banner daniela marszałka

Val Martello & San Martino

Autor: admin o wtorek 18. Sierpień 2015

We wtorek ponownie obraliśmy kurs na Merano. Jednak tym razem po dojechaniu do miasta dalej trzymaliśmy się drogi krajowej SS38. Tym samym skręciliśmy na zachód ku Val Venosta (niem. Vinschgau) jednej z najwcześniej zasiedlonych alpejskich dolin. Rzymianie zdobyli te tereny w 15 roku p.n.e. i wkrótce wytyczyli przez nią pierwszą drogę przez Alpy czyli Via Claudia Augusta. Dla amatorów kolarstwa największą atrakcją tego rejonu jest jednak znacznie nowsza, bo wytyczona w latach 1820-25 droga na Passo dello Stelvio vel Stilfserjoch. Historii tego szlaku po raz wtóry opisywać nie będę. Po pierwsze dlatego, że ze szczegółami zrobiłem to choćby przed rokiem we wpisie na temat naszego wjazdu od strony Bormio. Po drugie ponieważ tym razem darowałem sobie kolejną wycieczkę na tą legendarną przełęcz. W latach 2003-2011 wjechałem na nią trzykrotnie wschodnim tzn. tyrolskim szlakiem ze słynnymi 48 wirażami. Obejrzałem ją sobie również po jednym razie od zachodniej (lombardzkiej) i północnej (szwajcarskiej) strony. Przy trzech z owych pięciu wspinaczek towarzyszył mi Darek Kamiński. Uznaliśmy więc, że tym razem nie mamy już czego szukać na Stelvio. Zadanie zdobycia tej najwyższej z włoskich przełęczy drogowych pozostawiliśmy szóstce naszych kolegów. My dwaj nastawiliśmy się na wyprawę w górę Val Martello (2068 m. n.p.m.). Organizatorzy Giro d’Italia chcieli pokazać światu ten wymagający podjazd już w 2013 roku, lecz ze względu na zimowe warunki pogodowe dziewiętnasty etap tej edycji wyścigu musieli ostatecznie odwołać. Nie zrażeni tym faktem rok później ponownie „zaproponowali” kolarzom ten sam „wysokogórski” odcinek z Ponte di Legno przez Gavię i Stelvio do Martelltal. Aura na szesnastym etapie Giro 2014 była niewiele lepsza niż 12 miesięcy wcześniej. Z tego względu na zjeździe ze Stelvio próbowano wprowadzić neutralizację, ale ten pomysł okazał się niewypałem i doprowadził do pewnego „zafałszowania” wyników całego wyścigu. Etap wygrał późniejszy triumfator całej imprezy Kolumbijczyk Nairo Quintana, który o 8 sekund wyprzedził Kanadyjczyka Rydera Hesjedala i o 1:13 Francuza Pierre’a Rollanda. Pozostali liderzy wyścigu stracili co najmniej trzy i pół minuty. Nasz Rafał Majka finiszował tego dnia siódmy ze stratą 4:08 do górala rodem z Andów.

Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu musieliśmy przejechać samochodami aż 84 kilometry. Dojazd do Coldrano miał nam zająć godzinę i kilkanaście minut. W jego końcówce zjechaliśmy z krajówki na boczną szosę prowadzącą przez miasteczko Laces (Latsch). Ostatecznie zatrzymaliśmy się przy rondzie na skrzyżowaniu SP90 i SP2 nieopodal biegnącej doliną linii kolejowej. Gdy dotarliśmy w to miejsce okazało się, że jeden z członków Moto-2 jest „ledwie żywy”. Tomek był blady jak ściana cierpiąc na problemy żołądkowe. Nie nadawał się do jazdy, więc postanowił zostać i odpocząć w tym miejscu. Pożegnaliśmy zatem Adama, Artura, Daniela, Rafała i Romka, którzy mieli jeszcze do przejechania ponad 20 kilometrów ku własnej bazie wypadowej w Prato allo Stelvio. Tymczasem mnie i Darka czekało wzniesienie o wymiarach podobnych do poniedziałkowego Monte Giovo. Według „cyclingcols” do przejechania mieliśmy 22,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu netto 1407 metrów (brutto nawet 1450). Były jednak wyraźne różnice między tymi dwoma wzniesieniami. Przede wszystkimi Val Martello było nieregularne. Na Jaufenpass było równiutko. Każdy kilometr na poziomie od 7 do 8,5 % i max. 10 %. Natomiast tu liczne zmiany rytmu. Nie zbrakło niczego. Mieliśmy tu zjazdy i odcinki falsopiano, lecz również fragmenty solidnej wspinaczki czy nawet stromizny dochodzące do 15 %. Z jednej z strony długie proste odcinki, zaś z drugiej serpentyny tak pokręcone, że z jednego wirażu nieomal przechodziło się w drugi. Ale o wszystkim po kolei. Wystartowaliśmy bardzo późno, bo tuż przed godziną trzynastą. Na dole było 27 stopni, więc zimy na górze nie musieliśmy się obawiać. Na łatwym początku droga wiodła prosto na południe. Na drugim kilometrze ominęliśmy od wschodu miejscowość Morter. Dopiero wraz z początkiem trzeciego zaczęła się solidna wspinaczka. Każdy z najbliższych czterech kilometrów trzymał na poziomie 9 lub 10 %. Do połowy piątego jechaliśmy równolegle do rzeczki Plima pośród sadów jabłkowych. Następnie na odcinku 1200 metrów zaliczyliśmy siedem zakrętów bądź klasycznych wiraży. Pierwszy stromy fragment tego wzniesienia zakończył się po przejechaniu 6,7 kilometra na wysokości drewnianego mostu w Bagni di Salto (niem. Bad Salt). Potem przyszła pora na 600-metrowy zjazd w kierunku Ośrodka Sportu i Rekreacji Trattla (7,6 km).

Wkrótce zgodnie z nurtem wspomnianej rzeczki szosa ponownie skręciła na południe by przez kolejne dwa kilometry z hakiem prowadzić przez teren zabudowany. W tym czasie minąłem trzy wioski tzn. Transacqua / Ennewasser (8,6 km), Gluder (9,2 km) i największą z nich Ganda / Gand (9,8 km). Pod koniec dwunastego kilometra na wysokości osady Ronahof przejechałem pod pierwszą galerią. Dwa kilometry dalej mój wzrok przykuł przydrożny kościółek w Santa Maria in der Schmelz (13,9 km). Na początku szesnastego kilometra musiałem pokonać dwa strome wiraże, zaś po przejechaniu 15,7 kilometra wyjechałem na tętniącą życiem polanę. Pełno tu było drewnianych chatek, a nie brakowało nawet indiańskich wigwamów. Osiołki skubały sobie spokojnie trawkę, zaś ludzie uwijali się przy pracy na grządkach truskawek. Nie spodziewałem się ujrzeć tego rodzaju upraw na wysokości niemal 1700 metrów n.p.m! Ten „rolniczy” teren o pofałdowanym profilu ciągnął się przez 1200 metrów tj. niemal do końca siedemnastego kilometra. Z kolei następny stromy kilometr to była istna karuzela. W sumie dziesięć wiraży w dwóch ratach tzn. najpierw cztery i za chwilę jeszcze sześć. Potem jeszcze kilkaset metrów, w tym przejazd przez 80-metrowy tunel i po przebyciu 18,3 kilometra byłem już przy zaporze na Lago di Gioveretto. Teraz w końcu można było odpocząć. Płaska szosa przez równo dwa kilometry ciągnęła się nad zachodnim brzegiem jeziorka, a potem jeszcze przez trzysta metrów w dół do mostku przy pierwszym z miejscowych parkingów. Niemniej ta góra miała jeszcze dla nas jedną niespodziankę. Ostatnie dwa kilometry trzymają tu na średnim poziomie 9 %. W pierwszej połowie 23-ciego kilometra trzeba pokonać kolejny stromy i bardzo zakręcony segment czyli siedem wiraży na odcinku ledwie 570 metrów. Trudna wspinaczka kończy się na wysokości Alpengasthof Enzian (22,8 km). Stąd do końca asfaltowej drogi pozostało mi już tylko czterysta metrów. Według stravy przejechałem na tej górze w sumie 23,2 kilometra w czasie 1h 36:04 (avs. 14,5 km/h). Z kolei Darkowi licznik naliczył czas 1h 41:57 na dystansie 22,7 kilometra. Nie znalazłem segmentu obejmującego całe wzniesienie. Najdłuższy fragment ma 12,1 kilometra i obejmuje dolny odcinek od Morter do Santa Maria. Przejechałem go w czasie 52:40 (avs. 13,8 km/h i VAM 948 m/h) co daje 106 wynik na 627 osób. Dla porównania kolarze z ubiegłorocznego etapu Giro potrzebowali na to samo od 35 do 46 minut i to w końcówce bardzo ciężkiego etapu.

20150818_145447

20150818_151514

20150818_154913

20150818_155807

Gdy my dwaj podjeżdżaliśmy pod Val Martello piątka naszych kompanów miała ustawkę z jej wysokością Stelvio (2758 m. n.p.m.). Daniel jak na razie nie ma szczęścia do tej góry. Przed rokiem wjechał na nią na miękko, nieomalże jedną nogą, po tym jak przypomniała mu się kontuzja kolana. Tym razem jak sam twierdzi zaatakował go ten sam „wirus”, który dopadł Tomka. Początkowo jechał na czele stawki wespół z Romkiem z niewielką przewagą nad Adamem. Jednak w połowie wzniesienia zaczął się zmagać z problemami żołądkowymi, które na tyle go męczyły, iż znów na przełęcz dotarł przede wszystkim siłą woli. Najszybciej na górze zameldowali się Romek i Adam. Strava nie daje tu jasnej odpowiedzi na pytanie w jakim dokładnie czasie tam dotarli, albowiem każdemu z piątki mych kolegów zarejestrowała różną ilość i to nie zawsze tych segmentów. Dla przypomnienia według danych z „cyclingcols” ten podjazd ma 24,6 kilometra długości przy średnim nachyleniu 7,5 i max. 12 % oraz przewyższeniu 1837 metrów. Romek i Adam pokonali go w czasie około 2 godzin i 3 minuty. Rafał i Daniel wspinali się m/w przez 2h 18 / 2h 20 minut. Najwięcej czasu po tej stronie wzniesienia spędził Artur, ale na własne życzenie. Po przejechaniu 7 kilometrów czyli na wysokości niespełna 1300 metrów n.p.m. zjechał z drogi SS38 i odbił w kierunku północnym zasugerowawszy się znakami drogowymi na Stelvio Paese (niem. Stilf Dorf). Tym samym dokręcił poza trasą nieco ponad 5 kilometrów w łatwiejszym terenie, tracąc na tym jakieś 14 minut. Na przełęcz dotarł po 2h 31 minutach czyli samą wspinaczkę wykonał w czasie około 2h i 17 minut. Przełęcz tego dnia była opanowana nie tylko przez kolarzy, ale i dziesiątki polskich kierowców uczestniczących w charytatywnej akcji Złombol 2015, którzy to wjazdem na Stelvio od strony Bormio zakończyli swą czterodniową wyprawę. Daniel i Rafał poprzestali na wjechaniu na Stilfserjoch od najtrudniejszej z trzech stron. Natomiast Adam, Artur i Romek zjechali do Santa Maria in Munstair aby pokonać także ponad 16-kilometrowy podjazd od szwajcarskiej strony czyli szlakiem przez Umbrailpass. Tego dnia zrobili sobie zatem przeszło 80-kilometrowy etap z przewyższeniem powyżej 3200 metrów. Czapki z głów. Adam dzięki temu, że przed rokiem zdobył tą przełęcz od strony Bormio tym samym „przerobił” już Stelvio w każdej możliwej wersji.

O świetną relację ze Stelvio postarał się Artur (czytelników zachęcam do lektury, zaś kolegę będę musiał chyba poprosić o podobne wstawki na temat wrażeń z Rombo, Palade i Selli) > Stelvio by Arturro

Natomiast filmiki kręcił Romek:

Stelvio_1

Stelvio_2

Stelvio_3

Tymczasem my u kresu Val Martello ubraliśmy się cieplej, po czym zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową w pobliżu Alpengasthof Schonblick (Hotel Bellavista). Zjeżdżaliśmy nieśpiesznie, albowiem było co fotografować. Dario wjechał nawet na wspomnianą tamę i nakręcił z niej parę krótkich filmów. Jakieś sześć kilometrów przed końcem zjazdu tj. na wysokości Burgauner Hof spotkałem Tomka, który nieco odżył i wsiadł na rower. Sił starczyło mu na te kilka niełatwych kilometrów. Do Citroena, którego zostawił nam Daniel zjechaliśmy kilka minut przed 16:30. Teraz musieliśmy podjechać do Castelbello i przed drugą górą znaleźć w tym miasteczku jakiś lokal gastronomiczny. Przejechaliśmy zatem siedem kilometrów w kierunku powrotnym tzn. na wschód. Tam znaleźliśmy uliczkę Winkelweg / Via al Tre Canti prowadzącą w kierunku podjazdu pod San Martino (1736 m. n.p.m.). Następnie wybraliśmy się na przymusowy spacer po miasteczku, nad którym góruje zamek z pierwszej połowy XIII wieku. Poszukiwania strefy bufetowej zaprowadziły nas na przeciwległy czyli południowy brzeg Adygi. To wszystko zabrało nam trochę czasu, ale jeszcze dłużej czekaliśmy na posiłek zamówiony w gospodzie Angerguterkeller, której historia sięga roku 1583. Za sprawą wszystkich poślizgów czasowych na drugą premię górską wyruszyliśmy dopiero o godzinie 18:27. Rzec można o całą minutkę szybciej niż dzień wcześniej udało nam się wystartować pod Caurię. Co ciekawe oba te podjazdy były bardzo podobne do siebie. Tyrolski św. Marcin jest co prawda znacznie wyższy, ale to z racji znacznie wyżej położonego miejsca startu. Natomiast z praktycznego punktu widzenia podjazd ten był tylko o 500 metrów dłuższy i 53 metry większy. Do pokonania w tej kolejnej sesji wieczornej mieliśmy 11,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,8 % i przewyższeniu 1161 metrów. Nie byle jaka kolacja. Od startu było jasne, że znów czeka nas walka nie tylko ze stromizną, ale i z czasem by wrócić do auta przed zmierzchem. Tym razem praktycznie całą górę przejechaliśmy razem. Bark w bark niczym Anquetil i Poulidor na Puy de Dome w 1964 roku. Zapewne tylko tempo jazdy się nie zgadzało, no i zabrakło nam tłumów kibiców. Już początkowa ścianka doprowadzająca do wirażu nr 1 robiła wrażenie. Natomiast pierwsze 2,2 kilometra na tej górze miało średnie nachylenie 10,9 %. Po tym odcinku można było chwilę odpocząć na 300-metrowym zjeździe, który jednak od razu przechodził w kolejną stromiznę.

