banner daniela marszałka

Col du Sanetsch

Autor: admin o poniedziałek 7. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2253 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1752 metry

Długość: 25,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,2 %

PROFIL

SCENA

Początek na pograniczu Pont-de-la-Morge oraz Conthey (Valais). Ta pierwsza miejscowość to wieś na południowo-zachodnim krańcu dystryktu Sion. Natomiast druga to miasteczko będące siedzibą władz gminnych jak i powiatowych. Na terenie gminy Conthey mieszka nieco ponad 8,6 tysiąca osób, zaś w całym powiecie (dystrykcie) 28 tysięcy. Col du Sanetsch to przełęcz położona w zachodniej części Alp Berneńskich, pomiędzy masywami Diablerets (na zachodzie) i Wildhorn (na wschodzie). Z lewej strony spogląda na nią szczyt Sanetschhorn vel Mont Brun (2924 m. n.p.m.), zaś z prawej nieco wyższy Arpelistock (3034 m. n.p.m.). Podjazd zaczyna się przy drodze kantonalnej nr 9. Za wstępny komentarz do skali tego wzniesienia posłużyć mogą jego podstawowe dane. Trzeba przejechać blisko 26 kilometrów, zaś w pionie pokonać przeszło 1750 metrów. Cała wspinaczka zaczyna się bardzo niewinnie od niemal płaskiego odcinka o długości 1100 metrów biegnącego wzdłuż lokalnej rzeczki La Morge. Dopiero po delikatnym łuku w lewo podjazd zaczyna się na serio. Na drugim i trzecim kilometrze poprzez wioski Le Bourg i Saint-Severin dojeżdżamy do nieco większej Sensine. Niemniej nachylenie na razie jeszcze jest umiarkowane trzymając się na średnim poziomie około 6%. Nieco trudniej robi się na kolejnych dwóch kilometrach czyli w trakcie dojazdu do wsi Erde. Tu średnia stromizna wynosi już 8%. Po przejechaniu 4,7 kilometra trzeba skręcić w prawo by przez Premploz obrać kierunek na północny-wschód. Skręt w lewo na wysokości Erde doprowadziłby nas do wsi Aven i dalej do końca wspinaczki w rejonie Lac de Derborence (1464 m. n.p.m.) lub też na nieco wyższej mecie za wsią Godet (1610 m. n.p.m.). Wspinaczka doliną Morge prowadzi po południowych, a więc dobrze nasłonecznionych stokach Alp Berneńskich. Tym samym podobnie jak na Ovronnaz w dolnej fazie podjazdu droga wije się pośród winnic. Uprawy winorośli zanikają dopiero pod koniec siódmego kilometra, na wysokości około 900 metrów n.p.m.

Tymczasem po przejechaniu łatwego szóstego kilometra i dwóch następnych o umiarkowanym stopniu trudności dociera się do wioski Daillon, zaś chwilę później do osady Pomeiron. Na początku dziewiątego kilometra zaczyna się płaski, a nawet minimalnie zjazdowy odcinek o długości 1300 metrów. W połowie kilometra dziesiątego wspinaczka zostaje wznowiona. „Kończą się żarty i zaczynają schody”. Wszystko co dotąd widzieliśmy było jedynie przygrywką przed prawdziwym Sanetsch. Od teraz na dalszych 16 kilometrach tej wspinaczki trzeba pokonać przeszło 1250 metrów przewyższenia co daje średnie nachylenie 7,8%. Najpierw cztery ciężkie kilometry na dojeździe do restauracji Grand-Cernet, w tym kilometr trzynasty o średniej 9,8%. W międzyczasie na poziomie 1060 metrów n.p.m. nasza droga łączy się z alternatywnym początkiem tego podjazdu, który to zaczyna się w Sionie i dociera w to miejsce poprzez wioski La Muraz, Saint-Germain i Chandolin. Ten wariant wzniesienia jest dłuższy, lecz nierówny. Dystans to aż 29,6 kilometra, zaś amplituda brutto to nawet 1870 metrów, bowiem trzeba tu „odzyskiwać” wysokość utraconą na zjazdach za Chandolin. Powyżej wspomnianej Grand-Cernet stromizna naszego podjazdu wyraźnie odpuszcza, bowiem na piętnastym i szesnastym kilometrze trzyma na poziomie tylko 5,5%. Pod koniec tego odcinka mijamy Auberge Zanfleuron, której nazwa pochodzi od „imienia” pobliskiego lodowca, widocznego też z samej przełęczy Sanetsch. Na wysokości owej restauracji przejeżdżamy na lewy brzeg Morge, która swe źródła ma właśnie w topniejących lodach Tsanfleuron Glacier. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego kilometra trzeba pokonać serię ciasno zwiniętych pięciu serpentyn. Przeszło kilometr dalej napotykamy następną, acz tym razem kolejne wiraże bierzemy co 400-500 metrów. Wszystko to przy sporej stromiźnie, bowiem kilometry od 17-tego do 21-wszego trzymają na poziomie od 8 do 9,2%.

