banner daniela marszałka

Prada Alta

Autor: admin o sobota 25. Lipiec 2015

Po treningowym wypadku z 7 czerwca musiałem się rozstać z szosą na ponad trzy tygodnie. W tym czasie goiłem rany poddając się fizykoterapii i następnie rehabilitacji. Jeszcze przed jej zakończeniem ostrożnie wsiadłem na rower. Oczywiście musiałem zrezygnować z 16-dniowej wyprawy do północno-zachodnich Włoch zaplanowanej na przełom czerwca i lipca. Na szczęście tą wycieczkę do Ligurii i Piemontu udało mi się przesunąć na wrzesień. Treningi wznowiłem 1 lipca mając nieco ponad trzy tygodnie na złapanie niezłej kondycji przed rodzinnymi wakacjami nad Lago di Garda (24 lipca – 3 sierpnia). Do tego czasu zdążyłem zaliczyć dwanaście treningów, po których mogłem być ostrożnym optymistą co do swej formy przed pierwszym w tym roku górskim testem. Nad największym z włoskich jezior miałem mieć kilka przedpołudniowych okazji do przetestowania nie tylko swych nóg, serca czy płuc, ale i przede wszystkim kontuzjowanego prawego barku. Za swego rodzaju poligon doświadczalny posłużyć mi miało sześć przeszło 20-kilometrowych podjazdów. Na tyle długich by przed kolejnymi dłuższymi i trudniejszymi wyprawami wejść w rytm górskiej jazdy. Zarazem jednak niezbyt stromych, aby nie męczyć barku dłuższą jazdą w pozycji stojącej. Do swego menu wybrałem dwa wzniesienia w masywie Baldo na wschodnim brzegu Gardy, dwa kolejne w paśmie Monti Lessini na północ od Werony i w końcu dwa ostatnie u południowych krańców Parco regionale dell’Adamello już nie na terenie Veneto, lecz w lombardzkiej prowincji Brescia. Ponieważ wynajęliśmy apartament między Desenzano a Sirmione (na południowym brzegu jeziora) musiałem być przygotowany na poranne transfery. Na start swych górskich odcinków specjalnych musiałem dojeżdżać samochodem od 40 do 90 kilometrów w jedną stronę. Do pierwszego celu dotarłem drogą wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Po drodze minąłem ufortyfikowaną Peschierę del Garda, parki rozrywki spod znaku Gardaland, pełne turystycznych atrakcji Lazise i w końcu Bardolino, wokół którego wytyczono trasę czasówki podczas Mistrzostw Świata z 2004 roku.

Moim pierwszym wyzwaniem miał być podjazd z Torri del Benaco na Prada Alta (1154 m. n.p.m.). W sumie 22,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu 1087 metrów. Przy tak umiarkowanym nachyleniu aż trudno uwierzyć, że wzniesienie to dzieli wierzchołek ze słynną Punta Veleno. To znaczy z ekstremalnie stromą wspinaczką wypróbowaną na Giro del Trentino z 2012 roku. Tylko zachodni Zoncolan może stawać znią w szranki o tytuł najbardziej ostrego podjazd, z jakim mieli okazję się zmierzyć współcześni „profi”. Na takie wyzwanie nie byłem gotów ledwie siedem tygodni po twardym lądowaniu przy Leśniczówce w Gołębiewie. Obejrzałem sobie łagodniejsze oblicze tej góry, zaś pojedynek z prawdziwym „potworem” przełożyłem na kolejny sezon. Sobota 25 lipca była dniem ciepłym i słonecznym, jak prawie każdy podczas naszych włoskich wakacji. Na starcie przed godziną dziesiątą miałem już 26 stopni. Ze względu na gęstą sieć szos w tym rejonie nieco obawiałem się o to czy w drodze na szczyt nie pomylę gdzieś trasy. Ruszyłem w górę SP32a znaną jako via per Albisano. Pierwsze 1800 metrów jeszcze na terenie Torri del Benaco, kolejne dwa kilometry tą samą wąską drogą lecz już wśród drzewek oliwnych. Na siódmym wirażu trzeba było skręcić w lewo by zmienić kierunek jazdy z wschodniego na północny. W połowie piątego kilometra minąłem Albisano (4,4 km), po czym między połową szóstego a końcem ósmego kilometra pokonałem kolejny zakręcony odcinek z ośmioma wirażami, w międzyczasie wjeżdżając na SP9. Największą miejscowością na tym szlaku było San Zeno di Montagna (9,8 km). Można tu było skręcić w prawie ku wiosce Lumini lub pojechać na wprost czyli na północ. Wybrałem to drugie rozwiązanie i pod koniec dwunastego kilometra na wirażu nr 18 ponownie odbiłem na wschód. Jak widać na załączonym profilu dopiero w tym miejscu góra nieco przycisnęła, ale nie na długo.

Kolejny trudniejszy odcinek zaczął się w połowie piętnastego kilometra po minięciu Passo dello Sceriffo. Wiódł on przez las od zakrętu na wysokości pomarańczowego hotelu do osady Pra Besterna. Wyżej miałem przed sobą już tylko dwie Prady: Dolną i Górną. To znaczy najpierw Prada Bassa (17,6 km) i następnie pozorny cel mojej wspinaczki czyli Prada Alta (19,6 km). Niemniej gdy dotarłem w to miejsce jeden rzut oka na licznik przekonał mnie, że to jeszcze nie koniec zabawy. Brakowało nieco dystansu jak i solidnej dawki metrów w pionie. Nie bardzo jednak widziałem, gdzie zaczynać się może ta spodziewana dokładka. Szosa szła teraz lekko w dół zamiast dalej piąć się do góry. Musiałem przejechać jeszcze półtora kilometra i stracić 22 metry ze zdobytej wcześniej wysokości by ujrzeć przed sobą ostry finał tego ogólnie łagodnego wzniesienia. Na koniec czekało mnie 1500 metrów wspinaczki o średnim nachyleniu 10,4 % przy maksymalnej stromiźnie powyżej 15 %. Przejechałem ten odcinek z przeciętną 10,5 km/h i kadencją na poziomie 63 rpm. Można powiedzieć, że dopiero tu dało się odczuć bliskość przeraźliwie stromej Punta Veleno. Czaiła się ona po drugiej stronie polany na której zakończyłem swoją wspinaczkę, zaś o jej wrednym charakterze świadczyła tablica wystawiona przez sąsiednią gminę Brenzone. Na pojedynek z tym ekstremalnym wzniesieniem przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem w nogach miałem południowo-zachodni podjazd pod Prada Alta, który pokonałem w czasie 1h 14:36 przy średniej prędkości 18,3 km/h. Według dzisiejszej stravy daje mi to 19 miejsce pośród 157 zarejestrowanych zdobywców tej góry. Wskaźnik VAM na wzniesieniu o tak „lekkim” profilu nie miał prawa być wysoki, więc wyszło mi tylko 863 m/h. Niemniej na stromej końcówce było znacznie lepiej tzn. 1146 m/h, z czego wnoszę że jednak całkiem dobrze wytrzymałem ten podjazd.

Napisany w Alpy włoskie 2015_1 | Komentarze są wyłączone

Gavia & Bormio-2000

Autor: admin o niedziela 17. Sierpień 2014

Chcąc godnie zwieńczyć całą dziesięciodniową podróż musiałem zdobyć jeszcze dwa wzniesienia. Oba rozpoczynające swój bieg na ulicach Bormio. Pierwszym z nich miała być legendarna Passo di Gavia (2621 m. n.p.m.). Po Stelvio i Agnello trzecia najwyższa przełęcz drogowa (asfaltowa) we Włoszech. Szósta w całej Europie gdy dodamy: Bonette, Iseran i Galibier. Pośród najbardziej wyniosłych kolarskich podjazdów na Starym Kontynencie zajmująca dziewiąte miejsce uwzględniając „ślepe drogi” z finałami na Pico Veleta w Andaluzji czy też pod tyrolskimi lodowcami w dolinach Otztal i Kaunertal. Na przełęczy tej byłem już wcześniej dwukrotnie. Po raz pierwszy w lipcu 2006 roku w towarzystwie m.in. Darka Kamińskiego, który wówczas debiutował w Alpach. Potem raz jeszcze w czerwcu 2008 roku gdy wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim objeżdżałem niemal całe włoskie Alpy od regionu Friuli-Venezia Giulia po zachodnią część Piemontu. W trakcie tej długiej podróży wzięliśmy udział w Gran Fondo Marco Pantani, imprezie znanej dziś jako GF Giordana. Na wyścigu tym pierwszą i największą przeszkodą jest właśnie Gavia, zaś dzieła zniszczenia dopełniają: Mortirolo i Valico San Cristina. Niemniej w obu tych przypadkach zdobywałem Gavię od popularniejszej południowej strony tj. z początkiem właściwej wspinaczki w miejscowości Ponte di Legno. W tej przeszło 16-kilometrowej wersji pokonałem ów podjazd w 2006 roku. Natomiast dwa lata później w trakcie wspomnianego wyścigu podjeżdżałem znacznie dłużej bo od Edolo, przy czym pierwsze kilkanaście kilometrów – do okolic Ponte di Legno – były stosunkowo łagodne. Teraz miałem w końcu okazję poznać drugie oblicze tej góry. Północne zbocze, które podczas Giro d’Italia zazwyczaj pełniło rolę zjazdu, albowiem Gavia najczęściej była wykorzystywana w końcówkach etapów do Bormio lub też w pierwszej fazie odcinków kończących się w Aprice. Po głównym daniu w postaci Gavii na deser chciałem sobie zaserwować podjazd do Bormio-2000. Stacji narciarskiej położonej przeszło 700 metrów ponad miastem, na zboczach góry Monte Vallecetta (3148 m. n.p.m.).

Noclegi w Villa Isabella zarezerwowałem tylko na dziewięć nocy. Tym samym po niedzielnym etapie nie mieliśmy już po co wracać do Bianzone. Prosto z Bormio czekała nas długa podróż do ojczystego kraju. Z tego powodu przed wyjazdem z domu musieliśmy zapakować do samochodów cały nasz dobytek. Naturalnie taka wyprowadzka zajęła nam więcej czasu niż przygotowania do zwykłego etapu w sobotni poranek. Dlatego też do Bormio przyjechaliśmy grubo po godzinie jedenastej. Bez wahania skorzystaliśmy z naszej sobotniej miejscówki przy stacji Agip. Pogoda była wyborna, jakby aura chciała nas przeprosić za swe kaprysy z minionego tygodnia. Niestety trudy wyprawy dały się we znaki sporej części naszego zespołu. Daniel skończył wyjazd z kontuzją prawego kolana i tylko dzięki wielkiemu samozaparciu w sobotę wjechał na miękko pod niebotyczne Stelvio. Chociaż kusiła go perspektywa zdobycia równie słynnej Gavii to tym razem postanowił już spasować. Tego dnia czarny Willier miał pozostać w stanie spoczynku na dachu Citroena. Borys i Darek ostatnie popołudnie przed kilkunastogodzinną podróżą do Polski woleli poświęcić na pieszą turystykę czyli zwiedzanie centrum Bormio i jego najbliższych okolic. Tym samym na trasę swego dziesiątego etapu ruszyłem tylko w towarzystwie Adama i Tomka. Ekipa skromna, ale mocna o czym wkrótce miałem się raz jeszcze przekonać. Na starcie było ciepło. Przy błękitnym niebie słonko nieźle grzało. Niemal w samo południe czyli o godzinie 11:59 na liczniku zanotowałem aż 27 stopni. Tymczasem ubrałem się dość ciepło mając w perspektywie długi zjazd ze sporej wysokości. Chyba na moją wyobraźnię za bardzo podziałała mroźna legenda tej góry. W kolarskim światku nazwa Gavia brzmi równie dumnie co Stelvio, a przy tym bardziej złowrogo z uwagi na dramatyczne opowieści rodem z dziejów Giro. Droga przez tą przełęcz to blisko 44-kilometrowa „krajówka” SS 300 łącząca górną część Valtelliny w prowincji Sondrio z górną Val Camonica w innej lombardzkiej prowincji Brescia. Ciekawostką jest fakt, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych spory odcinek południowego podjazdu był szutrowy. Tym samym kolarscy kibice z owej epoki byli świadkami scenek, które dziś możemy obejrzeć tylko przy okazji wizyt Giro na piemonckiej Colle delle Finestre. Jak dotychczas wyścig Dookoła Włoch przejechał przez tą przełęcz dziesięć razy. Już dwie pierwsze wizyty Giro w tym miejscu sprawiły, że ta górska przeprawa zyskała miano „kultowej”.

Gavia zadebiutowała w roku 1960 na etapie dwudziestym (przedostatnim) z Trento do Bormio. Na tym 229-kilometrowym odcinku trzeba było pokonać też podjazdy pod Campo Carlo Magno i Tonale. Niemniej losy całego wyścigu miały się rozstrzygnąć na szlaku SS 300, który odśnieżano jeszcze w noc poprzedzającą przyjazd kolarzy. To tutaj znakomity włoski góral Imerio Massignan (dwukrotny „Król Gór” TdF z lat 1960-61) zgubił wybitnego klasyka Belga Rika Van Looy i samotnie dotarł na szczyt wzniesienia. Niestety na gruntowej wówczas drodze do Bormio zaliczył trzy defekty i przegrał etap o 14 sekund z Luksemburczykiem Charly Gaul’em. Tych kilkunastu sekund zabrakło mu też do trzeciego miejsca w generalce. Za ich plecami trwał drugi wyścig tzn. o zwycięstwo w całym Giro. Dzięki pomocy kibiców na podjeździe Gastone Nencini o kilkanaście sekund zdystansował Jacques’a Anquetila. Będąc doskonałym zjazdowcem Toskańczyk na zjazdach powiększył tą przewagę do 2:34. Jednak do różowej koszulki wciąż zabrakło mu 28 sekund. Pomimo takiego debiutu na swój kolejny występ w Giro przełęcz ta czekała aż do sezonu 1988. Etap czternasty miał tylko 120 kilometrów, zaś na odcinku z Chiesa Valmalenco do Bormio podjeżdżano też przez Aprikę. Tym razem karty rozdawała pogoda. Decydowały nie tylko mocne nogi i żelazne płuca, lecz przede wszystkim właściwe przygotowanie do oblodzonego zjazdu w śnieżnej zawiei. Na szczycie pierwszy był wszechstronny Holender Johan Van der Velde, lecz po 3-4 kilometrach zjazdu zmrożony do szpiku kości musiał się zatrzymać. Etap z przewagą kilku minut nad resztą stawki wygrali jego rodak Erik Breukink i Amerykanin Andy Hampsten, zaś „biedny” Van der Velde dotarł do mety z 45-minutową stratą. Pod koniec XX wieku Gavię wciąż pokonywaną tylko od południowej strony opanowali górale rodem z Andów czyli Kolumbijczycy. Najpierw w sezonie 1996 pierwszy na górze był Hernan Buenahora, zaś po nim w latach 1999-2000 najszybciej meldował się tu Jose Jaime „Chepe” Gonzalez. Po nich w latach 2004, 2006 i 2008 na listę zdobywców wpisali się Chorwat Vladimir Miholjević, Bask Juan Manuel Garate i Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio. Pierwszy i jedyny raz peleton Giro podjechał pod Gavię północnym zboczem dopiero w roku 2010. To na tym podjeździe skutecznie zaatakował Szwajcar Johan Tschopp, który następnie wygrał etap z metą na Passo del Tonale z przewagą 16 sekund nad Cadelem Evansem i 25 sekund nad Ivanem Basso. Na ubiegłorocznym etapie szesnastym wszystko „wróciło do normy” czyli znów wspinano się od południa. Przy tej okazji Robinson Chalapud nawiązał do wyczynów swych rodaków sprzed kilkunastu lat. Gavia podobnie jak Stelvio nie zawsze była przejezdna. W latach 1989 i 2013 etapy do San Caterina Valfurva i Val Martello były odwoływane.

Według „PVB – Lombardia 3″ podjazd, do którego zabraliśmy się niemal w samo południe liczyć miał 25,3 kilometra o przewyższeniu 1404 metrów przy średnim nachyleniu 5,5 % i max. 12 %. Niemniej w praktyce okazał się on blisko o kilometr dłuższy, a także nieco większy jako, że rozjazd na którym wyznaczyłem sobie start do wspinaczek pod Stelvio i Gavię znajduje się na wysokości 1197 metrów n.p.m. Już po niespełna trzystu metrach skręciliśmy w Via Ezio Vanoni by dalszą część podjazdu przemierzyć wzdłuż lewego brzegu potoku Frodolfo. Północny podjazd pod Gavię można podzielić na dwa mniej więcej równie długie, lecz wyraźnie odmienne swym charakterem części oraz łatwą końcówkę będącą jakby nagrodą za dotychczasowy wysiłek. Wedle naszej lektury pierwsze 12 kilometrów pomiędzy Bormio a Santa Caterina Valfurva ma średnie nachylenie ledwie 4,4 %. Na podjazd z prawdziwego zdarzenia wygląda tu tylko kilometr drugi tuż po wyjechaniu z Bormio oraz dłuższy odcinek pomiędzy 6 a 10 kilometrem od startu. Najtrudniejszy ze wszystkich był kilometr ósmy na poziomie 7,9 % z max. 10 %. Z drugiej strony nie brakowało tu również niemal płaskich fragmentów. Najłatwiej było na trzecim, czwartym i piątym kilometrze. Na tym odcinku przejechaliśmy przez trzy wioski: Uzza (2,4 km), San Nicolo di Valfurva (3,5 km) i San Antonio di Valfurva (4,7 km z odcinkiem po kostce). Moi koledzy ostro ruszyli ze startu. Pełni entuzjazmu gnali niczym „młode charty”. Na bardziej płaskich odcinkach rozpędzaliśmy się do 30 km/h. Najmocniej dokazywał Tomek. Adam nie wiele mu ustępował. Ja zaś zastanawiałem się czy to aby nie szaleństwo tak szybko zaczynać ten długi i w drugiej części bezsprzecznie trudny podjazd. Jak dla mnie tempo było zbyt wysokie na komfortową jazdę. Tym niemniej pociłem się nie tylko z racji nazbyt szybkiego wstępu do wspinaczki, lecz również z uwagi na raczej jesienne niż letnie odzienie. Po przejechaniu 12,1 kilometra przemknęliśmy obok bocznej drogi do Rifugio dei Forni i już byliśmy w miasteczku św. Katarzyny. Sześćset metrów dalej byliśmy już w centrum tej miejscowości, gdzie po przejechaniu kolejnego odcinku brukowego i przejazdu pod wiaduktem (12,9 km) skończyły się żarty i zaczęły schody. O tym jak szybko pokonaliśmy pierwszą część podjazdu świadczą dane ze „strava.com”. Znalazłem tu rezultaty z odcinka o długości 10,7 kilometra, który pokonaliśmy w czasie 33:47 (avs. 19,0 km/h) co jest 72 wynikiem na liście obejmującym aż 2560 nazwisk.

Tym niemniej odcinek pomiędzy Bormio a Santa Cateriną był tylko wstępem do trudniejszej „połówki” całego wzniesienia. O ile na pierwszych dwunastu kilometrach mieliśmy do pokonania tylko 540 metrów przewyższenia, o tyle na kolejnych dziesięciu aż 776. Trzeba było się przestawić na zupełnie inny tryb pracy. Oczywiście prędkość od razu nam siadła. Zmiana rytmu najbardziej uderzyła w Tomka, który został z tyłu jeszcze przed pierwszym wirażem za miasteczkiem (13,3 km). Zrazu najlepiej w nowym terenie odnalazł się Adam, który momentami odjeżdżał mi na 15-20 metrów. Myślałem już o tym nawet by na dobre puścić jego koło i znaleźć bardziej dogodny dla siebie rytm jazdy. Przetrzymałem jednak swój mały kryzys i pod koniec siedemnastego kilometra zacząłem wychodzić na zmiany. Podjazd powyżej Santa Cateriny wiódł krętym szlakiem przez las. Na odcinku 5 kilometrów przejechaliśmy w sumie dziesięć wiraży. W połowie dziewiętnastego kilometra wyjechaliśmy na otwarty teren wprost pod mocny przeciwny wiatr. Za jego sprawą półtorakilometrowy dojazd do Ponte dell’Alpe (20,4 km), choć trzymał na umiarkowanym poziomie 7,2 % był bodaj najtrudniejszym fragmentem całej wspinaczki. Za mostem trzeba było skręcić w lewo by na półce skalnej wzdłuż północnego zbocza Monte Gavia (2991 m. n.p.m.) pokonać obiektywnie najtrudniejszy odcinek tego wzniesienia czyli 1700 metrów przy średniej 9,2 %. Kończy się on na wysokości Alpe Gavia (2466 m. n.p.m.). Prawdziwa wspinaczka skończyła się zaś siedemset metrów dalej czyli pod koniec 23 kilometra. Ostatnie 3300 metrów to było już praktycznie „falsopiano”. Obejrzeliśmy się za siebie i spostrzegliśmy, że Tomek traci do nas jakieś 30 sekund. Postanowiliśmy nieco zwolnić, aby dać mu szansę na doszlusowanie do nas. „Bury” skwapliwie skorzystał z tej okazji i już obok Rifugio Berni (23,9 km) przejechaliśmy razem. W końcówce minęliśmy błyszczące w słońcu wody Lago Bianco i zatrzymaliśmy się na przełęczy pomiędzy Rifugio Bonetta i Casa d’Alta Montagna Don Eugenio Bussa. Wspinaczkę zakończyłem w czasie 1h 34:37 co przy dystansie 26,2 kilometra dało przeciętną prędkość 16,6 km/h. Na „stravie” najdłuższy liczony odcinek jaki znalazłem miał 24,8 kilometra. Przejechaliśmy go w czasie 1h 31:28 (avs. 16,3 km/h) co daje 77 miejsce wśród 2005 zarejestrowanych użytkowników Garmina i innych podobnych wynalazków.