Podjazd początkowo prowadził po Trumsberger Weg / Via Monte Trumes. Po pięciu serpentynach na pierwszych dwóch kilometrach droga wiodła dalej raczej długimi prostymi odcinkami wzdłuż zbocza góry. Wiraż szósty przejechaliśmy po 3,2 kilometra od startu, zaś dziesiąty dopiero trzy kilometry dalej. Na zakręcie jedenastym minęliśmy skręt ku miejscowości Trumsberg / Montetrumes (7,4 km). Jechaliśmy cały czas w kontakcie, co najwyżej jeden drugiemu odjeżdżał na kilkanaście metrów. Tym razem nie miałem kryzysu. Za sprawą posiłku zjedzonego w Angerguterkeller obyło się bez „klątwy siódmego kilometra”. Przepychałem swoje 34/27 z kadencją w okolicach 50-60 rpm. Spokój jazdy zakłóciło nam jedynie wydarzenie z połowy dziesiątego kilometra. Dario łapiąc oddech złapał muchę w rozmiarze „kingsajz”. Takiego posiłku oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. Tym bardziej podczas forsownej wspinaczki. Musieliśmy się zatrzymać na niespełna dwie minuty by mógł ją wykrztusić i dojść do siebie. Po ponownym starcie zostało nam do przejechania 2,5 kilometra. Na przełomie dziesiątego i jedenastego pokonaliśmy kręty odcinek z czterema wirażami. Natomiast po przejechaniu 10,8 kilometra wyjechaliśmy w końcu spośród drzew na odkryty teren. W połowie dwunastego kilometra minęliśmy osadę składającą się z kilku domostw, zaś po 11,8 kilometra od startu pokonaliśmy ostatni osiemnasty zakręt. Wspinaczkę zakończyliśmy po przejechaniu 12 km i 160 metrów w czasie netto 1h 13:36 (avs. 9,9 km/h). Na stravie zaznaczono 12-kilometrowy segment z przewyższeniem 1124 metrów. Pokonaliśmy go w czasie brutto 1h 15:22 (bez postoju 1h 13:35). Wypadliśmy całkiem nieźle. Oficjalny czas daje nam 22-23 miejsce, zaś realny 20-21 pośród 144 zarejestrowanych osób. Na górze ujrzeliśmy: kościół, szkołę podstawową i górną stację kolejki linowej. Stał tam też krzyż z Chrystusem o obliczu równie zmęczonym co twarze cykloamatorów docierających w to miejsce. Swój pobyt na niej ograniczyliśmy do dwunastu minut rozpoczynając zjazd o godzinie 19:55. Niespełna pół godziny później byliśmy na dole. Tym niemniej finisz o 20:24 okazał się i tak swego rodzaju „rekordem” podczas moich tegorocznych wojaży. Oczywiście znów nie udało się uwiecznić na zdjęciach uroków wzniesienia. Trzeba będzie coś zrobić z tym faktem. Plan na sezon 2016 mam taki by zaczynać podjazd nr 1 najpóźniej o godzinie 11:00, zaś drugi o 15:00. Tym samym o osiemnastej bylibyśmy już po wszystkim, mając przy okazji więcej czasu na regenerację przed kolejnym dniem zabawy.

20150818_195000

20150818_195510

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Monte Giovo & Cauria

Autor: admin o poniedziałek 17. Sierpień 2015

W niedzielę zamknęliśmy rozdział z wycieczkami w okolicach Bolzano. Począwszy od nowego tygodnia obraliśmy kurs na Merano czyli góry w zachodniej części sub-regionu Sud Tirol. Oznaczało to dłuższe niż dotąd dojazdy samochodowe. W poniedziałek naszą baza wypadową do górskiej wspinaczki miało być San Leonardo in Passiria. A może raczej St. Leonhard in Passeier zważywszy, że 98 % mieszkańców tej gminy za ojczysty uważa język niemiecki. Miasteczko to położone jest 21 kilometrów na północ od Meran. Co jednak najważniejsze tuż przed nim rozchodzą się drogi na dwie wysokie przełęcze. W lewo czyli na zachód odbija droga SS44bis prowadząca ku granicy z Austrią na Passo del Rombo vel Timmelsjoch (2474 metrów n.p.m.). Z kolei w prawo ku centrum miasta i dalej na północ biegnie szosa SS44 na Passo di Monte Giovo alias Jaufenpass (2099 metrów n.p.m.). Według „cyclingcols” podjazd na pierwszą z w/w przełęczy liczy sobie aż 29 kilometrów o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniem aż 1793 metrów czyli niewiele mniejszym niż na legendarnym Stelvio. Drugie ze wspomnianych wzniesień jest mniejsze i krótsze, lecz też może się pochwalić niezłymi wymiarami. Aby na nie wjechać trzeba bowiem pokonać 19,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 1418 metrów. Tym samym śmiałek, który chciałby jednego dnia zdobyć obie te przełęcze musiałby przejechać 97 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3211 metrów! Wyzwanie leżące w zasięgu naszych możliwości przy odpowiedniej dawce wolnego czasu. Niemniej z uwagi na długie transfery nie braliśmy tej hardcorowej opcji pod uwagę. Już aby dotrzeć do San Leonardo musieliśmy przejechać samochodem odcinek 76 kilometrów, który w teorii powinien był nam zabrać godzinę i 15 minut. W praktyce zajęło to nam ponad półtorej godziny, po tym jak zjechawszy z drogi krajowej SS38 utknęliśmy w korkach na ulicach Merano.

Jeszcze przed wyruszeniem z Graun mieliśmy skonkretyzowane plany. Podzieliliśmy się zadaniami. Ci, którzy nigdy dotąd nie byli w tych stronach czyli piątka: Artur, Daniel, Rafał, Romek i Tomek mieli ruszyć na Rombo. Pozostała trójka czyli: Adam, Dario i ja miała już na rozkładzie wschodni podjazd pod tą przełęcz. Dodam, że ja wraz z Darkiem zdobyłem Rombo przed dziewięcioma laty. Dokładnie zaś 3 lipca 2006 roku, dzień po tym jak wspólnie zdobyliśmy też północne Monte Giovo, które dla mojego przyjaciela było pierwszym w życiu podjazdem z prawdziwego zdarzenia. Dla odmiany Adam miał Rombo świeżo w pamięci. Pierwszą część swych dwumiesięcznych alpejskich wakacji spędził w Tyrolu pomieszkując w dolinie Oetz. Dzięki temu 24 czerwca pokusił się o nie lada wyczyn czyli przejechanie Timmelsjoch od obu stron w ramach 142-kilometrowego etapu ze startem i metą w Langenfeld. Żaden z nas nie miał za to okazji do obejrzenia Jaufenpass od południowej strony. Dlatego to właśnie ten podjazd stał się naszym celem na poniedziałkowe popołudnie. Nasze Monte Giovo jak dotąd trzykrotnie zostało wypróbowane na trasie Giro d’Italia. Tym niemniej za każdym razem w nieco łatwiejszej wersji północnej ze startem w Casateia koło Vipiteno, która ma długość „tylko” 15 kilometrów o średniej 7,5 % i przewyższeniu 1124 metrów. Za pierwszym razem w 1961 roku na etapie do Bormio pierwszy na tej górze był Belg Rik Van Looy. Ówczesny król klasyków na tym wyścigu miał ambicje powalczenia o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej Giro. Skończyło się na siódmej pozycji. Następnie w latach 1994 i 1995 na etapach do Merano i Kurzas / Maso Corto premie górskie na tej przełęczy wygrywali Szwajcar Pascal Richard (późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty) oraz Kolumbijczyk Nelson Rodriguez (znany najlepiej z wygranego etapu do Val Thorens na TdF 1994). Co ciekawe żadnemu ze zdobywców tej góry nie było dane było potem cieszyć się z etapowego sukcesu. Wygrali je bowiem: Luksemburczyk Charly Gaul, Włoch Marco Pantani i Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Legendarny „Il Pirata” dzięki ryzyku podjętemu na mokrym zjeździe z Monte Giovo do Merano wygrał swój pierwszy w karierze etap Wielkiego Touru.

Naszą trójkową wspinaczkę pod Jaufenpass zaczęliśmy o godzinie 12:40. Parę chwilę wcześniej nieco liczniejszy oddział naszego „wojska” wyruszył na pojedynek z Timmelsjoch. Dodam, że „cyclingcols” wycenił wschodnie Rombo na 1327 punktów, zaś południowe Monte Giovo na 1033 punkty. Dla porównaniu powszechnie znane L’Alpe d’Huez zasłużyło tu sobie na 1039 punktów. Pierwsze półtora kilometra naszej wspinaczki wiodło przez ulice San Leonardo. Potem wjechaliśmy na pierwszy leśny odcinek, który poprzez pięć serpentyn doprowadził nas do końca szóstego kilometra. Wcześniej na czwartym wirażu minęliśmy Gasthof Schlossberg (5 km). Ciekawostką jest, że droga na Monte Giovo powstała w roku 1912 czyli jeszcze za korony z budżetu Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego. Niemniej już siedem lat później na mocy traktatu z Saint-Germain przeszła w zarząd Królestwa Włoch. Adam i Darek choć ruszyli całkiem ochoczo wkrótce zluzowali. Parę razy odjechałem im na kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów bez szczególnego przyśpieszenia. Następnie zwalniałem sądząc, że jednak nabiorą ochoty do nieco szybszej jazdy. Ostatecznie w połowie piątego kilometra uznałem, że nie ma co rwać tempa. Postanowiłem jechać swoje czyli sprawdzić na co mnie w tym dniu stać. Po przejechaniu 7,3 kilometra wyjechałem z lasu, zaś na początku dziewiątego kilometra przebiłem się przez jedyny na całym szlaku tunel. Na półmetku wzniesienia minąłem wioskę Walten / Valtina (9,6 km), zaś niespełna dwa kilometry dalej dotarłem do wirażu nr 6 tuż za gospodą Innerwalten we wiosce Bach (11,2 km). Tu zaczął się drugi leśny odcinek, kończący się pod koniec siedemnastego kilometra. W jego początkowej fazie minąłem osadę Trotter (12,5 km), zaś już po wyjechaniu między alpejskie hale gospodę Jaufenalm (17,2 km) znajdującą się na wysokości 1875 metrów n.p.m. Stąd do szczytu pozostały jeszcze trzy kilometry. Najpierw długi odcinek ku ostatniemu wirażowi na tej górze (18,5 km). Potem jeszcze dłuższy kawałek zboczem góry już do samej przełęczy. Cała wspinaczka od rozdroża miała 20,2 kilometra, które przejechałem w czasie 1h 30:10. Natomiast na stravie zmierzono nam czasy z ostatnich 19 kilometrów. Ten segment pokonałem w czasie 1h 27:10 (avs. 13,1 km/h) z VAM 978 m/h co daje mi 167 miejsce na 916 zdobywców tej góry. Na przełęczy wiał zimny wiatr, więc ubrałem się cieplej czekając na przyjazd Adama i Darka. Moi kompani jechali spokojnie rozprawiając o kolarskiej kuchni. Ostatecznie dojechali na szczyt z wynikiem 1h 39:05.

20150817_150327

20150817_151446

20150817_154028

Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt w Edelweisshutte. Nie śpieszyło nam się na dół. Wszak nasi koledzy mieli do przejechania o blisko dziesięć kilometrów więcej w każdą stronę, a sam wjazd na Rombo musiał im zająć co najmniej dwie godziny. To wielkie wzniesienie tylko raz pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Włoch. To znaczy podczas szesnastego etapu Giro z roku 1988 prowadzącego z Merano do Innsbrucku. Premię górską na tej granicznej przełęczy wygrał Szwajcar Daniel Gisiger, lecz w stolicy Tyrolu ze zwycięstwa etapowego cieszył się Włoch Franco Vona. Rombo znana jest przede wszystkim jako ostatnia góra na trasie Oetztaler Radmarathon – jednego z najtrudniejszych górskich wyścigów typu Gran Fondo. Podczas tej sierpniowej imprezy amatorzy kolarstwa na austriacko-włoskiej trasie długości 238 kilometrów mają do pokonania cztery solidne wzniesienia z łącznym przewyższeniem rzędu 5500 metrów! Gdy my siedzieliśmy przy cieście za stołem wspomnianej gospody nasi koledzy dopiero kończyli swą maratońską wspinaczkę. Dość niespodziewanie najmocniejszy w ich gronie – na przekór niedoborom treningu i bolącym plecom – okazał się Daniel. Na stravie najdłuższy segment z tej góry ma 26,5 kilometra i obejmuje odcinek niemal od początku wzniesienia do kiosku przed tunelem na wysokości około 2400 metrów n.p.m. Daniele pokonał ten dystans w czasie 2h 00:35 (avs. 13,2 km/h i VAM 871 m/h). Nad Romkiem i Tomkiem zyskał tu kilka, zaś nad Rafałem kilkanaście minut. Czasy tej trójki to odpowiednio: 2h 06:19, 2h 06:36 i 2h 14:06. Ciężkie chwile przeżywał na tej górze Artur, któremu pokonanie tego segmentu zajęło aż 2h 31:40. Niestety żaden z nich nie mógł zbyt długo cieszyć się swym sukcesem jakim niezależnie od czasu wjazdu pozostaje samo pokonanie takiego wzniesienia. Na tej przełęczy pogoda była znacznie gorsza niż na Monte Giovo. Ledwie 4 stopnie plus wilgoć z nisko położonych chmur. Na domiar złego wichura na tyle mocna, że trudniej im się jechało pod wiatr na falsopiano niż z wiatrem pod najgorszą stromiznę. W obliczu takich warunków czym prędzej zarządzili odwrót ku dolinie. Na zjeździe Daniel dał czadu. Według stravy odcinek 26,2 kilometra pokonał w 31:04 (avs. 50,8 km/h). To dało mu drugi wynik pośród 134 zarejestrowanych osób. Tomek był niewiele wolniejszy i z czasem 32:53 uplasował się w tym zestawieniu na szóstej pozycji.

