banner daniela marszałka

Passo Daone x 2

Autor: admin o czwartek 11. sierpnia 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/672680942

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/672680989

Po powrocie z Katalonii do kolejnej górskiej wyprawy miałem niemal dwa miesiące. Na sierpień zaplanowałem sobie wycieczkę bliższą i krótszą od tej czerwcowej, lecz dzięki temu możliwą do przeprowadzenia w liczniejszej kompanii fanów dwóch kółek. Podobnie jak w poprzednich dwóch sezonach czekał mnie w tym czasie wyjazd do północnych Włoch. Znów na około półtora tygodnia czyli w okresie od 11 do 21 sierpnia. Po lombardzkiej Valtellinie (2014) oraz Sud Tirolu (2015) moim kolejnym celem stało się Trentino. Szosy prowincji Trento zdołałem już dość dobrze poznać przy paru wcześniejszych okazjach. Dlatego teraz zamiast najbardziej znanych chciałem zobaczyć najciekawsze wzniesienia spośród tych, które dotąd umknęły tu mojej uwadze. Do kolejnych górskich wyzwań byłem dobrze przygotowany. Przede wszystkim wiele dała mi 16-dniowa zaprawa w hiszpańskich Pirenejach. Moja moc wzrosła, zaś waga spadła co dobrze czułem podczas swych letnich przejażdżek. Tym niemniej pomiędzy obiema wyprawami bynajmniej nie przesadzałem z objętością treningów. W tym czasie na rower wybrałem się tylko 23 razy pokonując łącznie 1613 kilometrów. Nawet podczas weekendów ograniczałem się do ledwie trzygodzinnych wypadów. Jedynym wyjątkiem była blisko 140-kilometrowa sobotnia wycieczka z 2 lipca, kiedy to w towarzystwie Mateusza Dąbrowskiego dotarłem na Zbiornik Żarnowiecki w pobliżu Gniewina. Większe atrakcje czekały na mnie z dala od Trójmiasta. W połowie lipca wybrałem się z Iwoną i Adasiem na rodzinne wakacje do Polanicy-Zdrój. Wyjazd bardzo udany czyli pełen turystycznych perełek Kotliny Kłodzkiej. Zabrałem tam z sobą swojego Ridleya i co drugie przedpołudnie mogłem też przetestować swą formę w terenie trudniejszym niż kaszubskie pagórki. Na trasach o skromnej długości 40-60 kilometrów „robiłem” przewyższenie na poziomie 900-1200 metrów. Najpierw 17 lipca szlakiem przez Wambierzyce dojechałem do Karłowa u podnóża Gór Stołowych. Następnie 19 lipca poznałem Zieleniec i Zbójecką Górę koło Szczytnej, zaś 21 lipca wyniosłą Czarną Górę powyżej przełęczy Puchaczówka. Na koniec 23 lipca wespół z Jankiem Wielgusem wjechałem najpierw na przełęcz Spaloną, po czym na dokładkę pokonałem jeszcze dwie strome ścianki: Wójtowice i Pokrzywno.