Przy słonecznej pogodzie (na samej górze aż 18 stopni) na przełęczy roiło się od wszelkiej maści turystów. Jak widać na jednym z załączonych obrazków można było nawet zażywać kąpieli słonecznych. Przy niektórych tablicach musieliśmy stać w kolejce do zdjęcia. Na górze spędziliśmy ponad pół godziny. W tym czasie dojechał do nas Daniel, który nie mógł sobie odmówić przyjemności dotarcia w to magiczne miejsce samochodem. Dzięki jego obecności Tomek zaopatrzył się w kamerę, którą nagrał sporą część swojego zjazdu. Nagranie z odcinka Gavia – Santa Caterina warto by wrzucić do sieci. Blisko 20-minutowe video jest zbyt duże jak na możliwości mojego bloga, więc chyba pozostaje nam You Tube. Adam w połowie zjazdu odbił w stronę Rifugio dei Forni (2155 m. n.p.m.). Już dzień wcześniej zaliczył wjazd do Bormio-2000, więc na niedzielną poprawkę musiał sobie znaleźć coś innego niż ta góra. Zważywszy, że do Foscagno miał za daleko jak na wymogi naszego niedzielnego harmonogramu wspinaczka do schroniska w cieniu lodowca Forni oraz szczytów Cevedale (3757 m. n.p.m.) i San Matteo (3678 m. n.p.m.) był jedyną dostępną mu alternatywą. Na marginesie dodam, że to podjazd krótki, acz trudniejszy niż mogłyby na to wskazywać jego suche dane czyli 5,4 kilometra przy średniej 7,7 %. Na tym wzniesieniu ostatnie 3800 metrów ma bowiem średnie nachylenie 10,2 % przy max. aż 18 %. Tomek poczekał na mnie na tym rozstaju dróg, więc razem pokonaliśmy dolną połowę zjazdu do Bormio. Tym niemniej nie wróciliśmy do punktu wyjścia na Via Milano, lecz zatrzymaliśmy się przy moście nad Frodolfo. Stąd mieliśmy rozpocząć wspinaczkę do Bormio-2000, stacji narciarskiej w której zakończył się etap osiemnasty Giro d’Italia z 2004 roku. Ten wyścig miał wygrać – już po raz trzeci – Gilberto Simoni. Tymczasem niespodziewanie najgroźniejszego rywala znalazł w swojej ekipie Saeco w postaci niespełna 23-letniego wówczas Damiano Cunego. Młody pretendent po raz kolejny zdobył koszulkę lidera po pięknym zwycięstwie na etapie szesnastym do Falzes. Dwa dni później na 118-kilometrowej drodze z Cles do Bormio-2000 kolarze mieli do pokonania przełęcze Tonale i Gavia. Niemniej te dwie góry jak i finałowy podjazd nie rozbiły zanadto czołówki. Na ostatnich kilkuset metrach walkę o zwycięstwo stoczyło pięciu zawodników. Na finiszu Cunego nie dał najmniejszych szans rywalom z innych ekip oraz swemu nominalnemu szefowi. Wygrał z przewagą 5 sekund nad Dario Cionim i Ukraińcem Sierhijem Honczarem oraz 9 sekund nad Simonim, który rozwścieczony zwyzywał swego młodego kolegę od „bękartów”.

Wystartowaliśmy o godzinie 15:27 w pełnym słońcu przy temperaturze 29 stopni. Przed nami był podjazd o długości 10 kilometrów i przewyższeniu 745 metrów. Ma on zatem średnie nachylenie na poziomie niespełna 7,5 %, zaś max. sięga tu 12 %. Pierwszy kilometr jest łatwy. Najpierw sto metrów na Via Seravalle. Na pierwszym rondzie trzeci zjazd. Kolejne kilkaset metrów na Via Funivia z przejazdem przez drugie rondo. Po 650 metrach wjechaliśmy na Via Piatta, gdzie pod koniec pierwszego kilometra musieliśmy pokonać 150-metrowy tunel. Cały ten odcinek ma skromne nachylenie 3,1 %. Dopiero po ponownym wyjściu na światło dzienne zaczęła się dla nas prawdziwa wspinaczka. Tomek czuł zmęczenie z Gavii i już na drugim kilometrze zasugerował bym się na niego oglądał. Ja nie miałem nic przeciwko wspólnej jeździe odrobinę poniżej swych aktualnych możliwości, acz z drugiej strony chciałem zakończyć całą wyprawę w dobrym stylu. Założyłem sobie, że muszę pokonać to wzniesienie poniżej 45 minut czyli z prędkością VAM rzędu 1000 m/h. Do pewnego momentu się nieco hamowałem, po czym pojechałem swoje. Tym niemniej Tomek podobnie jak na pierwszej górze jechał ambitnie i niewiele tracił. Na całym podjeździe jest trzynaście wiraży, z czego sześć na dojeździe do wioski San Pietro (4,5 km). To właśnie w tej okolicy trzeba pokonać największą stromiznę. Natomiast cały odcinek od początku drugiego do połowy piątego kilometra ma średnie nachylenie 8,7 %. Nad naszymi głowami śmigały wagoniki kolejki linowej przecinając zawiły szlak serpentyn. Po przejechaniu 5,2 kilometra minąłem skręt do osady Ciuk. Do połowy dziesiątego kilometra podjazd był bardzo solidny. Odcinek 5 kilometrów powyżej San Pietro ma średnie nachylenie 7,8 %. Jedynie finałowe 500 metrów jest wyraźnie łatwiejsze ze średnią 4,6 %. Uwinąłem się zgodnie z planem tzn. finiszowałem po przejechaniu 9,9 kilometra w czasie 44:15 (avs. 13,4 km/h). Tomek wykręcił czas 45:02. Według „stravy” zasadniczą cześć podjazdu czyli 9 kilometrów od wyjazdu z tunelu pokonałem w 42:09 (avs. 12,9 km/h) co daje mi 98 miejsce pośród 991 osób. Do aktualnego lidera tracę ponad 11 minut. Na górze było 19 stopni. Zatrzymaliśmy się na małym placu przed stacją kolejki linowej. Najpierw zafundowaliśmy sobie nagrodę w postaci deseru w barze „Chiosco da Michele”. Dopiero nasyceni tymi delicjami podjechaliśmy nieco wyżej do strefy wypoczynkowej na tyłach kolejkowej stacji. Turyści do swej dyspozycji mają tu nawet boiska do piłki nożnej i koszykówki. Po półgodzinnej sjeście rozpoczęliśmy zjazd do samochodów. Tomek pognał przodem, ja z licznymi foto-przystankami po drodze dotarłem na stację Agip około 17:10. W sumie przejechałem 72 kilometry o przewyższeniu 2188 metrów.

Tym niemniej nie mieliśmy zamiaru rozpoczynać naszej odysei powrotnej „na głodniaka”. Warto było zobaczyć w Bormio coś więcej niż najpiękniejsze nawet góry. Postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. To znaczy przespacerować się po bormiańskiej starówce by zakończyć tą przechadzkę wspólnym obiadem w jednej z miejscowych restauracji. Przeszliśmy się więc wzdłuż Via Roma aż do Piazza Camillo Cavour, na którym czekał na nas Darek. Następnie rozsiedliśmy się w Ristorante Pizzeria Sole przy Via Alberti gdzie skosztowaliśmy „ostatniej wieczerzy”. Dopiero około dziewiętnastej ruszyliśmy w długą drogę do ojczyzny. Każdy samochód na swój sposób wedle życzenia załogi. Ja chcąc uniknąć najwyższych przełęczy zaproponowałem kolegom podróż do Innsbrucku przez Foscagno i Livigno. Wjechaliśmy więc do Szwajcarii przez – jak się okazało płatny i klaustrofobiczny – tunel Munt la Schera, po czym przemknęliśmy jeszcze przez Dolną Engadynę i zachodnią część Tyrolu wzdłuż rzeki Inn. Nasi koledzy pojechali krótszym, lecz niekoniecznie szybszym szlakiem przez Stelvio. Na zjeździe ku dolinie Venosta mogli się przyjrzeć 48 serpentynom, które będą mieli okazję pokonać podczas planowanej na sierpień 2015 wyprawy do „włoskiego” Południowego Tyrolu. Potem pomknęli na Merano i Bolzano, by z Italii wyjechać przez przełęcz Brenner. Począwszy od stolicy Tyrolu jechaliśmy już do kraju tym samym dobrze znanym szlakiem na Monachium i Berlin ku granicy w Świecku. Podsumowując tą wyprawę mogę być zadowolony z jej przebiegu. Miało być ciężko w terenie i tak było. Swoje przeszkody dołożyła nam kapryśna pogoda. Pomimo tego udało mi się zdobyć 21 nowych podjazdów, z czego aż 16 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Nie będąc góralem wagi piórkowej poradziłem sobie wcale nie najgorzej z tak stromymi wzniesieniami jak: Preda Rossa, Ca’ Bianca, Prato Maslino czy Pra’ Campo. Wytrzymałem przeszło 20-kilometrowe wspinaczki pod Chiareggio, Diga di Campomoro, południowe Stelvio i północną Gavię. Myślę, że moim kompanom też się podobało. Darek i Adam wiedzieli czego oczekiwać. Borys, Daniel i Tomek zderzyli się z nowymi kolarskimi wyzwaniami i dali z siebie wszystko. Jak dla mnie sezon 2014 był najbogatszym z dotychczasowych dwunastu na górskich szlakach Europy. Dodając swe wcześniejsze zdobycze z Giro dell’Apennino zaliczyłem aż 55 nowych podjazdów, w tym 36 o amplitudzie ponad 1000 metrów. W trakcie 28 dni przejechałem po włoskich szosach aż 1997,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 61.750 metrów. Byłyby przeszło „dwa tysiaki” gdyby nie przerwany zjazd z Eity. Tymczasem rok 2015 zapowiada się jeszcze lepiej i znów w centrum mego zainteresowania będzie Bella Italia.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Stelvio, Foscagno & Torri di Fraele

Autor: admin o sobota 16. Sierpień 2014

Przez cały poprzedni tydzień zwiedzając górskie trasy Valtelliny dzień po dniu przesuwaliśmy się w górę tej doliny. A zatem u kresu tej wyprawy mieliśmy dotrzeć do rejonu znanego jako Alta Valtellina. Zwieńczeniem naszej dziesięciodniowej podróży miały być dwie wycieczki do Bormio. Jeśli o mnie chodzi w ciągu pierwszych ośmiu dni zaliczyłem szesnaście wzniesień. Pięć na terenie Comunita Montana Morbegno. Tyleż samo wokół stołecznego Sondrio. Do tego sześć w najbliższym naszej bazie noclegowej rejonie Tirano. Jeśli chodzi o pozostałe nam na koniec okolice Bormio to na celownik wziąłem pięć poważnych podjazdów. Przede wszystkim legendarne olbrzymy czyli przełęcze Stelvio (2757 m. n.p.m.) i Gavia (2621 m. n.p.m.). Poza nimi jeszcze jeden „dwutysięcznik” w postaci przeprawy przez Foscagno (2291 m. n.p.m.). Do tej trójki dodałem zaś dwa wzniesienia, które w ostatniej dekadzie znalazły się na trasach Giro d’Italia i Giro Rosa tzn. Bormio-2000 (1942 m. n.p.m.) i Torri di Fraele (1941 m. n.p.m.). Nie ulegało dla mnie wątpliwości, iż przy takich planach trzy podjazdy będę musiał zrobić w sobotę. Ostatni etap musiał być nieco krótszy, albowiem początek drogi powrotnej do kraju zaplanowaliśmy na niedzielny wieczór. Zostawiając sobie najwyższe premie górskie na dwa ostatnie dni podróży sporo ryzykowaliśmy. Jak wiadomo pogoda w górach bywa kapryśna. Mieliśmy dość świeżych przykładów by o tym dobrze pamiętać. Na finałowy weekend potrzebowaliśmy dobrej aury. Tymczasem Dario, nasz „samozwańczy synoptyk”, po lekturze internetowych prognoz wieścił opady i minusowe temperatury na wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. Na nasze szczęście tym razem realia okazały się znacznie jaśniejsze od prognoz. Zresztą co by się nie działo i tak pojechalibyśmy do Bormio. Poddanie się bez walki nie wchodziło w rachubę. Przypuszczam, że jedynie w obliczu prawdziwie zimowych warunków poddalibyśmy się już na trasie, być może ograniczając się do zdobycia najniższych spośród wyżej wymienionych wzniesień.

W obliczu spotkania ze Stelvio w naszym zespole panowała pełna mobilizacja. Udało nam się wyjechać z Bianzone o wiele wcześniej niż zwykle. Pomimo przeszło 40-kilometrowego dojazdu do Bormio dotarliśmy około wpół do dziesiątej. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej Agip przy Via Milano, będącej przedłużeniem SS38. Bormio położone jest u zbiegu Addy i potoku Frodolfo. Ma zaledwie 4100 stałych mieszkańców, lecz z racji walorów turystycznych znane jest milionom. To uzdrowisko i ośrodek sportów narciarskich. Z miejscowych wód geotermalnych korzystano już ponoć w czasach rzymskich. W późniejszych wiekach szły tędy szlaki kupieckie z Republiki Weneckiej do Szwajcarii. Do dziś zachowało się unikalne średniowieczne centrum tego miasteczka. Współcześnie Bormio znane jest przede wszystkim miłośnikom „białego szaleństwa”. Stacja ta ma 33 wyciągi i trasy zjazdowe o łącznej długości 99 kilometrów. W latach 1985 i 2005 była gospodarzem Mistrzostw Świata w narciarstwie alpejskim. Poza tym Bormio aż trzykrotnie organizowało kilkudniowe zawody wieńczące alpejski Puchar Świata (1995, 2000 i 2008). Co roku 29 grudnia na trasie Stelvio organizowany jest pucharowy bieg zjazdowy, uważany obok tego z Kitzbuhel za najtrudniejszy w całym cyklu. Niemniej za sprawą przełęczy takich jak Stelvio i Gavia sportowa historia Bormio to nie tylko narciarstwo. Począwszy od roku 1953 Giro d’Italia zaglądało w te strony kilkanaście razy. Niekiedy tylko przejazdem jak choćby w sezonie 2014, gdy kolarze przemknęli przez to miasteczko po zjeździe z Gavii i przed podjazdem na Stelvio w trakcie mroźnego etapu szesnastego. Wyścig Dookoła Włoch zatrzymał się w tym mieście pięciokrotnie, zaś za szóstym razem w pobliskiej stacji narciarskiej. Po raz pierwszy w sezonie 1953 na etapie z Bolzano, na którym swój chrzest bojowy przeszedł północny podjazd na przełęcz Stelvio. Po śmiałym ataku zwyciężył wówczas słynny Fausto Coppi. „Campionissimo” wygrał ten odcinek z przewagą 2:18 i 2:48 nad swymi rodakami: Pasquale Fornarą i Gino Bartalim. Przede wszystkim jednak zyskał aż 3:28 nad Szwajcarem Hugo Kobletem, dzięki czemu na dzień przed końcem wyścigu odebrał Helwetowi koszulkę lidera zapewniając sobie piąty triumf w Giro.

Przy następnej okazji czyli w 1960 roku dojechano do Bormio przez Gavię. Wielkich emocji znów nie brakowało, acz tym razem koszulka lidera nie zmieniła właściciela. Etap z początkiem w Trento wygrał Luksemburczyk Charly Gaul z przewagą ledwie 14 sekund nad pechowym Imerio Massiganem. Trzeci ze stratą 1:07 był Gastone Nencini, któremu tego dnia zabrakło tylko 28 sekund do zdetronizowania liderującego w wyścigu Francuza Jacquesa Anquetila. Rok później do Bormio znów wystartowano z Trento, lecz tym razem pojechano północnym szlakiem przez Stelvio. Ponownie wygrał Gaul nazywany „Aniołem Gór”. Tym razem Luksemburczyk wyprzedził o 2:07 Arnaldo Pambianco, o 3:04 Antonio Suareza oraz o 3:08 Guido Carlesiego i Anquetila. Niemniej te zyski niewiele dały kolarzowi z „Wielkiego Księstwa”. Tą edycję Giro wygrał Pambianco przed Anquetilem i Suarezem. Gaul awansował jedynie z dziesiątego na czwarte miejsce w „generalce”. Czwarty przystanek w Bormio zorganizowano dopiero w 1988 roku. Ten etap również przeszedł do legendy włoskiego touru. Start wyznaczono w Chiesa in Valmalenco, więc jechano od południa czyli przez Gavię. Jednak w zimowej scenerii liczył się nie tyle podjazd, co zjazd. Zdecydowanie najlepiej poradzili sobie z nim Holender Erik Breukink i Amerykanin Andrew Hampsten. Breukink wygrał etap z przewagą 7 sekund nad Hampstenem, lecz to Jankes z Colorado został nowym liderem wyścigu. Reszta stawki się nie liczyła. Trzeci na mecie Stefano Tomasini stracił 4:39, zaś dotychczasowy lider Franco Chioccioli 5:04. W końcu zaś w sezonie 2000 na etapie z Selva di Val Gardena najszybszy był tu Gilberto Simoni. Tym razem jednak na Gavii wiało nudą. Górski etap skończył się z finiszem z 4-osobowej grupki, zaś w przedziale niespełna 40 sekund zmieściło się pierwszych czternastu zawodników. Tuż za „Gibo” finiszowali: Eddy Mazzoleni, lider Francesco Casagrande i Wladimir Belli. Cztery lata później na deser po Tonale i Gavii zaserwowano jeszcze kolarzom podjazd do Bormio-2000 i dlatego o szczegółach tego etapu wspomnę przy innej okazji. Ja w ramach dziewiątego etapu chciałem zdobyć: Stelvio, Foscagno i Torri di Fraele. Nie wszyscy moi koledzy mieli w planach aż tyle wspinaczek, lecz każdy chciał wjechać przynajmniej na najwyższą przełęcz drogową we Włoszech. Dlatego Passo dello Stelvio stało się naszym pierwszym i zarazem jedynym wspólnym celem.

Na przełęczy tej byłem już wcześniej trzy razy. Niemniej za każdym razem czyli w 2003, 2006 i 2011 roku (przy ostatniej okazji podczas wyścigu Dreilander Giro) podjeżdżałem pod nią od strony północno-wschodniej. Ponadto na dzień przed wspomnianym Gran Fondo wspinałem się też w kierunku Stelvio szwajcarskim szlakiem od Santa Maria Val Mustair. Niemniej wtedy zatrzymałem się na granicznej Umbrailpass alias Giogo di Santa Maria (2501 m. n.p.m.). Tym samym do kompletu brakowało mi tylko wspinaczki południowo-zachodnią drogą od Bormio. Lombardzki podjazd na przełęcz jest nieco krótszy, nieco mniejszy i ogólnie nie tak słynny jak jego tyrolski „sąsiad”. Niemniej to wciąż kawał solidnej góry i bez dwóch zdań premia górska najwyższej kategorii. Podjazd z Bormio ma bowiem 21,8 kilometra oraz 1560 metrów przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 13 %. Peleton Giro przejeżdżał przez Stelvio bądź finiszował na tej przełęczy w sumie jedenaście razy. Poza tym trzykrotnie (1984, 1988 i 2014) pogoda skłaniała dyrekcję wyścigu do odwołania lub zmiany trasy etapu. Tym niemniej tylko czterokrotnie wspinano się naszym sobotnim szlakiem przez Valle del Braulio. Po raz pierwszy w 1956 roku na etapie z Sondrio do Merano gdy na szczycie najszybciej znalazł się mało znany Hiszpan Aurelio Del Rio. W sezonie 1965 lombardzkie Stelvio miało być finałem dwudziestego etapu. Niemniej na drodze kolarzy stanęła lawina i organizatorzy musieli obniżyć metę do poziomu 1906 metrów n.p.m. Finiszowano zatem po nieco ponad 10 kilometrach wspinaczki tuż powyżej ostatniej galerii. Zwyciężył Graziano Battistini (drugi kolarz Tour de France z roku 1960) z przewagą 10 sekund nad Ugo Colombo i 3:11 nad grupą liderów, którą przyprowadził Italo Zilioli. Potem przez kolejne cztery dekady wspinano się na Stelvio tylko pięć razy i zawsze od tyrolskiej strony. Dopiero w 2012 roku lombardzki podjazd sprawdził się w roli finałowej wspinaczki na przedostatnim odcinku ze startem w Caldes (Val di Sole). Po ataku już w okolicy Mortirolo etap ten wygrał Thomas De Gendt z przewagą 56 sekund nad Damiano Cunego i 2:35 nad Baskiem Mikelem Nieve. Dzięki tej śmiałej akcji Belg wypracował sobie trzecie miejsce w generalce. W końcu zaś na Giro 2014 podjechano z Bormio na Stelvio podczas pełnego kontrowersji etapu do Val Martello. Przy tej okazji premię Cima Coppi zgarnął Dario Cataldo. Warto dodać, że na tym podjeździe zakończył się też przedostatni odcinek Giro Donne z 2010 roku. Wygrała go Amerykanka Mara Abbott z przewagą 27 sekund nad Angielką Emmą Pooley i 1:43 nad Niemką Judith Arndt.

Pierwotna droga przez tą przełęcz powstała z inspiracji cesarza Austrii Franciszka II. Za jego rządów nie tylko cały Tyrol, lecz również Lombardia należała do Habsburgów. Tym samym Imperator chciał połączyć obie prowincje swego rozległego państwa z pominięciem Szwajcarii. Wykonanie tego zadania zlecono pochodzącemu z Brescii inżynierowi Carlo Doneganiemu, który już wcześniej sprawdził się jako architekt równie spektakularnej drogi przez Passo della Spluga. Budowę drogi przez Stelvio ukończono w zaledwie trzy lata (1822-25), lecz Austriacy zachowali nad nią pełną kontrolę jedynie do roku 1859. Wtedy to Lombardia weszła w skład Królestwa Włoch, jednoczonego pod berłem dynastii Sabaudzkiej. Kolejna zmiana zaszła po tym jak Cesarstwo Austro-Węgierskie przegrało I Wojnę Światową i rozpadło się. W ramach powojennych rozrachunków południowa część Tyrolu (dzisiejsza prowincja Bolzano) przypadła Italii. Tym samym od roku 1919 droga przez Stelvio biegnie już w całości po włoskim terytorium. Ciekawe czy taki obrót sprawy śnił się jej włoskiemu architektowi? Współczesna droga łącząca doliny: Val Venosta i Valtellina ma aż 84 wiraże tzn. 48 zakrętów po tyrolskiej i 36 po lombardzkiej stronie. Zasadniczo otwarta jest tylko od czerwca do października. Z przystanku na stacji benzynowej do rozjazdu Stelvio-Gavia mieliśmy ledwie kilkaset metrów. Licznik włączyłem właśnie w tym miejscu o godzinie 9:51. Na starcie komputer pokładowy pokazał mi aż 20 stopni. Ruszyliśmy całą szóstką i pierwszy kilometr biegnący jeszcze po ulicach miasta pokonaliśmy razem. Nasza grupka rozciągnęła się i pękła dopiero na drugim kilometrze. Borys musiał przejść na „tryb ekonomiczny” czyli znaleźć swój sposób na pokonanie tej wielkiej góry. Daniel wyraźnie zwolnił, gdy ponownie zabolało go kolano. Rozstając się przypuszczaliśmy, że nie będzie w stanie kontynuować tej wspinaczki. Darek postanowił się jednak nie napinać i spokojnie rozpocząć ten długi podjazd. Tym samym w okolicy trzeciego wirażu tj. po przejechaniu 1800 metrów miałem koło siebie już tylko Adama i Tomka. Na tym wstępnym odcinku nachylenie jest umiarkowane i wynosi średnio 5 %. Musieliśmy tu skręcić w prawo, albowiem jazda na wprost oznaczałaby wjazd do Valdidentro czyli wycieczkę w stronę Livigno. Kolejny odcinek długości 3200 metrów zwiastował już prawdziwy charakter tej góry, bowiem trzymał na poziomie 7,7 %. Pod koniec czwartego kilometra tuż za krótkim tunelem minęliśmy zjazd ku uzdrowisku Bagni Vecchi. Po kilku trudniejszych kilometrach oddech można było złapać na łatwym szóstym kilometrze o średniej 4 %. W połowie szóstego kilometra droga zmieniła kierunek z północnego na wschodni.