Do samochodów zaparkowanych przy tablicy informacyjnej naprzeciw hotelu Wiesenhof dotarliśmy około szesnastej. Ponieważ na swojej przełęczy spędziliśmy kilkadziesiąt minut nie byliśmy pierwsi na dole. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musieliśmy jeszcze poczekać na bezpieczny powrót Artura. Wiedzieliśmy już, że przejazd w rejon bazy noclegowej zająć nam może nawet półtorej godziny. Tymczasem naszym drugim podjazdem tego dnia miał być wjazd z poziomu Val d’Adige po drodze SP129 do położonej na wysokości 1320 metrów n.p.m. wioski Cauria (niem. Gfrill). Wspinaczka do niej zaczyna się w Salorno (niem. Salurn) – najdalej na południe położonej miejscowości w całym Południowym Tyrolu. Bliżej stąd do Trento niż Bolzano. Nie dziwi więc, że to jedna z pięciu gmin na terenie Alto-Adige, gdzie większość mieszkańców mówi po włosku, a nie niemiecku. Podczas samochodowego transferu dowiedzieliśmy się od kolegów z Moto-2 i Moto-3, że oni rezygnują z podjazdu pod Caurię. Jednak nie wszyscy pożegnali się z rowerem do dnia następnego. Adam z Rafałem zrobili sobie jeszcze przeszło 10-kilometrową przejażdżkę z Termeno do Corony. Przy tej okazji zaliczając nasz 6-kilometrowy podjazd do domu, na którym liderem ze stravy jest Moreno Moser. Tym niemniej do Salorno pojechaliśmy tylko we trójkę. Daniel dowiózł nas na miejsce przeznaczenia, lecz wzorem pozostałych kolegów darował sobie ponowne wsiadanie na rower. Miał ku temu dobry powód czyli niemal 30 kilometrów wspinaczki w nogach. Ja i Darek „przerobiliśmy” ich jak na razie tylko 20, stąd dla równego rachunku wypadało nam coś dokręcić. Stanęliśmy więc na starcie kolejnego wyzwania i to nie byle jakiego. Jeśli pominiemy łagodny początek czyli pierwsze 1600 metrów od drogi krajowej SS12 podjazd z Salorno do Caurii liczy sobie 11,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,7 % i max. 15 % przy przewyższeniu 1100 metrów. Dojechawszy do tego miasteczka zaparkowaliśmy na miejscowym rynku. Z miejsca startu mieliśmy widok na kościół i ratusz, za którymi piętrzyły się zalesione góry, w które wkrótce mieliśmy podążyć. W końcu tuż przed wpół do siódmą Darek i ja ruszyliśmy do boju, zaś Daniel poszedł w miasto na zasłużoną obiadokolację. Po chwili delikatnego podjazdu wzdłuż Piazza Municipio zaraz za kościołem skręciliśmy w lewo pokonując płaski kilometr ulicami: Via Loreto i Via Molino.

Prawdziwy podjazd zaczął się po wyjechaniu z miasteczka, tuż za znakiem drogowym straszącym nachyleniem o wartości 14 %. Niemal do końca trzeciego kilometra jechaliśmy po stromej drodze wśród winnic. Pierwsze 2700 metrów tej góry ma średnie nachylenie na poziomie 10,4 %. Darek z wolna się rozgrzewał, więc na pierwszych kilometrach musiałem kilkakrotnie zwalniać byśmy nadal mogli jechać razem. Końcówka trzeciego i cały czwarty kilometr pozwolił mu złapać głębszy oddech na znacznie łatwym dojeździe do Pochi vel Buchholz (4,2 km). W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do lasu, gdzie szosa już wkrótce ponownie się wypiętrzyła. Najbardziej strome na tej górze są kilometry szósty i ósmy, na których średnie nachylenie sięga niemal 12 %. Dystans biegł powoli, a mi sił jakby szybciej ubywało. Od połowy wzniesienia to Darek zaczął dyktować tempo, zaś ja spadałem z jego koła. Niemniej mając w pamięci moją koleżeńską taktykę z pierwszych kilometrów tego wzniesienia tym razem to Dario zaczął się oglądać i lekko zwalniać gdy było trzeba. Po doświadczeniach z Passo Pampeago i Prati di Kohl ukuliśmy teorię, że na tego rodzaju stromych podjazdach „prawo ciążenia” dopada mnie po przejechaniu siedmiu kilometrów. Przemęczyłem jakoś te trzy najgorsze dla mnie kilometry, zaś na finałowym zapewne zmobilizowany bliskim końcem tego cierpienia nieco odżyłem. Na ostatnich 800 metrach podjazd prowadził drogą przez łąkę będącą wysepką pośród tego gęstego górskiego lasu. Na samym końcu asfaltowej drogi znajduje się Cauria (niem. Gfrill). Wioska licząca sobie ledwie 50 mieszkańców i kilkanaście domostw wokół gotyckiego kościółka pod wezwaniem św. Małgorzaty. Przejechaliśmy przez wieś po kostce i zatrzymaliśmy się na jej końcu, tuż przed wjazdem na prowadzący dalej szutrowy dukt. W sumie przejechaliśmy 11,5 kilometra w 1h 06:20 (avs. 10,5 km/h). Gdyby nie wzajemna solidarność zapewne każdy z nas mógłby z tego czasu urwać jakąś minutę. Tym niemniej bardziej sobie cenię ten fajny przykład sportowej współpracy. Na stravie zmierzono nam czas 1h 05:59 na dystansie 11,1 kilometra (avs. 10,1 km/h i VAM 999 m/h). Po przymusowo krótkim pobycie na szczycie pozostało nam tylko bezpiecznie zjechać przed zapadnięciem zmierzchu. Nie było czasu ani warunków to zrobienia dokumentacji zdjęciowej. Dojechałem na rynek około 20:20. Byliśmy zmęczeni i głodni. Dlatego przed powrotem do Haus Belutti podjechaliśmy wszyscy do restauracji, którą Daniel odkrył podczas swego spaceru po Salorno.

20150817_193847

20150817_200633

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Auna di Sopra & Rifugio Prati di Kohl

Autor: admin o niedziela 16. Sierpień 2015

Niedziela czyli trzecia wycieczka w rejon Bolzano. Tym razem nie musieliśmy nawet wyjeżdżać poza to miasto. Kolejne wspinaczki zaczynać się miały bowiem na wschodnich rogatkach Bozen. Obie premie górskie niewysokie tzn. sięgające niespełna 1400 metrów n.p.m. Bezpieczne rozwiązanie na kolejny pochmurny dzień. Zgodnie ze sprawdzonym już wcześniej sposobem na pierwsze danie zaserwowałem nam wzniesienie dłuższe czyli przeszło 20-kilometrowy podjazd do Auna di Sopra (1364 m. n.p.m.). Natomiast na drugie górę krótsze acz bardziej konkretną tzn. niespełna 11-kilometrową Prati di Kohl (1372 m. n.p.m.). Przejechawszy Bolzano zatrzymaliśmy sie w zatoczce przy Via Rencio. Stamtąd do podnóża pierwszego podjazdu mieliśmy ledwie kilkaset metrów. Niestety tego dnia nie dane nam było pojeździć w komplecie. Danielowi doskwierał silny ból pleców. Aby sobie z nim poradzić wziął przepisane przez lekarza leki. Na tyle mocne, że nie czuł się na siłach by wsiadać na rower i zdobywać alpejskie szczyty. Zrobił sobie dzień przerwy, który już następnego dnia wyszedł mu na dobre. Niemniej o tym przy kolejnej okazji. Wspomniana już Auna di Sopra (niem. Oberrinn) posiada kolarski „tytuł szlachecki”. To znaczy ma za sobą występ w Giro d’Italia. Co prawda tylko jeden, ale zawsze. Uczestnicy wyścigu Dookoła Włoch zmierzyli się z tym wzniesieniem w 1995 roku na etapie czternastym z Trento do Kurzas / Maso Corto. Wystąpiła ona jednak w roli ledwie przystawki będąc pierwszą z czterech premii górskich. Pierwszy na niej był włoski sprinter Giuseppe Citterio jeżdżący wtedy wraz z naszym Zenonem Jaskułą w ekipie AKI-Gipiemme. Następnie zjechano ku Val Sarentino (niem. Sarntal), po czym skierowano się na północ ku przełęczom Pennes i Monte Giovo. Z tej drugiej zjechano ku Merano, zaś na finałowym wzniesieniu po zwycięstwo etapowe pomknął Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Według „cyclingcols” podjazd do Auna di Sopra liczy sobie 20,4 kilometra o średnim nachyleniu 5,1 % przy przewyższeniu netto 1043 metry. Tym niemniej faktycznie trzeba na nim pokonać w pionie aż 1142 metry. A czemu? O tym za chwilę.

Tym razem udało nam się w końcu wystartować przed południem. Dokładnie o godzinie 11:53, ale zawsze był to jakiś postęp w naszej organizacji. Początek wspinaczki na drodze SP73 wiódł wśród upraw winorośli. Do połowy drugiego kilometra trasa była kręta. Przypominało to wstęp do lombardzkiej Pra’ Campo, aczkolwiek Auna nie była tak stroma jak rzeczony podjazd w poznanej przed rokiem Valtellinie. Zaraz po starcie mocno ruszył Rafał. Niemniej już po kilku minutach uformowała się czołówka, w której oprócz mnie znaleźli się Adam i Tomek. Po przejechaniu 1,9 kilometra minęliśmy osadę Santa Giustina. Potem do końca czwartego kilometra jechaliśmy niemal prosto na wschód, mając dobry widok na biegnącą w dolinie Autostradę del Brennero. W tym miejscu powoli zacząłem odjeżdżać. Kolejną osadą na była Laste Basse (niem. Unterplatten) po 4,6 kilometra od startu. Po pięciu kolejnych serpentynach byłem już na wysokości Ramml (6,9 km). Pod koniec ósmego kilometra w Rein (7,7 km) miałem już 1:45-1:50 przewagi nad Tomkiem i Adamem. W połowie dziesiątego kilometra dojechałem w końcu do pierwszej z dwóch większych miejscowości na tym szlaku czyli Auna di Sotto (niem. Unterrinn). Dokładnie po dwunastu kilometrach minąłem drogę SP134 wiodącą ku Soprabolzano alias Oberbozen. Jakiś kilometr dalej byłem już przy lokalnym Centrum Rzemiosła, zaś po przebyciu 14,2 kilometra przejechałem przez duże rondo u wrót Collalbo (niem. Klobenstein). Trzeba było na nim odbić w lewo i wybrać szosę SP135. Następnie po przejechaniu 14,6 kilometra należało raz jeszcze skręcić w lewo ku Auna di Sopra. W tym miejscu na wysokości niemal 1200 metrów n.p.m. kończyła się zasadnicza część tego podjazdu. Według stravy pierwsze 13,8 kilometra przejechałem w czasie 54:55 czyli ze średnią prędkością 15,1 km/h i VAM 987 m/h. Na tym segmencie byłem dokładnie o trzy minuty szybszy od Tomka i Adama. Pozostała część ekipy jechała bardzo zgodnie. Kwartet w składzie: Dario, Arturro, Romano i Rafael pokonał ten odcinek w czasie 1h 03:38. Wedle wysłuchanej później relacji Darek korzystając ze spokojniejszego tempa prowadził w tej grupie profesorskie wykłady na temat skutecznej taktyki podczas jazdy w górach.

Po drugim rondzie do szczytu wzniesienia pozostało mi w teorii pozostało mi do przejechania około 6 kilometrów o skromnym przewyższeniu niespełna 200 metrów. Wkrotce minąłem parę osad składających z kilku zabudowań postawionych na górskiej łące tzn. Unterkemater (15,7 km) czy Riggermoos (16,5 km). W praktyce odcinek ten okazał się znacznie trudniejszy niż wyglądał na wykresie z komputera. Począwszy od końcówki szesnastego kilometra naliczyłem pięć krótkich zjazdów, po których za każdym razem trzeba było odzyskiwać wysokość mocując się ze stromymi hopkami. Takie ciągłe zmiany rytmu po godzinie mocnej jazdy na wcześniej regularnym podjeździe nie były przyjemną niespodzianką. Należało tu trochę popracować manetkami przerzutek. Dwudziesty kilometr wiodący już po Auna di Sopra niemal w całości składał się ze zjazdu. Tym niemniej nie można było się rozluźnić. Na sam koniec czekała nas jeszcze stroma ścianka długości 800 metrów i o maksymalnym nachyleniu sięgającym 15 %. Na szczyt przy przystanku autobusowym na wysokości ulicy Sam dotarłem po pokonaniu 20,9 kilometra w czasie 1h 17:01 czyli z przeciętną prędkością 16,3 km/h. Byłem ciekaw kto przyjedzie drugi. Zakładałem, że Adam lub Tomek. Tymczasem oczekiwanie przedłużało się. Po kilkunastu minutach pierwszy zza ostatniego zakrętu wyskoczył Dario o kilkanaście sekund przed Romkiem oraz kilkadziesiąt przed Rafałem i Arturem. Na finałowej hopce urządzili sobie ostre ściganie o punkty na premii górskiej. Zwycięsko z tej potyczki wyszedł najbardziej doświadczony w tym gronie Dario. Zagadką pozostawały losy Adama i Tomka. Założyłem, że musieli pomylić drogę na którymś z etapów wspinaczki. Nie pomyliłem się. Okazało się, że na drugim rondzie zamiast w lewo pojechali prosto w kierunku Corno del Renon i Madonnina / Gissmann. Tym niemniej nie byli z tego powodu stratni. Dotarli znacznie wyżej od nas, albowiem po kolejnych 7 kilometrach jazdy zatrzymali się dopiero na wysokości 1730 metrów n.p.m. w miejscu zwanym Obergrunwald. Tym samym nieco z przypadku zaliczyli podjazd o przewyższeniu ponad 1400 metrów. No i jak tu nie wierzyć w rosyjskie przysłowie: „wolniej jedziesz, dalej zajedziesz”.

20150816_133133

20150816_140421

20150816_144136

Na początku drogi powrotnej ku Bolzano trzeba było sporo pokręcić. W sumie na owym zjeździe uzbierało się 112 metrów przewyższenia. Na dół dotarłem po 73 minutach, z czego równo pół godziny wykorzystałem na tradycyjne przystanki fotograficzne. Po zapakowaniu się do naszych samochodów przeskoczyliśmy na południowy brzeg rzeki Isarco by pokonać krótki odcinek po drodze krajowej SS12. Jadąc w kierunku zachodnim już na pierwszym rondzie odbiliśmy w lewo i po przejeździe pod autostradowym wiaduktem znaleźliśmy się u podnóża naszego drugiego podjazdu. Wyładowaliśmy się na parkingu przed dolną stacją kolejki górskiej do Colle (niem. Kohlern). Przed nami był podjazd do Rifugio Prati di Kohl (niem. Schneiderwiesenhutte). Stromy i nie dający okazji do odpoczynku. Według „cyclingcols” wzniesienie to ma długość tylko 10,9 kilometra, lecz o średnim nachyleniu aż 10,1 %. Jednym słowem podwójny strzał w dziesiątkę. Góra w sam raz dla typowych górali o niebagatelnym przewyższeniu 1105 metrów. Przyszło nam ją zaatakować w sile sześciu ludzi. Rafał postanowił odpocząć przez poniedziałkowym etapem. Tym niemniej wraz z Danielem nie zamierzali li tylko czekać na nasz powrót. Wkrótce wsiedli do wspomnianej kolejki linowej i wjechali nią do Colle dei Contadini (niem. Bauernkohlern), wioski leżącej na wysokości około 1100 metrów n.p.m. Góra od pierwszych metrów była stroma. Prowadziła na nią droga wąska i miejscami kręta. Przez większą część trasy ukryta w lesie, acz na drugim i trzecim kilometrze przemykająca obok upraw winorośli i sadów jabłkowych. Od początku dyktowaniem mocnego tempa zajął się Dario. Po przejechaniu 1800 metrów jechaliśmy już we czwórkę. Zaczęło się ostro. Ten wstęp pokonaliśmy w 10:29 przy średniej prędkości 10,4 km/h i VAM na poziomie 1124 m/h. Artur z Romkiem też spisywali się dzielnie, tracąc do nas ledwie 21 sekund.

