banner daniela marszałka

Villaggio del Lago & Eremo Madonna del Faggio

Autor: admin o piątek 20. Czerwiec 2014

Dzień drugi miał być już konkretnym wyzwaniem sportowym. Etapem z prawdziwego zdarzenia. Mam tu na myśli dystans bliższy 100 niż 50 kilometrom oraz łączne przewyższenie większe niż 2000 metrów. Zaplanowałem wypad śladami ósmego etapu tegorocznego Giro d’Italia. Tego na którym długo uciekał Kolumbijczyk Julian Arredondo, zaś w samej końcówce Włoch Diego Ulissi uprzedził Chorwata Roberta Kiserlovskiego. W planach mieliśmy do pokonania dwa spore podjazdy z bazy wypadowej przy Ponte Baffoni. Pierwsza wspinaczka na Eremo Madonna del Faggio i druga w kierunku kultowej w tym rejonie Monte Carpegna. Niemniej tylko w teorii miały to być dwa wzniesienia. W praktyce każde z nich było dwuetapowe, gdyż wierzchołek pośredni jest tu oddzielony od podnóża finałowej wspinaczki kilkukilometrowym zjazdem. Tym samym oprócz czterech zasadniczych podjazdów w drodze powrotnej z dwóch wspomnianych gór czekać miały na nas jeszcze dwie mniejsze górki. Przekładając to na terminologię rodem z Giro zapowiadał się etap z jedną premią górską pierwszej kategorii (Monte Carpegna – ze względu na stromiznę), trzema wzniesieniami drugiej klasy (Villagio del Lago, Eremo Madonna del Faggio i Cantoniera di Carpegna) oraz dwoma trzeciej (Villagio del Lago i Cantoniera di Carpegna od zaplecza). Szacowałem, że będziemy mieli do przejechania 87 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2773 metrów. Dużo, ale wszystko to było spokojnie do zrobienia w ciągu max. 6 godzin, gdyby nie przypadek-wypadek, który na chwilę postawił pod znakiem zapytania nie tylko realizację dziennego programu, lecz nawet powodzenie całej wyprawy. Ostatecznie mój plan na piątek 20 czerwca zrealizowaliśmy jedynie w 50 %. Jednak pod koniec tego dramatycznego dnia i tak mogliśmy się cieszyć. Choćby tylko z tego, że jedziemy dalej.

W drogę ruszyliśmy około 11:00, lecz z San Marino wyjechaliśmy dopiero na kwadrans przed południem. Podskoczyliśmy jeszcze na chwilę do Starego Miasta, gdyż miałem tam do załatwienia prywatne zlecenie natury kupieckiej. Następnie zjeżdżając w kierunku Gualdicciolo przejeżdżając przez Acquavivę wpadliśmy jeszcze na stację benzynową aby zatankować samochód na kilka najbliższych dni. Przykra niespodzianka spotkała nas już po kilku minutach spędzonych na włoskiej ziemi. Gdy myślami byliśmy już przy czekających nas górach nagle usłyszeliśmy jak za naszymi plecami zsuwa się z samochodu wadliwie przez nas zamontowany bagażnik na klapę. Przed rokiem sprawdził się on bezbłędnie w drodze do Francji jak i z powrotem, mimo że miał do udźwignięcia trzy rowery: mój, Darka i towarzyszącego nam w tamtej podróży Adama Kowalskiego. Tym niemniej najwyraźniej po 12 miesiącach wyleciało nam z pamięci jako go fachowo zamontować. Pasy daliśmy za bardzo na bok i podczas jazdy po dość nierównej szosie zsunął się on nam o kilkadziesiąt metrów tym samym ciągnąc rowery po asfalcie do czasu wyhamowania samochodu. Mój Ridley i Darkowy Simplon nieźle przyszorowały po glebie. Najwyraźniej po jednej stronie mocniej co było widać po skali zniszczeń. Rowery były zamontowane na przemiennie. Ja w tym zdarzeniu straciłem tylne koło, Darek przednie na którym tuż przed wyjazdem z mozołem kleił ultralekką szytkę. Na szczęście mieliśmy zapasy. W moim rowerze ucierpiała też klamkomanetka i kierownica, lecz na szczęście było to już straty bardziej wizerunkowe niż praktyczne. Po zmianie kół oba rowery nadawały się do jazdy.

Na całym zamieszaniu z poluzowanym bagażnikiem straciliśmy też sporo czasu. Według planu przejazd z San Marino przez Novafeltrię do okolic Maciano miał nam zająć ledwie 40 minut. W praktyce gotowi do pierwszej wspinaczki byliśmy dopiero o 13:40. Na miejsce startu wybraliśmy sobie rondo przy SP Marecchia położone na wysokości 322 metrów n.p.m., mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Ponte Molino Baffoni a Maciano. Z nieba lał się żar, na liczniku 35 stopni. Nie jestem fanem tak wysokich temperatur. Pomimo tego zacząłem podjazd całkiem szybko. Po pokonaniu 1,8 kilometra dotarłem do zbiegu dróg w Maciano czyli miejsca od którego podjazd pod Villaggio del Lago zaatakował peleton 97. Giro d’Italia. Kolejny odcinek o podobnej długości doprowadził mnie na brzeg Lago di Andreuccio. Gdy po powrocie do Polski wrzuciłem dane z 20 czerwca na „stravę” okazało się, iż był to jedyny klasyfikowany fragment tego podjazdu. Dystans 1600 metrów pokonałem w czasie 6:27 co do dziś jest 16 wynikiem pośród 239 zarejestrowanych czasów. Niemniej nie to mnie zainteresowało. Bardziej osoba lidera tego zestawienia oraz nazwiska moich sąsiadów z tabeli. Jadący w czołówce ósmego etapu Wilco Keldermann przejechał ten fragment trasy w czasie 4:37, ale kilku innych uczestników tego wyścigu o dziwo jechało moim tempem: Jussi Veikkanen (6:26), Daniele Colli (6:34) czy Jetse Bol (6:35). Mógłbym sobie zażartować, że utrzymałbym się w grupetto, gdyby nie jeden drobny szczegół. Oni kończyli trudny górski etap i jechali tylko tak by zmieścić się w limicie czasu. Ja zaś śmigałem na świeżości robiąc swoją prywatną górską czasówkę. Na całym podjeździe nie sposób było schować się przed słońcem. Trochę cienia można było złapać tylko między budynkami we wiosce Soanne po przejechaniu 6,2 km. W końcówce podjazdu nie brakowało śladów po Giro. Pośród napisów wymalowanych na szosie moją szczególną uwagę zwrócił tekst włoskich kibiców skierowany do Aleksandra Winokurowa po tym jak menadżer Astany pozwolił sobie na krytykę wobec nie zachwycającego wiosną Vincenzo Nibalego. Całe wzniesienie miało 11,2 kilometra długości i 680 metrów przewyższenia (średnie nachylenie 6,1 % i max. 11 %). Wyrobiłem się w czasie 40:20 przy średniej prędkości 16,5 km/h.

Gdy dojechał do mnie Darek poświęciliśmy kilka chwil na tradycyjny rytuał zdjęciowy, po czym ruszyliśmy w dół przez gminę Montecopiolo ku jej największej miejscowości czyli Villagrande. Po minięciu tej wioski nadal trzymaliśmy się drogi SP 6 wypatrując po prawej stronie drogi miejsca, gdzie zaczyna się podjazd pod Eremo Madonna del Faggio. Znaleźliśmy je bez większych kłopotów. Za to sama wspinaczka okazała się bardziej kłopotliwa niż zapowiadały suche dane statystyczne. W teorii 409 metrów na dystansie 6,35 kilometra czyli średnio 6,4 %. Niemniej już po obejrzeniu finału wspomnianego etapu wiedziałem, że to wynik zafałszowany. Całej prawdy doświadczyliśmy na sobie. Faktycznie musieliśmy pokonać 477 metrów przewyższenia, gdyż trzykrotnie trzeba było odzyskiwać dopiero co zdobytą wysokość. To wszystko, jeśli odrzucić w sumie 800 metrów zjazdów, na dystansie 5,8 km (licznik zmierzył mi bowiem łącznie 6,6 kilometra) co dawałoby już średnie nachylenie na poziomie 8,2 %. Dwustu i trzystu-metrowe mini-zjazdy nie tylko oddalały nas od szczytu, ale też wybijały z rytmu. Z kolei odcinki wspinaczkowe nierzadko przekraczały 10 % co sprawiało, że nasze klamkomanetki były w stanie ciągłej gotowości. Najtrudniejsza była sama końcówka, w tym ostatni wiraż z maksymalnym nachyleniem 13 %. To wzniesienie pokonałem w czasie 26:44 przy średniej prędkości 14,8 km/h. Na samej górze czekał na nas duży parking, który niewątpliwie był dogodnym miejscem do lokalizacji miasteczka etapowego. W prawo od tego placu odchodziła jeszcze wyłożona chodnikiem dróżka do tytułowego kościółka poświęconego Matce Boskiej. Niemniej nie zdecydowaliśmy się na pokonanie tych dodatkowych kilkuset metrów.

Droga powrotna wydłużyła się nam o ponad dwa kilometry, po tym jak za Villagrande pojechaliśmy na północ docierając na przełęcz Serra San Marco. Aby dotrzeć do Vilaggio del Lago musieliśmy więc zawrócić. Zjechawszy do samochodu około godziny 16:30 wiedzieliśmy już, że nie mamy szans na realizację pełnego programu. Zastanawialiśmy się jeszcze nad możliwością zrobienia samej Monte Carpegna. Choćby tylko jej najtrudniejszej części w postaci ostatnich 6 kilometrów. Rozsądek kazał nam jednak spasować. Ostatecznie przejechaliśmy tylko 43,5 kilometra o przewyższeniu 1404 metrów. Następnie do godziny 19:00 trzeba się było zameldować w Cagli u naszych kolejnych gospodarzy. Tymczasem mieliśmy do pokonania autem 70 kilometrów. W tej drodze chcieliśmy jeszcze odwiedzić jakiegoś mechanika czy sklep rowerowy. Ja musiałem przerzucić z koła zniszczonego w wypadku na używane kółko zapasowe kasetę 12-27, gdyż oryginalnie miałem na nim zamontowaną jedynie swoją „kaszubską kasetę” z największym trybem 23. Pomocną dłoń podał nam właściciel sklepu Dario Gino Londei z Urbanii. Następnie dojechawszy do Cagli zmarnowaliśmy jeszcze ze 40 minut na poszukiwanie naszego lokum czyli Agriturismo Bufano na via San Fiorano 48E. Samochodowa nawigacja nie była pomocna. Co gorsza wyprowadziła nas na manowce czyli wiejskie drogi po przeciwnej stronie miasta. Trzeba było się ratować telefonem do gospodarza i wyłapaniem wskazówek z rwanej rozmowy. Nasza druga nocna przystań miała swój urok. Gospodarstwo agroturystyczne z kilkoma apartamentami dla gości i ładnym widokiem na okoliczne góry. Dostaliśmy parter naprawdę dużego lokalu. Faktycznie mieliśmy nawet dostęp do pierwszego piętra, które było nie zamieszkane. Salon z kuchnią, sypialnia i łazienka. To wszystko za skromne 55 Euro.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

San Marino

Autor: admin o czwartek 19. Czerwiec 2014

Ku kolejnej przygodzie jak zwykle ruszyliśmy wieczorem. Dokładnie zaś w środę 18 czerwca. Czekał nas długi dojazd wielokrotnie przetartym szlakiem przez Kołbaskowo, obwodnicę Berlina, Monachium i Innsbruck z wjazdem do Italii na przełęczy Brennero. Niemniej jako się rzekło tym razem naszym celem nie były włoskie Alpy, więc musieliśmy pokonać całą długość dobrze nam znanej autostrady A22. Po czym w okolicy Modeny wskoczyliśmy na prowadzącą ku Adriatykowi autostradę A14. Cały czas w oddali po swej prawej ręce mieliśmy łagodne zbocza Apenin. Minęliśmy Bolonię, Imolę, Faenzę, Forli i Cesenę by na wysokości Rimini zjechać w końcu na prowadzącą prosto ku San Marino drogę krajową N72. Tym samym do najstarszej republiki świata, założonej według legendy w 301 roku n.e. przez św. Marinusa, wjechaliśmy „głównym wejściem” od strony Serravalle. Zarezerwowałem nam nocleg w pokoju gościnnym budynku sąsiadującego z motelem Hostaria da Lino pod adresem Piazza Grande 47. Nie od razu znaleźliśmy ten adres. W trakcie poszukiwań, przejechaliśmy wjazd na wspomniany plac i dotarliśmy aż do murów Starego Miasta. W końcu około godziny 16:30 czyli po 18 godzinach jak zwykle męczącej podróży znaleźliśmy się na miejscu. Czekał na nas lokal przestronny, acz nieco ciemnawy. Niemniej nie było na co narzekać, tym bardziej że kosztował nas ledwie 41,80 Euro. Braki w dopływie dziennego światła wynikały zaś z górzystej geografii tego państewka. Pomimo, że lokal znajdował się na pierwszym piętrze wrażenia mieliśmy niczym z piwnicy, gdyż okna wychodziły na mury odgradzające Piazza Grande od położonej bezpośrednio wyżej kolejnej partii miasta.

Republika San Marino ma bogate związki z wielkim kolarskim światem. W 1965 roku wystartowało stąd Giro d’Italia wygrane w wielkim stylu przez Vittorio Adorniego. Niemniej po raz pierwszy uczestnicy „La Corsa Rosa” wspinali się po miejscowych drogach już w 1930 roku na etapie z Ankony do Forli wygranym przez słynnego czasowca Learco Guerrę. Po wojnie Giro zajrzało tu znowu w roku 1950 na etapie z Rimini do Arezzo. Natomiast już w sezonie 1951 po raz pierwszy wyznaczono tu etapową metę. Zorganizowano 24-kilometrową czasówkę ze startem w Rimini. Wygrał Giancarlo Astrua z przewagą 20 sekund nad Fausto Coppim i 40 sekund na Louisonem Bobet. Kolejny „etap prawdy” odbył się tu w 1956 roku na 13-kilometrowej trasie wytyczonej w całości po drogach Republiki. Wygrał Holender Jan Nolten z przewagą 2 sekund nad Hiszpanem Federico Bahamontesem i 8 sekund nad Jean’em Dotto. W międzyczasie przejazdowe premie górskie zdobywali tu w latach 1953 i 1955 Włosi: Pasquale Fornara i Giuseppe Minardi. Następnie w latach 1959 – 1964 – 1969 zakończyły się tu etapy ze startu wspólnego wygrane przez Nino Defilippisa, Szwajcara Rolfa Maurera i Franco Bitossiego. Lokalne drogi służyły za trasy kolejnych górskich czasówek. Od roku 1968 do 1997 zorganizowano ich jeszcze pięć. Dystanse były różne, najdłuższe 49-kilometrowe gdy start wyznaczano w Cesenatico, nieco krótsze gdy sygnał startera padał w Rimini, zaś najkrótsza ledwie 18-kilometrowa wersja czasówki miała miejsce w 1997 roku. Ten etap ze startem w Santarcangelo Romagna wygrał Paweł Tonkow. Przed Rosjaninem wspomniane dłuższe czasówki wygrali tej klasy mistrzowie co: Felice Gimondi (1968), Eddy Merckx (1969), Giuseppe Saronni (1979) i Roberto Visentini w trakcie pełnego kontrowersji Giro z 1987 roku. Natomiast ostatnim etapowym triumfatorem na ulicach San Marino był Andrea Noe’ (1998). W minionej dekadzie wyścig Dookoła Włoch bywał tu jeszcze trzykrotnie, lecz tylko przejazdem. Ostatnio w 2008 roku gdy zarówno premię górską w San Marino jak i etap z metą w Cesenie wygrał Alessandro Bertolini. Poza tematem wielkiego Giro godzi się jeszcze wspomnieć, iż w latach 1989-2005 kończył się w tym państewku, rozgrywany do roku 2010, prestiżowy włoski semi-klasyk Coppa Placci.

Jak przystało na kraj, który swego czasu mógł się pochwalić najgęstszą siecią dróg przyjeżdżając do San Marino mieliśmy do wyboru co najmniej kilka wariantów podjazdu pod Monte Titano (739 m. n.p.m.) czyli góry na zboczach której przez wieki budowano ową Republikę. W podręczniku dla cykloturystów „Passi e Valli in Bicicletta” wymieniono trzy różne, acz łączące się z sobą na pewnym etapie drogi na szczyt. Między innymi północną ze startem w Ponte Verucchio i południową z początkiem w Faetano Bassa. Niemniej według autora tej książki na miano najtrudniejszej i zarazem klasycznej zasługiwała opcja północno-zachodnia o włoskiej wioski Torello. Zdecydowałem się skorzystać właśnie z tej najbardziej konkretnej, niemal pozbawionej wypłaszczeń, propozycji wspinaczkowej. W teorii miała mieć ona 9,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,4 %, max. 10 % i przewyższeniu 510 metrów. Niemniej ponieważ pierwsze 800 metrów wyglądały na prawie płaskie postanowiłem darować sobie ten nieciekawy odcinek i zacząć podjazd dokładnie na przejściu granicznym w Gualdicciolo. Na rowery wsiedliśmy dopiero kwadrans po 19-tej, lecz był to w końcu jeden z najdłuższych dni w roku, więc czasu na zdobycie tej premii górskiej drugiej kategorii połączone ze zwiedzaniem najstarszej części miasta mieliśmy w bród. Jak wynika z danych programu „veloviewer” spaliśmy na wysokości 507 m. n.p.m. Aby zjechać do Gualdicciolo musieliśmy na drugim rondzie zjazdu skręcić w lewo. Gdy tylko dojechałem do miejsca za placami świsnął mi odgłos rower Darka i kątem oka zobaczyłem kolegę jadącego prosto czyli w kierunku Domagnano. Gdy po niespełna 7 kilometrach zjazdu dotarłem na sam dół skontaktowałem się z nim i ustaliliśmy, iż każdy zrobi pierwszą część wzniesienia od swojego miejsca postoju po czym spotkamy się na owym rondzie by razem pokonać ostatnie kilometry przed Starym Miastem.

Od granicy w Gualdicciolo do ronda na styku Strada Moricce z via 28 luglio w dzielnicy Borgomaggiore miałem 5,6 kilometra. Na tym niedługim odcinku stanąłem aż pięć razy by zrobić zdjęcia do foto-albumu z podróży. Podjazd potraktowałem dość ulgowo, jako prolog czytaj wstęp do bardzo długiej podróży, w której będę miał znacznie poważniejsze okazje do sprawdzenia swej formy fizycznej. Zgodnie z planem na rondzie spotkałem się z Darkiem, który dojechał w to miejsce jako pierwszy. Potem już wspólnie i całkiem żwawym tempem kontynuowaliśmy naszą wspinaczkę. Po przejechaniu 6,8 kilometra swego podjazdu miałem już za plecami wjazd na Piazza Grande. Z tego miejsca do końca asfaltowego podjazdu po via Piana na wysokości głównej bramy do Starego Miasta było jeszcze 2,5 kilometra. Według moich danych właściwy podjazd zakończyliśmy na wysokości 654 m. n.p.m. Pokonałem 9,3 kilometra w czasie 32:09 przy średniej prędkości 17,3 km/h. Jadąc wzdłuż murów Starego Miasta wskoczyliśmy na boczną drogę prowadzącą w górę do niewielkiego kościółka. Gdy przed nim stanęliśmy okazało się, że po lewej ręce mamy jakąś wąską dróżkę prowadzącą jeszcze wyżej. Postanowiliśmy zobaczyć gdzie nas ona zawiedzie. Tak zaczęła się stricte turystyczna część naszego wieczorku zapoznawczego z Apeninami. Najpierw dotarliśmy na mały plac przed miejscowym ratuszem (Palazzo Publicco). Potem kolejna stroma uliczka po chodniku i znaleźliśmy się przed Basilica di San Marino. Ostatni stromy kawałek po śliskiej, acz gładkiej kostce prowadził między restauracjami i zakończył się u bram Castello della Guaita na placu służącym za punkt widokowy skierowany na wybrzeże Morza Adriatyckiego. Wyżej niż zanotowane przez mój licznik 711 metrów n.p.m. nie dało się już wjechać. Jak na „prolog” przystało tego wieczora przejechałem tylko 20,3 kilometra o skromnym przewyższeniu 587 metrów.

