banner daniela marszałka

Grand Colombier

Autor: admin o niedziela 7. lipca 2013

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/69725053

Dzięki uprzejmości napotkanej w Culoz „Samarytanki” noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w Artemare. Przybywając do tego miasteczka w sobotni wieczór nie załapaliśmy się na żaden wolny lokal w anonsowanym hotelu Michallet. Niemniej po drugiej stronie Rue Neuve vis a vis hotelu były jeszcze wolne pokoje w dwupiętrowym budynku należącym do tego samego właściciela. Ustaliliśmy cenę noclegu, odebraliśmy klucze i przemyciliśmy rowery do naszej stancji, nie chcąc ich na noc zostawiać w garażu. Po odświeżeniu się dość szybko padliśmy w objęcia Morfeusza. Plan na niedzielne pożegnanie z szosami Francji mieliśmy zacny, acz nie przesadnie ambitny, przynajmniej jeśli chodzi o długość rowerowej przejażdżki. Mogłem się wyspać do woli. Darek również skorzystał z takiej okazji. Tymczasem niespokojny duch zerwał Adama z posłania już z samego rana. Nasz młody kolega cichaczem wstał i przygotował się do wyjścia na rower. Następnie już około 7:00 wyruszył na niespełna 16 kilometrową przejażdżkę po najbliższej okolicy. Gdy my jeszcze smacznie spaliśmy on na luzie pokręcił przez trzy kwadranse zahaczając o wioskę Vireu-le-Petit położoną na zachodnim szlaku pod górę Grand Colombier (1501 m. n.p.m.). Wzniesienie to było naszym celem podczas ostatniego etapu tej wakacyjnej podróży, lecz zamierzaliśmy je zdobyć od innej strony. To znaczy klasycznym szlakiem południowym wielokrotnie wykorzystywanym na wyścigu etapowym Tour de l’Ain, zaś w sezonie 2012 zaprezentowanym całemu światu na dziesiątym odcinku Tour de France.

Adam zdążył wrócić ze swego rekonesansu zanim my zdołaliśmy się przebudzić. Po godzinie 9:00 udaliśmy się na śniadanie w hotelu Michallet, zaś po naładowaniu naszych akumulatorów z wolna przystąpiliśmy do pakowania się na długą drogę do Polski. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy w stronę ojczyzny zgodnie z planem dnia zatrzymaliśmy się w Culoz o podnóża najsławniejszej z dróg prowadzących do „Wielkiego Gołębnika”. Ja z Darkiem podjechałem w to miejsce samochodem, zaś Adam najwyraźniej nienasycony swym porannym rozruchem postanowił pokonać ów 8-kilometrowy odcinek po szosie D904 na rowerze. Dojechawszy do Culoz musieliśmy zboczyć z tej drogi na wysokości Rue du Stade. Tu skręciliśmy w lewo i niemal od razu zaparkowaliśmy na parkingu przy stadionie piłkarskim Espace Louis Falconnier. W tym miejscu ledwie 1700 metrów od błękitnych wód Rodanu, które wyznaczają naturalną granicę pomiędzy Alpami a Jurą zaczyna się jeden z najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Francji. Południowy podjazd pod Grand Colombier liczy sobie 17,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % i max. 12,5 %. Podczas tej wspinaczki trzeba pokonać 1255 metrów przewyższenia. Mało który podjazd we Francji poza Alpami i Pirenejami może pochwalić się tak imponującymi parametrami. Według skali trudności opublikowanej na stronie www.zanibike.net (archivio salite) jest on wart aż 1026 punktów. Dla porównania w tym samym zestawieniu słynne L’Alpe d’Huez zasłużyło sobie na zaledwie 913 punktów, północny Col du Galibier (acz bez przełęczy Telegraphe) na 926, zaś wschodni szlak pod Col du Tourmalet oceniony został na 1013. Warto przy tym dodać, że dróg wiodących ku Grand Colombier jest aż cztery i ta z Culoz, choć najsłynniejsza wcale nie jest z nich najtrudniejsza. Porównywalnie trudny jest wschodni wariant wspinaczki ze startem w Anglefort. Natomiast na najcięższą wygląda krótszy z dwojga zachodnich szlaków biorących swój początek w poznanym przez nas miasteczku Artemare (15,9 km przy średniej 7,8 % i max. 13,5 %).

