonanie tego podjazdu potrzebowałem 1h 21:27 (avs. 14,0 km/h i VAM 956 m/h). Dario uporał się z nim w czasie 1h 31:14, zaś Rafa wspinał się przez 1h 46:49. Na górze było tylko 10 stopni, a do tego wietrznie. Poza tym zbierały się nad nami ciemne chmury. Należało się stamtąd szybko ewakuować. Moi koledzy czym prędzej zjechali do bazy. Ja mimo kiepskiej aury postanowiłem udokumentować naszą kolejną zdobycz. Tym samym w połowie zjazdu złapał mnie rzęsisty deszcz. Pomimo to wytrwałem w swym postanowieniu pocieszany myślą, że zjeżdżam wprost do domowego ogniska. Darek żartował nawet, iż gdyby ktoś mu otworzył drzwi od domu i mieszkania to z Coll de Pal mógłby trafić wprost pod prysznic.

20160531_130304

Opcja wizyty domowej pomiędzy dwoma górami miała być wyjątkowym udogodnieniem na tle zwyczajowo całodniowych wypadów poza tą czy ową bazę noclegową. Tymczasem wobec zastałego nas pogorszenia pogody okazała się niemal wybawieniem. Mogliśmy się umyć oraz ogrzać po mokrym i chłodnym zjeździe. Ponadto między 14-tą a 17-tą mieliśmy dość czasu by zregenerować się przed drugą premią górską. To znaczy zjeść obiad i odpocząć w komfortowych warunkach przed wyjazdem na nasz odcinek specjalny nr 4B. Na nasze szczęście deszcz okazał się przelotny, acz dzień już do zmierzchu pozostał pochmurny. Przed wyjazdem do Hiszpanii długo rozważałem jak najdogniej zestawić z sobą w pary podjazdy znajdujące się najbliżej Bagi. W promieniu około 20 kilometrów od bazy mieliśmy cztery ciekawe wzniesienia. Najbliżej było do podnóża Coll de Pradell czy Creu de Fumanya. W obu przypadkach wystarczało podjechać odpowiednio 6 lub 11 kilometrów drogą C-16 na południe. Można też było udać się na wschód drogą C-26 i po przejechaniu 13 kilometrów wypakować się w La Pobla de Lillet u podnoża podjazdu pod Coll de la Creueta. Najdalej mieliśmy do miasteczka Alp, z którego można było ruszyć do dużego ośrodka narciarskiego La Molina bądź do małej stacji Masella-Coma Oriola. Wybrałem właśnie ten północny kierunek, aby w kolejne dni zestawić z sobą bliskie sobie góry czyli pakiety: Rassos de Peguera & Creu de Fumanya oraz Coll de la Creueta & Coll de Pradell. Pozostało nam jeszcze wybrać między La Moliną a Coma Oriolą. Ta pierwsza jest dobrze znana z tras zarówno wielkiej Vuelty jak i tygodniowej Volty. W latach 2000-2001 etap VaE wygrywali w niej Kolumbijczyk Felix Cardenas i Hiszpan Santiago Blanco. Natomiast peleton VaC zajeżdżał tu w ostatnich trzech sezonach. Począwszy od roku 2014 wygrywali w niej Katalończyk Joaquin Rodriguez, Amerykanin Tejay Van Garderen i Irlandczyk Dan Martin. Mimo to zaproponowałem kolegom wyprawę na nieznany wielkiemu kolarskiemu światu podjazd pod Masella-Coma Oriola. Powód był jeden. Jesteśmy ludźmi pełnymi ambicji. A zatem nie mogąc zaliczyć obu wybieramy ten trudniejszy, zaś lżejsze górki pozostawiamy profim ;-)

Do Alp trzeba było podjechać samochodem. Jakieś 20 kilometrów, najpierw krajówką C-16, a potem lokalną drogą E-9. Po drodze czekała nas przykra niespodzianka. To znaczy „drogocenny” Tunel del Cadi. Ta przeprawa pod pasmem Serra de Moixero została otwarta w 1984 roku i liczy sobie 5026 metrów. Przejazd samochodem osobowym kosztuje aż 11,57 Euro czyli ta wycieczka kosztowała nas przeszło 23 Euro. W każdym razie dzięki niemu szybko dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Rafał znów nie tracił czasu i o 17:37 jako pierwszy usłyszał wystrzał startera. Tym razem daliśmy mu 16 minut zapasu. Przed podjazdem o długości 11,4 kilometra i średnim nachyleniu 7% było raczej pewne, iż Rafa obroni się przed naszym pościgiem. Krążąc po opustoszałym miasteczku trzeba było znaleźć początek prowincjonalnej drogi GI-400. Podjazd okazał się być solidny od samego początku. Trzy pierwsze kilometry trzymały na poziomie co najmniej 7%. Dlatego zdziwiłem się nieco, że Dario został w tyle. Po pokonaniu 3,7 kilometra minąłem zjazd do Das. Na początku siódmego kilometra można było odsapnąć na łatwiejszym odcinku drogi. Za rondem znajdującym się 6,6 kilometra od startu trzeba było pojechać prosto czyli zjechać z GI-400 na węższą Carretera de Comaoriola. Dario odbił tu w lewo na Super Molina, po czym okrężną drogą wrócił na właściwy szlak dodając sobie w ten sposób 700 metrów dystansu. Do centrum Maselli dotarłem po przejechaniu 7 kilometrów. Ośrodek ten leży na wysokości 1600-1650 metrów n.p.m. Do końca wspinaczki brakowało więc przeszło trzystu metrów w pionie do zrobienia na dystansie 4,4 kilometra. Górna część podjazdu prowadziła po drodze słabszej jakości gdzie nachylenie momentami sięgało 10 czy nawet 11%. Dopiero na ostatnich 300-400 metrach można było znacząco przyspieszyć. Zatrzymałem się po przejechaniu 11,5 kilometra z przewyższeniem 800 metrów „zrobionym” w czasie 47:57. Docelowa stacja była rzeczywiście malutka z jedną trasą zjazdową o deniwelacji tylko 175 metrów. Według stravy zasadniczy segment o długości 10,8 kilometra pokonałem w 45:20 (avs. 14,3 kmh i VAM 1025 m/h). Rafał złamał godzinę czasem 59:58. Na bazie wyników z dwóch krótszych segmentów można przypuszczać, że Dario wykręciłby tu czas w granicach 53 minut. Do miasta zjechałem po godzinie 19:40. W ostatnim dniu maja przejechałem tylko 63,5 kilometra, acz o łącznym przewyższeniu 2101 metrów.

20160531_192518

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Turo de l’Home & Monestir de Montserrat

Autor: admin o poniedziałek 30. Maj 2016

Przed przyjazdem do Katalonii zakładałem, iż trzeciego dnia będę mógł zaliczyć aż trzy podjazdy. Była ku temu dobra okazja. Spaliśmy bowiem w bliskim sąsiedztwie Coll Formic (1142 m. n.p.m.) czyli przełęczy, która w latach 1970-84 aż pięciokrotnie znalazła się na trasie Vuelta a Espana. Wyjechawszy z bazy można było do niej dotrzeć od strony południowej po pokonaniu podjazdu o długości 9,5 kilometra i przewyższeniu 610 metrów. Jednak czasu na to było niewiele. Trzeba było to zrobić przed śniadaniem lub przynajmniej przed opuszczeniem Montseny. W tym celu musiałbym się zbudzić półtorej godziny wcześniej niż zazwyczaj. Ostatecznie na takie poświecenie się nie zdobyłem, więc owe ambitne plany spaliły na panewce.

Jednak nawet bez tej porannej „przystawki” poniedziałkowy etap zapowiadał się bardzo ciekawie. Przed sobą mieliśmy długi dzień okraszony dwoma atrakcjami o sporej wartości sportowej i poznawczej. W naszych planach była kolejna przeprowadzka, zaś w trakcie samochodowego transferu przystanki u podnóży dwóch wielce interesujących wzniesień. Najpierw mieliśmy pokonać Turo de l’Home (1654 m. n.p.m.) czyli podjazd o długości 25,6 kilometra i średnim nachyleniu 5,8%. Zdaniem wielu najtrudniejszą kolarską górę całej Katalonii. Następnie niejako na dokładkę czekała nas wspinaczka pod Monestir de Montserrat (734 m. n.p.m.). Krótka lecz solidna tzn. o długości 8,5 kilometra i średnim nachyleniu 6,9%. Warta zaliczenia przede wszystkim z uwagi na piękno miejsca do którego ten podjazd prowadzi. Ale po kolei. Z Montseny wyjechaliśmy ledwie kilka minut przed jedenastą. Dojazd na start pierwszego „odcinka specjalnego” mieliśmy oswojony, gdyż podjazd pod Turo de l’Home zaczyna się w tym samym miejscu co wspinaczka pod niedzielną Santa Fe del Montseny. Ponownie zatrzymaliśmy się więc na Carretera de Campins w miasteczku Sant Celoni. Przed sobą mieliśmy wzniesienie będące nie lada wyzwaniem dla kolarzy-amatorów, acz prawie nieznane wyścigom z najwyższej półki. Trasa hiszpańskiej Vuelty nigdy nie dotarła na ten wyniosły szczyt. Natomiast uczestnicy Volta a Catalunya pokonali ten podjazd tylko raz i to przed czterdziestu laty. Szósty etap Volty z roku 1976 wygrał tu Hiszpan Jose Enrique Cima, zaś na trzecim miejscu finiszował słynny Belg Roger De Vlaeminck.

Za sprawą niskiego poziomu startu Turo de l’Home nie imponuje wysokością bezwzględną. Jednak pod względem przewyższenia był „numerem jeden” w całym programie tej wyprawy. Jedynie przy tej okazji mieliśmy mieć do pokonania prawie 1500 metrów w pionie. Można było założyć, iż nikt z nas nie upora się z tym wzniesieniem w czasie poniżej półtorej godziny. Rafał ruszył jako pierwszy o godzinie 11:41. Ja wraz z Darkiem dziewięć minut później. Tym razem Dario szybko odpuścił sobie jazdę na moim kole. Przez pierwsze 3,5 kilometra jechało się po tym samym odcinku drogi co dzień wcześniej na szlaku do Santa Fe. Potem na znajomym z poprzedniego dnia rondzie należało odbić w lewo i przeskoczyć z drogi BV-5114 na BV-5119. Nachylenie z łagodnego zmieniło się tu na umiarkowanie trudne. Dwukilometrowy odcinek przed Mosqueroles trzymał na średnim poziomie 6,2%. Po wjeździe na teren Parku Natural de Montseny (6,1 km) nachylenie przekraczało już 7%. Na ósmym kilometrze wyprzedziłem Rafała, który na tej długiej górze rozsądnie jechał swoim równym tempem. Po przejechaniu 10,2 kilometra nasza droga skręciła w prawo ku Costa del Montseny (10,7 km). Bezpośrednio powyżej tej miejscowości trzeba było się zmierzyć ze stromizną sięgającą 12%. Jednak to było tylko chwilowe wyzwanie. Przez kolejne kilka kilometrów teren wyglądał spokojnie. Na początku piętnastego kilometra minąłem parking przy kampingu Fontmartina (14,2 km), na którym z autokaru wysiadła szkolna wycieczka. Najtrudniejszym odcinkiem na drodze BV-5119 był fragment między 16,5 a 17,5 kilometra od startu. To jest cały kilometr o średniej 8,5% i maximum 14%. Był to przedsmak trudnej końcówki na Carretera Turo de l’Home. Ta zaczęła się od skrętu w lewo po przejechaniu 18,8 kilometra. Cztery kolejne kilometry trzymały na poziomie od 7,2% do 10,4% z momentami ponownie sięgającymi 14%. Jednak nie stromizna była tu największym problemem. Bardziej dawał się we znaki ogólnie kiepski stan tej szczytowej drogi. Za wyjątkiem krótkich odcinków świeżego asfaltu była ona mocno chropowata lub wręcz dziurawa. Ciężko było trzymać swój rytm jazdy na takiej nawierzchni.

 

Wkrótce dotarłem też do poziomu chmur. Było już chłodno, wietrznie i do tego widoczność dramatycznie zmalała. Otuchy dodawała jednak bliskość celu. Po przejechaniu 23,1 kilometra trzeba było pokonać szlaban dzielący parking dla turystów zmotoryzowanych od węższej dróżki wiodącej pieszych i cyklistów do samego szczytu. Przypomniało mi to końcówkę jeszcze dłuższego podjazdu pod Blockhaus w Abruzji. Tym razem jednak nie miałem szczęścia do pogody, więc nie dane mi było zachwycać się górskimi pejzażami. Mając już w nogach 24,3 kilometrów dotarłem na pośrednią przełęcz Coll de Sessbases (1643 m. n.p.m.). Stąd do kresu wspinaczki na placu przed stacją meteorologiczną miałem tylko 700 metrów. Pozostały teren był płaski za wyjątkiem podjazdu na finałowych 100 metrach po resztkach asfaltowej drogi. Dotarłem na szczyt pokonawszy 25 kilometrów w 1h 35:56 (avs. 15,7 kmh i VAM 935 m/h). Swego rodzaju atak szczytowy zajął mi niespełna pół godziny. Według stravy końcowy odcinek o długości 5,9 kilometra i średniej 8,1% pokonałem w czasie 28:24 (avs. 12,6 kmh i VAM 1006 m/h). Liderem tabeli na obu tych sektorach jest obecnie Katalończyk David De la Cruz. Kolarz Etixxu 14 sierpnia 2016 roku sprawdził na tej górze swą formę przed Vueltą, na której zajął siódme miejsce w generalce po drodze wygrywając etap z metą na Alto de Naranco. Na górze było 11 stopni, acz za sprawą silnego wiatru i przelotnego deszczu odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Na domiar złego nie było się gdzie schować przed tymi kaprysami pogody. Teren wspomnianej stacji meteo był ogrodzony i zamknięty. Zastanawiałem się jak długo przyjdzie mi w tych ciężkich warunkach czekać na kolegów. Dario dojechał po niespełna 10 minutach pokonując całą trasę w 1h 45:53, zaś niespełna 6-kilometrową końcówkę w 30:35. Następnie już razem cierpliwie wyczekiwaliśmy przyjazdu Rafała. Ten na pokonanie całej góry potrzebował 2h 13:06, z czego 40:20 spędził na finałowym odcinku. Mimo surowej aury nie opuszczał nas dobry humor co zostało uwiecznione na zdjęciach wykonanych przez Darka.