Z kolei wraz z początkiem siódmego kilometra zaczyna się druga seria wiraży. Na dystansie ledwie 2300 metrów trzeba ich pokonać aż osiem od piątego do dwunastego, choć numeracja podobnie jak na Mortirolo leci od największego numeru do najmniejszego. Co godne podkreślenia każdy zakręt ma swoją tablicę z dokładną wysokością bezwzględną i grafiką przedstawiającą roślinkę z lokalnej flory. Na tym odcinku odjechałem ostatniemu ze swych kompanów czyli Adamowi. Tomek stracił z nami kontakt już nieco wcześniej. Z kolei na tysiącu metrów pomiędzy 8,7 a 9,7 kilometra od startu trzeba było pokonać trzy tunele na tyle mroczne, że gubił się w nich sygnał GPS z mojego licznika. Wykres moich danych na tyle „ześwirował” w tej okolicy, że na strava.com nie odnotowałem swego wyniku z całej góry. Najdłuższym odcinkiem, na którym zdołałem się odnaleźć było 11,9 kilometra liczone od wyjazdu z ostatniego tunelu do samej przełęczy. Najtrudniejszy na całym tym podjeździe jest kilometr jedenasty o średniej 9,7 %. Po przejechaniu 10,7 kilometra rozpoczyna się trzecia, najbardziej efektowna seria wiraży. Na dojeździe do tego odcinka wzniesienie osiąga swą maksymalną stromiznę czyli 13 %. Potem na kolejnych trzech kilometrach trzeba pokonać aż czternaście zakrętów. W międzyczasie przejeżdża się obok elektrowni wodnej (11,1 km) oraz należącego do Parco Nazionale dello Stelvio baru pod wodospadem Cascata del Braulio (11,8 km). Pokonawszy ten kręty odcinek dociera się na wysokość około 2200 metrów n.p.m, gdzie szosa ponownie wybiera kierunek północny. Na szesnastym kilometrze przejeżdża się obok trzeciego z czterech Domów Dróżnika tzw. Casa Cantoniera (15,4 km) oraz Oratorio di San Ranieri (15,8 km). Powyżej tych zabudowań można odetchnąć na łatwym Pian di Grembo (1200 metrów przy średniej 3,5 %). Następne 1600 metrów trzyma już jednak na przyzwoitym poziomie 6,6 %. Ten odcinek kończy się czterema wirażami na dystansie ledwie 700 metrów. Po przejechaniu 18,6 kilometra docieramy w końcu na wysokości czwartej Casa Cantoniera przy bivio Umbrail (2490 m. n.p.m.). W tym miejscu odbijając w lewo można po przejechaniu około dwustu metrów wjechać do Szwajcarii. Aby kontynuować wspinaczkę pod Stelvio trzeba zaś skręcić w prawo. Wkrótce tzn. dokładnie po 19 kilometrach od startu nasza droga niemal styka się z terytorium Konfederacji Helweckiej. Finałowy odcinek o długości 3200 metrów z sześcioma wirażami należy do najtrudniejszych na całym wzniesieniu. Ten fragment podjazdu ma średnio 8,3 % i naprawdę potrafi „przytrzymać”.

Finał mnie zmęczył, ale nie złamał. Wspinaczkę o długości 21,7 kilometra ukończyłem w czasie 1h 37:33 (avs. 13,4 km/h). Przeglądając nasze dane ze strava.com znalazłem wynik Adama 1h 41:10 na dystansie 21,9 kilometra oraz rezultat Tomka 1h 39:23 na odcinku 21,4 kilometra. W praktyce Adam stracił do mnie około dwie, zaś Tomek trzy minuty. Najdłuższy odcinek na którym mogłem porównać nasze dane obejmował ostatnie 10 kilometrów z przewyższeniem 703 metrów. Ten dystans przejechałem w czasie 46:12 (avs. 13,0 km/h) co daje mi 651 miejsce pośród 4458 użytkowników „stravy”. Te liczby dają dobre pojęcie o popularności tej legendarnej przełęczy pośród amatorów kolarstwa. Adamo wykręcił tu czas 46:31, zaś Tommy 47:23. Rekord to 31:52, zaś drugi wynik 32:01 należy do francuskiego profesjonała Christophe’a Le Mevela. Holender Wilco Keldermann w trakcie Giro 2014 przejechał ten fragment trasy w czasie 34:05. Na liście zdobywców Stelvio znalazłem też kilku znacznie szybszych od nas rodaków. Pierwszym z Polaków jest znany góral i przełajowiec Marek Konwa, który w sierpniu 2013 roku przejechał ten odcinek w 36:07. Z kolei Michał Kwiatkowski na treningu z 27 sierpnia 2014 roku wykręcił czas 38:54. Nieco wolniej od niego pojechali Konrad Herba (38:57) oraz Bartosz Bolewski (39:14). Tym niemniej z wszelakich tabel ze „stravy” nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Jedni jadą tu na pełen gaz w trakcie wyścigu czy górskiej czasówki, drudzy tylko trenują mając w głowie inne cele (jak nasz mistrz z Ponferrady), zaś jeszcze inni jadą czysto rekreacyjnie ciesząc się urokami górskiej przyrody lub towarzystwem swych ukochanych, przyjaciół, kolegów czy znajomych. Nasza trójka potraktowała ten podjazd poważnie, acz bez „zaginania się na maksa”. Na Stelvio nie kończyła się nasza przygoda z górami. Tak dla mnie jak i dwóch moich kolegów była to ledwie pierwsza z trzech sobotnich wspinaczek. Na górze było tylko 8 stopni, więc niemal od razu zaczęliśmy się cieplej ubierać. Dzień był pogodny i na dachu kolarskiej Italii zastaliśmy ruch jak na Marszałkowskiej. Po kilkunastu minutach dojechał do nas Darek (1h 51:25). Po dłuższym czasie ucieszyliśmy się ze zwycięstwa Borysa nad prawem ciążenia. W końcu zaś prawdziwy entuzjazm w naszej grupie wzbudziła wiktoria Daniela nad własną słabością czyli kontuzją kolana. Dzięki temu mogliśmy się cieszyć z naszego zespołowego zwycięstwa nad Passo dello Stelvio i wspólnie świętować zdobycie tej przełęczy.

20140816_stelvio 1

20140816_stelvio 2

20140816_stelvio 3

20140816_stelvio 4

20140816_stelvio 5

Po przeszło godzinnym pobycie na przełęczy swój blisko 20-kilometrowy zjazd ze Stelvio rozpocząłem dopiero o godzinie 12:40. Kilka minut wcześniej ruszył Adam. Chwilę po mnie pozostała czwórka. Borys, Daniel i Tomek śmignęli obok mnie na moim foto-przystanku przy Terza Casa Cantoniera. Darek podobnie jak ja zatrzymywał się na zjeździe celem zrobienia zdjęć. Do tego nakręcił jeszcze kolejne filmiki swym telefonem komórkowym. Na zjeździe tylko przez kilka minut zrobiło się nieprzyjemnie za sprawą przelotnego deszczu, który przy mocnym wietrze nieźle zacinał smagając nas kroplami po twarzy. Nie planowałem zjazdu do Bormio. Przed powrotem do samochodu chciałem odwiedzić dwa wzniesienia w Valdidentro. Jeszcze w trakcie pobytu na Stelvio namówiłem do Tomka na wyprawę w głąb tej doliny. Bury, który poszalał sobie na zjeździe wraz z kolegami-zjazdowcami czekał już na mnie przy wspomnianym trzecim wirażu. Z tego miejsca pojechaliśmy dalej drogą krajową SS301. Najpierw na północ przez Molina-Bagni, po czym skręciliśmy na zachód przejeżdżając ponad wioską Premadio. Na wysokości Fior d’Alpe-Torripiano dojrzałem boczną drogę w kierunku Torri di Fraele. Tymczasem jechaliśmy jednak dalej po płaskim wzdłuż potoku Viola Bormina do miejscowości Isolaccia, gdzie miał się zacząć podjazd pod Passo di Foscagno (2291 m. n.p.m.). Zanim jednak rozpoczęliśmy tą wspinaczkę zarządziłem strefę bufetu w barze przy Piazza IV Novembre. W nogach mieliśmy już 48 kilometrów, zaś w najbliższej perspektywie 15-kilometrowe wzniesienie o przewyższeniu 946 metrów przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11 %. Przy Stelvio góra ta mogła wyglądać na „młodszego brata”, lecz z pewnością nie można było jej zlekceważyć. Przed godziną wymagającej wspinaczki pozwoliliśmy sobie na sjestę w cieniu Chiesa di Santa Maria Nascente. Wokół tego kościoła co kilka minut przemykali kolarze obojga płci, zapewne przebywający na zgrupowaniach w Livigno. W barze rzuciła mi się w oczy gablota z banknotami z różnych stron świata. Powiało odległą historią gdy spostrzegłem, iż polskie znaki pieniężne były reprezentowane są przez „stówkę” i „dwusetkę” z podobiznami Ludwika Waryńskiego i Jarosława Dąbrowskiego.

Gdy w końcu o 14:19 ruszyliśmy na spotkanie z przełęczą Foscagno mogliśmy się cieszyć słońcem i przyjemną temperaturą 22 stopni. Niemniej wiał też dość mocny i na nasze nieszczęście zachodni wiatr. Tym samym przez większą część tej wspinaczki zmagać się musieliśmy nie tylko z własną słabością, ale i dodatkowym przeciwnikiem. Pierwsza droga przez przełęcz Foscagno powstała w latach 1912-14, lecz była gruntowa i nadawała się do wykorzystania tylko w sezonie letnim. Współczesna nam szosa została oddana do użytku w roku 1952. To jedyna droga do wolnocłowej strefy Livigno w całości prowadząca przez terytorium Włoch, albowiem tak od północy jak i południa tą górską enklawę otaczają ziemie szwajcarskiego kantonu Graubunden. Wielkie Giro d’Italia gościło na tej przełęczy tylko trzykrotnie. Po raz pierwszy w 1972 roku na etapie z Parabiago do Livigno. Pierwszy na premii górskiej był wtedy znakomity hiszpański góral Jose Manuel Fuente, lecz na zjeździe do mety skutecznie zaatakował Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten przeszło 250-kilometrowy odcinek z przewagą 18 sekund nad Francisco Galdosem i minuty nad Włochem Marcello Bergamo. W sezonie 2005 również jechano naszym wschodnim szlakiem na etapie z Egna do Livigno. Na tym odcinku rządzili południowoamerykańscy górale z drużyny dyrektora Gianniego Savio. Tak na przełęczy jak i mecie pierwszy był Kolumbijczyk Ivan Parra, który wygrał ten odcinek z przewagą 1:50 nad Słoweńcem Tadejem Valjavcem i Wenezuelczykiem Jose Rujano. Danilo Di Luca i Gilberto Simoni stracili po 3:15, zaś lider Paolo Savoldelli 3:42. Na etapie tym jechano wcześniej przez Stelvio od tyrolskiej strony. Wielki kryzys miał główny faworyt tego wyścigu Ivan Basso, który do mety z kolosalną stratą 42:15. W końcu przy trzeciej okazji Foscagno pojawiło się na trasie Giro w roku 2010 w swej ulgowej zachodniej wersji (3,9 km przy średniej 6,9 %) w środkowej fazie etapu z Bormio do Passo del Tonale. Na premii górskiej pierwszy był Włoch Stefano Pirazzi, lecz etap wygrał Szwajcar Johan Tschopp.

Pierwsze 2600 metrów tego wzniesienia wiedzie prosto na zachód. Już pod koniec pierwszego kilometra trzeba się zmierzyć ze stromizną na poziomie 11 %. Pod koniec drugiego na krótkim wypłaszczeniu dociera się do wioski Semogo (1,8 km). Za tą miejscowością skręca się na południe w stronę San Carlo (3,6 km). Pierwsza część podjazdu jest dość wymagająca, ale za to regularna. Na 8-kilometrowym odcinku między Isolaccią a Arnogą średnie nachylenie wynosi 6,7 %. Najtrudniejszy na całym wzniesieniu jest kilometr ósmy o średniej 8,4 %. Podczas całej 15-kilometrowej wspinaczki bierze się tylko trzy zakręty. Pierwszy w połowie szóstego kilometra, drugi po przejechaniu 6,4 kilometra, zaś trzeci na szerokim łuku wokół restauracji we wspomnianej Arnodze (8,3 km od startu). Druga część podjazdu jest nieco łatwiejsza, bo trzyma na umiarkowanym poziomie 5,8 %. Po przejechaniu 11,7 kilometra wjeżdża się do pierwszej z trzech galerii. Ta jest najdłuższa, bowiem liczy sobie około 540 metrów. Dwie pozostałe mają przeszło 300 metrów każda. Na szczęście są półotwarte i dobrze oświetlone. Po wyjechaniu z ostatniej do szczytu pozostaje tylko półtora kilometra. Przed dotarciem na przełęcz przejeżdża się obok Lago di Foscagno (14,7 km). Jakieś 150 metrów przed finałem stoi posterunek celny strzegący strefy wolnocłowej Livigno. Zatrzymałem się po przejechaniu 15,4 kilometra w czasie 1h 04:49 (avs. 14,2 km/h). Cały dystans przejechaliśmy razem, przy czym w obliczu niekorzystnego wiatru ustaliliśmy, iż Tomek ma dyspensę od roboty na przodku. Na „stravie” znalazłem jedynie wyniki na dystansie 13,1 kilometra czyli ze startem w Semogo. Ten odcinek przejechałem w czasie 55:56 (avs. 14,0 km/h) co daje mi 219 miejsce wśród 932 osób. Rekord 38:18 należy do kolarza Etix-Quick Step Guillaume’a Van Keirsbulcka. Nasi rodacy z tej ekipy na swym ubiegłorocznym zgrupowaniu pojechali kilka minut wolniej tzn. Michał Kwiatkowski 43:51, zaś Łukasz Wiśniowski 46:17. Rok wcześniej sprawdziła się tu również nasza dwukrotna mistrzyni w scratchu Katarzyna Pawłowska uzyskując czas 48:24. Foscagno zwykło się pokonywać w pakiecie z przełęczą Eira (2208 m. n.p.m.). Do Livigno brakowało nam nieco ponad 13 kilometrów czyli 3,9 km w dół do Ponte del Rez i 2,9 km w górę na Passo d’Eira, zaś na koniec 6,5 kilometra w dół do miasteczka. Z przełęczy widzieliśmy leżącą na tym szlaku wioskę Trepalle (2104 m. n.p.m.), najwyżej położoną stałą osadę ludzką w całej Italii. Niemniej zamiast robić dodatkowe 27 kilometrów podzielone na trzy krótkie zjazdy i podjazdy wolałem zachować resztki naszych sił na tylko jeden, acz bardziej konkretny podjazd czyli Torri di Fraele. Najpierw jednak po niespełna kilometrze zjazdu zatrzymaliśmy się na kolejny popas w hotelu Interalpen. Właściwy zjazd do Fior d’Alpe-Torripiano zaczęliśmy dopiero około szesnastej.

Według naszego podręcznika podjazd pod Torri di Fraele (1941 m. n.p.m.) zaczyna się w Premadio i liczy sobie 10 kilometrów z przewyższeniem 692 metrów czyli o średnim nachyleniu 6,9 % przy max. 9,5 %. My jednak startowaliśmy z poziomu drogi krajowej SS301 przy Chiesa Madonna della Pieta. Tym samym nasza wspinaczka miała mieć tylko 9,1 kilometra o amplitudzie 624 metrów. Góra ta nie została dotąd odkryta przez Giro d’Italia, lecz sprawdziły ją panie na trasie ósmego etapu Giro Donne (dziś Giro Rosa) z sezonu 2011. Blisko 90-kilometrowy etap z Teglio wygrała Angielka Emma Pooley, która wraz z liderującą w tym wyścigu Holenderką Marianne Vos zdystansowała trzecią na mecie Australijkę Ruth Corset o 1:29. Wystartowaliśmy o 16:55 przy wciąż przyjemnej temperaturze 19 stopni. Po pierwszych 400 metrach trzeba było skręcić w prawo i wjechać na drogę wojskową Strada Militare Fior d’Alpe Cancano. Prowadzi ona w dużej mierze wzdłuż granic Parco Nazionale dello Stelvio. Do połowy drugiego kilometra droga jest kręta, wije się przez cztery wiraże. Potem przez trzy kilometry wiedzie niemal prosto w kierunku północno-wschodnim. Pierwsza połowa wzniesienia jest trudniejsza i ma średnie nachylenie 7,5 %. Druga „połówka” jest nieco łatwiejsza, ale za to bardziej widowiskowa. Po przejechaniu 4,8 kilometra zaczęliśmy się kręcić po tutejszych serpentynach. Jest ich w sumie siedemnaście na dystansie ledwie 3700 metrów co daje zmianę kierunku jazdy średnio co 220 metrów! Karuzela skończyła się w połowie dziewiątego kilometra. Na ostatnich trzystu metrach przejeżdża się przez dwa ciemne tunele, stąd widoczną do dziś linię mety z Giro Donne 2011 wyznaczono przed wjazdem do pierwszego z nich. Wspinaczka kończy się w cieniu dwóch historycznych wież, które niegdyś strzegły kupieckiego szlaku Via Imperiale di Alemagna. Dalej w kierunku jezior Cancano i San Giacomo wiedzie już tylko ponoć dobrej jakości droga szutrowa. Na pokonanie tego 9-kilometrowego wzniesienia potrzebowałem 39:52 (avs. 13,6 km/h). Najdłuższy odcinek policzony na „stravie” obejmuje 8,5 kilometra (między 0,4 a 8,9 km od naszego startu). Ten fragment przejechałem w 38:25 co daje mi 174 miejsce w peletonie liczącym 1341 osób. Tomek z wynikiem 38:23 sklasyfikowany jest dwie lokaty wyżej. Tymczasem rekordzista wykręcił tu czas 27:05. Parę godzin przed nami wdrapał się tu jeszcze Adam, który tego dnia zdobył też stację Bormio-2000 w towarzystwie Borysa. Do mety w Bormio pozostało nam tylko 14 kilometrów. Do samochodów zjechaliśmy tuż przed 18:30 po pokonaniu 106 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3157 metrów. Tym samym dla mnie był to najdłuższy i zarazem najtrudniejszy etap całej podróży.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Alpe di Susen & Eita

Autor: admin o piątek 15. Sierpień 2014

Po pierwszych siedmiu dniach tej wyprawy mieliśmy w swym dorobku najciekawsze podjazdy na obszarze od Morbegno po Tirano. Pozostały nam jeszcze do zdobycia premie górskie w górnej części Valtelliny. Wśród nich trzy wzniesienia należące do najsłynniejszych nie tylko na terenie tej doliny czy regionu Lombardia, ale i w całych Włoszech. Ich nazwy znane są wszystkim kibicom kolarstwa szosowego. Na koniec zostawiliśmy sobie „perełki” takie jak: Mortirolo, Stelvio i Gavia. Do końca wyjazdu zostały nam trzy dni. Teoretycznie południowe Stelvio i północną Gavię mogliśmy przejechać tego samego dnia, gdyż oba podjazdy startują z tego samego miejsca czyli słynnej stacji narciarskiej Bormio. Niemniej po namyśle uznałem, iż najlepiej będzie sobie dawkować te wszystkie przyjemności dzień po dniu. Przy tym wycieczki do Bormio postanowiłem zostawić nam na finałowy weekend. Tym samym główną atrakcją piątkowego etapu miał być podjazd pod Passo della Foppa, znaną lepiej pod nazwą Passo del Mortirolo (1852 m. n.p.m.). Pozostało nam sobie tylko odpowiedzieć na pytanie z jakiej strony zaatakować to słynne wzniesienie. Jadąc w górę „krajówki” SS38 można znaleźć aż trzy różne „miasteczka” startowe. Poczynając od południa: Tovo Sant’Agata (na wysokości 531 m. n.p.m.), Mazzo di Valtellina (552 m. n.p.m.) i Grosio (656 m. n.p.m.). Ponieważ najlepiej znany z Giro d’Italia szlak od Mazzo poznałem już w czerwcu 2008 roku uczestnicząc w wyścigu Gran Fondo Marco Pantani (dziś GF Giordana) zastanawiałem się tylko nad pierwszą lub trzecią opcją. Poza tym interesowały mnie także dwie mało znane, lecz poważnie wyglądające góry w bezpośrednim sąsiedztwie tej „ściany wspinaczkowej”. To znaczy położone po zachodniej stronie doliny: Alpe di Susen (1559 m. n.p.m.) i Eita – Val Grosina (1703 m. n.p.m.). Wstępnie zakładałem, że zrobię tego dnia aż trzy wzniesienia czyli jedną z wersji Mortirolo (raczej od strony Tovo Sant’Agata) oraz dwa wyżej wymienione górki na prawym brzegu Addy. Plan był bardzo ambitny, gdyż zakładał w sumie około 40 kilometrów wspinaczek. Niemniej z uwagi na niewielkie dystanse do pokonania w dolinie był jak najbardziej do wykonania przy odpowiedniej dozie wolnego czasu. Niestety raz jeszcze pogoda pokrzyżowała nam plany. Do południa padało, więc tym razem z Bianzone wyjechaliśmy dopiero około trzynastej.

