banner daniela marszałka

Passo Brocon (da Canal San Bovo)

Autor: admin o środa 8. Sierpień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1618 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 880 metrów

Długość: 13,7 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 8,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Popołudniowa ulewa zatrzymała nas w Albergo Passo Brocon na bardzo długo. Prawdę mówiąc pobiłem tu chyba swój prywatny rekord w kategorii „posiadówka na przełęczy” między końcem podjazdu a początkiem zjazdu. Podejrzewam, iż dotąd najdłuższy stop przytrafił mi się na Pian della Mussa we wrześniu 2015 roku. Niemniej nawet tam pod gościnnym dachem Ristorante Il Bricco spędziłem „tylko” godzinę i 40 minut. Tymczasem tu „zakotwiczyliśmy” aż na 2 godziny i 20 minut. Przy dobrej pogodzie w tym czasie zdążylibyśmy bez trudu zjechać do Valle del Vanoi i wjechać na Brocon, z północnej strony. Niemniej nigdzie nam się śpieszyło. Większą część „roboty” mieliśmy już w nogach. Pozostał nam do zobaczenia podjazd mniejszy i znacznie krótszy od pierwszego. Mogliśmy zatem przeczekać to załamanie pogody. Siedząc za restauracyjnym stołem zaopatrzeni w gorące kawy i herbaty zastanawialiśmy się gdzie przebywa Adam. Tomek dostał od niego enigmatycznego sms-a, z którego jednak nie sposób było wydedukować czy Adamo zamierza do nas dołączyć. Ostatecznie do tego nie doszło. Adam „luzował” nogę po Grappie w samotności. Co prawda wjechał południowy Brocon, ale zawrócił już z okolic Casa Saronnese. W drodze powrotnej przejechał pewien odcinek na drodze SP246 di Celado, po czym wrócił na szosę SP75 i zjechał do Grigno. W sumie przejechał tylko 64 kilometry czyli bardzo niewiele jak na swoje maratońskie standardy. Tymczasem my wyszliśmy w teren dopiero około wpół do czwartej. Przed zjazdem rozejrzeliśmy się po okolicy. Akurat na tej przełęczy można sobie wybrać miejsce na odpoczynek, gdyż po przeciwnej stronie szosy funkcjonuje drugi hotelik o nazwie Pizzo degli Uccelli. Świadectwem niespokojnych losów tej górskiej okolicy jest zaś stojący tu granitowy pomnik z orłem w brązie. Pierwotnie postawiony dla upamiętnienia austriackich budowniczych drogi, zaś następnie poświęcony włoskim żołnierzom, którzy w trakcie I Wojny Światowej zginęli tu pod lawiną.

Jak komuś nie dość rowerowej wspinaczki to może po asfalcie przejechać kolejne 1,2 kilometra i skończyć swój podjazd przy agroturystycznym gospodarstwie Malga Arpaco na wysokości około 1660 metrów n.p.m. My jednak dość już tu zabawiliśmy i uznaliśmy, że nie czas na pomniejsze wycieczki. Rozpoczęliśmy zjazd na północną stronę góry. Podróż ta była całkiem przyjemna, bowiem wyjrzało już słońce i temperatura zaczęła odbijać od zastanego na przełęczy minimum czyli 19 stopni. Na zjeździe trzeba było uważać nieco bardziej niż zwykle, gdyż droga dopiero co zaczęła wysychać. Zważywszy, że na górnym i środkowym odcinku szosa ta jest ukryta w lesie, nie działo się to szybko. Stąd sporą część owego zjazdu odbyliśmy jeszcze po mokrej nawierzchni. Niemniej zjeżdżałem sobie spokojnie zadowolony z tego, iż dane nam będzie obejrzeć również północny podjazd pod Brocon, aż tu nagle na cztery kilometry przed końcem zjazdu złapałem gumę w przednim kole. Najprawdopodobniej na nic nie najechałem. To była raczej kwestia zbyt rozgrzanej od częstego hamowania obręczy i niefortunnie podwiniętej taśmy na niej. Wydarzenia następnych dni umacniały mnie w tym podejrzeniu. Jednak, przez cały kolejny tydzień jakoś nie znalazłem czasu na potwierdzenie tej teorii i definitywnie rozwiązanie problemu. Tymczasem zmieniłem dętkę na poboczu drogi, napompowałem nową do poziomu może 6 atmosfer i dokończyłem zjazd. Niemniej w tym momencie nie miałem już kolejnego zapasu. Dlatego zakładałem, iż na dole powiem kolegom co mnie na dłużej zatrzymało i zaproponuję by po zakończeniu swego etapu przyjechali po mnie co Canal San Bovo łatwiejszym szlakiem przez drogę SR50. Dario i Tommy czekali już na mnie od dłuższego czasu na skraju Ponte sul Vanoi. Od razu zaczęli mnie namawiać bym spróbował szczęścia i wyruszył wraz z nimi w drogę powrotną do Grigno. Ostatecznie dałem się przekonać i postanowiłem zaryzykować. Kilka minut przed siedemnastą z linii startu na wspomnianym moście rozpoczęliśmy wspinaczkę trzykrotnie przetestowaną w dziejach Giro. Podjazd, na którym w 1956 roku Charly Gaul na dobre pożegnał swych rywali.