Darek czuł się na tej górze jak na własnym podwórku. Miał tu nad wszystkimi poza Tomkiem naturalną przewagę 10-15 kilogramów. Najwyraźniej postanowił to wykorzystać i zajechać nas wszystkim mocnym i momentami rwanym tempem. Akcja w stylu rasowej kozicy. Po przejechaniu 3,4 kilometra minęliśmy osadę Campegno (niem. Kampenn) i przynajmniej do początków piątego kilometra jechaliśmy jeszcze razem. Wkrótce uznałem, że trzymanie się Darka za wszelką cenę może się dla mnie źle skończyć. Wiadomo jazda na zbyt wysokich obrotach może przegrzać silnik. Postanowiłem jechać własnym tempem. Po przejechaniu 5,7 kilometra minąłem Bad San Isidor. Czas jakiś towarzyszył mi Tomek, zaś Adam wisiał parę sekund za nami jakby walcząc o przetrwanie. Nic bardziej mylnego. To ja powoli gasłem. Najpierw skoczył Tomek i powoli zaczął się zbliżać do będącego w zasięgu naszego wzroku Darka. Po czym gdy pogodziłem się z tym, iż ta góra przynieść może triumf tylko kolarzom wagi lekkiej swój skrywany extra-silnik odpalił Adam. Jeszcze dwa lata temu Adamo należał do grona typowych górali będąc maksymalnie wycieniowany. Jednak od tego czasu przybrał na masie i obecnie też już musi wwozić na górę przeszło 70 kilogramów. Jednak na tej górze wcale mu one nie ciążyły. W imponującym stylu mnie wyprzedził i bardzo szybko doszedł prowadzącą dwójkę. Przed przyjazdem do Włoch spodziewałem się, że nasz Mr. Everest po półtoramiesięcznym pobycie w Alpach będzie tak śmigał na każdej górze. Tymczasem Dario miał chwilowe problemy z rowerem, stąd w odjeżdżającej mi czołówce sytuacja była zmienna. Po przejechaniu 7,7 kilometra minąłem remizę strażacką w Colle, zaś około pół kilometra dalej nadziałem się na grupkę krzykliwych „tifosich”. To Daniel i Rafał wjechawszy na poziom górnej stacji postanowili się na nas zaczaić. Gromko zagrzewali mnie jak i pozostałych kolegów do walki z własnymi słabościami mając przy tym niezły obaw. Nasze wyniki z tych okolic są mocno podejrzane, więc stravy nie będę tu cytował. Z filmików nakręconych telefonem Daniela wynika, że w owej „strefie kibica” na początku dziewiątego kilometra prowadził już Adam z niewielką przewagą nad jadącymi razem Darkiem i Tomkiem.

Półtora kilometra dalej dotarłem do zbiegu naszego szlaku z alternatywną drogą na szczyt zaczynającą się w położonej na południe od Bolzano wiosce Pineta. Ta opcja wspinaczki do schroniska Schneiderwiesen jest równie trudna. Długa na 11,5 kilometra ma średnie nachylenie 9,9 % i przewyższenie 1138 metrów. Po skręcie w lewo do końca podjazdu zostało mi jeszcze półtora kilometra. Nieco łatwiejsza od reszty druga część jedenastego kilometra i sama końcówka po kiepskiej nawierzchni. Według moich danych cały podjazd miał długość 11,3 kilometra, które pokonałem w czasie 1h 04:01 z przeciętną prędkością 10,6 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem miał 10,7 kilometra. Przejechałem go w czasie 1h 02:32 ze średnią 10,3 km/h i VAM ledwie 1006 m/h. Teoretycznie Tomek uzyskał czas 59:15, zaś Darek i Adam odpowiednio 1h 00:37 i 1h 00:45. Niemniej z relacji Darka wiem, że niemal do samego końca jechali w innej kolejności i niewielkich odstępach. Natomiast na szczyt wjechali już razem, po tym jak Adam poczekał trochę na Tomka, zaś następnie obaj nieco zwolnili by doszedł ich Dario. Zakładam, że wyprzedzili mnie o blisko dwie minuty. Ten sam dystans Romek przejechał w czasie 1h 05:01, zaś Arturro 1h 19:59. Na samej górze zaparkowaliśmy nasze karbonowe rumaki w stosownym miejscu i poszliśmy na zasłużony popas (ciastko, kawka, herbatka und piwko) pod dachem Gasthof Schneiderwiesen. Zjazd z góry choć stromy nie mógł być szybki. Na to był zbyt wąski i kręty, a do tego jeszcze mokry po najnowszej dawce deszczu. Najciekawszym wydarzeniem było zagubienie się Tomka. Okazało się, że po przejechaniu półtora kilometra Bury na rozjeździe zamiast w prawo, odbił w lewo wjeżdżając na drogę do Pinety. W swej pomyłce zorientował się zbyt późno by zawracać pod górę. To kosztowałoby go zbyt dużo sił i czasu. Dlatego też zjechał południowym szlakiem do drogi SS12 i następnie już po płaskim terenie wrócił przez Bolzano do naszej bazy wypadowej.

20150816_165203

20150816_174956

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Costalunga & Passo di Pampeago

Autor: admin o sobota 15. Sierpień 2015

Osiem osób to jest siła. Przy odpowiednim towarzystwie gwarancja dobrej atmosfery. Tym niemniej przy tej liczbie osób niełatwo było nam się zebrać do szybkiego wyjścia z Haus Belutti. Inna sprawa, że pogoda nie zawsze do tego zachęcała. Tak czy owak w sobotę znów ruszyliśmy w drogę dopiero około jedenastej. Tym samym do naszego obozu u podnóża kolejnej górskiej wspinaczki dotarliśmy tuż przed południem. Na ten trzeci dzień mieliśmy zaplanowane spotkania z dwoma wzniesieniami najwyższej klasy. Pierwszym miał być bardzo długi zachodni podjazd na Passo Costalunga (1752 m. n.p.m.). Drugim o połowę krótsza, lecz za to bardzo stroma północna wspinaczka na Passo Pampeago (2006 m. n.p.m.). Obie góry do pewnego stopnia poznałem przed wieloma laty. Na Costalungę wjechałem już w lipcu 2004 roku, kiedy to wraz ze swym gdyńskim kolegą Jarkiem Chojnackim przejechałem 100-kilometrową rundę ze startem i metą w Canazei. Na niej naszą pierwszą premią górską było Passo Lavaze od strony Cavalese. Po zjeździe z tej przełęczy wspinaczkę na Costalungę zaczęliśmy z poziomu Ponte Nova (niem. Birchabruck) czyli m/w połowie tego wzniesienia. Z kolei Pampeago poznałem tylko od południowej strony i to do wysokości 1740 metrów n.p.m. W czerwcu 2008 roku wespół z Piotrkiem Mrówczyńskim pokonałem kilkukrotnie wypróbowany na Giro podjazd z Tesero na Alpe di Pampeago, po wcześniejszym zdobyciu północnego Passo Manghen. Na samą przełęcz Pampeago wjechać nie próbowaliśmy, gdyż droga powyżej stacji narciarskiej była wówczas ledwie szutrowa. W owym czasie podobnie wyglądała też końcówka północnego szlaku. Brakujące kilometry asfaltu po obu stronach przełęczy wylano dopiero w listopadzie 2011 roku z myślą o dziewiętnastym etapie Giro 2012. Na wyścigu tym najpierw premię górską na Passo Pampeago wygrał Stefano Pirazzi, zaś „powtórkowy” podjazd kończony na poziomie Alpe di Pampeago okazał się szczęśliwy dla Czecha Romana Kreuzigera. Przed nim w tym miejscu triumfowali: Rosjanin Paweł Tonkow oraz trzej Włosi: Marco Pantani, Gilberto Simoni i Emanuele Sella. W sezonie 2013 również od południa wjechali na Passo Pampeago uczestnicy 70. Tour de Pologne na etapie nr 2 z Marileva / Val di Sole do Passo Pordoi.

Podobnie jak w przypadku Passo Nigra i Obergummer również nasze sobotnie wzniesienia mogliśmy zaatakować z jednego miejsca bez konieczności samochodowego transferu pomiędzy górami. Co więcej nie musieliśmy nawet zjeżdżać na parking, albowiem wspinaczka na Passo Pampeago zacząć się miała w połowie zjazdu z Costalungi tzn. we wspomnianej już Ponte Nova. Punktem wypadowym do trasy trzeciego etapu było miasteczko Cardano położone jakieś 5 kilometrów przed poznanym dzień wcześniej Prato all’Isarco. Jako się rzekło w pierwszej kolejności mieliśmy się zmierzyć z Costalungą. To podjazd o długości aż 25,9 kilometra przy średnim nachyleniu 5,6 % (max. 10,5 %) i przewyższeniu netto 1459 metrów. Costalunga była jedną z pierwszych przełęczy w Dolomitach, z którą zmierzył się wyścig Dookoła Włoch. Po raz pierwszy pojawiła się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1937 roku na etapie z Vittorio Veneto do Merano wygranym przez Gino Bartalego. Pokonano ją wówczas od zdecydowanie łatwiejszej wschodniej strony. W całej historii tego wyścigu Costalunga została zdobyta 12 razy, w tym pięciokrotnie od naszej zachodniej strony szlakiem przez Val d’Ega. Po raz ostatni w 2005 roku na etapie z Mezzocorony do Ortisei, na którym rządzili podopieczni Gianniego Savio z Selle Italia. Kolumibjczyk Ivan Parra wygrał wtedy etap, zaś Wenezuelczyk Jose Rujano premię górską na Costalundze zmierzając po zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Po raz trzynasty przełęcz ta pojawić się miała na Giro w 2013 roku na etapie do Tre Cime di Lavaredo. Niemniej z uwagi za prześladujące ów wyścig zimowe warunki pogodowe odcinek ten w ostatniej chwili zmodyfikowano darując kolarzom wszystkie wspinaczki oprócz finałowej. Z parkingu w Cardano do ronda u podnóża Costalungi dojechaliśmy po drodze krajowej SS12. Już przed startem dowiedzieliśmy się, że pierwsze kilometry tego wzniesienia nie będą należeć do przyjemnych. Cały podjazd po drodze SS241 zaczynał się bowiem od długiego na 2800 metrów i przy tym dość ciemnego tunelu. W zasadzie były to dwa tunele przedzielone jedynie króciutkim wyjazdem na światło dzienne po mostku nad Rio d’Ega. Dla bezpieczeństwa na końcu naszej kolumny ustawiliśmy Rafała dysponującego najmocniejszym sygnałem świetlnym.

Umówiliśmy się, że skoro podjazd jest bardzo długi, a przy tym stosunkowo regularny to przynajmniej jego początkowe kilometry postaramy się przejechać razem. Cały czas jechaliśmy zgodnie wzdłuż wspomnianej rzeczki. Po przejechaniu 9,8 kilometra minęliśmy rondo, z którego w lewo odchodziła bardziej stroma i kręta droga ku Gummer i Obergummer. Dwa kilometry później byliśmy już w Ponte Nova, gdzie mieliśmy się zatrzymać w drodze powrotnej. Grupa topniała nam bardzo powoli i na dobre pękła dopiero po szesnastu kilometrach gdy Daniel ostro przyśpieszył na dojeździe do Nova Levante (niem. Welschnofen). Czułem się na tyle dobrze, że bez trudu do niego doskoczyłem. Niespodziewanie w moje ślady poszedł tylko Tomek. Wkrótce Daniel zapłacił za swój nagły zryw i po wyjeździe z tej miejscowości na czele zostaliśmy już tylko we dwóch. Na krętym i stosunkowo stromym dojeździe do ślicznego Lago di Carezza (22,2 km) także „Bury” miał słabsze chwile, ale gdy nieco zwolniłem wsiadł mi na koło i już do końca wzniesienia zgodnie współpracowaliśmy. Na 24-tym kilometrze przejechaliśmy przez ośrodek narciarski Carezza, by następnie na końcu długiej prostej minąć odchodzącą w lewo szosę SP65 ku Passo Nigra (25,2 km). W samej końcówce postanowiłem sprawdzić kondycję swego towarzysza. Za hotelem Latemar wyraźnie przyśpieszyłem, acz nie na pełen gaz. Tomek nie dał się zerwać z koła, więc do szczytu dotarliśmy razem. Tymczasem za naszymi plecami trwała ostra walka o miejsce na najniższym stopniu podium. Daniel dał z siebie wszystko by odeprzeć pościg Darka. Za „metą” dosłownie spadł z roweru. Na kolejnych pozycjach wjechali na przełęcz: Rafał, Adam, Artur i Romek. Cały 26-kilometrowy podjazd pokonałem w czasie 1h 36:16 (avs. 16,2 km/h). Na stravie nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy segment liczy sobie 13,7 kilometra i zaczyna się w Ponte Nova. Ten odcinek przejechaliśmy z Tomkiem w czasie 54:04 (avs. 15,3 km/h) z VAM 945 m/h, Daniel zanotował czas 56:42, Rafał 1h 02:52, zaś Artur 1h 03:27. Wyników pozostałych kolegów niestety nie znalazłem. Cóż strava miewa swoje sekrety.

20150815_141310

20150815_144030

20150815_150821

Po dłuższym pobycie na górze i przeszło 13-kilometrowym zjeździe do Ponte Nova niemal w komplecie spotkaliśmy się pod dachem restauracji Rosengarten. Jedynie Daniel nie chciał stygnąć, więc niemal z marszu pojechał w górę SS620 ku kolejnemu wyzwaniu. Ruszyliśmy jego śladem dopiero o godzinie 15:50. Przed nami był podjazd, którego czerwony profil rodem z „archivio salite” robił mocne wrażenie. Spodziewałem się ostrej wspinaczki niemal od startu. Tymczasem za sprawą błędnej decyzji na początku drugiego kilometra nieco sobie to zadanie ułatwiliśmy. Chcąc zrobić trudniejszą wersje tego podjazdu już po przejechaniu 1,2 kilometra należało skręcić w lewo i wjechać na prowadzącą przez Eggen drogę SP76. Wówczas do Obereggen (wł. San Floriano) dotarlibyśmy po przejechaniu 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 10 % i max. 16 %. Tą drogą dojechali do tej miejscowości uczestnicy Giro d’Italia 1998. Premię górską wygrał Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś sam etap z metą w Alpe di Pampeago Rosjanin Tonkow po zaciętej walce z Pantanim. Tymczasem my na owym rozjeździe odbiliśmy w prawo trzymając się drogi SS620. Przeszło 20 minut wcześniej tak samo postąpił Daniel. Po przejechaniu 4 kilometrów minęliśmy skręt w prawo ku Monte San Pietro znane mi i Darkowi z trasy GF Marcialonga 2010. Dario prowadził naszą grupkę na pierwszych kilometrach, potem ja zmieniłem go na prowadzeniu i zacząłem dyktować swoje tempo. Wyglądałem miejsca, w którym będzie można w końcu odbić na szlak ku Obereggen. Nieświadom naszego błędu dziwiłem się, że podjazd jakkolwiek wymagający jest znacznie łatwiejszy w praktyce niż miał być w teorii. W końcu po przebyciu 5,9 kilometra na wysokości wioski Rauth (wł. Novale) skręciłem w lewo. Tym niemniej do tego czasu nasza siódemka zdążyła się na tyle rozciągnąć, że jak miało się niebawem okazać nie wszyscy dojrzeli miejsce, w którym skręcili ich poprzednicy.