Dlatego już na dojeździe do Mazzo di Valtellina wiedziałem, że czasu starczy nam na zrobienie ledwie dwóch wzniesień. W tej sytuacji postanowiłem być wielce oryginalny i odpuścić sobie jakąkolwiek wspinaczkę pod „kultowe” Mortirolo. Postawiłem na dwie absolutne nowości w swym górskim repertuarze czyli 12-kilometrowe Alpe di Susen i 15-kilometrową Eitę. Spośród moich kompanów jedynie Adam miał już okazję zapoznać się z Mortirolo, gdyż także wziął udział w GF Pantani, bodajże w 2010 roku. Dla Borysa, Daniela, Darka i Tomka wycieczka na tą górę w klasycznym wydaniu od Mazzo była obowiązkowym punktem programu. Natomiast Adam zawsze chętny na potyczkę z najtrudniejszymi wzniesieniami wybrał dla siebie wspinaczkę pod Mortirolo, lecz bodaj najtrudniejszym szlakiem od Tovo Sant’Agata. Wystartowaliśmy około wpół do drugiej przy komfortowej temperaturze 26 stopni. Pojechaliśmy na południe ulicą Via Roma znaną też jako SP27. Koledzy wybierający się na klasyczne Mortirolo już po przejechaniu 500 metrów musieli skręcić w lewo. Adam ruszył przodem w kierunku Tovo Sant’Agata. Ja pojechałem za nim wypatrując jednak skrętu w lewo. Dojechałem do tego miasteczka, gdy zdałem sobie sprawę, że aby przeprawić się na drugi brzeg rzeki powinienem zawrócić do Via della Industria. Adam miał kłopoty ze znalezieniem początku swej wspinaczki i pojechał za mną. Przejechawszy najpierw pod drogą SS38 i następnie mostem nad Addą po około trzech kilometrów od startu dojechaliśmy do tablicy z napisem Vervio. To w tej liczącej zaledwie 239 mieszkańców (jeśli wierzyć wikipedii) wiosce zacząć mieliśmy podjazd pod Alpe di Susen. Podjazd, który wedle „PVB-Lombardia 3″ miał liczyć 11,9 kilometra o przewyższeniu 1021 metrów przy średnim nachyleniu 8,6 % i max. 16 %. Za mostem skręciliśmy w lewo, po czym na pierwszym rozjeździe w prawo ku centrum wioski. To okazało się być błędem, bowiem już po przejechaniu 1300 metrów na naszym szlaku skończył się asfalt. Dalej prowadził już tylko kamienisty dukt, który jak wynika z mapy dostępnej w programie veloviewer.com łączy się z właściwą drogą ku Alpe di Susen. Niemniej nie mieliśmy ochoty sprawdzać tej opcji. Zapytaliśmy o właściwą drogę napotkaną kobietę, po czym zawróciliśmy do punktu wyjścia i tym razem na rozjeździe ruszyliśmy w lewo.

Wspinaczka pod Alpe di Susen prowadzi po drodze wąskiej i krętej. Było na tyle ciasno, iż na niektórych wirażach wytracałem i tak przecież niewielką prędkość. Na opisanych w mojej książce dwunastu kilometrach jest w sumie aż 29 zakrętów co oznacza zmianę kierunku jazdy średnio co 410 metrów. Na pierwszych czterech kilometrach przejeżdża się w sumie przez jedenaście wiraży. Na czwartym kilometrze minęliśmy wioski: Bertoli, Ca’ Giacomo i Ca’ Giacomelli. Po przejechaniu 4,2 kilometra należało zjechać w lewo kierując się cały czas na Rifugio Schiazzera (2079 m. n.p.m.). Odtąd droga na szczyt była jeszcze węższa. Kończąca się w tym miejscu pierwsza tercja wzniesienia ma średnie nachylenie 7,7 %, acz maximum nie przekracza 10 %. Najtrudniejsza jest środkowa faza tej wspinaczki czyli odcinek o długości 5,8 kilometra ze średnim nachyleniem 9,6 %. Przy takiej średniej stromizny na poziomie kilkunastu procent to już normalka. Najtrudniejsze fragmenty to 16 % po przejechaniu 4,7 kilometra oraz 15 % po przebyciu 6,5 kilometra od startu. Jak by tego było mało trzy wiraże (tzn. „tornanti” numero 17, 23 i 27) prowadzą tu po nawierzchni betonowej, co dodatkowo utrudnia jazdę. Cały czas jechaliśmy ukryci w leśnej gęstwinie. Tą zieloną monotonię otoczenia przerywały tylko na chwilę przejazdy obok pojedynczych domów na wysokości osad: Solt (6,0 km), Quattro Rui (6,8 km) i Pestai (7,5 km). Pomimo sporej stromizny tego wzniesienia okazało się, że jestem w stanie jechać nieco szybciej do Adama. Odjeżdżałem swemu koledze na stromych ściankach, po czym nieco zwalniałem na łatwiejszych odcinkach i dalej jechaliśmy razem. Jednak różnica między nami była na tyle niewielka, że mógłbym odjechać co najwyżej na minutę. Po minięciu Piani (10,2 km) teoretycznie do szczytu zostało nam już tylko 1700 metrów. Ostatnie 1900 metrów miało mieć średnio 8 %. W połowie dwunastego kilometra dojechaliśmy do Susen, skąd mieliśmy widok w dół na stojący na polanie biały kościółek Madonna delle Grazie. Wkrótce okazało się, iż nie musimy kończyć podjazdu po przejechaniu 11,9 kilometra. Po asfalcie mogliśmy przejechać jeszcze kolejne 1000 metrów zaliczając przy okazji wiraż nr 30. Gładki grunt pod kołami naszych rowerów skończył się dopiero na wysokości osady Columbee (1650 m. n.p.m.), która na wykresie z veloviewer nazwana jest Alpe Pramamone. Ponieważ swój licznik włączyłem po około dwustu metrach wspinaczki odnotowałem czas 1h 00:28 na dystansie 12,7 kilometra (avs. 12,6 km/h). Adam miał wynik 1h 01:25 na pełnym dystansie czyli 12,9 kilometra.

Podczas gdy my dwaj zmagaliśmy się nieznaną kolarskiemu światu Alpe di Susen vel Pramamone nasi czterej towarzysze podjęli śmiałą próbę sforsowania stromizn legendarnego Passo del Mortirolo. W ostatnim ćwierćwieczu przez tą przełęcz Giro przejechało aż jedenaście razy. Po raz pierwszy w 1990 roku na etapie z Moeny do Apriki wygranym przez Wenezuelczyka Leonardo Sierrę. Wtedy jednak podjeżdżano od przeciwnej strony czyli stosunkowo łatwym wschodnim zboczem z początkiem na drodze SS42 w okolicy Monno (to 12,7 km przy średniej 7,6 %). Rok później na etapie z Morbegno do Apriki kolarzy już nie oszczędzano. Tym razem na Mortirolo musieli się wspinać od strony Mazzo czyli pokonać górę o długości 12,4 kilometra przy średniej 10,5 % i max. 18 %. Swoją dominację na trasie wyścigu Dookoła Włoch potwierdził na etapie Franco Chioccioli. W następnych latach właśnie ta wersja podjazdu pod Mortirolo pojawiła się na trasie Giro jeszcze osiem razy. Na linii premii górskiej pierwsi meldowali się kolejni Włosi: Marco Pantani (w sezonie 1994), Ivan Gotti (1996 i 1999), Vladimir Belli (1997), Rafaele Illiano (2004), Ivan Basso (2006 i 2010) oraz Hiszpan Antonio Colom (2008). Rekord prędkości należy do Pantaniego, który uzyskał czas 43:53 (avs. 16,954 km/h). Niemniej to była inna „EPO-ka”, dziś zapewne nikt nie byłby w stanie złamać bariery 45 minut. Ostatni raz na zboczu tej góry kolarze się ścigali się w 2012 roku podczas przedostatniego (dwudziestego) etapu z Caldes / Val di Sole do Passo dello Stelvio. Tym razem jednak podjeżdżano od strony Tovo Sant’Agata po momentami betonowej drodze. Peleton dotarł jedynie na wysokość 1718 metrów n.p.m. czyli w pobliże wirażu nr 7. Na tej górze są aż 33 zakręty, numerowane od góry czyli z najwyższym numerem na dole. Potem kolarze zjeżdżali przez jakieś 1600 metrów w stronę Mazzo, aby jednak na wysokości 1570 metrów (wiraż ósmy) odbić w prawo i kontynuować zjazd, ale z finałem w Grosio. Zwycięzcą premii górskiej był Szwajcar Olivier Zaugg, lecz bohaterem dnia i triumfatorem etapu został Belg Thomas De Gendt.

W sezonie 2015 peleton Giro pojawi się tu już po raz dwunasty. Będzie to miało miejsce na etapie szesnastym z Pinzolo do Apriki. Po raz dziesiąty kolarze wspinać się będą od strony Mazzo di Valtellina. Gdy w 2008 roku zmagałem się z tą górą na wspomnianym już GF Pantani na jej pokonanie potrzebowałem 1h 08:04. Obecnie chyba nie byłbym w stanie powtórzyć tego wyniku. Tomek i Darek wjechali w całkiem dobrym czasie 1h 11:57 (avs. 10,34 km/h) czyli z VAM około 1085 m/h. Daniel potrzebował na pokonanie tego samego dystansu około półtorej godziny. Niestety Borys przegrał z górą czyli podobnie jak na Passo San Marco poddał się po ciężkiej walce. Nazajutrz okazało się jednak, że na tym wyjeździe nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Z Alpe di Susen zjeżdżałem bardzo spokojnie. W sumie 50 minut, z czego kwadrans poświęcając na foto-przystanki. Ostatecznie w dolinie byliśmy kilka minut po szesnastej. Adam od razu zabrał się za poszukiwanie cmentarza w Tovo Sant’Agata. Wciąż chciał bowiem pokonać południowo-zachodni podjazd pod Mortirolo, mający 12,9 km przy średniej 10,3 % i max. 23 % i wypróbowany na Giro d’Italia w 2012 roku. Tymczasem ja wróciłem do Mazzo di Valtellina, gdzie spotkałem się z Darkiem, Tomkiem i Danielem. Zabawne, że Dario był nieco zawiedziony atrakcjami zaoferowanymi mu przez Mortirolo. Spodziewał się trudniejszej przeprawy. W końcu w ostatnim ćwierćwieczu góra ta stała się prawdziwą legendą kolarskich tras i uchodzi za jeden z najtrudniejszych podjazdów, z którymi mierzy się profesjonalny peleton. Tymczasem będąc w tym roku lepiej przygotowany fizycznie (więcej treningów na wiosnę + solidna zaprawa w Apeninach) oraz sprzętowo (nowy rower Simplon, lżejszy od normy wyznaczonej przez UCI) całkiem gładko sobie z nią poradził. Poza tym począwszy od lipca 2009 roku Darek zdobył już tak strome góry jak: Mont du Chat, Granon, Kitzbuheler Horn, Silzer Sattel, Rettenbachferner, Alpe di Neggia, Kum, Monte Crostis czy obie strony Zoncolanu. Do tej kolekcji już na tym wyjeździe dodał: Preda Rossa, La Bianca, Prato Maslino i Pra’ Campo. Widać z takim bagażem doświadczeń mało co może jeszcze człowieka zadziwić.

Z Mazzo di Valtellina cała nasza czwórka zdecydowała się ruszyć na północ do Grosio na spotkanie z podjazdem do górskiej wioski Eita. Daniel z Tomkiem postanowili przejechać te pięć kilometrów na rowerach. Ja z Darkiem podjechałem w to miejsce samochodem Daniela. Tym samym nasi koledzy zacząć wspinaczkę niemal ze startu lotnego, zaś my musieliśmy wcześniej zadbać o znalezienie miejsca parkingowego dla wspólnego wozu technicznego. Wszystkich nas czekał solidny podjazd o długości 15,15 kilometra oraz przewyższeniu 1039 metrów przy średnim nachyleniu 6,9 % i max. 13 %. Ruszyliśmy o godzinie 17:02 przy temperaturze 21 stopni. Na starcie trzeba było wypatrywać znaków drogowych na wioski Ravoledo i Fusino. Zacząłem spokojniej chcąc wybadać czy Darek po zdobyciu Mortirolo będzie miał jeszcze siły na wspólną jazdę. Pod koniec drugiego kilometra niespodziewanie ujrzeliśmy przed sobą Daniela, który musiał zawrócić po trzech kilometrach swej wspinaczki z uwagi na silny ból prawego kolana. Nieco wyżej Dario stwierdził bym jechał swoim tempem. Przyśpieszyłem, acz wiedziałem, że z uwagi na różnicę czasu na starcie nie mam co liczyć na dogonienie Tomka. Na pierwszych pięciu kilometrach droga pnie się w górę Val Grosina serpentynami. W tym czasie trzeba pokonać sześć wiraży. W połowie szóstego kilometra szlak się prostuje i rusza bardziej zdecydowanie w kierunku północnym. Na pierwszych 6 kilometrach średnie nachylenie to 7,4 % przy max. 12 % po przejechaniu 4,9 km. Następne 1900 metrów potrzebowałem na dojechanie do kluczowego na tej trasie rozjazdu we wiosce Fusino (1203 m. n.p.m.). Na wysokości miejscowego kościółka trzeba było odbić delikatnie w prawo. Droga w lewo prowadzi po asfalcie do wioski Sacco (1634 m. n.p.m.) i dalej już po drodze gruntowej do Rifugio Malghera (1964 m. n.p.m.). Mając do dyspozycji rower górski pojechawszy w lewo i następnie w prawo można stąd dotrzeć do jeszcze wyżej położonego schroniska Biancadin (2250 m. n.p.m.). W tym miejscu zatrzymałem się na ponad cztery minuty. Wolałem poczekać na Darka i upewnić się, że pojedzie dalej właściwym szlakiem. Z danych zabezpieczonych na „strava.com” wynika, że osiem kilometrów od Grosio do Fusino przejechałem w czasie netto 33:19 (avs. 14,4 km/h). Kolejne półtora kilometra były niemal płaskie.

Ostra jazda zaczęła znowu w połowie dziesiątego kilometra tj. od mostu nad Roasco. Na prawym brzegu potoku niemal od razu trzeba było pokonać cztery wiraże na dystansie ledwie 800 metrów. Średnie nachylenie tego odcinka to 10 % przy max. 12 %. Następne trzy kilometry trzymały na średnim poziomie 6,4 %. Na lewy brzeg Roasco wróciłem o przejechaniu 13,7 kilometra. W końcu przyszła pora na finał będący najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia. Według „PVB – Lombardia 3″ to 1650 metrów o średnim nachyleniu 9,6 % i max. 13 % po przebyciu 14,6 kilometra. Eita okazała się być piękną metą dla tej trudnej wspinaczki. To miejsce ma swój własny, niezaprzeczalnie wysokogórski charakter. Zapędziłem się do samego asfaltowej drogi jakieś trzysta metrów w głąb wioski. Gruntowa droga wzdłuż potoku Rio Verva wiedzie stąd na przełęcz Passo di Verva (2301 m. n.p.m.), leżącej na szlaku do wioski Arnoga na terenie Valdidentro. Zatrzymałem się po przejechaniu 15,5 kilometra w czasie netto 1h 05:54 (avs. 14,1 km/h). Na górze jakiś kwadrans po osiemnastej temperatura wynosiła tylko 10 stopni. W dodatku powietrze przesiąknięte było wilgocią. Spotkałem Tomka i razem poczekaliśmy na Darka. Przyjemną niespodziankę sprawił nam Daniel, który wjechał tu w ślad za nami swym Citroenem.To był przebłysk geniuszu ze strony naszego kontuzjowanego kompana. Na początku zjazdu spłakało się nad nami niebo. Padało tak mocno, że musiałem się wraz z Darkiem zatrzymać już po przejechaniu 1700 metrów. Przemoknięci i wychłodzeni schowaliśmy się w cieniu napotkanego domu. Daniel wybawił nas z opresji zabierając na pokład swego auta. Rezygnując z pełnego zjazdu przejechałem tego dnia tylko 50 kilometrów, ale o łącznym przewyższeniu 2213 metrów. Chcieliśmy jeszcze zgarnąć Tomka, który jako pierwszy zaczął zjazd, ale na wypłaszczeniu przed Fusino zablokował nas korek, który utworzył się po tym jak jeden z kierowców wypadł z drogi. Tym samym pomimo ciężkich warunków pogodowych Tomek musiał dotrzeć do Bianzone o własnych siłach. Ostatecznie przejechał dystans 82,5 kilometra pokonując w pionie 2602 metry. W ten sposób pobił nawet wyczyn Adam, który tym razem zaliczył „tylko” 78 kilometrów, acz z amplitudą 2668 metrów.

20140815_eita

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Pra’ Campo & Monte Padrio

Autor: admin o czwartek 14. Sierpień 2014

Siódmy etap oznaczał małą rewolucję w naszym sposobie działania. Od soboty do środy załatwiliśmy wszystkie nasze „interesy” na zachód od Bianzone. Dlatego w kolejnych dniach mogliśmy spoglądać już tylko w kierunku północno-wschodnim czyli ku górnej części Valtelliny. Poza tym czwartkowe premie górskie mieliśmy stosunkowo blisko naszej bazy noclegowej. Dzięki temu na ten jeden dzień mogliśmy sobie darować podjeżdżanie samochodami do wybranych górek. Tego dnia podjazdy mieliśmy zaczynać na ulicach Tirano. Miasteczka liczącego nieco ponad 9 tysięcy mieszkańców, acz i tak będącego największą miejscowością na długim odcinku od Sondrio po Bormio. Jest ono położone zaledwie dwa kilometry od granicy ze Szwajcarią u zbiegu Addy i jej prawego dopływu Poschiavino. Z racji tej bliskości kończy się tu jak i zaczyna trasa należącego do słynnych Kolei Retyckich pociągu Bernina Express. Ta pełna krajobrazowego uroku linia kolejowa z Chur do Tirano została poprowadzona przez liczne tunele i mosty. Jej najwyższa stacja znajduje się na wysokości aż 2253 metrów n.p.m. W 2008 roku jej południową część wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tirano w ostatnich latach stało się popularnym przystankiem na szlaku Giro d’Italia. W 2008 roku zakończył się tu etap dwudziesty. Na trasie z Rovetty kolarze mieli do pokonania przełęcze: Gavia, Mortirolo i Aprica. Swój trzeci w tym wyścigu etap wygrał mocny ponad swoją miarę Włoch Emanuele Sella. Po kolejnym solowym rajdzie triumfował z przewagą 1:04 nad Gilberto Simonim i 1:22 nad Joaquinem Rodriguezem. Równo półtorej minuty do Selli straciła 10-osobowa grupka z Riccardo Ricco i Alberto Contadorem na czele. Na dzień przed zakończeniem Hiszpan utrzymał prowadzenie w wyścigu by podczas mediolańskiej czasówki postawić kropkę nad „i”. Kilka tygodni później tak Sella jak i Ricco wpadli na kontroli antydopingowej. Zapewne już w trakcie Giro wigoru dodawało im EPO trzeciej generacji czyli CERA. Z kolei w sezonie 2011 zakończył się tu etap siedemnasty ze startem w Feltre. Przy tej okazji jechano „tylko” przez przełęcze: Tonale i Aprica. Zamiast najlepszych górali prym wiedli więc mocni harcownicy. Tym razem kontrowersje pojawiły się już na mecie. Uciekło jedenastu zawodników. Zaciętą walkę o etapowy triumf stoczyło trzech. Pierwszy na kresce był mistrz Włoch Giovanni Visconti, lecz na finiszu odpychał swego najgroźniejszego rywala. Zwycięstwo przyznano zatem „poszkodowanemu” Diego Ulissiemu, zaś drugi był Pablo Lastras. Peleton przemknął przez Tirano również w latach 2010 i 2012 na etapach do Apriki i Passo dello Stelvio.

W przeciwieństwie do ponurej środy pogodny czwartkowy poranek wręcz zachęcał do rowerowej przejażdżki. Niemal wszyscy jakby spragnieni tej przyjemności zjedli wczesne śniadania i już po ósmej byli gotowi do drogi. Dario, Adam i Tomek ruszyli w stronę Tirano już około 8:20. Ja aż tak bardzo się nie śpieszyłem, lecz kilka minut przed dziewiątą też byłem już poza domem. Borys, który nasłuchał się od naszej „młodzieży” opowieści o pobliskim wzniesieniu Bratta postanowił w pierwsze kolejności sprawdzić ten podjazd. Jedynie Daniel, który po mokrym szóstym odcinku odczuwał ból w kolanie, postanowił wyruszyć nieco później, aby przejechać jedno wzniesienie przy wyższej od porannej temperaturze. Dla mnie jak i dla moich trzech kolegów z „przedniej straży” pierwszym wyzwaniem miał być bardzo stromy podjazd na Pra’ Campo. Zarówno profil książkowy z „PVB-23″ jak i ten znaleziony w „archivio salite” na stronie zanibike.net sugerowały, że finał tej wspinaczki będziemy mieć na wysokości 1761-1770 metrów n.p.m. W rzeczywistości asfalt skończył się przy dawnym budynku Guardia di Finanza na wysokości podawanej przez „cyclingcols” czyli 1709 m. n.p.m. Tym niemniej podjazd w pełni zasłużył na przyznaną mu w książce „szkolną” piątkę. Dodam tylko, iż ze wszystkich wzniesień, o które zahaczyliśmy na tym wyjeździe wyżej zostało ocenione tylko Prato Maslino, zaś równie wysoko La Bianca i Mortirolo. Niespełna ośmiokilometrowy dojazd do podnóża góry zajął mi 18 minut. Najpierw kilometr zjazdu do drogi krajowej SS38, a potem 6600 metrów w ramach spokojnej rozgrzewki. Warto było ją zrobić, bowiem czekała mnie góra o długości 12,6 kilometra z przewyższeniem 1271 metrów czyli przy średnim nachyleniu aż 10,1 % i max. 17 % (według „PVB” nawet 18 %). Podjazd rozpoczyna się na prawym czyli zachodnim brzegu Addy przy styku głównej ulicy z boczną Via Pedrotti. Na starcie o godzinie 9:13 było jeszcze rześko tj. 19 stopni. Niemniej miałem okazję ku temu by się szybko rozgrzać. Już pierwszy kilometr kończący się na Via Andres ma średnio 8,7 %. Zbocze tej góry skierowane jest na południe, więc podobnie jak na Prato Valentino dolny odcinek wiedzie wśród winnic. Pod koniec trzeciego kilometra tzn. na piątym wirażu trzeba było skręcić w prawo w stronę wioski Baruffini. Tymczasem ja pojechałem prosto by po dalszych 1600 metrach dotrzeć do osady Roncaiola, gdzie skończył mi się asfalt. Wszedłem do przydrożnej restauracji, gdzie kelnerka wyjaśniła mi w którym miejscu popełniłem błąd.

