banner daniela marszałka

Melosa (Langan) & Gouta

Autor: admin o poniedziałek 7. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/387271587

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/387271605

Największe podjazdy w alpejskiej części prowincji Savona poznaliśmy na pierwszym etapie. Dzięki temu w kolejnych trzech dniach mogliśmy się skupić wyłącznie na najciekawszych wzniesieniach goszczącej nas prowincji Imperia. Wybrałem ich sześć. Każde o przewyższeniu przeszło 900 metrów i długości co najmniej 12 kilometrów. Tradycyjnie ułożyłem je w pary, aby każdego dnia zdobywać dwie premie górskie położone najbliżej siebie. Na poniedziałek zaproponowałem Darkowi: Colla Melosa i Passo Gouta, na wtorek Passo di Teglia i Monte Ceppo, zaś na środę Colle d’Oggia i Colla San Bernardo (in Mendatica). Tym samym w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas wycieczka do miejscowości Pigna oddalonej od naszej bazy noclegowej o jakieś 68 kilometrów. Jak już wcześniej wspomniałem pod nosem mieliśmy wjazd na autostradę A10. Dzięki szybkim 40 kilometrom na tej drodze cały dojazd miał nam zająć godzinę i kilka minut. W praktyce było to nieco bardziej skomplikowane za sprawą dłuższej przeprawy przez miasteczko Ventimiglia. Musieliśmy tu wskoczyć na zatłoczoną krajówkę SS1, po to by znaleźć szosę SP64, która miała nas zawieść do podnóża obu wybranych gór. Przez ostatnie 20 kilometrów jechaliśmy już tylko prosto na północ wzdłuż potoku Nervia. Po dotarciu na miejsce zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem. Na przestrzeni wieków Pigna przechodziła z rąk do rąk. W średniowieczu należała tak do Królestwa Prowansji jak i Republiki Genueńskiej. Na początku XIX wieku znalazła się w granicach I Cesarstwa Francuskiego, by po kongresie wiedeńskim przypaść Królestwu Sardynii, które w roku 1861 zjednoczyło Italię. Dziś może się pochwalić „pomarańczową banderą” przyznawaną przez Touring Club Italiano atrakcyjnym turystycznie miasteczkom z włoskiej prowincji. Na co dzień żyje tu niespełna 900 mieszkańców. Niegdyś było tu znacznie więcej życia poza sezonem. Pod koniec XIX wieku mieszkało w tej miejscowości przeszło 3 tysiące ludzi. Giro d’Italia zajrzało w te strony tylko raz. To znaczy w 1974 roku na etapie z Finale Ligure do San Remo. Wtedy to na pobliskiej przełęczy Langan jako pierwszy zameldował się Włoch Giuseppe Perletto. Zawodnik urodzony w Dolcedo nieopodal Imperii. Dojechał on też najszybciej do mety w San Remo, triumfując z przewagą 21 sekund nad Wladimiro Panizzą i 40 nad grupką przyprowadzoną przez Gianbattistę Baronchellego.

