banner daniela marszałka

Refugi Cap del Rec

Autor: admin o sobota 4. Czerwiec 2016

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/598621517

Po czterech dniach spędzonych na szosach wokół Bagi kolejnych wyzwań trzeba już było szukać z dala od tego miasteczka. W sobotę czekała nas przeprowadzka do Encamp czyli miasteczka położonego kilka kilometrów na północ od Andorra La Vella. Tym niemniej z najtrudniejszymi wzniesieniami Andory mieliśmy się mierzyć dopiero od niedzieli. Wcześniej na transferowym etapie ósmym mieliśmy zahaczyć o najciekawsze podjazdy spośród znajdujących się przy trasie naszego przejazdu do pirenejskiego Księstwa. Takowych musiałem szukać wzdłuż drogi krajowej N-260, na odcinku między miastami Puigcerda i La Seu d’Urgell. Potrzebowałem dwóch, a znalazłem nawet trzy. Pośród nich patrząc ze wschodu na zachód czyli wedle kierunku naszej jazdy pierwszym był podjazd z Olopte przez wioskę Meranges do Bosc de Comelles (1907 m. n.p.m.). Niespełna 15-kilometrowa wspinaczka o przewyższeniu 853 metrów ze średnim nachyleniem 5,8 % i max. 14 %. Dalej mieliśmy na swym szlaku podjazd z Martinet de Cerdanya przez Lles de Cerdanya do Refugi Cap del Rec (1986 m. n.p.m.). Tu z kolei w ofercie było 16,4 kilometra podjazdu o amplitudzie 977 metrów czyli ze średnią 5,9 %, na którym maksymalna stromizna miała sięgać 15 %. W końcu tuż przed wjazdem do Andory mogliśmy się jeszcze zatrzymać we wspomnianym La Seu d’Urgell i z tej miejscowości pojechać w kierunku południowo-wschodnim na Coll de Laguen (1492 m. n.p.m.). To znaczy na przełęcz, która dla „zmylenia przeciwnika” bywa też nazywana Coll de Galliner bądź Coll de la Traba. Ta była nieco łatwiejsza od dwóch poprzednich. Na niej trzeba bowiem pokonać w pionie 815 metrów na dystansie 16,9 kilometra co daje średnie nachylenie 4,8 %, przy max. 10 %. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałem, że pominiemy wspinaczkę pod Bosc de Comelles. Z Bagi mieliśmy pojechać prosto do Martinet czyli do podnóża najtrudniejszego z trzech wspomnianych wzniesień. Następnie czyli po zaliczeniu Cap del Rec, jeśli tylko starczyłoby nam czasu oraz pogoda dopisała, moglibyśmy jeszcze zahaczyć o Coll de Laguen. Z takim planem podróży opuściliśmy Bagę krótko przed jedenastą. Comarka Bergueda żegnała nas słońcem i niemal bezchmurnym niebem. Po przejechaniu na północną stronę „drogiego naszym portfelom” Tunel de Cadi byliśmy już w rejonie Cerdanya, gdzie aura była niewiele gorsza.

Po przejechaniu niespełna 30 kilometrów zatrzymaliśmy się w centrum Martinet koło ujścia Riu de la Llosa do większej rzeki El Segre. Z tego miejsca do podnóża podjazdu pod schronisko Cap del Rec było ledwie 600 metrów. Krótki odcinek do przejechania po znanej nam „krajówce”. Zgodnie z naszą świecką tradycją Rafał wystartował jako pierwszy, bo o godzinie 11:36. Ja z Darkiem dopiero tuż przed dwunastą. W samo południe słońce mocno przygrzewało i chyba nikt z nas nie spodziewał się, że są to tylko miłe złego początki. Wspinaczka do Refugi Cap del Rec zaczyna się i przez ponad 9 kilometrów wiedzie po drodze LV-4036. Cały ten podjazd jak dotąd nigdy nie był areną walki kolarzy zawodowych. Tym niemniej na odcinku z Martinet do Lles de Cerdanya (1470 m. n.p.m.) przeprowadzono w sezonie 1996 górską czasówkę Volta a Catalunya. Ten wyścig organizowany wtedy w drugiej połowie czerwca stał pod znakiem dominacji podopiecznych Manolo Sainza z ekipy ONCE. Wspomniany etap prawdy liczył sobie 13,5 kilometra czyli sama wspinaczka musiała być poprzedzona około 4-kilometrowym wstępem na płaskim terenie. Próbę tą jak i cały wyścig zdecydowanie wygrał Alex Zulle. Szwajcarski okularnik uzyskał tu czas 28:39 i wyprzedził swych dwóch kolegów z drużyny: Australijczyka Patrika Jonkera (+ 1:09) i Hiszpana Marcelino Garcię (+ 1:37). Helwet wygrał zresztą wszystkie trzy czasówki na trasie tego wyścigu, zaś podczas królewskiego etapu do Suberbagneres wespół z Jonkerem dobił swych rywali. Według danych z mojego licznika podjazd zaczął się na poziomie 976 metrów n.p.m. czyli przeszło 30 metrów niżej wysokość podana na znalezionym w sieci profilu tego wzniesienia. Internetowe mapy zdają się potwierdzać wskazania mojego Garmina. Tym niemniej z drugiej strony również końcowy pułap tego podjazdu okazał się przeszacowany. Licznik pokazał mi na mecie wysokość 1934 metrów n.p.m., zaś z mapa z programu veloviewer niespełna 1960 m. n.p.m. Tak czy owak troszeczkę brakowało tu do szlachetnej wartości 1000 metrów w pionie.

