banner daniela marszałka

Monte Grappa (da Caupo)

Autor: admin o wtorek 7. Sierpień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1732 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1400 metrów

Długość: 28,5 kilometra

Średnie nachylenie: 4,9 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Już pierwsza Grappa nieco podcięła mi nogi, a tu jeszcze trzeba było „wypić” drugą. Podjazd od strony Semonzo wedle skali porównawczej rodem z „archivio salite” był najtrudniejszą spośród 50 moich wspinaczek w sezonie 2018. Do tego jeszcze pokonaną przy średniej temperaturze 29 stopni Celsjusza. Nic dziwnego, że sporo zdrowia mnie ona kosztowała. Tym bardziej, że starałem się ją pokonać na tyle mocno, na ile było to możliwie w tych cieplarnianych warunkach. Na zjeździe do Caupo nie specjalnie można było wypocząć. W górnej partii trzeba było trochę popracować na kilku hopkach. Gdy już zjechałem do tego miasteczka czym prędzej „zaparkowałem” przed lokalem BavarianCafe, w którym spędziłem następne pół godziny z okładem. Nie specjalnie śpieszyło mi się do zdobywania Monte Grappy od północnej strony, gdyż około wpół do trzeciej w rejonie tym było aż 35 stopni. Na szczęście mogłem sobie zorganizować strefę bufetu. Najpierw jakiś zimny sok dla schłodzenia „systemu”, potem ciastko i kawa na pobudzenie organizmu przed kolejnym wysiłkiem. Słońce prażyło niemiłosiernie, a tymczasem czekał mnie najdłuższy podjazd na tej wyprawie, choć nieco krótszy od czerwcowych wjazdów na Aubisque czy Tentes. W tej chwili pewnie wiele bym dał za umiarkowaną temperaturę zastaną przez nas we francuskich Pirenejach. Teoretycznie miałem do pokonania około 1400 metrów w pionie i to na dystansie 28,5 kilometra. Jak ktoś sobie szybko te dane podzieli to uzna, że podjazd czekał mnie długi, lecz stosunkowo łatwy, gdyż o średnim nachyleniu poniżej 5%. Niemniej pozory mylą. Na północnej Monte Grappie liczne mini-zjazdy znacząco zaniżają średnią stromiznę wzniesienia. Ogólne przewyższenie jest tu wyraźnie wyższe niż różnica poziomów między startem a metą. W ślad za swą książkową lekturą podam, iż amplituda netto na tej górze to 1402 metry, lecz przewyższenie brutto wynosi już 1571. Gdyby jeszcze od całej długości podjazdu odliczyć wszystkie zjazdowe odcinki o łącznej długości 5 kilometrów to okazuje się, że efektywne nachylenie owego podjazdu wynosi już 6,6%.

Podjazd ten można by tak oto podzielić i opisać w kilku zdaniach. Pierwszy segment do wysokości niemal 1000 metrów n.p.m. jest trudny, ale regularny. Na pierwszym kilometrze stromizna trzyma na poziomie niemal 11%, lecz średnie nachylenie tego 8-kilometrowego odcinka to 8,2%. Sektor drugi o długości ponad 4 kilometrów w sumie łatwy, z umiarkowanym nachyleniem jedynie na kilometrze jedenastym. Segment trzeci podobnie jak pierwszy około 8-kilometrowy doprowadza w okolice restauracji Forcelletto. Jest najbardziej zróżnicowany pod względem terenu. Nie brak tu stromych ścianek o nachyleniu do 16%, acz mamy też kilka wypłaszczeń, a nawet półtorakilometrowy zjazd. W końcu czwarta faza wspinaczki o długości też 8 kilometrów. Podobnie jak trzecia zmienna, acz bardziej „uporządkowana”. Najpierw mamy tu wjazd na wysokość 1620 metrów n.p.m. czyli 3,6 kilometra o średniej 6,1%. Potem dwa kilometry zjazdu do rozdroża na poziomie 1546 metrów n.p.m., gdzie zaczyna się biegnąca na sam szczyt szosa SP149 jak i zjazd na południe drogą SP148. Na koniec finałowy odcinek o długości 2,4 kilometra i stromiźnie 7,7%. Podjazd rozpoczynany w Caupo dwukrotnie pojawił się na trasach Giro d’Italia w latach 1974 i 2017. Co ciekawe w obu przypadkach na przedostatnich etapach Giro. Nigdy nie pokonano go w pełnym wymiarze. Wspinaczkę kończono na wysokości 1620 metrów n.p.m. po przejechaniu około 24 kilometrów, po czym rozpoczynano 26-kilometrowy zjazd do Romano d’Ezzelino. Podczas edycji z sezonu 1974 premia górska na Monte Grappa znajdowała się niespełna 30 kilometrów przed metą etapu, którą wyznaczono w Bassano del Grappa. Na górę pierwszy wjechał Hiszpan Jose-Manuel Fuente, lecz na dole finiszował jako ostatni z 6-osobowej grupki asów. Ze zwycięstwa etapowego w grodzie nad Brentą cieszył się Eddy Merckx, który w sprinterskiej rozgrywce ograł czwórkę Włochów tj. Francesco Mosera, Felice Gimondiego, Gianbattistę Baronchellego i Tino Contiego. Belg tego dnia zapewnił sobie piąte generalne zwycięstwo w wyścigu Dookoła Włoch, zaś w kolejnych miesiącach również po raz piąty wygrał Tour de France, a także zdobył swój trzeci tytuł mistrza świata w gronie zawodowców.

W 2017 roku Monte Grappa nie była ostatnim górskim wyzwaniem dla uczestników Giro. Ze szczytu tego wzniesienia do linii mety w Asiago brakowało aż 67 kilometrów. Po długim zjeździe do Romano d’Ezzelino kolarze przejechali jeszcze płaski odcinek o długości 17 kilometrów, w dużej mierze doliną Brenty. Potem pokonali 14-kilometrowy podjazd pod Fozę i na koniec mieli jeszcze 15 kilometrów pofałdowanego terenu na Altopiano di Sette Comuni. Dlatego też wpływ tej góry na losy etapu jak i całego wyścigu był mniejszy. Dość powiedzieć, że zwycięzca tutejszej premii górskiej Belg Dries Devenyns finiszował potem ze stratą 17 minut do najlepszych. Tego dnia z etapowego zwycięstwa cieszył się Francuz Thibaut Pinot. Trzeci na kresce był Vincenzo Nibali, zaś piąty liderujący Nairo Quintana. Niemniej najbardziej zadowolony na mecie mógł być Holender Tom Dumoulin, który stracił do nich wszystkich ledwie 15 sekund i przed kończącą wyścig czasówką do Mediolanu miał znakomitą pozycję do skutecznego kontrataku. Przyznam, iż niełatwo było mi wyczuć ile czasu mogę potrzebować na pokonanie góry o tak zmiennym charakterze jak północna Grappa. Tym bardziej, że byłem już nieźle „zmiękczony” pierwszą przeszkodą. Zbyt wiele od siebie nie oczekiwałem. Plan był prosty. Przede wszystkim wjechać, mniejsza o to w jakim stylu. Założyłem sobie na starcie, iż jeśli obędzie się bez kryzysu to spróbuję się wyrobić w czasie poniżej dwóch godzin. Zastanawiałem się jeszcze co też aktualnie porabiają moi nierychliwi o poranku kompani czyli Dario i Tommy. Ile godzin po mnie ruszyli się z bazy i na jakim etapie swej drugiej wspinaczki spotkam ich śmigających w dół? O tym, że powinniśmy się minąć gdzieś po drodze byłem bowiem święcie przekonany. Gdybym zobaczył ich dopiero na szczycie Grappy to mogłoby im już nie starczyć dnia na zobaczenie obu stron tej góry, zaś zjazd do Semonzo kończyliby po zmroku.