Góra ta po raz pierwszy zaistniała w kolarskim światku we wrześniu 1980 roku na wyścigu Tour de l’Avenir. Pierwszy fragment jedenastego etapu tej imprezy z finałem na Grand Colombier wygrał świeżo upieczony mistrz olimpijski z Moskwy Siergiej Suchoruczenkow. Bardzo dobrze spisali się tego dnia reprezentanci Polski. Czesław Lang był trzeci ze stratą 42 sekund do znakomitego Rosjanina, zaś Jan Krawczyk finiszował ósmy. Pod koniec XX wieku wzniesienie to stało się niemal stałym punktem programu rozgrywanej od roku 1996 sierpniowej etapówki Tour de l’Ain. Na owej górze aż osiem razy kończyły się królewskie etapy tego wyścigu. Po raz pierwszy w sezonie 1999, gdy znów wśród najlepszych mieliśmy swojego człowieka. Etap wygrał co prawda Nowozelandczyk Christopher Jenner, lecz drugi ze stratą 11 sekund finiszował nasz Grzegorz Gwiazdowski, który dzięki temu zapewnił sobie generalne zwycięstwo w wyścigu. Działo się to dokładnie na tydzień przed wielce niespodziewanym, acz w pełni zasłużonym triumfem „Gwiazdy” w pucharowym klasyku Meisterschaft von Zurych (Mistrzostwa Zurychu). Warto przy tym dodać, że drugi etap tej imprezy z metą w Bourg-en-Bresse wygrał nasz sprinter Artur Krzeszowiec. Na tym jednak nie koniec polskich sukcesów na drogach departamentu Ain. W 2002 roku ostatni etap owej etapówki z finałem na Grand Colombier wygrał Marek Rutkiewicz. Na górze tej finiszowano też w latach 2000-2001, 2005, 2007, 2009 i 2011, zaś na liście triumfatorów możemy znaleźć tak znane postacie jak John Gadret, Rein Taaramae czy Thibaut Pinot. Dopiero jednak w sezonie 2012 Grand Colombier wszedł na kolarskie salony, choć nie wystąpił w pierwszoplanowej roli etapowej mety. Najpierw w czerwcu znalazł się na trasie piątego etapu Criterium du Dauphine wygranym przez obecnego mistrza Francji Arthura Vichot. Natomiast miesiąc później przetestowano go na dziesiątym odcinku Tour de France. Podobnie jak na CdD ze szczytu wzniesienia do mety brakowało kilkudziesięciu kilometrów. Niemniej nie przeszkodziło to Thomasowi Voecklerowi w wygraniu tak premii górskiej jak i samego etapu do Bellegarde-sur-Valserine z kilkusekundową przewagą nad Michele Scarponim i Jensem Voigtem.

Na nasz pojedynek z „Wielkim Gołębnikiem” wyruszyliśmy kilka minut po godzinie jedenastej przy temperaturze 25 stopni Celsjusza. Jak już wspomniałem podjazd zaczyna się na Rue du Stade, która następnie przechodzi w Rue de la Millette i Rue Albert Ferier. Od samego dołu do przełęczy wyznaczonej pomiędzy niewiele wyższymi od niej wierzchołkami Grand Colombier (1531 m. n.p.m.) oraz Croix de Colombier (1525 m. n.p.m.) wspinaczka prowadzi po drodze D120. Dopiero jednak po przebyciu 2200 metrów i opuszczeniu administracyjnych granic Culoz przybiera ona nazwę Route du Grand Colombier. Pierwszy kilometr ma jeszcze umiarkowane nachylenie, lecz już dwa kolejne pną się stromo przy średnim nachyleniu na poziomie 9 %. Na pierwszych trzech kilometrach droga pokonuje w sumie sześć wiraży. Okazją do odrobiny wytchnienia jest niezbyt trudny czwarty kilometr. Tuż po nim przychodzi jednak czas na jeden z dwóch najtrudniejszych, a przy tym niewątpliwie najpiękniejszy fragment całego wzniesienia. W połowie piątego kilometra na wirażu nr 7 droga dociera do swego najdalej na wschód wysuniętego punktu, a przy tym wspaniałego miejsca widokowego na dolinę Rodanu. Zresztą ta piękna rzeka to tylko jeden element niezapomnianego obrazu, który ukazuje się w tym miejscu naszym oczom. W tle widać taflę Lac du Bourget oraz otaczające to jezioro dwa górskie masywy czyli Mont du Chat po jego prawej i Mont Revard po lewej stronie. Niemniej na podziwianie tak pięknych okoliczności przyrody nie mogliśmy sobie w tym momencie pozwolić. Przez trzy kolejne kilometry trzeba się było zmagać ze stromizną na średnim poziomie 9,7 %. Przy tym cały kilometr szósty miał niemal 11 %. Ale to nie koniec atrakcji. Na początku szóstego kilometra trzeba było pokonać aż dwanaście wiraży (od 7 do 18) na przestrzeni zaledwie 400 metrów. Jeden wiraż po chwili przechodził w kolejny. Prawdziwy ślimak czy korkociąg jak kto woli. Pamiętam, że podczas relacji z ubiegłorocznego TdF zrobiono w tym miejscu ze śmigłowca przecudnej urody ujęcia topniejącego peletoniku na tle wapiennych skał i tego wszystkiego w dole o czym już napisałem.