Na kolejną eskapadę do pięknej Italii mieliśmy jechać w sześciu. Niestety w ostatniej chwili ze składu wypadł nam Artur Rykowski, którego w domu zatrzymały sprawy rodzinne. Pozostało nas więc pięciu, w tym czterech doświadczonych górskich wiarusów. Z Pomorza wyjechaliśmy we trzech. Towarzyszyli mi Darek Kamiński (jak zwykle) i Adam Kowalski (nie po raz pierwszy). Z kolei z Mazowsza ku tej samej włoskiej przygodzie ruszyli dwaj żądni wrażeń cykliści. Debiutujący w naszym gronie Piotr Podgórski oraz Romek Abramczyk, bywały na Route des Grandes Alpes 2013 i ubiegłorocznej wyprawie do włoskiego Tyrolu. Poza tym w niektóre dni miał do nas dołączać Daniel Pawelec przebywający na rodzinnych wczasach w Riva del Garda. Wzniesienia, które chciałem poznać na tym wyjeździe ukrywały się niemal w każdym zakątku Trydentu. Dla przykładu: Rifugio Cornisello i Passo di Tremalzo na zachodzie, Val Bresimo i Val de la Mare na północy, Passo Manghen i Rifugio Panarotta na wschodzie czy Monte Zugna i Rifugio Graziani na południu. Do tego jeszcze słynne Monte Bondone w centrum prowincji oraz Monte Varagna i przeraźliwie stroma Punta Veleno nad brzegami Lago di Garda. Ten ostatni podjazd należy w zasadzie do sąsiedniego regionu Veneto. Tym niemniej został wypróbowany na trasie Giro del Trentino 2012, więc uznałem go za „adoptowanego syna” kolarskiego Trydentu. Przy tak sporym „terenie łowieckim” nie sposób było te wszystkie cele ogarnąć wypadami z jednej bazy noclegowej. Z drugiej strony chciałem jak najrzadziej przenosić się z miejsca na miejsce ze wszystkimi naszymi bagażami. Optymalnym rozwiązaniem tej logistycznej zagadki wydały mi się dwie miejscówki. Pierwsza zachodnia na terenie Val Rendena i druga na wschód od Trento w dolinie Valsugana. Na portalu booking.com udało mi się znaleźć niedrogie apartamenty w Bocenago koło Pinzolo oraz w Barco nieopodal Levico Terme. Z pierwszego mieliśmy ruszyć na etapy 1-4, zaś z drugiego na odcinki 6-11. Poza tym na trasie naszego przejazdu z bazy pierwszej do drugiej znalazłem dwa wzniesienia gwarantujące udaną zabawę również podczas piątego dnia tej wyprawy.

Podobnie jak przed rokiem mazowiecki wóz techniczny jako pierwszy pojawił się na gościnnej ziemi włoskiej. Nasi koledzy nie tylko mieli bliżej do celu, ale też szybciej ruszyli w drogę. Na trasie nie sposób było ich dogonić. Zaczekali na nas dopiero w okolicy Spiazzo odpoczywając po kilkunastogodzinnej podróży. My zjawiliśmy się tam około piętnastej. Jednak nie od razu mogliśmy się zainstalować w Residence Green House. Owszem mieszkać mieliśmy w Bocenago, lecz po klucze trzeba było skoczyć kilka kilometrów dalej na północ do hotelu Residence La Rosa delle Dolomiti w Carisolo. Ostatecznie do apartamentu Faggio (po naszemu Buk) wprowadziliśmy się kilka minut przed szesnastą. To znaczy niespełna pięć godzin przed zmrokiem. Z oczywistych względów trasa pierwszego etapu naszego Giro del Trentino nie mogła być długa. Najlepiej było ją wytyczyć blisko domu tak by od razu ruszyć na rowerach. Na szczęście tuż pod naszym nosem mieliśmy podjazd na Passo Daone (1295 m. n.p.m.). Chcąc dotrzeć do wioski Ches u podnóża północnej drogi na tą przełęcz musieliśmy przejechać tylko cztery kilometry po szosach SP236 i SS53. Górka ta świetnie nadawała się zatem na wieczorek zapoznawczy. Niewysoka i stosunkowo krótka, więc w dwie godziny można ją było pokonać z obu stron. Byłaby wręcz idealna, gdyby tylko była mniej stroma. Wspinaczka północna ma długość ledwie 6,1 kilometra, lecz średnie nachylenie aż 10,4 %. Maksymalna stromizna po tej stronie góry to 13 %. Z kolei szlak południowy zaczynający się w miejscowości Preore liczy sobie 8,1 kilometra i ma średnio 9,5 % przy max. 15 %. Tym samym mimo niedługich dystansów trzeba tu pokonać odpowiednio przewyższenie 638 oraz 769 metrów. Po długiej podróży z Polski zderzenie z taką ścianką wspinaczkową mogło się okazać bolesne. Daone stało się znane szerszej rzeszy kolarskich kibiców w sezonie 2015 gdy znalazło się na trasie piętnastego etapu Giro d’Italia. Profi podjeżdżali na tą przełęcz od strony południowej z finałem podjazdu na 31 kilometrów przed metą w Madonna di Campiglio-Patascoss. Na premii górskiej pierwszej kategorii Włoch Giovanni Visconti z Movistaru uprzedził współtowarzyszy ucieczki: Białorusina Kanstantina Siutsou z Team Sky i Francuza Huberta Dupont z Ag2R. Harcownicy mieli tu jeszcze półtorej minuty przewagi nad topniejącym peletonem prowadzonym przez Astanę. Niemniej na dojeździe do Pinzolo zostali oni wszyscy złapani i na mecie ze zwycięstwa etapowego cieszył się Bask Mikel Landa.