Po długim zjeździe, który ze względu na aurę i warunki drogowe początkowo był mało przyjemny dotarłem do San Celoni około 15:15. Moi wspólnicy byli już gotowi do dalszej drogi. Kolejny przystanek mieliśmy wyznaczony w Monistrol de Montserrat. Aby dotrzeć do tej miejscowości trzeba było pokonać 80-kilometrową trasę prowadzącą po autostradzie AP-7 i krajówce C-58. W połowie tego transferu czyli na styku obu wyżej wymienionych dróg znajdowaliśmy się ledwie kilkanaście kilometrów od centrum Barcelony. Na wjazd do stolicy Katalonii nie mieliśmy jednak czasu. Czekała nas bowiem wizyta w innym miejscu należącym do największych atrakcji turystycznych tego regionu. Mieliśmy się zmierzyć z podjazdem do Monestir de Montserrat. To opactwo założone wokół wybudowanego już w X wieku klasztoru benedyktyńskiego jest miejscem kultu Matki Boskiej „Czarnulki” (La Moreneta). Stoi w sercu malowniczego pasma górskiego składającego się ze zlepieńcowych formacji skalnych i jest drugim pod względem popularności ośrodkiem pielgrzymkowym w całej Hiszpanii. Pod tym względem ustępuje ono tylko słynnemu w całej Europie galicyjskiemu miastu Santiago de Compostela. Najwyższy wierzchołek tutejszych gór sięga wysokości 1236 metrów n.p.m. Natomiast samo sanktuarium znajduje się jakieś 500 metrów niżej. Dojechać do niego można zarówno koleją zębatą jak i szosą BP-1121. Przyznam się, że o istnieniu tej góry dowiedziałem się przeszło 20 lat temu. To jest w czasach gdy TVE czyli pierwszy program państwowej telewizji hiszpańskiej zwykł transmitować niemal każdy ważniejszy wyścig etapowy rozgrywany po południowej stronie Pirenejów. Akurat w 1995 roku kończył się w tym miejscu pierwszy etap Volta a Catalunya. Odcinek ten jak i cały wyścig wygrał Francuz Laurent Jalabert z ekipy ONCE, który na finiszu o sekundę wyprzedził Włocha Enrico Zainę i Duńczyka Bo Hamburgera. Góra ta dwukrotnie znalazła się też na trasie Vuelta a Espana, acz przy tych okazjach jedynie w roli premii górskiej usytuowanej na wysokości 652 metrów n.p.m. W 1970 roku na etapie do Igualady pierwszy wspiął się tu słynny Hiszpan Luis Ocana, zaś jedenaście lat później na odcinku do Rassos de Peguera na premii tej pierwszy był jego rodak Carlos Hernandez.

 

Przed siedemnastą dojechaliśmy do Monistrol. Miasteczka położonego nad rzeką el Llobregat i zarazem po obu stronach drogi krajowej C-55. Zaparkowaliśmy w dużej zatoczce tuż za skrętem w Carrer de la Trinitat wiodącą do wspomnianego opactwa. Ze względów taktycznych Rafał znów ruszył do boju pierwszy. Nasz „szpieg-zwiadowca” wystartował o 17:02, zaś dwójka „górskich weteranów” dwanaście minut później. Z początku zgodnie współpracowaliśmy, zmieniając się na prowadzeniu. Wkrótce jednak Darek został wybity z rytmu przez problemy techniczne. Najprawdopodobniej za sprawą rozwarstwionej linki tylnej przerzutki miał kłopot z wyborem właściwego na dany moment przełożenia. Ostatecznie na drugim kilometrze dał mi znak bym jechał swoim tempem. Po niespełna 2 kilometrach jazdy przejechałem pod zielonym mostem wspomnianej kolei zębatej. Podjazd trzymał na równym i całkiem solidnym poziomie w pobliżu 7%. W trakcie jazdy można było podziwiać oryginalne kształty okolicznych gór. Pod koniec szóstego kilometra minąłem zjazd ku Monestir de Sant Benet (5,8 km). Najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia był początek ósmego kilometra czyli okolice pierwszej z trzech stref parkingowych. Po przejechaniu niespełna 7,5 kilometra od startu dotarłem do skrętu w prawo na drogę BP-1103, z której niegdyś musieli korzystać uczestnicy wielkiej Vuelty. Szlak ten początkowo wyglądał na bardziej górski niż droga na wprost, więc omyłkowo się z nim zapoznałem. Zanim wróciłem na właściwą drogę nadrobiłem blisko 500 metrów tracąc około półtorej minuty. Przez to na ostatnim kilometrze wspinaczki musiałem się mocno sprężyć by złapać Darka, który niespodziewanie dla siebie znalazł się jakieś 20 sekund przede mną. Razem dotarliśmy do zakrętu przy trzecim parkingu, po czym zjechaliśmy do placu przed Monastyrem. Z rozpędu zrobiliśmy jeszcze 500-metrową rundkę po całym Opactwie zanim zatrzymaliśmy w pobliżu stacji kolejki terenowo-linowej Santa Cova. Dopiero tu spotkaliśmy się z Rafałem, który dotarł na szczyt kilka minut przed nami. Według stravy odcinek 8,4 kilometra przejechaliśmy w czasie 34:36 (avs. 14,7 kmh i VAM 1066 m/h). Rafa mocno się sprężył i uzyskał czas 39:33 (avs. 12,9 kmh i VAM 933 m/h).

20160530_180013

20160530_183055

20160530_185835

W Sanktuarium zatrzymaliśmy się na przeszło pół godziny. Sporą część tego czasu spędzając w miejscowej kawiarni. Do Ministrol zjechaliśmy około dziewiętnastej. W sumie tego dnia przejechałem 69,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2174 metrów. Przed nami był jeszcze spory szmat drogi samochodowej. To znaczy kolejne 80 kilometrów z hakiem prosto na północ po krajówce C-16. To znaczy „przelot” do naszej trzeciej bazy noclegowej w miasteczku Baga. Na początku tego transferu zatrzymaliśmy się na około godzinę pod Manresą by zrobić tam pierwsze podczas tej wyprawy zakupy spożywcze. Następnie już w promieniach zachodzącego słońca kontynuowaliśmy dalszą podróż ku Pirenejom. Ostatecznie do naszej kolejnej przystani dobiliśmy po 22-giej. Było już po zmroku co utrudniało nam namierzenie adresu, pod którym mieliśmy się zatrzymać na kolejne cztery dni i pięć nocy. Rafał musiał się skontaktować telefonicznie z właścicielką lokalu i dopiero korzystając z jej wskazówek podjechaliśmy gdzie trzeba. Apartament bardzo nam się spodobał i zgodnie uznaliśmy, iż wart był swej niemałej ceny. O szczegółach tego przybytku będzie jeszcze okazja napisać. Poza tym czekała nas tu jeszcze jedna miła niespodzianka. Dosłownie za progiem domu, acz na razie ukryta przed nami w mrokach nocy.

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Rocacorba & Santa Fe del Montseny

Autor: admin o niedziela 29. Maj 2016

W niedzielne przedpołudnie nie śpieszyliśmy się z opuszczeniem Navaty. Czas na wymeldowanie się z naszego osiedla mieliśmy do godziny 12:00. Wykorzystaliśmy go niemal w całości oddając klucze do apartamentu tuż przed wpół do dwunastej.

20160529_112352

Na trasie drugiego etapu przewidziałem podjazdy pod Rocacorbę (977 metrów n.p.m.) i Santa Fe del Montseny (1302 m. n.p.m.). Aby dotrzeć do podnóża pierwszego z nich musieliśmy przejechać jakieś 30 kilometrów w kierunku południowo-zachodnim. Wzniesienie to znajduje się w pobliżu miasta Banyoles leżącego na wschód od jeziora o tej samej nazwie. Co ciekawe długie na 2150 metrów i szerokie na około 750 metrów Estany de Banyoles było jedną ze sportowych aren Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Na błękitnych wodach tego akwenu ścigali się wioślarze. Dwanaście lat później czyli w roku 2004 zorganizowano tu również Mistrzostwa Świata w tej dyscyplinie sportu. Nas jednak zwabiła w te strony droga poprowadzona po północnym zboczu pobliskiej góry Puigsou (991,8 metra n.p.m.). Do niedawna droga ta znana była tylko pielgrzymom, pracownikom stacji radiowej i miejscowym paralotniarzom. Do szczytu mogli dotrzeć co najwyżej cykliści na rowerach górskich. Górny odcinek szosy wylano tu bowiem dopiero w 2006 roku. Pomimo tego podjazd ten w ciągu zaledwie dekady zyskał uznanie zarówno w środowisku miejscowych kolarzy-amatorów jak również zawodowców mieszkających i trenujących w rejonie Girony. W kolarskim światku znany jest jako Rocacorba, biorąc nazwę od XII-wiecznego Sanktuarium wybudowanego w pobliżu szczytu. Ta niewysoka góra zdaje się mieć same zalety. Można ją zaliczyć w ramach ledwie 80-kilometrowej przejażdżki ze startem i metą w Gironie. Da się po niej jeździć nawet w grudniu czy styczniu. W teorii podjazd ten liczy sobie 13,3 kilometra o średnim nachyleniu 6%. Niemniej wyłączywszy płaski początek możemy uznać, że jest tu do pokonania 10,3 kilometra o średniej 7,3% i max. 15%. Z racji trudnej drugiej połówki Rocacorba niczym Monte Serra w Toskanii czy Col de la Madone na Cote d’Azur stała się dla miejscowych „profich” ulubionym miejscem do przeprowadzania testów formy. W ostatnich latach upodobali ją sobie szczególnie kolarze z zespołów Garmin i Orica.

Po dotarciu na miejsce zatrzymaliśmy się na wylocie z Banyoles tuż przed skrętem w drogę GIV-5247. To po niej prowadzi pierwsza połowa tego podjazdu. Rafał ruszył do walki jako pierwszy o godzinie 12:19, zaś ja z Darkiem siedem-osiem minut później. Z początku można było śmiało kręcić na dużej tarczy. Podjazd stał się solidny dopiero za mostkiem nad potokiem El Matamors. Ponieważ nadal byłem w stanie jechać na twardym przełożeniu odjechałem od Darka licząc się z tym, że dojdzie mnie on na stromej końcówce. Na szóstym kilometrze musiałem w końcu zrzucić łańcuch na małą tarczę, gdyż stromizna miejscami sięgała już 10%. Po przejechaniu 7 kilometrów dojechałem do Collet de Pujarnol (443 m. n.p.m.) czyli miejsca, w którym jeszcze przed dziesięciu laty kończyła się szosa. Teraz to tu się zaczyna prawdziwie „ostra jazda”. Za wyjątkiem łatwiejszego odcinka na przedostatnim kilometrze niemal cały czas jest stromo. Na ostatnich 6 kilometrów średnie nachylenie przekracza 8,7%, zaś w kilku miejscach sięga 14 czy 15%. Na początku jedenastego kilometra mija się romański kościółek pod wezwaniem św. Mikołaja. Choć nie byłem jeszcze w pełni przygotowany na tak strome wspinaczki udało mi się złapać i przegonić Rafała, a przy okazji obronić się przed pościgiem Darka. Na szczyt dotarłem po przejechaniu 13,1 kilometra w czasie 48:49 (avs. 16,3 kmph). Na stravie najbardziej wymierny zdaje się być sektor obejmujący ostatnie 9,9 kilometra o przewyższeniu 737 metrów. Na tym odcinku uzyskałem czas 41:43 (avs. 14,3 kmph i VAM 1060 m/h). Dario wykręcił na nim czas 42:07, zaś Rafa 55:29. W dniu naszego występu rekord tej trasy wynosił jeszcze 29:24. Teraz jest już o ponad minutę lepszy. Kolarz Orica-Bikeexchange Simon Yates 16 sierpnia tego roku czyli niespełna tydzień przed startem bardzo dla niego udanej Vuelty pokonał ów sektor w czasie 28:03. Wspinaczkę skończyliśmy pod bramą stacji radiowej, na tle której zrobiliśmy sobie pierwsze zdjęcia. Nieco niżej stała duża tablica z danymi podjazdu oraz rampa startowa zbudowana przez paralotniarzy z Club Icarus de Girona. Dostrzegliśmy też tabliczkę zawieszoną przed miejscowych cyklistów ku czci swego tragicznie zmarłego kolegi. Jakub Chara, niespełna 21-letni miejscowy triathlonista o polskich korzeniach zginął 17 kwietnia tego roku w wypadku podczas amatorskich zawodów kolarskich.

20160529_133256

Po zjechaniu do Banyoles czekał nas dłuższy transfer samochodem. To znaczy aż 95-kilometrowy odcinek do El Porxo de Can Baixeres. Jego pokonanie w najlepszym razie miało nam zająć godzinę i 20 minut. Przed wypadem na Santa Fe del Montseny chcieliśmy się zameldować w swej drugiej bazie noclegowej. Było to gospodarstwo agroturystyczne we wiosce Montseny położonej na terenie górskiego parku naturalnego o tej samej nazwie. W pierwszej fazie podróży przejechaliśmy przez Gironę, zaś pod jej koniec minęliśmy San Celoni, do którego wkrótce mieliśmy wrócić na start potyczki ze wzniesieniem Santa Fe. Po dotarciu do Montseny straciliśmy nieco czasu na wyjaśnienie gospodyni, iż mamy ważną rezerwację zrobioną za pośrednictwem serwisu „booking.com”. Przydały się lingwistyczne jak i dyplomatyczne umiejętności Rafała. W roli rzecznika grupy nasz „madrileno” spisał się wybornie. Lokal ten wynajęliśmy tylko na dobę za cenę 90 Euro. Porzuciliśmy w nim nasze bagaże i przygotowaliśmy się do drugiego z niedzielnych wyzwań. Następnie pokonaliśmy autem 18 kilometrów dzielące Montseny od Sant Celoni. Na miejscu jakiś czas kluczyliśmy po jednokierunkowych uliczkach tego miasteczka. W końcu znaleźliśmy wyjście z „labiryntu” czyli ulicę Carretera de Campins. Zaparkowaliśmy blisko zachodniej granicy miasta. Było już po wpół do szóstej. Czekał zaś nas aż 24-kilometrowy podjazd. Trzeci pod względem długości na tej wyprawie. Na szczęście łagodny, bo przy przewyższeniu 1139 metrów miał on średnie nachylenie na poziomie 4,7%. Tym samym można było założyć, iż kilometry choć liczne powinny nam szybko mijać pod kołami. Zjazd po zmroku i tak nam nie groził. Pod koniec maja mieliśmy przecież jeden z dłuższych dni w roku. Poza tym Katalonia choć znajduje się w naszej strefie czasowej to geograficznie leży niemal na wysokości londyńskiego Greenwich. To zaś oznacza, iż słońce zachodzi tu de facto godzinę później niż w Trójmieście. Tym razem to Dario ruszył jako pierwszy o godzinie 17:46. Ja z Rafałem dwie minuty później.

