banner daniela marszałka

Monte Grappa (da Semonzo)

Autor: admin o poniedziałek 4. Marzec 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1732 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1541 metrów

Długość: 18,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,2 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Tym razem królewski etap przyszedł szybko. Już przed półmetkiem całej wyprawy. Było oczywiste, że będzie nim odcinek wytyczony na zboczach Monte Grappy. Zdobycie tego wzniesienia od dwóch przeciwnych stron wymaga bowiem zrobienia w pionie ponad 3000 metrów przewyższenia. Po prologu i trzech mniej lub bardziej trudnych etapach cała ekipa była już gotowa na ciężki pojedynek z wenecką górą-legendą. Dróg prowadzących na szczyt tego masywu jest tyle, że chcąc je wszystkie przejechać musielibyśmy się po nich kręcić najpewniej przez pięć dni. Tyle czasu nie mieliśmy. Zbyt wiele ciekawych podjazdów czekało na nas w innych zakątkach regionu Veneto. Ja na okolice Monte Grappy zdecydowałem się poświęcić dwa etapy: czwarty i siódmy. Nie mogąc poznać wszystkiego postanowiłem zaliczyć przynajmniej cztery spośród najtrudniejszych wspinaczek w tym rejonie. Na pierwszy rzut miały pójść dwa z trzech podjazdów przetestowanych przez wyścig Giro d’Italia. To znaczy te z początkiem w Semonzo oraz Caupo i za każdym razem z finałem przy schronisku Bassano. Natomiast przy drugiej okazji chciałem się uporać z ekstremalnie stromymi wspinaczkami na szlakach prowadzących do La Vedetta (Salto della Capra) i Bocca di Forca, acz już bez ponownej jazdy do samego szczytu góry. Na ten sam program zdecydowali się też Darek z Tomkiem. Kolegom z Mazowsza oraz Adamowi wystarczyło jedno spotkanie z Monte Grappą, ale też podeszli do niego z pełnym zaangażowaniem i swym ambitnym planem. Opracowali sobie bardzo ciekawą i tylko nieznacznie łatwiejszą od naszej trasę z przejazdem przez cztery drogi wymienione przeze mnie we wcześniejszym artykule. Na pierwszy podjazd wybrali ten od Romano d’Ezzelino czyli prowadzący drogą nr 1, po czym zjechali do Seren del Grappa szlakiem nr 8. Następnie ponownie wjechali na szczyt od strony Caupo drogą nr 9, skąd zjechali do Semonzo szlakiem nr 2. W sumie przejechali 111 kilometrów z łącznym przewyższeniem około 3400 metrów.

Ja klasyczny podjazd Romano d’Ezzelino zaliczyłem dawno temu. W czerwcu 2008 roku, gdy zjawiłem się w tych stronach by wystartować Grand Fondo Campagnolo (obecnie znanym jako GF Sportful). Pamiętam, że zatrzymałem się wówczas wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim na trzy noclegi w Pedavenie nieopodal Feltre. W piątek poprzedzający nasz górski maraton chcieliśmy zdobyć Monte Grappę, której nie było na trasie czekającego nas wyścigu. Jednak na dojeździe do podnóża góry zaskoczyła nas ulewa z piorunami. Pietro ostatecznie zrezygnował z tej wspinaczki. Ja nie odpuściłem. Górę pokonałem, ale na szczycie zastały mnie chłodne i wietrzne warunki. Na szczęście nie musiałem zjeżdżać. Piotr wjechał po mnie na górę samochodem. Do bazy noclegowej wróciliśmy autem szlakiem przez Caupo. Warto powiedzieć, iż nie bez przyczyny ów podjazd pod Monte Grappę dostał „jedynkę”. Co prawda jest on łatwiejszy niż wspinaczka z Semonzo niemniej to na nim walczą uczestnicy wyścigu Bassano – Montegrappa. Poza tym to z nim jako pierwszym zmierzył się wyścig Dookoła Włoch. Giro z sezonu 1968 było pierwszym Wielkim Tourem wygranym przez mistrza nad mistrzami Eddy Merckxa. Na dziesiątym etapie tej imprezy po starcie w Trento kolarze dotarli do Bassano del Grappa szlakiem przez Passo di Sommo. Na mecie jako pierwszy pojawił się mało znany Włoch Emilio Casalini z ekipy Faema czyli kolega drużynowy wspomnianego „Kanibala”. Wyprzedził on Merckx o 46 sekund i Baska Francisco Gabikę o 51. Lider Włoch Michele Dancelli finiszował szósty ze stratą 1:04 i utrzymał się na prowadzeniu. Koszulkę lidera oddał słynnemu Belgowi dwa dni później po etapie do Tre Cime di Lavaredo. Po raz drugi ten sam podjazd przejechano na Giro d’Italia w roku 1982. Tym razem był tylko premią górską na wysokości 1620 metrów n.p.m. Wykorzystano go na szesnastym odcinku, którego finisz wyznaczono w San Martino di Castrozza. Na górę pierwszy wjechał tu Włoch Leonardo Natale, lecz etap wygrał maleńki (154 cm wzrostu) Hiszpan Vicente Belda z ekipy Kelme, w której później był też dyrektorem sportowym.