Tymczasem dopiero za tym zakrętem ów podjazd odkrył swe surowe oblicze. Następne 2,5 kilometra na dojeździe do Obereggen miało średnie nachylenie 10,6 % przy max. 13 %. Na tym odcinku jechało mi się bardzo dobrze. Pokonałem go w czasie 14:35 (avs. 10,4 km/h) z VAM 1085 m/h. Zyskałem tu przeszło 43 sekundy nad Tomkiem i Adamem oraz 2:45 nad Darkiem. Dodam, że nasza południowa wersja dojazdu do Obereggen liczyła sobie w sumie 8,8 km o średnim nachyleniu 7,8 %. Na wylocie z tej miejscowości spodziewałem się znaleźć węższą boczną dróżkę odchodzącą w prawo ku Malga Laner i dalej na Passo Pampeago alias Reiterjoch. Wjechałem w pierwszą boczną uliczkę i postanowiłem poczekać na kolegów. Przede wszystkim na Adama, który podczas tych wakacji wjechał już na Pampeago od przeciwnej strony, po czym zjechał na drugą stronę czyli Obereggen. Gdy przyjechali Adam i Tomek postanowiliśmy zaczekać na pozostałych. Wkrótce przybył Darek, nieco dłużej czekaliśmy na Artura, zaś najdłużej na tych którzy wcale ku nam nie zmierzali. Ostatecznie w rozmowie telefonicznej ustaliłem, iż Romek i Rafał omyłkowo na wysokości Rauth pojechali prosto czyli ku alternatywnej „premii górskiej” na Passo Lavaze. Adam nie był pewny dalszej drogi, więc po gdy ponownie ruszyliśmy po chwili skończyliśmy w zaułku przy hotelu Obereggen Sonnalp. Musieliśmy się wycofać i po zjechaniu na SP76 wybrać kolejną ulicę w prawo, tą w kierunku placu budowy przy hotelu Royal. Ta część podjazdu zaczynała się bardzo stromo, stąd pokonanie pierwszych 1100 metrów za Obereggen o średniej 14 % zajęło mi 7:21, chociaż – jeśli wierzyć stravie – wspinałem się tu ponoć z VAM na poziomie 1321 m/h. Zyskałem tu 31 sekund nad Darkiem, 51 i 53 nad Adamem i Tomkiem oraz 1:10 nad Arturem. Niemniej Dario nie odpuścił i pokonaniu kolejnych 1300 metrów dopadł mnie na wysokości Malga Laner (1823 m. n.p.m.). Ogólnie ten segment o długości 2400 metrów i średniej stromiźnie 10,9 % to był teren dla 60-kilogramowych „kozic” typu Darek czy Tomek.

Dario szybko poszedł za ciosem i stopniowo zaczął mi odjeżdżać. Z Malga Laner do końca prawdziwej wspinaczki mieliśmy jeszcze 2,5 kilometra o „skromnym” w tych okolicach nachyleniu 6,4 %. Mimo korzystnego dla mnie terenu straciłem tu do swego kolegi kilkanaście sekund. Ile dokładnie nie sposób stwierdzić, albowiem tym razem to moich danych zabrakło na stravie. W każdym razie Dario ostatnie 2300 metrów pokonał o 17 sekund niż Adam i 1:57 szybciej od Tomka. Najwyższym punktem na całym wzniesieniu są okolice Pension Zischgalm. Do tego miejsc dojechaliśmy już razem po przejechaniu falsopiano o długości 700 metrów. Cały nasz podjazd, lecz bez owej łatwej końcówki miał 13,7 kilometra o średniej 8,3 % i przewyższeniu 1134 metry. Pokonałem go w czasie netto (czyli bez postoju i krótkiego odcinka poza właściwym szlakiem) w łącznym czasie 1h 07:20 co dało przeciętną prędkość 12,2 km/h i VAM 1010 m/h. Przy schronisku czekał już na nas Daniel, który podczas naszej nieobecności zaczął już wątpić czy aby dotarł na właściwy szczyt. Na przełęczy zrobiliśmy kilka zdjęć m.in. pod tablicą upamiętniającą wizytę jaką przed dwoma laty złożył w tych stronach nasz narodowy tour. Na zjeździe już za Obereggen złapał nas momentami ulewny deszcz. Chciałem dojechać do Cardano na rowerze. Niemniej na 5 kilometrów przed końcem zjazdu skorzystałem z propozycji Daniela, który po dotarciu na parkingu wsiadł do swego Citroena i ruszył ku nam z odsieczą. Tymczasem Darek po zjechaniu na dół pogubił się w terenie i ominął strefę parkingu. Następnie gdy zdał już sobie z tego sprawę postanowił cisnąć dalej po krajówce nie bacząc na długie tunele na odcinku za Bolzano. Ostatecznie dogoniliśmy go i zaprosiliśmy do wozu technicznego dopiero tuż przed Bronzolo. Tym samym Dario dodał sobie do sobotniego programu jakieś 18 kilometrów co wydłużyło mu trzeci etap do niemal 100 kilometrów. Tymczasem ja przejechałem „tylko” 76 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2606 metrów.

20150815_172252

20150815_174848

20150815_175723

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Nigra & Obergummer

Autor: admin o piątek 14. Sierpień 2015

Czwartkowe San Lugano było zaledwie prologiem przed dziesięcioma zasadniczymi etapami naszej podróży do sub-regionu Alto-Adige (niem. Sud Tirol). Już w piątek skończyły się żarty i zaczęły schody. Odtąd już codziennie mieliśmy się mierzyć z dwoma poważnymi podjazdami i to na ogół znacznie trudniejszym niż ten pokonany na naszym wieczorku zapoznawczym. Na początek zaproponowałem kolegom dwie wycieczki ku Valle Isarco (niem. Eisacktal). Ta położona na północ od Bolzano dolina znana jest wszystkim podróżnym wjeżdżającym do Włoch od strony przełęczy Brenner. To wzdłuż niej biegnie słynna Autostrada del Brennero (A22), której asystuje droga krajowa SS12. W kierunku wschodnim od tej doliny, odchodzi kilka wielokilometrowych dróg prowadzących ku dolomickim przełęczom. Gdy na przełomie maja i czerwca 2010 roku zwiedzaliśmy wraz z Darkiem cały region Trentino-Alto Adige miałem okazję poznać trzy spośród nich. A mianowicie podjazdy: z Prato all’Isarco do stacji Alpe di Siusi, z Ponte Gardena na Passo Gardena oraz z Bressanone na Passo delle Erbe. Poza tym w zamierzchłym roku 2004 poznałem też górną część szlaku na Passo Costalunga. Teraz pojawiła się okazja by dokończyć tą „robotę” tzn. zaliczyć Costalungę w pełnym wymiarze, a przede wszystkim przyjrzeć się pozostałym (dotąd nieodkrytym) wzniesieniom z tej okolicy. Na pierwszy rzut pójść miały podjazdy na Passo Nigra (1688 m. n.p.m.) oraz Obergummer (1341 m. n.p.m.). Ta pierwsza przełęcz została przetestowana na Giro d’Italia w 1991 roku, na etapie z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi wygranym przez Franco Chiocciolego. Niemniej na Nigrze najszybciej zameldował się Francuz Dominique Arnaud. Druga góra pozostaje jak dotąd nieodkryta. Oba podjazdy rozpoczynają się w Prato all’Isarco (niem. Blumau), dokąd musieliśmy dojechać jakieś 45 kilometrów. Najpierw ostro w dół do Cortacci, potem krótko po Strada del Vino oraz niżej położonymi alejkami wśród sadów jabłkowych. Następnie dwoma odcinkami „krajówki” SS12 przedzielonymi nieco kłopotliwym przejazdem przez centrum Bolzano. Miejsce do zaparkowania mieliśmy z góry upatrzone. To znaczy wypróbowane przed pięcioma laty podczas wypadu na Alpe di Siusi.

Przyznam, że w planach miałem pokonanie najtrudniejszej z opisanych na „cyclingcols” trzech wersji podjazdu na Passo Nigra. Dwa z nich rozpoczynają się z Prato all’Isarco, lecz wspólne mają tylko ostatnie 12 kilometrów. Ten trudniejszy liczy sobie 18,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i maksymalnym niemal 19 %. Prowadzi przez wioskę Brie (niem. Breien) i na siódmym kilometrze trzyma średnio na poziomie aż 16 %. Niestety mojej uwadze umknął fakt, iż zaczynał się on na pobliskiej Vecchia Strada per Tires, po drugiej stronie szumiącego obok nas potoku. My zaś skierowaliśmy się w przeciwnym kierunku tj. od razu do tunelu na drodze SP 65. Pierwsze 2100 metrów wiodły nas trasą zbieżną z początkiem podjazdu do Alpe di Siusi. Były one tyle trudne, że nasz 8-osobowy oddział szybko pękł. Jechałem jako pierwszy i tuż po zakręcie w prawo o 180 stopni postanowiłem się zatrzymać i upewnić by moi koledzy przypadkiem nie pojechali prosto ku Fie allo Sciliar. Po ponownym starcie nadal jechało mi się bardzo dobrze, więc wkrótce znów stałem się samotnym liderem w naszej stawce. Przed końcem ósmego kilometra czyli na dojeździe do Aica di Sopra miałem już 1:22 przewagi nad Darkiem, 2:22 nad Romkiem oraz blisko 3 minut nad Tomkiem, Adamem i Arturem. Po kilkusetmetrowym zjeździe zatrzymałem się na chwilę i w tym momencie minął mnie jakiś kolarz, który okazał się być miejscowym asem. Postanowiłem do niego doskoczyć. Nie było to trudne, gdyż właśnie zaczęła się najłatwiejsza faza tego wzniesienia. Zdążyłem się już wcześniej zorientować, iż omyłkowo zafundowałem nam najdłuższą bo przeszło 25-kilometrową wersję wspinaczki na Passo Nigra. Przejechaliśmy razem przez Santa Caterina (11,1 km) i Tires (14,6 km) od czasu do czasu prowadząc miłą konwersację. To znaczy taką na ile oddech mi pozwalał. Mój nowy kompan zdawał się dobrze znać tutejsze trasy.

Zgodnie współpracując dojechaliśmy do San Cipriano (17,5 km). Dojazd do tej wioski poprzedzony był zjazdem rozpoczynającym się na wysokości kościółka. To tylko dodatkowo pogłębiało wrażenie stromizny z jaką mieliśmy się wkrótce zmierzyć. Znaki drogowe straszyły tu nachyleniem rzędu 20 %. To była raczej przesada. Niemniej 16 % też potrafi zrobić wrażenie, szczególnie przy zmianie rytmu po długim łatwym odcinku. Ze stromej prostej za wioską doskonale widać było w oddali szczyty Dolomitów, w tym jak wyjaśnił mi mój przewodnik Cima del Vajolet. Co by nie mówić mój włoski towarzysz był mocniejszy ode mnie. Niemniej miał pokojowe zamiary. Nie starał się mnie zgubić. Wręcz przeciwnie parę razy zwolnił bym miał szanse złapać jego koło. Jazda jego tempem była dla mnie podróżą na granicy swych aktualnych możliwości. Tymczasem jak widać ostatnie osiem kilometrów tego wzniesienia do łatwych nie należało. Ta kręta droga z tuzinem wiraży, wiodła przez iglasty las trzymając na solidnym poziomie od 7 do 9 %. Ta wersja podjazdu na Passo Nigra miała mieć 25,4 kilometra przy średnim nachyleniu 5,4 % i przewyższeniu netto 1363 metrów, zaś brutto nawet 1393. Licznik włączony na dole już za tunelem pokazał mi na samej górze dystans 24,9 kilometra i czas jazdy 1h 30:56 (z postojem 1h 32:01). Przeszło minutę straciłem na postoju około ósmego kilometra. Najdłuższy odcinek znaleziony na stravie liczy sobie 22,6 kilometra i zaczyna się na wspomnianym wirażu z początku trzeciego kilometra. Ten dystans pokonałem w czasie 1h 22:43 (avs. 16,4 km/h) co daje mi 29 miejsce na 353 zarejestrowanych osób. Gdybym się nie zatrzymywał byłbym trzy lokaty wyżej. Niewątpliwie asysta mocnego kolarza, któremu starałem się dorównać pomogła w wykręceniu takiego wyniku. Dzięki temu różowa koszulka lidera tej wycieczki jeszcze pewniej spoczęła na moich ledwo co wyleczonych barkach. Na górze zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcia przy tablicy, po czym Włoch ruszył dalej by jadąc już po płaskowyżu dotrzeć na Passo Costalunga. Poczekałem na swoich kolegów. Po chwili jako drugi przejechał Dario w czasie 1h 26:30, zaś trzeci zjawił się Tomek z czasem 1h 28:20. Potem przybyli Romek razem z Adamem, choć z różnymi czasami tzn. 1h 29:53 i 1h 30:00. Szósty wjechał Daniel – 1h 31:09, siódmy Artur – 1h 35:11 i jako ósmy Rafał – 1h 42:14.

20150814_134405

20150814_140713

20150814_142204

Długi zjazd z Passo Nigra zajął mi dokładnie 77 minut. Z tego 49 spędziłem na spokojnej jeździe. Natomiast reszta tego czasu zeszła mi na zdjęciowych przystankach. Jak można się domyślić spoglądając na profil podjazdu w środkowej części zjazdu musieliśmy trochę pokręcić. Trzeba było nawet pokonać parę hopek. W sumie na tym zjeździe Garmin naliczył 79 metrów przewyższenia. W połowie zjazdy złapała nas pierwsza na tym wyjeździe ulewa. Niemniej jak wkrótce miało się okazać był to jedynie przedsmak mocniejszych atrakcji tego rodzaju. Po dotarciu do Prato all’Isarco zastałem już przy samochodach całą naszą kompanię. Dzięki inwencji Darka zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie całej drużyny. Po czym zaczęliśmy się szykować to zdobycia piątkowej góry nr 2. Podjazd pod Obergummer miał być dwukrotnie krótszy od Nigry, lecz ze względu na swą stromiznę w sumie niewiele od niej łatwiejszy. Według danych z „cyclingcols” miał on mieć długość 12,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3 % i przewyższeniu 1016 metrów. Przy tym maksymalne nachylenie 16 % i w sumie wart był 881 punktów w skali opracowanej przez twórcę tej strony, zaś zdobyta już przez nas Nigra zasłużyła na 980 punktów. Ruszyliśmy na Obergummer w sile sześciu ludzi tzn. wszyscy poza Danielem i Rafałem. Start wzniesienia znajdował się ledwie 200 metrów od miejsca naszego postoju. Ruszywszy z parkingu w dół SS12 wystarczyło po prostu skręcić w drugą ulicę w lewo. Od samego początku widać było jak ciężka to góra. Średnie nachylenie na pierwszych 5 kilometrach do Collepietra (niem. Dorf Steinegg) to 10 %. Ten odcinek jest nie tylko stromy, ale i bardzo kręty. Na pierwszych 4 kilometrach tego wzniesienia naliczyć można piętnaście serpentyn. To jeden wiraż na każde 270 metrów. Na Obergummer rządził Adam. Od startu ruszył ostro. Próbowałem się z nim utrzymać, ale najwidoczniej mocno przejechana Nigra wyssała ze mnie za dużo sił. Już na drugim czy trzecim kilometrze spadłem mu z koła. Według stravy nasz lider pierwsze 4,9 kilometra tej góry pokonał w czasie 24:52 (avs. 11,6 km/h) z VAM na poziomie 1120 m/h. W tym momencie traciłem do niego 38 sekund, zaś jadący na trzeciej pozycji Tomek o 20 więcej. Darek miał już stratę 2:09, Romek 2:53, zaś Artur 7:34.