20160604_001

Pierwszy kilometr wzniesienia trzymał na poziomie bliskim 7 %. Kolejne kilometry były znacznie łatwiejsze. W połowie drugiego kilometra na pierwszym wirażu minąłem basen termalny w osadzie Sanilles (1,5 km). Pod koniec piątego kilometra dotarłem do wioski Travesseres (4,8 km). Niemal od startu jechałem sam, gdyż Dario w swoim stylu wolno się rozgrzewał. W połowie ósmego kilometra czekała na nas przykra niespodzianka. Tuż przed rozjazdem, na którym w lewo odchodziła droga do wioski Aranser jak i stacji narciarskiej o tej samej nazwie, skończyła się droga asfaltowa i zaczął teren zgoła przełajowy. Przez kolejne półtora kilometra odcinki słabego asfaltu przeplatane były sektorami, na których został on przykryty warstwą gruntu. Na jednym z wiraży ciężko było utrzymać równowagę jadąc na swych oponkach o szerokości 23 mm. Z ulgą powitałem lepszej jakości asfalt tuż przed wjazdem do Lles de Cerdanya (9,6 km). Z kolei w trakcie przejazdu przez tą miejscowość trzeba było pokonać krótki odcinek bruku. Do szczytu brakowało jeszcze niespełna 7 kilometrów. Górna część podjazdu była bardziej stroma, zaś pierwszy trudniejszy odcinek pojawił się już na początku jedenastego kilometra. Pomiędzy 11-tym a 15-tym kilometrem średnie nachylenie wynosiło 7,9 %, zaś najtrudniejszy na całym podjeździe okazał się odcinek tuż za kampingiem El Cortal del Gral (13,4 km). Ostatnie trzy kilometry prowadziły krętym szlakiem przez las. Bliski koniec wspinaczki zwiastowała murowana brama wjazdowa do ośrodka turystycznego. U kresu asfaltowej drogi stało zaś schronisko, które dało nazwę temu wzniesieniu. Dotarłem do niego w czasie 1h 06:40 co na dystansie 16,5 kilometra oznaczało średnią prędkość 14,9 km/h. Prawie udało mi się dogonić Rafała, który na pokonanie tego wzniesienia potrzebował 1h 29:12. Zrobiliśmy sobie po okolicznościowym zdjęciu i weszliśmy do Refugi by pod jego dachem poczekać na przyjazd Darka. Nie trwało to długo, bowiem Dario wykręcił czas 1h 16:08. Na stravie znalazłem dwa dłuższe segmenty. Dolny czyli 9,3 kilometra na dojeździe do Lles de Cerdanya oraz górny obejmujący końcowe 5,9 kilometra. Czasy całej naszej trójki odnotowano jedynie na tym drugim. Przejechałem go w czasie 27:04 (avs. 13,1 km/h i VAM 973 m/h). Dario potrzebował na to 28:38, zaś Rafa 36:37. Natomiast na dłuższym segmencie dolnym uzyskałem czas 35:18 (avs. 15,9 km/h i VAM 858 m/h).

