banner daniela marszałka

Val Bresimo & Val de la Mare

Autor: admin o niedziela 14. sierpnia 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/676172241

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/676172254

W niedzielę pozostało nam już tylko ruszyć na północ ku słynnej Val di Sole. Dolina ta w latach 90. gościła światowe czempionaty w kajakarstwie górskim i snowboardzie. Natomiast w 2008 roku stała się areną Mistrzostw świata w kolarstwie górskim. Wbrew pozorom jej nazwa nie pochodzi od słońca, lecz od celtyckiej bogini Sulis. Długa na 40 kilometrów od przełęczy Tonale na zachodzie po miejscowość Mostizzolo na wschodzie jest otoczona potężnymi masywami górskimi: Ortler, Adamello i Brenta. Po dotarciu do Val di Sole mieliśmy się rozdzielić na dwa niezależnie działające oddziały. Ci z nas, którzy dotąd jeszcze nie bawili w tym rejonie czyli: Adam, Piotr i Roman mieli ruszyć na słynne przełęcze: Passo del Tonale (1883 m. n.p.m.) oraz Passo di Gavia (2621 m. n.p.m.). Dla mnie i Darka to byłoby jednak nic nowego. Obaj zaliczyliśmy Tonale w czerwcu 2010 roku podjeżdżając na tą przełęcz od strony wschodniej. Z kolei wielką Gavię zdobyłem już trzykrotnie, z czego dwa razy od strony południowej. Po raz pierwszy w lipcu 2006 roku w towarzystwie Darka i trzech innych kolegów. Drugi raz w czerwcu 2008 roku gdy wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim brałem udział w wyścigu Gran Fondo Marco Pantani. Trzeci raz od strony północnej do spółki z obecnym tu Adamem oraz Tomkiem Busztą. Jednym słowem „byliśmy i widzieliśmy”, więc naszym kolegom mogliśmy gorąco polecić zarówno wschodnie Tonale jak i południową Gavię. Leżąca na granicy Trentino i Lombardii przełęcz Tonale jest jedną z najpopularniejszych premii górskich w historii wyścigu Dookoła Włoch. Pojawiła się na Giro aż 25 razy. Po raz pierwszy w 1939 roku gdy na etapie z Trento do Sondrio najszybciej wjechał tu słynny Gino Bartali. Dwukrotnie wyznaczono na niej nawet metę etapu. W 1997 roku najszybciej od wschodu podjechał tu Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś trzynaście lat później od zachodu jako pierwszy dotarł w to miejsce Szwajcar Johann Tschopp. Wyniosła Gavia zadebiutowała na Giro w 1960 roku gdy najszybciej wspiął się na nią Włoch Imerio Massignan. Następnie „wróciła do gry” dopiero na śnieżnym i mroźnym etapie z roku 1988. Jak na razie 10 razy znalazła się w programie „La corsa rosa”. Co ciekawe pięciokrotnie zdobywali ją górale zza Atlantyku. Trzej Kolumbijczycy oraz Meksykanin, w tym dwukrotnie wspomniany już Gonzalez. Warto dodać, że wizyt na Gavii byłoby już tuzin, gdyby w latach 1989 i 2013 na przeszkodzie kolarzom nie stanęła iście zimowa aura. Jednym słowem nasi kompani wybierali się na górskie szlaki wielokrotnie przetestowane na trasach Giro d’Italia.

