banner daniela marszałka

Mont Colombis

Autor: admin o czwartek 13. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Remollon (D 53)

Wysokość: 1734 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1053 metry

Długość: 11,6 kilometra

Średnie nachylenie: 9,1 %

Maksymalne nachylenie: 15,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po noclegu przymusowo spędzonym nad rzeką z samego rana wróciliśmy do Embrun. Miasta, które już sześć razy gościło uczestników Tour de France, acz nigdy nie zorganizowano w nim etapowej mety. Pierwszy etapowy start „Wielkiej Pętli” miał tu miejsce w roku 1973, gdy ruszono w kierunku Nicei. Podczas edycji z roku 2008 aż dwa odcinki zaczynały się w tym mieście. Piętnasty, na którym ścigano się do włoskiej stacji Pratonevoso i siedemnasty z finałem w L’Alpe d’Huez. W sezonie 2013 zaczynała się tu górzysta czasówka do Chorges, zaś w 2017 pagórkowaty odcinek do Salon-en-Provance. Natomiast kilka tygodni po naszej wizycie górski etap osiemnasty do wioski Valloire. W świecie sportu Embrun słynnie przede wszystkim z organizowanego od roku 1984 arcytrudnego triathlonu Embrunman. W ramach 186-kilometrowego odcinka kolarskiego tej imprezy trzeba pokonać słynną przełęcz Izoard. Na śniadanie wpadliśmy tu do kawiarni na miejscowym deptaku. Po nim wznowiliśmy poszukiwania bazy noclegowej na najbliższe cztery doby. Tym razem udało nam się odnaleźć zasugerowany przez infolinę „booking.com” lokal Les Echelettes przy Rue des Quatre Traverses. Miejscówka była całkiem fajna. Przy małym placu w starej części miasta, nieopodal katedry Notre-Dame-du-Real powstałej ma przełomie XII i XIII wieku. Co istotniejsze w domu zastaliśmy gospodarza, z którym udało nam się szybko porozumieć co do warunków wynajmu za niewygórowaną cenę 300 Euro. Parę najbliższych godzin spędziliśmy na regeneracji po trudach poprzedniego dnia jak i minionej nocy. Dopiero około wpół do drugiej opuściliśmy dom by stawić czoło wyzwaniom trzynastego etapu. W rejonie Embrun czekały nas cztery górskie odcinki. Dwa miały być poprzedzone wycieczkami na północ ku Guillestre i dolinie Queyras. Jeden z wypadem na południowe krańce departamentu Wysokich Alp. Natomiast ostatni mieliśmy „odbyć” w najbliższej okolicy naszej siedziby, aby odetchnąć od samochodu przed długą drogą powrotną do Polski. Z uwagi na późną porę uznałem, iż w czwartek najlepiej będzie pokonać stosunkowe krótkie podjazdy pod Mont Colombis i Col de Moissiere.

To oznaczało 45-kilometrowy transfer w kierunku południowo-zachodnim do wioski Remollon, która była „biegunem południowym” naszej wyprawy. Wcześniej na miano „bieguna północnego” zasłużyła miejscowość Allevard u podnóża podjazdu do stacji Super Collet. Większa część tego szlaku wiodła nas na zachód po drodze krajowej N94, której przeznaczeniem jest bardzo dobrze znane z tras TdF miasto Gap – stolica (prefektura) departamentu Wysokich Alp. Za Savines-le-Lac przemknęliśmy na północny brzeg Lac de Serre-Poncon, oddanego do użytku w maju roku 1961 za sprawą tamy o długości 630 i wysokości 124 metrów. To drugie pod względem pojemności (1,272 km3) i trzecie jeśli chodzi o powierzchnię (28,2 km2) sztuczne jezioro w Europie. Zasilane jest wodami rzek La Durance i L’Ubaye. Ma głębokość do 90 metrów i leży na pograniczu departamentów Hautes-Alpes i Alpes-de-Haute-Provence. Następnie tuż przed miejscowością La Batie-Neuve skręciliśmy na południe by spokojniejszymi drogami D942 i D900B dotrzeć na miejsce naszego przeznaczenia. W Remollon czekała na nas Le Mont-Colombis. Wzniesienie, które magazyn Le Cycle uznał niegdyś za jeden z najtrudniejszych francuskich podjazdów w kategorii dystansowej „plus 10 kilometrów”. Redaktorzy tego czasopisma zaliczyli ją do tej samej ligi co znane z Touru wspinaczki na: Grand Colombier, Col du Granon czy Mont du Chat. Punktacja rodem z „cyclingcols” zdaje się potwierdzać te spostrzeżenia. Podjazd ten liczy sobie tylko 11,5 kilometra, a mimo to zmusza do pokonania przeszło 1050 metrów w pionie. Niemal co drugi kilometrowy odcinek męczy tu przeciętnym nachyleniem na poziomie powyżej 10%. Dwukilometrowy segment powyżej wioski Theus ma średnią stromiznę 10,7%, zaś trzykilometrowy finał wzniesienia nawet 11,5%! „Mont” po francusku znaczy „góra”, „szczyt” i tu faktycznie na rowerze można wjechać na sam górski wierzchołek. Przyozdobiony wieżą telekomunikacyjną z przekaźnikiem radiowym oraz radarem służącym do wykrywania opadów atmosferycznych. Ze szczytu tego ochoczo korzystają paralotniarze, zaś turyści podziwiają widoki na góry wymienione na trzech tablicach orientacyjnych oraz jezioro Serre-Poncon.