Teren mi tu sprzyjał. Średnie nachylenie poniżej 5%. Najtrudniejszy kilometr na poziomie tylko 6,7%, zaś maksymalna stromizna w dwóch miejscach sięgała ledwie 9%. Zacząłem szybko i zgubiłem Rafała niedługo po starcie. Dario zaczął bardzo spokojnie i to uratowało go od kosztownej pomyłki. W połowie czwartego kilometra znajdowało się rondo, na którym trzeba było odbić w prawo trzymając się drogi GIV-5114. Tymczasem mój kolega skierował się prosto w stronę miasteczka La Costa del Montseny. Szczęśliwie byłem już na tyle blisko, że mogłem krzyknąć aby zawrócił i jechał moim śladem. Na łatwym odcinku pod koniec czwartego kilometra nieco zwolniłem, więc Dario dojechał i usiadł mi na kole. Wkrótce byliśmy już w Campins (5,3 km), gdzie zaczęła się zasadnicza faza tego wzniesienia. Jechałem całkiem mocno, zaś Darek choć w tym terenie „grał na wyjeździe” to dzielnie trzymał się na moim kole. Przez większą część podjazdu jechało się tu w cieniu drzew, aczkolwiek po 14 kilometrach od startu minęliśmy też otoczone łąkami gospodarstwo, na którym pasło się spore stadko owiec. Z kolei cztery kilometry dalej naszą uwagę zwróciły stojące przy drodze skalne ostańce. Po przejechaniu 19,5 kilometra minęliśmy węższą drogę odchodzącą w lewo na Turo de l’Home. Jednak tą wyniosłą górę zdobyć mieliśmy dopiero w poniedziałek i to od innej strony. Wkrótce pokonaliśmy płaski odcinek z przejazdem przez osadę Santa Fe del Montseny. Gdy droga ponownie zaczęła się wznosić pozostały nam do przejechania już tylko 3 kilometry o średnim nachyleniu 5,5%. U kresu podjazdu nie było żadnej tablicy, więc z rozpędu naddaliśmy jakieś 500 metrów zanim  przekonaliśmy się, że zaczynamy już zjazd na drugą stronę. Wróciliśmy zatem do najwyższego punktu zatrzymując się przy skałkach z ładnym widokiem na dolinę. Tu poczekaliśmy na finisz Rafała. Według stravy dystans 23,1 kilometra przejechałem w 1h 19:26 (avs. 17,5 kmph i VAM 857 m/h). Dario uzyskał czas 1h 21:39, jedyne straty ponosząc na samym dole. Natomiast Rafa wspinał się przez 1h 38:30. Środkowe 14 kilometrów pokonaliśmy we dwójkę w czasie 52:02 (avs. 16,2 kmph i VAM 899 m/h). Na górze było pochmurno i chłodno. Licznik pokazał tylko 11 stopni co było niemiłą niespodzianką w porównaniu z temperaturą 29 stopni na starcie w Sant Celoni. Trzeba było się cieplej ubrać. Do samochodu zjechałem o godzinie 20:37. Etap drugi okazał się krótszy i łatwiejszy od pierwszego. Tym razem w nogach mieliśmy 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1963 metrów.

20160529_192831

20160529_200443

20160529_200734

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Estacion Vallter-2000 & Coll de Jou

Autor: admin o sobota 28. Maj 2016

Moje plany na rok 2016 w ogólnym zarysie były podobne do tych z dwóch poprzednich sezonów. Chciałem zorganizować dwie wyprawy: dłuższą podzieloną na co najmniej 15 etapów oraz krótszą minimum 10-dniową. Tym razem jednak postanowiłem poszerzyć swoje dotychczasowe horyzonty poznawcze i w ramach jednej z tych eskapad wybrać się tam gdzie mnie dotąd nie było. Po kilkunastu latach na szosach: Włoch, Francji, Szwajcarii, Austrii czy Niemiec zapragnąłem poznać również górskie drogi Hiszpanii. Oczywiście nie wszystkie za jednym zamachem. Ten kraj jest na to zbyt duży, a poza tym interesujących mnie wzniesień (nie tylko tych rodem z Vuelty) ma ze sto-kilkadziesiąt. Espana jest więc tematem do rozpracowania w pięciu aktach. Od czegoś trzeba było zacząć, więc na początek ostrożnie wybrałem region najbliższy naszej ojczyzny czyli Katalonię. Do niej dodałem zaś jeszcze kilkudniowy przystanek w kolarskim raju tzn. sąsiedniej Andorze. W realizacji swych planów jak zwykle mogłem liczyć na pomoc Darka Kamińskiego. Dołączył do nas Rafał Wanat, który z racji znakomitej znajomości języka i kultury mógł się sprawdzić nie tylko w roli kompana, lecz zarazem naszego przewodnika po kraju, w którym się wychował. Zaprojektowałem dla nas wyprawę obliczoną na szesnaście dni tzn. z kolarskimi etapami od 28 maja do 12 czerwca. Dwanaście mieliśmy spędzić na ziemi katalońskiej, zaś cztery we wspomnianym już pirenejskim Księstwie. W tym czasie mieliśmy zaliczyć około trzydzieści miejscowych wzniesień. Trasę naszego objazdu w skrócie można określić słowami: Girona > Barcelona > Andorra > Lleida. Ze względów logistyczno-sportowych świadomie darowałem nam zjeżdżanie w okolice Tarragony. Wydała mi się ona nazbyt oddalona od Pirenejów, a po drugie w tej południowej prowincji godna uwagi jest jedynie góra Mont Caro, którą da się kiedyś zahaczyć w drodze ku Andaluzji.

Na stronie booking.com zabukowałem sześć lokali na czas adekwatny do długości naszego pobytu w danym górskim rejonie. Dwa pierwsze noclegi w miejscowości Navata (na zachód od Figueres), potem jeden w Montseny (na terenie Parku Naturalnego o tej samej nazwie), po pięć w Baga (na północ od Berga) i Encamp (powyżej Andorra la Vella), jeden w Espot (u wrót Parku Narodowego Aiguestortes i Estany de Sant Maurici) i dwa ostatnie w miasteczku Vielha (na terenie Doliny Aran). Po trwającej nieco ponad dobę podróży z Trójmiasta przez Gorzów Wielkopolski (gdzie zgarnęliśmy Rafała), Niemcy i Francję dojechaliśmy do Apartahotel Suites Vila Birdie w piątkowy wieczór. Okazało się, że wylądowaliśmy na osiedlu dwupiętrowych apartamentowców wybudowanego na terenie klubu golfowego. Standard tej stancji był dobry, zaś koszt pobytu niezbyt wygórowany czyli 85 Euro od 3 osób za każdą dobę. In minus zaskoczyła nas dopiero pogoda w sobotni poranek. Było dość rześko i pochmurnie. Pozostało mieć nadzieję, iż inne warunki panować będą na trasie pierwszego etapu naszej podróży. Tego dnia mieliśmy zaliczyć podjazdy położone przeszło 50 kilometrów na zachód od naszej pierwszej bazy noclegowej. Czekały nas wspinaczki z Camprodon do Estacio de Esqui Vallter-2000 (2151 metrów n.p.m.) oraz z San Joan de les Abbadesses na przełęcz Coll de Jou (1637 metrów n.p.m.). Ten pierwszy aż 23-kilometrowy podjazd znany jest kolarskim kibicom z tras Volta a Catalunya. W ostatnich latach dwukrotnie zmagali się z nim zawodnicy ścigający się w tej worldtourowej etapówce. W 2014 roku etap Volty z metą w tej stacji wygrał Amerykanin Tejay Van Garderen przed Francuzem Romainem Bardet i Hiszpanem Alberto Contadorem. Natomiast rok wcześniej najszybciej zameldował się tu Kolumbijczyk Nairo Quintana, który wyprzedził Hiszpana Alejandro Valverde i Katalończyka Joaquina Rodrigueza. Dodać też można, że przeszło dwie dekady wcześniej górskie odcinki VaC wygrywali w tym miejscu: Szwajcar Tony Rominger (1992) i Hiszpan Juan Fernandez (1986).

Do Camprodon dotarliśmy wczesnym popołudniem. Do przejechania samochodem mieliśmy 62 kilometry w kierunku północno-zachodnim. Przez większą część trasy dojazdowej pogoda była nieciekawa, aż tu nagle po wyjechaniu z pewnego tunelu zniknęły szare chmury i powitał nas błękit nieba. Zaparkowaliśmy w zacisznym parku miejskim jakieś 300 metrów od ronda, przy którym mieliśmy zacząć pierwszą z sobotnich wspinaczek. Pierwsza część podjazdu do Vallter-2000 prowadzi po drodze GIV-5264. Po pierwszych 500 metrach trzeba było przejechać przez krótki tunel, zaś jeszcze przed końcem pierwszego kilometra minąć dwa ronda. Na drugim z nich należało odbić lekko w lewo ku bardzo eleganckim miejscowościom Llanars (2,6 km) i Villalonga de Ter (5,6 km). Znając profil tego wzniesienia wiedzieliśmy, że jego pierwsza połowa jest znacznie łatwiejsza od drugiej. Dojazd do Setcases (11,4 km) to w zasadzie falsopiano będące wymarzonym terenem do dobrej rozgrzewki przed właściwą wspinaczką. Zacząłem mocno i szybko kręcąc na dużej tarczy. Korzystając ze sprzyjającego wiatru odcinek 10,6 kilometra między rondami w Camprodon i Setcases przejechałem z prędkością 24,9 km/h. Na pierwszych kilometrach Rafał ambitnie starał się jechać na moim kole. Za to Dario od razu odpuścił aby w swoim stylu spokojnie się rozkręcić. Tym niemniej jak się wkrótce okazało nieco przesadziłem z oceną swych możliwości na samym początku tej wyprawy. Nie byłem do niej dobrze przygotowany. Począwszy od 20 lutego przejechałem na szosie tylko jakieś 2800 kilometrów plus miałem jeszcze w nogach 28 godzin kręcenia na trenażerze. Moja waga też pozostawiała sporo do życzenia trzymając się na poziomie 78-79 kilogramów. Gdy powyżej Setcases zrobiło się bardziej stromo te braki kondycyjne i zbytki fizyczne szybko dały o sobie znać. Najtrudniejsze kilometry miały średnie nachylenie powyżej 9%, zaś maksymalne nachylenie poszczególnych ścianek sięgało 12 czy nawet 14%.

W udach mnie zapiekło, w płucach zakuło, oddech stał się nierówny i już pod koniec szesnastego kilometra od Camprodon byłem gotów zrobić sobie postój. Walcząc z kryzysem pomyślałem jednak, że dokręcę jeszcze do najbliższego wirażu i dopiero tam stanę. Na szczęście za tym zakrętem stromizna na chwilę odpuściła co pozwoliło mi wyrównać oddech i przełamać się psychicznie. Droga nosząca od tego miejsca oznaczenie C-771 przez kolejne sześć kilometrów wiodła przez las Bosc de la Xoriguera. Najtrudniejszy fragment wspinaczki skończył się wcześniej bo po przejechaniu 19,3 kilometra. Ze wspomnianego lasu wyjeżdża się jakieś 2200 metrów przed finałem. Na przedostatnim kilometrze droga wiedzie aż przez siedem serpentyn, zaś w samej końcówce są jeszcze dwa wiraże. Na skraju czy wręcz środku szosy co rusz wyznaczone są parkingi przygotowane dla tysięcy narciarzy, którzy mogą się tu sprawdzić na 12 trasach zjazdowych. Cały podjazd o długości 23,7 kilometra i przewyższeniu 1192 metrów pokonałem w czasie 1h 21:40 (avs. 17,4 km/h). Zgodnie z oczekiwaniami w górnej połówce jechało się już znacznie trudniej czyli wolniej. Według stravy odcinek powyżej Setcases czyli 12 kilometrów przy średnim nachyleniu 7,4% pokonałem ze średnią prędkością 13,5 km/h i VAM 998 m/h. U kresu wspinaczki na moich towarzyszy czekałem równo 20 minut. Przyjechali razem, pedałując zgodnie ramię w ramię. Rafał po słabiej przepracowanej wiośnie musiał się tu trochę zaginać. Natomiast Darek wcielił się w rolę „gregario di lusso” i jak na swoje możliwości pojechał oszczędnie zachowując sporo sił na podjazd pod Coll de Jou. U góry stanęliśmy do pamiątkowych zdjęć pod drewnianą tablicą. Dario nakręcił kilka filmików. Na koniec zaszliśmy jeszcze na kawę do restauracji Moritz znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie tamtejszych stoków narciarskich. Odwrót zaczęliśmy dopiero o piętnastej. Przy dobrej pogodzie zjazd do Camprodon był czystą przyjemnością, choć w jego dolnej części z racji skromnego nachylenia trzeba było trochę dokręcać.

20160528_142919

20160528_145621

20160528_151120

Po dotarciu do auta czekał nas 13-kilometrowy transfer do San Joan de les Abbadesses. Już na rowerach przejechaliśmy całe to miasteczko ze wschodu na zachód jadąc po krajówce N-260. Następnie tuż przed rozpoczęciem drugiej wspinaczki „sforsowaliśmy” most nad rzeką Ter. Wschodni podjazd po Coll de Jou zaczyna się na drodze GIV-5211. W teorii miał liczyć 14 kilometrów o przewyższeniu netto 865 metrów. Całość tego wzniesienia podzielić można na dwie łatwe i dwie trudne kwarty. Zdecydowanie najtrudniejszy miał być odcinek pomiędzy 4 a 7 kilometrem od startu. Wystartowaliśmy o 17:10 przy niepokojąco ciemnym niebie. Tym razem Darek ruszył bardzo żwawo. Udało mi się utrzymać jego tempo tylko na pierwszych czterech kilometrach. Za Ogassą zrobiło się dla mnie zbyt stromo. Po raz pierwszy zgubiłem jego tylne koło na stromej ściance tuż za tą wioską. Jednak po przejechaniu 4,7 kilometra Dario wybrał zły skręt w prawo, ja pojechałem w ciemno za nim i tak razem nadrobiliśmy 1200 metrów. Zanim wróciliśmy na właściwy szlak chwilowo na pozycję lidera wyszedł Rafał. Gdy po kilkuset łatwiejszych metrach znów zrobiło się stromo dałem za wygraną. Darek jako pierwszy przegonił Rafała, ja wkrótce wróciłem na drugą pozycję. Stromizny sięgające 15% na razie jeszcze były ponad moje siły. Na domiar złego po przejechaniu 7,2 kilometra (tzn. 6000 metrów o ile byśmy się wcześniej nie pogubili) skończył się asfalt. Po zakręcie w lewo wjechaliśmy na Cami d’Ogassa betonową drogę kiepskiej jakości, na której maksymalne nachylenie sięgało 17-18%! To już mnie dobiło. Dwa razy zszedłem z roweru i przespacerowałem się do miejsca, w którym mógłbym się wpiąć ponownie w pedały. Już do końca jechało mi się ciężko. Byłem zagotowany i nie mogłem złapać swego rytmu. Ciężko było wyczuć, w którym miejscu kończy się ten podjazd. Przełęcz minąłem po przejechaniu 15,4 kilometra. Niemniej droga nadal lekko się wznosiła, więc przejechałem jeszcze 500 metrów do spotkania z zawracającym Darkiem. Sam dojazd na przełęcz zabrał mi w 1h 04:02, z czego około 1h 00:30 spędziłem na właściwym szlaku. Według stravy finałowe 8 kilometrów o średniej 6,7% przejechałem w czasie 39:46 ze średnią prędkością 12,2 km/h i VAM ledwie 805 m/h. Dla porównania Darek był tu o blisko trzy i pół minuty szybszy. Z kolei Rafał na pokonanie tego odcinka potrzebował niemal 51 minut.