20140619_san marino 1

20140619_san marino 2

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Giro dell’Appennino vol. 1

Autor: admin o środa 18. Czerwiec 2014

Oryginalnym pomysłem na główną wyprawę roku 2014 była wycieczka na francusko-hiszpańskie pogranicze. Po zakończonej sukcesem i pełnej niezapomnianych przygód eskapadzie szlakiem Route des Grandes Alpes zamarzyła mi się podobna etapówka na pirenejskich szosach. Co prawda idea ta spodobała się moim czterem alpejskim kompanom, lecz nie wszyscy oni mogli lub też czuli się na siłach by pójść za ciosem już w kolejnym sezonie. Piotr wolał przynajmniej na rok mentalnie i fizycznie odpocząć od tego rodzaju wyzwań. Romek zmienił charakter swej pracy zasiadając za kółkiem autobusu ekipy Active-Jet. Przez to nie mógł sobie pozwolić na solidne wiosenne treningi oraz przeszło dwutygodniowy urlop u progu kalendarzowego lata. Także Adam w trakcie naszych zimowych konsultacji wspominał o niepewnej sytuacji w swej pracy. Ja zaś nie chciałem ruszać w Pireneje za wszelką cenę tzn. w gronie nowych ludzi, bez większości swych wypróbowanych wspólników. Wolałem odłożyć ów projekt na półkę w nadziei na to, iż już w 2015 lub najpóźniej 2016 roku uda nam się zgrać swoje plany i możliwości by ponownie powołać do życia kolarską „Drużynę Pierścienia”. W realizacji jakiegokolwiek ambitnego planu zastępczego jak zwykle mogłem liczyć na pomoc i towarzystwo Darka Kamińskiego. Pozostało mi się tylko zdecydować na którykolwiek ze swych kilkunastu pomysłów na dwutygodniową podróż po górskich szosach Europy.

Ponieważ w minionej dekadzie 80% swoich kolarskich wzniesień zaliczyłem w Alpach już na wstępie owych rozważań odpadły wszelkie alpejskie projekty. W tym roku chciałem rozszerzyć swe horyzonty poznawcze tzn. zajrzeć w góry dotąd mi nieznane lub też ledwie poznane. Kusił mnie pomysł pierwszej w życiu wyprawy do Hiszpanii, najprędzej do Katalonii i Andory. Niemniej uznałem, iż skoro Pireneje i tak mnie w najbliższych latach nie ominą to w 2014 roku lepiej będzie skierować się ku Apeninom. Taki cel dalszej wyprawy wydał mi się przy tym bezpieczniejszy z uwagi na pewien poziom znajomości kraju „gospodarza” oraz miejscowego języka. Apeniny poznałem już zresztą przelotnie w lipcu 2011 roku podczas wycieczki z Iwoną do Cinque Terre i Toskanii. Teraz przyszedł czas na czysto sportowe wyzwanie. Od początku było dla mnie jasne, że organizacyjnie będzie to skomplikowane przedsięwzięcie. Jadąc na dwa tygodnie w Alpy (włoskie, francuskie, szwajcarskie czy austriackie) można sobie wybrać niemal dowolny region by z bazą noclegową w jednym czy dwóch miejscach oraz umiarkowanym korzystaniem z własnego auta zaliczyć na rowerze 20, 30 czy jeszcze więcej wartościowych podjazdów w stosunkowo bliskiej okolicy.

Powtórzenie takiego manewru w Apeninach jest niemożliwe z uwagi na to, iż choć tutejsze podjazdy swą wielkością niewiele ustępują tym alpejskim to jednak są znacznie mniej liczne, a przy tym rozrzucone na całej szerokości geograficznej włoskiego buta. Tym samym w fazie planowania podróży musiałem uwzględnić liczne i niekiedy długie transfery samochodowe oraz sporą ilość różnych miejsc noclegowych wedle zasady „niemal każda noc pod nowym dachem”. Tradycyjnie wpisując podjazdy na swą listę życzeń miałem na uwadze ich wielkość, skalę trudności a także wartość historyczną czyli częstotliwość występowania na trasach wielkich wyścigów, w tym przypadku przede wszystkim na Giro d’Italia. Szybko okazało się, że chcąc na rozległym obszarze od Monte Cimone na północy po Etnę na południu zaliczyć wszystkie wzniesienia z mojej prywatnej listy „most wanted” potrzebowałbym co najmniej 23 dni aby dopiąć swego. Tak długa podróż nie wchodziła w grę. Dlatego tyleż z musu co z rozsądku podzieliłem sobie całe Apeniny na dwie strefy geograficzne po to by w pierwszym podejściu zająć się dokładniejszym zwiedzeniem północnej i środkowej części tych gór. Natomiast na drugie danie pozostawić zaś sobie południe półwyspu połączone z przeprawą na Sycylię. Plus tego rozwiązania będzie taki, iż spędzę w Apeninach nie trzy, lecz ponad cztery tygodnie. Co za tym idzie dam sobie szansę na zbadanie nie 45 czy 50, lecz około 70 nowych podjazdów.

Na tym etapie mojego procesu decyzyjnego pozostało mi się zdecydować na to jakie regiony wchodzą w skład hasła „Apeniny Północne i Środkowe” czyli jak daleko na południe Włoch mamy zajechać. Początkowo ów biegun naszej wyprawy widziałem na południowych kresach regionów Abruzja i Lacjum. Ostatecznie uznałem jednak, iż warto będzie jeszcze zahaczyć o niewielki region Molise by już ramach Giro dell’Appennino vol. 1 zmierzyć się z często wykorzystywanym na Giro podjazdem do stacji narciarskiej Campitello Matese. Późna data tegorocznego Bożego Ciała skłoniła mnie do wydłużenia tej wycieczki z 16 do 18 dni. W zasadzie mieliśmy do swej dyspozycji czwartkowy wieczór 19 czerwca oraz 17 kolejnych, pełnych dni do niedzieli 6 lipca włącznie. Na miejsce prologu naszego Wielkiego Touru upatrzyłem sobie Republikę San Marino. Następnie planowaliśmy zjechać na południe wschodnią stroną półwyspu przez regiony: Marche, Abruzzo i Molise. Po czym bardziej zachodnią flanką wrócić na północ jadąc przez: Lacjum, Umbrię, Toskanię, Ligurię po to by finałowy weekend spędzić na drogach Emilii.

Treść menu owej górskiej uczty podyktował mi mój wielki apetyt na kolarskie podjazdy. Na terenie wszystkich w/w regionów znalazłem łącznie aż 47 „premii górskich” godnych naszego zainteresowania. To wszystko przy założeniu, że dwanaście razy uda nam się w ciągu jednego dnia pokonać aż trzy wzniesienia. Zaprojektowałem trasę naszej podróży, po czym poprzez stronę booking.com zabrałem się do rezerwacji noclegów. W sumie na czekające nas 17 noclegów musiałem znaleźć aż 15 różnych lokalizacji. Jedynie w Lettomanopello u podnóża masywu Majella oraz w Bagni di Lucca mogliśmy sobie pozwolić na dwa noclegi w jednym miejscu czyli luksus jednej doby bez przeprowadzki. Pełnego czytaj przesadnie ambitnego planu nie udało nam się zrealizować. Co prawda pogoda na ogół dopisywała, lecz z uwagi na długotrwałe transfery i jeden wypadek przy pracy musieliśmy na bieżąco korygować nasz program. Jednym słowem odchudzać go poprzez wyrzucanie mniej wartościowych lub co bardziej kłopotliwych jego elementów. Ostatecznie ze wstępnie wybranych musiałem pominąć podjazdy takie jak: Cantoniera di Carpegna, Monte Carpegna, Rionero Sannitico, Campaegli, Selva Rotonda, wschodnia Monte Amiata, Vestito, Faiallo, Bocchetta, Tomarlo, Sillara i bolońskie Santuario di San Luca. Tym niemniej skończywszy tą eskapadę po stronie swoich aktywów mogłem zapisać 37 nowych wzniesień, z czego 34 „górskie skalpy” o przewyższeniu przynajmniej 500 metrów, w tym 20 „tysięczników”.

Teraz przyszedł czas na pokuszenie się o dokładną relację z tej wspaniałej podróży. Postaram się ją podsumować w osiemnastu odcinkach, które zamierzam napisać podczas dziewięciu najbliższych tygodni.

Napisany w Apeniny 2014 | Komentarze są wyłączone

Grand Colombier

Autor: admin o niedziela 7. Lipiec 2013

Dzięki uprzejmości napotkanej w Culoz „Samarytanki” noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w Artemare. Przybywając do tego miasteczka w sobotni wieczór nie załapaliśmy się na żaden wolny lokal w anonsowanym hotelu Michallet. Niemniej po drugiej stronie Rue Neuve vis a vis hotelu były jeszcze wolne pokoje w dwupiętrowym budynku należącym do tego samego właściciela. Ustaliliśmy cenę noclegu, odebraliśmy klucze i przemyciliśmy rowery do naszej stancji, nie chcąc ich na noc zostawiać w garażu. Po odświeżeniu się dość szybko padliśmy w objęcia Morfeusza. Plan na niedzielne pożegnanie z szosami Francji mieliśmy zacny, acz nie przesadnie ambitny, przynajmniej jeśli chodzi o długość rowerowej przejażdżki. Mogłem się wyspać do woli. Darek również skorzystał z takiej okazji. Tymczasem niespokojny duch zerwał Adama z posłania już z samego rana. Nasz młody kolega cichaczem wstał i przygotował się do wyjścia na rower. Następnie już około 7:00 wyruszył na niespełna 16 kilometrową przejażdżkę po najbliższej okolicy. Gdy my jeszcze smacznie spaliśmy on na luzie pokręcił przez trzy kwadranse zahaczając o wioskę Vireu-le-Petit położoną na zachodnim szlaku pod górę Grand Colombier (1501 m. n.p.m.). Wzniesienie to było naszym celem podczas ostatniego etapu tej wakacyjnej podróży, lecz zamierzaliśmy je zdobyć od innej strony. To znaczy klasycznym szlakiem południowym wielokrotnie wykorzystywanym na wyścigu etapowym Tour de l’Ain, zaś w sezonie 2012 zaprezentowanym całemu światu na dziesiątym odcinku Tour de France.

Adam zdążył wrócić ze swego rekonesansu zanim my zdołaliśmy się przebudzić. Po godzinie 9:00 udaliśmy się na śniadanie w hotelu Michallet, zaś po naładowaniu naszych akumulatorów z wolna przystąpiliśmy do pakowania się na długą drogę do Polski. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy w stronę ojczyzny zgodnie z planem dnia zatrzymaliśmy się w Culoz o podnóża najsławniejszej z dróg prowadzących do „Wielkiego Gołębnika”. Ja z Darkiem podjechałem w to miejsce samochodem, zaś Adam najwyraźniej nienasycony swym porannym rozruchem postanowił pokonać ów 8-kilometrowy odcinek po szosie D904 na rowerze. Dojechawszy do Culoz musieliśmy zboczyć z tej drogi na wysokości Rue du Stade. Tu skręciliśmy w lewo i niemal od razu zaparkowaliśmy na parkingu przy stadionie piłkarskim Espace Louis Falconnier. W tym miejscu ledwie 1700 metrów od błękitnych wód Rodanu, które wyznaczają naturalną granicę pomiędzy Alpami a Jurą zaczyna się jeden z najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Francji. Południowy podjazd pod Grand Colombier liczy sobie 17,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % i max. 12,5 %. Podczas tej wspinaczki trzeba pokonać 1255 metrów przewyższenia. Mało który podjazd we Francji poza Alpami i Pirenejami może pochwalić się tak imponującymi parametrami. Według skali trudności opublikowanej na stronie www.zanibike.net (archivio salite) jest on wart aż 1026 punktów. Dla porównania w tym samym zestawieniu słynne L’Alpe d’Huez zasłużyło sobie na zaledwie 913 punktów, północny Col du Galibier (acz bez przełęczy Telegraphe) na 926, zaś wschodni szlak pod Col du Tourmalet oceniony został na 1013. Warto przy tym dodać, że dróg wiodących ku Grand Colombier jest aż cztery i wcale ta z Culoz, choć najbardziej znana nie jest wcale najtrudniejsza. Porównywalnie trudny jest wschodni wariant wspinaczki ze startem w Anglefort. Natomiast na najcięższą wygląda krótszy z dwojga zachodnich szlaków biorących swój początek poznanym przez nas miasteczku Artemare (15,9 km przy średniej 7,8 % i max. 13,5 %).

Góra ta po raz pierwszy zaistniała w kolarskim światku we wrześniu 1980 roku na wyścigu Tour de l’Avenir. Pierwszy fragment jedenastego etapu tej imprezy z finałem na Grand Colombier wygrał świeżo upieczony mistrz olimpijski z Moskwy Siergiej Suchoruczenkow. Bardzo dobrze spisali się tego dnia reprezentanci Polski. Czesław Lang był trzeci ze stratą 42 sekund do znakomitego Rosjanina, zaś Jan Krawczyk finiszował ósmy. Po pod koniec XX wieku wzniesienie się to stało się niemal stałym punktem programu rozgrywanej od roku 1996 sierpniowej etapówki Tour de l’Ain. Na górze tej aż osiem razy kończyły się królewskie etapy tego wyścigu. Po raz pierwszy stało się tak w sezonie 1999 i znów wśród najlepszych mieliśmy swojego człowieka. Etap ten wygrał co prawda Nowozelandczyk Christopher Jenner, lecz drugi ze stratą 11 sekund finiszował nasz Grzegorz Gwiazdowski, który dzięki temu zapewnił sobie generalne zwycięstwo w wyścigu. Działo się to dokładnie na tydzień przed wielce niespodziewanym, acz w pełni zasłużonym triumfem „Gwiazdy” w pucharowym klasyku Meisterschaft von Zurych (Mistrzostwa Zurychu). Warto przy tym dodać, że drugi etap tej imprezy z metą w Bourg-en-Bresse wygrał nasz sprinter Artur Krzeszowiec. Na tym jednak nie koniec polskich sukcesów na drogach departamentu Ain. W 2002 roku ostatni etap owej etapówki z finałem na Grand Colombier wygrał Marek Rutkiewicz. Na górze tej finiszowano też w latach 2000-2001, 2005, 2007, 2009 i 2011, zaś na liście triumfatorów możemy znaleźć tak znane postacie jak John Gadret, Rein Taaramae czy Thibaut Pinot. Dopiero jednak w sezonie 2012 Grand Colombier wszedł na kolarskie salony, choć nie wystąpił w pierwszoplanowej roli etapowej mety. Najpierw w czerwcu znalazł się na trasie piątego etapu Criterium du Dauphine wygranym przez obecnego mistrza Francji Arthura Vichot. Natomiast miesiąc później przetestowano go na dziesiątym odcinku Tour de France. Podobnie jak na CdD ze szczytu wzniesienia do mety brakowało kilkudziesięciu kilometrów. Niemniej nie przeszkodziło to Thomasowi Voecklerowi w wygraniu tak premii górskiej jak i samego etapu do Bellegarde-sur-Valserine z parosekundową przewagą nad Michele Scarponim i Jensem Voigtem.

Na nasz własny pojedynek z „Wielkim Gołębnikiem” wyruszyliśmy kilka minut po godzinie jedenastej przy temperaturze 25 stopni Celsjusza. Jak już wspomniałem podjazd zaczyna się na Rue du Stade, która następnie przechodzi w Rue de la Millette i Rue Albert Ferier. Od samego dołu do przełęczy wyznaczonej pomiędzy niewiele wyższymi od niej wierzchołkami Grand Colombier (1531 m. n.p.m.) oraz Croix de Colombier (1525 m. n.p.m.) wspinaczka prowadzi po drodze D120. Dopiero jednak po przebyciu 2200 metrów i opuszczeniu administracyjnych granic Culoz przybiera ona nazwę Route du Grand Colombier. Pierwszy kilometr ma jeszcze umiarkowane nachylenie, lecz już dwa kolejne pną się stromo przy średnim nachyleniu na poziomie 9 %. Na pierwszych trzech kilometr droga pokonuje w sumie sześć wiraży. Okazją do odrobiny wytchnienia jest niezbyt trudny czwarty kilometr. Tuż po nim przychodzi jednak czas na jeden z dwóch najtrudniejszych, a przy tym niewątpliwie najpiękniejszy fragment całego wzniesienia. W połowie piątego kilometra na wirażu nr 7 droga dociera do swego najdalej na wschód wysuniętego punktu, a przy tym wspaniałego miejsca widokowego na dolinę Rodanu. Zresztą ta piękna rzeka to tylko jeden element niezapomnianego obrazu, który ukazuje się w tym miejscu naszym oczom. W tle widać taflę Lac du Bourget oraz otaczające to jezioro dwa górskie masywy czyli Mont du Chat po jego prawej i Mont Revard po lewej stronie. Niemniej na podziwianie tak pięknych okoliczności przyrody nie mogliśmy sobie w tym momencie pozwolić. Przez trzy kolejne kilometry trzeba się było zmagać ze stromizną na średnim poziomie 9,7 %. Przy tym cały kilometr szósty miał niemal 11 %. Ale to nie koniec atrakcji. Na początku szóstego kilometra trzeba było pokonać aż dwanaście wiraży (od 7 do 18) na przestrzeni zaledwie 400 metrów. Jeden wiraż po chwili przechodził w kolejny. Prawdziwy ślimak czy korkociąg jak kto woli. Pamiętam, że podczas relacji z ubiegłorocznego TdF zrobiono w tym miejscu ze śmigłowca przecudnej urody ujęcia topniejącego peletoniku na tle wapiennych skał i tego wszystkiego w dole o czym już napisałem.

Po przełknięciu ślimaka czekała na nas 400-metrowa prosta, a potem jeszcze trzy zakręty na przestrzeni pół kilometra. W tym pokręconym i trudnym terenie ponownie zaczęła się ujawniać moja nieznaczna przewaga nad Adamem. Po przejechaniu siódmego kilometra miałem kilkanaście sekund przewagi nad swym kolegą. Na tle tego co właśnie przebyliśmy kolejne 1800 metrów wyglądało niemal jak jazda po płaskim. Nie forsowałem tempa dając sobie szansę na chwycenie głębszego oddechu, zaś Adamowi okazję na złapanie ze mną kontaktu. Na dziewiątym kilometrze ponownie jechaliśmy razem. Po przebyciu 8,8 kilometra na wysokości około 890 metrów n.p.m. dotarliśmy do łącznika naszej drogi z szosą D120A dochodzącą w to miejsce od strony Anglefort. Najwyraźniej jednak tak trudna górę ciężko było oszukać. Gdy tylko zrobiło się bardziej stromo ponownie chcąc nie chcąc odjeżdżałem Adamowi. W końcu uznaliśmy, że każdy dotrze na szczyt własnym tempem. Po przebyciu 9,7 kilometra na zakręcie nr 22 droga zawracała w kierunku południowym, a przy tym podkręciła nam śrubę. Teraz trzeba było pokonać ponad 3-kilometrowy odcinek do miejsca zwanego Le Sapette, w tym pierwsze dwa kilometry na średnim poziomie 10,5 %, w tym cały kilometr o stromiźnie 11,6 %. O szczegółach tego rodzaju cząstkowych wyzwań informowały nas zresztą co kilometr biało-zielone tablice z danymi takimi jak: aktualna wysokość, ilość kilometr od dołu i do góry oraz średnie nachylenia kolejnego kilometra. Na wirażu w La Sapette kolejna zmiana kierunku i powrót na północ. Jeszcze dwa kilometry przez las, tym razem w bardzo nierównym terenie. Z jednej strony dość strome 600 metrów, z drugiej podobnej długości odcinek z delikatną tendencją zniżkową. Leśne ostępy ustąpiły pola górskim łąkom po przejechaniu 14,7 kilometra dokładnie na wysokości 1300 metrów n.p.m. Z tego miejsca do przełęczy pozostawały jeszcze niespełna trzy kilometry.

W tej fazie podjazdu na szosie widać było liczne ślady po zeszłorocznej wizycie Tour de France. Natomiast po prawej ręce rychły koniec wysiłku zwiastował maszt na szczycie góry. Po przejechaniu 15,1 kilometra minąłem ostatni wiraż, mocno obstawiony samochodami. Z kolei pół kilometra dalej boczną dróżkę odchodzącą w lewo ku Auberge du Colombier. Potem pozostała mi już tylko do pokonania długa, lekko wijąca się prosta do samej mety. W samej końcówce jeszcze krótki przejazd po „rolkach” czyli tzw. bariera kanadyjska oraz szeroki wiraż w lewo i na tym koniec. Wspinaczka zajęła mi 1 godzinę 17 minut i 9 sekund przy średniej prędkości 14,1 km/h i umiarkowanym VAM rzędu 976 m/h. Adam zjawił się na górze ze stratą ponad dwóch minut uzyskując czas 1h 19:24. Na Darka przyszło mi czekać ze czterdzieści minut. Wjechał na górę w 1h 57:15, ale nie był to bynajmniej wyraz jego możliwości. Od samego początku został w tyle odczuwając trudy całej wyprawy i ambitnej wspinaczki do Semnoz. Niemniej na całej trasie zrobił sobie jeszcze tuzin przystanków, które kosztować go musiały co najmniej kwadrans. Właściwego sobie rytmu nie mógł znaleźć przede wszystkim na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Adam jako pierwszy ruszył w dół i w połowie zjazdu zboczył z utartego wcześniej szlaku aby dotrzeć do Culoz dłuższą trasą przez Anglefort. Tymczasem mnie na zjeździe spowolnił defekt w postaci „kapcia” w tylnym kole. Na tym przymusowym postoju dopadł mnie Darek i dalej już pojechaliśmy razem. Przy tym bardzo spokojnie robiąc kilka foto-przystanków, w tym ten najważniejszy z widokiem na piękno doliny Rodanu. Przy aucie odnaleźliśmy się około kwadrans po czternastej. Teoretycznie można było jeszcze zahaczyć o pobliską Col de la Biche (1325 m. n.p.m.), ale przy upale dochodzącym już do 35 stopni nikt z nas nie miał na to ochoty. Samotna Grand Colombier była wystarczająco smakowitą wisienką na naszym alpejskim torcie by zadowolić nasz sportowy apetyt. Ruszyliśmy więc w długą drogę do kraju przez Szwajcarię i Niemcy. Aczkolwiek przed opuszczeniem Francji około godziny siedemnastej raz jeszcze zatrzymaliśmy się nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Tym razem tylko na obiad w Evian-les-Bains.