Dzień był pieruńsko upalny. Na początku całej zabawy mój licznik zanotował 34 stopni, zaś po chwili nawet 35! Nawet na samej górze można by się jeszcze było opalać. Teoretycznie nie moje warunki, ale ostatecznie była to nasza pierwsza góra dnia. Poza tym od przeprowadzki do Le Bourg d’Oisans całkiem dobrze się wysypiałem, więc nie miałem już problemów z regeneracją. Dlatego mimo palącego słońca postanowiłem pojechać odważnie, acz nie brawurowo. Z tyłu głowy cały czas miałem bowiem myśli o stromej końcówce tej wspinaczki. W Remollon zatrzymaliśmy się na poboczu drogi D900B (Route des 3 Alpes) w bezpośrednim sąsiedztwie pierwszych metrów podjazdu zaczynającego się na D53. Na szosę wyjechaliśmy o tej samej porze, lecz zmagania z górą rozpoczynaliśmy pojedynczo. Ruszyłem jako pierwszy, Tomek drugi, zaś Darek tym razem jako ostatni. Na starcie dzieliły nas z grubsza trzy minuty. Wspomniana kolejność utrzymała się na całym szlaku, tylko „wagoniki naszej górskiej kolejki” z każdym kilometrem co raz bardziej się rozjeżdżały. Wystartowałem energicznie korzystając z umiarkowanej stromizny. Na początku drugiego kilometra minąłem drogę Route de Muriers, po czym skręciłem na północ. Pierwsze schody pojawiły się już po przejechaniu 2,3 kilometra na dojeździe do Theus. Przejazd przez tą wioskę naprawdę zabolał. To właśnie na tym odcinku trzeba się zmierzyć z maksymalną na całym wzniesieniu stromizną blisko 16%. Przez chwilę pomyślałem nawet, że cienko ze mną, skoro mocno się tu męczę. Niemniej patrząc na stravę odkryłem później, iż cisnąłem tu całkiem nieźle, bo z VAM na poziomie 1076 m/h. Na krętym odcinku powyżej wioski było wciąż stromo, acz już nieco łatwiej. Niemniej nachylenie na D53T wyraźniej odpuściło dopiero po przebyciu 4,3 kilometra. Najbliższe dwa kilometry z hakiem to była okazja do wyrównania oddechu po trudnej przeprawie na dolnej ścianie, jak również na odpowiednie przygotowanie się do walki z obiektywnie jeszcze trudniejszym finałem.

Dla mnie korzystną okolicznością był fakt, iż góra ta w drugiej połówce stopniowo „przykręcała śrubę”. Nie było gwałtownego przejścia ze środkowego sektora o umiarkowanym nachyleniu od razu w bardzo stromy finał o dwucyfrowych wartościach. Skorzystałem z „przejściówki”. Piąty kilometr od końca miał średnio 8,5%. Natomiast czwarty już 9,5%. Po przejechaniu 7,2 kilometra minąłem ścieżkę do punktu widokowego na Demoisselles Coiffes tj. formacje skalne o stożkowatych kształtach. Tak zwane „bajeczne kominy” powstające na skutek specyficznej erozji. Finałowy sektor na drodze D53A rozpoczął się po minięciu bocznej Route de l’Oratoire. Wkrótce miało się okazać czy zostawiłem sobie dość sił na ładne wykończenie wcześniejszej pracy, czy też może będę tu „cienko śpiewał”. Zrazu można tu było złapać nieco cienia, ale gdy w połowie dziesiątego kilometra droga skręciła na wschód znów jechałem w pełnym słońcu. Wąska dróżka prowadziła teraz trawersem wzdłuż południowego zbocza góry. Przy tym z ładnym widokiem na prawo w kierunku doliny, z której przyjechaliśmy. Przydrożna tablica postraszyła niemal 13%-ową stromizną kolejnego (przedostatniego) kilometra. Na 1300 metrów przed końcem minąłem bramę strzegącą wierzchołka góry, zaś po przejechaniu 10,6 kilometra kapliczkę pod wezwaniem św. Jana. Ostatni kilometr był chyba nieco łatwiejszy niż na profilu, acz na finałowej ściance ku masztom i nadajnikom trzeba się było mocno sprężyć. Choć wspinaczka zgodnie z planem skończyła się w połowie dwunastego kilometra to droga wiodła jeszcze przez dalsze 200 metrów, lecz już po płaskim terenie. Widok u kresu szosy zapierał dech w piersiach, nawet po wyrównaniu oddechu. Według stravy segment o długości 12,06 kilometra pokonałem w 1h 04:20 (avs. 11,2 km/h z VAM 989 m/h). Tommy uzyskał na nim czas netto 1h 13:27, zaś Dario 1h 21:37. Mimo dzielącej nas różnicy kilkunastu kilogramów udało mi się szybciej od kolegów pokonać finałowy sektor o długości 2,66 kilometra i średniej 12%. Spędziłem na nim 17:50 (avs. 9 km/h z VAM 1044 m/h) tj. o 59 sekund mniej od Tomka. Ogólnie poszło mi całkiem nieźle, chyba nawet lepiej niż mogłem zakładać.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820386

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820386

ZDJĘCIA

20190613_060

FILMY

VID_20190613_154803

VID_20190613_160826

VID_20190613_162759