Miejscówka w Pigny pozwalała nam na wypad pod obie poniedziałkowe góry z tego samego miejsca. Na pierwszy rzut czekał nas blisko 20-kilometrowy podjazd pod najwyższe szosowe wzniesienie w całej Ligurii. To znaczy wspinaczka ku Colla Melosa (1540 m. n.p.m.), gdzie asfalt kończy się na wysokości 1566 metrów n.p.m. Zasadniczo można ją podzielić na dwa dłuższe segmenty. Pierwszy składa się z wstępu na drodze SP64 i niespełna 11 kilometrów na szosie SP65 o łącznej długości 12,5 kilometra i stromiźnie 6,7%. Ta faza podjazdu kończy się na Colle Langan (1127 m. n.p.m.). Drugi to odcinek 6,8 kilometra powyżej wspomnianej przełęczy. Ma on średnie nachylenie 6,4% i wiedzie do kresu asfaltowej drogi jakieś 300 metrów za zakrętem wokół restauracji Melosa. Darek kolejny dzień musiał sobie radzić bez butów kolarskich. Tym razem postawił na sandały, jako że miały podeszwy twardsze niż przetestowane dzień wcześniej „biegówki” od Asics’a. Wobec owych kłopotów sprzętowych nie mogliśmy liczyć na równą, wspólną jazdę. Wystartowałem z centrum Pigny o godzinie 12:10, dziewięć minut po Darku. Pierwsze 1700 metrów to miała być spokojna rozgrzewka po łatwym terenie o średnim nachyleniu 3%. Najpierw spokojne 500 metrów do mostku nad Nervią. Po prawej ręce w dole spostrzec mogłem spory hotel i baseny czyli ośrodek Terme di Pigna. Jeszcze ładniejszy widok miałem na wprost. W górze miałem kolorowe domy składające się na miejscowość Castel Vittorio. Wiedziałem, że aby dostać się na Colle Langan już na drugim kilometrze tej trasy będę musiał odbić w prawo i opuścić drogę SP64. Nieco się z tym jednak pośpieszyłem to znaczy skręciłem już po przejechaniu 1200 metrów i wbrew swoim planom zacząłem się wspinać ku wspomnianemu Castel Vittorio. Szybko nabrałem podejrzeń, że coś tu nie gra i po przejechaniu nieco ponad kilometra zatrzymałem się jak i samochód jadący z naprzeciwka. Zapytałem kierowcę czy to aby na pewno droga na przełęcz Langan. Gdy uzyskałem odpowiedź przeczącą zawróciłem do rozjazdu. Przez swoją pomyłkę dodałem sobie do programu niespełna 2,5 kilometra tracąc na tym przeszło 6 minut. Drugi raz nie mogłem się już pomylić, albowiem prawdziwy wjazd na SP65 był dobrze oznaczony. Poza tym stały tu też znaki drogowe zwiastujące marny stan nawierzchni. O fakcie tym zostałem już wcześniej uprzedzony przez zaprzyjaźnionego „szpiega” czyli Daniela Pawelca, który zwiedzał te okolice pod koniec czerwca. Dzięki temu wiedziałem, że pomimo rozmaitych niespodzianek będzie można spokojnie dotrzeć na sam szczyt wzniesienia.

2015_0907_002

20150907_155331

20150907_145250

20150907_142832

Po przejechaniu półtora kilometra po drodze SP65 trafiłem na roboty drogowe. W tym miejscu spory kawał asfaltu został zmyty po zimowych lub wiosennych ulewach. Trzeba się było zmieścić pomiędzy zboczem góry a płotkiem rozstawionym przez drogowców. Plus tej przeszkody był przynajmniej taki, że skutecznie eliminował samochody. Auta pojawić się mogły co najwyżej od przeciwnej strony, więc w sumie cała góra należała do cyklistów. A zatem można się było męczyć w spokoju. Pogoda nam dopisała. Ciepły dzień przy umiarkowanym zachmurzeniu. Średnia temperatura na całej górze 26 stopni, zaś na przełęczy Langan nawet 30! Chłodniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilometrach z minimum w postaci 18 stopni na samej mecie. Na pierwszych trzech kilometrach tego szlaku znajduje się pięć wiraży. W połowie szóstego kilometra (choć dla mnie był to koniec ósmego) mija się restaurację Palazzo Maggiore. Wzdłuż drogi rosną imponujących rozmiarów agawy, zaś wyżej wśród drzew dominuje kasztan jadalny. Każdy kilometr podjazdu odmierza tu stosowny znak na prawym skraju drogi. Pośród górskich zboczy dostrzec można pojedyncze domostwa. Droga jest wąska, acz niezłej jakości poza dwoma kolejnymi miejscami gdzie została również podmyta. Jechało mi się całkiem dobrze i na samej Colla Langan złapałem Darka. Ten jechał dość oszczędnie, więc w pierwszej części finałowego odcinka był w stanie wyraźnie przyśpieszyć. Dlatego po zakręcie w prawo przejechaliśmy razem po SP67 dobre dwa-trzy kilometry. Ostatecznie Dario uznał, że nie będzie forsować swych mięśni i ścięgien nie będąc odpowiednio „zadokowany” do swego Simplona. Niespełna trzy kilometry przed finałem minąłem przełęcz Colle Belenda. Nie zatrzymałem się przed schroniskiem Allavena. Dojechałem do końca prostej, czyli miejsca gdzie skończył się asfalt. Po niespełna trzech minutach dojechał mój dzielny kompan. Na linii naszej mety rozpoczynał się kamienisty dukt ku przygranicznym fortom na Monte Grai (1899 m. n.p.m.). W sumie przejechałem 21,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 1328 metrów. Tymczasem miało być 19,4 kilometra o amplitudzie 1292 metrów. Można powiedzieć, że nadwyżkę sam sobie załatwiłem. Klasyczną część podjazdu pokonałem w 1h 15:22 przy średniej prędkości 15,6 km/h i VAM 1028 m/h. Na stravie jedyny ciekawszy odcinek, który znalazłem obejmuje 6,4 kilometra pomiędzy Langan a Melosą. Ten segment przejechałem w czasie 25:20 (avs. 15,3 km/h i VAM 950 m/h) co obecnie jest 11 wynikiem pośród 175 odnotowanych.