Północny podjazd pod Monte Grappa był w pewnym sensie wspinaczką szczególną. Co do zasady pod górę ruszam w nieznane. Owszem znam dane techniczne wzniesienia (jego profil), czasem mam też dodatkowe informacje z książek, internetu czy relacji telewizyjnych. Niemniej nie mam okazji do wcześniejszego zobaczenia góry na żywo. Regułą jest kolejność: najpierw podjazd, potem zjazd. W sezonie 2018 od tej zasady miałem trzy wyjątki. Pierwszym był północny Soulor, zaś drugim północna Grappa. Było dla mnie jasne, że najtrudniejsze będą jej początkowe kilometry. Przede wszystkim pierwsze osiem, na których nachylenie było ciągle solidne, a momentami wręcz wysokie. Do tego nie miałem złudzeń, że temperatura będzie tu najwyższa. Starałem się jechać przyzwoitym tempem, ale jednocześnie z pewną rezerwą pamiętając jak długi to podjazd. Według stravy ten segment o długości 8,34 kilometra przejechałem w 42:40 (avs. 11,7 km/h). W połowie jedenastego kilometra spotkałem swych kompanów z Trójmiasta. Darek z Tomkiem zjechali do Caupo kilka minut przed szesnastą. Na dole przejechali się jeszcze po płaskim do pobliskiego Arten, skąd w drogę powrotną ruszyli dopiero o godzinie 16:50. Zanim to uczynili ja już po raz drugi zameldowałem się na szczycie Grappy. Drugi fragment wzniesienia był łatwiejszy i przeto szybszy, więc w czasie poniżej 58 minut dotarłem do połowy trzynastego kilometra. Niebawem na leśnym odcinku przed Ponterą musiałem pokonać 390 metrów o średniej 12,6%, na którym znaki drogowe straszyły chwilową stromizną do 17%. Potem trzeba było przejechać przeszło dwukilometrowy sektor o średnim nachyleniu 8% na dojeździe do Val Tosela (15,7 km). Z kolei następne dwa łatwe kilometry doprowadziły mnie do miejsca, gdzie do naszej drogi dobiegał z zachodu szlak nr 10 czyli podjazd rozpoczynany w Cismon del Grappa. To w tej okolicy spotkałem Romka podczas swojego wcześniejszego zjazdu. Zaraz potem czekał mnie kolejny stromy odcinek czyli 450 metrów o średniej 12,9%, po którym znów miałem przed sobą dwa łatwe kilometry, w przeważającej mierze zjazdowe, na dojeździe do Forcelletto.

Tu zaczęła się czwarta i ostatnia część tej wspinaczki. Na dojeździe do znanej z Giro d’Italia linii górskiej premii łatwo nie było. Momentami nachylenie dochodziło do 11-12%. Ta faza podjazdu skończyła się pod koniec 24. kilometra. Potem mogłem odpocząć na blisko dwukilometrowym zjeździe do rozdroża na wysokości 1546 metrów n.p.m. Dojechałem do niego w czasie około 1h 46 minut. Pozostało mi jeszcze 2400 dość trudnych metrów. Mogłem zatem zawalczyć o wynik poniżej 2 godzin. Na finałowym odcinku po szosie SP149 starałem się trzymać prędkość około 12 km/h. Wiedziałem, że to wystarczy mi do osiągnięcia tego celu. Dałem radę. Byłem bliski kresu sił, ale ostatecznie ta góra mnie nie pokonała. Na szczyt dotarłem po pokonaniu 28,1 kilometra w czasie 1h 58:17 (avs. 14,3 km/h z VAM 694 m/h). Prędkość pionowa z pozoru dość żenująca, ale biorąc pod uwagę iż przewyższenie jest tu de facto o 170 metrów większe oraz odliczając kilkanaście minut straconych na odcinkach płaskich i zjazdowych to wyszedł mi VAM w okolicy 900 m/h. Moi koledzy uzyskali bardzo zbliżone wyniki. Dario wykręcił czas 2h 02:45 (avs. 13,1 km/h), zaś Tomek był od niego o sekundę wolniejszy. Przy czym obaj stracili do mnie przeszło 4 minuty na pierwszych 17 kilometrach, zaś potem jechali już m/w moim tempem. Co ciekawe jadący znacznie wcześniej Pedro uzyskał co do sekundy ten sam czas co Tomek. Romek miał czas brutto 2h 03:10, lecz netto 2h 00:01. Adam wdrapał się na górę w 2h 03:10 (netto 2h 02:55), zaś Artur wspinał się przez 2h 03:06. Jednym zdaniem na blisko 30-kilometrowej górze dzieliło nas niespełna 5 minut czyli niewiele. Podjazd wiele mnie kosztował. Wyprułem się do końca. W schronisku zamówiłem sobie tosta. Podano mi dwa sporej wielkości trójkąty. Byłem tak zmęczony i jednocześnie zasuszony, że dałem radę przełknąć tylko jeden z nich. Całe szczęście, iż do bazy miałem już niemal wyłącznie z górki. To był bardzo ciężki dzień. Od czasu gdy przestałem startować w imprezach Gran Fondo rzadko robiłem jednego dnia ponad 3000 metrów w pionie. Ubiegłoroczny rekord padł w Szwajcarii na etapie z Grand Dixence i Thyon-2000. Zrobiłem wtedy łącznie 3224 metry. Tymczasem tu na dystansie 101,6 kilometra musiałem pokonać aż 3403 metry.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1756578583

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1756578583

ZDJĘCIA

20180807_052

FILMY

VID_20180807_123646

VID_20180807_124615

VID_20180807_130454

VID_20180807_144018