Ciekawostką jest, iż co 500 metrów lub kilometr mijamy na tej górze przystanki autobusowe linii Postbus. Kolejny z nich wypada przy górskiej osadzie Dorbagnon, oddalonej o 22 kilometry od początku wzniesienia. Kilkaset metrów dalej wjeżdża się w długi na około 700 metrów tunel pod zboczem góry. Gdy z niego wyjedziemy po lewej stronie mamy widok na Hotel du Sanetsch wybudowany na wysokości około 2050 metrów n.p.m. Na finałowym odcinku wspinaczki droga prowadzi w kierunku północno-zachodnim. Nie ma już serpentyn, co najwyżej delikatne zakręty. Ostatnie dwa kilometry znów zmuszają do większego wysiłku, bowiem mają średnie nachylenie 8,8%. Sama przełęcz otoczona jest dwoma parkingami dla samochodów i przystankami spod znaku Postbus. Ma tu swój finał kolarska wspinaczka, lecz to jeszcze nie koniec tej górskiej drogi. Podobnie jak na sabaudzkim Plan du Lac szosa biegnie dalej jeszcze przez 5,5 kilometra, acz z tendencją spadkową do minimalnego poziomu 2012 metrów n.p.m. Kończy się zaś na północnym krańcu Sanetschsee (Lac de Senin) na wysokości 2036 metrów n.p.m. Stąd jest już bardzo blisko do górskiej granicy pomiędzy kantonami Valais i Bern. Po drugiej stronie tych gór znajduje się miejscowość Gsteig, lecz o zjeździe do niej nie ma co marzyć. Po północnej stronie Alp Berneńskich nawet szutrowe drogi docierają tylko na wysokość 1540 metrów n.p.m. Jedynym łącznikiem między tymi regionami jest kolej gondolowa z Innergsteig do Sanetsch-Stausee. Na stronie „cyclingcols” obie wersje podjazdu na Col du Sanetsch znaleźć można pośród tuzina najtrudniejszych szosowych podjazdów Szwajcarii. Tym niemniej ze sportowego punktu widzenia to widokowo przepiękne wzniesienie nadal pozostaje dziewicze. Zważywszy na to jak kapryśna bywa pogoda na rozgrywanym pod koniec kwietnia wyścigu Tour de Romandie trudno sobie wyobrazić by kiedykolwiek cały ten podjazd lub choćby większa jego część została zaserwowana kolarzom na tej imprezie. Tym bardziej, że przełęcz ta zamknięta jest od października do maja. Biorąc pod uwagę wyścigowy kalendarz jedyną nadzieją dla kibiców może być tylko czerwcowy Tour de Suisse.

AKCJA

We wstępie do całego cyklu szwajcarskich opowieści wspomniałem, iż na wyprawie do Valais udało mi się pokonać siedmiu kolarskich Olbrzymów. Tak nazwałem jedynie te podjazdy, na których trzeba było pokonać przynajmniej 1500 metrów przewyższenia. Sanetsch był zarówno najwyższym jak i największym pośród tych wzniesień, acz w ocenie Michiela z „cyclingcols” stanowił wyzwanie nieco łatwiejsze niż czekający mnie jeszcze Alpe Galm i zdobyta dopiero co Croix de Coeur. Tak czy owak na mojej sierpniowej liście ta góra była najbardziej pożądaną. Ją najbardziej chciałem zobaczyć, poznać i w końcu zdobyć. Na dokładkę po poniedziałkowym daniu głównym miałem jeszcze wraz z Darkiem wspiąć się na poziom Lac de Tseuzier. Natomiast Piotr ze Sławkiem ponownie zasadzili się tylko na „grubego zwierza”. Na nasze polowanie ruszyliśmy około 9:30. Po tradycyjnym już zjeździe z Haute Nendaz do Sionu tym razem nie wjechaliśmy na Autoroute du Rhone. Tym razem pojechaliśmy do centrum miasta, skąd skręciliśmy na zachód i po czterech kilometrach dalszej jazdy już byliśmy u podnóża góry. Zaparkowaliśmy w zacienionym miejscu na parkingu po lewej stronie Route de la Morge. Dzień był ciepły i słoneczny. Niespełna pół godziny później czyli na starcie wspinaczki mój licznik zanotował 27 stopni. Podobnie jak dzień wcześniej w Riddes uznaliśmy, iż najlepiej będzie jak Pedro i Sława ruszą z przewagą około 20 minut. Ostatecznie Mazowszanie wystartowali  o godzinie 10:20, zaś Dario i ja o 10:39. W tym czasie nasi dwaj kompani mieli już w nogach przeszło 4300 metrów swej wspinaczki i powoli zbliżali się do Erde. Początkowo Piotr nieco odjechał Sławkowi, lecz od końca siódmego kilometra znów jechali razem. My zaś zaczęliśmy z respektem należnym tak wielkiej górze. Jechaliśmy zgodnie z prędkością około 13-14 km/h zależną od aktualnego nachylenia szosy.