Napisany w Jura francuska 2013 | Komentarze są wyłączone

Semnoz – Cret de Chatillon

Autor: admin o sobota 6. Lipiec 2013

Po powrocie z Thonon-les-Bains powoli zaczęliśmy się pakować. Jak już wspomniałem namówiłem Darka i Adama na wycieczkę do Annecy i nocleg w Culoz celem poznania dwóch najwyższej klasy podjazdów dopiero współcześnie odkrytych przez organizatorów Tour de France. Na sobotnie popołudnie zaproponowałem wspinaczkę do stacji narciarskiej Semnoz na zboczu góry Cret de Chatillon (1699 m. n.p.m.) w alpejskim masywie Bauges. Natomiast na niedzielę zaplanowałem zdobycie Grand Colombier, wzniesienia w południowej części francuskiej Jury, leżącego na terenie departamentu Ain. Ku nowej przygodzie wyruszyliśmy z L’Ermitage-Armoy około godziny czternastej. Do pokonania samochodem mieliśmy przeszło 70 kilometrów trasy w kierunku południowo-zachodnim. Najpierw w stronę miasteczka Annemasse, potem równolegle do południowych stoków Mont Saleve, masywu który geograficznie należy do Alp i Górnej Sabaudii, acz geologicznie stanowi część Jury. Nad przepiękne Lac d’Annecy zjechaliśmy dopiero kwadrans przed szesnastą. Zaparkowaliśmy na trawniku przy Avenue d’Albigny, alei biegnącej wzdłuż północnego brzegu jeziora. Tego dnia miasto zostało opanowane przy tysiące amatorów kolarstwa i ich rodzin, bowiem na pobliskich Polach Marsowych utworzono miasteczko startowe przed niedzielnym L’Etape du Tour. Najpierw poszliśmy na krótki spacer po przyjeziornym bulwarze. Następnie zaczerpnąwszy atmosfery tego miejsca przystąpiliśmy do rzeczy czyli przebrania się i przygotowania naszych rowerów do jazdy.

Annecy to miasto o ciekawej historii i sporym znaczeniu w tym regionie Francji. Ta licząca sobie około 50 tysięcy mieszkańców miejscowość jest stolicą Górnej Sabaudii. W XVI wieku stanowiła ważny ośrodek kontrreformacji, od czasu gdy schronił się w niej przed zwolennikami Jana Kalwina katolicki biskup z pobliskiej Genewy. Jednym z jego następców u progu XVII wieku został św. Franciszek Salezy, patron Salezjanów i osób niesłyszących. W XIX wieku, dokładnie zaś w latach 1815-1860 miasto należało do Królestwa Sardynii, zaś do Francji wróciło dopiero po aneksji całej Sabaudii. Z racji urokliwej starówki, pełnej kanałów i mostków nad rzeczką Thiou bywa nazywane alpejską Wenecją. Przed paroma laty pozazdrościło ono olimpijskiej sławy takim francuskim ośrodkom jak Chamonix, Grenoble czy Albertville i stanęło do ostatecznie przegranej walki o organizację Zimowych Igrzysk roku 2018. Dziwić zatem może fakt, iż miasto o takim potencjale i ambicjach ledwie trzy razy gościło dotąd uczestników „Wielkiej Pętli” w roli gospodarza etapowej mety. Po raz pierwszy miało to miejsce w roku 1939. Kończył się tu 103-kilometrowy etap nr 16c ze startem z Bourg-Saint-Maurice, rozegrany tuż po czasówce przez przełęcz Iseran. Odcinek ten wygrał Holender Antoon Van Schendel, którym w dwójkowym finiszu zdystansował współtowarzysza ucieczki Luksemburczyka Pierre’a Clemensa. Dwadzieścia lat później kolarze znów nadjechali tu ze wschodu, tym razem po pokonaniu 251 kilometrów etapu nr 19 ze startem we włoskim Saint-Vincent. Po śmiałej szarży z przewagą ponad czterech minuty nad rywalami wygrał Szwajcar Rolf Graf, zwycięzca Tour de Suisse z roku 1956. Na trzecią wizytę Touru Annecy musiało czekać kolejne pół wieku. W 2009 roku na około 40-kilometrowej trasie wokół jeziora z podjazdem trzeciej kategorii pod Cote du Bluffy zwyciężył późniejszy triumfator całego wyścigu Alberto Contador. Hiszpan pokonał całą plejadę znakomitych czasówców z Fabianem Cancellarą na czele. Walka była zacięta. Szwajcar stracił do „El Pistolero” tylko trzy sekundy, zaś trzeci tego dnia Rosjanin Michaił Ignatiew sekund piętnaście.

Jeszcze mniej szczęścia do spotkań z Tourem miała góra będąca powodem naszego przyjazdu Annecy. Podjazd pod Cret de Chatillon do stacji narciarskiej Semnoz (1655 m. n.p.m.) zadebiutował na „Wielkiej Pętli” dopiero w 1998 roku. Tym niemniej kolarze nie mieli zamiaru ścigać się na tym wzniesieniu. Cały ów wyścig przebiegał w cieniu dopingowej afery wywołanej grzechami ekipy Festina. Francuska policja szła za ciosem i szukała dowodów zorganizowanego dopingu również w innych drużynach. Po etapie szesnastym kończącym się w Albertville zabrała na całonocne przesłuchanie kierownictwo i zawodników holenderskiego zespołu TVM. Nazajutrz kolarze mieli ścigać na trasie kolejnego górskiego etapu do Aix-les-Bains. Pomiędzy 41 a 59 kilometrem tego odcinka peleton miał pokonać podjazd do Le Semnoz, w jego najtrudniejszej północnej wersji. Tym niemniej zawodnicy TVM po nieprzespanej nocy byliby na straconej pozycji. Z tego powodu pozostali uczestnicy wyścigu w geście solidarności zadecydowali o przejechaniu całego 149-kilometrowego etapu w turystycznym tempie. Wyścig wrócił w te strony dopiero w 2013 roku. Tym razem Semnoz miało wystąpić w prominentnej roli. Na górze wyznaczono metę etapu i do tego przedostatniego ze wszystkich, więc miały tu miały zapaść ostateczne decyzje co układu klasyfikacji generalnej setnej edycji Tour de France. Ponadto ów krótki, acz treściwy etap długości 125 kilometrów wybrano na scenę 21 edycji wyścigu amatorów L’Etape du Tour. Kolejną różnicą z rokiem 1998 był fakt, iż podjazd ten zaatakowano od zachodu z miejscowości Quintal. W ten sposób wspinaczka była krótsza, lecz bardziej stroma mając 10,7 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 %. Najtrudniejsza z czterech dróg na szczyt czyli wybrana przez nas opcja północna ma zaś 17,4 kilometra przy średniej 6,9 %. Tym niemniej szlak północny i zachodni łączą się z sobą na wysokości około 1040 metrów n.p.m. Finałowe 7,4 kilometra jest już wspólne dla obu tych podjazdów i zawiera ich najtrudniejszy fragment o stromiźnie 11,4 %.

Tym sposobem mogliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. To znaczy zdobyć tą górę od najtrudniejszej strony, a przy tym znaleźć się na szlaku, który już za dwa tygodnie przemierzą kolarscy mistrzowie. Tytułem ciekawostki dodam, iż w podobny sposób, dokładnie zaś na wysokości przełęczy Leschaux (897 m. n.p.m.) łączą się ze sobą południowy oraz wschodni wariant podjazdu do Semnoz. Z miejsca, w którym zaparkowaliśmy do podnóża wzniesienia mieliśmy ledwie 1200 metrów, acz nie znając dobrze miasta na dojeździe trochę kluczyliśmy w centrum. Początek podjazdu przebiega po ruchliwej i dość stromej Avenue du Tresum. Po pokonaniu ledwie 350 metrów musieliśmy skręcić w lewo na Boulevard de la Corniche, który jeszcze przed końcem pierwszego kilometra wspinaczki przeszedł w stosownie nazwaną drogę Route du Semnoz. Miejskie zabudowania skończyły się zaledwie po przebyciu 1,2 kilometra od startu na wysokości miejskiego kampingu „Le Belvedere”. Chwilę później droga wkroczyła pośród drzewa na granice Foret Communal d’Annecy, by pozostać w takim terenie przez wiele kilometrów. Jednym przerywnikiem w tym leśnym krajobrazie były mniejsze i większe polany w okolicy śladów ludzkiej przedsiębiorczość takich jak: Hotel Semnoz (2,2 km), Parc Animalier de la Grande Jeanne (3,2 km), Ecole de Ski Francais (4,5 km) i w końcu letnisk należące do organizacji UFOVAL (5,8 km). Na pierwszych dwóch kilometrach wspinaczki Darek zaskoczył mnie i Adama wysokim tempem. Można powiedzieć, że Dario podobnie jak wcześniej na Col du Turini nadawał ton wydarzeniom. Jak sam przyznał był to pewien blef z jego strony. Czując się dobrze postanowił sprawdzić jak długo będzie mógł pojechać w swym maksymalnym tempie, czy da radę utrzymać się z nami a może nawet zerwać nas z koła. Sił nie starczyło na zbyt długo, lecz broni nie złożył i gdy został za nami jechał dalej solidnym, równym tempem przy średniej prędkości niespełna 13 km/h.

Jak zwykle podczas tej wyprawy przez sporą część wspinaczki towarzyszył mi Adam. Jak już wspomniałem niespodziewanie dla siebie nieco lepiej od swego młodszego kolegi wytrzymałem trudy naszej długiej eskapady. Ten dzień potwierdził ową hierarchię w naszym małym stadzie. Różnica pomiędzy naszymi możliwościami była niewielka, acz ponownie na moją korzyść. Po przejechaniu łatwiejszego odcinka między czwartym a ósmym kilometrem wzniesienia poczułem, że mógłbym odjechać. Niemniej nie mieliśmy w zwyczaju się nawzajem atakować, więc postanowiłem nadal jechać mocnym tempem, acz nieco poniżej swego maksimum. Minęliśmy razem łącznik z zachodniej drogi od Balmont i Quintal. Droga przez las w górnej połowie podjazdu, ze swymi długimi prostymi o sporej stromixnie i drzewami, które prawie nie dawały cienia przypominała mi środkową część legendarnego szlaku z Bedoin na Mont Ventoux. Podobieństwo było duże, choć oba te miejsca dzieli bodaj 350 kilometrów. Być może moje wrażenia potęgowała słoneczna aura, która się nam trafiła. Na dole w mieście było wszak 32 stopni Celsjusza, zaś na szczycie przeszło 1200 metrów wyżej wciąż 23. Droga przez las skończyła się na wysokości około 1430 metrów po pokonaniu 14,6 kilometra podjazdu. W tym czasie jechałem już sam z niewielką przewagą nad Adamem, który puścił koło kilka kilometrów przed finałem. Zaczęła się droga przez alpejskie łąki. Po prawej stronie drogi mijaliśmy: krowy na pastwiskach, ludzi odpoczywających przy swych kamperach i domkach letniskowych. Na początku ostatniego kilometra wspinaczki trzeba było pokonać stromą rampę, która dla Kolumbijczyka Nairo Quintany stała się trampoliną do ataku po etapowe zwycięstwo. Kolarz z Andów już przed 20 lipca praktycznie zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji młodzieżowej Touru. Tego dnia wygrał zaś etap z przewagą 18 sekund nad Joaquinem Rodriguezem i 29 sekund na liderem Christopherem Froome, zapewniając sobie również drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i koszulkę najlepszego górala tej imprezy. Rewelacyjny Michał Kwiatkowski wjechał na górę jako osiemnasty ze stratą 4:03 do zwycięzcy.

Uczestnicy Tour de France finiszowali nie na samym szczycie góry, lecz w miejscu znacznie dogodniejszym dla wyznaczenia mety tak wielkiego wyścigu. A mianowicie na wysokości parkingu przy Hotel Restaurant des Rochers Blancs. Nasza skromna wycieczka nie podlegała w tym względzie jakimkolwiek ograniczeniom, więc po minięciu mety przyszykowanej na L’Etape du Tour wzięliśmy jeszcze zakręt w lewo i pokonaliśmy ostatnie dwieście metrów wzniesienia. Pokonanie całej wspinaczki zajęło mi dokładnie 1 godzinę 12 minut i 2 sekundy przy średniej prędkości 14,493 km/h i VAM 1015 m/h. Adam uzyskał czas 1h 13:41, zaś Darek 1h 21:12. Można powiedzieć, że pomiędzy mną a Adamem różnica była zbliżona do tej między triumfującym Quintaną a czwartym na mecie etapu Alejandro Valverde. Aczkolwiek w naszej biało-czerwonej drużynie spod znaku RGA inaczej niż w hiszpańskiej ekipie Movistar rutyna i doświadczenie zatriumfowały nad młodością. Na szczycie zrobiliśmy sporo zdjęć. Tak fotki osobiste we wszelkich konfiguracjach personalnych (solowe, dwójkowe i kupą mości Panowie) jak również dokumentujące piękno górskich pejzaży. W dole widać było nawet błękitne wody Lac d’Annecy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę przed Rochers Blancs. Zjechaliśmy do Annecy tą samą drogą, każdy swoim tempem. Adam najszybciej. Ja wolniej zatrzymując się kilka razy by uwiecznić to czy inne miejsce. Darek podobnie, zaś na samym dole zafundował sobie jeszcze przejażdżkę a’la Amsterdam czyli po wąskich uliczkach Starego Miasta nad kanałami tej alpejskiej Wenecji. W dalszą drogę szlakiem Christophe’a Lemaitre ruszyliśmy dopiero kilka minut po dziewiętnastej. Dlaczego przywołuje w tym miejscu postać najszybszego białego Europejczyka? Otóż ten francuski sprinter urodził się w Annecy, a wychował w Culoz u podnóża Grand Colombier. Tym niemniej gdy po półtorej godzinie jazdy dotarliśmy do tego miasteczka było tam cicho i głucho jak po przejściu zarazy. Nasze szanse na znalezienie tu jakiegoś lokum na najbliższą noc były nikłe. Na szczęście napotkana niewiasta wyratowała nas z tej opresji rezerwując nam telefonicznie pokój w Artemare przy hotelu Michallet.

Napisany w Alpy francuskie 2013 | Komentarze są wyłączone

Epilog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o sobota 6. Lipiec 2013

W nocy z piątku na sobotę mogliśmy się w końcu wyspać do woli. Podczas planowania tej wyprawy mieliśmy z Piotrem różne pomysły co do sposobu spędzenia weekendu rozpoczynającego się nazajutrz po pokonaniu trasy Route des Grandes Alpes. Ja zastanawiałem się nad możliwością startu w niedzielnym L’Etape du Tour na trasie wokół Annecy, po wcześniejszym odpoczynku w sobotę. Tym niemniej miałem już za sobą trzy, zaś Piotr i Darek po dwa starty w tej imprezie. Co prawda w przeciwieństwie do innych „gran fondo” i „cyclosportive” odbywa się ona co roku na innej trasie, więc i tak stanowiła pokusę. Jednak i na to znalazł się sposób. Piotr zaproponował przejechanie całej 125-kilometrowej trasy tego wyścigu dzień wcześniej, turystycznym tempem we własnym pięcioosobowym gronie. W ten sposób mogliśmy zaoszczędzić sobie po 100 Euro i zmierzyć się z tym samym wyzwaniem na spokojnie, bez wyścigowego stresu i niebezpieczeństw. Uznałem rację swego kolegi i na starcie naszego dwutygodniowego touru taki właśnie był nasz plan na sobotę z zastrzeżeniem, iż ostateczną decyzję podejmiemy u kresu wyprawy na podstawie tego jak ją kondycyjnie wytrzymamy. Dopuszczaliśmy jeszcze możliwość pokonania krótszej rundki wokół Annecy obowiązkowo z finałowym podjazdem. Tym niemniej jak należało oczekiwać pokonanie zaprojektowanej przeze mnie trasy każdego z nas kosztowało wiele sił. Po czternastu górskich etapach o średniej długości blisko 130 kilometrów nie mieliśmy wielkiej ochoty na piętnasty z rzędu odcinek tego typu. Zamiast tego pozwoliliśmy sobie na leniwe przedpołudnie przeznaczone na zakupy w Allinges oraz turystyczny wypad do Thonon-les-Bains, który stał się obowiązkowym punktem sobotniego programu po tym jak w piątek nie dane nam było wspólnie stanąć do pamiątkowego zdjęcia w punkcie oznaczającym początek Drogi Wielkich Alp.

Do miasta służącego nam za punkt startu i linię mety naszej wersji Route des Grandes Alpes zjechaliśmy kilka minut przed jedenastą. Przeszliśmy przez park, w którym stoi pomnik pochodzącego z Thonon Josepha Marie hrabiego Dessaix, generała wojsk napoleońskich, zwycięzcy bitwy pod Wagram i uczestnika wyprawy na Moskwę. Następnie wstąpiliśmy do biura informacji turystycznej w pobliskim Chateau de Sonnaz. Tu podobnie jak Adam i Darek tu kosztem bodaj 35 Euro nie odmówiłem sobie przyjemności kupna pamiątkowej koszulki kolarskiej dokumentującej nasz wielki wyczyn. Stąd było już tylko kilkanaście kroków do głównego celu naszej ponownej wizyty w tym mieście czyli placu przed budynkiem merostwa. Tu nadzialiśmy się na swego rodzaju „wieczór panieński”. Jedna z dziewczyn wyrwała do tańca Piotra, a następnie zrobiła nam wszystkim zdjęcie na tle rozety dzięki czemu nie musieliśmy się zmieniać w roli fotografa lub nagabywać o tego rodzaju przysługę innych przechodniów. Po opuszczeniu placu poszliśmy jeszcze na półgodzinny spacer po centrum tej miejscowości. Godzi się wspomnieć, że to niespełna 35-tysięczne miasteczko podobnie jak pobliskie Evian-les-Bains nie raz gościło uczestników Tour de France. Dokładnie zaś osiem razy wyznaczano tu metę jednego z etapów „Wielkiej Pętli”. Jako pierwszy w 1955 roku wygrał tu Holender Jos Hinsen. Po nim wygrywali Jacques Anquetil, Hiszpan Fernando Manzaneque, Holender Jan Janssen, Włosi Michele Dancelli i Marino Basso, Francuz Bernard Quilfen (późniejszy dyrektor sportowy ekipy Cofidis), zaś jako ostatni w sezonie 1981 dzisiejszy komentator brytyjskiego Eurosportu, zaś w latach 80-tych najwszechstronniejszy kolarz zawodowego peletonu Irlandczyk Sean Kelly. Na koniec naszej południowej wizyty w Thonon zjedliśmy jeszcze mały posiłek, po czym wróciliśmy na nasze wzgórze w L’Ermitage.

Niedługo później pożegnaliśmy się, bowiem każdy z poddziałów naszej drużyny miał własny sposób na spędzenie pozostałej części tego weekendu. Mazowszanie postanowili zostać w Le Chalet Armoy do północy i w sobotnie popołudnie przejechać się wzdłuż brzegów jeziora do Genewy i z powrotem. Nogi odmówiły im jednak posłuszeństwa i zakończyli swój pobyt we Francji ledwie 30-kilometrową przejażdżką. Tymczasem mój pomorski wyruszył samochodem w kierunku południowo-zachodnim do Annecy i Culoz by przed powrotem na ojczyzny łono by zaliczyć jeszcze parę przepięknych podjazdów na pograniczu Alp i Jury. Podobnie jak nasi koledzy goniliśmy już resztkami sił, więc ograniczyliśmy do dwóch niedługich wycieczek. Wspólnym dla nas wszystkich usprawiedliwieniem tego weekendowego lenistwa był bagaż doświadczeń z poprzednich dwóch tygodni. Ilość i przede wszystkim jakość przemierzonego dystansu, który przedstawiam poniżej na bazie odczytów z własnego licznika.

Route des Grandes Alpes anno domini 2013 by Daniel Marszałek

Łączny Dystans > 1772,1 / 1786,7 kilometra (z dwoma dojazdami na kwatery i prologiem)

Łączne Przewyższenie > 44.069 metrów

Łączny Czas Jazdy > 80h 52:03

Średnia Prędkość > 21,913 km/h

Najdłuższy etap > czternasty czyli 154,7 kilometra

Najkrótszy etap > piąty czyli 98,9 kilometra

Najtrudniejszy etap > dziewiąty czyli 4129 metrów przewyższenia

Najłatwiejszy etap > szósty czyli 2380 metrów przewyższenia

Czternaście przełęczy o wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. czyli: Croix de Fer, Galibier, Izoard x 2, Vars, Bonette, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Sestriere, Mont Cenis, Iseran, Petit Saint-Bernard oraz Gran San Bernardo.