Dla siebie i Darka wolałem poszukać innych wyzwań w rejonie Val di Sole. Na szczęście ciekawych alternatyw nie brakowało. Na wschodnim krańcu tej doliny znalazłem podjazd do Malga Preghena u kresu Val Bresimo (1907 m. n.p.m.). Natomiast nieopodal miejsca startu naszych kolegów zaczynała się wspinaczka w głąb Val de la Mare (1970 m. n.p.m.). Obie jakkolwiek mało znane zasługują na status premii górskich pierwszej czy nawet najwyższej kategorii. Tym razem wyjechaliśmy z Bocenago po wpół do jedenastej. Do tego w drodze na Passo Campo Carlo Magno zrobiliśmy sobie dwa krótkie przystanki. Pierwszy już w Pinzolo na tankowanie i drugi tuż przed Madonna di Campiglio by przyjrzeć się górskim szczytom z Gruppo di Brenta. Następnie po zjechaniu do szosy SS42 na rondzie w Dimaro rozjechaliśmy się ku swym niedzielnym celom. Oni pojechali na zachód by po 12 kilometrach zatrzymać się w Cusiano. Natomiast my odbiliśmy na wschód i po 14 kilometrach zjechaliśmy z „krajówki” na wysokości Mostizzolo. Wbiliśmy się od razu na podjazd ku miejscowości Cis. Po siedmiuset metrach na tej bocznej drodze znaleźliśmy zacienione miejsce, gdzie można było zostawić samochód na około trzy godziny. Dziś wiem, że lepiej było zaparkować przy drodze krajowej i na niej zacząć wspinaczkę, a następnie skręcić ku miejscowościom: Scanna i Varallo. To byłby najkrótszy i zarazem zgodny ze ściągniętym z sieci profilem sposób na dotarcie do Livo. A tak wskoczyliśmy na rowery kilka minut po dwunastej by na początek zjechać w pobliże stacji kolejowej Mostizzolo, skąd postanowiliśmy zacząć naszą wspinaczkę. Od początku każdy z nas jechał swoje, bowiem Dario w swoim zwyczaju zaczął spokojnie. Pierwsze 1900 metrów na tej drodze okazało się być całkiem solidnym podjazdem. W najtrudniejszych momentach nachylenie przekraczało 8%. Niemniej za miasteczkiem Cis zaczął się półtorakilometrowy zjazd w stronę potoku Barnes. Dla kontrastu w drugiej połowie czwartego kilometra trafił się odcinek o stromiźnie przekraczającej 10%. Wąska alejka pośród sadów jabłkowych doprowadziła mnie w końcu do szerszej szosy na wysokości wspomnianego Livo (4,6 km). Niedługo na niej zabawiłem, gdyż już pięćset metrów dalej musiałem odbić w lewo na drogę SP68 prowadzącą do Bresimo. Pod koniec szóstego kilometra zostawiłem za sobą kolejną miejscowość na tym szlaku czyli Preghenę (5,9 km). Niebawem zmieniło się otoczenie drogi, albowiem las zastąpił wszechobecne dotąd sady owocowe. Ósmy kilometr trzymał jeszcze na solidnym poziomie 7-8%. Kolejne dwa kilometry na dojeździe do Bresimo (9,8 km) były łatwiejsze.

20160814_001

20160814_151109

Dario per via Fontana:

20160814_043

Na końcu tej wioski w pobliżu kościoła pod wezwaniem św. Bernarda trafiłem na rozjazd. Droga w prawo prowadziła pod górę. Szosa w lewo początkowo w dół, lecz według znaków to ona była główną. Pokręciłem się w kółko i ostatecznie odbiłem w lewo. Dario miał w tym miejscu podobną zagadkę, lecz wybrał „bramkę” prawą. Tym sposobem opracowaliśmy obie wersje tego odcinka. Mój kolega pojechał przez wioskę Fontana, zaś ja po krótkim zjeździe musiałem odrobić straconą wysokość podczas przejazdu przez Bagni (11 km), gdzie stromizna sięgnęła nawet 12,5%. Kolejne trzy kilometry były wymagające, acz znieczulone dwoma łatwiejszymi odcinkami. Po przejechaniu 14,7 kilometra raz jeszcze straciłem nieco czasu na rozmyślaniach. Tym razem znaki drogowe sugerowały, że szlak przez Val Bresimo wjedzie w lewo. Jednak szutrowa droga wydała mi się mocno podejrzana. Postanowiłem się trzymać asfaltowej drogi, która skręcała tu w prawo. To był trafny wybór. Niemniej najbliższy szesnasty kilometr okazał się być najtrudniejszym fragmentem całej wspinaczki. Z początku nachylenie wynosiło tu „tylko” 10-11%, lecz wkrótce stromizna skoczyła do 15%, zaś na poziomie powyżej 12% trzymała się przez dobre 350 metrów. Na początku czerwca taka ścianka mogłaby mnie pokonać. Niemniej w sierpniu miałem już w nogach więcej watów i jakieś trzy kilogramy mniej do wwiezienia na górę. Dzięki temu taki sektor nie był już dla mnie „ciężkostrawny”. Większa część siedemnastego kilometra miała nachylenie od 8 do 11 %. Trudniej zrobiło się w połowie kilometra osiemnastego. Tym razem stromizna z maximum do 13% trzymała przez ponad kilometr. Po przejechaniu 18,9 kilometra minąłem gospodarstwo Malga Bordolana di Sotto (1806 m. n.p.m.), przed którym kręciła się spora rzesza turystów. Widząc ich z oddali zastanawiałem się czy to już koniec wspinaczki. Alarm był przedwczesny, bowiem za Malgą szosa skręciła w lewo i wiodła jeszcze wyżej. Ponoć ten finałowy odcinek asfaltu został wylany ledwie dziesięć lat temu. Tym niemniej stromizna już powoli odpuszczała. Ostatni kilometr był stosunkowo łatwy. Do skraju szosy przy Malga Preghena di Sotto dojechałem pokonując 20,7 kilometra w czasie brutto 1h 25:42 (avs. 14,7 km/h). Gdyby nie rozterki natury nawigacyjnej zrobiłbym wynik około 1h i 24 minut. Według stravy na segmencie o długości 9,4 kilometra i przewyższeniu 832 metrów obejmującym odcinek powyżej Bagni uzyskałem czas 48:51 (avs. 11,6 km/h i VAM 1021 m/h). Dario pokonał ten fragment wzniesienia w 59:48 (avs. 9,5 km/h). Czekając na niego kupiłem ciastko w miejscowym barze. Solidnie zapracowałem sobie na tego typu nagrodę.