Około osiemnastej opuściłem bazę. Zespół Mazowsze czyli Piotrek i Romek również był już gotowy do jazdy. Za to moi trójmiejscy kompani Darek i Adam dłuższy czas nie mogli się rozstać z apartamentem. Daliśmy im kwadrans na uporanie się z problemami organizacyjnymi, po czym nie mogąc się na nich doczekać ruszyliśmy we trzech ku Passo Daone. Wyjechawszy z przydomowej alejki skręciliśmy w prawo by dotrzeć na miejsce najkrótszą z możliwych dróg. Przejechaliśmy przez centrum Bocenago, minęliśmy Spiazzo i już po niespełna ośmiu minutach byliśmy już na wylocie z Ches czyli u podnóża pierwszego z sierpniowych podjazdów. Za to nasi spóźnialscy po wyjeździe z podwórka niepotrzebnie odbili w lewo i zjechali do drogi krajowej SS239. Dopiero na niej skierowali się na południe i owszem dojechali do Spiazzo, lecz nie od razu w okolicy tego miasteczka znaleźli dojazd do Ches. Ostatecznie swoją wspinaczkę rozpoczęli po przejechaniu przeszło 10 kilometrów w dolinie. Podjazd był ostry od samego początku. Wąska droga SP236 tuż za wioską wpadła do ciemnego lasu i od razu zaserwowała nam 10 % nachylenia. Pod koniec pierwszego kilometra na swym liczniku miałem już 14 %. Przez pierwsze 5 kilometrów stromizna ani na moment nie odpuszczała. Zacząłem mocno czyli pełen entuzjazmu. Piotrek alias Pedro Montana jako pierwszy został w tyle. Prawa fizyki były przeciw niemu. Kolega ma 197 cm wzrostu i siłą rzeczy waży dobrze ponad 80 kilo. Niewątpliwie dałby nam popalić na belgijskich brukach. Niemniej w alpejskim terenie, szczególnie zaś na tak stromych wzniesieniach jak Daone, musiał zostawiać więcej zdrowia na drodze by dopiąć wspólnego celu. Na początku drugiego kilometra zacząłem też odjeżdżać Romkowi. Niebawem przez ten mocny początek zakuło mnie w płucach, więc chyba przesadziłem z tempem na starcie. Postarałem się wyrównać oddech, acz chciałem utrzymać mocne tempo. Wysiłek był intensywny, lecz trzeba to było wytrzymać tylko przez pół godziny. Poza tym skoro już odczepiłem Romana to nie chciałem bez walki pozwolić mu się dogonić. Pomyślałem, że okazja na wspólną przejażdżkę będzie po południowej stronie przełęczy. Ostatnie 1200 metrów było już znacznie łatwiejsze trzymając na poziomie 6-7 %. Dlatego na finiszu przyśpieszyłem do 15-17 km/h. Według danych ze strava.com północne Daone czyli segment „Ches – Montagne” o długości 6 kilometrów i przewyższeniu 636 metrów przejechałem w 30:47 (avs. 11,7 km/h i VAM 1239 m/h). Prędkość w pionie z gatunku moich rekordowych, lecz na półgodzinnej trasie o taki wynik łatwiej. Romano wjechał w 31:54 (avs. 11,3 km/h i VAM 1196 m/h), zaś Pedro uzyskał tu czas 39:29 (avs. 9,2 km/h i VAM 966 m/h). Z kolei nasza „straż tylna” czyli Adam i Dario pokonali tą górę zgodnie i na spokojnie w czasie 36:17 (avs. 10,0 kmh i VAM 1051 m/h).