Osiemnaście podjazdów o przewyższeniu ponad 1000 metrów czyli: Colombiere, Roselend, Madeleine, Croix de Fer, Galibier, Izoard (nord), Vars, Bonette, Saint-Martin, Turini, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Izoard (sud), Mont Cenis, Petit Saint-Bernard, Gran San Bernardo i Forclaz.

Najwyższy podjazd: Iseran > 2770 metrów n.p.m.

Największy podjazd: Gran San Bernardo > 1882 metrów przewyższenia.

Najdłuższy podjazd: Gran San Bernardo > 34,3 kilometra.

Najbardziej stromy podjazd: Corbier > średnio 8,61 %.

Najbardziej stromy pośród gigantów: Sampeyre / via Vallone d’Elva > średnio 8,24 %.

Najtrudniejszy podjazd (według skali Archivio Salite na stronie www.zanibike.net): Fauniera / via Valcavera > 1387,51 punkta.

Tak wygląda podsumowanie mojej autorskiej trasy. Mniej więcej w 95 % pokrywa się ona z dokonaniami moich trzech kolegów. Z Thonon-les-Bains do Menton wszyscy pojechaliśmy tym samym szlakiem, aczkolwiek Dario jako jedyny spośród nas na dojeździe do Morza Śródziemnego zahaczył jeszcze o wzgórze Castillon. W drodze powrotnej nad Lac Leman każdy z nas miewał już swe oryginalne pomysły na pokonanie tego czy innego odcinka. Pietro zrezygnował z Fauniery i Sampeyre na ósmym etapie zadowalając się podjazdem pod Madonna del Colletto. Ja zafundowałem sobie inne niż koledzy finałowe podjazdy na etapach dziewiątym i dwunastym do Sestriere i Champex-Lac. Z kolei Piotr w inny sposób niż ja, Adam czy Darek pokonał ostatnie kilometry przed Combloux. Na tym samym trzynastym etapie Pietro i Dario odpuścili sobie wspinaczkę pod przełęcz Lein. Z oryginalnych dodatków do głównego szlaku wymienić można jeszcze: moje Sauze d’Oulx czy zdobycz Adama i Darka w postaci szutrowej przełęczy Basset i w końcu samotną wspinaczkę tego drugiego pod Rifugio Martin al Monte Fraiteve – wszystko na etapie dziesiątym. Godzi się również dodać, iż Romano służąc nam co dzień nieocenioną pomocą natury transportowej sam znalazł siły i czas na pokonanie w sumie 23 wzniesień. Niekiedy we wspólnym towarzystwie, innym razem na solo, zaś w razie konieczności od przeciwnej niż my strony. Jako jedyny podjechał też do bazy noclegowej nr 5 we wiosce Roya. Wspominając nasze przygody z lata 2013 roku żywię nadzieję, iż na tym nie koniec wspólnych przygód. Podobnego typu wyzwanie czeka na nas w Pirenejach. Jakkolwiek na sezon 2014 mamy już wszyscy inne plany, być może w tym samym lub lekko rozszerzonym składzie dotrzemy na francusko-hiszpańskie pogranicze już w 2015 roku. Podobna do tej alpejskiej trasa przez Pireneje – znad Morza Śródziemnego po Ocean Atlantycki i z powrotem – została już przez mnie wytyczona. Pozostaje nam tylko zgrać swe sportowe plany i terminy urlopów.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

14 etap: Combloux – Thonon-les-Bains

Autor: admin o piątek 5. Lipiec 2013

Słoneczna pogoda i błękit nieba nad Górną Sabaudią był dla nas nagrodą za wytrwałość okazaną podczas wszystkich dotychczasowych dni podróży. Lepszej pogody na ostatni dzień tej śmiałej eskapady nie mogliśmy sobie wymarzyć. Pierwszym prezentem od losu była możliwość zrobienia zdjęć masywu Mont Blanc z okien naszego lokalu. Drugim tym najwartościowszym miał być widok błękitnych wód jeziora Genewskiego na końcu czternastego etapu tej podróży. Teoretycznie od Lac Leman dzieliło nas ledwie 80 kilometrów. Gdybyśmy pojechali którymś z dwóch najprostszych szlaków tzn. zachodnim przez Bonneville lub wschodnim przez Les Gets dotarlibyśmy do Thonon-les-Bains w około trzy godziny. Niemniej mój autorski pomysł na podwójne Routes des Grandes Alpes był stricte górskim projektem. Dlatego również ostatni odcinek naszego wielkiego touru musiałem odpowiednio podrasować. Na trasie musiały się znaleźć przynajmniej trzy solidne podjazdy, najlepiej z odpowiednią kartą w przebogatej historii Tour de France. Ostatecznie zaprojektowałem ponad 150-kilometrowy etap z czteroma premiami górskimi, w tym dwoma pierwszej kategorii w okolicy dobrze znanego kolarskimi kibicom miasteczka Morzine. Wspólnie z Darkiem spędziłem w tej okolicy jeden upalny dzień w lipcu 2009 roku. Teraz postanowiłem zabrać w te strony pozostałych kolegów, a przy okazji wyrównać rachunki z niepozorną górą, która nieźle dała mi w kość przed czteroma laty. Zanim jednak ruszyliśmy w długą drogę ku największemu z alpejskich jezior postanowiliśmy zażyć trochę miejscowej atmosfery udając się około 8:30 na małe zakupy do centrum Combloux. Po powrocie z miasteczka już po raz ostatni zaczęliśmy pakować wszystkie graty do jednego auta. Nie wszystkim szło to jednak równie sprawnie i ostatecznie wystartowaliśmy na raty. Najpierw ja z Piotrkiem o 10:19. Potem Adam dokładnie o wpół do jedenastej. Na końcu Darek równo pół godziny po pierwszym oddziale. Z Romkiem umówiliśmy się na spotkanie w okolicy Morzine.

Na początek czekał nas 9-kilometrowy zjazd do Sallanches w dużej mierze po drodze D1212. To zaledwie 15-tysięczne miasteczko aż dwa razy gościło uczestników kolarskich Mistrzostw Świata. Poza wspomnianym przez mnie już wcześniej rokiem 1980 ścigano się tu również w olimpijskim roku 1964. Wtedy jeszcze w obu kategoriach. Na nieco innej rundzie niż szesnaście lat później wśród „profich” triumfował Holender Jan Janssen, zaś w gronie amatorów ledwie 19-letni Eddy Merckx. W sezonie 1968 na pobliskim wzniesieniu Cordon zakończył się tez jeden z etapów TdF wygrany przez Anglika Barry Hobana. Dojechawszy do centrum miejscowości wjechaliśmy na drogę D1205. Niemniej zanim na dobre zabraliśmy się do pokonania 16-kilometrowego odcinka do Cluses na wylocie z miasta po lewej stronie ulicy zauważyliśmy sporych rozmiarów sklep rowerowy. Na życzenie Piotra wstąpiliśmy w bogate progi tego kolarskiego sezamu na około 10 minut. Po ponownym starcie dość sprawnie pokonaliśmy z gruntu płaski odcinek z przejazdem przez wioskę Magland. Wjechawszy do Cluses musieliśmy odnaleźć prowadzącą na północ drogę D902. Miasto to wielokrotnie gościło peleton TdF, acz tylko dwukrotnie w latach 1994 i 2002 kończyły się tu etapy „Wielkiej Pętli” wygrane przez łotewskiego Rosjanina Piotra Ugriumowa i Włocha Dario Frigo. Tuż za miastem rozpoczęliśmy pierwszy podjazd czyli Chatillon-sur-Cluses (740 m. n.p.m.). Skromne 5,8 kilometra przy średniej 4,4 % i max. niespełna 7 %. Przez to miejsce Tour przejeżdżał 14 razy, w tym 10-krotnie od strony Cluses. Po raz pierwszy w 1978 roku gdy wygrał Francuz Rene Bittinger. Po raz ostatni w sezonie 2006 gdy pierwszy na górze był Amerykanin Floyd Landis. Górka na twarde przełożenie i dość szybką jazdę. Zaczęliśmy mocno, a gdy ujrzeliśmy przed sobą Adama jeszcze przyspieszyłem. Piotr wytrzymał na moim kole i pod koniec wzniesienia udało nam się dogonić kolegę odrobiwszy podczas tej wspinaczki ponad minutę. Adamo najwyraźniej minął nas na trasie w momencie gdy przeglądaliśmy półki i wieszaki z kolarskimi dobrami. Niespełna 10-kilometrowy odcinek pomiędzy Cluses a Taninges obok drogi przez Col d’Izoard był jedynym, który podczas tej całej dwutygodniowej wyprawy przyszło nam pokonać dwukrotnie i to z przeciwnych stron.

Po krótkim zjeździe musieliśmy skręcić na wschód i przejechać kolejny płaski fragment trasy. Tym razem niemal 12-kilometrowy po drodze D907 do Samoens, u podnóża słynnego podjazdu Joux-Plane (1691 m. n.p.m.). Jak na francuskie standardy to stroma góra. Nie tak sztywna jak niektóre włoskie czy hiszpańskie monstra, lecz w gronie kultowych podjazdów TdF z pewnością wyróżniająca się pod tym względem. Joux-Plane słynna choćby z „kryzysu głodowego” Lance’a Armstronga podczas Tour de France z 2000 roku wystąpiła w tym największym z wielkich wyścigów już jedenastokrotnie. Zawsze pokonywano ją od południowej strony. Niemal za każdym razem bezpośrednio przed metą etapu wyznaczoną w Morzine. Pewnym wyjątkiem był tu jedynie szlak z 1981 roku, kiedy to etap również kończył się w Morzine, lecz dopiero po wykonaniu dodatkowej rundy wokół tego miasteczka z przejazdem przez przełęcz Joux-Verte. W tej znanej stacji narciarskiej kończyło się dotąd trzynaście etapów TdF. Jedenaście z nich wiodło w końcówce przez Joux-Plane. Co ciekawe w każdym przypadku zwycięzca premii górskiej stawał się wkrótce triumfatorem etapu. Góra ta zadebiutowała na „Wielkiej Pętli” z roku 1978 gdy dzień należał do Francuza Christiana Seznec. Dwa lata później jego wyczyn powtórzył inny reprezentant gospodarzy Mariano Martinez. W trakcie wspomnianej edycji z roku 1981 najlepszy był ich rodak Robert Alban. Podjazd na stałe wszedł do programu i w latach 1982-84 zwyciężali tu: znany z Wyścigu Pokoju Holender Peter Winnen, kolejny Francuz Jacques Michaud oraz Hiszpan Angel Arroyo. Po krótkiej przerwie tzn. w sezonie 1987 etap należał do Hiszpana Eduardo Chozasa, zaś na niebezpiecznym zjeździe do mety Irlandczyk Stephen Roche urwał 19 sekund ze skromnej przewagi lidera wyścigu Hiszpana Pedra Delgado. W 1991 roku znów cieszyli się francuscy kibice. Swój wielki dzień miał Thierry Clayerolat. W sezonie 1997 swój powrót do światowej czołówki po ciężkiej kontuzji potwierdził Włoch Marco Pantani. W roku 2000 najlepszy był Francuz Richard Virenque, zaś w 2006 niesławny Floyd Landis, który dotarł tu samotnie po wielokilometrowym śmiałym rajdzie jakby żywcem wyjętym z innej epoki.

Południowy podjazd na Joux-Plane można zacząć w paru różnych miejscach stąd długość jego wariantów waha się od około 11 do 13,5 kilometra. W wykorzystywanej na Tourze wersji południowo-zachodniej liczy on sobie 11,6 kilometra przy średnim nachyleniu 8,6 % i max. 13,8 %. Tym szlakiem wspinałem się w 2009 roku. Tym razem chcąc ominąć roboty drogowe w centrum zajechaliśmy dalej na wschód w pobliże potoku Le Clevieux. To oznaczało dla nas, iż cały podjazd przejedziemy po drodze D354 i tym samym zaliczymy na początek trzy stosunkowo łagodne kilometry. Natomiast na wspólną dla wszystkich opcji stromiznę wjedziemy dopiero na wysokości około 820 metrów n.p.m. Nie dane nam było jednak zacząć wspinaczki ze startu lotnego, gdyż Piotrek na przybrudzonej remontem drodze przebił gumę w tylnym kole. Pietro spokojnie zabrał się do wymiany, a skończywszy robotę cofnął się jeszcze do miasta by w sklepie sportowym napompować koło do optymalnego ciśnienia, którego nie dało się uzyskać naszym podręcznymi pompkami. Do przejechania zostało nam jeszcze ponad 100 kilometrów i jazda na miękkim kole nie wchodziła w grę. Adam nieco zniecierpliwił się tą długą przerwą i po kilkunastu minutach ruszył na górę solo. Ja poczekałem na powrót Piotra i jakieś 10 minut później podążyliśmy śladem naszego młodszego kolegi. Zgodnie z dżentelmeńską umową jechaliśmy razem. Na tym etapie wyprawy oznaczało to dla mnie jazdę z odrobiną rezerwy. Od czasu do czasu mogłem sobie też pozwolić na krótki przystanek i pstryknięcie fotki. Końcówka podjazdu nieco mi się dłużyła. Nie podejrzewałem, iż ta wersja podjazdu będzie niemal dwa kilometry dłuższa od klasycznej (13,4 kilometra przy średniej 7,4 %). Podjazd pokonałem w czasie netto 59:04 (1h 00:58 wliczając pięć przerw). Ponieważ Adam wykręcił czas 1h 02:40 nie było najmniejszej szansy by go złapać w trakcie wspinaczki. Pozostało mieć nadzieję, że odnajdziemy się wszyscy po drugiej stronie góry.

Na górze przystanęliśmy na kilka minut pod tablicą. Potem jeszcze na kilka chwil na płaskowyżu. Po dotarciu do Joux-Plane nie od razu można przystąpić do zjazdu. Najpierw trzeba pokonać blisko trzykilometrowy odcinek pomiędzy tą przełęczą a jej sąsiadką Col du Ranfolly (1655 m. n.p.m.). Na początku przejeżdża się koło malutkiego jeziorka Lac du Joux-Plane, potem delikatnie w dół do poziomu około 1620 m. n.p.m., dalej 600 metrów solidnego podjazdu i niespełna pół kilometra pofałdowanego terenu do Ranfolly. Dopiero w tym miejscu zaczyna się prawdziwy zjazd do Morzine. Stromy i bardzo techniczny. Tylko 7,7 kilometra długości, ale o średnim nachyleniu 8,7 %. Najbardziej stromy, przedostatni kilometr przed miastem ma średnio aż 11,5 % i max. 15 %. Do tego droga jest kręta i wąska. To taki rodzaj zjazdu, na którym dobry zjazdowiec może zyskać parę cennych sekund. Pamiętam, że gdy w 2009 roku zjeżdżaliśmy z Darkiem do Morzine dobrą zabawę na tym odcinku drogi mieli chłopaczkowie specjalizujący się w górskim downhillu. Widać, że nawet amatorzy tego rodzaju górskich wrażeń nie gardzą owym zjazdem. O tym jak może być one podstępny przekonał się choćby Hiszpana Roberto Heras na etapie TdF z 2000 roku, gdy wpadł w barierki na jednym z ostatnich zakrętów próbujących utrzymać koło Francuza Richarda Virenque’a. Dojechawszy do miasteczka nie spotkaliśmy Adama. Nasz kolega w dolnej części zjazdu wybrał zapewne inną z uliczek dojazdowych i wpadł do Morzine w innym miejscu. Z Romkiem też nie było kontaktu. Stojąc na Avenue Joux-Plane ustaliliśmy, iż Piotr ruszy teraz na wschód i pokona klasyczny, południowo-zachodni podjazd do stacji Avoriaz via Joux-Verte. Ja zaś pojadę w kierunku Montriond by wjechać na Col de Joux-Verte (1750 m. n.p.m.) alternatywnym północno-zachodnim szlakiem. Oba podjazdy mają zbliżoną skalę trudności. Północny liczy sobie 14,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6 % i max. 12,1 %. Natomiast południowy 12,4 kilometra o średniej 6,4 % i max. 10 %. Oba można zwieńczyć dodając jeszcze 1300 metrów wspinaczki do Avoriaz o umiarkowanym nachyleniu 4,9 %.

Mając już na swym koncie podjazd od strony Morzine szukałem dla siebie nowego wyzwania. Dlatego też podjechałem w kierunku Route des Grandes Alpes czyli drogi D902. Tu na wysokości Hotel de Savoie skręciłem w prawo by dojechać do Montriond. Jednak jak miało się nieco później okazać popełniłem błąd zjeżdżając z tej drogi już na rondzie w Pied de la Plagne. Tym sposobem wbrew swym planom znów wjechałem do Morzine, acz od przeciwnej strony. Przejechałem przez zatłoczone miasteczko i zatrzymałem się przy barze nad potokiem La Dranse de la Morzine. Tu za ostatnie „grosze” wzięte na drogę kupiłem sobie ożywczy sok, po czym ruszyłem na wschód by w swym mniemaniu pokonać nieznany mi dotąd szlak na Joux-Verte. Niemniej już po paru minutach jazdy biorąc szeroki wiraż w lewo koło Chalet Manava nabrałem podejrzeń, że popełniłem poważny błąd w nawigacji i czeka mnie powtórka wrażeń sprzed czterech lat. Długo biłem się z myślami czy pojechałem zgodnie ze swymi intencjami. Gdybym zgodnie planem wybrał drogę D228 już na trzecim kilometrze podjazdu mógłbym zobaczyć po swej prawej ręce wody jeziora Lac de Montriond. Mijały kolejne kilometry a wraz z nimi wracały wspomnienia pamiętnej wspinaczki z lipca 2009 roku. Wtedy to wykończył mnie niemiłosierny upał i do przełęczy Joux-Verte dotarłem dosłownie ostatkiem sił. Gdy w połowie wzniesienia ujrzałem znajomą przecinkę wśród drzew z widokiem na Morzine i trasę kolejki linowej byłem już pewien, iż po raz drugi jadę południowo-zachodnim szlakiem czyli po drodze D338. Uznałem zatem, iż skoro na własne życzenie pozbawiłem się możliwości pokonania nowej góry to tym razem przynajmniej w lepszym niż przed laty stylu zdobędę starą znajomą. Zamiast zakończyć wspinaczkę na Joux-Verte zdecydowałem się jak najszybciej i bez żadnego przystanku na owej przełęczy dojechać do samej stacji Avoriaz (1814 m. n.p.m.).

[Gallery not found]

Wyścigowa historia Col de Joux-Verte jest niemal nierozerwalnie związana ze stacją Station de Ski Avoriaz. Nie może być inaczej skoro obie drogi do tego kurortu prowadzącą przez przełęcz. Tour de France jak dotąd ośmiokrotnie zaglądał w te strony. Siedmiokrotnie mety etapów wyznaczano w Avoriaz za każdym razem rozpoczynając podjazd na ulicach Morzine. Jedynie w 1981 roku puszczono kolarzy na Joux-Verte od strony Montriond i wtedy to etap zamiast w pobliskiej stacji zakończył się zjazdem do Morzine. Ten dzień należał do Francuza Roberta Albana, który cały ów wyścig zakończył na trzecim stopniu podium. Znajomość Touru ze stacją Avoriaz datuje się na rok 1975 i edycję pamiętną z dramatycznego pojedynku Francuza Bernarda Thevenet z wielkim Belgiem Eddym Merckxem. Siedemnasty odcinek tej imprezy po długiej ucieczce wygrał Hiszpan Vicente Lopez-Carril z przewagą 2:11 nad najlepszym pośród czterech możnych tego wyścigu Belgiem Lucien’em Van Impe. Ten znakomity belgijski góral powetował sobie ów nieudany pościg już w 1977 roku gdy wygrał 14-kilometrową czasówkę z Morzine do Avoriaz w czasie ledwie 33 minut i 49 sekund. Dla porównania pokonanie wytyczonego na „stravie” odcinka o długości 13,5 kilometra zajęło mi 54:55, zaś Adamowi sądząc po międzyczasie na Joux-Verte około 59 minut. Van Impe nie miał sobie równych również na kolejnej górskiej czasówce w roku 1983. Tym razem na 15-kilometrowej trasie uzyskał czas 35:09 o 36 sekund dystansując Irlandczyka Stephene Roche’a. Innego rodzaju „etap prawdy” kończył się tu w roku 1979. Na trasie 54,2 kilometrów ze startem w Evian-les-Bains nad Jeziorem Genewskim zdecydowanie najlepszy był Bernard Hinault, który drugiego Holendra Joopa Zoetemelk wyprzedził o 2 minuty i 37 sekund! Po raz czwarty i ostatni Avoriaz z jazdą indywidualną na czas skojarzono w roku 1994. Czasówkę długości 47,5 kilometra ze startem w Cluses i przejazdem przez Chatillon-sur-Cluses oraz Les Gets zdecydowanie wygrał reprezentujący Łotwę Rosjanin Piotr Ugriumow. Natomiast pozostałe etapy ze startu wspólnego wygrali: Kolumbijczyk Luis „Lucho” Herrera w sezonie 1985 oraz Luksemburczyk Andy Schleck w 2010 roku.