Nie było już czasu na wizytę w pobliskiej mieścinie. Co ciekawe dzień później do drugiej wspinaczki na szóstym etapie czyli podjazdu do Lago di Calaita startowaliśmy z tej samej doliny i to z oddalonej o ledwie 2,5 kilometra od tego miejsca wioski Lausen. Obie te miejscowości położone są przy drodze SP79 prowadzącej na Passo del Brocon. Warto jednak wspomnieć o innym ciekawym kolarskim wyzwaniu, które można zacząć w tym samym miejscu. Ku dolinie Valsugana, acz nie do Grigno, można bowiem dotrzeć jeszcze innym około 40-kilometrowym szlakiem. Znacznie trudniejszym i bardziej dzikim. Zamiast skręcać na most trzeba by jednak pojechać dalej prosto tzn. wzdłuż potoku Vanoi w kierunku północno-wschodnim czyli drogą SP56 ku wiosce Caoria. W niej na wysokości 800 metrów n.p.m. zaczyna się blisko 19-kilometrowy podjazd na Passo di Cinque Croci (2016 m. n.p.m.). Niestety ta droga prowadząca w górskie ostępy masywu Lagorai tylko na swych pierwszych sześciu kilometrach jest asfaltowa. Dobre 900 metrów przewyższenia trzeba pokonać już po szutrze. Przy czym na zdjęciach nie wygląda on gorzej niż znane mi czy Darkowi ścieżki na Colle delle Finestre czy Croix de Couer. Górny odcinek off-road liczy sobie 12,7 kilometra przy średniej 7,1%. Pod tym względem nieco łatwiej wygląda dostęp na przełęcz Pięciu Krzyży od strony południowej. Sam podjazd jest co prawda dłuższy (22,3 kilometra) i większy (1664 metrów amplitudy). Niemniej jadąc momentami bardzo stromym szlakiem przez Val Campelle (opisany pod datą 17.08.2016) można dotrzeć po asfalcie na wysokość 1487 metrów n.p.m. Dzięki temu do pokonania na drodze gruntowej pozostaje niespełna 7 kilometrów o średnim nachyleniu 7,7%. Przyznam, że kusi mnie by kiedyś wjechać na tą przełęcz i to jednego dnia od obu stron. Niemniej w tym celu musiałbym zabrać do Trentino rower przełajowy.