Tym niemniej na ciężkiej wspinaczce nie skończyła się nasza pierwsza potyczka z katalońskimi górami. Na zjeździe dopadła nas górska burza. Stosunkowo najmniej odczuł ją Rafał, który nie przejmował się robieniem zdjęć z trasy i najszybciej dotarł do miasta. Ja wraz z Darkiem utknąłem w górnej części wzniesienia próbując przeczekać okresy najgwałtowniejszych opadów w cieniu drzew. Gdy deszcz lekko odpuszczał próbowaliśmy pokonać możliwie najdłuższy odcinek zjazdu. W tych trudnych warunkach Dario mając pewne problemy z hamulcami na jednym z wiraży pojechał na wprost i ledwo się wybronił z podbramkowej sytuacji. Potem już bez większych przygód zjechaliśmy do San Joan de les Abbadesses. Gdy dotarliśmy do samochodu Rafał poinformował nas, iż gdzieś na tym burzliwym zjeździe zgubił swe drogocenne okulary firmy Oakley. Postanowiliśmy je odnaleźć przed rychłym zachodem słońca. Rafa miał swoje podejrzenia co do tego gdzie mógł się z nimi rozstać. Bez wielkiej wiary w powodzenie akcji poszukiwawczej raz jeszcze ruszyliśmy więc pod górę, choć tym razem samochodem. O dziwo znaleźliśmy ową zgubę na jednym z zakrętów powyżej Ogassy. Gdy ponownie zjechaliśmy do miasta była już prawie 20:30. Dlatego zamiast na głodnego jechać do bazy w Navacie  postanowiliśmy zjeść naszą obiadokolację w San Joan. Weszliśmy do baru El Poste gdzie jednak nie dane nam było porozmawiać w spokoju. Lokal był przepełniony. Dla miejscowych znakomitą okazją do weekendowego spotkania stała się relacja z finału footballowej Ligi Mistrzów. Tym bardziej, że w finale tych rozgrywek doszło do derbów Madrytu pomiędzy Realem a Atletico. Załapaliśmy się na gola dla królewskich w 15-tej minucie meczu, lecz z wyjściem nie czekaliśmy nawet do końca pierwszej połowy. Mimo tego do bazy noclegowej wróciliśmy już po zmroku. Pierwszy dzień naszej Volty nie należał do łatwych. Na „dzień dobry” alias „bon dia” przejechałem 82 kilometry o łącznym przewyższeniu 2202 metrów.

Napisany w Pireneje hiszpańskie 2016 | Komentarze są wyłączone

Colle del Nivolet

Autor: admin o niedziela 20. Wrzesień 2015

Cierpliwość jednak popłaca. Na sam koniec wyprawy trafił nam się słoneczny weekend. Mieliśmy idealne warunki do tego by ledwie dobę po wjechaniu na Colle delle Finestre (2178 m. n.p.m.) pójść za ciosem i ostatniego dnia pokonać 40-kilometrowy podjazd na Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.). Tą wyniosłą przełęcz z pogranicza Doliny Aosty i piemonckiej prowincji Torino miałem na swym celowniku od kilku lat. W sumie do roku 2011 zaliczyłem niemal wszystkie najwyższe premie górskie na Starym Kontynencie. Do kompletu wzniesień o wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. brakowało mi jedynie andaluzyjskiej Estacion Sierra Nevada (najlepiej z finałem na Pico Veleta) oraz piemonckiej Colle del Nivolet. O ile wyprawa do Grenady ze względu na dystans dzielący Trójmiasto od ostatniej stolicy Maurów pozostaje sprawą dalszej przyszłości, o tyle atak na Nivolet wydawał się jedynie kwestią czasu i sprzyjających okoliczności. Teraz się one nadarzyły i owego wyzwania nie mogło zabraknąć w programie naszej wycieczki po zachodnich rubieżach Italii. Podjazd z Locany na przełęcz Nivolet miał być najdłuższym i zarazem największym w moim życiu. Wedle danych z „archivio salite” miał liczyć 40,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,9 % i mieć przewyższenie 1999 metrów. Dotychczas moim najdłuższym podjazdem była północna wspinaczka na Col d’Iseran we francuskich Alpach. Natomiast najbliższy „zrobienia” 2000 metrów w pionie byłem o dziwo nie w Alpach, lecz w Apeninach gdy z abruzyjskiego miasteczka Scafa wjechałem na Blockhaus w masywie Majella. Teraz mogłem pobić oba te prywatne rekordy za jednym zamachem. Darek był w podobnej sytuacji. Dlatego wystarczającym magnesem do przyciągnięcia nas w te strony były już same walory fizyczne tego wzniesienia. Przełęcz Nivolet łączy piemoncką dolinę Valle d’Orco z aostańską Valsavarenche. Położona jest w Alpach Graickich na terenie najstarszego z włoskich parków narodowych czyli Parco Nazionale del Gran Paradiso. Okolice tej przełęczy cieszą się dużą popularnością w świecie astronomii z uwagi na znikome „zanieczyszczenie” sztucznym światłem. Liczący 18,5 kilometra finałowy odcinek drogi na tą przełęcz czyli fragment powyżej Ceresole Reale powstał w 1931 roku. W latach siedemdziesiątych planowano go połączyć z asfaltową drogą dochodzącą do miejscowości Pont w Dolinie Aosty. Niemniej ostatecznie projekt ten upadł ku uciesze ekologów.

Dziś asfaltowa droga SP 50 urywa się po aostańskiej stronie jakiś kilometr za przełęczą. Tym samym podjazd pod Nivolet, choć prowadzi na przełęcz de facto jest ślepą drogą. Ku Dolinie Aosty zjechać nie sposób. Ze sportowego punktu widzenia można by tu zrobić jedynie metę górskiego etapu lub jeszcze lepiej górskiej czasówki. Niestety w dziejach kolarstwa to miejsce nadal ma czystą kartę. Żaden ważny wyścig nigdy nie dotarł do kresu Doliny Orka. Aczkolwiek dolną połowę tego wzniesienia przejechano już dwukrotnie. Najpierw na Giro delle Valle d’Aosta 2009 i następnie na Giro Rosa z 2011 roku. Przy obu okazjach etapową metę wyznaczano w miejscowości Ceresole Reale. Na wyścigu młodzieżowców triumfował tu Niemiec Dominik Nerz przed Francuzem Nicolasem Edet, zaś blisko dwie minuty stracili do nich ledwie 19-letni wówczas Thibout Pinot i Nairo Quintana. Dwa lata później na kobiecym Giro d’Italia najszybciej dotarła tu Holenderka Marianne Vos, która wyprzedziła Angielkę Emmę Pooley i Niemkę Judith Arndt. Ta sama kolejność była też w klasyfikacji generalnej tej imprezy. Chociaż podjazd pod Nivolet rozpoczyna się w Locanie to my postanowiliśmy dojechać autem nieco dalej czyli do Rosone. W tej drugiej miejscowości zaczyna się bowiem bardzo stromy 12-kilometrowy podjazd do sztucznego Lago di Teleccio na końcu Vallone di Piantonetto. W przypływie sportowego entuzjazmu uznałem zawczasu, iż warto dodać tą trudną wspinaczkę na długiego podjazdu pod Nivolet. W ten sposób jednego dnia moglibyśmy przejechać przeszło 100 kilometrów z łącznym przewyższeniem grubo ponad 3000 metrów. Dojazd do Rosone miał być niemal 70-kilometrowy i zająć nam nieco ponad godzinę. Mimo tego z San Mauro Torinese wyruszyliśmy około jedenastej. W niedzielny poranek zdążyłem jeszcze zrobić wypad do pobliskiego supermarketu aby przywieźć nieco włoskich specjałów do ojczystego kraju. Pierwsza część trasy samochodowej wiodła po poznanej w piątek autostradzie A5. Na wysokości San Giorgio Canavese skręciliśmy na SP53 ku Cuorgne. Gdy byliśmy już na drodze SP460 zatrzymały nas korki. Przez chwilę obawialiśmy się, że dobra pogoda przywiodła w te strony tysiące zmotoryzowanych turystów. Na szczęście powodem całego zamieszania były jedynie dwudniowe targi Fiera di San Matteo organizowane rokrocznie w miasteczku Ponte Canavese. Za tą miejscowością podróżowaliśmy już dalej bez żadnych przeszkód. Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się w centrum Rosone na dużym placu przed miejscową stolarnią.

Na start naszej wspinaczki musieliśmy zjechać do Locany czyli pokonać prowadzący delikatnie w dół odcinek 3,9 kilometra. Dario ruszył około 12:20, zaś ja m/w 10 minut później. Gdy byłem na trzecim kilometrze dojazdu spotkałem mojego kolegę powoli rozgrzewającego swój „dieslowski silnik” na pierwszych kilometrach podjazdu. Jako, że tak na zjeździe jak i w centrum Locany robiłem zdjęcia ostatecznie pod górę wystartowałem niemal kwadrans po Darku. Gdy szykowałem się do startu minął mnie jeszcze wycieniowany włoski amator. Na starcie miałem więc dwie zagadki. Primo czy będę w stanie odrobić wielominutową stratę do Darka? Secundo czy w moim zasięgu będzie ten nieznajomy „italiano”? Początek był łatwy bo zaledwie 2-procentowy. Dlatego ruszyłem na twardym przełożeniu z łańcuchem na dużej tarczy. Odcinek poniżej Rosone pokonałem w tempie 26,5 km/h. Na kolejnych 10 kilometrach teren wznosił się już na poziomie 4-5 %, choć nie brakowało momentów zjazdu. Siłą rzeczy ten fragment podjazdu przejechałem nieco wolniej bo z prędkością 20-23 km/h. W połowie czternastego kilometra dojechałem do Noaski. Dopiero za tą wsią czeka na kolarskich śmiałków pierwszy zaiste trudny sektor całego wzniesienia. Muro di Noasca liczy sobie ledwie 800 metrów, ale o średnim nachyleniu 11%. W pierwszej połowie tego segmentu są do przejechania cztery wiraże. Trzeba było nie tylko zrzucić łańcuch na małą tarczę, ale też wybrać na kasecie przynajmniej 24 ząbki. Taka nagła zmiana rytmu jazdy potrafi nieźle podciąć nogi. Tym niemniej z tym stromym stopniem uporałem się całkiem sprawnie, bo w czasie 4:09 (avs. 11,7 km/h i VAM 1317 m/h). W drugiej połowie piętnastego kilometra nachylenie znacznie odpuściło. Jednak już wkrótce czekało na mnie innego rodzaju wyzwanie. To znaczy przejazd przez tunel Ceresole o długości aż 3535 metrów i średnim nachyleniu powyżej 7%. Nawet przy całkiem szybkiej jeździe oznaczało to 15-minutowy pobyt w klaustrofobicznym otoczeniu, gdzie samochodowe i motocyklowe silniki słychać nazbyt długo i głośno. W tunelu złapałem i wyprzedziłem Włocha z Locany, co uznałem za znak, iż jadę całkiem żwawo. Później dowiedziałem się, że przed-tunelowe 15,2 kilometra przejechałem w czasie 42:57 (avs. 21,3 km/h) co na stravie daje 18 miejsce pośród 525 zarejestrowanych osób. Najwyraźniej momentami gubił mi się tu sygnał z licznika, więc choć na przełęczy pokazał mi dystans 40,4 kilometra to strava złapała z tego niespełna 39,3 kilometra.

Po wyjechaniu z tunelu miałem już w nogach około 19 kilometrów, a nie był to jeszcze półmetek wzniesienia. Przejechawszy kolejne dwa kilometry z hakiem, w tym nieco trudniejsze odcinki na wysokości osad Prese i Broc, dotarłem do wschodniego krańca Lago di Ceresole. Wzdłuż północnych brzegów tego jeziora miałem przejechać kolejne 3400 metrów. Początkowo mniej lub bardziej pod górę do centrum Ceresole Reale (22,6 km). Następnie delikatny zjazd i długi niemal zupełnie płaski odcinek kończący się dopiero na wysokości Chiapili di Sotto (27,2 km). Na takim dystansie większość poważnych alpejskich podjazdów zdążyłaby się już skończyć i to dwukrotnie. Tymczasem wspinaczka pod Colle del Nivolet miała się dopiero zacząć na dobre! Do przełęczy pozostało mi bowiem 13 najtrudniejszych kilometrów o przewyższeniu przeszło 900 metrów. Na początek umiarkowanie trudny odcinek do Chiapili di Sopra (28,8 km) poprowadzony w otoczeniu coraz rzadszego lasu. Co ciekawe przez większą część roku szosą SP50 można dojechać co najwyżej do tego miejsca, bowiem w okresie od 15 października do 15 czerwca droga ta powyżej wysokości 1750 metrów n.p.m. jest zamknięta. Dalej krajobraz jest już typowo wysokogórski. Po obu stronach drogi ostatnie domy z kamienia, zaś na wprost w oddali widać już serpentyny prowadzące ku tamie nad sztucznym Lago di Serru. Wraz z początkiem trzydziestego kilometra rozpoczyna się prawdziwie ostra jazda. W trakcie kolejnych pięciu kilometrów (między 29 a 34 km od startu) trzeba pokonać w pionie 464 metry co daje tu średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Droga wspina się śmiało wykorzystując 10 wiraży i mija pasterskie gospodarstwa: Alpe Brengiat, Alpe Pilocca, Alpe Brencie i Alpe Renada. Gdy po raz ostatni przejechałem na północny brzeg potoku Orco jakieś dwa piętra drogi wyżej dostrzegłem sylwetkę Darka, który tego dnia podobnie jak ja przyodział się w czerwoną koszulkę rodem z Route des Grandes Alpes. Dario też mnie dostrzegł i postanowił, że nie da się dojść. Ja jechałem na wysokich obrotach już od około 100 minut i co ważne na tak długi podjazd nie wziąłem z sobą nic do zjedzenia. Tymczasem mój kolega zaczął tą wspinaczkę bardziej ekonomicznie i rozsądnie zabrał z sobą odrobinę prowiantu, z którego zdążył już skorzystać. Poza tym stromy teren odpowiadał mu znacznie bardziej niż stosunkowo łagodne dwie pierwsze tercje tego wzniesienia. Zerkając od czasu do czasu w górę szybko zdałem sobie sprawę, iż dogonienie Darka będzie bardzo trudne o ile w ogóle możliwe.

20150920_160747

20150920_155948

20150920_154357

Tym niemniej na liczącym 9,6 kilometra odcinku między Ceresole Reale a Lago di Serru zdołałem odrobić przeszło trzy minuty. Pokonałem ten segment w czasie 41:52 czyli ze średnią prędkością 13,8 km/h (27. wynik na 920 osób), zaś Dario uzyskał tu 45:13 (76. czas). W okolicy Lago di Serru (34,6 km) trzeba było minąć pięć kolejnych wiraży o bardziej łagodnym nachyleniu, a potem pokonać jeszcze kilkaset metrów podjazdu do gospodarstwa Agnel (35,4 km). Następnie można było chwilę odpocząć przed finałową fazą tej maratońskiej wspinaczki. Czekał nas bowiem niemal półkilometrowy zjazd do grobli nad Lago Agnel. Straciliśmy na nim 34 metry z dotychczas zdobytej wysokości. Jechałem już blisko dwie godziny. Bez jedzenia i de facto na jednym bidonie. Nic dziwnego, że zaczęło mi brakować „paliwa”. Pozostało tylko mieć nadzieję, że na ostatnich czterech kilometrach nie odetnie mi prądu. Skoncentrowałem się na tym by jechać równo w możliwie solidnym rytmie. Porzuciłem wszelkie nadzieje na złapanie swego ambitnego przyjaciela. Na szczęście dla mnie odcinek powyżej Lago Agnel był łatwiejszy od tego poniżej Lago di Serru. Jak zwykle pewnym ułatwieniem podczas wspinaczki były też wiraże. Tu nad wyraz liczne. Było ich w sumie czternaście plus zakręt z punktem widokowym tuż przed wyjazdem na finałową prostą. Darka oczywiście nie dogoniłem, dzięki czemu zostałem przezeń nagrany na mecie. Tym niemniej całkiem nieźle wybroniłem się z „podbramkowej sytuacji”. Ostatni segment czyli 6,1 kilometra między Lago di Serru a Colle del Nivolet przejechałem w czasie 26:22 (avs. 14,0 km/h). Dario był na nim o 35 sekund szybszy uzyskując 25:47 (avs. 14,4 km/h). Daje to nam odpowiednio 56. i 40. czas pośród 967 zarejestrowanych osób. Z rozpędu minąłem tablicę na przełęczy i dojechałem do końca prostej zatrzymując się na zakręcie w lewo. Po prawej ręce miałem widok na pobliskie Rifugio Citta di Chivasso (2604 m. n.p.m.), zaś na wprost w dole na Rifugio Albergo Savoia (2534 m. n.p.m.) i otaczające je górskie jeziorka. Nie miałem już sił i chęci by tam zjechać i zwiedzać aostańską stronę przełęczy. Byłem w pełni zadowolony z tego czego dokonałem. Podjazd o długości 40,4 kilometra i przewyższeniu brutto 2073 metrów przejechałem w czasie 2h 17:01 (avs. 17,7 km/h). Zawróciłem ku tablicy na wspólną sesję fotograficzną i naradę ze swym kompanem. Dario wjechał na przełęcz w czasie 2h 29:37 (avs. 16,2 km/h). Nadrobiłem przeszło 12 minut, lecz bardzo dużo mnie to kosztowało.