Dojechawszy na Col de Joux-Verte spostrzegłem zjeżdżającego już od strony Avoriaz Piotra. Zapytałem czy poczeka na mnie jakiś kwadrans w tym miejscu, bowiem nie miałem zamiaru zrezygnować z dokończenia całej tej wspinaczki. Pietro nie ma jednak w zwyczaju robić sobie zbędnych postojów na trasie. Stwierdził, że jedzie prosto do Montriond. Na szybko ustaliliśmy, iż spotkamy się ponownie na Col du Corbier (1237 m. n.p.m.). Założyłem, że końcówka podjazdu do Avoriaz, krótki pobyt na szczycie i zjazd z powrotem do Joux-Verte zajmą mi około dziesięciu minut. Kilka dalszych minut miałem do stracenia na zjeździe do Montriond, zatrzymując się na robienie zdjęć. Z drugiej strony parę minut mogłem odrobić na płaskim odcinku za Montriond i samym podjeździe pod Corbier. „Strzeliłem” więc, żeby poczekał na mnie tej ostatniej przełęczy przynajmniej przez 10 minut. Początek północnego zjazdu z Joux-Verte jest dość dziki i kręty, acz nie tak niebezpieczny jak ten z Joux-Plane. Przez dobre cztery kilometry jedzie się przez las. Przerzedza się on dopiero w okolicy Les Lindarets. Miejsce to mocno kontrastowało z leśną głuszą. Na uliczkach tłoczno i gwarno. Sporo samochodów i atmosfera iście piknikowa. Dodatkowo trzeba było uważać na kozy w pełni oswojone z widokiem ludzi i swobodnie przechadzające się po wiosce. Przez to całe zamieszanie trudno było się połapać którędy dalej biegnie ów zjazd. Na chwilę wyjechałem nawet poza drogę D228 wjeżdżając na przydrożny placyk służący turystom za parking. Po chwili wróciłem na szlak, po czym kolejny raz zatrzymałem się nad pięknym Lac de Montriond i nieco dalej w samej miejscowości robiąc zdjęcia turkusowego jeziorka i górującej ponad nim skalnej ściany. Za Montriond czekał mnie jeszcze krótki odcinek drogi po szosie D229 i już z powrotem byłem na Route des Grandes Alpes.

Do podnóża ostatniego podjazdu na naszym szlaku miałem tylko 7,5 kilometra z przejazdem przez wioskę Saint-Jean-d’Aulps w połowie tego odcinka. W pewnym momencie zatrzymałem się na skraju drogi było zrobić zdjęcie tablicy poświadczającej to jakim szlakiem jedziemy. W tym momencie wyprzedził mnie pewien starszy jegomość. Szybko udało mi się go dogonić, a że wiatr mieliśmy przeciwny z szacunku dla wieku mojego chwilowego kompana postanowiłem go chwilę poholować. Trochę obawiałem się czy nie przeoczę miejsca, w którym rozpoczyna się podjazd pod Col du Corbier. Dlatego uważnie pilnowałem znaków po prawej stronie drogi. Na lekkim zjeździe tuż za zakrętem szosa nagle się rozdwoiła dając początek drodze D332 w kierunku wioski Le Biot, Col du Corbier i doliny Abondance po wschodniej stronie przełęczy. Mój towarzysz z marszu ruszył pod górę. Ja natomiast zatrzymałem się na rozjeździe na dwie-trzy minutki by przed ostatnią przeszkodą na swym szlaku skonsumować batonik. Do pokonania pozostał mi co prawda podjazd krótki, lecz za to sztywny, a zatem wymagający. Południowy Corbier liczy sobie zaledwie 6 kilometrów, ale o średnim nachyleniu 8,6 %. Podjazd trzyma od początku do samego końca. Każdy kilometr na poziomie od 8 do 9,5 %. Peleton TdF jechał przez tą przełęcz sześciokrotnie w latach 1977-1988. Trzy razy wspinano się od naszej południowej strony. W sezonie 1977 najszybciej wspiął się tędy Belg Paul Welles, rok później Francuz Mariano Martinez, zaś w 1984 roku Kolumbijczyk Patrocinio Jimenez. W ostatnim ćwierćwieczu wielki Tour jakby o tej przełęczy zapomniał, lecz oto w sezonie 2013 wspinaczka ta znalazła się w programie pierwszego etapu Criterium du Dauphine wokół szwajcarskiego Champery. Pokonanie tego podjazdu po 115 kilometrach trasy i dwóch wzniesieniach z „wysokiej półki” nie należało to łatwych zadań. Pod koniec drugiego kilometra wyprzedziłem jednak swego znajomego z doliny, zaś na szczyt dotarłem w przyzwoitym czasie 29 minut i 7 sekund ze średnią prędkością 12,4 km/h i VAM 1065 m/h. Znów wygrałem korespondencyjny pojedynek z Adamem, który uzyskał czas 32:40. Przyznam, że przed całą wyprawą nie spodziewałem się, iż wytrzymam ją kondycyjnie nieco lepiej od tej klasy „kolarskich maratończyków” co Piotr czy Adam.

Na przełęczy powitał mnie Piotrek. Wedle jego słów wdrapałem się na Col du Corbier dokładnie dziesięć minut po nim. Jednak ma się ten kalkulator w głowie. Szkoda tylko, że kompas mi tego dnia nie zadziałał. Na górze w Stadion de Drouzin Le Mont doczekaliśmy się dojazdu starszego jegomościa, który w rozmowie z Piotrem „in lingua franca” okazał się Belgiem na wakacjach u swych południowych sąsiadów. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Piotr na fotce pokazał „zero” czyli liczne podjazdów jaka została nam do końca wyprawy, ja zaś zaprezentowałem swą „klatę” mocno wychudzona po 14 dniach górskiej przeprawy. Do mety pozostało nam jeszcze ponad 30 kilometrów. Na szczęście wszystkie one już dół lub w najgorszym przypadku po płaskim. Na początek szybki zjazd przez Bonnevaux do drogi D22, na którą wpadliśmy na wysokości wioski La Solitude. Oczywiście na zjeździe Piotr mnie zdecydowanie odstawił, więc na płaskim odcinki do Vacherres musiałem się nieco wysilić by go dogonić. Gdy już jechaliśmy razem z naprzeciwka pojawił się Romek, który na długo przed nami zaliczył podjazd do Avoriaz, po czym pojechał do naszej bazy start-meta w L’Ermitage koło Armoy i stąd powrócił na trasę by zdobyć Corbier od północno-wschodniej strony. Romano krzyknął do nas, iż północny odcinek drogi D22, którym chcieliśmy wrócić na Route des Grandes Alpes został wyłączony z ruchu publicznego, acz w praktyce jest w pełni zdatny do przejazdu rowerami. Bez wahania skorzystaliśmy z opcji szybkiego przejazdu po pustej drodze żartując, że miejscowe władze przygotowały świeży asfalt na przejazd wojsk Hannibala. Wróciwszy na D902 mieliśmy jeszcze do pokonania finałowe 11 kilometrów, prowadzące lekko w dół z Bioge do Thonon-les-Bains. Bliskość mety zdopingowała mnie do szybkiej jazdy mimo, choć już dawno włączyła mi się „rezerwa”.

Zjechawszy do miasta zatrzymaliśmy się tuż przed metą na zakupy w miejscowym sklepie sieci Carrefour. Dopiero po tej dłuższej wizycie w tej strefie bufetu zjechaliśmy nad jezioro i przy fontannie około godziny 18:20 spotkaliśmy Adama. Nasz kolega długo i bezowocnie czekał na nas w Morzine i ostatecznie zaczął podjazd do Avoriaz znacznie później niż my dwaj. Tym samym ostatni fragment etapu musiał pokonać samotnie mijając kolejne punkty na trasie m/w kwadrans po mnie. Z parku przejechaliśmy na znany nam plac z rozetą przed budynkiem magistratu. Tu po niedługim czasie dojechał do nas Romek. Na Darka nie mogliśmy się doczekać. Jak się później okazało w tym czasie zjeżdżał on dopiero do Montriond. W sumie czternasty odcinek naszej wielkiej przygody okazał się najdłuższym ze wszystkich etapów. Tym niemniej przyjazd do Thonon-les-Bains nie oznaczał kresu naszych wysiłków. Trzeba było jeszcze dojechać do naszej bazy noclegowej w Armoy. Oznaczało to dodatkowe 4,3 kilometra podjazdu na deser. Na szczęście stosunkowo łagodnego bo o amplitudzie około 130 metrów. Łącznie musieliśmy tego dnia pokonać 154,7 kilometra o niebagatelnym przewyższeniu 3055 metrów. Ja przejechałem ten dystans w czasie netto 6 godzin 22 minut i 3 sekund czyli ze średnią prędkością 24,3 km/h. Dojechawszy na dziedziniec Le Chalet Armoy nie od razu odstawiliśmy rowery do piwnicy. Najpierw skierowaliśmy się w stronę basenu, gdzie Piotrek wykonał „rytualny skok do wody” o którym marzył od kilku ładnych dni. Dopiero wówczas poszliśmy wypocząć na pokoje. Gdy już się odświeżyliśmy Piotr przygotował do toastu szampan produkcji Francesco Mosera. Tym trunkiem mieliśmy świętować nasz wspólny sukces. Rzecz jasna postanowiliśmy z tym poczekać na przyjazd Darka. Marzyła nam się degustacja na balkonie w promieniach słońca zachodzącego nad Lac Leman. Tym niemniej Dario dotarł do Thonon-les-Bains o godzinie 21:13, więc w naszej bazie zjawił się już po zmroku. Ale to szczegół. Najważniejsze że wszyscy dotarliśmy do mety cali i zdrowi odnosząc piękne zwycięstwo nad własnymi słabościami. Dla każdego z nas była to podróż życia. O krótkie podsumowanie naszych dokonań postaram się w następnym, bardziej statystycznym niż opisowym odcinku owej „powieści”.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

13 etap: Champex-Lac – Combloux

Autor: admin o czwartek 4. Lipiec 2013

Noc ze środy na czwartek spędziliśmy w śpiworach na co zresztą byliśmy przygotowani. Nasz drewniany domek z pierwszej połowy XX wieku czyli Chalet du Jardin Alpin był miejscem chłodnawym i przesiąkniętym wilgocią. Warunki były dość spartańskie, acz nie brakło łazienki by się odświeżyć oraz kuchni, w której można było sobie ugotować kolację. Niewiele spałem, więc rano nie czułem się wypoczęty. Czwartkowy ranek nie różnił się od środowego popołudnie. Podobnie więc jak na starcie w La Salle mogliśmy się martwić o pogodę. Nad jeziorem Champex zalegała gęsta mgła. Adama od rana swędziała noga, więc w porze śniadaniowej pojechał na krótką przejażdżkę po okolicy. Zaliczył jakiś niewielki, acz bardzo stromy podjazd o przewyższeniu przeszło 150 metrów i ściankami o nachyleniu ponad 20 %. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę ja wybrałem się z Darkiem na spacer i zakupy do wioski. Na rowery wsiedliśmy około 11:30. Czekał nas wszystkich wyjazd ze Szwajcarii szlakiem przez przełęcz Forclaz. Natomiast już na terenie Francji przejazd przez słynny kurort Chamonix i na sam koniec podjazd do Combloux, nieopodal Megeve. To były pewne punkty naszego programu. Podstawowy wariant tej trasy zakładał co prawda pokonania trzech wzniesień, lecz tylko jedno z nich zasługiwało na miano podjazdu pierwszej kategorii. Pozostałe były co najwyżej klasy drugiej. Profil w sam raz dla najbardziej zmęczonych członków naszej ekipy czyli Piotra i Darka. Niemniej dość ubogi jak na ustalone w ostatnich dniach wysokie standardy tej wyprawy. Dlatego pomimo zmęczenia zdecydowałem się uszlachetnić ten odcinek dorzucając na wstępie jeszcze jeden podjazd solidnych rozmiarów. Do realizacji tego pomysłu bez trudu namówiłem Adama.

Na początek czekał nas 11-kilometrowy zjazd do Orsieres. Jednym słowem jazda w przeciwnym kierunku do wspinaczki pokonanej przez chłopaków w końcu dwunastego etapu. Piotr pomknął najszybciej. Ja podobnie jak Adam czy Darek parę razy się zatrzymałem by zrobić jakieś ładne zdjęcia. Okazało się bowiem, że jakimś dziwnym zrządzeniem losu mgła i chłód wybrały sobie na siedzibę jedynie najbliższe okolice Champex-Lac. Po kilku kilometrach zjazdu mogliśmy się już grzać w promieniach słońca. W dolinie Entremont było już 25 stopni Celsjusza. Dojechawszy do drogi nr 21 mieliśmy teraz do pokonania przeszło 5-kilometrowy odcinek łagodnego zjazdu do Sembrancher. Ten sam, który musiałem pokonać dzień wcześniej chcąc dojechać do Champex-Lac od północnej strony. Na samym końcu tego zjazdu ze spokoju wyrwał nas huk jaki wydała się z siebie pęknięta opona w rowerze Darka. Zdaniem naszego kolegi ucierpiała ona mocno już trzy dni wcześniej na szutrowych stokach Fraiteve i Basset. Jakimś cudem przeżyła długi odcinek z Sestriere do Sembrancher, w tym pięć poważnych podjazdów i tyleż zjazdów. Teraz zaś dokonała swego żywota. Na szczęście dla Darka w dość bezpiecznych miejscu. Za sprawą tego defektu zatrzymaliśmy się z Adamem na kilkanaście minut by upewnić się, że Dario poradzi sobie ze sprzętowym problemem i złapie kontakt z Romkiem. Romano zamierzał bowiem zjechać z Champex-Lac do Le Valettes moim północnym szlakiem i z tego miejsca ruszyć na rowerze w kierunku Martigny i przełęczy Forclaz. W tym samym kierunku udać miał się wkrótce Darek i była szansa, że obaj spotkają się jeszcze na parkingu by razem zmierzyć się z tą górą. Tymczasem dla mnie i Adama było to dopiero drugie danie dnia, bowiem wcześniej umówiliśmy się na spotkanie z Col du Lein (1658 m. n.p.m.). Na dobry początek czekała nas więc 13-kilometrowa wspinaczka o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 943 metrów.

Na drodze z Sembrancher do Martigny mogłem sobie skomplikować życie na kilka różnych sposobów. Najpoważniejszym konkurentem dla Lein był podjazd pod Col des Planches (1411 m. n.p.m.), przełęcz która w przyszłym roku pojawi się na trasie Tour de Romandie. Niemniej to wzniesienie, acz od jego trudniejszej północnej strony zdobyłem już w czerwcu 2009 roku. Dlatego zdecydowałem się zobaczyć coś zupełnie nowego. Na rozjeździe pożegnawszy się z Darkiem ruszyłem wraz z Adamem na wschód. Przejechawszy zaledwie pół kilometra na wysokości osady Etiez musieliśmy odbić w lewo ku wiosce Volleges (1,8 km). Pierwsze dwa kilometry wzniesienia miały średnie nachylenie około 7 %. Sieć górskich dróg na terenie Helweckiej Konfederacji jest nad wyraz gęsta więc u miejscowego gospodarza wolałem się upewnić, że wybraliśmy właściwą drogę. Gdy ten dylemat został rozstrzygnięty ruszyliśmy już żwawiej pod górę. W połowie czwartego kilometra minęliśmy osadę Cries (3,4 km). Jechaliśmy po południowym zboczu góry, wiec słońce nieźle nas grzało. Na liczniku pokazało mi się nawet 29 stopni Celsjusza. Cóż za kontrast z miejscem naszego nocleg oddalonym o niespełna 30 kilometrów. Ostatnia osadą na tym górskim szlaku jest leżąca w połowie dziewiątego kilometra wioska Levron (8,4 km). Nieco wcześniej mija się odchodzący na zachód szlak ku Col du Tronc (1606 m. n.p.m.). Szosa powyżej Levron jest już bardzo wąska i coraz trudniejsza. Na trzecim kilometrze od końca średnie nachylenie wynosi 9,5 %. Nie byłem pewien czy do samego końca będzie nas prowadził asfalt. Jak się okazało moje obawy nie były zupełnie bezpodstawne. Na ostatnich kilkuset metrach trzeba już było jechać po utwardzonej drodze naturalnej. Niemniej jak na „gruntówkę” była ona w znakomitym stanie i naszym szosowym oponkom o grubości 23mm nie sprawiła najmniejszych problemów. Cały podjazd pokonałem w czasie 56 minut i 52 sekund czyli ze średnią prędkością 13,7 km/h. Adam stracił do mnie niespełna minutę.

Przełęcz leży na górskiej polanie i przy dobrej pogodzie można się w tym miejscu poopalać. Tego dnia panowała tu iście piknikowa atmosfera, więc i my skusiliśmy się na krótki postój. Postanowiliśmy chwilkę odpocząć by przegryźć coś na spokojnie. Po kwadransie ruszyliśmy w dół ku Martigny. Ledwie rozpoczęliśmy zjazd i zaszło słońce. Po północnej stronie góry zastał nas cień i mżawka, zaś temperatura chwilowo spadła poniżej 20 stopni. Jeszcze przez trzy kilometry z hakiem musieliśmy się zmagać z szutrem. Momentami gorszej jakości. Na zjazdach taka nawierzchnia to już pewien problem, więc od czasu do czasu wolałem wypinać nogę z pedału by się asekurować. Na przyjazny nam asfalt wjechaliśmy ponownie dopiero na wysokości Col des Planches. Stąd do Martigny brakowało nam około dziesięciu kilometrów technicznego i stromego zjazdu przy maksymalnym spadku powyżej 16 %. W dolnej części tej drogi jest kilka miejsc z pięknym widokiem na Martigny i spory kawał doliny Rodanu. Rzeka biorąca swój początek z lodowca w Alpach Urneńskich właśnie w tym miasteczko zmienia swój kurs. Do Martigny biegnie ze wschodu na zachód, tu zaś skręca na północ w kierunku Jeziora Genewskiego. Po drugiej stronie miasta znakomicie widać wyznaczone pośród uprawami winorośli pierwsze kilometry podjazdu pod Col du Forclaz (1526 m. n.p.m.). Największe wrażenie robi niekończąca się prosta do pierwszego wirażu. Zakładałem, że ma ona około kilometra. Wyszło na to, że pamięć ma bywa zawodna. Ten wstęp do przełęczy Forclaz jest dwukrotnie dłuższy! Niemniej po zjechaniu do Martigny nie było nam śpieszno na kolejną gorę. Była pora sjesty, więc i my ulgowo podeszliśmy do tematu. Zatrzymaliśmy się na mały posiłek i drinka w pizzerii La Botte.

Forclaz w przeciwieństwie do Lein jest przełęczą bywałą na wielkich kolarskich wyścigach. Sześciokrotnie została wykorzystana na trasach Tour de France. Po raz pierwszy w sezonie 1948 gdy jechano ją od łatwiejszej zachodniej strony na etapie z Aix-les-Bains do Lozanny. Był to trzeci z rzędu górski odcinek wygrany przez Włocha Gino Bartalego, który dziesięć lat po swym przedwojennym triumfie pewnie zmierzał po drugie generalne zwycięstwo w „Wielkiej Pętli”. Tym niemniej na premii górskiej pierwszy był Francuz greckiego pochodzenia Apo Lazarides. Przy pozostałych sześciu okazjach wspinano się już zawsze od wschodu czyli ze startem w Dolinie Rodanu. W 1959 roku na etapie do Annecy pierwszy na górze był Francuz Georges Saint (na mecie Szwajcar Rolf Graf). Cztery lata później na wspominanym już przeze mnie etapie do Chamonix Hiszpan Federico Bahamontes (na mecie Francuz Jacques Anquetil). Dopiero w roku 1966 pierwszy tak na przełęczy jak i mieście pierwszych Zimowych Igrzysk Olimpijskich był ten sam kolarz tzn. Luksemburczyk Edy Schutz. W sezonie 1969 pierwszy w obu miejscach był Francuz Roger Pingeon, który w całym wyścigu zajął drugie miejsce ze stratą blisko 18 minut do debiutującego w tej imprezie Belga Eddy Merckxa. Przy dotychczas ostatniej okazji czyli w 1977 roku znów jechano do Chamonix. Na górze pierwszy był Hiszpan Antonio Menendez, lecz w mieście Niemiec Didi Thurau. Folarz pojawiła się tez jeden razy na trasie Giro d’Italia oraz Tour de Suisse. W tym pierwszym wyścigu na legendarnym etapie Aosta – Courmayeur z roku 1959. Etap jak i wyścig plus premie górskie na obu Bernardach wygrał Luksemburczyk Charly Gaul, lecz na Forclaz najszybciej wspiął się Niemiec Hans Junkermann. Podczas TdS z roku 1970 przejeżdżano tędy na etapie do Finhaut, malutkiej wioski na zachodnich rubieżach Szwajcarii. Ten wyścig zdominowali Włosi. Na premii górskiej pierwszy był Franco Bitossi, na mecie etapu Felice Gimondi, zaś cały wyścig wygrał ich rodak Roberto Poggiali.

