banner daniela marszałka

Monte Frascone / Pian delle Femene

Autor: admin o piątek 10. Maj 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1126 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 893 metry

Długość: 8,8 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec dwa podjazdy blisko domu. Wygodnie czyli bez żadnych transferów samochodowych. Niemniej wcale nie łatwo, bo oba wzniesienia z przewyższeniem około tysiąca metrów i średnim nachyleniem na poziomie 9-10%. Pierwsza wspinaczka czyli Pian delle Femene wyglądała na krótką, lecz bardzo konkretną. Druga czyli podjazd ku Col Visentin stanowiła pewną zagadkę. Wiedziałem bowiem, że na sam szczyt tej góry nie można wjechać po drodze asfaltowej. Otwartym pozostawało jednak pytanie na jaką wysokość doprowadzi nas szosa oraz jak wygląda szutrowa ścieżka będąca końcowym odcinkiem tego górskiego szlaku. Właśnie z powodu owej niepewności w swych planach ów podjazd zostawiłem sobie na sam koniec. Normalnie większe z dwojga codziennych wzniesień wolałbym pokonać w pierwszej kolejności. Niemniej w tym przypadku wolałem najpierw zaliczyć „cywilizowaną od stóp do czubka głowy” Femene by następnie pozostały czas poświęcić na przejechanie możliwie najdłuższego kawałka z Col Visentin. Oba podjazdy wybrane przeze mnie na pożegnanie z regionem Veneto mieliśmy w zasięgu kilku kilometrów od bazy noclegowej w Serravalle, dzielnicy Vittorio Veneto. Pierwszy mieliśmy zacząć w oddalonym o ledwie cztery kilometry miasteczku Revine, zaś drugi jeszcze bliżej we wiosce Longhere. Wystarczyło ruszyć z miasta w kierunku północnym i po przejechaniu niespełna kilometra skręcić w lewo (na zachód) by prowadzącą nieco pod górę drogą SP35 wkrótce dotrzeć do każdej z tych miejscowości. Oczywiście kolejność pokonania obu tych wzniesień była dowolna. Ja wybrałem wyżej opisane rozwiązanie i do wspólnej eskapady namówiłem Tomka. Nasze ostatnie zmagania z weneckimi górami i miejscowym upałem rozpoczęliśmy o godzinie dziesiątej. Darek, któremu czas do południa płynie dwa razy wolniej niż większości znanych mi ludzi, wybrał się ku tej ostatniej przygodzie w samo południe. Tym razem narzucane przez dyrektoriat wyprawy zasady grupowej solidarności nie obowiązywały. Każdy mógł we właściwym sobie rytmie dobowym zmierzyć się z finałowymi odcinkami naszego Giro del Veneto.

Zatem dla nas pierwszym celem był Pian de le Femene. Płaskowyż na terenie Prealpi Bellunesi, przez który przechodzi górski szlak łączący Nizinę Padańską (Pianura Padana) na południu z doliną Valbelluna na południu. Niestety tylko jego pierwsza część przebiega po drodze asfaltowej, zaś na północ ku miejscowości Limana schodzi jedynie gruntowa ścieżka. Najwyższy punkt tej drogi znajduje się pomiędzy szczytami Il Monte Cor (1322 m. n.p.m.) na północnym-wschodzie oraz Il Monte Boral (1245 m. n.p.m.) na południowym-zachodzie. Oryginalna nazwa tej górskiej mety pochodzi z dialektu weneckiego, zaś w literackim języku włoskim brzmi Pian delle Donne. Tak czy owak miejsce to upamiętnia Waleczne Kobiety, uczestniczki włoskiego ruchu oporu z końcowych lat II Wojny Światowej. U kresu owej szosy stoi zresztą pomnik przedstawiający Bohaterską Niewiastę, zaś nieco dalej budynek, w którym mieści się Museo della Resistenza. Co ciekawe w tych stronach oprócz dwóch odmian kolarstwa uprawia się też jeździectwo oraz łucznictwo, co pasuje do wyobrażeń na temat mitycznych Amazonek. Przeszło 9-kilometrowy podjazd na Monte Frascone zasadniczo prowadzi po drodze SP159. To znaczy po Via San Francesco, przy czym owym patronem jest nie ów słynny święty rodem z Asyżu, lecz młodszy o blisko 190 lat jego imiennik rodem z miasteczka Paola w Kalabrii. Przyjechawszy do Revine można go zacząć na co najmniej na trzech różnych ulicach. Niemniej wszystkie te opcje łączą się w jedną już po kilkuset metrach. Wspinaczka jest stroma od samego początku do końca i daje doprawdy niewiele miejsce na złapanie oddechu. Na pierwszych 4 kilometrach średnie nachylenie wynosi 9,3%, a byłoby jeszcze gdyby nie 200-metrowe falsopiano pod koniec drugiego kilometra. Najtrudniejszy na tym wzniesieniu jest środkowy sektor o długości 2 kilometrów i średniej aż 11,8%, zakończony 500-metrowy odcinkiem ze stromizną 13,4%. Trzecia tercja ma nachylenie zbliżone do pierwszej. Na dystansie 3,12 kilometra średnia stromizna to niespełna 9,2%. Dopiero finałowe 100 metrów z hakiem to już zupełnie płaski teren.

Ostatnimi czasy na trasach Tour de France niezłą karierę robi góra o pokrewnej nazwie tzn. La Planche des Belles Filles. Już trzykrotnie, bo w latach 2012, 2014 i 2017 wyznaczano na niej etapowe finisze, które to wygrywali: Chris Froome, Vincenzo Nibali i Fabio Aru. Za dwa miesiące najlepsi górale światowego peletonu będą się na niej pojedynkować już po raz czwarty tzn. na szóstym odcinku tegorocznej „Wielkiej Pętli”. Nasza „włoska niewiasta” raczej nigdy nie dostąpi podobnego zaszczytu na Giro d’Italia. Trochę szkoda, bo pod każdym względem jest atrakcyjniejsza od swej francuskiej koleżanki. Wszak podjazd w Wogezach to tylko 5,8 kilometra przy średniej 8,6% co daje przewyższenie ledwie 505 metrów. Mnie i Tomka, a nieco później także Artura i w końcu Darka czekało tego dnia poważniejsze wyzwanie. Po opuszczeniu Vittorio Veneto skręciliśmy w drogę SP35. Następnie przejechaliśmy pod wiaduktem, po którym biegnie Autostrada d’Alemagna czyli A27. Po 2 kilometrach jazdy byliśmy już w Longhere, gdzie zobaczyliśmy skąd będziemy zaczynać późniejszy podjazd na Col Visentin. Niemal drugie tyle dystansu trzeba było pokonać by dotrzeć do Revine. Dojechawszy do tego miasteczka na startowy odcinek naszej wspinaczki wybraliśmy „bramkę środkową” czyli Via Cal di Brussa. Plany na ten podjazd mieliśmy odmienne. Mając na uwadze, że Pian delle Femene jest wspinaczką stromą, ale dość krótką chciałem się na niej sprawdzić. Natomiast Tommy wolał ją przejechać oszczędniej, by zostawić sobie zapas energii konieczny do sprawnego pokonania jej większego sąsiada. Nie wystartowałem jednak zbyt szybko. Początkowy odcinek prowadzący po terenie zabudowanym z nachyleniem do 11,7% przejechaliśmy razem. Po około 600 metrach przecięliśmy Via Crusis czyli znaczoną kapliczkami Drogę Krzyżową pnącą się ku Santuario San Francesco da Paola. Pod koniec pierwszego kilometra odjechałem koledze i nieco szybciej niż dotąd zacząłem się wspinać tą krętą drogą, po obu stronach potoku Borrai.

Od czasu do czasu mijałem pojedyncze gospodarstwa oraz opuszczone domki z kamienia. Słońce przypiekało, ale nie był to szczególnie dokuczliwy upał. Tu trzeba było sobie radzić z temperaturą w przedziale od 24 do 28 stopni. Po czterech kilometrach wspinaczki minąłem kościółek Lama delle Crode. Tomek pojawił się w tym miejscu ze stratą tylko 1:20, więc nie można powiedzieć by jechał na „pół gwizdka”, bardziej w „takcie na trzy-czwarte”. Największą stromiznę czyli 14,6% zanotowałem w połowie szóstego kilometra. Naliczyłem tu bodaj dziewiętnaście wiraży. Ostatni z nich znajdował się na początku siódmego kilometra. Kilkaset metrów dalej droga zmieniła kierunek z północnego na zachodni. Na tym odcinku maksymalna stromizna wyniosła 11,9%. Zgodnie z opisem sam końcówka była płaska. Meta znajdowała się tuż za zakrętem w prawo na wysokości Casera Togo. Dzień był świąteczny, pogoda wyśmienita, więc nie brakowało tu innych turystów. Na pokonanie tego wzniesienia potrzebowałem około 52 minut. Według stravy segment „Monte Frascone” o długości 8,41 kilometra przejechałem zaś w 48:54 (avs. 10,3 km/h z VAM 1014 m/h). Jednym słowem nie poszalałem, acz wstydu też nie było. Tomek uzyskał tu czas 54:27. Na górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Najpierw wpadliśmy na kawę do miejscowego Rifugio Alpino. Potem przyszła pora na zdjęcia, w tym najważniejsze na tle Partyzantki. Tego dnia jeszcze co najmniej dwa polscy „cicloturisti” wpadli złożyć jej wizytę. Artur dotarł tu przed piętnastą, przy czym przejechał jeszcze spory odcinek szutrowej drogi ku osadzie La Posa. Na naszym segmencie wykręcił zaś wynik 51:37. Wszystkich nas „zmiażdżył” jednak późno-południowy Dario. Ku owej górze ruszył po godzinie szesnastej, zaliczywszy w pierwszej kolejności Col Visentin-Forcella Zoppei. Odpowiednio zregenerowany i odżywiony w porze sjesty „połknął” wspomniany segment z Pian delle Femene w czasie ledwie 45:11 (avs. 11,2 km/h z VAM 1097 m/h). Jednym słowem wrzucił mi tu blisko 4 minuty. Szkoda, że nie zanotowałem co zjadł na ten obiad.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999659

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999659

ZDJĘCIA

20180815_040

FILMY

VID_20180815_113816

VID_20180815_174028