Zawróciłem zatem do feralnego zakrętu, skąd odbiłem w lewo. Kto nie ma w głowie, ten musi mieć w nogach. Za błędy trzeba płacić. Od sześciu kilometrach kręciłem się po zboczu Monte Masuccio (2816 m. n.p.m.), zaś faktycznie pokonałem tylko 2800 metrów drogi na Pra’ Campo. Kilometr dalej dojechałem do wspomnianego Baraffuni. Droga wije się tu przez trzy zakręty i jest bardzo stroma. Pierwsza połowa piątego kilometra ma średnio 13,8 %, zaś maksymalna stromizna sięga aż 16 %. Na jedenastym wirażu kończy się pierwsza tercja tej trudnej wspinaczki. Te pierwsze 4,8 kilometra do skrętu ku osadzie Piazzo ma średnie nachylenie 9,9 %. Dalej jest równie ciekawie. Pod koniec szóstego kilometra wjeżdża się do lasu. Nieco wcześniej nasza asfaltowa alejka po raz kolejny przecięła dawny szlak przemytników, którzy niegdyś kursowali między włoską Valtelliną i szwajcarską Gryzonią (kantonem Graubunden). My natknęliśmy się jedynie na pracowników „Zieleni Miejskiej”, którzy z takim zapałem kosili przydrożne trawy, iż sporą część szóstego kilometra zamienili w zielony dywan. Po wjechaniu do lasu znalazłem się przez chwilę w świecie kreskówek. Ktoś miał fantazję by postawić przy drodze wyciosane w drewnie postacie Kung-Fu (?) Pandy, Krecika, Kanarka Tweetiego i Kota Sylwestra. Druga tercja wzniesienia kończy się wraz z dotarciem do osady Pra’ Baruzzo (10,0 km). Środkowy odcinek o długości 5,2 kilometra ma średnio 9,7 % przy max. 15 % w połowie ósmego kilometra. Początek jedenastego kilometra daje chwilę wytchnienia. To najłatwiejsze 500 metrów tej góry ze skromnym nachyleniem 6,4 %. Niemniej to tylko „miłe złego początki”. Na ostatnich dwóch kilometrach nachylenie jest już tylko dwucyfrowe. Na przedostatnim kilometrze 10,8 i 13,4 %, zaś na ostatnim 14,2 i 14,8 %. Jakby tego było mało właśnie wtedy poczułem, że z tylnego koła schodzi mi powietrze. Dętkę musiałem przebić kilka kilometrów niżej na „zielonym” odcinku szosy. Niemniej na tym etapie wspinaczki było już tak stromo, że jechałem „stojąc w pedałach”. Tym samym flak na tyłach nie uniemożliwiał mi jazdy. Kilkaset metrów przed finałem spotkałem Darka, Adama i Tomka, którzy dopiero co zaczęli swój zjazd do Tirano. Udało mi się dobić do szczytu na resztkach powietrza. Odliczając 3200 metrów na ślepej drodze do Roncaioli moja wspinaczka miała 12,9 kilometra. Ten dystans przejechałem w czasie 1h 11:03 (avs. 10,9 km/h). Na górze zabawiłem aż 40 minut, część tego czasu tracąc na wymianę przebitej dętki.

20140814_pra campo

Do Tirano zjechałem dopiero kwadrans po dwunastej. Rozpocząłem skomplikowane poszukiwania drogi na Trivigno. Najpierw ruszyłem w kierunku dworca kolejowego i na zachód wzdłuż Via San Giuseppe. To jednak nie był dobry trop. Wróciłem na drogę SS 38 i przejechałem na lewy brzeg Addy. Tu spostrzegłem ulicę Via Trivigno, ale wbrew pozorom i to nie był właściwy szlak. Droga ta bardzo szybko zmieniła się w kamienisty dukt przystępny chyba tylko dla furmanek i posiadaczy rowerów górskich. Musiałem pojechać jeszcze dalej na wschód. W końcu znalazłem co chciałem czyli początek podjazdu na Monte Padrio (1877 m. n.p.m.) na Via Lucini. Czekał mnie podjazd o długości 19,4 kilometra z przewyższeniem 1429 metrów przy średnim nachyleniu 7,4 % i max. 16 %. Wystartowałem o godzinie 12:27 przy temperaturze 26 stopni. O ile Pra’ Campo było przez cały czas strome, o tyle kluczem do zdobycia Monte Padrio miało być sprawne przebrnięcie przez pierwsze sześć kilometrów. To miała być zdecydowanie najtrudniejsza część tego wzniesienia. Już pierwszy kilometr prowadzący po drodze równoległej względem „krajówki” miał średnio 8 %. Po niespełna 900 metrach trzeba było skręcić w prawo nadal jadąc pośród sadów jabłkowych. Już na drugim kilometrze stromizna sięgnęła 15 %. Pod koniec drugiego kilometra, a dokładnie na wysokości skrętu na Colognę (1,8 km) podjazd schował się w lesie. Przez długie cztery kilometry stromizna niemal nie schodziła poniżej 10 %. Nieco łatwiejsze czasy zwiastował dopiero szósty kilometr na poziomie 9,5 %. Średnie nachylenie na pierwszych 6 kilometrach wynosi tu aż 10,6 %. Kolejne pięć kilometrów nadal wiedzie wąską, ukrytą w lesie ścieżką, acz już pod bardziej znośnym nachyleniem. Od startu do połowy jedenastego kilometra trzeba pokonać w sumie trzynaście wiraży. Nasza książkowa lektura koniec drugiej fazy tego wzniesienia wyznaczyła na wysokości zjazdu w kierunku osady Costamoscia (10,9 km). Poprzedzający to miejsce odcinek o długości 4,9 kilometra miał solidne nachylenie 7,8 %. Dopiero kolejne trzy kilometry wiodące stanowczo w kierunku zachodnim dają możliwość złapania głębszego oddechu. Niemniej nawet tu nie brak trudniejszych momentów czyli stromizn rzędu 10 i 11 % pod koniec dwunastego kilometra. Na tym odcinku pomiędzy drzewami dostrzec można początek przeszło 30-kilometrowego podjazdu na Passo del Bernina (2328 m. n.p.m.) po przeciwległej stronie Valtelliny. Tymczasem nasza droga się poszerza, zaś w połowie czternastego kilometra wyjeżdża z leśnej otuliny. Trzecia faza podjazdu kończy się na wysokości 1602 metrów n.p.m. po przejechaniu odcinka o długości 3,1 kilometra ze skromnym nachyleniem 4,3 %.

Pokonany właśnie 14-kilometrowy odcinek drogi Giro przetestowało tylko raz i to od przeciwnej strony. W 2012 roku po zjeździe z Apriki podjeżdżano od bivio San Cristina (777 m. n.p.m.) po czym po dojechaniu do tego miejsca zjechano do Tirano by następnie skierować się w kierunku Mortirolo i mety na przełęczy Stelvio. W tym miejscu należało dobrze zinterpretować zastane rozdroże. Droga na wprost jeszcze przez chwilę delikatnie się wspina, po czym rozpoczyna zjazd ku Aprice lub Stazzonie. Ja aby kontynuować podjazd musiałem skręcić ostro w lewo. Niemniej znak drogowy wskazujący skręt na Passo del Mortirolo był słabo widoczny. Poza tym jest on o tyle mylący, iż znacznie wcześniej niż na słynną przełęcz dotrzemy stąd do Trivigno jak i kulminacji wspinaczki w pobliżu wierzchołka Monte Padrio (2153 m. n.p.m.). Z rozpędu pojechałem zatem prosto, lecz tym razem zawróciłem już po kilkuset metrach. Do swego „przebiegu” dodałem tylko zbędne 950 metrów. Wspominane rozdroże od centrum Trivigno (1709 m. n.p.m.) dzieli tylko 1400 metrów o średnim nachyleniu 7,6 %. Tym niemniej wbrew treści opisu nr 49 z „PVB-Lombardia 3″ to jeszcze nie był koniec całego podjazdu. Droga wspina się jeszcze przez kolejne cztery kilometry. Co prawda ten finałowy odcinek ma średnio tylko 4,2 % to jednak pierwsze 500 metrów wznosi się na poziomie 9,4 %, zaś cały kilometr trzyma pod kątem 8 %. Potem jest już znacznie łatwiej, zaś momentami prawie płasko. Powyżej Trivigno zaczęło padać, lecz uparłem się by dotrzeć do samego krańca wspinaczki. Licznik wyłączyłem jednak nieco wcześniej tzn. za mostkiem nad potokiem Vallone del Santo. Pomijając zbędny odcinek za rozdrożem podjazd do tego miejsca miał 17,9 kilometra, które pokonałem w czasie netto 1h 27:22 (avs. 12,3 km/h). Dotarłem do Piana del Gobbo i pojechałem jeszcze kawałek w kierunku wschodnim. Zatrzymałem się dopiero gdy z naprzeciwka nadjechał Darek. Okazało się, że tylko on z poprzedzającej mnie trójki wjechał całe Monte Padrio, jako że Adam z Tomkiem pognali od rozdroża w dół ku Aprice. Na górze było mokro i chłodno, ledwie 13 stopni. Dlatego przed długim zjazdem ubrałem się cieplej. Poniżej rozdroża spotkaliśmy najpierw Daniela, a nieco niżej również Borysa. Po dotarciu do centrum Tirano około wpół do czwartej siedliśmy sobie na zasłużoną kawę i ciastko. Po prawej ręce mieliśmy okazałe Santuario della Madonna di Tirano, zaś po lewej przemknął nam startujący właśnie czerwony Bernina Express. Dario najwyraźniej dobrze wytrzymał trudy siódmego etapu. Nie tylko dyktował tempo na drodze krajowej, lecz jeszcze ostro naciągnął mnie na finałowej hopce pod Villa Isabella. Ogółem przejechałem tego dnia 86,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2908 metrów.

20140814_tirano

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Boirolo & Prato Valentino

Autor: admin o środa 13. Sierpień 2014

Pogoda zdecydowanie nas tu nie rozpieszczała. Niemniej podczas pierwszych kilku dni naszego pobytu deszcz był tylko przelotny. Dopiero w środę aura sięgnęła dna. Od samego rana lało w najlepsze i wcale nie wyglądało na to by ulewa tym razem miała się szybko skończyć. Z jakimi warunkami mieliśmy do czynienia najlepiej widać na filmiku nakręconym przez Darka niemal w samo południe. Początkowo zakładałem, że w ramach szóstego etapu przejadę aż trzy wzniesienia: Boirolo (1580 m. n.p.m.), Val Fontana (1389 m. n.p.m.) i Dalico (1409 m. n.p.m.). Było to spokojnie do zrobienia jako, że początki tych podjazdów bezpośrednio z sobą sąsiadują. Każdy zaczyna się z poziomu drogi krajowej SS38. Ten pierwszy poniżej miasteczka Tresivio, drugi pod Ponte in Valtellina, zaś trzeci w pobliżu Chiuro. Pierwszy punkt startu jest oddalony od trzeciego o zaledwie cztery kilometry. Miałbym do przejechania 88 kilometrów, z czego 40 wspinaczkowych o łącznym przewyższeniu 3331 metrów. Z drugiej strony wciąż miałem do zrobienia dwa podjazdy w najbliższym sąsiedztwie naszego domostwa czyli: Prato Valentino (1686 m. n.p.m.) i Bratta (1220 m. n.p.m.). Niemniej ta „zaległość” nie była problemem nie do przeskoczenia. Teoretycznie oba te wzniesienia lub choć pierwsze z nich, jako to bardziej wartościowe, mogłem dorzucić do swego programu na czwartek lub piątek. Nie okazałem się równie niezłomny co Adam i Tomek. Oni wybrali się na Boirolo rowerami i to już około wpół do dwunastej. Tym samym na dojeździe do pierwszej góry mieli do pokonania 15-kilometrowy odcinek drogi w ulewnym deszczu. Ja czekałem na poprawę warunków ile tylko starczyło mi cierpliwości. W końcu około czternastej wraz z Danielem wsiadłem do jego auta, aby przynajmniej do podnóża Boirolo dotrzeć „na sucho”. Jako, że etap zaczęliśmy bardzo późno uznałem, że nie ma sensu porywać się na zdobycie aż trzech gór. Stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić dwie, acz możliwie największe. Dlatego w miejsce Val Fontana i Dalico wstawiłem nam wspinaczkę pod Prato Valentino. Co do pozostałych członków naszej ekipy. Borys zrezygnował z górskich wojaży, lecz nie z wszelkiej aktywności fizycznej. Gdy pogoda nieco się poprawiła wsiadł na rower i pojechał na basen do Sondrio. Tym samym poza treningiem pływackim zrobił sobie 40 kilometrową przejażdżkę po płaskim terenie. Jedynie Darek nie wychylił nosa spod dachu Villa Isabella. Dzień kompletnej regeneracji dobrze mu zresztą zrobił. Na czwartkowych i piątkowych etapach spokojnie dorównywał Tomkowi zarówno na Pra’ Campo jak i na Mortirolo.

20140813_bloody weather

Jakkolwiek warunki pogodowe były podłe to przynajmniej miejscówkę pod Boirolo mieliśmy wyborną. Podjazd ten rozpoczyna się bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie sprawdzonej już przeze mnie i Darka pizzerii „La Pecora Nera”. Tym samym Daniel mógł zaparkować samochód w miejscu poniekąd strzeżonym zamiast porzucać na poboczu szosy. Poza tym w drodze powrotnej „Czarna Owca” mogła nam posłużyć za strefę bufetu. Zakładałem, że pokonanie kilkunasto-kilometrowego podjazdu oraz chłodnego i zarazem mokrego zjazdu będzie kosztować sporo energii. Dlatego syty posiłek pomiędzy dwoma środowymi wzniesieniami wydał mi się obowiązkowym punktem naszego programu. Według „Passi e Valli in Bicicletta” wspinaczka pod Boirolo liczy sobie 15,5 kilometra o przewyższeniu 1264 metrów przy średnim nachyleniu 8,2 % i max. 14 %. Najtrudniejsze są początek i koniec tego wzniesienia. Z jednej strony nie można tego podjazdu zacząć zbyt mocno, z drugiej trzeba dobrze rozłożyć swe siły by zachować coś w zanadrzu na ciężki finał. Wystartowaliśmy o godzinie 14:33 przy całkiem przyzwoitej temperaturze 21 stopni. Oczywiście na taki luksus nie mogliśmy liczyć u kresu naszej wspinaczki, jakieś 1200 metrów wyżej. Deszcz już praktycznie zanikał. Na pierwszym kilometrze podjazdu wiodącym po prostej, lecz stromej drodze wśród sadów jabłkowych spotkaliśmy Adama i Tomka wracających ze swej „mokrej roboty”. Nasi koledzy zdobywali Boirolo w na tyle ciężkich warunkach, iż jak wynika z wykresu na „stravie” nawet podczas wspinaczki musieli się trzy-cztery razy zatrzymać. Nam towarzyszyła już tylko mżawka i przyznam, że na podjazdach wolę nawet takie „belgijskie” klimaty niż „włoskie” słońce w pełnej krasie. Pierwsze 1200 metrów na tej górze ma średnio 10 % przy max. 12,5 %. Na tym sztywnym odcinku dość szybko się rozjechaliśmy. Ruszyłem do przodu własnym tempem, lecz już na pierwszym rozjeździe zbłądziłem tzn. Pojechałem dalej prosto w kierunku północno-wschodnim, zamiast odbić na zachód. Tym samym po przebyciu 1600 metrów dojechałem do Via San Gregorio będącej fragmentem równoległej względem „krajówki” drogi krajobrazowej „Panoramica dei Castelli”. Dojechawszy do tego miejsca zdałem sobie sprawę ze swego błędu i zacząłem się zastanawiać jak go naprawić. Zatrzymałem się na niemal cztery minuty, po czym ruszyłem w lewo by po pokonaniu płaskich 800 metrów wrócić na właściwy szlak. Na skutek tego błędu wydłużyłem sobie wspinaczkę o czterysta metrów. Dlatego też dopiero w połowie trzeciego kilometra przejechałem przez centrum Tresivio, choć według książki miałem tu się znaleźć po przebyciu 2100 metrów o średniej 8,5 %.

Daniel pojechał prawidłowo i choć tego nie wiedział w tym momencie był na prowadzeniu. Wyprzedziłem go ponownie dopiero pod koniec piątego kilometra. Kilometr dalej tzn. na wysokości około 780 metrów n.p.m. droga schowała się w lesie. Jednak bez względu na otoczenie nie odpuszczała. Względnie łatwe odcinki na poziomie 5-6 % należą tu rzadkości. Średnie nachylenie na odcinku pomiędzy 2,1 a 7,5 kilometra od startu wynosi 8 %. Nieco łatwiej jest na kolejnych czterech kilometrach. Na dojeździe do osady Prasomaso (11,5 km) średnia spada do poziomu 6,6 %. Nieco wcześniej, bo w połowie jedenastego kilometra przejeżdża się obok wybudowanego w początkach XX wieku Sanatorium im. Umberto I, króla Włoch z lat 1878-1900. Na wysokości tego opuszczonego w latach sześćdziesiątych uzdrowiska droga prowadziła po drobnej kostce. Po deszczu na takim odcinku drogi trzeba było szczególnie uważać. Z drugiej strony jedenasty kilometr jest najłatwiejszy na całym wzniesieniu, gdyż ma średnio tylko 5,4 %. Po dotarciu do Prasomaso do przejechania pozostały jeszcze kolejne cztery kilometry czyli najtrudniejsza „kwarta” o średnim nachyleniu 9,7 %. Przejazd przez las kończy się po dotarciu do osady Prati di Boirolo (14,0 km). Do przejechania pozostaje wtedy jeszcze półtora kilometra. Na tym odcinku im wyżej tym trudniej. Pierwsze 500 metrów ma „tylko” 7,4 %, kolejny taki kawałek 9,8 %, zaś finał aż 12,8 %. Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi. W moim wykonaniu, za sprawą błędu na drugim kilometrze, podjazd ten miał 15,9 kilometra. Jazdę zakończyłem w czasie netto 1h 12:57 (avs. 13,1 km/h). Gruntowa droga, którą miałem tu przed oczyma mogłaby mnie zawieść znacznie wyżej. To znaczy przynajmniej do Rifugio Alpini Santo Stefano (1805 m. n.p.m.), a może nawet do osady Alpe Rogneda (2180 m. n.p.m.). Na stronie „strava.com” nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Niemniej zaznaczono tu niespełna 9-kilometrowy odcinek pomiędzy Tresivio a Pratomaso. Dystans 8,7 kilometra pomiędzy tymi wioskami pokonałem w czasie 38:33 (avs. 13,6 km/h). To czwarty wynik pośród ledwie czternastu zanotowanych rezultatów. Tomek i Adam mieli tu czasy netto o ponad dwie minuty gorsze tzn. odpowiednio 40:48 i 41:18, zaś Daniel na pokonanie tego odcinka potrzebował 45:57. Na górze było tylko 13 stopni, więc zabawiłem tam tylko osiem minut. Ubrałem się cieplej i rozpocząłem zjazd po wciąż jeszcze mokrej drodze. Po kilkuset metrach spotkałem kończącego swą wspinaczkę Daniela.

Do samochodu zjechaliśmy razem kwadrans przed siedemnastą. W poczuciu dobrze wykonanego zadania zasiedliśmy za stołem u „Czarnej Owcy”. W tym czasie Adam z Tomkiem kończyli już swą wspinaczkę pod Brattę-Campei. W teorii na koniec swego piątego etapu wybrali solidne wzniesienie o długości 10,3 kilometra i średnim nachyleniu 8 %. W praktyce wycisnęli z tej góry ile tylko się dało. Przedłużyli sobie ten podjazd o cztery kilometry docierając na wysokość ponad 1600 metrów n.p.m. W sumie przejechali zaś niespełna 90 kilometrów. Tymczasem my po obiedzie wsiedliśmy do samochodu aby podjechać do Tresendy. Zanim wskoczyliśmy na swe karbonowe rumaki zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w miejscowym sklepie spożywczym. Daniel zakupił też w pobliskiej aptece maść na pobolewające go kolano. W końcu ruszyliśmy pod górę o godzinie 18:03. Według „PVB” czekał nas podjazd o długości 17,5 kilometra z przewyższeniem 1311 metrów przy średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15 %. Na starce w dolinie było dość ciepło czyli 22 stopnie, lecz zanosiło się na deszcz. Złapał on nas już po kilku minutach jazdy. Pierwsze 3,4 kilometra na drodze SP21 czyli odcinek do skrętu na wioskę Posseggia wiódł cały czas w kierunku zachodnim, długim trawersem wzdłuż miejscowych winnic. Przypominało mi to podjazd pod szwajcarską przełęcz Forclaz. Podjazd od Martigny w kantonie Valais, z którym zmierzyłem się dwukrotnie w latach 2009 i 2013. Początkowo starałem się holować Daniela, lecz mój kolega wkrótce stwierdził bym się na niego nie oglądał, bo on pojedzie własnym spokojniejszym tempem. Jeszcze przed końcem czwartego kilometra zawracając na wschód przejechałem przez Castelvetro (3,7 km). Pierwsze cztery kilometry były stosunkowo łatwe tzn. ze średnim nachyleniem 6 %. W połowie szóstego kilometra minąłem osadę Branchi (5,4 km). Drugi wiraż przyszło mi pokonać dopiero po przejechaniu 6,3 kilometra. Stąd było już tylko czterysta metrów do pierwszych domostw na terenie Teglio, miasteczka od którego wzięła swą nazwę cała dolina Valtellina. Pierwsze wzmianki o osadnictwie w tych stronach pochodzą już z III wieku p.n.e. Dwieście lat później miejscowość ta weszła w skład Imperium Rzymskiego i znana była pod łacińską nazwą Castrum. Do centrum tej miejscowości dotarłem po przejechaniu 7,2 kilometra. Ta część wzniesienia w 2012 roku znalazła się na trasie przedostatniego etapu Giro d’Italia, którego metę wyznaczono na Passo dello Stelvio. Pierwszy na premii górskiej trzeciej kategorii zameldował się tu Matteo Rabottini. Dziś ta licząca około 4,5 tysiąca mieszkańców gmina znana jest przede wszystkim jako ojczyzna „pizzocchero” – ciemnego makaronu będącego odmianą tagliatelle, wyrabianego na bazie mąki gryczanej.