Ja miałem okazję zmierzyć się z Forclaz cztery lata wcześniej dokładnie 20 czerwca 2009 roku. Wtedy to podczas ostatniego etapu 10-dniowej podróży po frankofońskich kantonach Szwajcarii udało mi się pokonać ten podjazd w czasie 53 minut i 15 sekund przy średniej prędkości 14,6 km/h i VAM 1158 m/h. Wtedy to była jednak jedyna wspinaczka dnia, zaś podczas całej podróży miałem przejechane około 750 kilometrów. Teraz po dwunastu dniach naszej alpejskiej eskapady miałem już na liczniku 1500 kilometrów, zaś świeżo w nogach wymagający podjazd pod Col du Lein. Obiektywnie więc patrząc nie miałem najlepszych warunków do porównania się z Danielem Marszałkiem anno domini 2009. Sam podjazd jest niemal równie długi co Lein, acz nieco trudniejszy tzn. liczy sobie 12,9 kilometra przy średnim nachyleniu 8 % i max. 10 %. Podczas naszego dwutygodniowego touru miało to być ostatnie wzniesienie o przewyższeniu powyżej tysiąca metrów, dokładnie zaś o amplitudzie 1027 metrów. Na początek długa prosta do restauracji Le Virage. Cały czas z pięknym widokiem na dolinę Rodanu. Po szerokim zakręcie w lewo jeszcze dłuższa prosta (aż 3400 metrów) cały czas na południowy-zachód do Martigny-Combe. Na czwartym kilometrze Adam dał mi znać bym się zanim nie oglądał i pojechał swoje. Od tego momentu stwierdziłem, że spróbuję zawalczyć ze swoim czasem sprzed czterech lat. Za osadą Les Fratses są cztery wiraże na kolejnych trzech kilometrach, a potem jeszcze 2700 metrów do samej przełęczy. Ogólnie serpentyn mało, a podjazd cały czas trzyma na dobrym poziomie. Na szczęście równo, praktycznie każdy kilometr między 7 a 8,5 %. W górnej części podjazdu minąłem się z wracającym do samochodu Romkiem. To oznaczało, że mamy z Adamem pewne szanse na to by dogonić na trasie Darka. Na zdobycie wschodniego Forclaz potrzebowałem 56 minut i 39 sekund przy średniej prędkości 13,6 km/h i VAM 1087 m/h. Jak na moje możliwości i późny etap całej podróży to był całkiem niezły wyczyn. Na Adama czekałem tym razem kilka minut dłużej.

Z przełęczy do francuskiej granicy brakowało już tylko 8300 metrów. W tym siedem kilometrów zjazdu do Gietroz, w którym od głównej szosy nr 203 odchodzi boczna droga do wspomnianego Finhaut i sztucznego jeziora Emosson. Pierwsze trzy kilometry zjazdu do wioski Trient bardzo szybkie, bo droga świetna i spadek dość stromy. Tuż przed granicą zaczyna się zrazu bardzo delikatnie podjazd na Col des Montets (1461 m. n.p.m.). Tu na chwilę przystanęliśmy by paroma zdjęciami uwiecznić ostatnie na naszym szlaku przejście graniczne. W ciągu ostatniego tygodnia już po raz siódmy zmienialiśmy kraj pobytu. Zaczęło się od przełęczy Tende, potem były przejazdy przez: Agnello, Montgenevre, Mont Cenis, Petit Saint-Bernard i Gran San Bernardo i na koniec Le Chatelard. Wioska ta leży na wysokości 1120 metrów n.p.m., więc była najniższą z wszystkich siedmiu przepraw. Podjazd na przełęcz Montets wraz ze szwajcarskim wstępem liczy sobie w sumie 7,7 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 %. Najtrudniejszy jest ostatni kilometr na poziomie 7 %. Rzecz jasna Col des Montets występowała na TdF podczas tych samych okazji co Col de Forclaz czyli na etapach do Annecy i Chamonix z lat 1959, 1963, 1966, 1969 i 1977. W czterech przypadkach na obu tych przełęczach zwyciężali ci sami kolarze czyli: Saint, Bahamontes, Schutz i Pingeon. Jedynie na Tourze z roku 1977 Menendeza na prowadzeniu zmienił słynny Belg Lucien Van Impe. Podjazd na Montets jest łatwy, lecz robi nadrabia wrażenie ładnymi widokami. Przejeżdża się przez wioski Vallorcine i Le Buet, zaś nad drogą górują sięgające niemal trzech tysięcy metrów szczyty Aguilles Rouges. W połowie wzniesienia dogonił nas Romek jadący prosto do Combloux by zdążyć tam przed Piotrem. Tymczasem na ostatnim kilometrze podjazdu ujrzeliśmy w oddali znajomą sylwetkę Darka. Zabrakło czasu by złapać kolegę jeszcze przed przełęczą, więc spotkaliśmy się już na samej górze. Chwilę przed nami dotarły tam dwie szwedzkie cyklistki świadczące o tym, iż turystyczny podbój Alp nie należy tylko do brzydszej części ludzkości.

Na przełęczy zameldowaliśmy się około 16:20, zaś do Combloux brakowało nam blisko 50 kilometrów. Postanowiliśmy cały ten dystans przejechać razem. Tym sposobem podobnie jak na siódmym etapie mogliśmy pomóc Darkowi w szybszym dotarciu do mety. Do Chamonix prowadził 12-kilometrowy zjazd. Ten odcinek można podzielić na trzy tercje. Pierwsze cztery kilometry do Argentiere i Le Chosalets to typowy zjazd z kilkoma zakrętami. Następne cztery to zjazd już bardziej łagodny i łatwy bo na wprost. Na koniec odcinek już niemal zupełnie płaski z przejazdem przez wioskę Les Praz. W mieście uchodzącym za światową stolicę alpinizmu postanowiliśmy się zatrzymać na dłużej by zjeść główny posiłek dnia. Wjechawszy do centrum rozpoczęliśmy poszukiwania restauracji, przy której można by coś smacznie przekąsić i dłuższy czas odsapnąć. Ostatecznie wybraliśmy lokal o nazwie Cafe Valentino. Adam zamówił naleśniki z bitą śmietaną, zaś ja z Darkiem wziąłem po pizzy. Cena była o parę Euro wyższa niż w innych miejscowościach, a smak nie umywał się do pizz z prawdziwego zdarzenia. Niemniej głodny nie wybiera sprzątnęliśmy wszystko z naszych talerzy. Po godzinnym postoju znaleźliśmy drogę wylotową z miasta w okolicy tamtejszego dworca. Nadzialiśmy się jednak na zerwany odcinek szosy co nieco nas spowolniło. Mieliśmy za to piękny widok na imponujący lodowiec schodzący z masywu Mont Blanc. Kilka kilometrów za miastem, jeszcze przed dojazdem do Les Houches wjechaliśmy na drogę krajową N205 przegapiając spokojną Avenue les Alpages. Zaletą „krajówki” było to, iż leciało się w dół do Saint-Gervais-les-Bains z prędkością blisko 70 km/h. Wadą duży ruch samochodowy. Wkrótce okazało się, że byliśmy w tym miejscu nieproszonymi gośćmi. Nie była to co prawda autostrada, lecz odpowiednik włoskiej superstrady. Kierowcy samochodów dawali nam o tym znać klaksonami. Potem ktoś nas zadenuncjował i nasz superszybki zjazd zakończył się przed Servoz. Pracownicy służb drogowych nas zatrzymali i uprzejmie, acz stanowczo poprosili o zjechanie w boczną drogę.

Kolejne dziewięć kilometrów spędziliśmy więc na spokojnej Route de Servoz czyli drodze D13. Niemniej o ile samochodów było tu jak na lekarstwo to nie dało się szybko jechać. Trzeba było dokonać nie zliczona ilość krótkich podjazdów podcinających nasze zmęczone nogi. Taki teren najbardziej wybijał z rytmu Darka. Jechaliśmy więc spokojnie poszukując miejsca, w którym można zjechać w dolinę i przedostać się na południowy brzeg rzeki L’Arve. W końcu zjechaliśmy przez wioskę L’Ile i w okolicy supermarketu Intermarche wjechaliśmy na drogę Route de Fayet czyli D1205. Na kolejnym rondzie w okolicy Letraz chwilę pokręciliśmy się w kółko, po czym odbiliśmy w lewo ku wiosce Domancy. Trochę z przypadku na koniec dnia trafił nam się podjazd wykorzystany na trasie Mistrzostw Świata z roku 1980. Ponieważ był to rok olimpijski na światowy czempionat zjechali wtedy tylko zawodowcy. „Profi” musieli się zmierzyć z jedną z najtrudniejszy tras w historii, bowiem trzeba było pokonać 20 rund po 13,4 kilometra wokół miasta Sallanches. Na każdej z nich zaś sztywną ściankę Cote de Domancy (796 m. n.p.m.) czyli 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 8 % i max. 17 %. Spośród 107 uczestników tej imprezy, wyścig ukończyło tylko piętnastu zawodników. Po jedyną w swej karierze tęczową koszulkę w wielkim stylu sięgnął patron ówczesnego peletonu Francuz Bernard Hinault. Jedynym rywalem, który do ostatniego okrążenia próbował nawiązać z nim walkę był Włoch Gianbattista Baronchelli. Jednak i jego „Borsuk” urwał na Domancy by wygrać z przewagą 1:01. Finisz o brąz z 7-osobowej grupki wygrał Hiszpan Juan Fernandez tracąc 4:25. Skalę trudności tej trasy najlepiej chyba oddaje średnia prędkość zwycięzcy czyli zaledwie 35,55 km/h.

Na początku tego wzniesienia odjechałem swym kolegom, ale w środkowej części Adam bardzo sprawnie mnie doszedł. Do szczytu dotarliśmy już razem wzajemnie mobilizując się do możliwie najszybszej jazdy. Według danych ze „stravy” podjazd ten pokonałem w czasie 12:02 przy średniej prędkości 12,2 km/h i ładnym VAM 1231 m/h. Wiadomo na stromych, acz krótkich hopkach najłatwiej o wysokie wartości tego rodzaju. Dojechawszy do drogi D1212 stanęliśmy pod tablicą by poczekać na Darka. „Profi” w tym miejscu skręcali w prawo by pokonać szybki zjazd do Sallanches. My zaś po krótkiej sesji fotograficznej skręciliśmy w lewo by kontynuować nasz finałowy podjazd na drodze do Megeve. Aby dostać dokładne wskazówki w sprawie dojazdu do Le Floralp zadzwoniliśmy do Romka i Piotra, którzy byli już na kwaterze. Dojechawszy do centrum Combloux skręciliśmy więc w stronę Le Pelloux by już na drodze D311 wspinać się przez kolejne 1300 metrów w kierunku Plommaz (1030 m. n.p.m.). Dopiero tu przy skręcie w wiodącą do hotelu Rue de Beus skończyła się dla nas wspinaczka o łącznej długości 6,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,7 %. Dobre 464 metrów przewyższenia na deser, z czego dolna część podjazdu na szlaku kolarskich mistrzów. Dowiedzieliśmy się wkrótce, iż Piotr dojechał do Combloux od przeciwnej strony pokonawszy podjazd za Saint-Gervais-les-Bains po drodze D909. Dla mnie i Adama ten etap liczył 123,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 2878 metrów. Pokonałem go w czasie netto 5 godzin 29 minut i 45 sekund ze średnią prędkością 22,4 km/h. Niemniej wobec ulgowego nastawienia czyli licznych postojów (dwóch dłuższych i kilku krótszych) na trasie spędziłem ponad trzy godziny więcej. W naszym hotelu zameldowaliśmy się dopiero około 20:15. Warunki na miejscu były komfortowe, zaś z okien roztaczał się widok na ośnieżoną kopułę Mont Blanc. Niemniej wobec zapadającego powoli zmroku ze zrobieniem efektownych zdjęć musieliśmy poczekać do piątkowego przedpołudnia.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Alpy szwajcarskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

12 etap: La Salle – Champex-Lac

Autor: admin o środa 3. Lipiec 2013

Środowy poranek powitał nas pochmurną aurą. Nie nastrajało to pozytywnie do dwunastego etapu naszej wielkiego podróży. Tym bardziej, że mieliśmy do pokonania jedną z najwyższych wzniesień na całej trasie czyli Colle Grand San Bernardo (2473 m. n.p.m.). Wdrapanie się na tą przełęcz nie było kwestią naszego wyboru, lecz wynikało z geograficznej konieczności. Tego dnia mieliśmy już na dobre opuścić Włochy i na jeden dzień wjechać do Szwajcarii. Tymczasem jedyna droga łącząca region Valle d’Aosta na południu z kantonem Valais na północy przebiega właśnie przez Wielką Przełęcz św. Bernarda. Tym samym nasza przyjemność z jazdy w dużym stopniu zależeć miała od warunków pogodowych, które we wtorkowe popołudnie uległy wyraźnemu pogorszeniu. W skrajnej – czytaj zimowej – ostateczności zawsze moglibyśmy się przedostać z Italii do Helwetii samochodem. Niemniej nawet przy założeniu, iż trzy rowery jadą na klapie zaś dwa na dachu auta i tak nie zdołalibyśmy się wszyscy załadować do mojego hatchbaka. Nie było najmniejszych szans na to by całą piątką ze wszystkimi bagażami i dwoma przednimi kołami pomieścić się w średniej wielkości aucie jakim jest Kia Cee’d. Trzeba wtedy było wykonać dwa kursy przez granicę. Na szczęście pogoda, acz kapryśna nie doprowadziła nas do takiej ostateczności. Po sutym śniadanku zaserwowanym nam przez męża Ewy postanowiliśmy poczekać aż niebo nieco się przejaśni. Teoretycznie gościnne progi „Il Portico” mieliśmy opuścić o 11:00. Niemniej nasi gospodarze byli cierpliwi, więc spakowaliśmy się dopiero około południa, gdy aura z lekka tylko się poprawiła. Jako pierwszy tzn. o 12:30 na trasę dwunastego etapu ruszył Darek. Jakiś kwadrans później Piotrek, Adam i ja. Natomiast Romek miał za zadanie pojechać bezpośrednio na bazę noclegową nr 13 w Champex i stamtąd wyjechać nam naprzeciw. W optymistycznej wersji zdobyć Wielkiego Bernarda od szwajcarskiej strony.

Zaraz po starcie mieliśmy półtora kilometra zjazdu do drogi krajowej SS26. Potem zaś 25-kilometrowy odcinek w dolinie, prowadzący generalnie lekko do Aosty, leżącej na wysokości 591 metrów n.p.m. Na dwunastym kilometrze przejechaliśmy przez niepozorną wioskę Arvier. Kolarscy kibice z zacięciem do historii tego sportu wiedzą, że tu właśnie w 1871 roku urodził się pierwszy triumfator Tour de France czyli Maurice Garin. Ten poddany włoskiego króla za młodu wyjechał do Francji i bodajże w roku 1892 uzyskał tamtejsze obywatelstwo. Zanim w 1903 roku zyskał nieśmiertelność dzięki zwycięstwu w pierwszej edycji „Wielkiej Pętli” w ostatniej dekadzie XIX wieku dwukrotnie wygrał Paryż – Roubaix (1897-98), zaś nieco później wielce prestiżowe w owym czasie maratony Paryż-Brest-Paryż (1901) i Bordeaux-Paryż (1902). Na trasie wyścigu Dookoła Francji najszybszy był także w sezonie 1904, lecz wraz z trzema innymi kolarzami ze ścisłej czołówki został zdyskwalifikowany co w praktyce położyło kres jego wielkiej karierze. Jechaliśmy cały czas na wschód mijając rozmaite opcje utrudnienia sobie pierwszej części tego etapu. W moim planie na ten dzień znajdował się podjazd z Avise do Verrogne (1582 m. n.p.m.) czyli 15,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,1 % i max. blisko 14 %. Wzniesienie pokonywane przez uczestników lipcowego GF Le Mont Blanc. Planując całą wyprawę trzymałem się, bowiem ogólnego założenia, iż przejeżdżać będziemy trzy wzniesienia dziennie. Niemniej późny start z La Salle i chmury kłębiące się na niebie sprawiły, iż zrezygnowaliśmy z tego wynalazku. Rozsądniej było dotrzeć do Aosty jak najkrótszą drogą, po to by sforsować Colle Gran San Bernardo zanim pogoda naprawdę się zepsuje. Zresztą prawdę mówiąc taki gigant jak Wielki Bernard śmiało może uchodzić za dwa podjazdy w jednym.

Skoro wspomniałem o Verrogne to dodam, że w górnej części Doliny Aosty (L’Alta Valle d’Aosta) nie brak podjazdów ciekawszych od tego, który w ostatniej chwili pominęliśmy. Na dalekim zachodzie mamy przejechane przez nas we wtorek Piccolo San Bernardo i San Carlo, a także Planaval w pobliżu naszego środowego startu oraz Val Veny u podnóża Masywu Monte Bianco (Mont Blanc). Ale to dopiero początek wyliczanki. Na południe od rzeki Dora Baltea odchodzą cztery długie podjazdy w głąb dolin: Valgrisenche, Val di Rhemes, Valsaverenche oraz Valnontey. Ta ostatnia wykorzystana na dwudziestym etapie Giro d’Italia z 1985 roku wygranym przez Amerykanina Andrew Hampstena. Dla odmiany na północ od głównej doliny lecą drogi prowadzące do górskich wiosek: Vedun, Vens, Vetan i Thouraz. Natomiast bezpośrednio z samej Aosty założonej przez cesarza Oktawiana Augusta w 25 roku p.n.e. wyrusza na południe ponad 18-kilometrowy podjazd do stacji Pila wykorzystany na Giro w latach 1987 i 1992. Przeszło 250-kilometrowe etapy włoskiego touru wygrywali w tym miejscu Szkot Robert Millar i Niemiec Udo Bolts. Na północ od stolicy regionu alternatywą dla kultowego Wielkiego Bernarda są trudne podjazdy do Champillon i Valpelline – Diga di Place Moulin. A to jeszcze nie koniec bowiem na wschód od Aosty znaleźć można drugie tyle wzniesień wysokiej klasy. Najciekawszym z nich jest trzykrotnie sprawdzony na Giro 27-kilometrowy podjazd do Breuil-Cervini położonej u podnóża słynnej góry Matterhorn (wł. Cervino). Przed rokiem wygrał na nim Kostarykańczyk Andrei Amador. W lipcu 2010 roku na terenie tzw. Media Valle d’Aosta i Bassa Valle d’Aosta miałem też okazję pokonać wspinaczki do Saint-Barthelemy, Druges, Saint-Pantaleon oraz Champorcher. Na terenie najmniejszego z włoskich regionów (tylko 3.263 km kw.) jest więc co najmniej ze trzydzieści podjazdów najwyższej i pierwszej kategorii. Dla amatora na moim poziomie to „materiał do obróbki” na pełne dwa tygodnie co czyni z Valle d’Aosta wymarzone miejsce na kolarskie wakacje. Szczególnie dla tych cykloturystów, którzy chcieliby ograniczyć samochodowe transfery pomiędzy górami do absolutnego minimum.

Po przejechaniu 26 kilometrów byliśmy już w centrum Aosty, gdzie w okolicy lokalnego szpitala musieliśmy przeskoczyć na drogę krajową SS27 czyli Viale Gran San Bernardo. Tu zaczęła się nasza wspinaczka do pochmurnego nieba, tak długa iż zdawała się nie mieć końca. Pośród około trzystu pokonanych przez mnie dotąd podjazdów Wielki Bernard ma co prawda dopiero piętnaste miejsce na liście najwyższych wzniesień, lecz w rankingu największych (według wysokości względnej) jest dziś drugi i to tylko przy założeniu, iż południową Gavię należy liczyć od Edolo. Aby przedostać się z Valle d’Aosta na teren kantonu Valais trzeba pokonać 34,3 km o średnim nachyleniu 5,5 % przy max. 12 % co oznacza, iż południowy Wielki Bernard ma przewyższenie aż 1882 metrów! Północna droga na tą przełęcz liczona od Orsieres to „tylko” 25,5 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i max. 15 % co daje amplitudę 1572 metrów, acz doliczając łatwiejszy odcinek między Sembrancher a Orsieres wychodzi w sumie 30,6 kilometra z przewyższeniem 1752 metry. Tak czy owak monstrum znane ludzkości od starożytności. Pierwsza nazwa tej przełęczy to Col de Mont Jupiter, bowiem w czasach rzymskich stała tu świątynia poświęcona Jowiszowi. W roku 1035 wspomniany już przez mnie przy okazji jedenastego etapu Bernard z Menthon założył tu schronisko dla pielgrzymów z Anglii i Francji zmierzających do Rzymu szlakiem Via Francigena. Gdy powstał tu klasztor kanoników regularnych przełęcz nazywano już Col de Mons Joux. Niemniej gdy Bernarda ogłoszono świętym miejsce to bodaj najbardziej związane z jego życiową misję przemianowano na Col du Grand Saint-Bernard. Właśnie tym trudnym szlakiem zmierzał w maju 1800 roku na swą zwycięską II kampanię włoską Napoleon Bonaparte słynny „Bóg Wojny”, niestrudzony prawodawca i budowniczy dróg oraz niedoszły wybawca Narodu Polskiego w jednej osobie. Przymiotnik Wielka dodano tej przełęczy dla odróżnienia od niższej o blisko trzysta metrów przełęczy Małej imienia tego samego patrona, a leżącej dziś na granicy Francji i Włoch.