20150920_150428

20150920_153033

20150920_153217

Mój kolega dotarł na szczyt w lepszej kondycji i wciąż był w bojowym nastroju. Ani myślał rezygnować ze skrajnie trudnej wyprawy na Lago di Teleccio (1918 m. n.p.m.). Ja zaś uznałem, że wjazd na Colle del Nivolet będzie dla mnie godnym finałem tej wielkiej wyprawy. Nie chciałem gnać do podnóża drugiego podjazdu po to by zdążyć z tą wspinaczką przed dość wczesnym u progu jesieni zachodem słońca. Wolałem się nacieszyć przepięknymi widokami czekającymi na mnie w drodze powrotnej do samochodu oraz jak najlepiej uwiecznić na zdjęciach to rzadkiej urody wzniesienie. Dlatego postanowiłem spokojnie sturlać się do Rosone i po drodze zatrzymywać się tyleż razy i ile tylko będę miał na to ochotę. Na dłużej „zacumowałem” jedynie pod barem La Baita na wysokości kampingu Piccolo Paradiso. Tymczasem Dario nie tracił czasu i o godzinie 17:13 zaczął wspinaczkę, która sama w sobie (nawet bez wcześniejszego spotkania z olbrzymem Nivolet) byłaby dla każdego kolarskiego amatora nie lada wyzwaniem. Mój „amico” musiał pokonać podjazd o długości 11,8 kilometra ze średnim nachyleniem 10,4%! To znaczy po niebotycznej premii górskiej o przewyższeniu przeszło 2000 metrów dokręcić w pionie kolejne 1233 metry! Według danych ze strony „cyclingcols” zaraz po starcie miał do pokonania trzy strome kilometry o nachyleniu kolejno: 11,5, 12 i 10,5%! Następnie chwilę oddechu na dwóch znacznie łatwiejszych kilometrach rzędu 6,5 i 4%. Potem znów cztery trudne kilometry o stromiźnie 11, 9, 11 i 11,5%. W końcu na dobicie trzy mordercze „kilometrówki” o nachyleniu 13, 13,5 i 12,5% poprowadzone po betonowych płytach czy nawet krótkich odcinkach bruku. Jednym słowem masakryczna atrakcja pod wieloma względami podobna do znanej nam obu wspinaczki pod lombardzkie Prato di Maslino. Dario dzielnie sprostał temu zadaniu i przed zmierzchem pokonał to strome wzniesienie w czasie 1h 11:34 (avs. 10,2 km/h i VAM 1011 m/h), który do dziś pozostaje siódmym wynikiem pośród 63 śmiałków, którzy dotarli do tamy u kresu Vallone di Piantonetto. W ostatnim dniu wrześniowej podróży przejechał 100,1 kilometra o łącznym przewyższeniu aż 3270 metrów! Tym sposobem przebił swój wyczyn z poniedziałku 14 września jakim było podwójne zdobycie Colle delle Morti (Fauniera) tzn. tak od Ponte Marmora jak i Pradleves. Ja na zakończenie przejechałem tylko 79,6 kilometra o łącznej amplitudzie 2159 metrów wliczając drobne hopki na zjeździe. Nie pozostaje mi nic innego jak wrócić tu kiedyś i wdrapać się na Diga di Teleccio, a przy okazji zaliczyć jeszcze pobliskie Santuario di Prascondu.

20150920_183132

20150920_190251

20150920_190720

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Colle delle Finestre & Fregiusia-Jafferau

Autor: admin o sobota 19. Wrzesień 2015

Mój młodszy brat Tomek w swych przedszkolnych latach miał swoje kulinarne motto. Pytany przez dorosłych czemu w trakcie obiadu zrazu nie konsumuje kotleta czy innego mięska odpowiadał ze szczerością właściwą dziecku „najdobrejsze na końcu”. Powiedzonko to znakomicie pasuje do sytuacji w jakiej znaleźliśmy się w trakcie naszej wrześniowej podróży po północno-zachodnich Włoszech. Za sprawą kapryśnej piemonckiej pogody dwa najlepsze kąski w górskim menu (przy całym szacunku dla niesamowitej Fauniery) przyszło nam „skonsumować” dopiero na sam koniec wyprawy czyli w dniach 19-20 września. Dopiero wtedy niebiosa się do nas uśmiechnęły. Weekend miał być słoneczny i stosunkowo ciepły jak na tą porę roku. Bez obaw mogliśmy ruszyć do ataku na szutrową Colle delle Finestre jak i niebotyczny Colle del Nivolet. Na sobotę wybraliśmy sobie pierwszą z wyżej wymienionych przełęczy. Niemniej Finestre miała być owszem głównym, lecz nie jedynym wyzwaniem tego dnia. Do programu czternastego etapu wrzuciłem też inny lokalny podjazd sprawdzony na trasach Giro d’Italia. Tym dodatkiem miała być krótka, acz stroma wspinaczka z Bardonecchii do stacji Fregiusia na zboczach masywu Jafferau. Valle di Susa odwiedziliśmy już trzy dni wcześniej biorąc na celownik podjazdy do stacji narciarskiej Frais i na Colle del Lys. Pierwsze ze środowych wzniesień zaczynaliśmy nawet na via Meana czyli ulicy na której zaczyna się podjazd na przełęcz Finestre. Dzięki temu dojazd do podnóża pierwszego z sobotnich podjazdów mieliśmy rozpracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zawczasu wiedzieliśmy gdzie mamy zjechać z autostrady, jaką ulicę wybrać, gdzie skręcić i zaparkować auto aby w spokoju się przebrać i przygotować rowery do jazdy. Poprzedniego dnia daliśmy z siebie wszystko na bardzo ciężkich podjazdach pod Monte Scalaro i Alpe Buri. Do tego wróciliśmy do bazy bardzo późno bo około 21:00. Tymczasem wedle danych z „archivio salite” Colle delle Finestre miała być jednym z najtrudniejszych wyzwań w naszym kolarskim życiu. Trzeba było się odpowiednio zregenerować. To znaczy dobrze zjeść i porządnie się wyspać. Tak też uczyniliśmy spokojnie spędzając sobotni poranek. Ostatecznie z San Mauro Torinese wyjechaliśmy dopiero po wpół do dwunastej by około 12:25 pojawić się u podnóża góry, która w krótkim czasie stała się kultowym podjazdem na kolarskiej mapie świata.

Droga na Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.) wiedzie przez Parco Naturale Orsiera-Rocciavre i łączy Valle di Susa z położoną bardziej na południe Val Chisone. Nawet bez blisko 8-kilometrowego odcinka szutrowej nawierzchni to bardzo ciężki podjazd. Z pewnością jeden z najtrudniejszych jakie pojawiają się współcześnie na trasach najważniejszych wyścigów etapowych. Według „cyclingcols” to wzniesienie ma długość 18,2 kilometra o średnim nachyleniu 9,3% i max. 14%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie aż 1692 metrów. Jak dotychczas wystąpiło w wyścigu Dookoła Włoch trzykrotnie. Za każdym razem na przedostatnich etapach Giro, które niezmiennie kończyły się w Sestriere. Po raz pierwszy zaprezentowano je kolarskiemu światu w 2005 roku czyli na dwa lata przed pierwszą edycją kultowego dziś semi-klasyku Strade Bianche. Dyrektorem „La Corsa Rosa” był wtedy Angelo Zomegnan. Postanowił on przetestować współczesnych „tytanów szos” na „białej drodze”. To znaczy na nawierzchni, po której peleton Giro d’Italia jeździł w czasach gdy na górskich szlakach brylowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Włoska telewizja RAI w nawiązaniu do złotej epoki włoskiego kolarstwa pokazywała zmagania współczesnych mistrzów mieszając obraz kolorowy z czarno-białym. Natomiast kibiców kolarstwa rozpalała zacięta walka o generalne zwycięstwo w 88. edycji Giro. Przed decydującym etapem lider Paolo Savoldelli miał 2:09 przewagi nad Gilberto Simonim oraz 3:00 nad rewelacyjnym Wenezuelczykiem Jose Rujano i 3:08 nad Danilo di Luką. Tym niemniej słynący z popisów na zjazdach „Il Falco” był góralem dobrym, lecz z pewnością nie wybitnym. Poza tym miał słabą drużynę czyli drugi garnitur kolarzy Discovery Channel. Naczelnym celem tej ekipy było bowiem siódme z rzędu zwycięstwo Lance’a Armstronga w Tour de France. Dlatego też najlepsi robotnicy byli oszczędzani i wszelkimi możliwymi środkami szykowani do pomocy Teksańczykowi na trasie „Wielkiej Pętli”. Savoldelli w górach Giro musiał sobie radzić sam. Tercet Di Luca – Simoni – Rujano szybko go zdystansował i na przełęczy miał przewagę aż 2:18! Niemniej „Sokół” jechał swoim równym tempem oraz znalazł sobie (w innych ekipach) paru przyjaciół w potrzebie. Poza tym mocno finiszował na łagodniejszym podjeździe do Sestriere. Ostatecznie do zwycięzcy etapu czyli Rujano stracił 1:55 (+ 20 sekund bonifikaty), zaś do Simoniego ledwie 1:29 (+ 12″). Dzięki temu obronił prowadzenie w wyścigu i dzień później triumfował z zapasem 29 sekund nad Simonim i 45 nad Rujano.

Sześć lat później zabrakło wielkich emocji. Na dwa dni przed Mediolanem wyścig był praktycznie rozstrzygnięty. Alberto Contador miał ponad 5 minut przewagi nad Michele Scarponim i Vincenzo Nibalim. Etap rozpoczęty w Verbanii nad Lago di Maggiore liczył sobie aż 242 kilometry. Zanim kolarze dojechali do Susy pokonali płaski odcinek o długości 196 kilometrów. Peleton pozwolił na odjazd tuzina uciekinierów, którzy u podnóża Colle delle Finestre mieli ponad 6 minut zapasu. Wobec pasywnej jazdy liderów bohaterem tego odcinka został Wasilij Kirijenka. Obecny mistrz świata w jeździe na czas, jeżdżący jeszcze wówczas w ekipie Movistar łatwo zgubił towarzyszy ucieczki i z dużą przewagą nad górskimi asami dotarł do mety w Sestriere. Linię mety przekroczył o 4:43 przed Rujano i 4:50 przed Joaquinem Rodriguezem. Scarponi i Contador przyjechali razem ze stratą 5:58 do Białorusina, zaś Nibali stracił do nich 22 sekundy. Hiszpan triumfował w stolicy Lombardii, lecz to zwycięstwo później mu odebrano. Jak wiadomo wpadł na kontroli antydopingowej podczas Tour de Framce 2010 i po zakończeniu trwającej naście miesięcy procedury dyscyplinarnej ostatecznie zdyskwalifikowano go na dwa lata z mocą wsteczną od dnia wpadki na „Wielkiej Pętli”. Po tym werdykcie „Pistolero” stracił zwycięstwa w Volta a Catalunya i Giro d’Italia z pierwszej części sezonu 2011. Po raz trzeci podjazd pod Finestre pojawił się na trasie Giro w 2015 roku na blisko 200-kilometrowym etapie z Saint-Vincent w Dolinie Aosty. Contador ponownie przystąpił do tego rodzaju próby z bezpieczną przewagą nad najbliższymi rywalami czyli kolarzami Astany: Fabio Aru (+ 4:37) i Mikelem Landą (+ 5:15). Jednak tym razem przeciwnicy nie zamierzali li tylko asystować mu na drodze do generalnej wiktorii. Zaatakowali i to skutecznie na szutrowym odcinku Finestre. Contador miał kryzys, ale mądrze się obronił. Na przełęczy pierwszy był Landa. Niemniej sam etap wygrał Aru, który dzień wcześniej był też najlepszy w Cervinii. Z sekundowymi stratami do Włocha finiszowali: Ryder Hesjedal (+ 18″), Rigoberto Uran i Landa (+ 24″) oraz Steven Kruijswijk (+ 34″). Contador przyjechał ledwie szósty ze stratą 2:25 do kolarza z Sardynii, lecz spokojnie obronił prowadzenie w wyścigu.

Szykując się do własnej potyczki z tą górą o szorstkiej powierzchowności zastanawiałem się jakie zastaniemy na niej warunki drogowe. Ledwie cztery tygodnie wcześniej zmierzyliśmy się z inną szutrową legendą Giro czyli podjazdem pod Plan de Corones. Na finałowym odcinku tyrolskiej „ściany płaczu” nie wszędzie dało się jechać. Momentami musiałem po prostu prowadzić rower po nazbyt sypkim gruncie. Tym niemniej Kronplatz po raz ostatni został użyty na wyścigu Dookoła Włoch przed pięciu laty i od tego czasu droga uległa znacznej degradacji. Tymczasem Finestre gościła uczestników Giro zaledwie cztery – co ważne letnie – miesiące przed naszym przybyciem. Była więc spora szansa na to, że przejedziemy się po takiej samej jakości nawierzchni co „profi” pod koniec maja. Wystartowaliśmy o godzinie 12:43 przy słonecznej pogodzie i temperaturze 25 stopni. Początek podjazdu poznaliśmy już w środę. Najpierw łatwe 400 metrów i po zakręcie w prawo znacznie trudniejsze 900 metrów do przejazdu pod wiaduktem kolejowym. Trzy dni wcześniej po dotarciu w to miejsce odbiliśmy w prawo do Frais. Tym razem musieliśmy trzymać się odchodzącej w lewo drogi SP172. Pobliski mur zdobił okazały mural o tematyce kolarskiej. Zacząłem szybko i już na pierwszym kilometrze odjechałem Darkowi. Na kilometrze drugim minąłem cyklo-amatora, który zaczął wspinaczkę jakąś minutę przed nami. Po przejechaniu 1700 metrów skończyła się pierwsza stromizna. Droga skręciła w prawo ku centrum Meana di Susa (2,1 km). Pod koniec trzeciego kilometra skończył się przejazd przez teren zabudowany. Droga stała się węższa i otoczona coraz gęstszym lasem. Podjazd trzymał na stałym poziomie 9%, ale jechało mi się bardzo dobrze. Przyznam, że wolę zmagać się ze stromizną w takich warunkach niż na otwartym terenie jadąc po szerokiej szosie. Pod koniec piątego kilometra wjechałem na zdecydowanie najbardziej zakręcony odcinek tej wspinaczki. Na dystansie 3000 metrów trzeba było pokonać aż 26 wiraży. Ja jechałem na tym odcinku z prędkością około 12 km/h. Zakładam, że jadący znacznie szybciej zawodowcy mogą mieć tu problemy z rozpędzeniem się pomiędzy kolejnymi zakrętami. Na kolejnych trzech kilometrach szlak był już znacznie prostszy. W końcu po przejechaniu 10,7 kilometra dotarłem do miejsca zwanego Il Coletto (1452 m. n.p.m.). Tu trzeba się było w końcu rozstać z gładką szosą i wjechać na naturalne podłoże. Do przełęczy pozostało jeszcze przeszło 700 metrów przewyższenia i niemal 8 kilometrów podjazdu z grubsza o tak samo ostrym nachyleniu jak dotąd.