Wkrótce otworzyło się nad nami niebo i lunęło z całą mocą. Począwszy od siódmego kilometra jechaliśmy w strugach deszczu. Momentami niewiele było widać, a krople deszczu niczym igły cięły po twarzy i ramionach. Ja najwidoczniej za szybko zacząłem. Dopadł mnie mały kryzys. Nie byłem w stanie uczepić się koła Tomka, który łatwo mnie przeszedł i próbował dogonić Adama. Widziałem ich obu przed sobą, ale w coraz większym dystansie. Do tego dokładnie po przejechaniu 10 kilometrów zmarnowałem około półtorej minuty kręcąc się w pobliżu bocznej drogi na Monte Larice. Nie byłem pewny czy jechać prosto, czy też może skręcić w prawo. Ostatecznie wybrałem to pierwsze rozwiązanie, które okazało się słuszne. Z tego miejsca do końca podjazdu miałem jeszcze 2600 metrów, z czego 2300 po głównej drodze czyli SP132. Natomiast ostatnie 300 metrów, już po skręcie w lewo ku gospodzie Larchenwald. Wedle mapy z programu veloviewer musiałem dobić na wysokość ponad 1350 metrów n.p.m. W tym miejscu zameldowałem się pierwszy, ale tylko dlatego że Adam z Tomkiem z rozpędu pojechali na wprost ku leżącemu nieco niżej Obergummer (wł. San Valentino di Sopra). Podobnie nieco później uczynił Darek. Na stravie najdłuższy z zaznaczonych na tej górze odcinków ma 12,2 kilometra. Adam pokonał go w czasie 56:49, zaś depczący mu po piętach Tomek w 57:09. Mi zajęło to aż 1h 02:15 i nawet gdyby odliczyć błądzenie po 10 kilometrach byłoby to tylko 1h 00:42. Jakby nie patrzeć straciłem do chłopaków niemal cztery minuty. Romek pokonał ten dystans w czasie 1h 04:08. Czasu Darka dziwnym trafem nie znalazłem. Niemniej na innym segmencie, uciętym po przejechaniu 9,9 kilometra od startu, tracił on do Romka 1:19, więc najpewniej cały odcinek na drodze SP132 pokonał w czasie około 1 godziny i 6 minut. Szósty śmiałek czyli Artur zawrócił w połowie góry, gdy zaatakowała nas wspomniana ulewa. Po rzęsistym deszczu na górze było tylko 16 stopni. Będąc przemoczony schowałem się w gospodzie. Zamówiłem ciastko i coś ciepłego do picia. Koledzy poszli za moim przykładem. Na pokonanie chłodnego i mokrego zjazdu zdecydował się tylko Romek. Mnie i Darka poratował Daniel, zaś Adama i Tomka wybawił Rafał. Po prostu wsiedli w swoje auta i zgarnęli nas na górze. Tym samym tego dnia przejechałem jedynie 62,6 kilometra, lecz o łącznym przewyższeniu około 2550 metrów.

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

San Lugano

Autor: admin o czwartek 13. Sierpień 2015

W górach wokół Lago di Garda solidnie potrenowałem. Wróciłem do Trójmiasta we wtorek 4 sierpnia by juz po ośmiu dniach mocniejszy o tą zaprawę ponownie ruszyć za przełęcz Brenner. Na wyjazd do trydenckiej prowincji Bolzano udało mi się zmontować aż 8-osobową ekipę. Wyjechałem do Włoch wraz z Danielem Pawelcem i Darkiem Kamińskim. Oprócz nas do Italii pojechali Rafał Wanat z Gorzowa Wielkopolskiego oraz Adam Kowalski i Tomek Buszta z Trójmiasta. Adam mający za sobą już kilka lat doświadczeń, w tym roku spędził już niemal 5 tygodni w austriackich i włoskich Alpach pomieszkując od 20 czerwca do 22 lipca w Langefeld (Oetztal) i Canazei (Val di Fassa). Tomek podobnie jak Daniel debiutował na alpejskim szlaku rok wcześniej podczas wyprawy do Valtelliny. Natomiast spod Warszawy ruszyli w drogę Romek Abramczyk (uczestnik naszego Route des Grandes Alpes z roku 2013) i Artur Rykowski. Na potrzeby tak licznej drużyny udało mi się wynająć Haus Belluti Graun, wiejski domek na terenie miejscowości Cortaccia. Cena wynajmu była wielce atrakcyjna tzn. 980 Euro za tydzień od 8 osób czyli m/w 17,50 Euro za dobę od osoby. Tym niemniej był też pewien minus owego lokalu. Nasza baza tylko teoretycznie znajdowała się we wspomnianym miasteczku przy drodze SP19 znanej lepiej jako Strada del Vino. Faktycznie „schowana” była na terenie wioski Corona (niem. Graun) jakieś kilka kilometrów dalej i na wysokości przeszło 800 metrów n.p.m. Tym samym każdego dnia mieliśmy do pokonania dwa samochodowe odcinki specjalne po bardzo krętej i stromej górskiej drodze. Przed południem jakieś 500 metrów w dół ku kolejnej kolarskiej przygodzie, zaś wieczorem tyleż samo w górę na nocleg. Do Cortacci dotarliśmy jako ostatni. Rafał, Adam i Tomek zdążyli już zapoznać się z Romkiem i Arturem. Gdy byliśmy w komplecie zadzwoniłem do naszego tyrolskiego gospodarza, który wkrótce w towarzystwie swej małżonki wskazał nam zawiłą drogę do miejsca naszego przeznaczenia.

Dojazd do Corony był na tyle ciekawy, że aż prosiło się zrobić na nim któregoś dnia „cronoscalatę” czyli górski prolog celem wyłonienia najlepszego wspinacza pośród wszystkich członków naszej ekipy. Ostatecznie jednak nie starczyło nam na to czasu. Zatrzymaliśmy się tu na cały tydzień, aby z tego miejsca codziennie ruszać ku rozmaitym podjazdom w południowo-zachodniej części prowincji Bolzano. Dopiero na ostatnie cztery noce mieliśmy się przenieść w okolice Brunico by stamtąd poznawać wzniesienia w północno-wschodniej części owej prowincji. Pierwszy etap wyprawy ze względu na zmęczenie po kilkunastogodzinnej podróży oraz ograniczony czas nie mógł być ani długi, ani nazbyt trudny. Przed rokiem w Valtellinie na taką okazję znakomicie nadał się podjazd z Tresendy do Apriki. Tym razem naszą górą na przetarcie miała być wspinaczką z Ory (niem. Auer) na Passo San Lugano. Ta przełęcz nosi imię na cześć św. Lucano z Sabiony, duchownego z pierwszej połowy V wieku nazywanego Apostołem Dolomitów. Leży ona na wysokości 1096 m. n.p.m. na drodze do słynnej, przede wszystkim z narciarstwa klasycznego, doliny Val di Fiemme. Według „cyclingcols” podjazd od strony zachodniej ma długość 15,9 kilometra przy średnim nachyleniu 5,3 % i przewyższeniu 848 metrów. Z naszej bazy do podnóża tego podjazdu mieliśmy około 13 kilometrów. Niemniej ze względu na relatywnie późną porę dnia jak i wspomniany charakter drogi do naszego domu zdecydowaliśmy się dojechać w to miejsce samochodami. Przyznam, że poważnie zastawiałem się nad utrudnieniem sobie trasy owego pierwszego etapu. Po zaliczeniu San Lugano w trakcie powrotnego zjazdu ku Val d’Adige można było zahaczyć niejedno ciekawe wzniesienie. W grę wchodziły ewentualne wspinaczki do Redagno (1556 m. n.p.m.) czyli 7,6 km przy średniej 7 % lub do Trodeny (1208 m. n.p.m.) czyli 8,6 km przy średniej 8,3 %. Teoretycznie można było się sprawdzić także na podjeździe do Monte San Pietro (1400 m. n.p.m.) liczącym sobie 10,6 km przy średniej 6,3 %, ale to akurat wzniesienie poznaliśmy już z Darkiem podczas udziału w Gran Fondo Marcialonga 2010.

Niemniej by móc się zmierzyć z dwoma premiami górskimi trzeba byłoby mieć co najmniej trzy godziny czasu przed zmierzchem. Nie daliśmy sobie takiej szansy ze względu na zamieszanie przedstartowe. Otóż przy wypakowywaniu się po przyjeździe do Haus Belluti wyjąłem z samochodu wszystkie koła, w tym te od roweru Daniela. Mój kolega nie zauważył tego faktu, więc nie włożył ich ponownie do auta przed naszym wyjazdem do Ory. Nasze niedopatrzenie odkryliśmy dopiero po dotarciu do miasteczka, na parkingu przed sklepem Eurospar. Czym prędzej więc ruszyliśmy – już tylko we dwóch – z powrotem po koła, prosząc naszych kompanów by poczekali ze startem jakieś pół godzinki. Po dotarciu do Haus Belluti nie bez trudów dostaliśmy się do zamkniętego od wewnątrz przydomowego garażu. Na koniec gdy ponownie dojechaliśmy do Ory nie mogliśmy znaleźć kluczyków od bagażnika samochodowego. Daniel przypomniał sobie, że zostawił je na dachu auta tuż przed podjęciem decyzji o szybkim powrocie na stancję. Już byliśmy przekonani, że zgubiliśmy je podczas jazdy samochodem. Na szczęście jakimś cudem zaklinowały się one w listwie na dachu Citroena. Dzięki temu nie spadły z dachu podczas około 30-kilometrowej jazdy w obie strony i to pomimo licznych zakrętów na górskim odcinku tej trasy. Odetchnęliśmy z ulgą. Po tym wszystkim na rowery wsiedliśmy dobrze po godzinie osiemnastej. Jak wynika z zapisu na stravie wystartowaliśmy dopiero o 18:22. Podjazd pod Passo San Lugano, choć pokaźnych rozmiarów i strategicznie położony dość rzadko bywa wykorzystywany na trasach Giro d’Italia. Ostatni raz „profi” jadący w wyścigu Dookoła Włoch zmierzyli się z nim w 2007 roku na odcinku z Trento do Tre Cime di Lavaredo, wygranym przez niesławnego Riccardo Ricco. Co ciekawe organizatorzy Giro na tyle zlekceważyli to wzniesienie, że nie wyznaczyli na nim wówczas żadnej premii górskiej! Wystąpiło ono w początkowej fazie tego etapu i zostało przyćmione przez cztery kolejne wspinaczki takie jak: San Pellegrino, Giau, Tre Croci i finałowy podjazd ku Rifugio Auronzo. Świadczy to o swego rodzaju kłopotach bogactwa. Włosi mogą sobie pozwolić na zignorowanie wzniesienia o przewyższeniu ponad 800 metrów, podczas gdy na naszym Tour de Pologne górki trzykrotnie mniejsze niż San Lugano „zasługują” na pierwszą kategorię.

Ruszyliśmy do boju z poziomu Via San Pietro. Mimo późnego popołudnia było bardzo gorąco. Do połowy czwartego kilometra na liczniku miałem 35 stopni Celsjusza, zaś na samej górze odnotowałem 27. Po niespełna 800 metrach przejechaliśmy przez mostek nad Rio Nero, by po krótkiej chwili dotrzeć do ronda przy drodze krajowej SS12 i wjechać do krótkiego tunelu Galleria San Daniele. Na drugim i trzecim kilometrze pokonaliśmy pierwsze cztery serpentyny, po których wije się droga SS48. Na tej ruchliwej szosie jechaliśmy przy akompaniamencie samochodowych klaksonów. Pod koniec czwartego kilometra dojechaliśmy do miasteczka Montagna (3,9 km). Stąd odchodzi zachodni szlak ku Trodenie. Po przejechaniu 5,3 kilometra minęliśmy wiraż będący znakomitym punktem widokowym na rozległą Dolinę Adygi. W drodze powrotnej Dario nakręcił w tym miejscu swój filmik krótkometrażowy. Pierwsze sześć kilometrów przejechaliśmy niemal wspólnie jako, że najszybszy na tym odcinku Adam wyprzedzał siódmego Daniela zaledwie o 14 sekund. Jedynie Rafał nam się „zagubił” tracąc do lidera około półtorej minuty. W połowie dziesiątego kilometra minęliśmy skręt ku SP 72 prowadzącej do Aldino i Monte San Pietro. Nasza grupa się rozciągnęła i w końcu rozpadła. Najpierw mocne tempo podyktował Romek, potem ja poprawiłem i ku swemu zaskoczeniu zostałem sam na przedzie. Niezbyt stromy i regularny podjazd musiał mi pasować. Postanowiłem jechać swoje już do samego końca. Po przebyciu 13,8 kilometra na wysokości Kaltenbrunn (wł. Fontanne-Fredde) minąłem odchodzącą w prawo drogę SP58, którą można by dotrzeć do Trodeny od strony wschodniej. Za to kilkaset metrów dalej we wiosce La Copara (14,4 km) mignęła mi po lewej stronie szosa SP130 w kierunku Redagno. Ostatnie dwa kilometry o nachyleniu ledwie 4 % to już była szybka końcówka, bo w tempie blisko 21 km/h. Natomiast całe wzniesienie o długości 16,4 kilometra przejechałem w czasie 54:51 z przeciętną prędkością 18,0 km/h. Na stravie zaznaczono odcinek o długości 16,1 kilometra. Ten dystans pokonałem z kolei w 54:14 (avs. 17,8 km/h) przy VAM na poziomie 940 m/h. Nieco ponad minutę stracili: Tomek, Romek i Dario wszyscy trzej z czasem 55:31. Następnie przyjechał Artur (59:45) tuż przed Adamem (1h 00:03), zaś jako „tylna straż” zameldowali się Daniel i Rafał w czasie 1h 05:33. Niestety z uwagi na późną porę na zjeździe nie mogliśmy liczyć na udane zdjęcia. Pogoda dopisała za to do samego końca. Temperaturka 29 stopni o godzinie 20:20 o tym świadczy. Niestety w kolejnych dziesięciu dniach na ogół nie mieliśmy do niej tyle szczęścia.