20160814_021

20160814_143029

20160814_141345

Na górze spędziłem aż 45 minut. Kilka minut więcej zabrał mi blisko 20-kilometrowy zjazd do samochodu. Słowo zjazd jest tu pewnym niedomówieniem, albowiem między potokiem Barnes a miejscowością Cis trzeba się było wspinać przez półtora kilometra. Ogółem w drodze powrotnej strava naliczyła mi nawet 94 metry przewyższenia. Około wpół do czwartej ruszyliśmy na zachód ku naszej drugiej górze. Pokonaliśmy autem około 25 kilometrów, po czym między Cusiano a Fucine od razu skręciliśmy w drogę SP87. Przejechawszy jeszcze kilkaset metrów zjechaliśmy na prawo w gruntową ścieżkę gdzie pod lasem zaparkowaliśmy samochód. W dolinie Val di Peio byliśmy już wcześniej. Dokładnie 1 czerwca 2010 roku. Tego dnia po zaliczeniu Passo del Tonale pokonaliśmy jeszcze przeszło 11-kilometrowy podjazd do wioski Peio (1579 m. n.p.m.). Zrobiliśmy to ledwie sześć dni po wizycie peletonu Giro d’Italia w tych stronach. Siedemnasty etap 93. Giro kończył się w stacji Peio Terme (1393 m. n.p.m.) i wygrał go Francuz Damien Monier. Nie był to zresztą pierwszy flirt tej doliny z wielkim Giro. Po raz pierwszy wyścig Dookoła Włoch zajrzał do Peio już w 1986 roku. Wówczas triumfował w tym miejscu Holender Johan Van der Velde. Tym razem wybraliśmy sobie podjazd znacznie trudniejszy od tego, z którym zwykli się tu mierzyć zawodowcy. Chcieliśmy dotrzeć do kresu Val de la Mare na wysokość niemal 2000 metrów n.p.m. Zarówno według „cyclingcols” jak i „archivio salite” aby tego dokonać należało przejechać 15,4 kilometra o średnim nachyleniu 6,6% i przewyższeniu 1024 metrów. Na bazie takich suchych danych można by pomyśleć, iż jest to kilkunasto-kilometrowy podjazd o umiarkowanej stromiźnie. Niemniej wystarczyło tylko rzucić okiem na profil tego wzniesienia by dowiedzieć się, że składa się ono z dwóch zupełnie różnych połówek. Mamy tu dolny segment o nachyleniu niespełna 3,5% oraz górny ze stromizną powyżej 9,6%. Większą część tego łatwego „otwarcia” poznaliśmy przed sześciu laty, albowiem 6-kilometrowy odcinek od drogi krajowej SS42 do miejscowości Cogolo (1170 m. n.p.m.) jest wspólny dla obu tutejszych wspinaczek. Darek nie czuł się tego dnia najlepiej. Jak sam stwierdził do tej wyprawy był dobrze przygotowany, lecz po czwartkowym „prologu” przyplątało się do niego jakieś przeziębienie, które męczyło go przez kilka pierwszych dni. Dlatego zdecydowaliśmy, że ruszy on z zapasem około dziesięciu minut. Dario wystartował o godzinie 16:25 z miejsca naszego stacjonowania. Ja zjechałem jeszcze do wspomnianej „krajówki” i rozpocząłem swoją „czasówkę” o 16:37. Tym samym na starcie miałem stratę 12 minut i 500 metrów.

20160814_046

Początek był niemal płaski. Delikatny podjazd zaczął się po siedmiuset metrach. Na drugim i trzecim kilometrze nie brakowało już miejsc o nachyleniu 6%. Trzymałem tu tempo w okolicy 18 km/h. Na wypłaszczeniu pod koniec piątego kilometra minąłem Celledizzo. Początkowy segment o długości 5,8 kilometra przejechałem w czasie 16:26 (avs. 21,3 km/h). Na wysokości Cogolo trzeba było zjechać z szosy SP87. Odbiłem w prawo na via Giovanni Cavalotti i nadal kierowałem się na północ. Teren z łatwego na trudny zmienił się dopiero za mostkiem nad potokiem Noce Bianco (7,9 km). Gdy tylko zaczęły się schody wrzuciłem łańcuch na tryb z 24 ząbkami. Postanowiłem się go trzymać możliwie najdłużej. Wytrzymałem tak przez ponad pięć kilometrów, choć stromizna sięgała nawet 11%. Stromizna odpuściła na kilkaset metrów w połowie czternastego kilometra. To było czas na złapanie głębszego oddechu przed finałem. Ostatnie 1800 metrów miało być najtrudniejszym fragmentem tej wspinaczki. Na domiar złego zaczęło padać. Na początku piętnastego kilometra złapałem Darka. Zapytałem go czy kończymy podjazd razem? Mój kompan jak zwykle honorowy odrzekł abym jechał swoje. Końcówka wiodła po wąskiej dróżce. Najpierw przez las z dwoma wirażami, potem niejako po półce z urwiskiem po lewej i wysoką ścianą po prawej stronie szosy. Było już po wpół do piątej, więc turyści zaczęli schodzić z górskich szlaków. Niestety trafili się również ci zmotoryzowani. Jakieś 900 metrów przed końcem jeden z samochodów na chwilę zablokował mi przejazd. Do kresu asfaltowej drogi dotarłem przejechawszy równo 16 kilometrów w czasie 1h 05:03 (avs. 14,8 km/h). Według stravy przejazd przez górny segment o długości 7,8 kilometra i przewyższeniu 725 metrów zabrał mi 43:05 (avs. 11,0 km/h i VAM 1009 m/h). Darek zakończył swoją wspinaczkę w 1h 17:45, zaś górną połówkę przerobił w 52:36 (avs. 9,0 km/h). Na szczycie było głośno. Głównie za sprawą potoku z hukiem spadającego z pobliskiej góry. Warunki pogodowe średnie czyli 17 stopni Celsjusza i mżawka. Po około 20 minutach tam spędzonych zaczęliśmy zjazd. W pierwszej fazie mokry, acz bez świeżych opadów. Dario zrobił kilka miejskich fotek w centrum Cogolo. Ja poganiany przez mocny wiatr w plecy finiszowałem z prędkością powyżej 60 km/h mimo skromnego spadku terenu. Przejechaliśmy w sumie 73 kilometry o łącznym przewyższeniu 2399 metrów. Nasi trzej koledzy przebili ten wynik. Zaliczyli trzy premie górskie: wschodnie Tonale, południową Gavię i na dobicie Tonale od strony zachodniej. Przejechali co najmniej 82 kilometry z amplitudą około 2800 metrów.

20160814_061

20160814_175516