Tu za romańskim kościołem św. Piotra trzeba było skręcić w Via Egisto Pruneri, aby następnie poprzez Via Milano wyjechać z miasteczka w kierunku północno-zachodnim. W drugiej połowie ósmego kilometra na wysokości szkoły i pokaźnych rozmiarów hali sportowej trafił się nam krótki zjazd o wartości ujemnej 15 metrów. Druga „kwarta” wzniesienia do skrętu na Ligone (8,5 km) miała średnio tylko 5,4 %. W teorii miałem za sobą już niemal połowę wzniesienia. W praktyce czyli w pionie znacznie mniej, bowiem na pozostałych do szczytu 9 kilometrach miałem jeszcze do pokonania 830 metrów. Na całej górze jest 15 zakrętów, z czego cztery poniżej Teglio i jedenaście powyżej tej miejscowości. W połowie dziesiątego kilometra droga weszła do lasu. Niedługo później czyli wraz z początkiem dwunastego kilometra góra ta w końcu pokazała swe surowsze oblicze. Profile z „PVB-23″ na ogół podzielone są na 500-metrowe odcinki. O ile na pierwszych 11 kilometrach najtrudniejszy z takich kawałków miał średnią wartość 7,8 %, o tyle najłatwiejszy z trzynastu fragmentów tego typu miał 8,6 %. Pierwsze sześć kilometrów na dojeździe do Baite Bollone (14,5 km) ma średnio 8,7 %, przy czym końcówka czternastego kilometra już 10,8 %. Jednak to był dopiero wstęp do finału, który wieńczył to trudne dzieło. Stromizna na ostatnich trzech kilometrach wynosiła 10,3 %, zaś w pierwszej połowie siedemnastego kilometra aż 12,6 %. W dodatku momentami asfalt był dziurawy, co rzecz jasna nie ułatwiało nam zadania. Do mety przy hotelu „Baite del Sole” i wyciągu kolejki linowej dotarłem przejechawszy 17 kilometrów w czasie 1h 23:24 (avs. 12,2 km/h). Podobnie jak na Boirolo droga asfaltowa przechodziła tu w gruntową, więc od biedy można było pojechać jeszcze wyżej. Tym niemniej zbliżała się godzina 19:30, a mi zależało na zrobieniu zdjęć na zjeździe. Dlatego znów po ledwie kilku minutach na górze rozpocząłem odwrót. Na najbardziej stromym odcinku spotkałem Daniela dzielnie walczącego z maksymalnym nachyleniem jak i własną słabością. Według „stravy” 17-kilometrowy odcinek od Tresendy do kościółka w Prato Valentino pokonałem w czasie 1h 22:34, podczas gdy Daniel spędził na tej samej trasie 1h 40:24. Tym większy szacunek dla mojego kolegi, iż choć góra dała mu mocno w kość to nie dał jej się złamać. Podczas zjazdu na dłużej zatrzymałem się w Teglio tak byśmy razem pokonali dolną część zjazdu. Do dotarciu do Tresendy zliczywszy dane z dwóch środowych podetapów ustaliłem, że tego dnia przejechałem 66 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2683 metrów. Całkiem niezły dorobek, jak na dzień pod zapłakanym niebem.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Chiareggio & Diga di Campo Moro

Autor: admin o wtorek 12. Sierpień 2014

Na piątym etapie naszego Giro della Valtellina zaplanowałem sobie zwiedzanie okolic Valmalenco. Ta dolina znajduje się w zachodnich Alpach Retyckich i biegnie z południa na północ wzdłuż potoku Mallero. Odchodzi od Valtelliny na wysokości Sondrio i kieruje się w stronę wysokiego na cztery tysiące metrów masywu Bernina. To zdobycia mieliśmy w niej dwa przeszło 20-kilometrowe wzniesienia tzn. Chiareggio (1623 m. n.p.m.) na jej zachodnim krańcu oraz Diga di Campo Moro (2013 m. n.p.m.) po wschodniej stronie. Oba mają wspólny początek. Niemniej jak długi to już zależy od wybranej przez cyklistę opcji, albowiem oba podjazdy rozjeżdżają się w kilku miejscach. Po raz pierwszy na wysokości 722 metrów n.p.m. jakiś kilometr przed wioską Torre Santa Maria. Po raz czwarty i ostatni ponad sześć kilometrów dalej już za miejscowością Chiesa in Valmalenco na wysokości 998 metrów n.p.m. Podobnie jak w przypadku niedzielnej wyprawy do Bagni di Masino i na Preda Rossa musiałem dokonać wyboru, które ze wzniesień pokonać od samego dołu, a które jedynie od rozjazdu. Ponownie podzieliłem sobie wspinaczki na dwa mniej więcej równe pod względem przewyższenia kawałki. To znaczy postanowiłem najpierw dojechać do niższego Chiareggio, zaś później już z wyższego pułapu zaatakować „dwutysięcznik” mający finał pomiędzy sztucznymi jeziorami Campo Moro i Alpe Gera. Jakkolwiek nie chciałem powtarzać ani kilometra podjazdu, to zdecydowałem się utrudnić sobie zadanie numer dwa poprzez rozpoczęcie wspinaczki pod Campomoro z możliwie najniższego poziomu. Niezależnie od tego rodzaju taktycznych detali miałem mieć do przejechania około 100 kilometrów. Tym samym od samego początku mało realne wydawało się dodanie do tego zestawu podjazdu pod Alpe Campelli. Dario również pozostał wierny swym przekonaniom. Podobnie jak dwa dni wcześniej na dzień dobry wybrał podjazd o możliwie największym przewyższeniu czyli pojechał Sondrio prosto na Campo Moro. Adam z Tomkiem „poszli na maksa” nie bawiąc się w tego rodzaju niuanse i zdobyli oba wzniesienia w pełnym wymiarze. Natomiast Daniel wybrał się „tylko” do Chiareggio. Po drodze złapał Borysa, który na trasę wyruszył z nas najwcześniej i zmotywował naszego „sprintera” do przezwyciężenia własnych słabości.

Przed południem znów pogoda nieco nam pokrzyżowała plany. Wyjechaliśmy z Bianzone dopiero po wpół do dwunastej. Niespełna 30-kilometrowy dojazd do Sondrio był nam już dobrze znany. Po raz pierwszy jednak mieliśmy okazję zatrzymać się w tym mieście. Można by rzec lokalnej metropolii, choć mieszkańców tu nieco mniej niż w naszej Kościerzynie. Jak na warunki włoskie jest to „młode” miasteczko, albowiem swą historią nie sięga starożytności. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą „dopiero” z wczesnego średniowiecza, z czasów gdy Italią rządziło germańskie plemię Longobardów. Sondrio jak dotąd trzykrotnie gościło Giro d’Italia w roli etapowej mety. Po raz pierwszy już w roku 1939 na etapie szesnastym ze startem w Trento i przejazdem przez przełęcze Tonale i Aprica. Wyłonił on zwycięzcę całego wyścigu, po tym jak Giovanni Valetti wyprzedził wszystkich rywali o co najmniej kilka minut, w tym grupkę z liderem Gino Bartalim aż o 6:48. Podobny efekt miał kolejny finisz Giro w tym mieście, na który to trzeba było czekać do sezonu 1980. Przed etapem dwudziestym z Cles do Sondrio w wyścigu prowadził 35-letni już włoski góral Wladimiro Panizza. Na trasie kolarze mieli co prawda do przejechania Passo dello Stelvio i to od trudniejszej północnej strony, lecz z tej słynnej przełęczy do mety było aż 85 kilometrów. Najpierw szybki zjazd do Bormio, po czym bardzo długi odcinek w dół Valtelliny. Słynny Francuz Bernard Hinault miał do odrobienia przeszło minutę. Najpierw wysłał do przodu trzech swoich robotników, po czym urwał z koła wszystkich swoich rywali w tym jako ostatniego Panizzę, po czym dojechał do swego najmocniejszego pomocnika Jean-Rene Bernaudeau (obecnego menadżera ekipy Europcar) i wraz z nim urządził sobie czasówkę parami niczym na słynnym Trofeo Baracchi. Dwaj Francuzi do mety tego etapu dojechali z przewagą 4:24 nad 6-osobową grupką lidera, z której najszybciej finiszował Mario Beccia. Etap wygrał Bernaudeau, zaś Hinault tym samym zagwarantował sobie pierwsze ze swych trzech generalnych zwycięstw w Giro. Trzecia wizyta wyścigu Dookoła Włoch miała miejsce w roku 1992 o czym wspomniałem już w poprzednim odcinku swej opowieści. Tym razem na trasie niewiele się działo, bowiem góry były ledwie średniej wielkości. Etap piętnasty „harcownik” wygrał Marco Saligari, zaś za jego plecami sytuację spokojnie kontrolował lider Miguel Indurain. Po raz czwarty Giro miało się tu zatrzymać w sezonie 2011, ale ostatecznie metę siedemnastego etapu przeniesiono do Tirano.

Po dojechaniu do Sondrio zatrzymaliśmy się na parkingu przy Via Don Lucchinetti. Podjazd pod Valmalenco zaczynał się na pobliskiej Via Visconti Venosta czyli SP 15. Wystartowałem o godzinie 12:26 przy temperaturze 31 stopni. Jako, że na pierwszy rzut wybrałem podjazd pod Chiareggio miałem do pokonania 27 kilometrów o przewyższeniu 1333 metrów przy średnim nachyleniu 5 % i max. 11 %. Uwzględniając „odzyski” wysokości utraconej na dwóch drobnych zjazdach łącznie do pokonania w pionie miałem tu 1362 metry. Na kilku pierwszych kilometrach droga była szeroka i głośna czyli nawiedzana przez liczne samochody. Po pokonaniu trzech wiraży m/w w połowie trzeciego kilometra minąłem łącznik z drogą SP 14 czyli zjazdem z Triangii. Wraz z początkiem czwartego kilometra wjechałem do Aschieri (3,1 km od startu), zaś pod koniec szóstego kilometra byłem już w Cagnoletti (5,9 km). Pod koniec siódmego kilometra trafił się pierwszy z krótkich zjazdów. Chwilę wcześniej dogoniłem Borysa i teraz na sprzyjającym dla siebie terenie mój kolega przypuścił krótkotrwały kontratak. W połowie ósmego kilometra minąłem zjazd w prawo ku miejscowości Spriana (7,4 km) będącej jednym z pięciu ośrodków gminnych na terenie Valmalenco. Jakiś kilometr dalej po minięciu osady Tornadu wziąłem ostry zakręt w lewo by zachodnim szlakiem przez dojechać do wspomnianego Chiareggio. To właśnie do tego miejsca miałem następnie zjechać aby rozpocząć swój podjazd na Diga di Campo Moro. Przejechane właśnie 8,5 kilometra miało średnie nachylenie 5,1 %. Na wirażu tym rozstałem się z drogą SP15, która idzie stąd prosto aż do ronda przed Lanzadą. Na początku jedenastego kilometra dotarłem do centrum Torre Santa Maria (10,1 km). Trzy kilometry dalej można się było lekko odprężyć na drugim ze wspomnianych mini-zjazdów. Po chwili byłem już w największej miejscowości tej doliny czyli Chiesa di Valmalenco (14,5 km). Co ciekawe podobnie jak Sondrio gościła ona uczestników wyścigu Dookoła Włoch. Kończył się tu bowiem etap trzynasty Giro z roku 1988. Odcinek ten zaczynał się w Bergamo i wiódł do Valtelliny najkrótszą trasą czyli przez Passo San Marco. Etap po solowym rajdzie wygrał Szwajcar Toni Rominger z przewagą ponad czterech minut nad Włochami: Stefano Giulianim i Maurizio Vandellim. Liderzy z Franco Chiocciolim na czele tego dnia jechali spokojnie. Dzień później wielu kolarzy przegrało z zimową pogodą na słynnym etapie przez Gavię do Bormio.

Druga kwarta wspinaczki czyli odcinek 6,2 kilometra między pierwszy a czwartym zjazdem na Lanzadę miał średnio tylko 4,6 %. Byłem już na wysokości około 1000 metrów n.p.m. czyli lekko za półmetkiem wzniesienia. Niespodziewanie pod koniec szesnastego kilometra krajobraz zmienił się na zgoła industrialny, a to za sprawą miejscowych kamieniołomów. Ten fragment wzniesienia okazał się przy tym najtrudniejszy. Parę kilkusetmetrowych odcinków miało tu średnie nachylenie w okolicy 9 %, zaś maksymalna stromizna sięgała 11 %. Jednak największe wrażenie robiły gęsto plecione wiraże. Na osiemnastym kilometrze było ich w sumie dziewięć czyli jakby nie patrzeć jeden sto metrów od następnego. Do tego cztery kolejne nieco dalej, na odcinku pomiędzy osadami Valrosera (18,3 km) i Vallascia (19,5 km). Ten trudny tzn. 5,8 km przy średniej 7,6 %, acz wielce efektowny odcinek drogi zakończył się wraz wjazdem do wioski San Giuseppe (20,5 km). Stąd do końca podjazdu pozostawało mi jeszcze 6,5 kilometra, lecz de facto do pokonania było już tylko 186 metrów przewyższenia. Finałowa kwarta miała średnie nachylenie 2,8 % przy czym była na tyle nierówna, iż trudno było na niej złapać dobry rytm jazdy. Najpierw trzeba było minąć skręt na Prati Pedrana (20,9 km) zaś następnie przejechać przez Carotte (22,7 km). Dopiero za tą osadą na dwa kilometry (23,5 – 25,5 km) z lekka przypomniał się podjazd, gdyż nachylenie skoczyło tu średniej 4,8 %. Ostatnie półtora kilometrów to znów „falsopiano”, zaś w samej końcówce już na przejeździe przez Chiareggio (26,2 km – 1612 m. n.p.m.) ciągłe falowanie czyli krótkie hopki przeplatane mini-zjazdami. Najwyższą partią tej górskiej miejscowości okazało się być Pian de Lupo (27 km – 1623 m. n.p.m.). Po minięciu ostatnich zabudowań zjechałem jeszcze do samego końca asfaltu, skąd zaczyna się pieszy szlak do schroniska M. Del Grande & R. Camerini wybudowanego na wysokości 2600 m. n.p.m. Tym samym mój podjazd do kresu tutejszej szosy liczył sobie 27,1 kilometra. Pokonałem ten dystans w czasie 1h 32:03 (avs. 17,7 km/h). Jak się wkrótce okazało tylko Stelvio i Gavia zabrały mi na tym wyjeździe o parę minut więcej.

Po tak długiej wspinaczce pozwoliłem sobie na półgodzinną sjestę przy stoliku pod barem Locanda Pian del Lupo. Na górze trochę wiało, lecz przy temperaturze 20 stopni było całkiem przyjemnie. Zamówiłem sobie kawę i ciastko, pożyczyłem gazetę i wypoczywałem rozkoszując się górskimi widokami. Dopiero kilka minut po wpół do trzeciej zacząłem zjeżdżać. Oczywiście spokojnie, gdyż z razu nachylenie było niewielkie, zaś potem znajdywałem wiele miejsce godnych uwiecznienia w obiektywie swego wysłużonego Olympusa 500mju. Ponieważ podjazd pod Diga di Campomoro chciałem zacząć z poziomu najniższego łącznika między dwoma dolinami czekało mnie 18,5 kilometrów zjazdu. Zastanawiałem się czemu podczas mojego długiego pobytu w Chiareggio nikt z kolegów do mnie nie dojechał. Okazało się, że Adam i Tomek co prawda też podjechali tą górę w pierwszej kolejności, lecz zatrzymali się przy tablicy, a zatem niemal kilometr przed końcem na drogi. Tym samym gdy ja odpoczywałem pod Locanda Pian del Lupo, oni po drugiej stronie wsi brali oddech przed długim zjazdem do Sondrio. Daniela i Borysa spotkałem podjeżdżających po kilku kilometrach swego zjazdu. Jedynie Darek był wówczas po drugiej stronie doliny filmując krajobraz wokół górskiego jeziora oraz pracę pilota helikoptera transportującego towary w wyższe partie gór. Dzień wcześniej nic nie zjadłem i miałem mały kryzys w końcówce wspinaczki pod Forcolę. Włosi mawiają „uomo avvisato, mezzo salvato” czyli człowiek ostrzeżony w połowie ocalony. Organizm dał mi znać, że nie warto rzucać się na trudną górę bez odpowiedniej dawki paliwa. Środowe góry nie były tak strome jak te z wtorku, lecz były dłuższe i przez to bardziej podstępne. Umiarkowane nachylenie mogło dawać poczucie, iż wszystko idzie dobrze, gdy tymczasem dystans zwiększał ryzyko, iż bez właściwego odżywiania poczucie głodu i tak mnie w końcu dopadnie. Dlatego przed wyruszeniem w kierunku Campo Moro zrobiłem sobie dodatkową strefę bufetu przy sklepie spożywczym w Torre Santa Maria. Kupiłem napoje, banany i batony. Większość zjadłem i wypiłem od razu, zaś resztę zostawiłem sobie na ewentualną czarną godzinę. Dopiero tak odżywiony zjechałem pozostały mi kilometr do wirażu, na którym moja SP 15b łączyła stykała się z właściwą piętnastką. Drugą wspinaczkę zacząłem zatem zgodnie z planem od poziomu 722 metrów n.p.m. Tym samym w teorii miałem do pokonania podjazd o długości 21 kilometrów o przewyższeniu 1210 metrów przy średnim nachyleniu 5,8 % i max. 13 %. W praktyce okazało się, że można było dojechać wyżej niż książkowe 1932 metry n.p.m., ale o tym za chwilę.

Wystartowałem kwadrans przed szesnastą. Pogoda wciąż była dobra, na liczniku 27 stopni. Już po dwustu metrach znalazłem się na lewym brzeg Mellero. Pod koniec czwartego kilometra przejechałem na wprost przez rondo, z którego odchodziła boczna droga do Caspoggio (3,8 km). Na kolejnym rondzie półtora kilometra dalej skończyła się droga SP 15. Skręciłem w prawo na Lanzadę, do której dojechałem po 6,2 kilometra. Za wyjątkiem końcówki pierwszego kilometra pierwsza „tercja” tego wzniesienia była łatwa. Na odcinku 6,5 kilometra nachylenie wynosi tylko 3,4 %. Jechałem już doliną potoku Lanterna. Po przejechaniu 9,4 kilometra dotarłem do osady La Prese. Przed końcem dwunastego kilometra minąłem sześć wiraży. Ostatni z nich przy drodze na Rifugio Alpe Ponte (11,8 km). Minąłem muzeum lokalnego górnictwa. Niemniej główną atrakcją tego wzniesienia były liczne galerie i tunele. Trzeba ich było pokonać aż piętnaście o łącznej długości 2400 metrów! Niektóre miały być ciemne, więc uprzedzony lekturą „PVB-23″ na ten etap wyciągnąłem ze swych bagaży lampki. Mimo to i tak raz musiałem się zatrzymać by nie stracić równowagi. Pod koniec piętnastego kilometra dojechałem do osady Campo Franscia. Na odcinku 8,5 kilometra powyżej Lanzady średnie nachylenie wyniosło 6,2 %. Najtrudniejsze miało dopiero nadejść. Na 5 kilometrach przed Rifugio Ca’ Runcash (19,9 km) stromizna trzyma na średnim poziomie 8,6 %. Droga jest bardzo kręta. Na samym dojeździe do Alpe Largone (17,9 km) jest trzynaście wiraży. Jakieś pięć kilometrów przed Campo Moro spotkałem Darka. Poradziłem mu, żeby podjazd pod Chiareggio zaczął już z ronda za Lanzadą. Na poziom sztucznego jeziora Campomoro dotarłem po przebyciu 21,5 kilometra. Niemniej droga szła dalej, więc się nie zatrzymałem. Minąłem schronisko Poschiavino (21,8 km), a licznik wyłączyłem wraz z końcem asfaltu po 22,1 kilometra. Ten odcinek przejechałem w czasie 1h 26:53 (avs. 15,7 km/h). Co prawda skończył się asfalt, lecz gruntowa droga uparcie choć delikatnie wiodła wyżej w stronę Lago di Alpe Gera. Podobnie jak Dario zatrzymałem się dopiero na dużym parkingu pod drugim ze sztucznych zbiorników tj. na wysokości 2013 metrów n.p.m. Czekał mnie jeszcze ponad 30-kilometrowy zjazd. Do Sondrio zjechałem kilka minut przed dziewiętnastą. Na liczniku zanotowałem 98 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2649 metrów. Doliczając szutrowy finał przed Diga di Alpe Gera stuknęła mi pewnie „setka”. To jednak było mało w porównaniu z naszymi dwoma harpaganami. Adam z Tomkiem przejechali niemal 120 kilometrów pokonując w pionie około 3100 metrów.

20140812_campo moro 1

20140812_campo moro 2

20140812_campo moro 3

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Prato Maslino & Forcola

Autor: admin o poniedziałek 11. Sierpień 2014

Po piątkowym „wieczorku zapoznawczym” na szlaku do Apriki oraz pięciu weekendowych wspinaczkach w rejonie Morbegno przyszedł czas na otwarcie kolejnego rozdziału powieści pt. „Valtellina”. Przez najbliższe dwa-trzy dni mieliśmy się skoncentrować na górskich podjazdach wokół Sondrio, największego miasta w tej dolinie i zarazem mającego status prowincjonalnej stolicy. Okolice tej miejscowości obfitują we wzniesienia najwyższej klasy. To prawdziwy raj dla miłośników rowerowych wspinaczek. Dość powiedzieć, że we wspominanej przez mnie książce „Passi e Valli in Bicicletta – Lombardia 3″ szczegółowo opisano aż 19 podjazdów tylko z tego małego obszaru. Gdybyśmy więc chcieli poznać je wszystkie to przy naszym tempie zwiedzania i możliwościach fizycznych musielibyśmy poświęcić na to nasze całe 10-dniowe wakacje. Tak mocne zawężanie sobie rewiru poznawczego nie wchodziło w grę. Chciałem poznać i zarazem pokazać swym kolegom najciekawsze wzniesienia całej Valtelliny. Dlatego musiałem zabawić się w surowego cenzora by skroić przebogaty materiał na miarę naszych potrzeb. Ostatecznie w gronie nominowanych pozostały tylko największe „premie górskie” tzn. podjazdy o przewyższeniu co najmniej 1200-1300 metrów. Na krótkiej liście naszych „lektur obowiązkowych” pozostała tylko wielka piątka z północnej strony doliny czyli: Prato Maslino, Forcola, Chiareggio, Diga di Campomoro i Boirolo. Jak ostra była to selekcja niech świadczy fakt, iż na ławce rezerwowych pozostały tak mocne wzniesienia jak: Pra Gaggio (11,5 km ze średnim nachyleniem 9,1 %), Val Fontana (12,1 km przy średniej 8,4 %), Dalico (12,4 km przy średniej 8,4 %) – te trzy na północ od Addy oraz Alpe Campelli (11,3 km przy średniej 9,4 %) i Campei Val Cervia (9,1 km przy średniej 11,6 %) nad południowym brzegu tej rzeki. Wszystkie niewątpliwie warte obejrzenia, lecz z uwagi na napięty kalendarz mogły wskoczyć do naszego programu jedynie na podobnej zasadzie jak Ca’ Bianca czyli w roli trzeciej górki na deser. Do takiego scenariusza potrzebna nam była optymalna pogoda umożliwiająca wczesny wyjazd z Bianzone. Biorąc pod uwagę jak ciężkie wspinaczki nas czekały na tzw. pierwsze i drugie danie wcale nie byłem pewien czy będę miał jeszcze apetyt na tego rodzaju dokładkę. Zgodnie z przyjętą przy zwiedzaniu Valtelliny teutońską maksymą „drang nach osten” w poniedziałek musieliśmy zdobyć wzniesienia będące na zachód od Sondrio. Na pierwszy ogień miała pójść góra-makabra czyli Prato Maslino (1612 m. n.p.m.). Potem mieliśmy wjechać na równie wysoką i dużą, acz już nie tak przeraźliwie stromą Forcolę (1602 m. n.p.m.). Gdyby jakimś cudem starczyło nam sił na więcej wrażeń to z listy rezerwowej najbliżej było nam do Campei Val Cervia.