20150813_195016

Napisany w Alpy włoskie 2015_2 | Komentarze są wyłączone

Giogo della Bala

Autor: admin o niedziela 2. Sierpień 2015

Na ostatni dzień zostawiłem sobie najwyższe z sześciu uprzednio wybranych wzniesień. Jedyny „dwutysięcznik” w rozsądnej odległości od Lago di Garda. Wybierając profile z „archivio salite” wpisałem ów podjazd na swą listę życzeń jako Dosso dei Galli (2103 m. n.p.m.). Dopiero na miejscu okazało się, że po szosie można tam wjechać nieco wyżej i dotrzeć niemal do Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Tak czy owak w całej prowincji Brescia jest tylko jedna wyższa droga asfaltowa tzn. ta biegnąca ku słynnej Passo di Gavia. Za przywilej zaliczenia tak wysokiej góry musiałem jednak więcej zapłacić. Walutą tej płatności był czas potrzebny na pokonanie przeszło 80-kilometrowej trasy do miasteczka Collio u podnóża tego podjazdu. Miało mi to zająć około półtorej godziny. Tym razem po minięciu Desenzano del Garda musiałem jechać na zachód, na szczęście po dość szybkich krajówkach: SS11dir i SS45bis. Następnie około półmetka wskoczyć na zachodnią obwodnicę Brescii i skierować się na północ. Po objechaniu miasta wjechałem na drogę SP345 i ruszyłem w górę Val Trompia. Jadąc tą dolinę przejechałem przez Sarezzo, Gardone (gdzie minąłem siedzibę producenta broni Beretta), Tavernole sul Mela i Bovegno. Po jednodniowym załamaniu pogoda wróciła do swej słonecznej normy. Nie ździwiło mnie więc, że co chwila mijałem zmierzających ku górom amatorów kolarstwa. Ludzi w różnym wieku i obojga płci. Na solo, w parach i grupkami. Ze wszystkich napotkanych tu osób spokojnie mógłbym złożyć pół peletonu. Po dojechaniu na miejsce zaparkowałem na Via Gaetano Castiglione, nie dojeżdżając przed centrum Collio. Wspinaczkę postanowiłem zacząć nieco niżej tzn. przy mostku na rzeką Mela.

Czekał mnie podjazd, który swego czasu uchodził za kluczowy na trasie wyścigu Brixia Tour. W latach 2006-2011 wieńczył on królewskie odcinki tej lipcowej etapówki. W 2006 roku pierwszym zdobywcą tej góry został Kolumbijczyk Felix Cardenas. Po nim wygrywali tu Ukrainiec Rusłan Pidgorny oraz Włosi: Santo Anza, Giampaolo Caruso i Domenico Pozzovivo. Ten ostatni dwukrotnie, rok po roku. Na etapie z sezonu 2009 bliski zwycięstwa był nasz Przemysław Niemiec, który finiszował jako drugi sześć sekund za zwycięzcą. Dodać można, że „profi” kończyli swą rywalizację na wysokości około 1800-1900 metrów n.p.m. Ja zaś mogłem sobie obejrzeć to wzniesienie w jego pełnym wymiarze. Według profilu podjazd na Dosso dei Galli miał mieć długość 20,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i przewyższeniu 1269 metrów. Tym razem ruszyłem około wpół do dziesiątej. Na starcie było 25 stopni Celsjusza Po przejechaniu 500 metrów byłem już w centrum Collio przy kościele Santi Nazario e Colso. Pierwsze trzy kilometry prowadzące wzdłuż Meli były łatwe, więc mogły posłużyć za teren do rozgrzewki. Na tym odcinku minąłem dwie drobne osady: Busanę (1,8 km) i Dalaidi (2,4 km). Podjazd dość drastycznie zmienił swój charakter, gdy tylko dojechałem do wioski San Colombano (3,2 km). Dodatkowo utrudniłem sobie zadanie gdy kierując się wskazówkami pewnego staruszka zjechałem z via Maniva i pojechałem przez ta miejscowość na skróty po bardzo stromej Via Dosso Alto. Do początków szóstego kilometra droga wiodła w kierunku północnym ku osadzie Cornel (5,1 km). Tu skręciłem na wschód by na kolejnych trzech kilometrach minąć osady: Stable di Mezzo (6,7 km), Roccarolo (7,8 km) i Cornei (8,1 km). Podjazd cały czas trzymał za solidnym poziomie, za wyjątkiem krótkiego zjazdu w okolicy ósmego kilometra. Następnie na niespełna trzykilometrowym odcinku między Pian della Pietra di Fondo (9,1 km) a skrętem w prawo ku Passo Maniva (12 km) trzeba było zaliczyć aż dziewięć wiraży. Ostatnia prosta do tej leżącej nieopodal przełęczy (1664 metrów n.p.m.) wyglądała na bardzo stromą. Niemniej mój cel leżał znacznie wyżej, więc pojechałem prosto aby po minięciu Pian dell’Avesso (12,3 km) i Pian della Pietra Alto (13 km) dotrzeć do wirażu przy Rifugio Bonardi (13,4 km).

Następnie po 14 kilometrach minąłem szutrową dróżkę odchodzącą w prawo na szczyt Monte Maniva. W połowie szesnastego kilometra mogłem odpocząć na krótkim zjeździe, lecz już po chwili musiałem się nieźle namęczyć na stromym i wietrznym odcinku ze stromizną dochodzącą do 15 %. Podjazd trzymał, choć już nieco słabiej, jeszcze przez kolejne dwa kilometry. Łatwiej zrobiło się dopiero po dotarciu na Passo Dasdana (18,2 km – 2086 m. n.p.m.). Kolejny odcinek prowadził delikatnie w dół ku Goletto di Ravenola (18,9 km – 2071 m. n.p.m.), a potem krócej acz bardziej stromo pod Dosso dei Galli. Na szczycie tej góry w latach 1969-1995 znajdowała się baza NATO, po której do dnia dzisiejszego pozostały wielkie radary. Dalej szosa odbiła w lewo by po kolejnym, niezbyt trudnym kilometrze dotrzeć na Sella di Auccia (20,6 km – 2103 m. n.p.m.). Gdyby znajdująca się w tym miejscu brama była otwarta mógłbym dotrzeć na szczyt Dosso dei Galli (2197 m. n.p.m.) niejako od zaplecza. Tak jednak nie było, więc pozostałem na drodze SPBS345 i po przejechaniu jeszcze 700 metrów zatrzymałem się na skraju asfaltu. Według danych z Garmina mój podjazd liczył sobie 21,3 kilometra o przewyższeniu netto 1279 metrów (w wersji brutto nawet 1333 metry). Pokonałem go w czasie 1h 28:31 przy średniej prędkości 14,4 km/h. Nie zaryzykowałem dalszej jazdy po gruntowej drodze ku Passo Crocedomini, uczęszczanej przez samochody i motocykle. Tym samym w zasadzie nie dotarłem do Giogo della Bala. Biorąc pod uwagę, iż koniec mojego szlaku znajdował się 24 metry powyżej Sella di Auccia (na profilu nazwanej Dosso dei Galli) zatrzymałem się na wysokości 2127 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez San Colombano zjechałem na chwilę z głównej drogi to na stravie nie znalazłem swego wyniku z całego wzniesienia. Dolny odcinek czyli 8,4 km przy średniej 8 % od San Colombano do bivio Maniva przejechałem w czasie 40:57 (15 wynik na 124 osoby). Natomiast górny czyli 8,3 km przy średniej 5 % od bivio Maniva do Sella di Auccia „zrobiłem” w 35:16 (20 wynik na 221 osób). Całkiem nieźle jak na rekonwalescenta. Przed zaplanowaną na drugą połowę sierpnia wyprawą do włoskiego Tyrolu mogłem być ostrożnym optymistą.

Napisany w Alpy włoskie 2015_1 | Komentarze są wyłączone

Goletto di Cadino

Autor: admin o sobota 1. Sierpień 2015

Pomimo mieszkania na lombardzkim brzegu Gardy wszystkie wspólne wycieczki wiodły nas do sąsiedniego regionu Veneto. Z większych miast zwiedziliśmy Wenecję, Weronę, Padwę i Vicenzę. Natomiast z mniejszych miejscowości nad samym jeziorem: Sirmione, Lazise, Torri del Benaco i Peschierę del Garda. Bawiliśmy się też w Acquaparku pod Valeggio sul Mincio jak i słynnym Gardalandzie. Podobnie wyglądał kierunek większości moich sportowych wypadów. Wszystkie cztery wzniesienia, które zdobyłem w lipcu znajdowały się na terenie weneckiej prowincji Werona. Dopiero w pierwszych dniach sierpnia ruszyłem w przeciwnym kierunku tzn. ku górom w lombardzkiej prowincji Brescia. Interesowały mnie wzniesienia wokół ośrodka narciarskiego Maniva, który na kolarskiej mapie zaistniał za sprawą rozgrywanej w latach 2001-2011 etapówki Brixia Tour. Wybrałem do swego „menu” najwyższe szosowe góry w tej okolicy. To znaczy na sobotę wjazd z Ponte Prada na Goletto di Cadino (1943 m. n.p.m.), zaś na niedzielę jedyny „dwutysięcznik” w trakcie tej całej podróży czyli wspinaczkę z Collio na Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Ta pierwsza góra już pięciokrotnie wystąpiła w Giro d’Italia, choć tylko dwa razy usytuowano na niej linię górskiej premii. Podczas trzech pierwszych okazji tzn. w latach 1970, 1976 i 1982 organizatorzy tego wyścigu punkty do klasyfikacji górskiej przyznawali za zdobycie pobliskiej Passo Crocedomini (1892 m. n.p.m.). Tym niemniej jedyna asfaltowa droga łącząca Val Sabbia na wschodzie z Val Camonica na zachodzie wiedzie przez obie sąsiadujące z sobą przełęcze. Stąd wniosek, że Goletto di Cadino przejechano od zachodu na etapie do Malcesine z roku 1970 oraz od wschodu na odcinkach do Bergamo i Boario Terme z lat 1976 i 1982. Etap sprzed 33 lat omal nie pogrzebał szans Bernarda Hinault na drugie zwycięstwo w Giro. „Borsuk” stracił tu ponad dwie minuty do czwórki swych najgroźniejszych rywali z Silvano Continim na czele. Pod własnym szyldem góra ta pokazała się na „La Corsa Rosa” dopiero u schyłku XX wieku. Najpierw w sezonie 1997 na etapie do Edolo, gdy pierwszy na szczycie zameldował się utytułowany Gianni Bugno oraz rok później na kluczowym dla losów wyścigu odcinku do Plan di Montecampione. Przy tej okazji premię górską wygrał tu Szwed Niklas Axelsson.

Podjazd na Goletto di Cadino mogłem zacząć na wysokości 454 metrów n.p.m. z poziomu wioski San Antonio położonej na zachodnim brzegu niewielkiego Lago d’Idro. Stąd do szczytu miałbym niemal 30 kilometrów, ale po pierwszych pięciu kilometrach wspinaczki zaliczyłbym też półtorakilometrowy zjazd. Dlatego postanowiłem wystartować z Ponte Prada (611 m. n.p.m.) to jest z miejsca, od którego droga znosi się już nieprzerwanie. Aby tu dotrzeć przejechałem autem około 70 kilometrów. Z początku jadąc wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Gardy przez Desenzano del Garda i Padenghe sul Garda. Następnie przejechałem w pobliżu Salo, gdzie na Mistrzostwach Świata z 1962 roku po tęczową koszulkę wśród „profich” sięgnął nasz rodak w trójkolorowych barwach Jean Stablinski. Dalej zaś trzymałem się drogi krajowej SS237, by w samej końcówce wskoczyć na SP669. Dogodne miejsce do zaparkowania znalazłem dopiero tuż przed Bagolino. Dlatego swoją rowerową wycieczkę zacząłem od zjazdu po Via San Giorgio. Po przejechaniu 1800 metrów zatrzymałem się nieopodal Ponte Prada, dokładnie zaś na styku drogi św. Jerzego z Via Mignano. Tradycyjnie już wspinaczkę zacząłem około godziny dziewiątej. Niemniej tym razem przy temperaturze ledwie 18 stopni i pod mocno zachmurzonym niebem. W połowie trzeciego kilometra przejechałem przez wyłożone kostką centrum Bagolino (2,4 km), zaś nieco dalej minąłem miejscowy cmentarz przy Via San Rocco (3,1 km). Na piątym kilometrze trasa była niemal płaska. Po przejechaniu 5,1 kilometra dotarłem do miejsca, gdzie moja droga połączyła się z nieco szerszą SPBS669 będącą swego rodzaju obwodnicą Bagolino. Pod koniec szóstego kilometra pokonałem dwie pierwsze serpentyny. Już w tym miejscu podjazd stał się wymagający, lecz jeszcze trudniejszy okazał się na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra w okolicy Ponte Desare (max. 16,7 % po 7,6 km od startu). Po przejechaniu 10,4 kilometra dotarłem do miejscowości Val Dorizzo u wlotu do której stoi kaplica pod wezwaniem św. Antoniego. Przez kilkaset metrów można tu było odpocząć, po czym znów zrobiło się trudniej za Ponte della Valle (10,8 km).

Droga nadal wiodła w kierunku północnym wzdłuż rzeczki Caffaro. Na piętnastym kilometrze minąłem wyciągi schodzące ze zbocza wzgórza Misa (14,7 km). Kilkaset metrów dalej byłem już w ośrodku narciarskim Gaver (15,4 km). W tym miejscu zaczęła się ostatnia 7,5-kilometrowa tercja tego wzniesienia. Szosa stała się węższa by wkrótce na przeszło cztery kilometry wkroczyć do lasu. Poza tym na odcinku 3400 metrów między mostkiem w połowie siedemnastego kilometra i Goletto di Gavero (19,8 km – 1795 m. n.p.m.) naliczyłem w sumie dziewięć serpentyn. Potem miałem krótki zjazd do Malga Cadino della Bianca (20,6 km), gospodarstwa rolnego nad potokiem Sanguinera. Finał to odcinek o długości 2300 metrów, prowadzący najpierw przez cztery serpentyny, zaś później niemal prosto wzdłuż górskiego zbocza. Wspinaczka kończy się na zakręcie w prawo, po którego wewnętrznej stronie stoi skromny krzyż. Cały podjazd o długości 22,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,4 % pokonałem w czasie 1h 26:53 czyli ze średnią prędkością 15,8 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem to 19,8 km między Bagolino a szczytem. Przejechałem go w 1h 17:23 z przeciętną 15,4 km/h i VAM 890 m/h. Ten wynik daje mi na razie 15 miejsce pośród 215 zarejestrowanych osób. Co ciekawe nikt nie złamał tu jeszcze bariery 1000 m/h. Wjechawszy na Goletto di Cadino postanowiłem pokonać kolejne 1100 metrów by dotrzeć na Passo Crocedomini. Przełęcz tą zdobyłem od przeciwnej strony (po starcie w Breno) wraz z Piotrem Mrówczyńskim w pewien upalny czerwcowy dzień roku 2008. Siedem lat później nie miałem tyle szczęścia do pogody. W drodze powrotnej ku Bagolino ulewa zaskoczyła mnie już na wysokości Malga Cadino della Bianca. Przy minimalnej temperaturze 11 stopni zjazd nie należał, więc do przyjemności. Już po kilku kilometrach takiej jazdy bylem zziębnięty i przemoczony. Zjechawszy do Gaver schowałem się na czas jakiś w barze „Blumonbreak”. Pod dachem tej gospody poratowałem się gorącą czekoladą, zaś uprzejmy gospodarz wydał mi pewną ilość papierowych ręczników. Pomimo tego z tej wycieczki przywiozłem nie tylko garść nowych wrażeń, lecz i drobne przeziębienie.