Po przełknięciu ślimaka czekała na nas 400-metrowa prosta, a potem jeszcze trzy zakręty na przestrzeni pół kilometra. W tym pokręconym i trudnym terenie ponownie zaczęła się ujawniać moja nieznaczna przewaga nad Adamem. Po przejechaniu siódmego kilometra miałem kilkanaście sekund przewagi nad swym kolegą. Na tle tego co właśnie przebyliśmy kolejne 1800 metrów wyglądało niemal jak jazda po płaskim. Nie forsowałem tempa dając sobie szansę na chwycenie głębszego oddechu, zaś Adamowi okazję na złapanie ze mną kontaktu. Na dziewiątym kilometrze ponownie jechaliśmy razem. Po przebyciu 8,8 kilometra na wysokości około 890 metrów n.p.m. dotarliśmy do łącznika naszej drogi z szosą D120A dochodzącą w to miejsce od strony Anglefort. Najwyraźniej jednak tak trudną górę ciężko było oszukać. Gdy tylko zrobiło się bardziej stromo ponownie chcąc nie chcąc odjeżdżałem Adamowi. W końcu uznaliśmy, że każdy dotrze na szczyt własnym tempem. Po przebyciu 9,7 kilometra na zakręcie nr 22 droga zawróciła w kierunku południowym, a przy tym podkręciła nam śrubę. Teraz trzeba było pokonać ponad 3-kilometrowy odcinek do miejsca zwanego Le Sapette, w tym pierwsze dwa kilometry na średnim poziomie 10,5 % i cały kilometr o stromiźnie 11,6 %. O szczegółach tego rodzaju cząstkowych wyzwań informowały nas zresztą co kilometr biało-zielone tablice z danymi takimi jak: aktualna wysokość, ilość kilometr od dołu i do góry oraz średnie nachylenia kolejnego kilometra. Na wirażu w La Sapette kolejna zmiana kierunku i powrót na północ. Jeszcze dwa kilometry przez las, tym razem w bardzo nierównym terenie. Z jednej strony dość strome 600 metrów, z drugiej podobnej długości odcinek z delikatną tendencją zniżkową. Leśne ostępy ustąpiły pola górskim łąkom po przejechaniu 14,7 kilometra dokładnie na wysokości 1300 metrów n.p.m. Z tego miejsca do przełęczy pozostawały jeszcze niespełna trzy kilometry.

W tej fazie podjazdu na szosie widać było liczne ślady po zeszłorocznej wizycie Tour de France. Natomiast po prawej ręce rychły koniec wysiłku zwiastował maszt na szczycie góry. Po przejechaniu 15,1 kilometra minąłem ostatni wiraż, mocno obstawiony samochodami. Z kolei pół kilometra dalej boczną dróżkę odchodzącą w lewo ku Auberge du Colombier. Potem pozostała mi już tylko do pokonania długa, lekko wijąca się prosta do samej mety. W samej końcówce jeszcze krótki przejazd po „rolkach” czyli tzw. bariera kanadyjska oraz szeroki wiraż w lewo i na tym koniec. Wspinaczka zajęła mi 1 godzinę 17 minut i 9 sekund przy średniej prędkości 14,1 km/h i umiarkowanym VAM rzędu 976 m/h. Adam zjawił się na górze ze stratą ponad dwóch minut uzyskując czas 1h 19:24. Na Darka przyszło mi czekać ze czterdzieści minut. Wjechał na górę w 1h 57:15, ale nie był to bynajmniej wyraz jego możliwości. Od samego początku został w tyle odczuwając trudy całej wyprawy i ambitnej wspinaczki do Semnoz. Niemniej na całej trasie zrobił sobie jeszcze tuzin przystanków, które kosztować go musiały co najmniej kwadrans. Właściwego sobie rytmu nie mógł znaleźć przede wszystkim na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Adam jako pierwszy ruszył w dół i w połowie zjazdu zboczył z utartego wcześniej szlaku aby dotrzeć do Culoz dłuższą trasą przez Anglefort. Tymczasem mnie na zjeździe spowolnił defekt w postaci „kapcia” w tylnym kole. Na tym przymusowym postoju dopadł mnie Darek i dalej już pojechaliśmy razem. Przy tym bardzo spokojnie robiąc kilka foto-przystanków, w tym ten najważniejszy z widokiem na piękno doliny Rodanu. Przy aucie odnaleźliśmy się około kwadrans po czternastej. Teoretycznie można było jeszcze zahaczyć o pobliską Col de la Biche (1325 m. n.p.m.), ale przy upale dochodzącym już do 35 stopni nikt z nas nie miał na to ochoty. Samotna Grand Colombier była wystarczająco smakowitą wisienką na naszym alpejskim torcie by zadowolić nasz sportowy apetyt. Ruszyliśmy więc w długą drogę do kraju przez Szwajcarię i Niemcy. Aczkolwiek przed opuszczeniem Francji około godziny siedemnastej raz jeszcze zatrzymaliśmy się nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Tym razem już tylko na obiad w Evian-les-Bains.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA