banner daniela marszałka

Hourquette d’Ancizan

Autor: admin o piątek 11. Styczeń 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1564 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 803 metry

Długość: 10,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 12,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na dziesiątym etapie tej wyprawy przede wszystkim chciałem poznać wschodnie oblicza Hourquette d’Ancizan oraz Col d’Aspin. Zważywszy na to, że obie przełęcze nie są szczególnie wysokie, zaś podjazdy prowadzące na nie niezbyt długie ani też ciężkie od samego początku myślałem by dorzucić do nich jeszcze trzecie wzniesienie. Początkowo zakładałem, że w tej roli wystąpi podjazd z Avajan do stacji Peyragudes. Niemniej wydarzenia z pierwszej części tego wyjazdu skłoniły mnie do drobnej korekty planów. Col de Couraduque zdobyłem dopiero na szóstym etapie (planowałem na trzecim). Tym samym „z sieci” wypadła mi wspinaczka na Col de Beyrede. Postanowiłem ją złowić na etapie dziesiątym, bo była ku temu najlepsza okazja. W końcu do Arreau będącego punktem wypadowym do dwóch pierwszych wzniesień mieliśmy jechać przez Sarrancolin czyli miasteczko u podnóża wjazdu na Beyrede. Tym samym wracając do bazy po zaliczeniu dwóch pierwszych podjazdów mogliśmy spokojnie zahaczyć również o ten trzeci. Przy tym z wypadu na Peyragudes również nie rezygnowałem, a jedynie przesunąłem ten cel ze środy na czwartek. Cała trójka czyli wschodnie wersje: Hourquette, Aspin i Beyrede to podjazdy o długości rzędu 10-12 kilometrów z przewyższeniami m/w 800 metrów. Tym samym można je było wszystkie zaliczyć przejeżdżając około 75 kilometrów i robiąc w pionie niespełna 2500 metrów. Przy założeniu, że odległości między Arreau i Ancizan pokonam rowerem, zaś do Sarrancolin dojadę już samochodem. Taka wersja etapu dziesiątego wydawała się wymagająca, lecz jak najbardziej w zasięgu moich możliwości. Liczyłem na to, że w środowe popołudnie starczy mi czasu na wszystkie trzy wspinaczki. Miałem też nadzieję, iż uda mi się namówić przynajmniej jednego kolegę na tego typu hat-trick. Liczyć mogłem na towarzystwo trzech kompanów. Piotr po zaciętej batalii na Superbagneres wolał się zregenerować przed dwoma ostatnimi etapami. Podobnie jak w poniedziałek wczesnym popołudniem wybrał się na spacer po terenach na południe od Aneres. Tym razem na krótszy, bo 9-kilometrowy.

Do Arreau pojechaliśmy zatem dwoma autami, lecz tylko w 4-osobowym składzie. Dla wszystkich pierwszym podjazdem miał być Hourquette d’Ancizan. Tym niemniej ja, Krzysiek i Rafał mieliśmy po niej wrócić do Arreau, by na Col d’Aspin też wjechać od wschodniej strony. Natomiast Darek z pierwszej przełęczy miał zjechać na zachód aż do Saint-Marie-de-Campan, aby stamtąd zaatakować Aspin od zachodu. W jego przypadku było to najsensowniejsze rozwiązanie. Pięć dni wcześniej w ramach mega-Świstaka pokonał Hourquette od zachodu i Aspin od wschodu. Teraz robiąc mini-rundę w przeciwnym kierunku mógł mieć obydwie te przełęcze zaliczonej od każdej ze stron. Hourquette d’Ancizan całkiem niedawno wkroczył na kolarskie salony. Najpierw w latach 2004 i 2007 został wypróbowany na Route du Sud. Przez sto lat jedynym łącznikiem między Col du Tourmalet a Col de Peyresourde był Aspin, aż tu nagle na początku obecnej dekady wyrosła mu pod bokiem groźna konkurencja. Peleton TdF po raz pierwszy zmierzył się z Hourquette w 2011 roku na etapie dwunastym z Cugnaux do Luz Ardiden wygranym przez Hiszpana Samuela Sancheza (mistrza olimpijskiego z Pekinu). Pierwszy na tą przełęcz wjechał wówczas Francuz Laurent Mangel. Debiut nie wypadł okazale, bowiem do mety było jeszcze daleko i wszystko rozstrzygnąć się miało na Col du Tourmalet oraz finałowym podjeździe. Znacznie większe znaczenie wschodni podjazd pod Hourquette d’Ancizan miał na dziewiątym odcinku TdF 2013. Metę wyznaczono w Bagneres-de-Bigorre, więc owa przełęcz była tego dnia piątym i ostatnim wzniesieniem. Premię górską jak i sam etap wygrał Irlandczyk Daniel Martin, który w dwójkowym sprincie ograł Duńczyka Jakoba Fuglsanga. Trzeci ze stratą 20 sekund na czele 21-osobowej grupy asów finiszował 23-letni Michał Kwiatkowski. Przy trzeciej okazji w 2016 roku na Hourquette (po gaskońsku: Widelec) podjeżdżano dla odmiany od zachodu. Na odcinku ósmym z metą w Bagneres-de-Luchon. Na przełęcz pierwszy wjechał Francuz Thibaut Pinot, lecz etap wygrał Chris Froome po brawurowym ataku na zjeździe z Peyresourde.