20160604_022

20160604_131539

Tym razem jednak podjazd był co najwyżej połową naszej przygody. Sporo wydarzyło się tak na zjeździe do Martinet jak i poza nim. Już podczas pobytu w schronisku za oknem zachmurzyło się i zaczęło kropić. Po półgodzinnym odpoczynku zebraliśmy się do zjazdu. Rafał ruszył jako pierwszy i nie oglądał się za siebie. To była słuszna decyzja, gdyż zjechał do Martinet praktycznie na sucho. My dwaj ruszyliśmy dosłownie dwie minuty później, ale z planem robienia zdjęć po drodze. Już po kilkuset metrach złapał nas rzęsisty deszcz. Stanęliśmy pod drzewem na poboczu drogi chcąc przeczekać ulewę. Moja cierpliwość skończyła się po około 20 minutach. Choć deszcz nie ustawał postanowiłem ruszyć w dalszą drogę. Niecierpiący zimna Dario postanowił zostać w tym miejscu i do skutku czekać na poprawę pogody. Zjeżdżałem powoli od czasu do czasu robiąc sobie przystanki na zrobienie zdjęć. W chłodnych i wilgotnych warunkach wymagało to poświęcenia. Nagroda za nie okazała się skromna patrząc na niekiedy rozmyte fotki. Dopiero tuż przed Lles de Cerdanya wyjechałem ze strefy deszczu. Dzięki temu półtorakilometrowy odcinek robót drogowych znajdujący się poniżej tej miejscowości przejechałem w suchych warunkach drogowych. Tym niemniej na horyzoncie straszyła mnie już nadchodząca z zachodu ciemna burzowa chmura. W dobrym humorze dojechałem jeszcze do Travesseres, gdzie zrobiłem parę zdjęć. Niespełna kilometr za tą wioską rozpętało się pogodowe piekło. Naszło mnie wspomniane czarne chmurzysko. Od razu zostałem ostrzelany serią z kulek gradowych. Waliły we mnie z taką siłą, że aż bolało. Poza tym bałem się jeszcze, że zmasakrują mi ramę roweru. Początkowo zatrzymałem się po prawej stronie szosy. Niemniej było to miejsce odsłonięte. Dlatego po chwili zdecydowałem się przenieść w bardziej bezpieczne miejsce. Nie bardzo dało się dalej jechać, bowiem szosa w krótkim czasie została przykryta kulkami lodu. W końcu stanąłem pod drzewem po lewej stronie drogi. Byłem przemoczony i zziębnięty. Temperatura zdążyła już spaść do 9 stopni. W trakcie kilkunastu lat swych górskich wojaży chyba tylko raz znalazłem się w bardziej podbramkowej sytuacji. Mam na myśli wjazd na szwajcarską Albulapass w sierpniu 2008 roku. Na Edelweissspitze w czerwcu 2010 roku czy austriackim wyścigu Kaunertaler Gletscherkaiser rok później warunki też był ekstremalne. Niemniej wszystko miałem pod kontrolą tzn. mogłem sobie samemu poradzić. Tym razem po raz drugi w życiu przyszło mi wykonać „telefon do przyjaciela” z prośbą o szybką akcje ratowniczą.

Zadzwoniłem do Rafała, który siedział sobie spokojnie przy samochodzie w Martinet de Cerdanya. Nie mógł uwierzyć, że ledwie 5 kilometrów od niego warunki są iście zimowe. Ruszył mi na pomoc i po dwudziestu minutach siedziałem już bezpieczny w samochodzie. Teraz trzeba było uratować Darka. Czym prędzej ruszyliśmy pod górę. Nieomal dojechaliśmy do Cap del Rec, ponieważ Darek nie ruszył się z miejsca swego postoju. Dostrzegliśmy go jak w przydrożnym rynsztoku opłukiwał bloki swych butów zabrudzone naleciałościami z leśnej ściółki. Byliśmy już w komplecie. Szczęśliwie cali i zdrowi. Zjechaliśmy do drogi N-260. W dolnej części zjazdu zrobiłem kilka zdjęć do „foto-albumu” z podróży. Na samym dole zatrzymaliśmy się raz jeszcze. Korzystając z okazji pomyślałem by wrzucić do bagażnika przemoczone ciuchy i buty, które dotąd trzymałem między stopami siedząc na miejscu pasażera. Oczywiście po takim laniu i stracie czasu nie mieliśmy już ochoty na kolejną wspinaczkę. Tym samym mój ósmy etap ograniczył się do dystansu 29 kilometrów i 967 metrów przewyższenia. Ruszyliśmy na zachód ku La Seu d’Urgell. Po dojechaniu do wspomnianego miasteczka odbiliśmy na północ wjeżdżając na drogę N-145 wiodącą do Andory. Dopiero tu minął nas samochód, którego pasażerka pokazywała nam swego buta. Nabraliśmy pewnych podejrzeń, więc zatrzymaliśmy się na poboczu drogi. Za nami stanęło inne auto, którego kierowca powiedział, że kilkanaście kilometrów wcześniej coś nam spadło z dachu. Byłem już pewien, że były to moje czarne, nieco już wiekowe, buty Sidi. Szkoda, że dowiedzieliśmy się o tym zdarzeniu tak późno. Mimo tego ruszyliśmy na akcję poszukiwawczą. Przejechaliśmy powoli odcinek z La Seu d’Urgell do Martinet de Cerdanya tam i z powrotem. Cały czas wyglądaliśmy mojej zguby, tak na szosie jak i poza nią. Niekiedy wysiadaliśmy z auta. Wszystko na nic. Na półmetku wyprawy, tuż przed wjazdem do Pirenejskiego Księstwa, zostałem bez kolarskiego obuwia. Na szczęście Rafał znał pewien sklep rowerowy w Sant Julia de Lloria. Po wjeździe do Andory najpierw zatankowaliśmy do pełna tanie paliwo w cenie bardziej polskiej niż hiszpańskiej. Potem od razu podjechaliśmy do Jormabike.com gdzie w cenie 160 Euro zakupiłem nowe Sidi, model Genius (tym razem białe) + bloki SH 11 (żółte) do pedałów SPD-SL. Po tych zakupach nie skierowaliśmy się od razu do Encamp. Wcześniej zatrzymaliśmy się jeszcze na posiłek dnia. To była droga pizza w centrum Andorra La Vella.

20160604_173109