Minęliśmy kilka pierwszych miejscowości i po około 19 minutach dotarliśmy do Erde. Tu skręciliśmy na północny-zachód by po niespełna pół godzinie jazdy minąć Chapelle de Daillon. Za Pomeiron na lekkim zjeździe w połowie dziesiątego kilometra nasza prędkość wzrosła do max. 43 km/h. Niemniej już po chwili trzeba było się dobrze postarać by móc jechać w tempie 12 km/h. Zaczęła się bowiem kluczowa część tego wzniesienia. Czekał nas teraz ciężki dojazd do restauracji Plan-Cernet. W drodze do niej minęliśmy łącznik z drogą od Chandolin (10,4 km), a następnie skręt do wioski Mayens de My na wysokości restauracji Beau-Site (13,2 km). Według stravy 13-kilometrowy segment liczony od początku drugiego kilometra do poziomu Plan-Cernet przejechaliśmy w 55:03 (avs. 14,2 km/h z VAM 928 m/h). Pedro zanotował tu czas 1h 04:09, zaś Sławek 1h 04:22. Jednym słowem stracili do nas około 9 minut, choć byliśmy tu już odrobinę za półmetkiem wspinaczki. Tak to wyglądało jednak tylko pod względem dystansu. Pod kątem przewyższenia do zrobienia pozostało nam jeszcze 910 metrów czyli nieco ponad połowa całej pracy do wykonania. Kolejne dwa kilometry zleciały szybciej, więc po godzinie i 5 minutach jazdy przejechaliśmy obok Auberge de Zanfleuron. Do mety było jednak wciąż daleko. Przeszło 10 kilometrów o średnim nachyleniu 8,1%. Powoli zacząłem odczuwać zmęczenie. Na serpentynach z początku dziewiętnastego kilometra po raz pierwszy musiałem się zmusić do dużego wysiłku by utrzymać koło Darka. Nasi dwaj dzielni „harcownicy” też zaczęli już czuć moc tej góry. Po przejechaniu szesnastego kilometrów mieli nad nami jeszcze 6 minut przewagi, zaś cztery kilometry już niespełna minutę. Kilkaset metrów dalej, gdy w połowie 21-wszego kilometra doganialiśmy Sławka i Piotra puściłem koło Darka. Półtora kilometra dalej traciłem już do niego 45 sekund.

Niezbyt skrupulatna tego dnia „strava” zmierzyła nam czasy na odcinku 5,6 kilometra z Grand Zou do Dorbagnon. Dario pokonał go w 29:40, ja w 30:24 (avs. 11,1 km/h z VAM 956 m/h), Piotr w 38:35, zaś Sławek w 39:27. Ostatnie cztery kilometry przejechałem już na energetycznej rezerwie. Nie był to kryzys jak na La Creusaz czy Avoriaz’09, lecz niewątpliwie nie miałem już z czego dołożyć. Ta góra zmęczyła mnie powoli i konsekwentnie, niczym dwa lata wcześniej przecudna Colle del Nivolet. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 25,95 kilometra w czasie 1h 59:00 (avs. 13,1 km/h). Według programu Strava Flyby Dario dotarł na przełęcz o 2:50 szybciej. Pedro finiszował niespełna 6 minut po mnie, zaś Sławek 2:20 za Piotrem. Strava złapała czasy Darka i Sławka na segmencie o długości 24,65 kilometra. Dario uzyskał na nim czas 1h 53:06 (avs. 13,1 km/h), zaś Sława 2h 22:00 (avs. 10,4 km/h z VAM 715 m/h). W mojej rozpisce najdłuższy sektor ma jednak tylko 24,03 kilometra, zaś u Piotra ledwie 20,8 – wobec czego trudno nam się z kolegami porównać. Na górze temperatura była bardzo przyzwoita tzn. 19 stopni. Jako, że dla Piotra i Sławka miał to być jedyny poniedziałkowy podjazd początkowo zamierzali pojechać do kresu tej asfaltowej drogi. Niemniej szybko wycofali się z tego pomysłu, gdy tylko zobaczyli stromiznę zjazdów wiodących ku Sanetschsee. Zasadniczy podjazd na tyle dał im w kość, iż chwilowo nie mieli ochoty na wspinaczkowe dokładki. Tym samym zjazd do Pont-de-la-Morge zaczęliśmy w komplecie, kilka minut po trzynastej. W drodze na dół zatrzymaliśmy się na kawę w restauracji Zanfleuron. Na tyle się w tym miejscu rozleniwiłem i rozkojarzyłem, że zapomniałem zrobić zdjęcie naszej strefie bufetu. Potem na szesnastym kilometrze zjazdu wszyscy moi kompani skręcili w kierunku Chandolin. Tym samym swój zjazd skończyli stromym i krętym odcinkiem pośród winnic, uwiecznionym na filmie Darka. Ja rzecz jasna zjechałem po trasie naszego wjazdu, zaś o spontanicznej „dezercji” z oficjalnego szlaku dowiedziałem się na zbiórce przy samochodzie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1122367731

http://veloviewer.com/activities/1122367731

ZDJĘCIA

20170807_060

FILMY

20170807_123826

20170807_130615

20170807_131335

20170807_143121