Gruntowa nawierzchnia okazała się w pełni przejezdna, choć trzeba było sobie ciągle właściwej szukać ścieżki do płynnej jazdy. Szutrowa droga niekiedy wychodziła z lasu i mijała pojedyncze domostwa (po 11,5 i 14,2 km od startu). Na 3,5 kilometra przed finałem ostatecznie wyjechałem ponad górną granicę lasu. Pozostało mi jeszcze do pokonania osiem wiraży. Zważywszy na stromiznę tego odcinka na niektórych z nich musiałem uważać wybierając tor jazdy. Minąłem tu „mielącego w miejscu” górala oraz dwóch starszych szosowców z wyraźną nadwagą. Z trzeciego od końca zakrętu, na 600 metrów przed finałem, złapałem niezły widok na wybudowany w 1891 roku fort Colle delle Finestre. Jeszcze trochę wysiłku i po przejechaniu 18,8 kilometra w czasie 1h 34:05 byłem u celu. Na górze zastałem kilku motocyklistów. Po prawej stronie drogi ujrzałem fontanienkę, zaś po lewej tablicę drogową i monument poświęcony pierwszemu zdobywcy tego wzniesienia, kontrowersyjnemu Danilo Di Luce. Na szczycie (w słońcu) było aż 20 stopni. Po niespełna 10 minutach oczekiwania nagrałem finisz Darka. W programie strava segment z całej tej góry ma długość 17,8 kilometra o średniej 9% i przewyższeniu 1683 metrów. Bliższa analiza danych ze stravy doprowadziła mnie do bardzo ciekawych odkryć. Okazało się, że jechałem w tempie „pasażerów autobusu” z Giro d’Italia 2015! Cały ten odcinek pokonałem w czasie 1h 33:25 (avs. 11,5 km/h i VAM 1081 m/h) co dało mi 68 miejsce na 1023 zarejestrowanych osób. Do natchnionego Kruiswijka straciłem co prawda niemal pół godziny. Niemniej do Iljo Keijsse ledwie 5 sekund, zaś do Jussi Veikkanena, Maartena Tjallingi, Moreno Hoflanda czy Luki Mezgeca mniej niż minutę. Szosowe 9,8 kilometra przejechałem w czasie 51:12 (avs. 11,5 km/h i VAM 1143 m/h) co było 83. wynikiem na 1115 odnotowanych. Byłem tu nieco szybszy od kilku profich. Z kolei szutrowy kawałek o długości 7,9 kilometra przejechałem w 41:36 (avs. 11,5 km/h i VAM 1037 m/h) co jest 69. rezultatem wśród 1294 zanotowanych. Nawet najwolniejsi uczestnicy Giro byli nieco szybsi ode mnie. Zresztą to porównanie traktować mogę jedynie jako ciekawostkę. Ja startowałem wszak na świeżości i jechałem na maksa. Oni byli po przejechaniu 150 kilometrów dwudziestego etapu i jechali w trybie oszczędnym chcąc jedynie zmieścić się w limicie czasu. Wspomniany Keijsse robił to na tyle skutecznie, że dzień później wygrał finałowy etap na ulicach Mediolanu. Dodam jeszcze, że Dario uzyskał tu czas 1h 43:22 (avs. 10,4 km/h i VAM 977 m/h – 132 miejsce). Na szosie stracił do mnie 7:20, lecz na szutrze już tylko 2:34.

20150919_142658

20150919_144632

20150919_150112

20150919_153425

Z podjazdem poradziliśmy sobie całkiem sprawnie. Inna sprawa to zjechać po szutrze. Na szczęście „biała droga” na Finestre okazał się być w świetnym stanie. Przy zachowaniu pewnej dozy ostrożności można było zjechać bez przymusowych przystanków. W zasadzie stawałem tylko tam gdzie chciałem aby wykonać zdjęcia do „albumu z wyprawy”. Około półmetka zjazdu stanęliśmy też by nakręcić filmiki z Valle di Susa w roli głównej. Do samochodu dotarłem kwadrans po szesnastej. Teraz czekała nas około 40-kilometrowa wycieczka na zachód ku Bardonecchi. Dla Darka była to niemiła niespodzianka. Nie zapoznał się z programem czternastego etapu i oczekiwał kolejnej wspinaczki w okolicy Susy. Uważał iż Monte Jafferau (1908 metrów n.p.m.) nie jest warte dodatkowego transferu. Zdania w ekipie były podzielone. Podjazd ten ma przewyższenie tylko 648 metrów. Trzeba je pokonać na dystansie ledwie 7 kilometrów co daje średnio niemal 9,3%. Maksymalna stromizna przekracza tu 12%. Krótkie lecz trudne, ale czy na tyle wartościowe by trafić na naszą listę? Gdybym brał pod uwagę tylko owe walory techniczne to raczej bym z niego zrezygnował. Tym niemniej ta góra miała też swoją kolarską historię co w moich oczach przeważyło na jej korzyść. Dwukrotnie ścigali się na niej uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1972 roku na 256-kilometrowym etapie ze startem w Savonie. Na wschodnim podjeździe do Sestriere zaatakował znakomity góral z Asturii Jose-Manuel Fuente. Jednak tym razem „El Tarangu” przeliczył się z siłami. Wyczerpał go przeciwny wiatr wiejący w dolinie pomiędzy Cesana Torinese i Bardonecchią. W teorii na podjeździe tak stromym jak Jafferau nie miałby godnych rywali. Tym razem jednak dopadł go i wyprzedził lider wyścigu Belg Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten maratoński odcinek w czasie 8 godzin i 8 minut (!) z przewagą 26 sekund nad Włochem Wladimiro Panizzą i 47 nad Fuente. Kolejny raz wyścig Dookoła Włoch dojechał w te strony w 1984 roku, lecz finisz wytyczono w Bardonecchi. Wygrał Norweg Dag-Erik Pedersen. Na drugą batalię pod Jafferau kibice musieli poczekać do roku 2013. Najlepiej z deszczem, chłodem i stromizną poradził sobie podejrzanie mocny owej wiosny Mauro Santambroggio. Wyprzedził on minimalnie lidera wyścigu Vincenzo Nibalego oraz o 9 sekund Kolumbijczyka Carlosa Alberto Betancura. Nasi górale: Rafał Majka (jedenasty) i Przemysław Niemiec (piętnasty) stracili około minuty. Sława nowego triumfatora była krótkotrwała. Tydzień po zakończeniu Giro ogłoszono, że Santambroggio wspomagał się EPO.

Do Bardonecchii dotarliśmy około siedemnastej. Dario nie znalazł motywacji do wspinaczki pod tak skromne wzniesienie jak Monte Jafferau. Czekała mnie więc solowa potyczka z tym stromym podjazdem. Nie wiedziałem jednak w której części miasteczka się on zaczyna. Pierwszy strzał okazał się chybiony. Po niespełna siedmiu minutach jazdy dotarłem na położonej przeszło sto metrów ponad Bardonecchią dolnej stacji kolejki linowej na Monte Jafferau. Zapytałem o właściwą drogę napotkanego przechodnia. Musiałem wrócić do miasteczka, znaleźć ulicę Via Sommelier i zjechać z niej w lewo na drogę SP238. Ostatecznie wystartowałem więc o godzinie 17:27. Po chwili przejechałem nad potokiem Rochemolles i pod krajówką SS335. Gdy skończył się płaski wstęp włączyłem licznik. Co raz bardziej stroma dróżka szybko przeszła pod autostradą A32, lecz niemal do końca pierwszego kilometra biegła równolegle do niej. W tym czasie dojechałem do wioski Millaures (0,9 km), zaś po przejechaniu 1800 metrów minąłem pierwszy z ledwie siedmiu wiraży na tej górze. Drugi kilometr ma tu średnie nachylenie 10,5%. Drugi zakręt minąłem w połowie trzeciego kilometra, zaś niespełna kilometr dalej byłem już we wiosce Gleise (3,4 km). Trzeci wiraż minąłem po przejechaniu 4 kilometrów od startu. Teraz miało być już tylko ciężko czyli każdy z trzech ostatnich kilometrów na poziomie około 10% czyli 10,5 – 9,8 – 10,3. Droga zrobiła się węższa i po pokonaniu 6,1 kilometra raz jeszcze wjechała w zalesiony teren. Kilometr dalej pokonałem dwa położone blisko siebie ostatnie wiraże i zaraz potem boczną uliczkę, na której wyznaczono finisz etapu Giro z roku 2013. Jakieś 150 metrów dalej skończył się asfalt, więc zatrzymałem stoper swojego licznika. Niemniej droga wiodła jeszcze wyżej po szutrze całkiem niezłej jakości. Wjechałem nią do lasu i zatrzymałem się dopiero przed hotelem Jafferau stojącym tuż obok górnej stacji kolejki Bardonecchia-Fregiusia. To była moja meta, acz na rowerze górskim po kamienistej ścieżce można by pewnie dotrzeć niemal na sam szczyt Monte Jafferau (2805 m. n.p.m.). Według zapisu na stravie mój podjazd miał długość 7,3 kilometra. W programie tym znalazłem kilka co najmniej 6-kilometrowych segmentów. Najdłuższy o długości 7,1 kilometra i przewyższeniu 662 metrów nazwano „fine asfalto”. Pokonałem go w czasie 35:02 (avs. 12,2 km/h, VAM 1133 m/h) co jest 23. wynikiem pośród 128 zarejestrowanych. W sumie na czternastym etapie przejechałem 57 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2416 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Monte Scalaro (Vancale) & Alpe Buri

Autor: admin o piątek 18. Wrzesień 2015

Po trzech dniach z coraz gorszą pogodą w końcu doczekaliśmy się jej poprawy. Piątek zapowiadał się całkiem nieźle, zaś weekend jeszcze lepiej. Sugerując się takimi prognozami rozpisaliśmy sobie program na trzy ostatnie dni naszej wyprawy. Najlepsze warunki mieliśmy mieć w niedzielę, więc tego dnia postanowiliśmy zdobyć najwyższy z wyznaczonych sobie celów czyli Colle del Nivolet. Dzień wcześniej główną atrakcją miała być dobrze znana z Giro d’Italia szutrowa Colle delle Finestre. Tym samym w piątek nie pozostało nam już nic innego jak ruszyć na północ ku podjazdom pod Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe Buri (1525 m. n.p.m.). Z tego co wiem żadna z nich nie została jeszcze odkryta przed organizatorów profesjonalnych wyścigów. Tym niemniej na pobliskim Piani di Tavagnasco zakończył się jeden z etapów Giro delle Valle d’Aosta 2012 wygrany przez Fabio Aru. Sardyńczyk wyprzedził na tym odcinku innych współczesnych „profich” tzn. Manuela Boungiorno i Davide Formolo. Jakkolwiek stosunkowo niewysokie oba te wzniesienia zapowiadały się bardzo ciekawie. Czekała nas ciężka przeprawa na dwóch bliźniaczo podobnych wzniesieniach. Według danych ujawnionych na stronie zanibike.net (archivio delle salite d’europa) wspinaczka pod Monte Scalaro to 13 kilometrów o średnim nachyleniu 8,9% i przewyższeniu 1159 metrów. Z kolei podjazd pod Alpe Buri to 14 kilometrów o identycznej stromiźnie i amplitudzie 1242 metrów. Jednym słowem na dystansie ledwie 54 kilometrów mieliśmy mieć do zrobienia jakieś 2400 metrów przewyższenia. Ta pierwsza góra przez autorów „archivio salite” została wyceniona na 1105, zaś druga nawet na 1173 punkty. Te suche dane niewiele wyjaśniają. Dlatego godzi się wspomnieć jak w tej samej skali wypadają niektóre spośród najbardziej znanych podjazdów „używanych” na trzech Wielkich Tourach. Kultowe L’Alpe d’Huez oceniono tu na 913, Covadongę na 935, Fedaię-Marmoladę na 966, zaś Tourmalet na 1013 w wersji wschodniej i 1076 punktów w nieco trudniejszej opcji zachodniej. Tymczasem ruszając na start trzynastego etapu miałem w nogach 90 kilometrów z poprzedniego dnia, zaś Darek dla kontrastu dobę pełnej regeneracji. Mając to na uwadze zastanawiałem się ile może mnie kosztować czwartkowa wycieczka do krainy deszczowców. To znaczy czy będę w stanie nadążyć za swym wypoczętym kompanem. Tym bardziej, że strome premie górskie to teren wymarzony dla kolarza o sylwetce rasowego górala.

Gościnne progi Apartamento Mercedes opuściliśmy dopiero po wpół do jedenastej. Nie musieliśmy się zanadto śpieszyć bowiem od podnóża pierwszej góry czyli miasteczka Quincinetto (vel Quisne w dialekcie piemonckim) dzieliło nas 60 kilometrów do pokonania niemal w całości po drogach szybkiego ruchu. Tym razem z turyńskiej obwodnicy zjechaliśmy wcześniej niż zwykle kierując się na Aostę. To znaczy wybierając autostradę A5. Jakkolwiek nie mieliśmy w planach opuszczać Piemontu to postój wypadał nam niemal na pograniczu z miniaturowym regionem Valle d’Aosta. Po zjeździe z autostrady wjechaliśmy na Via 4 Novembre i po przejechaniu kilkuset metrów w kierunku południowym zatrzymaliśmy się na wielkim żwirowym placu w pobliżu Via Scalaro. Pomimo sporej przestrzeni i tak musieliśmy poszukać sobie miejsca na skraju tego parkingu, albowiem miejsce to spełniało rolę placu manewrowego dla wielkich ciężarówek. Wystartowaliśmy przy słonecznej pogodzie o godzinie 11:44, lecz po chwili Dario zawrócił do naszego wozu technicznego by ostatecznie ruszyć pod górę o 11:50. Tym samym na Monte Scalaro mogłem sobie zrobić co najwyżej górską czasówkę. Według danych zarejestrowanych na stravie start tej wspinaczki znajdował się na wysokości 282 metrów n.p.m. Na początek blisko 600 metrów po prostej. Potem pierwszy wiraż, następnie szeroki łuk w prawo i po przejechaniu 850 metrów już byłem w lesie. Jak widać na załączonym obrazku podjazd ani na moment nie odpuszczał. Niemal cały czas trzymał na poziomie powyżej 8%, zaś cały drugi kilometr miał średnie nachylenie aż 10,8%. Trasa była kręta. Autor wpisu ze strony salitomania.it na 13 kilometrach tego wzniesienia naliczył aż 34 wiraże. Wydawało mi się, że nie mam najlepszego dnia. Męczyłem się, ale miałem ku temu dobre powody. Po prostu góra była bardzo trudna. Po zapoznaniu się z jej profilem utkwił mi w głowie przede wszystkim żółty kolor. Dlatego zacząłem odważnie. Szło mi ciężko, ale jechałem na swych wysokich obrotach. Dolny odcinek o długości 6,2 kilometra przy średniej 9% pokonałem w 31:20 (avs. 11,9 km/h i VAM 1131 m/h). Ten segment kończy się na wysokości Ristoro Alpino przy osadzie Santa Maria. Liderem jest czyniący obecnie szybkie postępy w zawodowym peletonie Louis Vervaeke z Lotto-Soudal. W sezonie 2012 jeszcze jako 19-letni młodzieżowiec młody Belg przejechał ten segment w ledwie 25:42.