Napisany w Alpy włoskie 2015_1 | Komentarze są wyłączone

Valico Branchetto

Autor: admin o czwartek 30. Lipiec 2015

W czwartek o poranku czekało mnie małe dejavu, gdyż dojazd do podnóża czwartej góry miałem niemal identyczny z wtorkowym wypadem pod Malga Lessinia. Jedyna różnica była taka, że mogłem się zatrzymać jakieś trzy kilometry wcześniej. Po dojechaniu do Stallaveny zaparkowałem przy via Prealpi na wysokości miejscowego „orlika”. Tego dnia miałem zaliczyć ponad 26-kilometrowy podjazd pod Valico Branchetto leżące na wysokości 1591 metrów n.p.m. Dłuższy, większy, nieco wyższy i przede wszystkim znacznie trudniejszy od mojej pierwszej przygody w Monte Lessimi. Autorzy „archivio salite” wycenili to wzniesienie na 903 punkty, zaś wtorkową Malga Lessinia tylko na 714 i to łącznie z szutrową końcówką, którą ostatecznie sobie podarowałem. Ponieważ dojazd do Stallaveny miałem już wcześniej opracowany wszystko poszło szybko i sprawnie. Znów około dziewiątej było gotów do jazdy. Do miejsca, w którym wyznaczyłem sobie start tej wspinaczki musiałem podjechać kilkaset metrów. Licznik włączyłem przy zjeździe z Via Prealpi w odchodzą szerokim łukiem w prawo drogę SP6. Po prawej stronie ulicy miałem sklep Carrera Jeans. Kolarskim kibicom z nieco dłuższym stażem tej marki przedstawiać nie trzeba. Napomknę tylko, że ta firma sponsorowała w latach 1984-1996 jedną z najsilniejszych ekip zawodowego peletonu. Przewinęło się przez nią wiele gwiazd, nie tylko włoskiego kolarstwa. Pośród nich Roberto Visentini zwycięzca Giro d’Italia z roku 1986 oraz Irlandczyk Stephen Roche, który w sezonie 1987 wygrał dla tych barw Giro i Tour de France, a poza tym zdobył tytuł mistrza świata. W stylizowanych na dżinsy spodenkach jeździli też Claudio Chiappucci i Marco Pantani. „Diabeł” przez niemal całą swą karierę, zaś „Pirat” przez jej pierwsze cztery lata. Członkiem pierwszej ekipy Carrera był też w latach 1984-85 Czesław Lang.

Pierwsze kilometry podjazdu prowadziły po szerokiej drodze. Stromizny może nie było widać, ale można ją było poczuć w nogach i płucach. Poza tym droga była ruchliwa, więc jechałem przy akompaniamencie samochodowych i motorowych silników. Przez pierwsze dwa kilometry szosa wiodła na południe, po czym skręciła na północny-wschód. W połowie piątego kilometra przejechałem przez Rosaro (4,5 km), zaś na początku siódmego minąłem zjazd ku wiosce Azzago 6,1 km). Jeszcze kilkaset metrów i najtrudniejszą kwartę całego wzniesienia, w tym chwilowe stromizny do 12,5 %, miałem już za sobą. Wkrótce dojechałem do położonego na wysokości 730 metrów n.p.m. Cerro Veronese (8,7 km). Miejscowość ta ma niemal 2,5 tysiąca mieszkańców, zaś jej najsłynniejszym „synem” jest Damiano Cunego triumfator Giro z roku 2004. Chyba wszyscy mamy w pamięci swoistą rewolucję pałacową jaką „Mały Książe” przeprowadził w ekipie Saeco dystansując wówczas nie tylko swych zdeklarowanych rywali, ale też swego nominalnego „szefa” Gilberto Simoniego. Tym niemniej godzi się jeszcze przypomnieć, że Cunego wygrał też trzykrotnie klasyk Giro di Lombardia (2004, 2007 i 2008) oraz został wicemistrzem świata podczas czempionatu rozgrywanego wokół Varese (2008). Okolice Cerro Veronese były zdecydowanie najłatwiejszym odcinkiem tego podjazdu. Trudniej zrobiło się znów pod koniec dwunastego kilometra jeszcze przed dotarciem do Corbiolo (12,5 km). Jadąc dalej główną droga dotarłem w końcu do Santa Margherita (16,2 km) położonej u progu Bosco Chiesanuova, najważniejszej miejscowości na tym szlaku. Już trzykrotnie gościła ona uczestników Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1957 roku gdy czasówkę wygrał Luksemburczyk Charly Gaul. Rok później etap ze startu wspólnego padł łupem Włocha Ercole Baldiniego. W końcu zaś w 1979 roku najszybciej dotarł tu Szwed Bernt Johansson. Co więcej w miasteczku tym urodziła się Paola Pezzo, mistrzyni MTB – złota medalistka olimpijska z Atlanty i Sydney oraz mistrzyni świata z lat 1993 i 1997.

Chcąc przejechać przez centrum tego miasteczka, skręciłem w Via Sant’Antonio i tym samym na jakiś czas rozstałem się z szosą SP6. Dojechawszy do miejscowej starówki (16,9 km) przejechałem plac na wprost kierując się na Via Monti Lessini. W połowie osiemnastego kilometra byłem już z powrotem na prowincjonalnej „szóstce” i wkrótce minąłem osadę Larici (18 km). Dwa kilometry dalej przejechałem obok gospodarstw rolnych przy wiosce Grietz (20 km). Za nią przyszła pora na kilkusetmetrowy zjazd. Ostatnia faza podjazdu zaczęła się około 5 kilometrów przed szczytem. Po drodze było parę malutkich osad: Coville (21 km) i Maregge (21,4 km). Następnie przez dobry kilometr jechałem wzdłuż granic Parco Naturale Regionale della Lessinia, ostatecznie wjechawszy na jego teren na wysokości Tracchi (22,8 km). Po przejechaniu 23,6 kilometra minąłem zjazd w lewo na Rifugio Bocca di Selva. Wyżej było jeszcze parę porzuconych latem zabudowań w połowie 25-tego kilometra. Potem już tylko finałowy odcinek z trzema serpentynami i łagodnym zakrętem w lewo na sam koniec. Kulminację wzniesienia nie sposób przeoczyć dzięki sporych rozmiarów tablicy. Trafił się nawet jakiś dobry człowiek, który zrobił mi zdjęcie na jej tle. Po drugiej stronie przełęczy widać było leżącą na wysokości 1498 metrów n.p.m. stację narciarską San Giorgio. Cały podjazd o długości 26,2 kilometra przejechałem w czasie 1h 30:26 przy średniej prędkości 17,4 km/h i skromnym VAM 862 m/h. Niemniej ów niski wskaźnik tłumaczyło średnie nachylenie na poziomie 5,1 %, w tym kilka niemal płaskich kilometrów. Na stravie nie mam swojego wyniku z całego wzniesienia. Zapewne dlatego, że w okolicy Bosco Chiesanouva zjechałem na ponad kilometr z oficjalnego szlaku. Znalazłem za to dwa większe rezultaty cząstkowe. Po pierwsze odcinek 6,7 kilometra przy średniej 4,8 % między Cerro Veronese a Bosco Chiesanuova, który przejechałem w 21:53 (av. 18,5 km/h). Po drugie 8,5 kilometra przy 5,1 % między Bosco a Valico Branchetto „zrobione” w 30:50 (av. 16,8 km/h). Zważywszy, iż oba fragmenty trasy miały podobne nachylenie stwierdzić muszę po fakcie, że w końcówce nieco osłabłem.

Napisany w Alpy włoskie 2015_1 | Komentarze są wyłączone

Malga Lessinia

Autor: admin o wtorek 28. Lipiec 2015

Po dwóch dniach wspinaczek z widokiem na Lago di Garda zgodnie z wcześniej zakreślonym planem kolejnych wyzwań poszukałem nieco dalej na wschód. Dlatego we wtorek obrałem kurs na Monti Lessini czyli pasmo górskie położone na pograniczu regionów Veneto i Trentino. Na oku miałem dwa najdłuższe i zarazem najwyższe wzniesienia w tej okolicy tzn. Malga Lessinia i Valico Branchetto. Wedle danych z „archivio salite” spośród tej pary Branchetto jest podjazdem nieco dłuższym, nieco większym (pod względem przewyższenia) jak i przede wszystkim trudniejszym. Natomiast Lessinia miała być przynajmniej wyższa, gdyż wedle ściągniętego z „zanibike.net” profilu wspinaczka ku niej miała kończyć się na wysokości 1617 metrów n.p.m. Podobnie jak w przypadku weekendowych wzniesień z masywu Monte Baldo również tu swoje zwiedzanie postanowiłem zacząć od łatwiejszego z dwojga podjazdów. Aby znaleźć się w Bellori, miasteczku u podnóża podjazdu pod Malga Lessinia tym razem musiałem pokonać samochodem niespełna 70 kilometrów. Na wysokości Peschiera del Garda wskoczyłem na autostradę A4. Potem objechałem Weronę korzystając z południowej i wschodniej obwodnicy tego miasta. W końcu zaś zjechałem na drogę SP6 by jadąc na północ przez Quinto i Stallavenę dotrzeć na start swego trzeciego etapu. Ponieważ Stallavena dwa dni później miała być punktem startu do czwartego etapu niejako przy okazji „rozpracowałem” sobie dojazd do podnóża Valico Branchetto.

Wystartowałem tuż przed godziną dziewiątą z małego parkingu przed lokalną pizzerią. Mimo wczesnej pory temperatura była już komfortowa. Na starcie zanotowałem 24 stopnie Celsjusza. Pierwsze półtora kilometra prowadziło w terenie zalesionym po drodze SP14. W połowie drugiego kilometra ta szosa rozszczepiała się na dwa szlaki. Aby kontynuować podjazd musiałem wybrać wariant prawy oznaczony jako SP14a. Na początku piątego kilometra dojechałem do wioski Corso (4,1 km). Kilometr minąłem osadę La Rocca (5,1 km) skąd miałem widok na imponujących rozmiarów skalną ścianę. Kolejną miejscowością na moim szlaku była Cappella Fassani (9,2 km). Podjazd nie sprawiał większych problemów. Jak widać na załączonym obrazku był bardzo regularny, a przy tym prowadził po dobrym jakościowo asfalcie. Zdecydowana większość poszczególnych kilometrów „trzymała” na umiarkowanym poziomie 5-6 %, zaś maksymalna – chwilowa – stromizna na tym wzniesieniu wyniosła ledwie 9,7 %. Za Capella Fassani droga na pewien czas skręciła w kierunku wschodnim ku osadzie Maselli (11,5 km), gdzie na szerokim łuku w lewo minąłem półmetek tej wspinaczki. Niedaleko miałem już do Erbezzo (13,4 km). Ten najwyżej położony ośrodek gminny prowincji Werona, leży u wrót Parco Naturale Regionale della Lessinia. Można tu było się pomylić i przedwcześnie skręcić w prawo. Dwa razy się zawahałem co kosztowało mnie blisko minutę. Na szczęście było się kogo poradzić w sprawie wyboru właściwej trasy. Okazało się, że przez centrum Erbezzo oraz Campagnę należało jechać prosto i dopiero w okolicy Valbusi (14,4 km) odbić w prawo. Główna droga skręcała tu lekko w lewo po czym rozdzielała się wkrótce na dwie nowe, z których jedna prowadzi na przełęcz Fittanze della Sega, zaś druga ku miejscowości Fosse. Z obu tych lokalizacji można by następnie zjechać ku Dolinie Adygi. Niemniej ja na wcześniejszym rozjeździe musiałem wybrać węższą Via Castelberto, prowadzącą ku górze o tej samej nazwie.

Po ostrym wirażu w prawo dojechałem do wioski Sale (15,6 km), skąd miałem dobry widok na położone niżej Erbezzo. Po przeciwnej stronie miałem pobliski szczyt Monte Busimo. Wyżej cywilizacja powoli ustępowała pola naturze. Co najwyżej mijałem znaki drogowe wyznaczające skręty ku schroniskom jak np. Rifugio Dardo. Po przejechaniu 19,6 kilometra wjechałem na teren tutejszego Parco Naturale. Wyprzedziłem rodzinny duet na rowerach, który wyglądał na dziarskiego dziadka oraz wnuka-nastolatka. Pomiędzy pastwiskami tu i ówdzie stały gospodarstwa rolne, zaś przy drodze szwendały się należące do nich krowy. Zanim dojechałem na szczyt niebo zaperzyło się, więc obawiałem się, że zacznie padać. Na górze było pochmurnie i dość rześko tzn. tylko 18 stopni. Swą jazdę zakończyłem kilkaset metrów przed Malgą Lessinia, docierając na wysokość ledwie 1568 metrów n.p.m. Okazało się bowiem, że ostatnie pół kilometra tej wspinaczki prowadzi po szutrze. Przypominał mi on nawierzchnię jaką spotkałem w ubiegłym roku na ostatnich kilometrach Monte Subasio. Od biedy byłby on do przejechania. Niemniej nie zaryzykowałem defektu zostawiając ten teren nadciągającym właśnie amatorom spod znaku MTB. Sam cofnąłem się do znaku drogowego i kamiennej tablicy, gdzie pstryknąłem zdjęcia dokumentujące zdobycie tej premii górskiej. Mój podjazd liczył sobie 23 kilometry o średnim nachyleniu 5,3 % i przewyższeniu 1227 metrów. Dojechałem w to miejsce w czasie 1h 19:37 z przeciętną prędkością 17,3 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem miał 22,4 kilometra. Pokonałem go w czasie 1h 19:53 z VAM na poziomie 911 m/h, acz odliczając krótkie przerwy w Erbezzo jechałem przez 1h 18:58. Czas brutto daje mi w tej chwili 7 miejsce na dość skromnej liście obejmującej tylko 57 wyników. Znacznie większy „peleton” zarejestrował się na krótszych fragmentach tego wzniesienia. Na dolnym odcinku z Bellori do Erbezzo jestem 29-ty pośród 240 użytkowników tego programu, zaś na górnym między Erbezzo a Pidocchio 40-ty wśród 396 osób.

Napisany w Alpy włoskie 2015_1 | Komentarze są wyłączone