Peleton Tour de France przejeżdżał przez tą przełęcz w Alpach Pennińskich pięciokrotnie, co wydaje się być wynikiem nie najgorszym zważywszy na fakt, iż leży ona poza granicami Francji. Po raz pierwszy kolarze zajrzeli tu w sezonie 1949 na początku etapu z Aosty do Lozanny. Na premii górskiej pierwszy był Gino Bartali, zaś na mecie etapu jego rodak Vincenzo Rossello. Tak wówczas jak i przy trzech kolejnych okazjach wspinano się od południowej strony. W 1959 roku na odcinku z Saint-Vincent do Annecy pierwszy na górze był Hiszpan Carmelo Morales, zaś zwycięzcą etapu został Szwajcar Rolf Graf. W sezonie 1963 na legendarnym etapie z Val d’Isere do Chamonix wszystkie premie górskie wygrał Hiszpan Federico Bahamontes, lecz na mecie uprzedził go Francuz Jacques Anquetil. Z kolei w roku 1966 na etapie z Ivrei do Chamonix pierwszy na górze był Belg Martin Van den Bossche, lecz z sukcesu etapowego cieszył się Luksemburczyk Edy Schutz. Jednym słowem triumf na tej górze nie przekładał się nic cenniejszego. Przede wszystkim z tej przyczyny, iż była to na ogół pierwsza (raz druga) premia górska dnia zawsze pokonywana na wiele kilometrów przed metą. Podobnie było w 2009 roku, gdy na etapie z Martigny do Bourg-Saint-Maurice jedyny raz wspinano się od północy. Pierwszy na przełęczy był Włoch Franco Pellizotti, zaś na mecie triumfował Bask Mikel Astarloza. Giro d’Italia zaglądało w to miejsce sześciokrotnie (po trzykroć od każdej strony), lecz tylko cztery razy peleton dojeżdżał na samą przełęcz. W sezonie 1996 na stulecie nowożytnych Igrzysk Olimpijskich do programu wyścigu wstawiono nie tylko start w Atenach i całe trzy dni na greckiej ziemi, lecz również dwa odcinki z Aosty do Lozanny i Lozanny do Bielli celem zawitania do siedziby Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Przy obu tych okazjach granicę włosko-szwajcarską pokonano tunelem wykutym na wysokości około 1900 metrów n.p.m.

Giro d’Italia po raz pierwszy zajrzało w te strony w 1959 roku na decydującym o losach całego wyścigu etapie z Aosty do Courmayeur. Najszybciej na pierwszej i trzeciej premii górskiej czyli Wielkim i Małym Bernardzie jak i mecie całego odcinka zameldował się Luksemburczyk Charly Gaul. W sezonie 1963 dla odmiany jechano od północy na etapie z Leukerbad do Saint-Vincent i znów inaczej niż na Tourze sukces na górze przełożył się na triumf w dolinie. Tym razem dublet ustrzelił Włoch Vito Taccone, który na tym wyścigu wygrał aż pięć odcinków, zaś ten z Bernardem był jego czwartym zwycięstwem z rzędu. Podobny, acz dłuższy etap wyznaczono w 1985 roku. Po starcie z włoskiej Domodossoli wjechano do Szwajcarii, przejechano przełęcz Sempione (Simplon) i długi odcinek w Dolinie Rodanu by w końcu zmierzyć się z północnym obliczem Wielkiego Bernarda. Pierwszy na premii górskiej był Kolumbijczyk Rafael Acevedo, lecz do mety dojechało razem aż 53 kolarzy, z których najszybciej finiszował Włoch Francesco Moser. Niemal lustrzanym odbiciem tego etapu był odcinek czternasty z roku 2006. Kolarze pojechali wówczas z Aosty do Domodossoli po pokonaniu Gran San Bernardo od południa i większej części trasy na szwajcarskiej ziemi. Pierwszy na górze był Francuz Sandy Casar, zaś na mecie Kolumbijczyk Luis Felipe Laverde. Na koniec wypada wspomnieć o małym Wielkim Bernardzie czyli niepełnych wspinaczkach z roku 1996. Blisko sześciokilometrowy tunel (5798 metrów) wybudowano w ekspresowym tempie pięciu lat. Uroczystego otwarcia tej przeprawy dokonano 19 marca 1963 roku. Po włoskiej stronie wjeżdża się doń na wysokości 1875 m. n.p.m. w pobliżu wioski Saint-Rhemy-en-Bosses i tu pierwszy był Włoch Mariano Piccoli na etapie do Lozanny wygranym przez Ukraińca Aleksandra Gonczenkowa. Po szwajcarskiej stronie granicy wlot do tunelu znajduje się w okolicy Bourg-Saint-Bernard na wysokości 1918 m. n.p.m. W tym miejscu pierwszy zameldował się Francuz Laurent Roux, lecz na mecie w Bielli musiał uznać wyższość współtowarzysza ucieczki Duńczyka Nicolay’a Bo Larsena.

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku podjazdów bardzo długich i ogólnie wielkich nie porażają one swą stromizną. Nie podcinają nóg ostrym ukąszeniem niczym jadowity wąż. Raczej powolutku wysysają ze swych ofiar wszelkie siły witalne niczym potężny dusiciel. Gran San Bernardo jest typowym przedstawicielem tego gatunku górskich podjazdów. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,4 %. W tym czasie pod koniec trzeciego kilometra złapaliśmy Darka i na trzy minuty stanęliśmy. Po wznowieniu jazdy Dario nie był w stanie utrzymać naszego tempa, tym bardziej iż Adam w dolnej fazie podjazdu naprawdę zdrowo dokazywał. Po czterech kilometrach minęliśmy zjazd ku Valpelline. Po chwili wypoczynku na łatwiejszym 2,5-kilometrowym odcinku czekał nas fragment solidnego podjazdu między siódmym a dwunastym kilometrem wzniesienia. Tu Adam na tyle podkręcił tempo, iż Piotr chwilowo dał za wygraną. Mi też nie było łatwo, ale postanowiłem sprawdzić jak mocne karty ma najmłodszy członek naszej ekipy. Około dziesiątego kilometra, gdzie nachylenie podjazdu przekraczało 7 % zmieniłem go na prowadzeniu i dorzuciłem nieco paliwa do kotła. Adam szybko strzelił i wkrótce został dogoniony przez Piotra. Tymczasem ja czułem się wyśmienicie. Kto by pomyślał. Jeszcze dwa dni wcześniej w dolnej części Mont Cenis zastanawiałem się czy dam radę ukończyć tak finezyjnie zaprojektowaną eskapadę. Teraz zaś nie tylko nie było śladu po bólu w kolanie, lecz prawie nie czułem łańcucha. Oczywiście owo boskie uczucie potęgował fakt, iż na dojeździe do Etroubles był kolejny łatwy odcinek. We wiosce tej zatrzymałem się by zrobić zdjęcie i tym samym pozwoliłem się złapać. Ponieważ po każdym takim stopie byłem w stanie błyskawicznie dogonić jadących jednostajnie, acz nieco wolniej kolegów postanowiłem, że na tym podjeździe bardziej sumiennie podejdę do roli fotografa.

Za Etroubles (16 km) musieliśmy pokonać kolejny trudniejszy odcinek w sumie cztery kilometry o średnim nachyleniu blisko 6,5 %. Na tym fragmencie podjazdu przejechaliśmy przez wioskę Saint-Oyen (17,5 km), zaś tuż przed końcem dwudziestego kilometra na wysokości 1508 m. n.p.m. trzeba było odbić w prawo na Saint-Rhemy-en-Bosses aby pojechać na przełęcz. Droga w lewo prowadzi ku wiosce Saint-Leonard i dalej do wspomnianego tunelu. Tą opcję wybrał wcześniej Romek w myśl zasady by oszczędzać nasz wóz techniczny na górskim szlaku. Koszt tak wygodnej przeprawy to w przypadku samochodów osobowych 25 Euro. Przy rozjeździe ponownie odjechałem Adamowi. Zakładałem że pociągnę teraz mocniej przez kolejne dwa kilometry i zatrzymał się na foto-stopa przed Saint-Rhemy (21,7 km – 1611 m. n.p.m.) czyli najwyżej położoną osadą po włoskiej stronie przełęczy. Tym niemniej na dojazd Adama nie doczekałem się. Być może mój kolega sam zatrzymał się nieco wcześniej. Zdecydowałem się jechać dalej sam, solidnym tempem bez specjalnego oglądania się za siebie, lecz zarazem przystawać na chwilę gdy tylko coś ładnego lub ciekawego rzuci mi się w oczy. Po przejechaniu 23,8 kilometra na wysokości 1729 m. n.p.m. przejechałem przez mostek na prawy brzeg pędzącego tą doliną potoku. Po dwóch kolejnych kilometrach śmignąłem pod wiaduktem, którym poprowadzony jest tunel. Po przejechaniu 27 kilometrów byłem już w miejscu zwanym Pra d’Arc, gdzie na wysokości 1952 m. n.p.m. kończy się strefa lasu. Tu przed oczyma podróżnego ukazują się serpentyny, które wywiozą go z zielonej hali w szaro-biały rewir alpejskich turni. Od pewnego czasu padał już niewielki deszcz co nieco potęgowało odczucie chłodu. Niemniej podczas podjazdu to niewielki problem zważywszy, na fakt iż próba sprawnego pokonania takiego wzniesienia potrafi nieźle rozgrzać.

Po blisko dwóch godzinach wspinaczki nie byłem już tak rześki jak w połowie podjazdu. Około trzydziestego kilometra zacząłem odczuwać pewne zmęczenie, acz wciąż trzymałem się nieźle. Być może z rytmu wybiły mnie kolejne przystanki, w tym parę koło zabudowań postawionych niegdyś dla służb drogowych na wysokości 2215 metrów n.p.m. Zresztą ostatnia ćwiartka podjazdu, choć nie tak trudna jak końcówka północnego podjazdu może uchodzić za najtrudniejszy fragment południowego wzniesienia. Ostatnie 8,6 kilometra czyli odcinek od przejazdu pod wiaduktem do samej przełęczy ma średnio 7,1 %, zaś najtrudniejsze 500 metrów trzyma na poziomie 9,5 %. Na przedostatnim kilometrze przejeżdża się przez około dwustumetrową galerię. Granica leży na wysokości 2449 metrów n.p.m. Tym niemniej do przełęczy położonej już na terenie Szwajcarii brakuje stąd jeszcze 500 metrów umiarkowanego podjazdu o nachyleniu 4,8 % wzdłuż zachodniego brzegu niewielkiego jeziorka, które wobec długiej zimy roku 2013 dopiero zaczęło odmarzać. Cztery lata temu byłem na tej przełęczy w połowie czerwca i zastałem bardziej wiosenne warunki, acz nawet wtedy nie brakowało śniegu w bardziej zacienionych miejscach. Na pokonanie 34,3 kilometra z Aosty potrzebowałem 2 godzin 16 minut i 37 sekund. Tym niemniej za sprawą dwunastu przystanków straciłem równo 11 minut, więc sama wspinaczka kosztowała mnie 2h 05:37 przy średniej prędkości 16,4 km/h. Niespodziewanie jako drugi na górze ze stratą kilku minut pojawił się Piotrek. Wstępne harce najwięcej kosztowały Adama, który wykręcił czas brutto 2h 26:22 i netto 2h 11:16, gdyż jak wynika z danych „stravy” również kilka razy przystanął w górnej części podjazdu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na samej przełęczy czyli pod łącznikiem spajającym obie części górskiego schroniska. Następnie aby rozgrzać się przed długim zjazdem weszliśmy do hotelowej restauracji. Słynnego likieru św. Bernarda nie skosztowaliśmy, lecz zamówiliśmy po kawce i herbacie. Bodaj najdroższych w naszym życiu. Przede wszystkim jednak w znajdującej się na pierwszym piętrze łazience wysuszyliśmy nasze mokre i spocone ciuchy.

Po ponownym wyjściu na dwór zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą po północnej stronie przełęczy, zaś Pietro załapał się jeszcze na fotkę w otoczeniu trzech bernardynów czyli słynnych psów górskich ratowników. Na górze było około 10 stopni Celsjusza, lecz za sprawą wilgoci temperatura odczuwalna nie była tak komfortowa. Pierwsze sześć kilometrów tego zjazdu są strome (średnio 8,9 %). Pamiętam że dały mi nieźle w kość przed czterema laty. Tu nie można było się za bardzo rozpędzać. Za dużo zakrętów. Nieco wiatru. Zmarznięte dłonie. Jednym słowem trzeba było zachować wzmożoną ostrożność. Zjazd upraszcza się i wypłaszcza w rejonie północnego wlotu do tunelu. Tu przystanęliśmy na chwilę by zorientować, którą drogę dalej wybrać. Nieco niżej wjechaliśmy do bardzo długiej, bo liczącej 5,2 kilometra galerii w sporej części biegnącej wzdłuż wschodniego brzegu Lac de Toules. W dolnej części tego niby-tunelu powyżej 1700 metrów n.p.m. spotkaliśmy Romka wspinającego się od Orsieres. Romano bez dłuższego namysłu zawrócił i dołączył do nas. Jak sam przyznał czuł się tego dnia nie najlepiej więc uznał, że zrobione właśnie 15 kilometrów podjazdu plus finałowy do Champex-Lac (1470 m. n.p.m.) czyli 9,3 kilometra przy średniej 6,1 % w zupełności mu wystarczą. Śmiało ruszyliśmy dalej ku Bourg Saint-Pierre. Początkowo trzymałem się lepszych na zjazdach kompanów. Zjazd był łatwy technicznie i szybki, acz nie tak bardzo jak pokazuje to mój profil użytkownika na stravie. Bariery 100 km/h na pewno nie przekroczyłem. Nie wiem czy kiedykolwiek miałem śmiałość złamać 90-tkę. W okolicy Liddes pożegnałem kolegów, gdyż na końcówkę etapu miałem inne niż oni plany. Podobnie jak trzy dni wcześniej przed Sestriere postanowiłem dokonać pewnej wolty. Podjazd do Champex-Lac od strony południowej czyli z Orsieres poznałem już w czerwcu 2009 roku. Teraz dla odmiany postanowiłem się zmierzyć z trudniejszym północnym obliczem tego wzniesienia.

W tym celu po dotarciu w okolice Orsieres musiałem pozostać na drodze nr 21 by dotrzeć do Sembrancher. Tu należało skręcić w lewo ku Martigny by jadąc nadal po tej samej szosie dobić do Les Valettes. W dolinie wiał mocny przeciwny wiatr, więc aby schować się przed nim na wysokości Bovenier wybrałem równoległą boczną dróżkę. Tak dotarłem do Les Valettes wioski, w której przed czterema laty pomieszkiwałem przez tydzień wraz z Łukaszem Talagą, Andrzejem Gużem i Jarkiem Chojnackim podczas naszego alpejskiego Tour de Romandie. U podnóża finałowego podjazdu zatrzymałem się na małym parkingu by zrzucić z siebie ciuchy przydatne na zjeździe, które podczas wspinaczki mogły mnie ugotować. Zresztą sam podjazd przez Val D’Arpette zapowiadał się na taki, który potrafi nieźle rozgrzać. Muszę przyznać, że nie zawiódł tych oczekiwań. Od tej strony wspinaczka po wąskiej i krętej szosie przez łąki i las oraz wioski Bemont i Grangettes kończy się na wysokości 1498 metrów n.p.m. Całe wzniesienie liczy zaś sobie 10,2 kilometra o średnim nachyleniu 8,5 % przy max. 11 % i przewyższeniu 872 metrów. Finałową górę pokonałem w czasie 49 minut i 14 sekund czyli przy VAM 1062 m/h. Całkiem dobrym jak na końcówkę etapu, dwunasty dzień podróży i dalekie od optymalnych warunki pogodowe. W końcówce podjazdu zaczął padać mocny deszcz, więc na górę dotarłem zmęczony, przemoczony i wkrótce zziębnięty. Odczucia miałem więc skrajnie odmienne od tych z 2009 roku, gdy na południowych zboczach Champex wykańczał nas tak niemiłosierny upał, iż po dotarciu na górę zapragnąłem schłodzić nogi w jeziorze. Na szczęście do naszej bazy w Chalet du Jardin-Alpin brakowało mi już tylko  kilometra. Koledzy po południowej stronie Champex mieli nieco lepszą aurę. Ponieważ szybciej zakończyli zjazd i mieli do pokonania krótszy podjazd załapali się na deszcz, lecz zdołali umknąć przed ulewą. Na podjeździe mieli małe rodeo, gdyż musieli się przedrzeć przez żywą blokadę w postaci zmierzającego pod górę stada krów i spojrzeć bykowi prosto w oczy. Cały etap w moim wykonaniu miał 112 kilometrów i 2795 metrów przewyższenia. Pokonałem go w czasie netto 4 godzin 47 minut i 49 sekund przy średniej prędkości 23,3 km/h. Na trasie byłem zaś w sumie sześć godzin bez kilku minut.

Napisany w Alpy szwajcarskie 2013, Alpy włoskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone

11 etap: Bonneval-sur-Arc – La Salle

Autor: admin o wtorek 2. Lipiec 2013

Postój w Bonneval-sur-Arc oznaczał drugą z rzędu noc na sporej wysokości tzn. blisko 1800 metrach nad poziom morza. Nazajutrz mieliśmy opuścić Sabaudię i po raz kolejny wjechać do Italii. Niemniej tym razem już nie do Piemontu, lecz do najmniejszego z dwudziestu włoskich regionów czyli Doliny Aosty (Valle d’Aosta). Jedyna sensowna droga do tej pięknej krainy prowadzi przez przełęcze: Iseran i Petit Saint-Bernard. Tym samym już po raz piąty w trakcie tej śmiałej wyprawy byliśmy zmuszeni jednego dnia pokonać dwa dwutysięczniki. Co więcej na skutek pamiętnej śnieżnej blokady na Col de la Bonette właśnie podczas jedenastego etapu przyszło nam zdobyć naszą „Cima Coppi” czyli najwyższe wzniesienie na całej trasie. Zaraz po starcie mieliśmy bowiem sforsować wspomnianą już Col d’Iseran, przełęcz w Alpach Grackich wznoszącą się na wysokość aż 2770 m. n.p.m. Co prawda część źródeł podaje jako jej wysokość pułap 2762 lub też 2764 m. n.p.m., lecz nawet przy takim założeniu jest ona o kilka-kilkanaście metrów wyższa od włoskiej Passo dello Stelvio czy granicznej Colle dell’Agnello. To czyni z niej najwyższą naturalną przełęcz drogową w Alpach i w zasadzie całej Europie. Owszem po asfalcie na terenie Starego Kontynentu można wjechać jeszcze wyżej. Przede wszystkim na Pico de Veleta (3380 m. n.p.m.) w andaluzyjskich górach Sierra Nevada. Poza tym na lodowce Tiefenbachferner / Rettenbachferner (2829 / 2795 m. n.p.m.) powyżej tyrolskiego miasteczka Solden czy też w samej Francji na Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.), leżącą na granicy Alp Prowansalskich i Nadmorskich. Niemniej dwie pierwsze wspinaczki to tzw. ślepe drogi, zaś trzecia w sposób naturalny kończy się na wysokości 2715 m. n.p.m., zaś wyżej dojeżdża się wykonując dodatkową pętlę wokół wierzchołka góry.