W górnej połowie wzniesienia jechałem równie mocno. Zaraz po minięciu bocznej drogi do wioski Lechia (7 km) rozpoczyna się najtrudniejszy fragment „oficjalnej” wersji tego podjazdu. Następne półtora kilometra trzyma na średnim poziomie 11,2%, zaś maksymalna stromizna pod koniec ósmego kilometra sięga aż 15%. Po przejechaniu 8,8 kilometra przejechałem na prawy brzeg Rio Renanchio, która bynajmniej nie przypomina rzeki lecz wartki górski potok. Najtrudniejsza część zakładanej wspinaczki skończyła się na wysokości Agriturismo „Le Capanne” (11,3 km). Na stravie zaznaczono segment od Santa Maria o długości 5,1 kilometra przy średniej 10%. Przejechałem ten fragment wzniesienia w 26:50 (avs. 11,5 km/h i VAM 1173 m/h) czyli w poziomie nieco wolniej, zaś w pionie nawet szybciej niż dolną połówkę. W teorii z tego miejsca końca podjazdu miało nam pozostać ledwie półtora kilometra. Najpierw 500 metrów dość solidnej wspinaczki, następnie równie długie falsopiano i na sam koniec półkilometrowy odcinek delikatnie w dół do wioski Scalaro. Tymczasem jakieś 800 metrów za wspomnianą agroturystyką czekała na mnie interesująca niespodzianka. Zamiast jechać na wprost ku Area Picnic Scalaro mogłem wziąć wiraż w lewo i kontynuować wspinaczkę w nieznane na drodze niewidzialnej dla google-maps. Ciekaw byłem jak wysoko mnie doprowadzi. Przejechałem kolejne 1400 metrów i dotarłem do osady Alpe Fuma’ Inferiore (13,5 km), ale na tym nie koniec. Odbijając w prawo wjechałem na węższą dróżkę do Fuma’ Superiore (14 km). Dojechawszy tam byłem już na wysokości 1600 metrów n.p.m. Pomimo tego asfaltowa ścieżka wciąż wiła się przede mną. Brnąłem więc dalej przed siebie mijając kolejne gospodarstwa pasterskie: Alpette (14,3 km) i Cavanna Nouva (14,8 km). W końcu dotarłem do Vancale (15,4 km) gdzie asfalt był niemal brązowy po przejściu stadka krów. Musiałem jechać slalomem, nie tyle z powodu sporej stromizny co chcąc uniknąć poślizgu na świeżym nawozie. Minąłem to gospodarstwo, po chwili wziąłem ciasny zakręt w lewo i jakieś 120 metrów dalej w końcu się zatrzymałem, gdyż pod kołami skończył mi się asfalt. Co prawda w oddali pośród chmur majaczył jeszcze jakiś zagubiony odcinek asfaltu, lecz nie chciało mi się już sprawdzać czy aby wzrok mnie nie zawodził ze zmęczenia.

20150918_135610

20150918_140811

20150918_144356

Tym samym zakończyłem swoją wspinaczkę na wysokości 1809 metrów n.p.m. po przejechaniu 15,7 kilometra w czasie 1h 20:18 (avs. 11,7 km/h). Mój podjazd pod Monte Scalaro + Alpe Vancale miał przewyższenie aż 1527 metrów. Biorąc pod uwagę uzyskany czas wykręciłem tu VAM na poziomie 1141 m/h. Przyznam, że nie przypuszczałem, iż stać mnie jeszcze na taki wyczyn. Owszem przed kilku laty na odpowiednio stromych premiach górskich potrafiłem nawet przeskoczyć pułap 1200 m/h. Niemniej działo się to na znacznie krótszych podjazdach typu Cuvignone czy Kitzbuheler Horn (Alpenhaus), których pokonanie zajmowało mi 40 czy 50 minut. Tymczasem na dotarcie do Alpe Vancale potrzebowałem aż 80 minut co oznacza, że musiałem kręcić z podobną mocą niemal dwa razy dłużej. Darek na tej górze nie ujawnił pełni swych możliwości. Po przejechaniu 12 kilometrów również skusił się na dalszą wspinaczkę w nieznane. Co więcej przebrnął nawet odcinek gruntowej drogi powyżej Vancale i wjechał na dodatkowy odcinek szosy. Zatrzymał się dopiero na ostatecznym krańcu tej asfaltowej drogi przy znakach wskazujących pieszy szlak na pobliski szczyt Cima Battaglia. Tym samym Dario dotarł na wysokość aż 1842 metrów n.p.m. pokonawszy 16,2 kilometra w czasie netto 1h 38:42 (avs. 9,9 km/h). Ze stravy wynika, iż mało kto zabrnął na tej górze równie daleko co my. Dla przykładu na najdłuższym z moich segmentów o długości 15,2 kilometra zanotowano wyniki tylko dziewięciu osób. Można powiedzieć, że na razie tu rządzimy. Ja uzyskałem na nim czas 1h 18:57 (avs. 11,6 km/h i VAM 1144 m/h) zaś Darek 1h 32:08 (avs. 10,0 km/h i VAM 980 m/h) co daje nam pierwsze i trzecie miejsce na tej bardzo krótkiej liście rankingowej. Na profilu mojego kolegi strava zapisała wynik z jeszcze dłuższego odcinka o długości 15,7 kilometra. Przed Darkiem cały ten segment pokonały tylko dwie osoby. Aby jakoś sensownie porównać się z innymi cykloamatorami musieliśmy zerknąć niżej czyli na wyniki z segmentu obejmującego klasyczną wersję podjazdu pod Monte Scalaro. Na odcinku 12,1 kilometra od startu w Quincinetto do wirażu na wysokości Area Picnic Scalaro zarejestrowano wyniki 82 osób. Ten fragment wzniesienia pokonałem w czasie 1h 01:24 (avs. 11,9 km/h i VAM 1091 m/h) co dało mi 11 miejsce. Darek uzyskał na nim 33. wynik czyli 1h 10:14 (avs. 10,4 km/h i VAM 954 m/h). Po ledwie paru minutach rozpocząłem zjazd do Quincinetto. Jadącego z naprzeciwka Darka spotkałem jakieś półtora kilometra za Alpe Vancale.

Zjechawszy niespełna cztery kilometry zatrzymałem się na przeszło kwadrans przy drewnianym budynku Area Picnic Scalaro. Chciałem tu poczekać na Darka, lecz ten znacznie dłużej zabawił na samej górze. Ostatecznie choć zjeżdżałem przeszło półtorej godziny to i tak do auta dotarłem jako pierwszy. Przy samochodzie spędziliśmy dłuższą chwilę zanim ruszyliśmy ku Settimo Vittone. Od tego miasteczka dzieliły nas ledwie cztery kilometry. Wystarczyło przejechać pod autostradą A5, dalej mostem na lewy brzeg rzeki Dora Baltea i pokonać krótki odcinek na południe po krajowce SS26. Dość szybko znaleźliśmy boczną drogę SP72, na której zaczyna się podjazd do Trovinasse i Alpe Buri. Przy okazji wypatrzyliśmy otwarty do godziny 19:30 supermarket i uznaliśmy, iż po zjeździe z drugiej góry warto będzie w nim zrobić zakupy przed ostatnim weekendem. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed kościołem pod wezwaniem św. Andrzeja. Poszliśmy na spacer by znaleźć coś gorącego do zjedzenia przed drugą wspinaczką. Niestety te poszukiwania nie zakończyły się sukcesem, więc musiały nam wystarczyć zapasy, które przywieźliśmy z sobą. Ostatecznie podjazd pod Alpe Buri rozpoczęliśmy dopiero o godzinie 16:33. Wystartowaliśmy dość spokojnie. Od startu czułem, że wspinaczka pod Monte Scalaro wyssała ze mnie sporo energii. Pierwsze 500 metrów było jeszcze stosunkowo łagodne. Niemniej już kolejne pół kilometra na dojeździe do kościoła Madonna delle Grazie stało się zapowiedzią tego jak to wzniesienie będzie wyglądać. Pod koniec drugiego kilometra musieliśmy opuścić szosę SP72 zmierzającą do Nomaglio i Andrate. Musieliśmy skręcić w lewo biorąc kurs na Cornaley i Trovinasse. Na tym zapoznawczym odcinku wykręciliśmy VAM na stosunkowo niskim poziomie 930 m/h. Niemniej powoli rozkręcaliśmy się. Spora w tym zasługa Darka, który nie wyjechał się na pierwszej górze i teraz mobilizował mnie do żwawszej jazdy. W połowie trzeciego kilometra rozpoczęliśmy stromy odcinek na dojeździe do Cornaley (3,9 km). Jeśli wierzyć danym z krótszych odcinków na stravie to tą stromiznę przejechaliśmy już w tempie 1260 m/h. Powyżej tej wioski minęliśmy Hotel Il Falco e La Volpe (Sokół & Lis), zaś przy osiemnastym wirażu niedawno odrestaurowaną kapliczkę. Pod koniec szóstego kilometra Dario zaatakował po raz pierwszy. Niemniej zrobił to tuż przed krótkim zjazdem. Na nim rozpędziłem się na dużej tarczy i dopadłem go na początku kolejnej fazy wspinaczki. Po tej próbie sił przejechaliśmy razem jeszcze jakieś półtora kilometra kręcąc VAM na poziomie 1140 m/h.

Pod koniec ósmego kilometra Darek ponowił swój atak. Na ten mocny skok nie byłem już w stanie zareagować. Tymczasem teren mi nie sprzyjał. Ostatnie 6 kilometrów powyżej osady Valcauda miało bowiem średnio 9,6%. Mogłem się tylko mądrze bronić czyli jechać równo i mocno w granicach własnych możliwości. Pozostało mi liczyć na to, że atakujący nieco przeliczy się z własnymi siłami jak na Passo delle Erbe. Zaczęła się ostra walka: „Quintana” z przodu, „Froome” z tyłu. O’K żarty na bok. Niemniej tak zacięty pojedynek chciałbym widzieć na każdym z górskich odcinków Tour de France. Istne przeciąganie liny. Żaden z nas nie chciał odpuścić. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy. Pomiędzy 8 a 11 kilometrem na stravie wyznaczono segment o długości 2,8 kilometra przy średniej 12%. Przejechaliśmy go w około 16 minut, przy czym Darek nadrobił nade mną 12 sekund. On wykręcił tu VAM 1271 m/h, zaś ja 1257 m/h. Minęliśmy Alpe Surro (10,5 km) i wciąż otwarty Camping Nosy zbliżając się do ostatniej wioski na tym szlaku czyli Trovinasse (12,4 km). Czułem, że jeszcze trochę sił mi zostało. Różnica między nami cały czas wahała się w granicach 10-15 sekund. Wolałem zbyt wcześnie nie przyśpieszać ponad „stan wrzenia” by za taki zryw nie zapłacić. Postanowiłem zaczekać z kontratakiem na ostatni kilometr czy nawet 500 metrów. Jechaliśmy na granicy swych możliwości. Pomiędzy 11 a 14 kilometrem na stravie zaznaczono dwa odcinki o łącznej długości 2,7 kilometra i średnim nachyleniu 11%. Przejechałem ten fragment w czasie 13:37 i odrobiłem do Darka kilka sekund. Na tym finałowym odcinku swoją prędkość w pionie czyli sławetny VAM rozkręciliśmy do poziomu 1330 m/h! Za ostatnim 29. wirażem mieliśmy jeszcze do pokonania 200 metrów do mety na rozdrożu gdzie skończył się asfalt. Dario dotarł do tego miejsca pierwszy odnosząc zasłużone zwycięstwo. Przegrałem po walce. Według stravy segment o długości 13,9 kilometra obaj przejechaliśmy ze średnią prędkością 12,2 km/h. Przy czym Darek pokonał go w czasie 1h 08:21 (VAM 1051 m/h), zaś ja potrzebowałem na to 1h 08:27 (VAM 1049 m/h). To dało nam 9 i 10 miejsce wśród 50 zarejestrowanych osób. Do Settimo Vittone zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Zakupy zrobiliśmy w pośpiechu z czego wynikła nam dodatkowa (nerwowa) akcja poszukiwawcza. Dzień mogliśmy uznać za bardzo udany. Stosunkowo krótki etap trzynasty okazał się bardzo konkretny. Przejechałem na nim 60 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2747 metrów. Zrobiliśmy sobie bardzo mocne przetarcie przed weekendowymi wyprawami na dwa olbrzymy.

20150918_175116

20150918_181605

20150918_184744

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone

Pian della Mussa & Lago di Malciaussa

Autor: admin o czwartek 17. Wrzesień 2015

Czwartek zapowiadał się ponuro. Sprawdziłem prognozy dla wszystkich czterech rejonów, które pozostały nam jeszcze do odwiedzenia. W każdym z nich miało być chłodno i deszczowo. Miało mocno lać przynajmniej do wczesnego popołudnia. Dopiero później mogły się pojawić pierwsze przejaśnienia. Darek po mokrej „robocie” w Valle di Susa zapowiedział, że jeśli ta pesymistyczna przepowiednia się potwierdzi to on nie wychyli nosa z domu. Nazajutrz powitała nas ulewa, więc Dario nie miał najmniejszych powodów by zmienić swą decyzję. Ja nie chciałem marnować całego dnia na siedzenie pod dachem. Nie miałem wielkich nadziei na przychylność niebios i nagłą zmianę pogody. Od środowego wieczora rozmyślałem gdzie mógłbym pojechać przy tak kiepskiej pogodzie. Wycieczki na dwutysięczniki typu Colle del Nivolet czy Colle delle Finestre nie wchodziły w grę przy tak marnej aurze. Do wyboru pozostały mi dwie opcje. Pierwszą była wycieczka na zachód ku długim podjazdom na Pian della Mussa (1750 m. n.p.m.) i pod Lago di Malciaussa (1804 m. n.p.m.). Drugą wypad na północ ku krótszym, lecz bardziej stromym wspinaczkom na Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe di Buri (1525 m. n.p.m.). Wiedziałem, że ta druga para będzie bardziej odpowiadać Darkowi, który lubi podjazdy konkretne czyli strome i bez wypłaszczeń w drodze na szczyt. Dlatego jako dobry kolega postanowiłem się poświęcić i zaserwować sobie na czwartek ten pierwszy duet. Przy najgorszym scenariuszu mogłem mieć do przejechania w deszczu nawet 90 kilometrów. Pomiędzy Valle di Susa na południu a Valle di Locana na północy we włoskich Alpach Graickich znajdują się trzy inne doliny tzn. Valle di Viu, Valle di Ala i w końcu Valle Grande. Ta ostatnia mnie nie interesowała, gdyż jest zbyt płaska. Kończy się ona we wiosce Forno Alpi Graie na marnej wysokości 1219 m. n.p.m. Natomiast do kresu dwóch pozostałych prowadzą podjazdy o długości 20-25 kilometrów i przewyższeniu przynajmniej tysiąca metrów. Postanowiłem zacząć od trudniejszego z nich. Wzniesienie to mogłem sobie przedłużyć o przeszło dwa kilometry dojeżdżając do Rifugio Citta di Cirie na wysokość 1847 metrów n.p.m.