Korzystając z nieco lepszej pogody niż w weekend wyjechaliśmy z Villa Isabella około 10:30. Na początku musieliśmy podjechać do oddalonego o 33 kilometry San Pietro Berbenno. Według naszego podręcznika podjazd pod Prato Maslino zaczyna się na styku drogi krajowej SS38 z prowincjonalną SP14. Ta mordercza wspinaczka ma 12 kilometrów o przewyższeniu 1341 metrów i średnim nachyleniu 11,1 % przy max. 20 %. My jednak pojechaliśmy nieco dalej na zachód. Wjechaliśmy na drogę SP4, gdzie odbiliśmy w prawo na najbliższym rondzie by po chwili zatrzymać się na parkingu przy Via Pradelli. Startując z tego miejsca wydłużyliśmy sobie podjazd o trzysta metrów. Niemniej taki początek nie miał najmniejszego wpływu na skalę trudności czekającego nas wyzwania. Ruszyliśmy do boju o godzinie 11:19 i przy temperaturze 30 stopni. Niebo było zachmurzone i można się było spodziewać deszczu. Biorąc zaś pod uwagę z jakimi stromiznami mieliśmy się wkrótce zmierzyć mokra szosa mogła się rychło okazać przeszkodą nie do przebycia. Po stosunkowo łatwych pierwszych sześciuset metrach wbiliśmy się na optymalny szlak pod Prato Maslino wjeżdżając na drogę SP 14. Niemniej już na początku drugiego kilometra trzeba było ją opuścić, gdyż skręcała ona w prawo do wioski Polaggia leżącej u podnóża wzniesienia Pra Gaggio. My odbiliśmy w lewo, gdzie na przejeździe przez centrum Berbenno di Valtellina trzeba było pokonać odcinek drogi wyłożonej drobną kostką (300 metrów o średniej 3,5 %). Z miasteczka wyjechaliśmy przez Via Giuseppe Garibaldi. Według „PVB” pierwsze 2,5 kilometra tego podjazdu ma średnie nachylenie 8 %. Na większości innych wzniesień tego rodzaju odcinek uchodziłby za wymagający, tu stanowił jedynie całkiem przyjemny wstęp do kolarskiej drogi krzyżowej. Niemal od początku podjazdu najmocniejsze tempo dyktował Adam. Tomek również wyglądał dobrze. Daniel odpadł dość szybko. Dario po kilku minutach włączył swego „autopilota”. Borys jeśli mnie pamięć nie myli wystartował kilka minut przed nami, więc nie mieliśmy go jeszcze na widoku. Ja starałem się trzymać tempo naszych dwóch „kozic”, ale nie za wszelką cenę. Dobrze wiedziałem, że prawdziwa męczarnia zacznie się dopiero po przejechaniu czterech kilometrów i za nic nie chciałem dojechać do tego miejsca wstępnie ugotowany.

W połowie trzeciego kilometra wjechaliśmy do lasu. Niespełna kilometr dalej omal nie przeoczyliśmy skrętu na drogę prowadzącą do Rifugio Marinella (3,3 km). Po wszystkim okazało się, że Borys i Daniel pojechali tu prosto czyli na Monastero, tym samym nadkładając kilka kilometrów. Odcinek między 2,5 a 4,0 km od startu ma już średnio 10,2 %. Niemniej pierwszy naprawdę soczysty cios góra ta wymierza na początku piątego kilometra. Całe 500 metrów ma tu średnio 14,8 % przy max. 18 %. Równie długich odcinków o średnim nachyleniu co najmniej 14 % jest tu sześć. Maksymalną stromiznę tj. 20 % trzeba pokonać po przebyciu 5,1 kilometra. Za wyjątkiem stumetrowego zjazdu po 8,6 km droga ani na moment nie odpuszcza. Całe osiem kilometrów między (2,9 a 10,9 km od startu) ma niebywałą średnią 12,5 %! Według „archivio salite” w całej Valtellinie nieznacznie trudniejszy jest tylko odkryty przez Giro d’Italia w 2012 roku podjazd pod Mortirolo od strony Tovo Sant’Agata. W naszej trzyosobowej grupce brylował Adam. Dłuższy czas tempa dotrzymywał mu Tomek. Ja wisiałem za nimi w odległości kilkunastu-kilkudziesięciu metrów. Po przejechaniu 7,2 kilometra koledzy omyłkowo skręcili w prawo, dzięki czemu przypadkowo znalazłem się na prowadzeniu. Szybko wrócili na właściwą drogę, ja nieco zwolniłem i przez chwilę znów jechaliśmy razem. Po dotarciu do osady Meggenghi di Foppa (7,8 km na naszym szlaku) trzeba było pokonać stumetrowy odcinek bruku rodem z Paris – Roubaix, czy może raczej a’la Ronde van Vlaanderen z uwagi na 15%-ową stromiznę. Adamowi niemal udało się przejechać po tych „kocich łbach”. Ja wraz Tomkiem ostrożnie przeszedłem poboczem, a że trudno było się wpiąć przy takim nachyleniu to przedłużyliśmy sobie ów spacer do najbliższego wirażu. Wyżej Adam zaczął nam powoli odjeżdżać. Dla mnie sukcesem był już fakt, że potrafiłem dotrzymać kroku „Buremu”. W końcówce podjazdu niektóre wiraże wyłożone były betonem. Na tej górze są aż 44 zakręty czyli niemal tyle co na dwukrotnie dłuższym północnym podjeździe pod Stelvio. Na ostatnim kilometrze trzeba też było pokonać trzy szutrowe sektory o łącznej długości 450 metrów. Natomiast ostatnie dwieście metrów z parkingu do schroniska Marinella wiodły po drodze gruntowej przez łąkę. Wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 16:38 ze średnią prędkością 9,6 km/h. Na „stravie” znalazłem jedynie wyniki z finałowego odcinka o długości 4,7 kilometra, który to przejechałem w 30:07 ze średnią prędkością 9,3 km/h, przy VAM 1154 m/h i z mozolną kadencją 50 rpm. Tomek był tu ode mnie szybszy o 16 sekund, zaś Adam o 1:17 z czasem 28:50, ledwie o 9 sekund wolniejszym od aktualnego lidera tego zestawienia.

20140811_prato maslino

Na górze było tylko 16 stopni. Wiatr i wilgoć wisząca w powietrzu sprawiały, że wiało chłodem. Schowaliśmy się pod dachem Rifugio Marinella. Schroniska prowadziła Rosjanka, od lat mieszkająca nad Lago di Como i pracująca w tych górach na letnim kontrakcie. Moi kompani zamówili u niej po „panini” na gorąco co było mądrym rozwiązaniem przed drugim z czekających nas podjazdów. Ja pochopnie ominąłem strefę bufetu. Po pewnym czasie dołączył do nas Dario. Daniela i Borysa spotkaliśmy dopiero na zjeździe. Po zjechaniu do San Pietro di Berbenno Adam, Tomek i Daniel zdecydowali się pokonać 6-kilometrowy odcinek do podnóża Forcoli na rowerach. Ja wraz z Darkiem podjechaliśmy tam autem Daniela. Na podbój drugiej góry wystartowaliśmy kilka ładnych minut o naszych towarzyszach. Po skrajnie trudnym Prato Maslino, które na mojej prywatnej liście najtrudniejszych podjazdów wskoczyło na czwarte miejsce (pomiędzy Blockhaus i Rettenbachferner) skądinąd pokaźna Forcola wyglądała na zupełnie normalny podjazd. Tymczasem wzniesienie długości 16,5 kilometra o przewyższeniu 1322 metrów i średnim nachyleniu 8 % przy max. 14 % to bez dwóch zdań wspinaczka z gatunku „hors categorie”. Podjazd zaczyna się na styku drogi krajowej SS38 z prowincjonalną SP32 na dojeździe do Castione-Andevenno znaną jako Via Vanoni. Ruszyłem o 14:53 w towarzystwie Darka. W dolinie temperatura trzymała się na poziomie 30 stopni. Na pierwszych kilku kilometrach czułem się trochę mocniejszy od kolegi, ale starałem się nie zrywać z koła swego starego druha. Na pierwszych trzech kilometrach przejeżdża się przez osiem wiraży, zaś maksymalne nachylenie wynosi 12 %. Najbardziej kręty jest odcinek w połowie trzeciego kilometra na wysokości kościoła San Martino. Na ciasnym wirażu pod koniec trzeciego kilometra wjechaliśmy na równoległą względem doliny drogę SP14. Dalej droga prowadziła przez odsłonięty teren, wśród łąk i winnic, momentami przez ludzkie osady takie jak: Pozzo (4,7 km) czy Piatta (5,6 km). Z szerokiej drogi trzeba było zjechać dopiero na początku ósmego kilometra. Forcola nigdy w pełnej krasie nie pokazała się i zapewne nigdy nie wystąpi na trasie Giro. Niemniej około 7-kilometrowy dojazd do wioski Triangia (797 m. n.p.m.) został przetestowany na piętnastym etapie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1992. Odcinek ten kończył się w pobliskim Sondrio. Pierwszy tak na górze jak i w mieście był włoski „harcownik” Marco Saligari, który o 52 sekundy wyprzedził grupę faworytów przyprowadzoną na metę przez Francuza Gerarda Rue. Ten niegdyś premiowany na Giro fragment wzniesienia przejechałem w czasie 30:59 (avs. 13,4 km/h). Górale z Moto-2 musieli jechać w zbliżonym tempie, bowiem „stava” zanotowała czas Tomka jako 31:15.

Pierwsze 7,5 kilometra naszego podjazdu miało średnio 6,9 %. Wyżej miało być już tylko trudniej. W połowie ósmego kilometra droga w końcu schowała się w otulinie lasu. Stała się znacznie węższa, lecz nadal była dobrej jakości. Po drodze mijaliśmy kolejne wioski: Triangina (8,4 km), Prativesolo (9,8 km) i największą z nich Ligari (10,5 km). Liczący sobie 3100 metrów odcinek Triangia – Ligari miał średnie nachylenie 9,5 %, z całym dziesiątym kilometrem na poziomie 10,8 % i maksymalnym nachyleniem 13 %. Powyżej Ligari droga należy już do leśników i momentami jest nie najlepszej jakości. Są tu nawet trzy odcinki szutrowe o łącznej długości 1200 metrów. Dwa pierwsze niezbyt strome i biegnące po bezpiecznej nawierzchni. Trzeci trudniejszy tak z uwagi na stromiznę jak i bardziej kamieniste podłoże. Najtrudniejszy fragment wzniesienia czyli max. 14 % wypada po przejechaniu 11,3 kilometra. Im bliżej szczytu tym bardziej brakowało mi paliwa. Popełniłem błąd, że nic nie zjadłem pomiędzy oboma podjazdami. Darek wyglądał lepiej ode mnie i gdyby się postarał pewnie by mi odjechał. Teraz on wziął na siebie na rolę przewodnika, acz nie forsował nazbyt mocnego tempa. Po przebyciu 13,1 kilometra, na końcu długiego odcinka bez jakichkolwiek wiraży dojechaliśmy na wysokość osady Prati Rolla. Stąd do szczytu było jeszcze jakieś 3200 metrów, dla odmiany kręte bo prowadzące przez 9 zakrętów i osadę Pra Fo o Baratta. Około dwóch kilometrów przed szczytem zobaczyliśmy przed sobą znajomą sylwetkę Daniela. Złapaliśmy go kilometr przed finałem i zamierzaliśmy wspólnie dobić do mety, ale nasz kolega zdecydował się na ułańską szarżę, za którą nieco zapłacił w samej końcówce. Nasza wspinaczka zakończyła się wraz z końcem asfaltu po przejechaniu 16,3 kilometra. To nieco mniejszy dystans niż podany w „PVB-23″, gdyż wystartowaliśmy z miejsca oddalonego o 200 metrów od drogi SS38. Gruntowa droga prowadzi stąd, już po płaskim terenie, do osady Piastorba. Licznik pokazał mi czas 1h 23:55 co dało raczej skromną na tej górze przeciętną 11,7 km/h. Na górze w końcu mieliśmy okazję do grupowego zdjęcia. Do kompletu zabrakło nam tylko Borysa. Na technicznym zjeździe chwilę grozy przeżył Tomek, gdy w górnej partii góry wypadł z drogi szczęśliwie omijając przydrożne kamienie. Na dole Daniel i Adam zdecydowali się na podróż w siodle do Bianzone. Tym samym obaj przekręcili tego dnia przeszło 90 kilometrów. Ja na liczniku zanotowałem tylko 58 kilometrów, ale o łącznym przewyższeniu 2581 metrów.

20140811_forcola

W drodze powrotnej zatrzymałem się wraz z Darkiem nieopodal Tresivio na posiłek w namierzonej przez Daniela pizzerii „La Pecora Nera”. Natomiast już po zmroku poszliśmy całą ekipą na kolację do restauracji w górnej części Bianzone. Koledzy strzelali w menu „ślepakami”. Zamiast specjałów włoskiej kuchni na stole wylądowały tego typu „lokalne” rarytasy jak: flaczki, golonka i pierogi. Niemniej humory nam dopisywały. Atmosfera przy stole była na tyle wyborna, iż nabawiłem się bodaj najgroźniejszej kontuzji podczas tego wyjazdu. Nazajutrz ciężko mi było oddychać pełną piersią, bowiem od wieczornych śmiechów rozbolały mnie żebra.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Bagni di Masino, Preda Rossa & Ca’ Bianca

Autor: admin o niedziela 10. Sierpień 2014

Na niedzielę zaplanowaliśmy sobie kolejną wycieczkę na zachodni kraniec Valtelliny. Mogliśmy pojechać w okolice Morbegno już całą naszą szóstką czyli w sile dwóch wozów technicznych. Tym niemniej Adam, Borys i Tomek wciąż mieli do odrobienia zaległości wynikające ze swego późniejszego przyjazdu do Bianzone. Ponieważ w pierwszej ćwiartce Valtelliny tak z uwagi na sportową historię jak i swe fizyczne rozmiary najciekawszym jest podjazd pod Passo San Marco to właśnie przełęcz św. Marka stała się ich priorytetem. Ja wraz z Danielem i Darkiem mogłem się już skupić na innym rewirze czyli na górkach po północnej stronie doliny. Na danie główne naszej niedzielnej uczty wybrałem podjazdy do Bagni di Masino (1172 m. n.p.m.) i Preda Rossa (1955 m. n.p.m.). Ponieważ oba wzniesienia mają wspólny punkt startu i rozjeżdżają się dopiero po pierwszych 10 kilometrach trzeba było dokonać taktycznego wyboru, którą z dwóch wspinaczek robimy od dołu, a którą jedynie od rozjazdu znajdującego się we wiosce Filorera na wysokości 841 metrów n.p.m. Ja zdecydowałem się zrobić dwa mniej więcej równe pod względem przewyższenia podjazdy. To znaczy najpierw pojechać do końca Val Masino, a następnie po kilku kilometrach zjazdu zboczyć na podjazd krótszy, acz znacznie trudniejszy pod Preda Rossa. Daniel przystał na moją propozycję. Natomiast Darek postanowił zapolować na maksymalną amplitudę. To znaczy od samochodu zaparkowanego przy drodze SS38 zdecydował się pojechać prosto na Preda Rossa i za jednym zamachem zrobić jakieś 1690 metrów przewyższenia. Następnie po zjeździe do Filorery miałby na dokładkę skromny dojazd do Bagni di Masino o długości 6,8 kilometra i przewyższeniu 331 metrów. Niemniej na tych dwóch wzniesieniach nie zamierzaliśmy kończyć swej zabawy. Miałem nadzieję, że tego dnia uda nam się wykonać maxi-plan czyli zdobyć trzy premie górskie. Tą trzecią miał być krótki, lecz bardzo stromy podjazd do osady Ca’ Bianca (1275 m. n.p.m.) czyli wspinaczka po przeciwległej południowej stronie Valtelliny, startująca ze znanej mi miejscowości Talamona. Poranne warunki pogodowe nastrajały nas optymistycznie, lecz już wkrótce niebo na zachodzie zaczęło szarzeć. Zapowiadało się na powtórkę z soboty. Pogorszenie pogody opóźniło nam wyjazd z Bianzone. Ostatecznie podobnie jak dzień wcześniej opuściliśmy bazę około południa. Start do trzeciego etapu wyznaczyliśmy sobie przy styku „krajówki” nr 38 z drogą prowincjonalną SP9, acz miejsce do zaparkowania znaleźliśmy jakieś 300 metrów dalej, już na dojeździe do Ardenno.

Wspinaczka do Bagni di Masino to podjazd o długości 17 kilometrów i przewyższeniu 907 metrów przy średnim nachyleniu 5,3 % i max. 10 %. Wystartowaliśmy o godzinie 13:08. Słoneczko mocno już grzało, na liczniku zanotowałem 34 stopnie. Pierwszy kilometr na dojeździe do wioski Masino był łatwy. Na drugim i trzecim nachylenie wynosiło już 6,5 %, zaś droga wiła się przez cztery wiraże. Miałem wrażenie, że obręcz tylnego koła obciera mi o klocek hamulcowy, więc dwa razy stanąłem aby poprawić mocowanie koła. Na tym straciłem około półtorej minuty. Do połowy podjazdu mija się jedynie boczne drogi odchodzące ku okolicznym wioskom. Najpierw w prawo do Biolo (3,7 km), potem w lewo do Cevo i Caspano (5,6 km) i jeszcze raz w lewo do Cornolo (8,2 km). Dopiero w połowie dziesiątego kilometra wjeżdża się do pierwszej większej miejscowości. Od razu w ramach kumulacji to jedna wioska po drugiej. Najpierw Caetaggio (9,5 km) i po chwili wspomniana już Filorera (10,2 km), tego dnia przystrojona na okoliczność lokalnego „Święta Kota”. Spojrzałem tylko gdzie w drodze powrotnej trzeba będzie skręcić na Preda Rossa i odbiłem w lewo. Droga na najbliższe trzy kilometry z hakiem wyraźnie odpuściła. O ile pierwsze 10,2 kilometra miało średnio 5,6 %, o tyle kolejny odcinek o długości 3,3 kilometra zaledwie 3 %. W połowie jedenastego kilometra minąłem skałę Sasso Remenno, na której praktykowali miłośnicy klasycznej wspinaczki. Po przejechaniu 12,7 kilometrów dotarłem do całkiem sporej jak na te okolice miejscowości San Martino i raz jeszcze skręciłem w lewo. Ostatnie 3,5 kilometra miały już średnio 6,7 %, więc były najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia. Powyżej kempingu Lo Scoiattolo trzeba było pokonać jedenaście wiraży. Na ostatnim kilometrze szosa prowadziła przez gęsty las, wręcz ociekający wilgocią. Niemal każdy głaz na poboczu drogi był tu porośnięty mchami. W końcu po przejechaniu mostku nad potokiem Masino dotarłem do kresu drogi. Przejechałem jeszcze kilkadziesiąt metrów po szutrze i zakończyłem jazdę na placu przed XIX-wiecznym hotelem, który przyjmuje turystów i kuracjuszy przybywających do tego uzdrowiska. Moja wspinaczka liczyła sobie 16,6 kilometra, które przejechałem w czasie netto 54:42 czyli ze średnią prędkością 18,2 km/h. Jechało mi się bardzo dobrze. Co prawda w programie strava.com nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Niemniej mój czas na ponad 9-kilometrowym odcinku z Masino do Filorery czyli 31:07 (odliczając postoje) dałby mi czwarte miejsce pośród 49 sklasyfikowanych osób.

Na górze poczekałem na przyjazd Daniela. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod wspomnianym sanatorium z górskimi szczytami w tle. Wspólnie pokonaliśmy też pierwsze kilometry zjazdu. Potem uzgodniliśmy, że Daniel zjedzie szybciej, zaś ja zrobię więcej zdjęć i spróbuję go dogonić na Preda Rossa. Po niespełna 7 kilometrach zjazdu dotarłem do wcześniej upatrzonego zakrętu na ulicach Filorery. Przed czekającą mnie ciężką próbą zdjąłem ciuchy ubrane tylko na zjazd oraz zjadłem batona. Miałem wszelkie dane ku temu by obawiać się tego podjazdu. Liczy on sobie 11,8 kilometra o przewyższeniu 1114 metrów przy średnim nachyleniu 9,5 % i max. 15 %. Siedem na dwanaście kilometrowych odcinków ma tu stromiznę powyżej 10 %. Nie mając opisu w „Passi e Valli in Bicicletta” nie byłem też pewny jakości drogi na całej długości tego wzniesienia. Tym niemniej jechało mi się bardzo dobrze, na początku czwartego kilometra minąłem nawet jakiegoś mocno wycieniowanego włoskiego amatora. Po przejechaniu 3,7 kilometra dojechałem do szlabanu na wysokości Valbiore (1235 m. n.p.m.). Uznałem, że trzeba ominąć tą przeszkodę i dalej jechać prosto. Niemniej wkrótce dukt stał się na tyle kamienisty, iż jazda rowerem szosowym stała się nie możliwa. Zawróciłem i wypróbowałem wcześniej zlekceważony zjazd w prawo. Okazało się, że to była właściwa droga. Za mostkiem nad lokalnym potokiem szosa zaczęła się piąć pod górę nie gorzej niż na pierwszych paru kilometrach. Na samym początku szóstego kilometra przejechałem pod galerią i po chwili pod kołami miałem już nie przyjazny asfalt, lecz trzęsącą drogę zbudowaną z betonowych pasów położonych w poprzek jezdni. Po dalszych dwustu metrach nawet tego zabrakło i trzeba się było zmierzyć z kamienistą drogą gruntową. Jakoś dojechałem do pierwszego zakrętu na tym docinku gdzie spotkałem zaskoczonego takimi warunkami Daniela. Zatrzymaliśmy się na kilka dobrych minut, naradzając się co tu dalej robić, a także próbując się skontaktować telefonicznie z Darkiem. Jazda po takiej nawierzchni przez dalsze sześć kilometrów wydawała się nam niemożliwością. Dario się nie odzywał, a my byliśmy bliscy podjęcia decyzji o zakończeniu wspinaczki. Na szczęście zna przeciwka nadjechał samochód terenowy i mogłem zaczerpnąć języka u tubylca. Dowiedziałem się od niego, że gruntówka ciągnie się jeszcze tylko przez kilkadziesiąt metrów, po czym znów na drodze pojawia się asfalt. Pokrzepieni tą informacją ruszyliśmy dalej.