Pomysł wybudowania szosy przez tą przełęcz narodził się już w roku 1912. Niemniej wkrótce wybuchła Wielka Wojna i za budowę tej drogi wzięto się ostatecznie dopiero w 1929 roku. W końcu 10 lipca 1937 roku Prezydent Republiki Albert Lebrun dokonał jej uroczystego otwarcia co zarazem zwieńczyło cały projekt drogowy pod dumnie brzmiącą nazwą Route des Grandes Alpes. Pierwszy dyrektor Tour de France Henri Desgrange jakby tylko na to czekał, bowiem już rok później przejazd przez Iseran wrzucił do programu „Wielkiej Pętli”. Na liczącym sobie aż 311 kilometrów etapie piętnastym z Briancon do Aix-les-Bains kolarze musieli zdobyć Iseran od południa mając już w nogach słynny Galibier. Pierwszy na szczycie był Belg Felicien Vervaecke, zaś na mecie etapu jego rodak Marcel Kint. Niemniej ich poczynania spokojnie kontrolował lider wyścigu Włoch Gino Bartali. Rok później organizatorzy TdF poszli za ciosem i podobny do zeszłorocznego, tym razem 294-kilometrowy etap z Briancon do Annecy podzieli na trzy podetapy. Drugą tercją morderczego szesnastego etapu była zaś pierwsza w dziejach Touru górska czasówka. Etap prawdy wyznaczono na trasie 64,5 kilometra z Bonneval-sur-Arc do Bourg-Saint-Maurice. Było to w zasadzie kilkanaście kilometrów podjazdu pod Iseran oraz kilkadziesiąt kilometrów zjazdów i płaskich odcinków po północnej stronie przełęczy. Próbę tą zdecydowanie wygrał późniejszy triumfator wyścigu Belg Sylvere Maes (w czasie 1h 55:41) o przeszło cztery minuty dystansując swego rodaka Edwarda Vissersa i Francuza Pierre’a Gaillen. Po II Wojnie Światowej „Jej Wysokość” Col d’Iseran powróciła na trasę Touru jeszcze pięć razy. W latach 1949, 1959 i 1963 zdobywali ją od południa: Francuz Pierre Tacca, Austriak Adolf Christian i Hiszpan Fernando Manzaneque. Natomiast w sezonach 1992 i 2007 jako pierwsi od północy meldowali się tu Włoch Claudio Chiappucci i Ukrainiec Jarosław Popowicz. W swej północnej postaci miała się jeszcze pojawić na Tourze w 1996 roku na etapie do Sestriere. Niemniej jak wiadomo pogoda w górach zmienną jest, więc w obliczu śnieżnej zawiei całą kolumnę wyścigu spakowano do samochodów i przewieziono do Le Monetier-les-Bains.

Całe szczęście my we wtorkowe przedpołudnie mieliśmy pogodę jak marzenie. Nad nami błękit nieba i pomimo sporej wysokości aż 28 stopni Celsjusza. W tak pięknych okolicznościach przyrody serca rwały się do drogi. Śniadanko w oberży, krótki spacer po wiosce, następnie pakowanie dobytku do auta i około dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. Trzej spośród nas byli już wcześniej na Col d’Iseran. Ja i Piotr wjechaliśmy na tą przełęcz w lipcu 2005 roku. Darek zdobył ją cztery lata później, gdy z naszego postoju w Bourg-Saint-Maurice wybrałem się na południowy Roselend oraz do stacji Les Arc. Tym niemniej żaden z nas nie miał okazji do poznania południowego podjazdu pod Iseran. Jako pierwszy na szlak wyruszył Adam. Kilka minut po nim wystartowałem i ja w towarzystwie Piotra. Natomiast Darek z Romkiem dali sobie pół godziny więcej czasu. Wyjechaliśmy z wioski na drogę D902, gdzie po trzystu metrach delikatnego wstępu zaczął się ów podjazd do nieba. W sumie 13,1 kilometra o średnim nachyleniu 7,3 % i przewyższeniu 959 metrów. Na pierwszych trzech kilometrach mieliśmy jeszcze piękny widok na opuszczaną przez nas dolinę jak i samą wioskę Bonneval. Jako, że startowaliśmy z wysoka szybko zostawiliśmy za plecami ostatnie drzewka i wjechaliśmy na górskie hale. Umówiłem się z Piotrem na wspólną jazdę, więc będąc w nieco lepszej kondycji mogłem jechać z małą rezerwą. Po niespełna pięciu kilometrach minęliśmy Chapelle Saint-Barthelemy (4,8 km) i przejechaliśmy na lewy brzeg potoku Ruisseau de la Lenta. Tu powyżej 2250 metrów n.p.m. co raz szybciej zaczęło ubywać roślinności i wkrótce wspinaliśmy się już pośród skał coraz mocniej przyprószonych śniegiem zalegającym tu jeszcze od zimy. O dziwo na tak dużej wysokości ruch samochodowy był niemały i do tego nie-stricte osobowy. W obie strony jeździły też ciężarówki z materiałem budowlanym. Pełen szacunek dla umiejętności i zimnej krwi ich kierowców, którzy musieli się wymijać na tak wąskiej dróżce.

Na przełęcz wjechaliśmy w czasie 1 godziny 9 minut i 12 sekund. Odliczając niespełna trzy minuty, które spędziłem na robieniu zdjęć wyszedł mi więc czas netto 1h 16:24 i średnia prędkość 11,8 km/h. Tymczasem Adam, który na tym odcinku mocniej przycisnął wyrobił się w czasie 1 godziny i 30 sekund. Na przełęczy panowała piknikowa atmosfera. Wciąż pełnia słońca i przyjemne 19 stopni Celsjusza. Adama nie udało nam się zastać na górze. Było za to wielu turystów, którzy dostali się w to miejsce na swych rowerach, motorach czy samochodami, a nawet autobusem. W odległości kilkudziesięciu metrów od drogi stoi tu kościółek Chapelle Notre-Dame-de-Toute-Prudence. Po przeciwległej stronie szosy krótka alejka biegnie na położony nieco wyżej parking, ponad którym powiewają flagi departamentu Savoie i gminy Bonneval. Natomiast tuż przed początkiem zjazdu do Val d’Isere po lewej stronie szosy znajduje się niewielkie schronisko. W nim zaś na parterze znajduje się sklep z pamiątkami, w którym zakupiłem okolicznościowy magnes na lodówkę. Na długim bo 44-kilometrowym zjeździe do Seez chciałem sobie zrobić przynajmniej kilka foto-przystanków. Dlatego ustaliliśmy z Piotrem, że każdy z nas pokona ten odcinek solo, po czym spotkamy się ponownie na podjeździe pod Petit Saint-Bernard lub najpóźniej na samej francusko-włoskiej granicy. Tym niemniej dojazd do Seez to nie samo „szusowanie”. Odcinku zjazdu przeplatają się tu z płaskim terenem, na którym trzeba nieco popracować. Najpierw 15 kilometrów zjazdu. Technicznego na odcinku 11,2 kilometra do mostku nad Izerą (Pont Sant-Charles), potem bardziej na wprost już na prawym brzegu rzeczki. W trakcie przejazdu przez Val d’Isere już tylko delikatnie w dół przez około dwa kilometry. Ta słynna stacja narciarska była gospodarzem alpejskich Mistrzostw Świata w roku 2009, zaś siedemnaście lat wcześniej gościła uczestników Zimowej Igrzysk Olimpijskich w Albertville. W sezonie 1996 wyznaczono tu metę górskiej czasówki TdF, którą wygrał Rosjanin Jewgienij Bierzin. Kolarz Gewissu w pokonanym polu pozostawił samych asów tzn. Bjarne Riisa, Abrahama Olano, Tony Romingera, Miguela Induraina i młodziutkiego Jana Ullricha.

Za Val d’Isere trzeba było pokonać siedmiokilometrowy odcinek płaskiego terenu. Ten fragment drogi w dużej części poprowadzony jest przez ciemne i mokre tunele oraz galerie wzdłuż brzegów Lac de Chevril. Kończy się on przy tamie na północnym skraju sztucznego jeziora. Po tej zaporze można przejechać na zachodnią stronę całego akwenu i spróbować swych sił na 5-kilometrowym podjeździe do stacji narciarskiej Tignes. Stanowi ona wraz z Val d’Isere podstawową część kompleksu narciarskiego Espace Killy mogącego się pochwalić 300 kilometrami tras zjazdowych i 44 kilometrami tras biegowych. Do Tignes również zajrzała już „Wielka Pętla”. Było to w roku 2007, gdy po śmiałej akcji z przewagą blisko trzech minut nad najbliższym z rywali wygrał Duńczyk Michael Rassmussen. „Kurczak” z Rabobanku po tym etapie wyszedł na prowadzenie, lecz jak wiemy nie dowiózł żółtego trykotu do Paryża, choć na górskich odcinkach tej imprezy nie było na niego mocnych. Do Tignes nie było nam jednak po drodze. Ruszyłem więc dalej na północ aby pokonać kolejne 15 kilometrów zjazdu tym razem z finałem we wiosce Viclaire. Potem trzeba było jeszcze pokonać kolejny płaski odcinek, tym razem długości 5 kilometrów. Trudny, ze względu na mocny przeciwny wiatr wiejący w tej dolinie. Przy wjeździe do Seez spotkałem jadącego z naprzeciwka Adama, który coś do mnie zagaił, lecz nie do końca zrozumiałem co. Później okazało się, że obaj przejechaliśmy już skręt ku Col du Petit Saint-Bernard (2188 m. n.p.m.) i mój kolega szukał właśnie właściwej drogi. Tymczasem ja spodziewałem się ją znaleźć nieco niżej, najpewniej przy dużym rondzie tuż poniżej miasteczka i dopiero zjechawszy w to miejsce doszedłem do tych samych wniosków co Adam. Jako, że w końcówce zjazdu zmęczył mnie upał i przeciwny wiatr postanowiłem tu kilka minut odpocząć i przy tej okazji odchudzić nieco zawartość kieszonek w swej koszulce. Zawracając w kierunku centrum Seez w poszukiwaniu szosy D1090 zakładałem, że zacznę podjazd pod Małego Bernarda ze stratą około dziesięciu minut do Adama i dwudziestu do Piotra.

Tym niemniej profil podjazdu był moim sprzymierzeńcem. Petit-Saint-Bernard to podjazd długi, acz łagodny czyli 27,7 kilometra o średnim nachyleniu 4,6 % i przewyższeniu 1284 metrów. Najtrudniejszy kilometr (trzeci od końca) na poziomie tylko 6,5 %. Jednym słowem góra w sam raz na jazdę w stałym rytmie i na twardym przełożeniu. Na całym podjeździe niczym na L’Alpe d’Huez jest 21 wiraży. Dziewiętnaście z nich w początkowej i środkowej fazie wzniesienia przed stacją La Rosiere (19,5 km – 1836 m. n.p.m.). Na drugim i trzecim kilometrze przejeżdża się przez bliźniacze wioski Villard Dessus i Villard Dessous. Wyżej mija się hotel Belvedere (11 km – 1462 m. n.p.m.). Natomiast na wysokości Hauteville (15,3 km – 1653 m. n.p.m.) jest możliwość zjazdu w kierunku Montvalezan i powrotu do Val d’Isere, z której to opcji skorzystano na wspomnianym przeze mnie etapie TdF do Tignes. Sam zaś Petit-Saint-Bernard został wykorzystany na Tour de France czterokrotnie. Trzy razy w naszej zachodniej wersji. Dokładnie zaś w latach 1949, 1959 i 1963. Dwa razy w pakiecie z Iseran na etapach do Aosty i Saint-Vincent. Za trzecim razem na początku słynnego etapu z Val d’Isere do Chamonix podczas, którego zacięty pojedynek stoczyli Jacques Anquetil i Federico Bahamontes. Zdobywcami tej premii górskiej byli Włosi: Gino Bartali i Michele Gimondi oraz Bahamontes właśnie. Natomiast w 2009 roku na etapie do Bourg-Saint-Maurice najszybciej na tą przełęcz od wschodniej strony dotarł inny Włoch Franco Pellizotti. Z Małego Bernarda skorzystało również Giro d’Italia. Co ciekawe tak jak Tour w sezonie 1959. Miało to miejsce na 296-kilometrowym etapie z Aosty do Courmayeur przez Grand Saint-Bernard, Forclaz i Petit-Bernard czyli wiodącym po szosach trzech państw. Pierwszy na premii górskiej był tego dnia Luksemburczyk Charly Gaul, który wygrał też etap z przewagą 36 sekund nad Włochem Imerio Massignan’em. Co najważniejsze jednak „Anioł Gór” blisko 10 minut dołożył przeżywającemu ciężki kryzys Anquetilowi i w ten sposób odebrał Francuzowi różową koszulkę lidera na dzień przed zakończeniem wyścigu.

Jechałem cały czas mocno aby nadrobić jak najwięcej czasu nad kolegami i spotkać ich na przełęczy. Zastanawiałem się też czy Romek, który z Iseran zawrócił do Bonneval-sur-Arc po samochód zdąży mnie minąć na tym długim podjeździe. Jechać można było niemal cały czas na przełożeniach 34×19 i 34×17, zaś na najbardziej łagodnych odcinkach nawet wrzucić dużą tarczę czyli 50-tkę. Podczas jazdy towarzyszyła mi słoneczna pogoda, dopiero nad samą przełęczą zaczęły gromadzić się chmury. wszyscy skończyliśmy ta wspinaczkę około 14:30. Na podjeździe Adam przegonił Piotra i jako pierwszy zameldował się na kolejnej górskiej premii. Jak podejrzałem na „stravie” wjechał w czasie 1 godziny 34 minut i 43 sekund. Ja uwinąłem się w czasie netto 1 godzina 32 minuty i 13 sekund przy średniej 17,8 km/h. Do oficjalnego czasu doliczyły mi się równo dwie minuty spędzone na dwóch foto-przystankach. Pierwszym przy wjeździe do La Rosiere i drugim w samej końcówce przed pomnikiem Bernarda z Menthon. Ten urodzony nad jeziorem Annecy wędrowny kaznodzieja założył w XI wieku schronisko dla wędrowców na Col de Mons Joux znanej obecnie jako Col du Grand Saint-Bernard. Dziś jest świętym oraz patronem mieszkańców Alp i alpinistów, zaś jego imię nosi kilka alpejskich przełęczy w tym aż trzy dwutysięczniki. Na wysokości Hospice Petit Saint-Bernard byłem już prawie na kole Piotra, który zbliżał się właśnie do przełęczy. Od schroniska do granicy przy megalitycznym kamieniu Le Cromlec’h trzeba było przejechać jeszcze 1200 metrów. My zatrzymaliśmy się nieco wcześniej bo przy stojącym po prawej stronie drogi Bar de Lancebranlette. Ledwie zdołaliśmy się rozsiąść przy stolikach tej jadłodajni a dojechał do nas Romek. Naszego „dyrektora” w barwach grupy Mróz-Action namówiłem na to by po dojechaniu do bazy w La Salle wskoczył na rower i wyjechał nam naprzeciw. Tym sposobem do pokonanego przed południem Iseran mógł dorzucić bardzo trudny podjazd pod Colle San Carlo od północnej strony.

Tymczasem Dario, który z Iseran zjeżdżał z licznymi przystankami przez około półtorej godziny dopiero kończył swój blisko godzinny przystanek w Seez. Załamanie pogody złapało go już w pierwszej połowie podjazdu. Temperatura szybko spadła z 30 do 14 stopni. Aby cieplej się ubrać Darek zrobił sobie dwa w sumie piętnastominutowe przystanki. Niemniej na siedemnastym kilometrze lało już tak mocno, iż przed deszczem musiał się schować w lesie i pod drzewami przeczekać najgorsze. Tu na wysokości około 1600 metrów n.p.m. spędził kolejne dwadzieścia minut. Góra ogólnie nie przypadła mu do gustu. Dario woli kręcić na miękkim przełożeniu, w wysokim rytmie co niekiedy daje dobre efekty na stromych podjazdach. Ta szkoła nie mogła się jednak sprawdzić na Petit Saint-Bernard i jak sam przyznał ten podjazd dłużył mu się niemiłosiernie. Dodatkowo za sprawą kiepskiej aury na pokonanie Małego Bernarda potrzebował niemal trzech godzin, choć na rowerze spędził w tym czasie 2 godziny i 15 minut. Włoski podjazd na Piccolo San Bernardo jest nieco krótszy, lecz odrobinę bardziej solidny niż jego francuskie odbicie. Droga z Pre Saint-Didier liczy sobie 22,9 kilometra przy średniej 5,2 % i przewyższeniu 1180 metrów. Niemniej w myśl zasady, że żadna góra nam nie straszna na deser przyszykowałem dla nas jeszcze podjazd pod San Carlo od strony La Thuile. Tym samym nasz zjazd ograniczyć się miał do 13 kilometrów. Znając tą stronę góry z lipca 2010 roku chciałem na niej zrobić kilka zdjęć m.in. przy Ristorante Lo Riondet i wiosce Le Serrand. Dlatego nie próbowałem utrzymać kontaktu z Piotrem i Adamem. W paru miejscach trzeba było bardziej uważać, gdyż trwały tam właśnie roboty drogowe w wyniku, których szosa nie tylko była zwężana, lecz zamieniała się w podstępną dla naszych opon kamienistą tarkę. Po dotarciu do La Thuile zatrzymałem się na „tankowanie” w barze dla cyklistów.

Południowe San Carlo to nie taki potwór jak jego północny większy brat, który ma 10,5 kilometra przy średniej 9,8 %. Po tej stronie przełęczy licząc od La Thuile podjazd ma tylko 7 kilometrów przy średnim nachyleniu 7,1 %. Niemniej składa się on z dwóch diametralnie różnych odcinków. Pierwszy łagodny liczy sobie 2,8 kilometra przy mizernej średniej 3,6 %. Drugi o połowę dłuższy czyli 4,2 kilometra za osadą Preillon ma średnio 9,5 % przy max. aż 15 %. Przełęcz ta dwukrotnie pojawiła się na Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1973 roku na etapie z Genewy do Aosty. To Giro zaczęło się prologiem w belgijskim Verviers i w następnych dniach odwiedziło jeszcze Kolonię, Luksemburg i Strasburg by wjechać do Italii tunelem pod Mont Blanc dopiero piątego dnia wyścigu. Na przełęcz św. Karola wspinano się wówczas od strony północno-zachodniej czyli z wykorzystaniem 10-kilometrowego odcinka między Pre Saint-Didier a La Thuile czyli dolnej części podjazdu na Piccolo San Bernardo. Na premii górskiej pierwszy był Juan Manuel Fuente, lecz na mecie w Aoście tak on, jak też Włoch Giovanni Battaglin i drugi Hiszpan Gonzalo Aja musieli uznać wyższość Eddiego Merckxa, który w tej imprezie prowadził od startu do mety przez całe trzy tygodnie. Z kolei podczas Giro z 2006 roku metę etapu ze startem w Alessandrii wyznaczono w La Thuile i kolarze musieli się zmierzyć z północnym San Carlo. Jako pierwszy na przełęcz wjechał Leonardo Piepoli tuż przed Ivanem Basso, obaj w czasie 34:55. Ponieważ było zimno i mocno padało Basso będący zdecydowanym liderem tego wyścigu nie ryzykował na zjeździe i Leo wygrał ten odcinek z przewagą 44 sekund nad Ivanem. Tymczasem ja stoczyłem kolejny zacięty, acz „korespondencyjny” pojedynek z Adamem. Mój kolega pokonał ten podjazd w czasie 28 minut i 22 sekund. Natomiast ja teoretycznie w czasie 29 minut, lecz odliczając kilkadziesiąt sekund straconych na zdjęcie kurtki przed stromizną wspinałem się przez 28 minut i 18 sekund przy średniej prędkości 12,9 km/h. Jednym słowem etap jedenasty wytrzymaliśmy w bardzo podobnej kondycji.

Na zjeździe około trzy kilometry przed Morgex spotkałem wspinającego się od północnej strony Romka. W tym momencie jeszcze nie padało, lecz w drugiej części wspinaczki Romano nie miał tyle szczęście i na przełęcz dotarł już w strugach deszczu. Po zjechaniu w dolinę musiałem śladami Piotra i Adama pokonać 1800 metrów po głównej drodze SS26 i na pierwszym rondzie odbić w lewo ku La Salle. Tu czekało mnie jeszcze 1600 metrów podjazdu do B&B „Il Portico” przy Via Innocenzio 51. W sumie 130 metrów dodatkowego przewyższenia. Taka hopka na dobicie, będąca faktycznie pierwszym fragmentem 11-kilometrowego podjazdu do Planaval (1762 m. n.p.m.). Etap ten liczył sobie 124,2 kilometra oraz 2940 metrów przewyższenia. Ów dystans przejechałem w czasie netto 5 godzin 31 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 22,5 km/h. W trasie byłem przez blisko niemal siedem godzin. Pod dachem „Il Portico” zastaliśmy bardzo dobre warunki lokalowe czyli dwa przestronne pokoje i elegancką łazienkę. Naszym gospodarzem była Ewa pochodząca z Krakowa, która dla strudzonych i spragnionych wędrowców przyszykowała na powitanie kilka kartonów „życiodajnego” soku Bravo. Gdy nieco odsapnęliśmy, po przyjeździe Romka, późnym popołudniem podjechaliśmy samochodem na zakupy do Morgex. Natomiast wieczorem dzięki uprzejmości naszej rodaczki wypraliśmy nasze brudne kolarskie ciuchy robiąc sobie jakże cenny zapas czystej odzieży na ostatniej trzy dni wyprawy. Dario dotarł do „Il Portico” tym razem jeszcze za dnia, acz dopiero na kwadrans przed 21-wszą. Tym niemniej trudy podróży powetowała mu wyśmienita kolacja w pobliskiej restauracji. Według Darka zaserwowana mu „piemontina” w kategorii „najlepsza pizza na kolarskim szlaku” zdetronizowała liderujące dotąd ex-aequo potrawy z Zell Am See oraz Bregencji.

Napisany w Alpy francuskie 2013, Alpy włoskie 2013, Route des Grandes Alpes | Komentarze są wyłączone