Na ściągniętym z sieci profilu ów podjazd rozpoczyna się w miejscowości Lanzo Torinese. Tym niemniej ja wolałem wystartować z miejsca, w którym zaczyna się on na dobre. Dlatego postanowiłem dojechać samochodem do Pessinetto. Wyjechałem z San Mauro Torinese około dziesiątej. Na drogę zabrałem dwa komplety kolarskich strojów. Liczyłem się z tym, że po pierwszej górze będę musiał wskoczyć w zupełnie nowe (suche) ciuchy. Na dojeździe miałem do pokonania autem 45 kilometrów. Tym razem z obwodnicy Turynu musiałem zjechać na wysokości Venaria Reale czyli w pobliżu dawnej rezydencji królewskiej dynastii Sabaudzkiej. Potem krótki odcinek po drodze SP501 i znacznie dłuższy na SP1. Jadąc pod prąd potoku Stura di Lanzo przemknąłem koło Cirie i Nole rodzinnych miejscowości aż trzech kolarskich mistrzów. W tym pierwszym miasteczku urodzili się Giovanni Brunero zwycięzca Giro di Italia z lat 1921-22 i 1926 oraz Giuseppe Enrici triumfator wyścigu Dookoła Włoch z roku 1924. Z kolei w tym drugim przyszedł na świat Franco Balmamion czyli kolarz który wygrał Giro w latach 1962-63, choć osobliwie nie triumfował na żadnym z odcinków obu tych edycji. Do Pessinetto dojechałem przed jedenastą i zatrzymałem się na miejskim parkingu jakieś 150 merów przed centrum tej miejscowości. Miałem z niego widok na linię kolejową kończącą się w pobliskim Ceres. Szosa była mokra, chmury schodziły nisko, ale chwilowo nie padało. Ubrałem się stosownie do okoliczności ładując do pseudo-bidonu jak i kieszonek na plecach ciuchy na czarną godzinę. Wystartowałem o godzinie 11:04 z wysokości niespełna 580 metrów n.p.m. Miałem do pokonania 26-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 4,8% i przewyższeniu 1257 metrów. Maksymalna stromizna na zasadniczej części tego podjazdu miała wynieść 12%, lecz na ostatni metrach przed wspomnianym schroniskiem mogła sięgnąć aż 17%. Tym niemniej początek był łatwy. Po przejechaniu 1700 metrów minąłem zjazd na drogę SP33 wiodącą w głąb Valle Grande. Półtora kilometra dalej szerokim łukiem ominąłem dworzec na końcu linii kolejowej. Nieco dalej wziąłem zaś zakręt w lewo i po niespełna 4 kilometrach od startu dotarłem do centrum Ceres. Ten wstęp o średnim nachyleniu 3% przejechałem w tempie 20,6 km/h. Tu kierując się znakami skręciłem w lewo wjeżdżając na Via Ala.

Niebawem minąłem wioski: Voragno (5,5 km) i Bracchiello (7,1 km), zaś na początku dziesiątego kilometra wjechałem już do gminy Ala di Stura (9,2 km). Nieco wyżej przejechałem pod króciutkim, acz efektownie wyglądającym tunelem. Następnie po przejechaniu 11,8 kilometra byłem już w miejscowości Ala di Stura. Segment 7,6 kilometra o średniej 5% pomiędzy Ceres i Alą pokonałem ze średnią prędkością 18,4 km/h. Na brak wrażeń turystycznych nie mogłem narzekać. Niemal każda mijana miejscowość miała swój górski klimat. Gorzej, że na łatwym odcinku za wioską Cresta (13 km) wzmógł się deszcz i zacząłem się zmagać z prawdziwą ulewą. Na szesnastym kilometrze pokonałem trudniejsze kilkaset metrów na wysokości Mondrone (15,8 km) czyli odcinek z max. 14%. Przez kolejne półtora kilometra droga trzymała na solidnym poziomie, a łatwiej zrobiło się dopiero za Molette (17,3 km). Czterysta metrów dalej po raz pierwszy przeskoczyłem na prawy brzeg Stura di Ala. Niemniej jeszcze przed końcem 19. kilometra ponownie znalazłem się po północnej stronie tego potoku. Tu podjazd ponownie stał się trudniejszy jeszcze przed dojazdem do Balme (19,7 km). Tymczasem odcinek 7,5 kilometra o średniej 5% między Alą i Balme przejechałem ze średnią 17,6 km/h. Niestety znów zaczęło lać. Po opuszczeniu Balme miałem do pokonania trzy najtrudniejsze kilometry na stałym poziomie od 8,5 do 9,5%, z max. do 16%. Do walki z własną słabością zagrzewały mnie napisy na szosie „non mollare campione”. Żaden ze mnie mistrz, ale tekst wziąłem do siebie i nie zamierzałem odpuszczać. Ten leśny odcinek z dziesięcioma wirażami ozdabiały widoki górskich wodospadów, szczególnie obfitych w tych mokrych warunkach atmosferycznych. Gdy na liczniku miałem już 23,3 kilometra po raz drugi przejechałem na południowy brzeg Stura di Ala i znalazłem się już na Pian della Mussa. Niespełna 4-kilometrowy odcinek za Balme pokonałem z prędkością 13,2 km/h i VAM o wartości 1080 m/h. Teoretycznie byłem już u celu swej pierwszej wspinaczki. Tym niemniej szosa uparcie ciągnęła się w głąb płaskowyżu. Mimo rzęsistego deszczu postanowiłem brnąć przed siebie do kresu doliny. Gdybym się zatrzymał to pewnie nie miałbym już ochoty ruszyć dalej. Kolejne dwa kilometry z hakiem były zupełnie płaskie. Minąłem osadę Grange della Mussa (24,4 km) i kilka pojedynczych budynków tzn. bary, trattorie i kościółki. Na sam deser pozostał mi stromy dojazd do Rifugio Citta di Cirie czyli odcinek 400 metrów z maksimum na poziomie 17%. Pragnąc się schować przed deszczem z rozpędu przejechałem przez restauracyjny ogródek i zatrzymałem się dopiero na ganku.

Pech chciał, że akurat tego dnia schronisko było zamknięte. W końcu kto normalny zwiedzałby te strony w takiej ulewie! Piszący te słowa desperat na dotarcie w to miejsce potrzebował 1h 29:06. Wzniesienie miało długość przeszło 25,9 kilometra, co oznacza że jechałem ze średnią prędkością 17,5 km/h. Na stravie nie znalazłem segmentu obejmującego cały ów podjazd. Najdłuższy odcinek to 16,3 kilometra pomiędzy Ceres a Balme, które przejechałem w czasie 54:33 (avs. 18,0 km/h i VAM 848 m/h). Dało mi to 39 miejsce pośród 307 osób. Drugi fragment wart odnotowania to z kolei 11,4 kilometra między Ala di Stura i Pian della Mussa. Ten odcinek pokonałem w czasie 42:48 (avs. 16,0 km/h i VAM 930 m/h). Tempo miałem równe o czym świadczy podobne miejsce w szyku. To znaczy 35. lokata na liście obejmującej 306 nazwisk. Jednak swoje wyniki mogłem obejrzeć dopiero wieczorem. Tymczasem na najbliższe godziny moim podstawowym zadaniem było dotrzeć cało i zdrowo do samochodu porzuconego w Pessinetto. Widoki miałem nieciekawe. Temperatura na szczycie o godzinie wpół do pierwszej wynosiła ledwie 10 stopni Celsjusza i do tego padało w najlepsze. Skryty pod daszkiem kombinowałem jak tu się ubrać na długi, zimny i mokry zjazd. Zapukałem w okiennice, bowiem schronisko najwyraźniej nie było opuszczone. Niestety nie doczekałem się zaproszenia pod dach Rifugio. Poczekałem więc aż deszcz zelżeje i kilka minut po trzynastej spróbowałem szczęścia. Jechałem powoli tu i ówdzie przystając. Uznałem, że skoro już się namęczyłem to pomimo chłodu i wilgoci zadam sobie jeszcze trochę trudu by uwiecznić na zdjęciach swą kolejną zdobycz. Tym niemniej w tych warunkach trudno było robić wyraźne fotki. Co gorsza deszcz się wzmógł i już po kilku minutach miałem serdecznie dość takiej jazdy. Na szczęście po 1400 metrach od schroniska znalazłem schronienie w restauracji „Il Bricco”. Spotkałem tu przyjaznych i cierpliwych gospodarzy czyli starsze małżeństwo prowadzące ów lokal. Zadekowałem się w tym lokalu na przeszło półtorej godziny. Zamówiłem niejedną kawę, herbatę czy ciastko. W pustej sali restauracyjnej stał piecyk typu koza przy którym mogłem wysuszyć niektóre części swej garderoby oraz ogrzać zziębnięte dłonie i plecy. Grzejąc się i schnąc oczekiwałem poprawy pogody. Byłem już niemal pogodzony z myślą, iż nie starczy mi czasu na zaliczenie podjazdu pod Lago di Malciaussa.

Na szczęście niebo w końcu się wypłakało i kilka minut przed piętnastą mogłem ruszyć w dalszą drogę. Oczywiście jechałem po mokrej szosie, ale tym razem przynajmniej nie leciało na mnie z góry. Po zjechaniu do Balme aż zatrzymałem się z wrażenia. Po raz pierwszy tego dnia pośród stalowoszarych chmur pokazał się błękitny skrawek nieba. To był zwiastun dobrej nowiny. Gdy około 16:20 dotarłem do samochodu niebo na Pessinetto było już prawie bezchmurne, zaś temperatura sięgnęła 24 stopni. Przebrałem się w suche ciuchy i podjąłem wyzwanie „numero due”. Ruszyłem w kierunku Lanzo Torinese, po czym na wysokości Germagnano odbiłem w prawo na drogę SP32. Jadąc w górę Val di Viu zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie start rowerowego odcinka specjalnego. Wstępnie myślałem o miasteczku Viu lub położonym dwa kilometry dalej miejscu na styku z drogą SP197 wiodącą na znaną mi już przełęcz Colle del Lys. Tym niemniej w takim przypadku miałbym do pokonania aż 23-kilometrowy podjazd. Tymczasem było już po siedemnastej i do zmierzchu pozostały mi co najwyżej dwie i pół godziny. Dlatego zdecydowałem się zabrnąć autem do Forno di Lemie. Tym samym start wypadł mi na wysokości 820 metrów n.p.m. Od tego miejsca miałem do przejechania 19,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,1% i przewyższeniu 984 metrów. Maksymalne nachylenie miało wynieść 16% na trzecim kilometrze od końca. Wystartowałem o godzinie 17:39. Za punkt startu obrałem sobie mostek nad Stura di Viu, tuż przed wjazdem do Forno. Początkowe półtora kilometra po południowej stronie rzeczki były łatwe i szybkie. Nieco trudniej zrobiło się na początku trzeciego kilometra przy dojeździe do Lemie (2,4 km). Pierwszy wyraźnie trudniejszy odcinek czekał mnie dopiero od połowy piątego kilometra. Za wioską Saletta (5,1 km) przyszło mi pokonać kręty odcinek 1200 metrów z pięcioma wirażami. W połowie ósmego kilometra góra znów odpuściła i kolejne cztery kilometry z okładem minęły mi bardzo szybko. Przy przejeździe przez Piazzette (7,9 km) spodobał mi się widok górskich szczytów na wprost drogi. Naiwnie pomyślałem sobie, że w drodze powrotnej zrobię tu niezłe zdjęcie. Następnie przejechałem przez Usseglio (10,7 km). Miejscowość gminną z kościołem w stylu neo-barokowym oraz starym kompleksem parafialnym, którego romańska dzwonnica powstała w XI wieku.

Na wysokości Crot (11,9 km) minąłem budynek miejscowej centrali hydroelektrycznej, potem stumetrowy tunel i boczną drogę do Perinery (12,7 km). Dojechawszy do Margone (13,9 km) znalazłem się na węższej dróżce, która na kolejne 1200 metrów wpadła do lasu. Za Barmafreida (15,1 km) wyjechałem pomiędzy górskie łąki, gdzie zaczęła się zabawa na całego. Najpierw wymagające 500 metrów w połowie szesnastego kilometra. Następnie strasznie zakręcony i jeszcze trudniejszy odcinek między Ciape (16,5 km) i Pian Ande (17,3 km). To znaczy aż dziesięć mniej lub bardziej ciasnych zakrętów na 800-metrowym odcinku drogi! Potem jeszcze trzy zakręty w połowie osiemnastego kilometra, za którymi ujrzałem ostatni fragment całej wspinaczki. W oddali widać już było tamę na sztucznym jeziorze Malciaussa. Do niego prowadziła wąska droga wzdłuż górskiego zbocza, ze stromym odcinkiem pomiędzy 18,2 a 18,5 kilometra od startu. Kolejne pół kilometra było już łatwiejsze. Natomiast ostatnie 200 metrów tej drogi okazało się być tylko zjazdem na plac przed Rifugio Vulpot. Z tego miejsca miałem ładny widok na lazurowe wody Lago di Malciaussa otoczone szeregiem trzytysięczników, z których najwyższym jest Punta Sule (3384 m. n.p.m.). Niestety dotarłem tu ledwie kwadrans przed dziewiętnastą. Zdecydowanie za późno na to by należycie uwiecznić uroki tej pięknej okolicy. Na pokonanie 19,1 kilometra potrzebowałem 1h 07:09 (avs. 17,2 km/h). Na stravie najdłuższym segmentem jest odcinek 7,6 kilometra o średniej 7% wytyczony powyżej Usseglio. Przejechałem go w 31:51 czyli ze średnią 14,4 km/h i VAM 961 m/h. Na tle osiągnięć innych śmiertelników wypadłem bardzo dobrze. Zanotowano tu wyniki 224 osób, zaś mój czas dał mi ex-aequo 11-12 miejsce. Zatem mogłem być zadowolony ze swojej postawy na całym etapie. Niemniej na owej wspinaczce przygoda się jeszcze nie skończyła. Teraz trzeba było przed zmierzchem zdążyć z powrotem do Forno di Lemie. Dlatego nad jeziorem zabawiłem tylko kilka minut. Możliwie szybko pognałem w dół. W pierwszej połowie zjazdu starałem się jeszcze zrobić trochę zdjęć. Poniżej Usseglio nie miało to już jednak większego sensu. Ostatecznie do samochodu dotarłem w półmroku o godzinie 19:55. W sumie przejechałem 90 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2367 metrów. Na koniec czekał mnie szybki odcinek specjalny za kierownicą samochodu. Nocny rajd po zupełnie nieznanych sobie drogach też daje pewien dreszczyk emocji.

Napisany w Alpy włoskie 2015_3 | Komentarze są wyłączone