Chcąc poznać wszystkie podjazdy pod Monte Grappę przejechane przez Giro pozostało mi zatem wjechać na tą górę od strony Semonzo i Caupo. Jako, że w tych dniach nocowaliśmy w Borso del Grappa po południowej stronie masywu całe wyzwanie zaczęło się dla mnie na drodze wspinaczkowej nr 2. Podjazd od strony Semonzo jest bodaj jedynym z dziesięciu, na którym nie ma dłuższych wypłaszczeń czy zjazdów. Bardzo konkretny od pierwszego do ostatniego (dziewiętnastego) kilometra. Niemal cały czas na poziomie powyżej 8%. Według „cyclingcols” jest na nim sześć 500-metrowych odcinków o średnim nachyleniu powyżej 10%. Na najtrudniejszym z nich stromizna wynosi aż 12,8%. Ten bardzo trudny podjazd po raz pierwszy został przetestowany przez Giro dopiero w roku 2010. To była bardzo dziwna edycja „La Corsa Rosa”. Na jedenastym, bardzo długim i górzystym etapie do L’Aquili (254 km) grupa zasadnicza pozwoliła odjechać 56 kolarzom. Można się zastanawiać czy to jeszcze była ucieczka, skoro odjechała 1/3 peletonu. Aż 44 śmiałków dojechało do mety przed grupą liderów. Niektórzy zyskali nad prowadzącym w wyścigu Aleksandrem Winokurowem, a także Cadelem Evansem, Ivanem Basso i Vincenzo Nibalim (obaj z ekipy Liquigas) czy też Michele Scarponim ponad 12 minut. Etap ten wygrał Rosjanin Jewgienij Pietrow, zaś nowym posiadaczem różowej koszulki został debiutujący wówczas w Wielkich Tourach Australijczyk Richie Porte. Trzy dni później na odcinku czternastym, podjeżdżano Grappę do poziomu 1675 metrów n.p.m. (zjeżdżano potem do Romano) kolarze Liquigasu zaczęli odrabiać swe potężne straty. Przez sporą część tego podjazdu „rzeź” robił nasz Sylwester Szmyd pracujący na rzecz Basso i Nibalego. Liderzy Polaka zrobili resztę. Etap do Asolo wygrał Vincenzo Nibali z przewagą 23 sekund nad trójką: Basso, Scarponi i Evans. Winokurow stracił do „Rekina z Messyny” 1:34. Groźny Hiszpan David Arroyo 2:25, zaś lider Porte 4:46. Do odrobienia zostało im jeszcze sporo czasu, ale dobry początek został przez Włochów zrobiony. Resztę Basso odzyskał na Zoncolanie, Kronplatzu, Mortirolo i Aprice.

Po raz drugi podjazd z Semonzo na Monte Grappę pojawił się na Giro w roku 2014. Tym razem kolarze dojechali na sam szczyt. Na blisko 27-kilometrowej trasie ze startem w Bassano del Grappa zorganizowano górską czasówkę. Było to dziewiętnasty etap owej edycji. Wygrał go liderujący w tym wyścigu Nairo Quintana, który w ten sposób pokazał, iż swą pozycję zawdzięcza nie tylko kontrowersyjnej akcji na zjeździe z przełęczy Stelvio podczas etapu do Val Martello. Kolumbijczyk pokonał trasę składającą się z 7,5 kilometra płaskiego dojazdu do Semonzo oraz ponad 19-kilometrowego podjazdu w czasie 1h 05:37 (avs. 24,506 km/h). Jedynie rewelacyjny Fabio Aru był w stanie uzyskać podobny wynik. Sardyńczyk stracił do górala z dalekich Andów tylko 17 sekund i dzięki temu wyczynowi wskoczył na generalne podium. Trzeci był kolejny Kolumbijczyk wicelider Rigoberto Uran, gorszy od swego rodaka o 1:26. Na kolejnych miejscach uplasowali się Francuz Pierre Rolland oraz dwaj Włosi: Domenico Pozzovivo i Franco Pellizotti. Nasz Rafał Majka zmagający się pod koniec tej imprezy z chorobą zajął siódme miejsce ze stratą 3:28 do Quintany. Tego dnia stracił szansę na podium 97. Giro i ostatecznie zajął w nim szóste miejsce o jedno oczko poprawiając swój wynik z sezonu 2014. Na spotkanie z tym podjazdem wyjechałem sam. Bliskość Monte Grappy sprawiła, iż we wtorek mogliśmy sobie darować samochodowe transfery. Oczywiście „wody z ogniem” nie dało się pogodzić, więc nasze wycieczki ku szczytowi Grappy odbywały się jakby w trzech turnusach. Najwcześniej, bo już o godzinie 7:39 z gniazda pod dachem Casa Alba wyleciały trzy mazowieckie „skowronki” (Artur, Piotr i Roman) oraz „kanarek” z Teneryfy (Adam). Ja ruszyłem z domu m/w o standardowej dla siebie porze czyli kilka minut przed dziesiątą. Natomiast dwie gdańskie „sowy” (Darek i Tomek) opuściły swą dziuplę dopiero o wpół do pierwszej. Po dwóch kilometrach zjechałem do biegnącej równolegle względem górskiego masywu Via Molinetto.

Drogę SP26 trzeba było jednak szybko opuścić skręcając w Via Casale lub jakieś pół kilometra dalej w Via Chiesa. Skorzystałem z drugiej opcji. Wspinaczka rozpoczęła się dla mnie, gdy tylko dotarłem do centrum Semonzo, w odległości 3,8 kilometra od domu. Po kolejnych 100 metrach obie wspomniane ulice połączyły się, zaś 400 metrów dalej minąłem kościół, przy którym według niektórych źródeł oficjalnie zaczyna się wspinaczka nr 2 wiodąca po „Strada Giardino”. Nazwę tą nadano drodze SP140 na cześć generała Gaetano Giardino, który od połowy 1918 roku dowodził tu IV Armią Włoską walczącą z Austriakami. Podjazd ten od samego początku jest trudny, acz do półmetka bardzo równy. Jedynie pierwsze 500 metrów w granicach miasteczka ma umiarkowane nachylenie na poziomie niespełna 6%. Potem na kolejne 9 kilometrów normą staje się średnia stromizna rzędu 8-9%. Tylko jeden półkilometrowy odcinek odstaje od reszty mając ledwie 7%. Jednocześnie cztery inne trzymają na poziomie 9,5%. Pierwsze 9,15 kilometra po minięciu kościoła ma zaś średnie nachylenie rzędu 8,5%. Podjazd biegnie krętym szlakiem po wielu serpentynach. Do początków dziewiątego kilometra mija się aż 20 wiraży. To wszystko w terenie zalesionym, acz stojące wzdłuż drogi cyprysy dają tylko częściową osłonę przed letnim słońcem. Tymczasem tego dnia na starcie powitała mnie temperatura 32 stopni. Pierwsze 6,2 kilometra przejechałem w 30:36 (avs. 12,2 km/h). Niebawem minąłem łąkę, która służy za pas startowy fanom lotniarstwa, zaś pod koniec ósmego kilometra na zakręcie nr 17 restaurację Al Puppolo. W połowie dziesiątego kilometra za wykutym w skale tunelem podjazd po raz pierwszy odpuścił. Można było odsapnąć na delikatnym zjeździe przez około 400 metrów. Kolejny kilometr prowadził w pierwszej części pod górę przy umiarkowanym nachyleniu, zaś następnie już w niemal płaskim terenie. W drugiej połowie jedenastego kilometra wyjechałem na otwarty teren czyli łąki wokół Malga Campo Croce i minąłem skręt ku Rifugio Valrossa. Najtrudniejsze odcinki były jeszcze przede mną.

Co prawda w drugiej połowie podjazdu do pokonania było nieco mniej metrów w pionie niż do półmetka, lecz stromizny trafiały się większe. Na odcinku 2,95 kilometra między Campo Croce a Malga Saline średnie nachylenie wynosiło aż 10,4%. Nieco oddechu można było złapać na kolejnych 700 metrach. Po nich do szczytu brakowało niespełna 4,5 kilometra – według książki – o średnim nachyleniu 9,1%. Gdyby zaś odliczyć trzy „lekkie” odcinki to okazałoby się, iż na samych podjazdach stromizna była znacznie poważniejsza. Na dobrą sprawę do końca wspinaczki po drodze SP140 nachylenie trzymało na poziomie od 9,4 do 12%. Dopiero wjazd na końcowy odcinek po szosie SP149 przyniósł pewną ulgę, bowiem średnia wynosi tam już „tylko” 8%. Z naszej bazy noclegowej do Rifugio di Bassano dotarłem w godzinę i 48 minut. Według stravy na najdłuższym segmencie o długości 18,26 kilometra spędziłem 1h 37:32 (avs. 11,2 km/h z VAM 913 m/h). Dario i Tommy potraktowali to wzniesienie bardziej ulgowo, bowiem pokonali je w czasie 1h 53:00 (avs. 9,7 km/h). Na samej górze przejechali jeszcze dodatkowy kilometr z hakiem, docierając do pozostałości po dawnej bazie NATO. Ja spędziłem na szczycie równo godzinę. Najpierw trochę pokręciłem się po placu, po czym zaszedłem do schroniska. Gdy udałem się do łazienki natrafiłem na pokój poświęcony kolarskim atrakcjom Monte Grappy. Po wypiciu kawy zdałem sobie sprawę z tego, iż zabrałem z sobą nie 15, lecz tylko 5 Euro. Zostałem zatem bez środków na kolejne bufetowe zakupy. Pozostało mi mieć nadzieję, iż w drodze do Caupo spotkam wspinających się już od drugiej strony Mazowszan. Liczyłem przede wszystkim na kompana z pokoju. Spotkałem go na jedenastym kilometrze swego zjazdu. Romek sprawdził się w roli „Dobrego Samarytanina”. Pożyczył mi kasę na przetrwanie drogi powrotnej. GRAZIE MOLTO ROMANO. Spokojny zjazd na północną stronę masywu z początku dłużył mi się za sprawą licznych mini-podjazdów. Dopiero dolna połówka poszła sprawniej. Tak czy owak w drodze do Caupo spędziłem blisko półtorej godziny. Gdy kilka minut po czternastej dotarłem do tego miasteczka zatrzymałem się przy pierwszym barze, który tam ujrzałem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1756578714

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1756578714

ZDJĘCIA

20180807_050

FILMY

VID_20180807_173309

VID_20180807_174256

VID_20180807_174532