Do Arreau dojechaliśmy po godzinie jedenastej. Ta niewielka miejscowość u zbiegu dolin Aure i Louron widziała peleton Tour de France przeszło 70 razy. Niemniej jest to znajomość tyleż częsta co przelotna, bowiem nigdy nie zorganizowano w niej etapowej mety czy choćby miasteczka startowego. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na parkingu przy Place Houssens, w bezpiecznej odległości od wezbranej La Neste. Oczywiście było pochmurno i zanosiło się na kolejny deszcz. Niemniej nie rozpadało się jakoś mocniej, więc z pewnym poślizgiem ruszyliśmy do akcji. Zaczęło się od małego falstartu, bowiem najpierw pojechaliśmy na południe szosą D618. Po kilkuset metrach zdałem sobie jednak sprawę, iż nie tędy droga. Był to bowiem szlak do Borderes-Louron i dalej na Col de Peyresourde. Zawróciliśmy zatem do centrum miasteczka, przejechaliśmy przez most nad La Neste d’Aure i wjechaliśmy na trakt D929. Na kolejnych kilometrach konsekwentnie jechaliśmy lewym brzegiem tej rzeczki. Po drodze minęliśmy wioskę Cadeac. Ten odcinek poznałem już w lipcu 2007 roku, gdy przed startem w L’Etape du Tour wybrałem się z Piotrkiem Mrówczyńskim na rundę wokół Arreau z podjazdami pod Azet i Pla d’Adet. Po przejechaniu 5,6 kilometra – i tak nieco za wcześnie – zjechaliśmy z głównej drogi zaczynając naszą wspinaczkę na Rue de Minjot. Tym samym do centrum Ancizan dotarliśmy po 600 metrach delikatnego podjazdu. Oficjalny i bardziej stromy 300-metrowy wstęp do tego wzniesienia wiedzie po Rue Salcedo. Co więcej wspinaczkę tą zacząć można jeszcze dalej na południe we wiosce Guchen. Wszystko to jednak detale, bowiem już na wysokości 880 metrów n.p.m. drogi D30 i D113 łączą się, więc do samego szczytu prowadzi już tylko jeden wschodni szlak. Na wylocie z Ancizan, powyżej kościoła Saint-Blaise powitała nas stroma ściana. Jak się okazało najtrudniejszy fragment całego wzniesienia, ze stromizną blisko 13%. Ten odcinek przejechałem najszybciej, lecz stanąłem wkrótce na wysokości cmentarza by poczekać na kolegów.

Po reaktywacji wróciłem do swego wcześniejszego rytmu. Szybko okazało się, że nikt z moich kompanów nie ma ochoty na szybszą jazdę. W połowie drugiego kilometra czyli na wspomnianym styku dróg miałem już 45 sekund przewagi. Czułem się dobrze, więc podobnie jak na Luz Ardiden chciałem się tu sprawdzić. Ten podjazd nadawał się do testu. Miał tylko 10,5 kilometra długości, był dość stromy i ogólnie równy. Przy tym na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie miało wynieść 9,2%. Zatem najtrudniejszy jego fragment można było pokonać na pełnej świeżości. Droga niemal cały czas prowadziła przez las. Na trzecim kilometrze i przez większą część czwartego wzdłuż strumienia Erabat. Byliśmy w departamencie Hautes-Pyrenees, więc na poboczu stały eleganckie białe tablice podające aktualną wysokość, dystans do przełęczy i średnie nachylenie kolejnego kilometra. Jedyne wypłaszczenie trafiło się pod koniec piątego kilometra. Praktycznie do połowy podjazdu mieliśmy kontakt wzrokowy z Vallee d’Aure. Do czasu gdy na początku siódmego kilometra droga D113 bardziej zdecydowanie skręciła na zachód. Druga połowa wzniesienia była nieco łatwiejsza od pierwszej, acz wciąż na wysokim poziomie ze średnią stromizną 7,7% i max. 9,6%. Górną połówkę przejechałem z prędkością 13,2 km.h. Natomiast cały podjazd o długości 10,55 kilometra – według stravy – pokonałem w 49:38 (avs. 12,8 km/h z VAM 988 m/h). Gdybym na dole się nie zatrzymał zszedłbym minimalnie poniżej 49 minut. Tak czy owak formy nie miałem, skoro ciężko mi było złamać niegdyś łatwo-osiągalne 1000 m/h. Jako drugi na tą przełęcz wjechał Chris. Natomiast Dario i Rafa pojechali spokojnie, kończąc wjazd w czasie 58:42 (avs. 10,8 km/h). Meta znajdowała się w pobliżu gospodarstwa pasterskiego. Dokładnie zaś w przekopie między dwoma wałami ziemi pokrytej soczystą zielenią górskiej łąki. Na przełęczy było wietrznie, mgliście i chłodno. Mój Garmin zanotował tu ledwie 10 stopni Celsjusza. Po drugiej stronie teren wyglądał na bardziej otwarty. Tam właśnie, do krainy drapieżnych ptaków, pognał Darek. Nasza trójka wróciła zaś do Arreau, przetartym wcześniej szlakiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1637427681

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1637427681

ZDJĘCIA

20180613_002

FILMY

VID_20180613_001

VID_20180613_002

VID_20180613_003