banner daniela marszałka

Monte Cogolin

Autor: admin o środa 6. Luty 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1168 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1015 metrów

Długość: 16,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Naszą długą podróż z Gdańska do Borso del Grappa zaczęliśmy w czwartkowy wieczór 2 sierpnia. Punktem startu był parking przy C.H. Metropolia w dzielnicy Wrzeszcz, skąd ruszyliśmy przed godziną dwudziestą. Do pokonania mieliśmy półtora tysiąca kilometrów. Bodaj pierwszy raz w historii mych górskich wypraw wyjechałem z Polski przez granicę południową, a nie jak zwykle zachodnią. W odstawkę poszedł wielokrotnie przetarty szlak przez wschodnie Niemcy, Bawarię i Tyrol z wjazdem do Włoch przez Brenerpass. Podpowiedź z „google-maps” wskazywała, iż do naszej pierwszej bazy noclegowej szybciej dotrzemy drogą wschodnią przez Republikę Czeską. Darek przemknął całą długość niedokończonej jeszcze autostrady A1 w czasie niewiele dłuższym niż pięć godzin. Ja wraz z Tomkiem zacząłem dawać zmiany za kierownicą dopiero na obczyźnie. Najpierw przejechaliśmy Morawy po linii Ostrawa–Ołomuniec–Brno, zaś po wjeździe do Austrii obwodnicę Wiednia i długi odcinek po „autobanie” nr 2 przez Dolną Austrię, Styrię i Karyntię. Nad ranem minęliśmy Villach, które w 1987 roku jako pierwsze austriackie miasto gościło uczestników szosowych Mistrzostw Świata. Do Italii wjechaliśmy najbardziej wschodnim pośród północnych przejść granicznych czyli na wysokości Tarvisio. Potem czekały na nas obie Wenecje czyli Julijska i Euganejska przejechane po linii: Gemona–Pordenone–Conegliano. Około południa zameldowaliśmy się w domu na południowych zboczach Monte Grappy. Nasi koledzy z Warszawy wyjechali do Italii o podobnej porze, choć mieli do pokonania przeszło dwieście kilometrów mniej. Tym samym cały czas jechali przed nami. Pod koniec transferu musieli znacząco zwolnić byśmy mogli ich dogonić. Wiedziałem, że pierwszego dnia po przyjeździe będziemy mieli niemal całe popołudnie do naszej dyspozycji, więc na piątek w zgodzie z naszą świecką tradycją zaplanowałem górski prolog czyli jedną, solidną acz nieszczególnie trudną, premię górską.

W minionych latach w roli takich „przystawek” występowały: Fai della Paganella (2010), Alpe Segletta (2011), Sirniz Sattel (6-2012) & Pokljuka-Rudno Polje (8-2012), San Marino (6-2014) & zachodnia Aprica (8-2014), Passo San Lugano (2015) czy też podwójne Passo Daone (2016). Jedynie w przypadku transferów dłuższych niż 15-16 godzin nie było szans na tego typu „szybkie wyjście w teren”. Tym razem wolnego czasu było aż nadto, więc pozostało mi tylko znaleźć górę, która nadałaby się na wieczorek zapoznawczy z Italią. Rzecz jasna najbliżej było nam do Monte Grappy. Niemniej z respektu przed tą wielką górą uznałem, że zanim się z nią zmierzymy odbędziemy co najmniej trzydniowe praktyki na mniejszych podjazdach. Do naszego prologu trzeba było znaleźć podjazd nie najwyższej, lecz pierwszej kategorii. To znaczy wspinaczką o długości około 15 kilometrów, z przewyższeniem od 800 do 1100 metrów. Jeśli miałaby w pionie przeszło tysiąc metrów tym lepiej, ale bez żadnej przesady. Oczywiście musiało to być wzniesienie możliwie najbliższe naszemu nowemu miejscu zamieszkania. Zwyczajowe źródła wiedzy czyli „archivio delle salite d’Europa” ze strony zanibike.net czy baza Michela z „cyclingcols” tym razem nie dały sensownej podpowiedzi. Zacząłem zatem szperać w atlasie drogowym Touring Editore oraz badać „teren” z map google. Tu znalazłem to co chciałem. Nawet całkiem blisko, bo parę kilometrów na zachód od pobliskiego Bassano del Grappa. Miasta, które w sezonie 1985 było gospodarzem MŚ w kolarstwie torowym. Podjazd z San Michele di Bassano na Monte Cogolin miał mieć 16 kilometrów długości i około 1000 metrów amplitudy czyli pasował jak ulał. Nieco więcej dowiedziałem się o nim z książki „Passi e Valli in Bicicletta” – Prealpi Venete 2, w której górki nr 15 i nr 16 częściowo pokrywały się z moim „wynalazkiem”. Wychodziło przy tym na to, iż naszą wspinaczkę możemy zacząć także we wiosce Valle San Floriano (na północ od Marostiki). Wtedy na samym początku przejechalibyśmy znane z Giro d’Italia dwukilometrowe wzgórze La Rosina.

Tym niemniej dbając o nasz komfort zdecydowałem, iż Monte Cogolin zaatakujemy od strony San Michele, gdyż dojazd samochodem do podnóża tej wersji wzniesienia był ledwie 10-kilometrowy. Wyznaczyłem go bowiem na obrzeżach Bassano, na początku Viale Asiago. Łatwe trzy kilometry na dojeździe do św. Michała miały posłużyć za teren do delikatnej rozgrzewki przed wspinaczką. Po wjeździe do Bassano przejechaliśmy na prawy brzeg rzeki Brenta by kilkaset metrów dalej zatrzymać się przed Kościołem Santissima Trinita di Angarano. Dotarliśmy tam o wpół do czwartej. Niemniej Piotr zapomniał zabrać swe buty z Casa Alba. Postanowiliśmy zatem poczekać aż Pedro pojedzie do Borso del Grappa i przewiezie z bazy brakującą część swego kolarskiego rynsztunku. Ten drobny gest koleżeńskiej solidarności szybko jednak został zapomniany. Dzień był niemiłosiernie upalny, więc cierpliwie czekając na kolegę topiliśmy się pod weneckim słońcem. Na nasze szczęście nieco cienia dawały drzewa osłaniające parking. Moi czterej pozostali koledzy z nudów zaczęli się kręcić na rowerach, kreśląc kółka i ósemki w pobliżu samochodów. Zaczęły się słowne zaczepki Mazowszan pod adresem Pomorzan i vice-versa. Owe przekomarzanki na temat formy, stroju i sprzętu „przeciwnika” były jakby sportową wersją potyczek harcowników przed dawnymi bitwami. Brylowali w tym Romek z Darkiem, którzy od miesięcy śledzili w necie swe treningowe postępy i szykowali się na kolejną „ustawkę” pod włoskim niebem. Stało się dla mnie jasne, iż już pierwszego dnia zobaczę – o ile tylko wytrwam w ich towarzystwie – następną rundę pojedynku Dario vs Romano. Niemniej biorąc pod uwagę, iż około godziny szesnastej było tam aż 38 stopni Celsjusza bojowe nastawienie moich kompanów trąciło masochizmem. Jazda na pełen gaz w tych warunkach mogła się okazać taktyką zgoła samobójczą. Mimo to chartów nie dało się powstrzymać. Sam też dałem się porwać nastrojowi chwili i dołączyłem do tej rozgrywki. Względny spokój panował tylko na wstępie. Pierwsze dwa kilometry były zupełnie płaskie, zaś trzeci w typie falsopiano.

Ostra akcja zaczęła się na wylocie z San Michele, gdy nachylenie szosy przekroczyło najpierw 5, a po chwili już 7%. Piotr i Tomek z miejsca zostali w tyle. Artur próbował nadążyć za czołówką, lecz dość szybko zostaliśmy na czele we trzech. Na pierwszym wirażu, po około 1700 metrach wspinaczki nasza droga SP72 połączyła się z podjazdem rozpoczynanym z Valle San Floriano. Pedro i Bury tracili w tym miejscu już półtorej minuty. Arturro znacznie mniej, bowiem po zakręcie w prawo zobaczyłem go jadącego o półkę niżej. W połowie trzeciego kilometra biorąc tym razem ostry zakręt w lewo minęliśmy skręt ku Valrovina. Wjechaliśmy na odcinek 72-ki nazywany SP della Fratellanza, jednak o żadnym braterstwie nie było tu mowy. Walka trwała w najlepsze. Każdy z nas dawał mocne zmiany w nadziei, iż wytnie „konkurencje”. Upał nadal był niemiłosierny. Na samym początku wzniesienia było 39 stopni. Poniżej 35 temperatura po raz pierwszy zeszła na początku dwunastego kilometra trasy czyli dziewiątego jeśli chodzi o sam podjazd. Między połową czwartego i szóstego kilometra wspinaczki pokonaliśmy cztery kolejne wiraże (nr 3-6), przed wjazdem do Pradipaldo. Nasze otwarcie było naprawdę mocne. Według stravy segment o długości 5,42 kilometra przejechaliśmy w czasie 19:02 (avs. 17,1 km/h) z VAM na poziomie 1109 m/h. Artur tracił już w tym miejscu 3:55, Tomek 4:23, zaś Piotr 4:46. Kolejny kręty odcinek minęliśmy na dziewiątym kilometrze wzniesienia w pobliżu wioski Bressani. Półtora kilometra dalej tuż przed Contra Tortima, na wysokości restauracji „La Rondinella” trzeba było opuścić drogę SP72. Należało skręcić ostro w prawo na boczną Strada della Scaletta. Do tego miejsca dojechaliśmy w czasie 35:25. Artur i Tomek tracili tu do nas przeszło siedem minut i jak się później okazało przeoczyli ten strategiczny zakręt. Pojechali prosto, przez co następnie na wierzchołek góry dotarli od przeciwnej strony okrężną trasą przez Fontanelle, Conco, Galgi i Val Lastaro. Pedro na tą wysokość nie dotarł. Upał pokonał go pod koniec siódmego kilometra wspinaczki. Dojechał zatem na wysokość osady Pozza, po czym zawrócił do Bassano.

Po ostrym skręcie w prawo mieliśmy do pokonania dość trudny odcinek bez wyraźnych zakrętów, stale prowadzący w kierunku północno-wschodnim. Według książki ten fragment wzniesienia ma długości 3,75 kilometra i średnie nachylenie 7,8%. Już na pierwszym kilometrze tego odcinka zapadły ważkie decyzje. Najpierw pod koniec dziesiątego kilometra Darek stanął na pół minuty w związku z problemem technicznym. Kilkaset metrów dalej Romek puścił moje koło i w ten sposób sam zostałem na prowadzeniu. Romano wpadł w lekki kryzys, bowiem już na początku dwunastego kilometra wyprzedził go „wracający do gry” Dario. Do kolejnego ciasnego wirażu tuż przed Rubbio dojechałem z przewagą 1:05 nad Darkiem i 2:30 nad Romkiem. Według stravy na długim, bo liczącym aż 10,86 kilometra segmencie od bivio Valrovina po wiraż przed Rubbio spędziłem 41:32 (avs. 15,7 km/h i VAM 1009 m/h). Dario przejechał go w 42:58 (netto 42:27), zaś Romano 43:59. Darek w tym miejscu na chwilę się pogubił, gdyż zamiast w lewo skręcił w prawo ku nadajnikom na Monte Caina. Tym niemniej szybko zawrócił na właściwą drogę. Ten błąd kosztował go tylko 400 metrów dystansu i 1:10 czasu. Tymczasem ja niewiele dalej „wkopałem się głębiej”. Wiedziałem, że po przejeździe przez Rubbio trzeba będzie odbić w lewo by rozpocząć finisz z metą przy samym wierzchołku góry. Kłopot polegał na tym, iż zrobiłem to o jakieś 1300 metrów za wcześnie. Tym samym zamiast finiszować pod Monte Cogolin wkrótce zacząłem zjeżdżać do wioski Rubbietto. Zanim nabrałem pewności, że nie tędy droga na szczyt oraz zawróciłem i ponownie dojechałem do Rubbio dodałem sobie półtora kilometra dystansu i poniosłem 4:30 straty. Tak to znalazłem się za plecami Darka i Romka. Tym niemniej na górze znalazłem się jako drugi, gdyż w samej końcówce skręt do Le Laite – Monte Cogolin przeoczył Romano. Zamiast ścigać Darka pojechał prosto i przez Colle Zolina dotarł do Val Lastaro, od przeciwnej strony niż nieco później uczynili to Artur i Tomek.

Ja dotarłem na Monte Cogolin dwie minuty po Darku. Dystans 20,45 kilometra od kościoła w Bassano del Grappa przejechałem w czasie brutto 1h 11:51. Odejmując czas spędzony na płaskim terenie przed San Michele oraz straty z bocznej drogi do Rubbietto wyszedł mi wynik netto samej 16-kilometrowej wspinaczki m/w 1h 00:40. Trochę pokręciłem się w rejonie końca asfaltowej drogi, po czym gdy spotkałem Darka, już po trawie pojechaliśmy na sam wierzchołek Monte Cogolin by tam odpocząć i poczekać na naszych kolegów. Długo nikt się nie zjawiał, zaś my nie mieliśmy świadomości ile dramatów wydarzyło się za naszymi plecami. Choć było już po siedemnastej na szczycie góry temperatura sięgała 29 stopni Celsjusza. To zbocze góry z ławeczką na samym szczycie było wystawione w kierunku południowym. Słońce nadal ostro grzało stąd pewne niewiasty na tutejszej polanie zażywały kąpieli słonecznych. Na szczycie góry spędziliśmy 20-kilka minut, stąd na przyjazd kolegów się nie doczekaliśmy. Romek po dotarciu do Val Lastaro zawrócił i zjechał do Bassano. Artur dodał sobie 8,7 kilometra dystansu i tym samym dotarł na szczyt z przeciwnej strony pół godziny po nas. Tomek na środkowym odcinku wspinaczki złapał Artura i popełnił ten sam „wielbłąd” nawigacyjny. Potem jak przyznał: trzykrotnie dopadła go „klątwa Dumuolina”, zgubił kolejny raz drogę, upadł i skrzywił hak przerzutki. Koniec końców nadłożył 10,4 kilometra i wjechał na górę godzinę po liderach. Podsumowując tylko jeden z nas względnie bezproblemowo dotarł na szczyt, drugi dołożył sobie nieco drogi, trzeci ominął końcówkę, czwarty z piątym objechał górę dookoła, zaś szósty wycofał się przed półmetkiem wzniesienia. Tyle zamieszania na niepozornej Monte Cogolin. Więcej niż w dramatycznej końcówce szóstego etapu „Hannibala”, na odcinku z Sospel do Menton. Gdy wracam myślami do tego upalnego piątkowego popołudnia to przed oczyma staje mi teledysk „10 Kleine Jagermeister” niemieckiej kapeli punk-rockowej Die Toten Hosen. Na początku tamtej historyjki bohaterów było wielu i wszyscy z wyjątkiem jednego „wysypali” się w akcji.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1747633317

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1747633317

ZDJĘCIA

20180803_002

FILMY

VID_20180803_173432

VID_20180803_175135

VID_20180803_181607