Co do samej Valle del Vanoi warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce natury etnicznej. Od średniowiecza osiedlali się w tej dolinie nie tylko Włosi i Germanie, lecz także Czesi przybywający w te strony do pracy w górnictwie. Ponoć ślady po tym osadnictwie widać jeszcze w nazwiskach miejscowej ludności. Poza tym jeden z fresków z kościoła w Caorii przedstawia zamek w Pradze, zaś patronem tej okolicy podobnie jak czeskiej stolicy jest św. Jan Napomucen. Nasza druga wspinaczka pod Brocon szybko przybrała formę procesji. Nikt się nie zaginał. Cały blisko 14-kilometrowy podjazd przejechaliśmy w spokojnym tempie ze średnią prędkością nieco ponad 13 km/h. Ja starałem się pamiętać by możliwie najdłużej jechać w pozycji siedzącej, aby nie przenosić ciężaru ciała na przednie koło. Darek od początku czuł się słabo. Narzekał na niedobór cukru i w zasadzie to bardziej z jego niż mojego powodu kręciliśmy wolniej niż zwykle. W dolnej części podjazdu minęliśmy kilka wiosek. Najpierw Fosse po 1,8 kilometra od startu. Kilkaset metrów dalej Pugnai, zaś w pierwszej połowie czwartego kilometra mogliśmy sobie spojrzeć z góry na Ronco Chiesa. Czas jeszcze jakiś sektory leśne mieszały się z bardziej podatnymi na słońce odcinkami biegnącymi przez łąki. Znów zrobiło się ciepło. Na starcie mieliśmy tu nawet 29 stopni. Pod koniec siódmego kilometra droga już na dobre schowała się w lesie. Podjazd był regularny, więc można było się wspinać w stosunkowo jednostajnym rytmie. Najłatwiejszy drugi kilometr miał średnie nachylenie 4,1%, zaś najtrudniejszy ósmy 7,7%. Maksymalna stromizna sięgała tylko 9%. Z kolei jedyny niemal płaski 200-metrowy odcinek przejechaliśmy w połowie dwunastego kilometra. Po nim trzeba było pokonać jeszcze finałowy segment o długości niemal 2 kilometrów przy średniej 7%. Wjechaliśmy na przełęcz w czasie 1h 02:02 z prędkością VAM na poziomie tylko 851 m/h. Przypuszczam, że będąc w nieco lepszej formie i przy odpowiednio bojowym nastawieniu tego typu wzniesienie z przewyższeniem niespełna 900 metrów moglibyśmy „przerobić” w 50 minut.

Tym razem nasza wizyta na Passo del Brocon była bardzo krótka bo 5-minutowa. Dotarliśmy tam ponownie tuż przed osiemnastą. Czekał nas jeszcze długi zjazd, w dodatku z dwoma płaskimi odcinkami. Jednym słowem taki co musiał nas kosztować kolejną godzinę z hakiem. Szczególnie, że trzeba było jeszcze zrobić zdjęcia po drodze. Nie było zatem na co czekać. Po kilku okolicznościowych fotkach czym prędzej ruszyliśmy ku Casa Saronnese. Tomek wzorem kolarskiego profesjonała zaopatrzył się w gazetę. Można powiedzieć, że przez najbliższą godzinę pewna „donna” ze zdjęcia stała się bliska jego sercu. Na tym zjeździe stawałem rzadziej niż zazwyczaj. Z kolei na wysokości Castello Tesino nie chcąc kusić losu nie wpadłem do wybrukowanego centrum. Trzymałem się drogi SP79 do jej samego końca, po czym wjechałem na szosę SP75. Za miasteczkiem musiałem pokonać jeszcze delikatny kilometrowy podjazd. Potem znów mogłem cieszyć się zjazdem na dwóch dolnych odcinkach bardzo krętym. Nie musiałem zjeżdżać na sam dół, w końcu nasz samochód stał nieco wyżej. Gorzej, że nie „dawał znaku życia”. Przy aucie powitały mnie zmartwione oblicza kolegów. Okazało się, że zostawiliśmy włączone światło w aucie, więc przez osiem godzin naszej nieobecności akumulator miał prawo się rozładować. Mieliśmy drobną nadzieję, że samochód zaskoczy na pozostałym nam do pokonania 300-metrowym zjeździe. Niestety tak krótki odcinek na to nie wystarczył. Cóż było robić? Należało się przeistoczyć z kolarzy w amatorską czwórkę bobslejową. Dario zasiadł za kółkiem, zaś ja wespół z Adamem i Tomkiem pchaliśmy nasz „bolid” na delikatnie obniżającym się odcinku drogi dojazdowej do SS47. Nie wiem czy nasze wysiłki by coś dały. Na szczęście na swej drodze spotkaliśmy miejscowego „Dobrego Samarytanina”, a w zasadzie dwóch. Młody chłopak jechał z przeciwka na skuterze. Minął nas, lecz po chwili zawrócił i spytał jaki mamy problem. Gdy już wiedział o co chodzi zadzwonił po swego ojca, który niebawem przyjechał i wybawił nas z tej opresji. Dzięki ich nieocenionej pomocy udało nam się wrócić do Borso del Grappa przed zmrokiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1759221912

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1759221912

ZDJĘCIA

20180808_042

FILM

20180808_160759