2015_0907_026

20150907_142333

20150907_135442

20150907_134943

Na górze spędziliśmy niemal pół godziny. Zjazd rozpoczęliśmy tuż po czternastej. Spokojna droga pełna sielskich widoków nie skłaniała do szybkiej jazdy. Często zatrzymywałem się aby zrobić zdjęcia. Na nasz parking dotarłem o 15:25. Darkowi te urokliwe strony spodobały się jeszcze bardziej. Rzec by można, iż przepadł gdzieś po drodze. Do samochodu zjechał dopiero o szesnastej. Po kolejnych dwudziestu minutach ruszyliśmy ku naszej drugiej premii górskiej czyli na Passo Gouta (1212 m. n.p.m.). Najpierw trzeba było znaleźć miejsce, w którym zaczyna się ów 14-kilometrowy podjazd. Wiedziałem, że musimy zjechać parę kilometrów w kierunku południowym. Drogi na tą przełęcz trzeba było szukać po prawej stronie szosy SP64. Po przejechaniu dwóch kilometrów od centrum Pigny znaleźliśmy drogę SP69. To wzniesienie liczy sobie w teorii 14 kilometrów o średnim nachyleniu niemal 7% i przewyższeniu 983 metrów. Jak widać na załączonym obrazku jest to podjazd dość równy, na którym trudniejsza jest pierwsza połowa wspinaczki. Pierwsze siedem kilometrów ma średnio 7,6 %, zaś kolejne siedem już „tylko” 6,3 %. Teren całkiem dobry do płynnej jazdy. Z jednej strony bez zbędnych wypłaszczeń, zaś z drugiej strony pozbawiony bardzo stromych ścianek. Maksymalna stromizna sięga ponoć 10%, acz mój licznik pokazał „chwilówki” na poziomie 13%. Jak wiele szlaków na niespokojnym niegdyś włosko-francuskim pograniczu również ta droga powstała ze względów militarnych. Szosa jest wąska, kręta i co ważne dla kolarzy cicha czyli niemal pozbawiona ruchu samochodowego. Nie prowadzi do żadnej miejscowości, zaś zamieszkały jest teren tylko do wysokości około 500 metrów n.p.m. Na dole rosną tu drzewka oliwne, zaś wyżej szosa wpada do gęstego lasu o strukturze mieszanej, w którym jeśli wierzyć opisom przeważają jodły i buki. Dzięki nim w środku lata można się tu skutecznie schować przed słońcem. Dla nas którzy zapędzili się w te strony późnym popołudniem na początku września ta osłona nie miała już jednak większego znaczenia. Gdyby po drodze ktoś zanadto osłabł z sił to u kresu tej wspinaczki może się posilić lub napoić w schronisku Gola di Gouta. Na całym wzniesieniu jest osiemnaście klasycznych wiraży, z czego osiem mija się w trakcie pierwszej ćwiartki wspinaczki czyli do połowy czwartego kilometra. Z niektórych mieliśmy ładny widok na sięgający niemal dwóch tysięcy metrów szczyt Monte Toraggio (1973 m. n.p.m.). Jak przystało na podjazd liguryjski z pewnych miejsc można też było dojrzeć błękitne wody Morza Śródziemnego.

Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:25. Obaj w tym samym momencie. Dlatego od razu ustaliliśmy, iż każdy z nas jedzie swoje czyli na ile tylko własne nogi i buty pozwolą. Starałem się jechać na tyle mocno na ile byłem w stanie po szybkiej wspinaczce na Colla Melosa. Mój plan minimum zakładał wyrobienie się w czasie poniżej godziny. To się udało, acz nie stać mnie było na jakieś rewelacyjne tempo. Według danych z Garmina przejechałem 14 kilometrów w czasie 58:15 czyli przy średniej prędkości 14,5 km/h. Na stravie w zasadzie ten sam odcinek opisano jako segment o długości 13,7 kilometra z przewyższeniem 969 metrów. Zmierzono mi na nim czas 58:10 przy avs. 14,2 km/h i VAM 1000 m/h. Ten wynik daje mi 43 miejsce na liście obejmującej 230 osób. Darek na pokonanie tego segmentu potrzebował 1h 08:39 (avs. 12,0 km/h i VAM 847 m/h). Parę godzin wcześniej na dojeździe do Langan wykręcił VAM 860 m/h, zaś na finałowym odcinku pod Melosę 858 m/h. Z pełnym przekonaniem stwierdził, więc że sandały bardziej nadają się do kolarstwa niż sportowe buty do biegania. Zanim nadjechał mój przyjaciel zaczepili mnie dwaj niemieccy motocykliści. Pytali o drogę ku francuskiej granicy. Z przełęczy droga SP69 wiodła dalej prosto, ale tylko przez niespełna dwa kilometry i kończąc się ni stąd ni zowąd w leśnej głuszy. Mogli odbić w prawo na graniczną Passo Muratone (1157 m. n.p.m.), ale wygodnym szutrowym szlakiem dojechaliby tylko do wcześniejszego Colle Scarassan (1226 m. n.p.m.). Po bardzo spokojnym zjeździe i krótkim odcinku w dolinie do samochodu dojechaliśmy kwadrans przed siódmą. W sumie na drugim etapie przejechałem 73,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2336 metrów. Dario miał śmiały plan by przed 20:00 odnaleźć oddział UPS w Imperii. Trzeba się było pośpieszyć. Doliną Nervia pognałem na tyle szybko na ile się dało. Zapomniałem wyłączyć Garmina, przez co nieopatrznie „ustanowiłem” parę rekordów na stravie. Na autostradzie pełen gaz. Niemniej wcześniej wstrzymały nas korki na ulicach Ventimigli. Natomiast tuż przed wjazdem na autostradę zapytano mnie, w którą stronę chcemy jechać. W związku z początkiem kryzysu imigracyjnego wprowadzono kontrolę samochodów zmierzających ku granicy francuskiej. Na zachodniej nitce A10 szybko powstał kilkunastokilometrowy korek. Po dojechaniu do Imperii spodziewany oddział (agencja) firmy kurierskiej okazał się ledwie kioskiem. Zresztą zamkniętym, gdyż spóźniliśmy się o kilka minut. Jednak skoro już byliśmy w mieście to postanowiliśmy podjechać na bulwar nadmorski i sprawdzić pizzerię, którą zachwalał nam Daniel. Niemniej i tu nie mieliśmy szczęścia, bo akurat w poniedziałki bywa ona zamknięta. Aby nie wracać do domu z pustymi żołądkami zasiedliśmy w ogródku konkurencji.

2015_0907_041

20150907_182304

20150907_175620

20150907_174024