Niemniej po krótkiej chwili znów musieliśmy się zatrzymać. Przed nami oczyma ukazał się tunel. Długi na niespełna dwieście metrów, lecz z uwagi na brak oświetlenia i zakręt tak ciemny, że już po kilkunastu metrach w jego wnętrzu można było stracić orientację gdzie się znajdujemy. Aby nie wpaść na ścianę trzeba było zejść z roweru i powoli iść po omacku badając otoczenie rękoma. Po wyjściu z tych czeluści znów wskoczyliśmy na rowery mając nadzieję, że to już koniec wszelakich przeszkód terenowych. Wkrótce po przejechaniu najbliższego mostku trzeba było pokonać dwa wiraże, na których stromizna osiągała wspomniane maximum na poziomie 15 %. Tu też chcąc nie chcąc odjechałem swemu koledze. Po przejechaniu kolejnego kilometra minąłem Rifugio Scotti i całą osadę Alpe Sasso Bisolo (6,9 km). Do w tej okolicy ujrzałem dopiero zjeżdżającego z naprzeciwka Darka, zaś w swej drodze powrotnej musiałem przerwać sesję zdjęciową za sprawą poddenerwowanego psa pasterskiego. W połowie ósmego kilometra zaczynał się finałowy fragment tego wzniesienia. Na odcinku około czterech kilometrów trzeba było pokonać aż siedemnaście górskich zakrętów. Ostatni z nich jakieś trzysta metrów przed finałem. Meta znajdowała się na sporym placu z gruntową nawierzchnią. Polana ta otoczona była łukiem górskich szczytów. Pośród nich najwyższym jest licząca 3678 metrów n.p.m. Monte Disgrazia. Na dotarcie do Piano di Preda Rossa potrzebowałem nieco ponad godzinę. Ponieważ około dwustu metrów pokonałem „z buta” to de facto podjeżdżałem przez 11,6 kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie netto 1h 01:14 (avs. 11,4 km/h). Ostatnie 5 kilometrów przebyłem w czasie 29:22 co na stravie jest drugim wynikiem pośród ledwie dwunastu dotąd odnotowanych. Czekając na Daniela usłyszałem pobliżu mowę ojczystą. Na górski szlak polska rodzina na wakacjach we Włoszech. Kto by pomyślał, że spotkamy rodaków w obcym kraju i to na takim odludziu. Na Preda Rossa mimo sporej wysokości było odrobinę cieplej niż w Bagni di Masino. Na starcie zjazdu mieliśmy 19 stopni. Po spokojnym zjeździe dotarliśmy do Ardenno-Masino kilka minut przed osiemnastą.

20140810_preda rossa

Daniel uznał, że na ten moment podjazdów mu już wystarczy. Zrezygnował ze wspinaczki pod Ca’ Bianca, lecz bynajmniej nie z roweru. Nie chcąc blokować naszych planów oddał do naszej dyspozycji swój samochód, zaś sam wrócił do Bianzone drogą SS38, tym samym robiąc sobie na koniec 40-kilometrowy rozjazd w pofałdowanym terenie i z hopką na dobicie. Tym samym jako jedyny w naszym gronie przejechał tego dnia blisko 100 kilometrów. Przede mną i Darkiem była jeszcze trzecia premia górska. Nawiązaliśmy telefoniczny kontakt z naszymi kolegami spod znaku Moto-2. Okazało się, że mieli już za sobą San Marco i teraz również szykowali się do ataku na „Białą Damę”. Wszyscy byli pod wrażeniem przełęczy św. Marka. Niemniej Borys był niepocieszony, iż nie przemógł swego ostatniego kryzysu i poddał się parę kilometrów przed finałem. Spotkaliśmy się z naszymi kolegami w Talamonie na parkingu przy Via Enrico Mattei. Adam z Tomkiem byli już gotowi do kolejnej wspinaczki. Niemniej ja i Darek mając nieco więcej kilometrów w nogach koniecznie chcieliśmy wcześniej coś przekąsić. Dlatego wraz z Borysem podjechaliśmy do centrum miasteczka znaleźć jakąś jadłodajnię. Zjedliśmy coś na gorąco w barze naprzeciwko miejscowego urzędu gminy. Borys miał już wolne i czekał w miasteczku na przyjazd Adama i Tomka. Ja wraz z Darkiem po podwieczorku zjechaliśmy w dolne partie Talamony i zaczęliśmy podjazd na Via Roma przy styku tej ulicy z Via Lombardia. Wystartowaliśmy o godzinie 19:23, więc szykował się nam zjazd w półmroku. Nie był to też najkrótszy wstęp do tej wspinaczki. Pierwszy kilometr ze średnią 6,1 % miał być zdecydowanie najłatwiejszy. W naszym wydaniu nieco się ten odcinek rozciągnął, gdyż po 700 metrach podjazdu mieliśmy 250 metrów płaskiego terenu między wspomnianym barem a kościółkiem San Carlo. Na początku drugiego kilometra wraz ze skrętem na Agriturismo Sciaserola stromizna poszybowała do nieba. Czekał nas teraz stromy odcinek o długości 1300 metrów wzdłuż lewego brzegu potoku Roncaiola (średnio 13,7 % i max. 19 %). Prędkość spadła mi tu nawet do 8 km/h. Nieznacznie odjechałem od Darka, lecz to była zbyt ciężka góra na to by myśleć o towarzyskiej rywalizacji. Każdy z nas koncentrował się tylko na utrzymaniu własnego rytmu jazdy. Rożnica między nami najpierw powolutku rosła aby bliżej szczytu nieco zmaleć.

W połowie trzeciego kilometra wyjechaliśmy w końcu z miasteczka i wjechaliśmy do lasu. Wyżej mijaliśmy już tylko skromne osady leśnicze: Premiana, Ronco, Alpe Grum i La Foppa. Podczas przejazdu przez jedną z nich zabłyszczała mi pod kołami jakaś duża moneta – czyżby 2 Euro bonusu za te męczarnie? Darek też ją spostrzegł, lecz i on nie schylił się po tą premię finansową. Obaj byliśmy na skraju swych możliwości i żaden nie zaryzykował postoju, ponownego wpinania się i całej tej niepożądanej zmiany rytmu. Jakieś dwa kilometry przed finałem śmignęli nam z naprzeciwka wyraźnie już odprężeni koledzy. Nawierzchnia drogi była chropowata, a momentami wręcz dziurawa. Bodaj najgorsza na ostatnich kilkuset metrach. Tu nachylenie sięgało 16-17 %, a ja goniłem resztkami sił. W pewnym momencie nie mogłem już utrzymać równowagi i musiałem się wypiąć aby nie upaść. O ponownym starcie z takiego miejsca nie było mowy, więc musiałem podejść do najbliższego, zarazem ostatniego na tej górze wirażu. Cały podjazd naszym szlakiem liczył 9,1 kilometra. Niemniej oficjalne dane to 8,9 kilometra długości i 1034 metrów przewyższenia przy średnim nachyleniu 11,6 %. Jednym słowem ta mało znana górka spokojnie może się równać z Kitzbuheler Horn czy zachodnim Zoncolanem. Jej zdobycie zajęło 57:12 czyli jechałem ze średnią prędkością 9,5 km/h. Dario stracił do mnie tylko kilkadziesiąt sekund. Meta wzniesienia znajdowała się na małym placu pod górską chatą La Bianca. Postawiono tu też tablicę informacyjną dla turystów chcących udać się wybrać na górskie szlaki Parco delle Orobie. Na strava.com najdłuższy mierzony odcinek obejmuje ostatnie 5,9 kilometra. Ten fragment wzniesienia „zwalczyłem” w czasie 41:02 (avs. 8,6 km/h). Znacznie sprawniej uporali się z nim nasi dwaj koledzy. Adam i Tomek czyli „Komar” i „Pchełka” jak, z uwagi na wręcz stworzone do górskich wspinaczek warunki fizyczne, przezwał ich tej wiosny mój kompan z tras kaszubskich Adam Żabiński. Na tej stromej ścianie czuli się znacznie lepiej ode mnie. W naszym korespondencyjnym pojedynku dołożyli mi dwie minuty, w tym półtorej na ostatnich trzech kilometrach. Jednak na gorąco nie byłem świadom ile mi do nich zabrakło. Może to i lepiej bo już następnego dnia czekała nas wyprawa na jeszcze trudniejszy podjazd pod Prato Maslino. Tymczasem niedzielny etap zakończyłem przejeżdżając 75 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2933 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone

Val Tartano & Pescegallo

Autor: admin o sobota 9. Sierpień 2014

W sobotni poranek wstaliśmy około siódmej. W zasadzie zostaliśmy zbudzeni. Oto po pełnej przygód podróży z jednym przymusowym pit-stopem do spokojnego Bianzone nadjechał drugi oddział trójmiejskich cyklistów. Borys, Adam i Tomek po dotarciu do bazy zaparkowali swe auto zastępcze w garażu i rozpakowali się w naszym tymczasowym lokalu. Po bardzo męczącym i nerwowym transferze zasługiwali na kilka godzin odpoczynku. Dlatego niebawem poszli się zdrzemnąć. Dopiero po kilku godzinach byli gotowi przejechać swój pierwszy etap na lombardzkiej ziemi. Wyjechali z domu około 15:30 i ruszyli naszym wczorajszym szlakiem w kierunku Passo dell’Aprica. Jako, że mieli więcej czasu niż my w piątkowe popołudnie w połowie zjazdu z tej stacji narciarskiej odbili jeszcze na stromy podjazd pod Valico San Cristina (1427 m. n.p.m.). Ta wspinaczka o długości 6,8 kilometra i średnim nachyleniu 9,5 % (max. 16 %) dała im przedsmak tego co miało nas czekać na drogach Valtelliny. Podczas gdy nasi kompani spoczywali w objęciach Morfeusza my rozpoczęliśmy przygotowania do swego drugiego etapu. Zgodnie z planem mieliśmy zacząć zwiedzenie tej doliny od jej zachodnich krańców czyli tzw. Bassa Valtellina. Niestety już z rana pogoda była niewyraźna, zaś im bliżej południa tym bardziej niebo nad całą okolicą zaczęło pokrywać się ciemnymi chmurami. Były one na tyle gęste, że chowały się za nimi wierzchołki pobliskich gór. Wkrótce zaczęło padać. Niemniej nie po to przyjechaliśmy do Włoch by poddawać się kaprysom pogody. Całe to pogodowe nieszczęście zdawało się nadchodzić od zachodu. W następnych dniach to meteorologiczne zjawisko okazało się być lokalną regułą. Czarne lub stalowoszare chmury znad Lago di Como oznaczały rychły deszcz nad naszymi głowami w środkowej części doliny. Stwierdziliśmy, iż nie ma co czekać na to aż rozpada się i u nas. Uznaliśmy, że skoro aura najwcześniej popsuła się na zachodzie to też i tam najwcześniej się ona poprawi. Kierowani tym przeczuciem około południa ruszyliśmy w drogę. Chciałoby się rzec w paszczę lwa czyli w stronę najgorszej ulewy.

20140809_bianzone

Wyjechaliśmy do Morbegno mając do pokonania dystans 47 kilometrów czyli około 50 minut jazdy. To obecnie 12-tysięczne miasteczko powstało u ujścia potoku Bitto do rzeki Adda u zbiegu dwóch bocznych dolin czyli Valle del Bitto di Gerola oraz Valle del Bitto di Albaredo. Potok Bitto dał swą nazwę również słynnemu lombardzkiemu serowi, który jest produkowany tylko latem i który ponoć jako jedyny w świecie może być sezonowany przez dobre dziesięć lat. Miasto kilkakrotnie gościło wyścig Dookoła Włoch, acz najczęściej bywała to jedynie znajomość przelotna. To znaczy peleton Giro przemykał po uliczkach tej miejscowości bezpośrednio po zjeździe z pobliskiej przełęczy św. Marka lub też przed rozpoczęciem ponad 25-kilometrowej wspinaczki na nią. W samym Morbegno „La corsa rosa” finiszowała tylko raz. Miało to miejsce w 1991 roku na etapie czternastym, który wystartował z Turynu. Tego dnia tuż przed trzema z rzędu górskimi odcinkami peleton odpuścił 4-osobową grupkę harcowników. Spośród nich najmocniejszy okazał się Włoch Franco Ballerini. Toskańczyk jako kolarz zasłynął dzięki dwóm zwycięstwom w klasyku Paryż – Roubaix (1995 i 1998). Po zakończeniu kariery sportowej został selekcjonerem włoskiej reprezentacji i w pierwszej dekadzie XXI wieku poprowadził ją do czterech tęczowych koszulek i olimpijskiego złota na Igrzyskach w Atenach. W latach 2009 i 2011 Morbegno pełniło też rolę wioski startowej. Z samego miasta mogliśmy zaatakować dwa ciekawe podjazdy. To znaczy wjechać na Passo San Marco (1985 m. n.p.m.) lub dotrzeć do stacji narciarskiej Pescegallo (1454 m. n.p.m.). Ta pierwsza, jakkolwiek wielce atrakcyjna, nie była moim celem. Zdobyłem ją już bowiem podczas wyprawy z czerwca 2008 roku. Tym niemniej gorąco zarekomendowałem ją obu swoim kompanom. Ponieważ w mieście wciąż padało uznaliśmy, iż bezpieczniej będzie zacząć nasz drugi etap od wspinaczki pod nieco niższą górę czyli pobliskie Val Tartano. Przełęcz wieńcząca tą dolinę wysoko pomiędzy szczytami pasma Alpi Orobie znajduje się na wysokości 2108 m. n.p.m., lecz asfaltowa droga kończy się na wysokości 1328 metrów n.p.m.

Podjazd w głąb Val Tartano zaczyna się siedem kilometrów na wschód od Morbegno. Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu należy wjechać na równoległą do SS38 drogę prowincjonalną SP 16 Orobica. Zaparkowaliśmy na jej skraju, jakieś kilkaset metrów przed początkiem prowadzącej w górę doliny drogi SP 11. Wznieśliśmy oczy ku niebiosom i gdy tylko dostrzegliśmy pierwszy ślady przejaśnienia zaczęliśmy szykować się do jazdy. Wystartowaliśmy o wpół do drugiej. Czekał nas podjazd o długości 17,3 kilometra i przewyższeniu 1071 metrów przy średnim nachyleniu 6,2 %. W praktyce wzniesienie to składa się z dwóch wyraźnie różnych części. Pierwsze 10,4 kilometra prowadzące do leżącej na wysokości 1049 m. n.p.m. wioski Campo Tartano ma nachylenie 7,5 %. Z kolei odcinek powyżej tej miejscowości o długości 6,9 kilometra ma średnio tylko 4 %. Początek podjazdu wije się zakosami po zboczu wzniesienia Crap del Mezodi (1040 m. n.p.m.). Na odcinku około siedmiu kilometrów wiraży jest w sumie dziesięć. Pierwszy mija się po przejechaniu 800 metrów, zaś ostatni z nich po przebyciu 7,2 kilometra od startu. Dwa kolejne wiraże położone są na kilkaset metrów przed Campo Tartano. W kilku miejscach stromizna podjazdu sięga 10 i 11 %. Najtrudniejsze są fragmenty w połowie szóstego i na początku jedenastego kilometra. W dolnej części wzniesienia mieliśmy wspaniały widok na dolną część Valtelliny i północny kraniec Lago di Como. Podjazd cały czas wiedzie wzdłuż prawego brzegu potoku Tartano. W drugiej części wzniesienia nie brakowało odcinków niemal płaskich np. na trzynastym, a także w drugiej połowie czternastego kilometra. Ostatnią większą miejscowością na szlaku jest Tartano (14,7 km). Po krótkim zjeździe pozostaje jeszcze do przejechania 2400 metrów. Momentami trzeba się było jeszcze trochę wysilić. W pierwszej połowie szesnastego kilometra droga miała nachylenie 7,3 %, zaś na ostatnich trzystu metrach nawet 8 %. Niemal cały podjazd przejechałem na solo. Do końca asfaltu dobiłem w czasie 1h 02:18 (avs. 16,7 km/h). Z czego niemal dokładnie 41 minut zajęło mi przejechanie trudniejszego odcinka od startu do Campo Tartano. Do połowy jedenastego kilometra jechałem więc z przeciętną prędkością 15,2 km/h. Poczekałem na przyjazd kolegów. Dario znów wiernie asystował Danielowi. Na zjeździe tym razem było spokojnie. Do samochodu zjechaliśmy kilka minut po szesnastej.

20140809_val tartano

Zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy do Morbegno. Podjazdy pod San Marco i Pescegallo co prawda startują z tego jednego miasta, lecz bynajmniej nie z tego samego miejsca. Z dwojga opcji uznałem, że lepiej będzie podjechać do podnóża drogi na przełęcz św. Marka. Apropos to górskie przejście zawdzięcza swą nazwę Wenecjanom, którzy w XVI wieku władali wschodnią Lombardią i wytyczyli pierwszą drogę tym szlakiem. Wspinaczka, którą poleciłem moim kolegom miała być o przeszło siedem kilometrów dłuższa od podjazdu jaki wybrałem dla siebie. Licząc w obie strony to już dawało niemal piętnaście kilometrów. To zaś oznaczało, iż nawet gdybyśmy przejechali swoje podjazdy w tym samym tempie to miałbym nad nimi kilkadziesiąt minut zapasu. Dlatego mogłem sobie pozwolić na spokojne przyglądanie się przygotowaniom Darka i Daniela do wyprawy na kolarskiego „grubego zwierza” jakim bez wątpienia jest północne oblicze Passo San Marco. Na mojej prywatnej liście największych wzniesień jest to dziś góra nr 12. Przewyższenie rzędu 1723 metrów na każdym kolarzu musi robić wrażenie. Aby dostać się na tą przełęcz trzeba pokonać podjazd o długości 26,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,5 % i max. 13 %. Obecnie to jedyne drogowe połączenie między lombardzkimi prowincjami Sondrio i Bergamo. Przełęcz ta czterokrotnie została wykorzystana na trasie Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1986 roku, właśnie w swej północnej postaci, na etapie prowadzącym do stacji narciarskiej Foppolo po południowej stronie Alpi Orobie. Na tym właśnie wzniesieniu słynny Giuseppe Saronni pożegnał się marzeniami o trzecim triumfie w Giro. Na etapie wygranym przez Hiszpana Pedro Munoza słynny „Beppe” stracił ponad dwie minuty do swych najgroźniejszych rywali i szala zwycięstwa przechyliła się na stronę jego rodaka Roberto Visentiniego. Góra na tyle spodobała się organizatorom Giro, że użyli jej ponownie już w latach 1987-88, acz w obu przypadkach w nieco łatwiejszej południowej wersji tzn. na etapach do Madesimo i Chiesa di Valmalenco. Po raz ostatni peleton Giro zderzył się z tą wielką przeszkodą terenową podczas edycji z 2007 roku na etapie do Bergamo wygranym przez Stefano Garzellego. Zatem moi koledzy w sobotnie popołudnie mieli randkę z legendą Giro. Ja zaś niedługo po nich wyruszyłem na spotkanie ze swoim przeznaczeniem czyli górą sporą, lecz kolarskiemu światu nieznajomą. Z naszego parkingu musiałem pojechać ulicami Via Vanoni i Via Fabani w kierunku zachodnim. Po przejechaniu około kilometra znalazłem wlot do doliny Gerola.

20140809_san marco 1

20140809_san marco 2

20140809_san marco 3

Podjazd do Pescegallo wiedzie po drodze SP7 i zaczyna się na wysokości Via San Rocco. Surowi autorzy „Passi e Valli in Bicicletta” dali tej wspinaczce ocenę „4 z minusem”. Podczas gdy Tartano zasłużyło u nich tylko na „3″, zaś olbrzymie San Marco na pełną „4″. Na szlaku do Pescegallo trzeba pokonać 19,3 kilometra i przewyższeniu 1198 metrów przy średnim nachyleniu 6,2 % i max. 13 %. Pierwsze trzy kilometry wiedzie bardziej na zachód niż na południe, więc po prawej ręce długo miałem widok tak na miasto jak i dolinę rzeki Adda. Po około kilometrze jazdy wystrzelił mi bidon podobnie jak miesiąc wcześniej na Monte Lesima. Okazało się, że woda mineralizowana podobnie jak lekko gazowana potrafi wytworzyć ciśnienie godne wystrzału. Pozostawiłem swoją kolarską manierkę na poboczu drogi i dalej musiałem już kręcić o suchym pysku. Między trzecim a piątym kilometrem szosa zawraca na wschód. Dopiero po przebyciu około 5,2 kilometra zdecydowanie skręca na południe. Na początku dziewiątego kilometra dojechałem do wioski Rasura (8,4 km). W prawo odchodzi tu boczna droga „donikąd” na wysokość 1510 m. n.p.m. Kolejną, acz znacząco mniejszą osadą jest Pedesina (10,9 km). Cały niemal 11-kilometrowy odcinek od startu do tej wioski ma średnie nachylenie 6,5 %, przy max. 9 %. Po nim przyszedł czas na znacznie łatwiejszy fragment na dojeździe do Gerola Alta (14,2-14,5 km). Na tym odcinku o długości 3,7 kilometra nachylenie wynosi tylko 2,5 % przy max. 7 %, w okolicy osady Valle (13,1 km). Tuż za Gerolą zaczyna się stromy finał wzniesienia czyli 4,8 kilometra o średniej 8,2 %. Najpierw musiałem pokonać długą prostą do mostu nad potokiem Bitto, zaś na ostatnich czterech kilometrach z przejazdem przez Fenile aż dziewięć wiraży. Najtrudniejsza była sama końcówka tzn. finałowe 1300 metrów o średniej 9,8 % i momentami na poziomie 13 %. Finiszowałem mocno, acz musiałem skorzystać z przełożenia 34×27. Zatrzymałem się dopiero pod budynkiem miejscowej szkółki narciarskiej. Według strava.com wspinaczkę o długości 19,1 kilometra przejechałem w czasie netto (liczonym bez zajścia z bidonem) 1h 12:22 czyli ze średnią prędkością 15,8 km/h. To byłoby szóstym wynikiem pośród 30 zarejestrowanych. Po bardzo spokojnym zjeździe do samochodu dotarłem kilka minut przed dwudziestą. Poczekałem na kolegów ciekaw ich wrażeń ze starcia z gigantem. Mój drugi etap liczył w sumie 76 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2233 metrów. Jednak to było małe piwo w porównaniu z sobotnim „przebiegiem” moich kompanów. Darek z Danielem przejechali jakieś 88 kilometrów o amplitudzie niespełna 2800 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2014 | Komentarze są wyłączone