20160811_002

Na górze zrobiliśmy kilka zdjęć, nie czekając do skutku na przyjazd naszych dwóch kompanów. Piotr uznał, iż wystarczy mu jednostronna znajomość z Passo Daone, więc zawrócił do bazy. Tymczasem ja wraz z Romkiem zjechałem do Preore. Na zjeździe starałem się robić zdjęcia, lecz o tej porze dnia czyli po godzinie 19:00 nie wyszły one najlepiej. Zjechawszy na sam dół zatrzymaliśmy się w pobliżu miejscowego merostwa. Miejscówka była zaadoptowana na potrzeby kolarzy amatorów. Można tu napełniać wodą bidony, napompować koła czy dowiedzieć się z tablicy „Grandi salite di Trentino” jak wygląda podjazd na Daone od południowej strony. Podczas wspinaczki powrotnej starałem się trzymać równe jadąc na stosunkowo twardym przełożeniu. Po tej stronie góry było więcej życia, minęliśmy kilka wiosek tzn. Cort (2,8 km), Larzana (4,3 km), Binio (5,6 km) czy górski hotel Villa Santi (6,7 km). W pierwszej części wspinaczki minęliśmy się ze zjeżdżającymi Adamem i Darkiem. Podjazd był stromy, acz nie tak bardzo jak zapowiadały to dane z „cyclingcols”. Mój licznik zanotował maximum na poziomie 12,6 %. W przeciwieństwie do północnej strony było tu też parę łatwych odcinków o długości 200-300 metrów, na których można było nieco odsapnąć. Na przełęcz wjechaliśmy razem w dość mocnym tempie. Strava podaje, iż na segmencie „GPM Passo Daone” rodem z Giro 2015 czyli odcinku o długości 8,1 kilometra i przewyższeniu 794 metrów (chyba nieco przesadzonym) uzyskałem czas 41:43 (avs. 11,7 km/h i VAM 1142 m/h). Romano wykręcił czas netto 42:13, gdyż ruszył jako pierwszy i pozwolił się dojść na początkowych kilkuset metrach. Jadący naszymi śladami koledzy wjechali na górę w około 49 minut. Za sprawą wspomnianego etapu Giro można tu „porównać” swe osiągi z możliwościami zawodowców. Dziewięć najlepszych wyników należy do profich. Liderem jest Steven Kruiswijk z czasem 27:29 (avs. 17,7 km/h i VAM 1733 m/h). Niemniej znany słoweński sprinter Luka Mezgec na dotarcie do przełęczy potrzebował już 39:02. Na ciemnym zjeździe do Ches nie było sensu robić zdjęć. Trudna technicznie i podejrzanej jakości droga była niebezpieczna. W czasie Giro przekonało się o tym kilku kolarzy, w tym nasz Sylwek Szmyd czy Kolumbijczyk Darwin Atapuma. Nawet nie próbowałem utrzymać się za tak dobrym zjazdowcem jak Romek. Kolega zwolnił w dolinie i tam go doszedłem. W sumie na czwartkowym „prologu” przejechałem tylko 36,5 kilometra, ale o solidnym przewyższeniu 1466 metrów.

20160811_016